orthank blog

Tag: wojna

XLV.

przez , 15.cze.2010, w Bez kategorii

            Po
śniadaniu ruszyli dalej. Zmierzali do miasteczka zwanego Mittelberg, tak
przynajmniej wynikało z oznaczeń. Szli drogą wzdłuż pól, które z lekka jedynie
porastały drzewa. Ziemie tutejsze wyglądały na dziwnie opustoszałe, co
sprawiło, że nawet niziołek się uspokoił. Larandar spojrzał na niego z
obrzydzeniem. Znów czuje się niepewny.
Trzeba się pozbyć drania przy najbliższej okazji.


            Niebawem
wszystko się wyjaśniło. Z północy zmierzała armia królewska. Nie straż, nie jakiś
pułk, a armia. Król Uther musiał się poczuć zagrożony i postanowił rozprawić
się z Drugim Imperium. Większość żołnierzy uzbrojono w arkebuzy, zatem
stanowili oni najnowocześniejsze jednostki w armii.

            Cała
czwórka zeszła z drogi na bok i spoglądała z zaciekawieniem, trochę też z
obawami. Niebawem podjechał do nich zwiadowca na koniu. Randal od razu zaczął
się ślinić do zwierzęcia i je głaskać.

            -
Konik…

            -
Witajcie wędrowcy. – Zaczepił ich żołnierz. – Zmierzacie z południa?

            -
Jesteśmy uchodźcami. – Powiedział Larandar. – Mniemam, że uciekliśmy przed tym,
z czym idziecie walczyć.

            -
Drugie Imperium.

            -
Chcesz pobrykać? – Zapytał konia Randal, a potem zaczął go lizać.

            -
Kolega nigdy konia nie widział. – Tłumaczył zaczerwieniony Mirak, który
natychmiast usztywnił niziołka. – I jak widać, jest oszołomiony.

            -
Dziwne. Ale nie będę się teraz nim zajmował. – Odparł żołnierz. – Kiedy wyruszyliście
z południa?

            -
Będzie z miesiąc, od czasu upadku Duskandale. – Powiedział Larandar. –
Bylibyśmy już dalej na północy, gdyby nie Miersdorf. Omijajcie tę wioskę.
Rządzi nią niejaki baron Kohert i kilku innych Frontystów.

            -
I mordują obcych. – Dodała Ishet. – Armia wam niewiele pomoże. Oni są straszni!

            Żołnierz
słuchał z zainteresowaniem.

            -
Czy pomagają Drugiemu Imperium? – Zapytał w końcu.

            -
Oficjalnie się do niczego nie przyznali, ale kto ich wie. – Wtrącił się Mirak. –
Ledwo uszliśmy z życiem.

            -
Przekażę tę informację generałowi Arselowi Glűckkopfowi, który dowodzi tą
kampanią.

            -
Co się stało, że król zdecydował się na tak otwartą walkę? – Zapytał mag.

            -
Nie słyszeliście tego, co się działo w ostatnich dniach? Pewnie nie. –
Zwiadowca sam sobie odpowiedział na pytanie. – No cóż, Drugie Imperium
powstało, ogłosiło niepodległość, wypowiedziało posłuszeństwo, ale też
koronowało Namiestnika Zigmara. Robią wszystko by pokazać, że są prawowitymi
władcami.

            -
A to przecież Mroczniak jest! – Wyrwało się Ishet.

            -
Kto? – Zdziwił się żołnierz i spojrzał na Larandara.

            -
Ten ich przywódca. Jarus. – Wyjaśnił Mirak. – Jesteśmy tego pewni.

            -
To by wyjaśniało bardzo wiele. – Westchnął żołnierz. – Macie jeszcze coś
ciekawego do dodania?

            Pokiwali głowami.
Zwiadowca pożegnał się i pojechał dalej, a wojska maszerowały. Jeszcze dwa razy
musieli usztywnić niziołka, by nie zrobił nic głupiego, a potem ruszyli w
dalszą drogę.

Komentowanie nie jest możliwe : więcej...

DXVII.

przez , 18.wrz.2009, w Bez kategorii

            Gdy
dotarli do starego Kartltown ziemia znów się zatrzęsła, tak mocno, że ledwo
utrzymali się na nogach. Mieszkańcy natychmiast wybiegli na ulicę starając
trzymać się z daleka od nadwątlonych budynków, których część znów się zawaliła.


            Potem
trzęsienia ustały, jakby bitwa bogów dobiegła końca. Nawet Szefo jakoś się
uspokoił, nie wydawał już tak chętnie rozkazów.


            Odnaleźli
dawny ratusz, w którym obecnie znajdowało się centrum dowodzenia Sojuszu, ale w
środku, podobnież zresztą jak w całym miasteczku, prawie nikogo nie było.
Dopiero jedna starsza kobieta rozpoznała ich.


- A słyszałam o was! – Cieszyła się. – Znaleźli Księgę
Makr?


- Technicznie rzecz ujmując, tak. – Odparł Dyzio.

- I bardzo dobrze. Skopiemy teraz dupę Mroczniakom. A
szeryf się ucieszy, żeście wrócili.


            Kilkanaście
minut później siedzieli przy stole z Aldariciem Cabtreem, który natychmiast
kazał wydać skromną ucztę na ich cześć.


- Wiecie, miasto opustoszało, – tłumaczył. – Jeśli
przyjdą tu Mroczne Elfy, nie będzie nawet komu walczyć. A wy macie tę Księgę? –
Pytał.


- Została odnaleziona, jednak nie można użyć jej w walce.
– Odparł Shivan.


- Bo wyparowała… – Dodał Erlan.

- Niezupełnie wyparowała, została zabezpieczona, nikt z
żywych już jej nie odnajdzie. Aż do końca Miscle. – Kontynuował kapłan.


- Czyli może jeszcze z rok. – Wymsknęło się Dyziowi.

- Rok? Nie ma Księgi? – Głowił się szeryf. – Nie
rozumiem.


- Bo nie mamy spójnej wersji tej historii. – Dodał Lando
patrząc na Erlana.


- I może na tym poprzestańmy. – Zaproponował Shivan. –
Wygląda na to, że podczas naszej wyprawy zaszły poważne zmiany, mamy wrażenie
jakbyśmy stracili co najmniej kilka dni, ale jedno jest pewne, nie posiadamy
żadnych informacji na temat tego, co się stało.


- Ostatnie dwa tygodnie wiele zmieniły. – Powiedział
Aldaric. – Bardzo wiele, sam trudno to ogarniam. Zaczęło się od upadku
Armengeru, jak wiecie pozostał tam Gaupewulf ze swoimi rodakami. Chcieli
zginąć. I zginęli. Jednak kiedy Lord Skerrit przekazał nam wieści od swoich
skaveńskich szpiegów zdziwiliśmy się jak bardzo niektóre rasy zaczęły obawiać
się barbarzyńców z północy. Podobno Gaupewulf i jego towarzysze w boju nie
mieli sobie równych, załatwiono ich dopiero strzałami, a orkowie uciekli z pola
bitwy. Lokka-Thon wezwał przed swoje oblicze wszelkich bardów i opowiadaczy, po
to, by przekazać im tę historię. Opłaciło się. Jasne, krążyły opowieści o
wampirze, który organizował ruch oporu, o kisjevskim generale, czy nawet o was.
Tylko, że tych dwóch pierwszych złapano, a wy zniknęliście, Księgi Makr nie
było widać na horyzoncie. Farfel, bo tak się nazywał przywódca gnomich
opowiadaczy, tak się zafascynował tą historią, że praktycznie stworzył ją od
nowa, a inne gnomy zaczęły dodawać coś od siebie. Chodziły po Kartltown i
opowiadały to uciekinierom, starając dać im ducha walki. Nie mamy już armii,
tylko setki tysięcy, a może miliony uchodźców, siłę której nikt nie jest w
stanie zliczyć, ale ona sama nie liczyła się. Ta historia zaczynała kiełkować,
zmieniać nastawienie, ale to, co powstrzymało Moredheli przed atakiem na
Kartltown to trzęsienia ziemi i wybuchy wulkanów. Dwa razy próbowali wyruszyć
na nas, ale raz ich sojusznicy zostali spaleni lawą, a drugim razem nie mogli powstać
z trzęsącej się ziemi. Również my nie mogliśmy, ale tego nikt nie pamięta.
Gnomy interpretowały to jednoznacznie, gniew bogów.


- Wojna bogów… – wymamrotał Shivan. W ten sposób była widoczna na Miscle.

- Nie gadamy, tylko słuchamy! – Przerwał mu Szefo. – Ja to
wszystko wiem, ale kto by mnie tam słuchał. Napiję się jeszcze.


            Potem
wyrwał butelkę wina z rąk Erlana, który zdążył już opróżnić dwie.


- Nawet Mroczne Elfy były zdziwione tą sytuacją, – mówił szeryf
- zatrzymały się na parę dni. Z tego, co udało się ustalić szpiegom Lorda
Skerrita, te trzęsienia ziemi występowały na całej planecie.


- Zupełnie jak za czasów upadku Kompani Choasu. –
Stwierdził Dyzio, któremu przypomniał się obraz walczących bogów i trzęsącego
się dysku. Ale najbardziej przerażała go wisząca nad światem klepsydra, w
której przesuwały się kolejne ziarnka piasku. Czasu było coraz mniej.


- Zmienili więc taktykę. – Kontynuował Cabtree. – Wysłali
swoje nietoperz, zbombardowali Kartltown. Wiele osób wtedy zginęło, ale
Lokka-Thon już zaczynał realizować swój diabelski plan. Dżihad. Świętą wojnę.
Zaledwie w ciągu kilku dni stał się przywódcą, którego charyzma zaczynała pociągać
innych. Mówił o potrzebie wojny do upadłego, do ostatniej kropli krwi. O tym,
że nie możemy dalej uciekać, o tym, że nie możemy liczyć, że Moredhele zostawią
nas w spokoju. Rozpowszechniano historię o bohaterach, podsycano nienawiść, a
każdą zbrodnię wyolbrzymiano. Tak było z tym bombardowaniem. Zrobiono wielki
pogrzeb poległych, do ciał dokładając także tych, którzy zmarli z innych
przyczyn, ale nikt o to nie dbał. Współczuję elfom, bo tylko one potrafią
poznać, który z nich jest mroczny, a który nie. Inne rasy tego nie czują.
Zaczęły się lincze elfów. Uchodźcy chcieli walczyć. Chcieli mieć krew na swych
rękach. Farfel i Lokka-Thon jedynie to podsycali, a kapłani zapewniali, że to
tylko i wyłącznie sprawka bogów, że dzieją się na Miscle takie rzeczy jak
trzęsienia, przez to wojna musiała poczekać.


            Shivan
spojrzał na szeryfa, który wziął łyk herbaty, bo zaschło mu już w gardle. Dlatego Arianka nie zakończyła wojny, gdy z
nią przyszliśmy. Dała nam czas, a raczej tym, którzy pozostali na Miscle.


- Tyle, że Mroczne Elfy popełniły dwa błędy. Ponoć król
Rodryk przybył, by osobiście nadzorować eksterminację Kartltown. Wysłali Cieni,
którzy porwali dzieci uchodźców, tak przynajmniej mówiły gnomy. Nawet jeśli
było inaczej, nie podejrzewam, by Lokka-Thon mieszał w tym palce, choć kto wie,
czy nie zrobił to jeden z jego nowo nawróconych wojowników. Porwanie dzieci
jedynie wzmocniły ferment. Wszystkich elfów przeniesiono do zamkniętej
dzielnicy, getta, nie po to by ich wytyka palcami, ale chronić. Nim podjęto tę
decyzję, zabito prawie dwa tysiące kłapouchych. Z czystej nienawiści do
Moredheli. Nikt się tego nie spodziewał. Nawet Lokka-Thon. Cała rada była
przerażona, ale ten jaszczur wiedział, w co gra. Kazał jedynie gnomom, by dalej
rozpowiadały straszne rzeczy o wrogu. I zaczął zbierać ochotników do wielkiej
armii. Każdy mógł wstąpić. Mężczyzna, kobieta, starzec i dziecko. I
przychodzili całymi rodzinami. Niektórzy ledwo chodząc. Wtedy Mroczniaki
popełniły drugi błąd. Zbombardowały Reptilium, które natychmiast wypowiedziało
wojnę Rodrykowi. W końcu uzyskaliśmy sojusznika. Obiecali nam wsparcie i
pierwsze legiony wkroczyły do Kartltown na dzień przed wyruszeniem. Wtedy
Lokka-Thon miał już prawie dwieście tysięcy ochotników, jednak gdy uchodźcy
zobaczyli, co się dzieję, nabrali wiary. Właściwie tylko na palcach można było
liczyć tych, którzy zdecydowali się zostać. Większość miała już dość tego
życia, a Lokka-Thon nie obiecywał im zwycięstwa. Powiedział tylko, że zginą,
niezależnie, co zdecydują. Mogą zginąć walcząc z Mroczniakami, albo czekać aż te
przyjdą. Tylko, że w tym pierwszym wyborze kryje się drobna nadzieja, ale
przede wszystkim można upuścić swój gniew i pociągnąć wroga za sobą. Jeśli mają
wygrać, niech wygrają, ale niech się przy tym wykrwawią. Obecnie zbieranina
Sojuszu to kilka milionów istot, którym ciężko nawet się przesuwać. Wzbudzają
respekt wroga. Przy pierwszym podejściu sojusznicy Moredheli wycofali się. Obie
strony zbierają swe siły w dolinie Wayland. Pewnie i ja się tam udam, jak już
tylko rozpocznie się bitwa. Bitwa, która zdecyduje o wszystkim.


            Lando,
Erlan, Shivan i Dyzio słuchali słów Cabtree’ego ze zdumieniem. W końcu coś się
zmieniło. W końcu wstąpił na Miscle duch walki.


-Nie o wszystkim. – Sprostował Szefo. – Bitwa może być
przełomem, ale nawet jeśli ją wygracie, nie skończy to wojny. Ale w sumie to
nie moja sprawa.


            Skończyli
kolację i rozeszli się do swoich pokoi, by spędzić wygodnie noc. Myśli jednak
nie dawały im spokoju, najbardziej Erlanowi, który nie potrafił tak łatwo jak
jego towarzysze zaakceptować własnej śmierci. Nie wiem, co się z nimi stało, ale coś ich chyba pojebało.

Komentowanie nie jest możliwe :, więcej...

CDV.

przez , 04.cze.2009, w Bez kategorii

            Na
wszelki wypadek odeszli najdalej jak mogli, od miejsca, gdzie rozwalili portal,
zabierając wszystkie swoje rzeczy. Pomimo zmęczenia, cały dzień się właściwie
nie zatrzymywali, zmierzali wprost do Panico, dopiero po zapadnięciu zmroku,
zboczyli trochę z głównej drogi, by znaleźć miejsce na nocleg.


            Następnego
dnia, nawet Shivan spał dłużej niż zwykle. Dopiero przy śniadaniu udało im się
zebrać myśli i poukładać fakty. Wiedzieli o Moredhelach obecnie o wiele więcej,
niż Amos, czy ktokolwiek inny na Starym Świecie. Informacje te bez wątpienia
mogły się przydać Sojuszowi, ale czy to przyczyni się do zakończenia wojny?
Jednak jeszcze bardziej martwiło ich pytanie, co zrobią Mroczne Elfy. Jeśli
polityka odpowiedzialności zbiorowej, jest u nich powszechnie stosowana, to
mogą posunąć się bardzo daleko, karząc, tych, którzy znaleźli się pod ich
butem, za wybryk całej trójki. Zrzedły im miny, bo albo mieliby wrogów
gdziekolwiek by poszli, albo co gorsze, widzieliby efekt swej działalności. Ta wojna musi się kiedyś skończyć.


            Gdy się
zbierali, ujrzeli idącego drogą, w kierunku Panico, starca ubranego w zakonne,
acz wysłużone szaty. Shivan rozpoznał emblemat Vernery, bogini mądrości.
Mężczyzna opierał się o długą laskę, a jego lewa część twarzy była przysmażona.


- Witaj. – Zagadnął go elfi kapłan.

- Witajcie. – Odrzekł starzec, i jakby mu się łezka
zakręciła w oku. – To niesamowite, że w dzisiejszych czasach, jeszcze ktoś
pamięta, by pozdrowić podróżnego na szlaku. Tym jednym słowem, wnieśliście w me
życie więcej nadziei, niż ktokolwiek ostatnimi czasy.


- Kolejny ględzący klecha. – Rzekł pod nosem Erlan.

- Właściwie już skończyliśmy, ale – mówił Shivan – może dosiądziesz
się do nas. Dokąd zmierzasz, przyjacielu i skąd pochodzisz.


- Jestem brat François, były przeor klasztoru Cleunoux. –
Rzekł starzec z pewną godnością, ale też nieukrywanym smutkiem.


- Byliśmy tam – wtrącił się Dyzio. – Ale to było grubo
ponad rok temu…


- Wybaczcie, ale nie jestem w stanie spamiętać
wszystkich, którzy do nas przybywali.


- Też cię nie poznaliśmy od razu. – Rzekł Shivan. – Teraz
sobie przypominam.


            Dopiero
wtedy François usiadł przy nich.


- Czasy się zmieniają. – Westchnął starzec.

- Co się stało z klasztorem? Odeszliśmy stamtąd na krótko
przed atakiem Moredheli na Parravorne. – Zapytał Kisjevczyk.


- Klasztor… Tysiące lat historii… – Starzec łkał. –
Poszły z dymem. Nie ma już ich. Nie pozostało nic. Chyba niewiele wiecie, co?  Może zacznę od początku.


- Chętnie wysłuchamy. – Stwierdził Erlan. Kolejna rzecz, która być może zmotywuje nas
do walki z Moredhelami.


- Dobrze. – Kontynuował François. – Siedzieliśmy sobie
spokojnie w Cleunoux, nawet trochę interesowały nas informacje o konflikcie.
Tyle, że dla nas to było bez znaczenia, byliśmy obywatelami Galonii, ale też a
może przede wszystkim wyznawcami Vernery. Kapłanami wiedzy. Od setek lat nasz
zakon szanowano, nie walczyliśmy, nawet gdy zmieniał się władca, zawsze wolał
się z nami ułożyć, gdyś byliśmy ważną siłą. Pomagaliśmy w rozwoju państwa. Nie
ukrywam, że nie raz wiązało się to pewnymi przywilejami dla nas. Nie to,
żebyśmy i teraz liczyli na nie, przynajmniej nie od razu. Nie znaliśmy
Mrocznych Elfów, spokojnie czekaliśmy, a uciekinierów i wystraszonych
wieśniaków przybywało w naszych murach. Czy mogliśmy im odmówić schronienia?
Przyjmowaliśmy wszystkich. W końcu zjawiły się też i Moredhele. Na początku nie
robiły nic złego, zachowywali się jak to najeźdźcy. Zarekwirowali nam całą
żywność, trochę ją racjonowali, ale większość zabierali dla siebie. Nie
wiedzieliśmy jak zaprotestować. Staraliśmy się prosić, żeby racje były większe,
ale oni wymagali od wszystkich, w klasztorze pracy. Udało się nam przekonać
wszystkich, żeby współpracowali. Wtedy Moredhele zajęły się naszymi księgami.
Dwóch ubranych na czarno ichniejszych magów albo kapłanów, trudno stwierdzić.


- Cienie. To byli Cienie. – Rzekł Shivan. – Są zakonem,
który łączy te dwie profesje, dzięki temu mają bardzo silną pozycję w
Królestwie Mrocznych Elfów.


- Nieważne. Zaczęli – kontynuował François – przeglądać wszystkie
książki, część zabrali. Widać uznali, że mogą się do czegoś im przydać.
Próbowaliśmy tłumaczyć, że to ważne dzieła dla naszego zakonu i że możemy je im
skopiować, ale oni byli bardzo stanowczy. Mieliśmy wzgląd na wszystkich, którzy
schronili się w murach, więc, choć bolała nas ta strata, zacisnęliśmy zęby i
nic nie powiedzieliśmy. Czekaliśmy na rozwój wypadków. A te, toczyły się bardzo
szybko. Moredhele zaczęły segregować mieszkańców, wybierając wszystkich w miarę
zdrowych i silnych, wraz z ich rodzinami i wywozili je, przedziwnymi pojazdami
do obozów pracy. Nie wiedzieliśmy, co się stało, ale wraz ze znikaniem osób,
radykalnie zmniejszano rację żywnościowe. Niebawem najsilniejszych nie było
pośród nas, a Mroczniaki przestały nas żywić. Gdy protestowaliśmy, mówili, że
jest mech, ziemia i kamienie, każdy coś sobie znajdzie. Wtedy zaczęli też
znosić część ksiąg na dziedziniec, tylko po to, by wieczorem je podpalić. To
już mocno nas bolało, prosiliśmy ich, by tego nie robili, ale im zależało tylko
na jednym, by nas sprowokować. Najsilniejszych w końcu zabrali do obozów,
reszta nie była im potrzebna. W końcu, któreś głodne dziecko ukradło trochę
jedzenia nowym panom. W ciągu godziny zorganizowano apel, na którym zgromadzono
wszystkich, którzy jeszcze przebywali w Cleunoux. Nie pytali, które dziecko to
zrobiło. Uważali, że naszym obowiązkiem jest donieść samemu, a skoro nikt tego
nie zrobił, kazali wystąpić wszystkim pozostałym dzieciom. Podstawili je pod
mur i na oczach wszystkich rozstrzelali. Kilkuletnie i kilkunastoletnie dzieci.
– François mówiąc to był bardzo przejęty. – Myślicie, że jak zareagowały
kobiety, zwłaszcza matki. Oto właśnie chodziło Moredhelom. Gdy tylko podniósł
się bunt, spacyfikowali nas. Strzelali ze swych broni, dziesiątkując jak
kaczki. Tyle, że my nie mieliśmy nic prócz gniewu, byliśmy zmęczeni,
wystraszeni i niedożywieni, a oni nie tylko niszczyli nas fizycznie, ale
zależało im na złamaniu w nas ducha. Tłum bardzo szybko opanowano, część z nas,
w tym mnie, zamknięto w jednym z drewnianych budynków, innych powywieszano
wokół murów. A potem, Mroczne Elfy podpaliły wszystko. Cały klasztor! Budowlę,
która miała tysiące lat, w której zgromadzone były zwoje z całej historii
Galonii i nie tylko. Miejsca, które było dla nas czymś więcej niż domem, było
sanktuarium i wyrocznią. Oni to wszystko podpalili, poukrywali tam jeszcze
ładunki wybuchowe. I odeszli. Zniknęli. Wewnątrz budynku, w którym byłem,
znajdowało się trzydzieści najstarszych i najbardziej zniedołężniałych osób.
Mieliśmy spłonąć, tyle, że trochę lepiej znałem klasztor niż inni. Tylko
dlatego udało się nam zbiec, ale nie udało nam się powstrzymać zniszczenia.
Stałem tam i patrzyłem jak Cleunoux płonie, a potem rozsypuje się. Tego
klasztoru nie da się już odbudować. Można go zbudować na nowo, bo stare mury są
zbyt zniszczone. Ale co to da. Z wszystkich zakonników, którzy tam mieszkali
pozostałem tylko ja. A nieliczne z naszych dzieł, które ocalały zostały zabrane
przez Mroczne Elfy, bogowie raczą wiedzieć gdzie. Od tego momentu błąkam się
szukając swego miejsca na Miscle. I staram się być świadkiem, tego co mi się
przydarzyło.


            Ani
Shivan, ani Erlan, ani Dyzio nie mieli nic do powiedzenia. Czekali tylko, aż
starzec skończy i będzie można ruszyć do Panico. Nie dlatego, że nie chcieli go
słuchać, ale dlatego, że dopiero teraz zaczęli rozumieć jak wygląda prawdziwe
oblicze tej wojny.

Komentowanie nie jest możliwe :, więcej...

CCCLXXVI.

przez , 05.maj.2009, w Bez kategorii

            Kaszkient trudno było nazwać typowo arabską osadą.
Widać tu było ślady wielu kultur, w końcu Oczko Arabskie było swoistym
konglomeratem, dobre warunki życia sprawiły, że mieszkało tu o wiele więcej
istot niż w innych częściach kontynentu. Domy były inne, murowane, z dachami,
ale też i mieszkańcy o wiele bardziej zróżnicowani.


            Trójka,
ledwo trzymających się na nogach przyjaciół weszła do tawerny o wdzięcznej nazwie
„U Maga”. Jakież było ich zdziwienie, gdy zobaczyli klientelę, nie tylko ludzi,
ale też orków, grupę reptilionów, gnomy i pojedynczych przedstawicieli innych
ras. Siedzący z pewnym niepokojem spoglądali na elfów, ale nie reagowali. Zza
lady wyszedł sędziwy zoat, potężny jaszczur, trochę przypominający budową ciała
centaura, acz bez żadnych ssaczych cech. Rasa pradawna, prawie wymarła, acz jej
przedstawicieli czasem spotykano. Mówiono, że mieli nienaturalną smykałkę do
magii, co skrzętnie wykorzystywał szynkarz, choćby w nazwie. Zresztą sam
wystrój z księgami i ampułkami, oraz drinki nazwane eliksirami, miały jedynie
budować klimat.


- Uchodźcy? – Zapytał trójkę przybyszy.

- Podróżnicy… – Odpowiedział ledwo zipiąc Dyzio.

- Na oko widzę, że nie brakowało wam ostatnio przygód.
Skoro podróżujecie, nie słyszeliście o klątwie panującej w Arabii. – Zapytał.


            Shivan,
Erlan i Dyzio usiedli przy barze, a zoat przygotowywał im coś do picia. Podał
im małe ampułki z ziołami.


- To powinno wam pomóc, nie od razu, ale przynajmniej
trochę.


- Klątwie? – Zapytał Shivan wypiwszy łyka substancji.

- Trzeba się przyzwyczaić do tutejszego jedzenia i wody.
Nigdy nie wiadomo, kiedy zaszkodzi obcym. Jest zdradliwa, nie trująca, ale
zdradliwa. – Mówił szynkarz. – Widzę, że niewiele wiecie o kraju po którym
podróżujecie, to dość nierozważne.


- Mîn coś mówił, by pić dużo alkoholu i unikać wody. –
Przypomniał sobie Kisjevczyk.


- Nie wiem, kto zacz, acz łeb chyba ma na karku. Patrząc
na wasz stan polecam wódkę krasnoludzką, mocne to, ale postawi was na nogi,
tyle, że odpłatne.


- Ile? – Zapytał Dyzio.

- Nieważne ile, ważne że dobra kuracja, ja w to wchodzę! –
Wyrwał się Erlan. – Daj pan.


- Po tym pewnie będzie potrzebowali też noclegu. Wiecie,
nie przyjmuję ani ludwingów, ani koron, ani nawet zanzibarskich drachm, tylko
denary, macie takowe? – Zapytał zoat.

Przytaknęli mu. Wskazali
sakiewkę, niezbyt pełną, acz wystarczająco, by im polecił przygotować pokoje,
gdzie kazał także zanieść butelki wódki krasnoludzkiej.


- Nie obraźcie się, że wam tu nie podam, tylko na górze,
ale wiem, iż mało kto wytrzyma całość. Musicie się oczyścić i uważać potem, co
jecie i pijecie. Polecam zaopatrzyć się w alkohol i pić go po każdym posiłku.


- Stary, nie wiem kim jesteś, ale powiem jedno, jesteś
moim idolem! – Uradował się mag.


- Dużo tu takich przypadków? – Pytał Shivan powoli
odczuwając, że zioła, które wypili faktycznie przyniosły trochę ulgi.


- Klątwy? Ostatnio mnóstwo, coraz więcej tu uchodźców. Wszyscy
na to cierpią, ale uważajcie, w Kaszkiencie panuje też i inna zaraza. Gorączka
krwotoczna.


- Shlayan jak zwykle nie ma wtedy gdy są potrzebni? –
Zapytał Erlan.


- Cóż, nie jest to takie proste. Obecnie w okolicy jest
bardzo wielu Shlayan, pomagają organizować życie w Kartltown. Cały górny bieg
rzeki Cichlasomy staje się jednym wielkim miastem. Tam zmierzają uchodźcy.


- Po co? – Zapytał Dyzio. – Wszyscy w jedno miejsce?

- Gdzieście się uchowali przez ostatnie pół roku.

- Na pustyni. – Westchnął Shivan. Głupio stwierdzić, że w wiosce dla trędowatych, potem przelotnie w
Ascedii i Al-Szabwie.
– Trochę zbłądziliśmy po drodze.


- Wiecie, co się stało ze Starym Światem? – Pytał zoat.

- Mniej więcej. Mroczne Elfy. – Westchnął Kisjevczyk.

- Jakieś pół roku temu Moredhele zniszczyły Trannenberg.
Zrównały miasto z ziemią, uznały, że nie ma w nim nic, co by zasługiwało na ich
uwagę. Nie pozostał kamień na kamieniu. Każdy kraj starał się walczyć z nimi na
własną rękę, co przechyliło jedynie szalę zwycięstwo na stronę Mroczniaków.
Wykorzystali wzajemne animozje i rozprawili się z każdym z władców z osobna.
Niedawno schwytano generała Tarnowskiego, tym samym ostatni zorganizowany opór
w Kisjevie zamarł. Arabia nie jest jednolitym państwem, ale tu w Oczku jest
wielu świadomych mieszkańców. Wiedzieli, że Moredhele nie tylko są już tu
obecni, ale pewnego dnia przyjdą z armią. Zauważyli to też przedstawiciele
Reptilium, widzicie tych reptiolionów? Prowadzą nabór do armii Sojuszu.


- Sojuszu? – Zdziwił się Shivan.

- Kartltown to stolica Sojuszu. Samozwańcze rządy kilku
państw, próbujące podjąć walkę ostatniej szansy. Może chcecie się zaciągnąć,
pogadajcie z reptilionami z pewnością wam pomogą. – Mówił zoat.


- To nie nasza wojna. – Westchnął Erlan.

- Mamy swoje problemy i swoją misję. – Odrzekł kapłan. –
Nie wiesz może gdzie znajduje się Księga Makr.


            Zoat
zrobił dziwną minę, a potem parsknął śmiechem.


- Cóż, wasza wola, co zrobicie. W każdym razie,
odpowiadając na pytanie, Shlayan jest w okolicy mnóstwo, ale nie są w
Kaszkiencie mile widziani, przynajmniej nie w ciągu najbliższych dni.


- A co się będzie działo? – Zapytał Kisjevczyk.

- Mortos-Todos. Święto zmarłych, taki lokalny obyczaj.

            W tym
momencie podeszła do nich kelnerka i powiedziała, że pokój jest już gotowy. Podziękowali
i ruszyli na górę.


- Mortos-Todos? – Powtórzył Dyzio.

- Nie wiem co to jest, ale już mi się nie podoba. –
Odrzekł Shivan. – Będzie się trzeba temu lepiej przyjrzeć.

Komentowanie nie jest możliwe :, , więcej...

CCCLIII.

przez , 19.kwi.2009, w Bez kategorii

- Jak widzisz, Henryku, te golemy wykonują tu za nas
wszystkie prace. Wszystkie. – Mówił Hurgad. – Dlatego Acedia jest
samowystarczalna, właściwie to nie potrzebujemy nikogo, nawet Arabii. Owszem
używamy ich denarów, ale po prawdzie jedynie z tradycji nie potrzeby.


            Saligia
siedział po przeciwnej stronie stołu, jadł kolację u przywódcy Acedian.


- A ja się cieszę, że w końcu tu jestem. – Powiedział
Enrico. – Minęło wiele czasu, odkąd zaczęliśmy korespondencję, wiele się na
Miscle zmieniło. Nie boicie się, że na Acedię napadną Moredhele?


- Mówiłem ci, jesteśmy samowystarczalni. Jeśli będzie
trzeba armia golemów nas obroni, jak to nie wystarczy, to jest nas tu piętnastu
magów. Wielu z nas ma swoich uczniów, którzy nie są magami tylko dlatego, że
nie ma dla nich miejsca w radzie.


- Tego właśnie nie zrozumiałem. – Mówił Enrico. – Nie
działacie jak Gildia?


- Niezupełnie. Jesteśmy władcami tej krainy i rządzimy
nią według własnych praw. Ponad dwieście lat temu, do wioski, która onegdaj się
tu znajdowała – kontynuował Hurgad – przybył pewien Sefardyjski czarownik.
Ponieważ lokalny watażka, popadł w konflikt z szejkiem, poproszono czarodzieja,
by wspomógł mieszkańców w walce. Ten się zgodził, w zamian za pomoc jednak
zażądał, aby mianowano go następnym przywódcą. Sefardyjczyk był stary, więc
uznano to za dziwactwo, acz zgodzono się. Tyle, że śmierć rządzi się własnymi
prawami. Gdy miesiąc później przywódca zmarł, jego syn oznajmił wszem i wobec,
że to czarodziej jest winny jego śmierci. Sefardyjczyk się jednak nie poddał,
poprosił o dowody, mówiąc, że jego zdaniem śmierć była naturalna, albo maczał w
palce w tym syn. Starzec zaproponował też, by to mieszkańcy wybrali nowego
władcę, przez test przydatności. Ponieważ młodzieniec był nie tylko silny, ale
miał poważanie, jego stronnicy stwierdzili, że zorganizują zawody w tym, kto
pierwszy oczyści wioskę z kamieni. Podzielono ją na dwie strefy, całkiem spore,
zwłaszcza, że te kamienie trzeba było daleko wynosić. Młodzik zabrał się od
razu za robotę, wiedząc, że starzec nie da rady, ale Sefardyjczyk zaczął z
piasku układać postać. Niby ludzką, ale kto wie. Śmiali się z niego, że wariat,
on jednak wiedział, co robi. Budował piaskowego człowieka, było to ciężkie
zadanie, acz udało się. Ludzie pukali się w głowę widząc efekt, zwłaszcza, że
młodzieniec w tym czasie uprzątnął już jedną czwartą swego poletka. Wtedy
czarodziej zabrał się do roboty, włożył w usta piaskowego ludzika księgę
magiczną, a na jego czole wypisał nazwę. W ten sposób zbudował pierwszego
golema, piaskowego. Gdy ten ożył, starzec rozkazał mu uprzątnąć wioskę, a golem
natychmiast zabrał się do roboty. Nie męczył się, nie grzało go słońce, nie
narzekał na ciężar. Mieszkańcy byli pod wrażeniem, wtedy dziadek obiecał, że
zbuduje każdemu golema, by pracował za niego. Wszyscy odwrócili się od
młodzieńca, a on sam, acz dopiero po śmierci Sefardyjczyka, stał się jednym z największych
orędowników nowego porządku. Wcześniej nie pozwalała mu na to duma.


- Tak powstał pierwszy golem. – Zapytał zainteresowany
Saligia. – Ale one nie są piaskowe, przynajmniej te które widziałem?


- Nie, nie są. Słuszna uwaga. – Stwierdził Hurgad. –
Wiesz, golem sam w sobie jest nieożywiony, ale jednocześnie nie jest martwy, bo
nigdy nie był żywy. To istota w którą tchnięto ducha magii, tak jak w ludzkie
ciało duszę. Tyle, że jest całkowicie bezwolna.


- Jak my w obliczu bogów. Jesteśmy tylko golemami, które
mają sprawiać im przyjemność, którymi można się bawić. – Mówił Enrico.


- W każdym razie stworzenie golema jest dość trudne, gdyż
trzeba mu wpierw nadać kształt. Można go zbudować z piasku, gliny, wyciosać z
kamienia lub drewna, czy wytopić z metalu. Można też z lodu, ale to na dalekiej
północy. Jest tylko jeden problem, golem musi cały czas coś robić, inaczej
wraca do swej postaci. Drewniany, kamienny, czy metalowy, sam rozumiesz są
trudne w wykonaniu. Piaskowy, czy lodowy, nie wytrzyma nocy, pierwszy rozsypie
się, drugi roztopi. Glina jest idealna, łatwo nadaje się jej kształt, a przy
tym jest w stanie go trzymać. – Chwalił się Hurgad. – Zwłaszcza jak się ją
wypali. Wiedział to już ów stary Sefardyjczyk, a gdy przejął władzę, zbudował
piec, w którym wypalał z gliny golemy. Zorganizował sobie też pomocników,
czternastu innych magów i razem rządzili Acedią, kontrolowali golemy przez
magiczny krąg mocy, dzięki któremu magia utrzymuje się nawet po śmierci twórcy.
Niektóre golemy mają po sto i więcej lat, choć ich twórcy dawno już nie żyją.
Wiesz, normalne czary pozwalają na to, by każdy kto pozna imię golema, mógł nim
zawładnąć i mu rozkazywać, dzięki kręgowi nie ma takiego niebezpieczeństwa. My
kontrolujemy wszystkie, nie grozi nam bunt, a jednocześnie, gdyby ktoś stanął
przeciw nam, możemy skierować przeciw niemu golemy.


- Fascynujące. Gdybyście chcieli, moglibyście wystawić
całą armię golemów przeciw Moredhelom, prawda? – Dopytywał Henryk.


- Pewnie, tylko po co. Lepiej żyć w spokoju, nie wadzimy
nikomu, z pewnością dogadamy się i z Moredhelami, nawet za cenę płacenia
daniny, byle zostawiliby nas w spokoju. Ale myślę, że dzięki naszym koneksjom
jakoś dojdziemy do porozumienia.


- Bractwo Iluminarów będzie chroniło was tak długo jak
można, oczywiście w zamian za wiedzę.


- Chciałbyś zobaczyć jak tworzy się golema? – Zapytał
Hurgad.


- Za chwilę, interesuje mnie jeszcze kwestia tych
uczniów.


- Ano tak, zapomniałem o tym. – Westchnął czarodziej. –
Więc razem z Sefardyjczykiem było piętnastu magów, którzy stworzyli krąg mocy.
I tyleż miejsc wokół niego, to nasza sala spotkań i obrad. Postanowiliśmy
zrobić z tego tradycję. Nie przekazujemy uczniom całej naszej wiedzy, dopiero
gdy któryś z nas zginie, uczeń zajmuje jego miejsce. Zupełnie jak to było z
władcami demonów w dalekim Kitaju.


- Zaiste, ciekawe, co się z nimi stało. Ale rozumiem, że
niejeden uczeń może być silniejszy i mądrzejszy od wszystkich mistrzów, acz
musi czekać na swój czas.


- W tym właśnie tkwi sedno takich rządów. Wiem, wydają
się niektórym niesprawiedliwe, ale z drugiej strony, z niektórymi rzeczami
warto czekać. – Powiedział Hurgad.


- O ile się dożyje. – Roześmiał się Enrico.

- Życie, cóż dziwna kwestia podczas budowania golema.
Istota, ani żywa, ani martwa. Chodźmy, muszę zbudować kolejnego.


            Poszli
do izby, w której znajdowała się rozmoczona glina. Hurgad zaczął z niej lepić
ciało, tułów, głowę, nogi, ręce.


- Zrobię mu cztery ręce, by pracował wydajniej. –
Stwierdził.


            Oprócz
niego w sali był też Saligia, który nie mógł wyjść z podziwu nad tym, co
powstawało, oraz uczeń Hurgada, Darius. Czarodziej nie odwalał swej roboty,
dbał o najdrobniejsze szczegóły. Małym rylcem zarysowywał na glinie kształty
paznokci, które miały pomóc istocie w niektórych pracach, potem zajął się jej
głową. Gdy była już ulepiona, a jego uczeń rozpalił w piecu, na specjalnie
przygotowanym podeście ustawiono glinianego ludzika, czekając aż stwardnieje.
Wszystko to trwało aż do bladego świtu, wtedy golem był już gotowy do
ożywienia. Wyciągnięto go, postawiono na środku izby, Hurgad włożył mu w usta
magiczną księgę, wziął pędzel, zamoczył w czarnej farbie.


- Darius, mógłbyś mi pomóc? – Powiedział Enrico.

- Pomóc? – Zdziwił się Hurgad odwracając się od Saligi. –
To tylko uczeń…


            Nie
dokończył jednak zdania. Poczuł nóż wbijany w plecy.


- Skurw…

            Darius
podbiegł do swego mistrza. Złapał go i wbił kolejny sztylet.


- Zdra… – Wyszeptał czarodziej umierając.

- Czasem trzeba samemu dopomóc swemu szczęściu. –
Stwierdził Saligia. – Jedynie odważni, którzy nie boją się podejmować ryzyka, a
także wyrzeczeń mogą zostać członkami Iluminarów. Wiem, mój młody przyjacielu,
że jesteś zdolny ukończyć sam tego golema, ożywić go i sprawić, by pozbył się
tych stetryczałych pierników.


            Darius
nic nie odpowiedział. O ile wcześniej miał pewne wątpliwości, teraz nie było
już do czego wracać. Wziął pędzel, zaczął wypisywać nim imię golema na jego
glinianym czole i tchnął w niego duch magii.


            Nawet
Saligia poczuł się poruszony, gdy ujrzał jak gliniany stwór nagle w pewien
przedziwny sposób ożywia się, wyprostowuje i czeka na rozkazy nowego pana.


- Zabij ich! Zabij ich wszystkich! – Rozkazał młodzieniec.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , więcej...

CCCLII.

przez , 19.kwi.2009, w Bez kategorii

            Problemem
w Acedii okazało się być miejsce do spania. Nie było tu ani jednego zajazdu, w
którym można było się zatrzymać. Nie chciano tu gości, nie zarabiano na nich,
kraina była samowystarczalna. Mieszkańcy i ich golemy bacznie obserwowały
obcych, ale niechętnie udzielały jakiejkolwiek informacji. Magiczne stworzenia
nie potrafiły mówić, wykonywały tylko polecenia swych właścicieli, a ludziom
nawet nie chciało się odpowiadać. Niejednokrotnie ziewali tylko, nie mówiąc
nic. Po co było się trudzić na obcych. Nie chciano im tu. Prawie każdy z
Acedyjczyków wyznawał krótkowzroczną wizję, patrząc jedynie na swoje dobro. Nie
chcieli by pojawiło się tu wielu przybyszów, gdyż mogłoby to zachwiać kruchą
równowagę tego miejsca, luksus, spokój i lenistwo mogłyby się skończyć. Nie chcieli
też pilnować gości, których otaczały golemy, na wypadek, gdyby któryś z
przybyłych chciał coś ukraść.


            Dopiero
dziesiąta osoba wskazała dom najbliższego maga, a raczej poleciła jednemu ze
swoich golemów zaprowadzenie tam gości. Było to łatwiejsze niż wskazanie palcem
trzeciego domu od lewej. Bo przecież istota się nie męczyła, wykonywała każde
polecenie bez szemrania, bez pomyślenia, a podnieść rękę, cóż mogłoby to być
zaiste męczące.


            Czarodziej
miał na imię Barrak. Początkowo niechętnie przyjął gości, zwłaszcza hałaśliwych
i rubasznych krasnoludów nie chciał wpuścić do środka, co w rezultacie
doprowadziło do tego, iż poczuły się urażone i zostały na zewnątrz. Erlan,
Shivan i Dyzio wewnątrz domu arabskiego maga rozgościli się, dziwiąc przy tym,
że prawie wszystko za właściciela robiły golemy.


- Ostatnimi czasy i tu coraz więcej uchodźców. – Mówił
Barrak. – Stąd niech nie dziwi was niechęć i ostrożność.


- Przez poprzedni rok, może nie cały, ale niewiele
brakowało – mówił Shivan – byliśmy odcięci od Miscle, nie wiemy, w praktyce nic
o tej krainie, ani tym bardziej o wojnie.


- Gdzieście się uchowali? – Dziwił się Acedyjczyk. –
Niewiele wiecie o wojnie?


- Byliśmy w zamkniętej oazie. – Wtrącił Dyzio. – Tam
nauczyliśmy się władać arabskim.


- Hahaha. – Roześmiał się Montolio.

- Nie ma tu zamkniętych osad, z wyjątkiem kilku, ale sami
wiecie to miejsca gdzie wysyła się trędowatych. Umieralnie.


- I stamtąd można powrócić. Żywym i zdrowym. – Stwierdził
Erlan.


- Wygląda na to, że macie dużo ciekawszą historię do opowiedzenia
niż ja. – Westchnął Barrak. – Ale zaiste niewiele się tu dzieje, więc czemu
miałbym się nie rozerwać i nie porozmawiać z wami dziś wieczór. Musicie być
głodni. Nakarmić gości.


            Z kuchni
zaczęły przychodzić golemy, które przynosiły jedzenie i zaczęły je przeżuwać.


- Moglibyśmy jeść w bardziej klasyczny sposób? Sami? –
Zapytał Kisjevczyk.


- Dziwne, że wam się jeszcze chce ile wy lat macie? Ale
skoro chcecie. Podawać jedzenie, nie karmić. – Wydał kolejny rozkaz. – Cóż to
jest właśnie Acedia, wszystko co można wykonują tu golemy. Żyjemy we wspaniałym
i szczęśliwym świecie, zwykłych mieszkańców nie obchodzi to co dzieje się poza
naszymi granicami, ale my magowie, którzy nad tym wszystkim panujemy staramy
się mieć oczy otwarte. Jest nas piętnastu i przewodzi nam stary Hurgad. Ale was
interesuje wojna, prawda?


- Rozumiem, że trwa nadal? – Zapytał Shivan.

- To ciężkie pytanie. – Westchnął Barrak. – Zaiste nie
wiem jak wam odpowiedzieć. Ta wojna wyglądała zupełnie inaczej niż wszystkie
inne. Moredhele zaatakowały nagle i bardzo szybko parły do przodu. One
rozdawały karty…


- Ale już nie rozdają? Przegrały? – Dopytywał
niecierpliwie Dyzio.


- Chciałbym. Żyjemy w dziwnych i niebezpiecznych czasach,
trochę ciężko mi mówić wam o tym, bo widzę, że kompletnie nie wiecie nic. Rok,
mniej więcej wtedy wszystko się zaczęło, wojny z Imperium, z Galonią, potem
inwazja na Interię i inne. Nie wiem skąd oni brali armię, jak prowadzili
wojska, ale większości państw Starego Świata już nie ma. Niektóre z miast, jak
choćby Trannenberg zostały zrównane z powierzchnią ziemi. Nie ma ich. W Lagonie
nie ma ani jednej żywej duszy. Therionia upadła, Irlenia, walcząc ramię w ramię
z Dark Water wytraciła swą flotę i musiała walczyć z inwazją na swych ziemiach.


- Irlenia?! – Zdziwił się Erlan. – Wydawało się, że
wyspiarze będą bezpieczni.


- I byli… Przynajmniej dopóty istniał Satynowy Dwór,
dopóty Altburg nie został zdobyty. – Mówił Barrak.


- Satynowy Dwór? Stolica Galonii? Przestała istnieć? –
Zdziwił się Shivan. Żniwo wprawdzie
wielkie, ale robotników mało, proście więc pana żniw, aby wyprawił kolejnych.


- Altburg? Został zdobyty? – Nie mógł się nadziwić Dyzio.

- Przez Mroczne Elfy. W pierwsze pół roku rozbiły
większość armii, zdobyły miasta, zamki, zostawiając wsie. Jedynie tam, w
lasach, z dala od cywilizacji istnieje jeszcze jakikolwiek opór. W Kisjevskich
borach grasuje generał Tarnowski, atakując posterunki wroga. Za jego głowę
wyznaczono wręcz niewyobrażalną sumę. Jedyny z dowódców Kisjeviu, który odmówił
stawienia się do tak zwanej ostatecznej bitwy. Kisjevczycy zebrali ogromne siły
i zamierzali zaatakować Moredheli, tyle, że przegrali. Jedna z najkrwawszych
bitew, polegli, pozostawiając swój kraj otwarty, niczym zaproszenie wroga.
Niedobitki odnalazły generała Tarnowskiego i po śmierci króla jest on przywódcą
Kisjeviu. Nikt nie ma jednak wątpliwości, że i na niego przyjdzie pora. Mroczne
Elfy nienawidzą takich jak on. Owszem jest wiele band, które walczą same
przeciw wrogom, są o wiele skuteczniejsze niż armie, ale tylko kilka z nich
zdołało zaistnieć w świadomości mieszkańców Miscle. Już nie mówię o narodach,
rasach, o krajach, one przestały mieć jakiekolwiek znaczenie. Wszyscy z
niecierpliwością wyczekują bohaterów, którzy poprowadzą ich ku zwycięstwu i
wyzwoleniu. Oczekują drugiego przyjścia Uroborosa, który raz już przecież zdjął
kajdany ciemiężonym. I kto jak kto, ale Moredhele doskonale zdają sobie sprawę
z tego, że symbolika i wiara jest ich najmocniejszym wrogiem. Z armią sobie
poradzą, ale istotami, wolącymi zginąć, niż się poddać? Niekoniecznie. Nie chcą
mieć wszędzie szpicli, nie chcą mieć wszędzie walczących. Dlatego bandy,
bohaterowie są likwidowani brutalnie i skutecznie. Nawet gdy są tylko
legendarni.


- Legendarni? – Zapytał zdziwiony Erlan. – Nie rozumiem.

- W Imperium, po śmierci cesarza Kronberga narodziła się
legenda o mrocznym mścicielu, który mordował Moredheli w nocy. Wampirze,
patriocie, który w sposób jedyny jaki mógł, wspomagał swych krajan, mimo, że go
dawno odrzucili. Z czasem do niego, a nazwano go imieniem Ferve, zaczęli
dołączać się inni. Nie wampiry, przedstawiciele innych ras, by wraz z nim
atakować najeźdźców.


- Ferve. – Ucieszył się Erlan. – To nie legenda.

- A ty go chciałeś zabić. – Powiedział Dyzio do Shivana.

- No to ładnie.

- Widzę, że wszystko się nieźle popierdoliło, przez te
kilka miesięcy. – Podsumował Kisjevczyk.


- Wiecie, dotychczas myślałem, że egzekucja Ferve’a, była
swingowana, gdyż nie wierzyłem, że taki wampir mógłby istnieć, ale po tym, co
mówicie uwierzyłem. – Powiedział Barrak. – Przykro mi to mówić, ale stracono go
dwa miesiące temu, wystawiając o północy na widok publiczny, na jednym z placów
Altburga. Potem czekano tylko na świt. Był wampirem, w dodatku wymęczonym, więc
sami sobie dopowiedzcie resztę.


- A Arabia? Nie zaatakowano Arabii? – Zdziwił się Erlan.

- Nie, dotychczas nie, bo nie było takiej potrzeby. –
Powiedział gospodarz. – Tu Mroczne Elfy wybudowały swe posterunki na długo
przed wybuchem wojny. Kontrolują większe tereny, niż mogłoby się wydawać, a
jedyną solą w ich oku jest Reptilium. Może faktycznie boją się, że gdy zagrożą
gadom, Uroboros powróci, by jeszcze raz zadbać o swój lud. Mają tu wielu swoich
sprzymierzeńców, gobliny, orki, fimirów, skaveny. Tu i tak nic się nie dzieje
bez wiedzy Moredheli, więc sami zrozumiecie, dopóty gady nie zaczną szaleć,
wojny tu nie będzie, co nie oznacza, że to teren bez walk, acz nie są one takie
jak na północy. A raczej jak były na północy, bo wszystko mamy już za sobą.


- Nie sądzisz, że Acedia może być w niebezpieczeństwie? –
Zapytał Shivan.


- Cóż, sądzić może i sądzę, ale to bez znaczenia, w
porównaniu z tym, co wiem. Niebezpieczeństwo to mało powiedziane, dlatego jak
was zobaczyłem doszedłem do wniosku, że moglibyście mi pomóc. Jest pewien
rozdźwięk między nami magami, ale może zacznę od początku, od tego jak powstała
ta kraina i jej golemy.

Komentowanie nie jest możliwe :, , więcej...

CCCXLIII.

przez , 09.kwi.2009, w Bez kategorii

            Arabia
nie podobała się Kryfstusowi. Było tu zbyt gorąco, zbyt dużo piasku i za mało
roślin. Owszem, bez trudno można było znaleźć ciszę, ale w takich warunkach
mistrz Iluminarów miał trudności z kontemplowaniem. Dobrze, że choć w zamku,
który wznosił jego brat, można było się już skryć przed gorącymi promieniami
Ulos.


- Widziałem drugi zamek, bardzo blisko. Nie zajęliście
go? – Dopytywał.


- Nie. – Odrzekł Xantos. – Przejęły go Skaveny, które
rządzą faktycznie miastem, całkowicie nam to pasuje.


- Przez jakiś czas będziemy musieli tu zabawić, zwłaszcza
ty. – Rzekł mistrz Iluminarów. – Przez jakiś czas będzie panował tu pokój, choć
z pewnością przybędzie ścierw, które nie zostały stracone przez Moredheli.


- Moredhele już tu są. – Powiedział Xantos. – I to od
wielu lat. To Arabia, bracie, Arabia, tu jest wszystko poza organizacją. Nikt
nie rządzi tymi ziemiami, niektóre ludy przenoszą się z miejsca na miejsce.
Inne osiadają, tak jak tutaj. Tyle, że nikomu się nic nie chce, strasznie się
lenią. Nie ma władzy, nie ma króla, w efekcie powstają osady zbudowane przez
ludność przybyłą z różnych miejsc na Miscle i rządzą się własnymi prawami. Mroczne
Elfy to wykorzystały. Mają to kilka swoich twierdz. Poza nami, są tu Fimirowie,
Skaveni, na południu gobliny i orki. Istny kocioł, gdy ktoś kiedyś podpali ten
lont na którym się znajdujemy to będziemy mieć dopiero wojnę.


- Braciszku, – roześmiał się mistrz Iluminarów. – Zawsze
pozostaniesz moim młodszym, głupszym, braciszkiem. Nie wiesz, co się wyprawia
na Starym Świecie, jakie ofensywy się zaczęły. Wątpię, czy byłbyś w stanie to
wszystko pojąć. Powiem ci tylko, tak obrazowo, byś zrozumiał. Kiedyś gdy płynąłeś
morzem w nocy potrzebowałeś latarni morskich, by nie wpaść na mielizny przy
lądzie. Dziś już ich nie potrzeba. Interia, płonąc zamieniła się w jedną wielką
latarnię. Rozumiesz ogrom zniszczeń? Rozumiesz potęgę Mrocznych Elfów?


- Wciąż trudno mi to pojąć. Cała Interia padła?

- Niewiele jej brakuje. – Stwierdził Kryfstus.

- I co będzie teraz?

- Przesilenie. Moredhele przede wszystkim zajmują miasta
i rozbijają armię. Szybko zajmują tereny, rozbijają wroga i przenoszą swoje
siły dalej. Nazywają to wojną błyskawiczną. Ale zostawiają za sobą olbrzymie
połacie terenów wiejskich. Gdy rozgromią główne siły, będą musieli zacząć
podporządkowywać resztę, to im zajmie dużo więcej czasu. Nie ze względu na
opór, ale na ogrom obszaru. – Mówił mistrz Iluminarów. – Oczywiście w tej
części będą brać udział wszyscy sojusznicy, nie tylko nasz zakon, ale też orki,
gobliny, Skaveni, Fimirowie i inni wyznawcy bogów Chaosu.


- Brzmi jak nowa Hegemonia. Nowa Kompania Chaosu! –
Ekscytował się Xantos.


- W pewnym sensie tym właśnie to jest. Tyle, że rządzoną
bez bogów. Imperium tak wielkie, że ani Rodryk, ani Saur nie będą w stanie go
kontrolować. Iluminarowie bez trudu wykroją sobie najlepsze kawałki. Oto
nastaje nowy porządek, nowa era. Ta wojna zmieni wszystko, już zmieniła. Z tym,
że gdy rządzą nią istoty żywe, jak Rodryk, który jest oddany tylko i wyłącznie
wojnie, oraz Saur, który szuka mistycznych artefaktów, my bracie mamy szansę
się wybić. Zakon powoli staje się tym, co mi się wymarzyło, ściągnąłem do niego
nowych członków, zupełnie nie wywodzących się z kręgów upadłych magów czy
mrocznych kapłanów. Przyszłość maluje się w znakomitych barwach. Za sto lat od
dziś to Iluminarowie będą pociągać za wszystkie sznurki.


- Szkoda, że tego nie dożyjemy. – Westchnął Xantos.

- Ale to my to stworzymy. W budowaniu Imperiów zawsze
trzeba pamiętać o tym, że pewnego dnia się odejdzie, a twór pozostanie. Nikt
nie żyje wiecznie. Nikt nie żyje tysiąca lat. Nic nie jest wieczne. Nawet
Kompania Chaosu upadła, tylko dlatego, że jeden z bogów, Uroboros miał siłę, by
zainspirować prosty lud, by go poprowadzić do zwycięstwa. Krwawy mesjasz,
zapłacił za swe zuchwalstwa. Tyle, że gdyby tego nie zrobił, gdyby nie wygnał
Mrocznych Elfów, dziś nie miałby kto wracać, nie byłoby ani wojny, ani
Iluminarów. Czy zatem powinniśmy go tak przekreślać, może właśnie uczynił nam
więcej dobra, niż swoim wyznawcom? – Śmiał się mistrz zakonu. Saligia ma rację, bogowie są straszliwie
przewrotni i wredni.


- Tu nadal jest mnóstwo jego wyznawców tego gada.
Reptilium. Jedyne miejsce, gdzie nie mamy wstępu. Trzymają się z boku, nie
wpuszczają nikogo na swój teren.


- To jedyne państwo, które w Arabii cokolwiek znaczy.
Zanzibar padł, miasta goblinów czy fimirów są po naszej stronie. Jedynie gady
mogłyby wystawić armię, która mogłaby prowadzić zaciekłą i równą wojnę z nami,
czy z Moredhelami. Będzie trzeba się nimi zająć. – Stwierdził Kryfstus.


- Nie jedyne. – Dodał Xantos. – Jest jeszcze jedna
kraina, Acedia. Trudno nazwać ją państwem, bo organizacje ma typową dla Arabii,
ale tam jest mnóstwo magów. Oni żyją własnym życiem, acz trudno im odmówić
potęgi.


- Acedia, powiadasz? Będę musiał się jej lepiej przyjrzeć.

Komentowanie nie jest możliwe :, , więcej...

CCCXLI.

przez , 07.kwi.2009, w Bez kategorii

- Biegnij! Biegnij! – Ponaglała matka swoje dziecko,
które co pewien czas oglądało się za siebie.


            Tybriola
płonęła. Mroczne Elfy przepuściły szturm, błyskawiczny, trudny do przewidzenia
i niemożliwy do zatrzymania. Armia Interii została wycięta w pień, rycerstwo
rozbite, opór zdawał się być bezsensowny. Na nic zdały się worki piasku
ustawione między uliczkami, straszliwa broń Moredheli niszczyła wszystko. Nie
można było się do nich zbliżyć, gdyż ich karabiny ani na chwilę nie przestały
strzelać. Najeźdźcy zabijali każdego, kto stanął na ich drodze. Nie szczędzili
ni kobiet, ni starców, ni dzieci. Nie zostawiali budowli, niszczyli, co mogli,
co tylko wpadło im w ręce.


            Kobieta
z dzieckiem miała nadzieję dotrzeć do portu i wsiąść na jakiś okręt, który
zabrałby ich, nieważne gdzie, byle daleko stąd, daleko od wojny. Pchała swego
synka przodem, by w razie czego ochronić go przed kulami. Była jego żywą
tarczą, w końcu on był dla niej wszystkim. Kochany synuś. Oczko w maminej
głowie. Wart tego, by oddać za niego życie. Zupełnie nie myślała o sobie, ważne
było, aby go ocalić.


            W końcu
poczuła jedną kulę w plecach. Drugą. Trzecią. Czwartą.


- Biegnij! Uciekaj! – Krzyczała upadając, tracąc siły. –
Uciekaj…


            Legła na
ziemię. Chłopczyk zatrzymał się. Podbiegł do krwawiącej matki. Przytulił się do
niej i zaczął płakać. Było jednak za późno, by mógł jej pomóc. By ktokolwiek
mógł jej pomóc.


            W
karczmie u Emilia wszystko starannie zaryglowano. Każde okno, każde drzwi.
Wszyscy siedzieli w ciszy, mając nadzieję, że burza, która się właśnie
przetaczała nad Tybriolą właśnie ucichnie.


- Don Marini – powiedział jeden z drabów – oni… Mroczne
Elfy, one nie chcą negocjować. Nie interesują ich kosztowności. Nic. Niszczą
wszystko, co staje im na drodze. Nie wiemy jak się z nimi dogadać.


- To szaleństwo! – Wnerwił się mafioso. – Musi być coś co
cenią, czego pragną!


            Tyle, że
Moredhele nie były Interczykami. Nie praktykowały Iry, nie chciały brać
łapówek. Żołnierze Magistratu Wojennego wykonywali tylko polecenia. Starannie,
bezbłędnie i bez zająknięcia. A rozkazy były jasne. Zniszczyć wszystko,
zlikwidować wroga. Alfonso Marini pomimo wielu lat, wielu lokalnych wojen wciąż
nie mógł tego zrozumieć. Karni żołnierze,
pozbawienie własnych potrzeb?


            Ale
nawet zabarykadowany budynek na nic nie pomógł. Ostrzelany z armat, zaczął się
walić przysypując weń tych, którzy się tam schowali.


            W
jeszcze innej części miasta, Enrico Saligia stał na balkonie luksusowego domu i
spoglądał na ulice. Mroczne Elfy zabijały każdego, kto się tam pojawił, kto
znajdował się na ich linii ognia. A on mógł na to spoglądać z góry.


- Jesteś pewien, że jesteśmy tu bezpieczni? – Zapytał w
końcu Henryk.


- Najzupełniej. – Westchnął Kryfstus. – Jak widzisz,
chaos wojny dotarł w końcu do Interii. Informacje, które mi przekazałeś dziś i
te, które nam przekazywałeś wcześniej z pewnością jedynie przypieczętują upadek
tego, wybacz, żałosnego kraju.


- To moja ojczyzna. – Powiedział ze smutkiem Saligia. Czy nie posunąłem się za daleko?

- Owszem, ale nie pozostanie kamień na kamieniu, z tego
co znamy. Stary porządek musi odejść, a my musimy coś poświęcić. – Mówił mistrz
Iluminarów. – Potraktuj to proszę jak rytuał przejścia, w którym musisz okazać
się godnym bycia mężczyzną. Godnym bycia Iluminarem.


- Zazwyczaj sprzedawałem tylko wiedzę.

- Nie tylko. Jesteś też filozofem, twoje poglądy są
bardzo cenne, wzbogacisz zakon bardziej niż ktokolwiek przed tobą. – Mówił Kryfstus.
– Wiesz, ja też musiałem poświęcić wiele, musiałem zdradzić mojego mistrza.
Eksperymentował, ale nie wiedział, że to ja prowadziłem na nim eksperymenty. Z
duszą i ciałem. Ale mimo wszystko miałem opory, by się go pozbyć. Stary, głupi
sentyment. Gdyby nie banda awanturników, głupców jakich pełno na Starym
Świecie, to kto wie, czy Harrad wciąż by nie żył? Widać taki był kaprys bogów,
jakbyś to ujął.


- Dziwne jest to, że i mnie ku temu krokowi ostatecznie
popchnęła banda awanturników. – Stwierdził Enrico. – Cóż mam nadzieję, że będę
mógł dalej rozwijać mą filozofię, już wewnątrz zakonu.


            Spojrzał
w innym kierunku. Mrocznym Elfom towarzyszyły gobliny i orki, które także
plądrowały miasto. Tybriola upadała, a wraz z nią i inne miasta. Okręty
pośpiesznie opuszczały port, nie znając nawet swego celu. Tłumy gromadziły się
w dokach, licząc na to, że uda im się stąd wyrwać. Gdziekolwiek, byle tu nie
pozostać.


- Zapłaciłeś wielką cenę, drogi Henryku. – Mówił mistrz
Iluminarów. – Sprzedałeś własną ojczyznę Moredhelom. Cóż mogę rzec, nie
będziesz tego żałował, bracie.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , więcej...

CCCXL.

przez , 06.kwi.2009, w Bez kategorii

            Wystarczyło
odrobinę magii, by cała komnata wypełniła się gęstym, trudnym do przeniknienia
fioletowym dymem. Jedno drobne zaklęcie, a już było wiadomo, że nikt nie
wystrzeli. Zbyt dużo ryzykowano, lepiej było Dyzia zabić później, niż
przypadkiem wywołać wojnę gangów.


            Ale
Kisjevczyk nie zamierzał dać się zabić. Wraz z Shivanem pomógł Erlanowi wyjść
na zewnątrz. Czarodzieja całkowicie zmęczyło rzucenie tego czaru, nie mógł już
sam chodzić, ale przynajmniej magia się nie rozproszyła. Dyzia przez pewną
chwilę dziwiło to, że nikt za nimi nie ruszył w pościg, ale gdyby lepiej
rozumiał kruche stosunki panujące w Tybrioli, wiedziałby, że opuszczając
miejsce Iry jest bezpieczny, przynajmniej przez jakiś czas.


            Kapłan
zaś starał się ich prowadzić drogą, która wcześniej wskazał mu Enrico. Wyszli
na zewnątrz.


- I co teraz? – Zapytał Kisjevczyk.

- Do wody i do portu. – Odpowiedział Shivan.

- Też mi ratunek. – Marudził Dyzio.

- Zaczekajcie. – Usłyszeli głos Saligi, który przyniósł
rzeczy Kisjevczyka. – Jak mniemam to twoje. – Wręczył mu, a potem zwrócił się
do elfa. – Obawiam się, że tym razem przegrałeś wszystko. Uznają Guissepe za
zwycięzcę. Teraz i on wie, gdzie jest najsłabszy, z pewnością nauczy się
bronić.


- Ile osób postawiło poza mną na Dyzia? – Zapytał z
ciekawości Shivan.


- Postawiłeś na mnie? – Zdziwił się Kisjevczyk.

- Tak, ale nie spodziewałem się takiego obrotu sprawy. –
Westchnął kapłan.


- Tylko ty postawiłeś. – Odrzekł Henryk. – Gdybyś wygrał,
zginęlibyście w trójkę, zresztą i tak Corrado miał was zaaresztować.


- To bez sensu, że wszyscy stawiali na zwycięzcę. – Dziwił
się Dyzio.


- Niezupełnie. Gdyby ostatni zakład był normalny, to i
owszem, ale on nie jest. Jesteście w Interii, musicie myśleć jak Interczycy.
Ira jest nielegalna, zakładu jednak już tak. – Tłumaczył Saligia. – Przekupstwo
urzędnika jest nielegalne, ale jeśli wygra w zakładzie duże pieniądze, to już
nie jest podejrzane. Wystarczy połączyć te dwie rzeczy i ludziom takim jak
Corrado nie opłaca się przeciwdziałać mafii. Jej zaś o wiele łatwiej pozbyć się
drobnych rzezimieszków, dzięki temu cała Tybriola sprawia wrażenie, że panuje
tu względny porządek i status. Byliście do odstrzału od momentu, w którym
dowiedzieliście się o Irze. Gdybyście jeszcze wygrali te pieniądze,
zaburzylibyście całkowicie panujący tu porządek, dlatego lepiej byłoby was ubić
publicznie na arenie. Co z tego, że byli tam przedstawiciele służb
porządkowych, a nawet prominentni mieszkańcy, czy znani mafiosi. W trójkę
stanowiliście zbytnie zagrożenie dla przyjętego porządku, by to przeżyć.


- Dlaczego zatem nam pomogłeś? – Zapytał Shivan.

- Wierzę, że ten porządek musi upaść. Ale dla mnie
najcenniejsze przede wszystkim były informacje, które uzyskałem. Jestem
handlarzem, kto wie, co będzie za rok czy dwa, może znów nasze losy się
skrzyżują. Póki co, żegnam.


            Odwrócił
się i zszedł na dół.


            Dyzio
już był w całości odziany w swój strój, resztę rzeczy spakował do wora.


- Będziemy mieć problem, by tego wszystkiego nie
pomoczyć. – Westchnął Shivan. – Zwłaszcza ksiąg.


- Tam jest gondola. – Zauważył Dyzio. – Zresztą wątpię,
czy Erlan da radę płynąć. Co mu się stało?


- Nie wiem właśnie, wygląda na mocno osłabionego.

- Tym bardziej musimy sobie ją pożyczyć.

            Nie mówiąc nic,
Kisjevczyk wskoczył do kanału i przepłynął na drugą stronę. Następnie
przyciągnął gondole do budynku przy którym czekał na niego Shivan z Erlanem i
pomógł im się załadować.

Komentowanie nie jest możliwe :, , więcej...

CCCXXXIX.

przez , 05.kwi.2009, w Bez kategorii

            Książę
Fabio spoglądał na góry siedząc na koniu.


- Tylko orki i gobliny, wasza wysokość. – Powtórzył
wielokrotnie składany raport dowódca straży. – Żadnych Mrocznych Elfów.


- Dziwne. One gdzieś tu są, na pewno. – Stwierdził
następca tronu. – Przejedziemy przez granicę i tam ich poszukamy.


            Podwładny
kopnął coś gniewnie i się odmeldował. Książę spojrzał na swe zaniepokojone
rycerstwo, podniósł miecz do góry, wszyscy natychmiast wiwatowali. Wsiadł na
konia i nie czekał na resztę. Ruszył pierwszy, a za nim cały jego orszak.
Gobliny i orki pochowane w krzakach próbowały strzelać ze swoich łuków, ale
trudno było im przebić wspaniałe, ręcznie kute zbroje. Gdy książę nakazał kilku
jeźdźcom przegnać wroga, ci nastawili swe kopie i ruszyli galopem do ataku.
Goblinoidy, te które przeżyły starcie, uciekły z krzykiem, a za nimi podążyły
inne, pochowane nieopodal. Ziemia została oczyszczona.


- Jakież to łatwe. – Mruknął pod nosem książę. Musimy znaleźć ich, zanim znajdą nas.
Zgodnie z tym, co mówił ten elfcki mag, pod Parrarvornem Moredhele ściągnęły
armię na pole walki, które same przygotowały. Dlatego nie możemy popełnić tego
błędu. Nie będziemy za nimi gonić, zaatakujemy nim zdążą się przygotować. Choć
z drugiej strony, co jeśli ten mag był szpiclem Mroczniaków? Ale z drugiej
strony znaki na niebie, astrologowie. Chociaż oni tyle razu się mylili.


            Jechał
coraz bardziej w góry, szukając wrogów pośród skalistych pustkowi. Wiedział, że
powinien puścić kogoś przodem, ale nie chciał. Duma, gniew, odwaga, wszystko
pomieszane ze sobą, sprawiało, że Fabio zupełnie nie słuchał swoich doradców,
ani racjonalnych argumentów. Jak zrobią
nam sieczkę, to i tak nie przetrwam, gdziekolwiek bym był.
W pewnym
momencie rycerze usłyszeli wystrzał. Część koni się spłoszyła, trudno było nad
nimi zapanować. Książe padł. W jego hełmie znajdowała się dziura, z której
wypływał mózg. Nie było widać kawalerii Mrocznych Elfów, jedynie co pewien czas
słychać było kolejne strzały. Snajperzy ukryci pośród skał wybierali cele i
eliminowali je. Rycerze byli całkowicie bezbronni. Pozbawieni przywódcy.
Pozbawieni obrony. Nie mieli nawet jak atakować.


            W końcu
któryś z nich krzyknął gniewnie.


- Odwrót.

            Co im
innego pozostało. W miarę możliwości odwróci konie i zaczęli uciekać,
zostawiając swego księcia na pastwę orków i goblinów, które zeszły z gór, które
służyły Moredhelom jako forpoczta.


            Dopiero
gdy dotarli do reszty Interskiej armii zatrzymali się. Żołnierze biegali
nerwowo, nie wiedząc, co dokładnie się dzieje, czemu rycerstwo nagle wróciło i
to bez księcia. Chaos, totalna dezorganizacja, emocje, gniew, nie można było
nad tym zapanować. Dopiero gdy z wąwozu zaczęły wychodzić Mroczne Elfy, dowódcy
nagle przypomnieli sobie, że są na polu bitwy. Dopiero wtedy rozpoczęli
gorączkowe dysputy na temat strategii. Przestano szukać winnego śmierci
następcy tronu.


- Dziwne – westchnął dowódca straży granicznej. – Z tego
wąwozu z którego wychodzą, wyjście jest tylko jedno, ale gdyby tamtędy weszli,
natknęliby się na inną grupę strażników.


- Oni wychodzą wypoczęci, zupełnie jakby nie schodzili z
gór! – Dodał inny.


            Gdy w
namiocie trwały kłótnie, pierwsi żołnierze Magistratu Wojennego przeładowali
swoje karabiny i zaczęli strzelać, ustawieni w szyku. Inni położyli się na
ziemię, skąd również strzelali. Łucznicy i kusznicy sami z siebie odpowiedzieli
obstrzałem, zupełnie nie zważając na dowódców i ich rozkazy. Rycerstwo
podobnie. Ustawiło się w formację i rozpoczęło szarżę. Ilekroć na polu bitwy
walczono w ten sposób, najeżdżano na oddziały strzelców i zazwyczaj doszczętnie
je rozbijano. Nikt nawet nie pomyślał, że tym razem mogłoby być inaczej.
Dowódcy wyszli i starając się opanować sytuację rozkazali piechocie ruszyć do
ataku. Tymczasem jeźdźcy na pędzących koniach nakierowywali swe kopie i już
szykowali do starcia, gdy Moredhele odpowiedziały ogniem. Kule karabinów
przerzedziły mocno rycerzy, ale nie na tyle by ich powstrzymać. Napierali
bardziej i bardziej. Byli coraz bliżej. Niewiele brakowało by konie zdeptały
leżących, by kopie poroznosiły ciała stojących, ale wtedy wszyscy żołnierze
Magistratu padli na ziemię. Nie strzelali. Nie walczyli. Stworzyli jedynie
linię strzału dla dwóch karabinów maszynowych. Nawet gdyby rycerzom udało się
wykonać manewr odwrotu, nawet gdyby zdeptali choć paru Moredheli, nic nie było
w stanie ocalić ich przed porażką, przed śmiercią. W przeciągu kilkunastu chwil,
konie i ich jeźdźcy leżeli na ziemi, martwi bądź umierający. Karabiny maszynowe
 przestały wystrzeliwać kule. Zwykli
żołnierze Magistratu powstali i ruszyli do ataku na piechotę. Przeładowując
broń i strzelając. Miecze, zbroje, tarcze, dzidy, noże, hełmy, wszystko to było
bezużyteczne. Byli zbyt daleko od wroga by zadać ranę, a przy tym ich ruchu
były skrępowane żelastwem, które zupełnie ich nie chroniło. Padali jak muchy.
Jedynie łucznicy mogli odnieść w tej walce jakikolwiek sukces, ale przeciw nim,
podobnie jak przeciw rycerstwu skierowano karabiny maszynowe.


            Dowódcy
Interscy patrzyli na pole bitwy, na pole rzezi. Obrona granic zawiodła. Nie
było żadnych szans na powstrzymanie ataku, zwłaszcza, że sami go sprowokowali.
I co z tego, że było to ich pole, skoro nie potrafili się bronić? Skoro nie
potrafili zadać bolesnego ciosu. Zaczęto dąć do odwrotu. Nie było sensu dalej
walczyć. Wystarczyło spojrzeć na łąkę, pełną zielonej trawy, czerwonych maków,
ale też trupów, krwi i poruzrzucanej bezużytecznej broni. Wojna Moredhelska już
zmieniła oblicze walki, tylko, że Interia nie była jeszcze na to gotowa.

Komentowanie nie jest możliwe : więcej...

stat4u <!-- s4uext=s4upl(); document.write('stat4u') //--> stat4u

Blogroll

Kilka bardzo polecanych stron...