orthank blog

Tag: wal-rassara

CCLXV.

przez , 02.mar.2011, w Bez kategorii

Jedną z ostatnich
rzeczy, jakie udało się Hakirusowi zrobić, było wpłynięcie na przebieg bitwy. O
ile nie powstrzymał ataku zębaczy, o tyle gdy jeszcze znajdował się na samej
górze twierdzy, a Janus atakował broniących muru, stary czarodziej zaatakował
obóz. Jedna kula ognia spowodowała tam drobną wyrwę w obronie, wystarczającą,
by przez nią mogły przedostać się zębacze.

Ostatecznie
Drugie Imperium się obroniło, lecz straty jakie ponieśli sprawiły, że nie mogli
przystąpić do ataku.

O
ile jeszcze zębacze w stadzie stanowią zagrożenie, o tyle pojedyncze sztuki,
choć wciąż niebezpieczne, są dość łatwe do pokonania, zwłaszcza przez
żołnierzy. Zwierzęta te rozpierzchły się po całej okolicy, a posiłki z
okolicznych twierdz na murze, pozwoliły opanować sytuację w Wale Rasara już
koło południa następnego dnia po bitwie.

Pod
wieczór Larandar, wraz z żołnierzami dotarł do obozu Drugiego Imperium.
Najemnicy, pozbawieni dowódcy poddali się praktycznie bez walki. Nieprzytomnego
Miraka przewieziono do twierdzy, wymagał pomocy ze strony Shlayan.

Pod
wieczór odbył się jeszcze pogrzeb Hakirusa. Elf i chłopka nie chcieli z tym
czekać na resztę, tym bardziej, że wiedzieli iż prawdopodobnie szybko będą
musieli wracać do Wału Rassara.

Sama
uroczystość odbyła się nad wyraz skromnie i w ciszy. Oboje w sercu wspominali
dawnego druha, z którym nie jedno przeszli. Potem udali się do twierdzy na
kolację.

-
Ironia losu – wspomniał fechmistrz. – Właśnie tu w Wale Rassara zginął i tu po
raz pierwszy go ratowaliśmy, z rąk Czarnego Szponu.

-
I tu nizioł mordował… – Dodała chłopka. – Ale teraz nikt o tym nie pamięta.

-
Niestety. Może stety, ale koszt jest zbyt wielki. To była najgorsza jatka od
czasu, gdy próbowaliśmy chronić Benneta. – Przyznał elf. – Hakirus nie był
święty, ale będzie mi go trochę brakowało.

-
Jak Mirak wyzdrowieje, to go zastąpi. – Uśmiechnęła się Ishet.

-
Nie zastąpi. Mirak nie będzie szukał wszędzie układów i interesów. Nie ma tylu
znajomych i tylu pomysłów. Jest inny, bardziej ułożony niż Hakirus.

-
Na razie została nas tylko dwójka i musimy jeszcze zająć się dwójką
pozostałych.

Miała
rację. Śmierć Hakirusa była ciężkim przeżyciem, ale ta walka w której
uczestniczyli okazała się być olbrzymim wyzwaniem. Teraz musieli się pozbierać
i jak najszybciej wrócić do Ferdynanda, by zdać mu raport. W końcu Iluminarowie
również odnieśli stratę. I to drugą w ostatnim okresie. Elf nie miał pojęcia
jak na to wszystko zareaguje LeFevre.

Opętany
przez Janusa Brig nieustannie się rzucał i denerwował. Próbował uwolnić się z
knebla. W dodatku głodzili go, bali się go poić czy karmić. Ishet obawiała się
tylko, żeby im nie wykitował.

-
Jak wróci nam w nowym ciele, to będzie bardzo zły!

Dopiero
późnym wieczorem oboje zajęli się karmieniem krasnoluda i robieniem
wszystkiego, by utrzymać go przy życiu.

Fechmistrz
zaś jeszcze dokładnie przejrzał przedmioty, jakie należały do Janusa. Nie
znalazł tam żadnych planów, ksiąg magicznych ani niczego, co mogłoby mu pomóc.
Gdy już prawie zwątpił, znalazł jedno małe zawiniątko. Otworzył je. Był to
ostatni kawałek mapy. Tej samej, którą ongiś Moredhel podzielił, by
zabezpieczyć swoją wiedzę. Teraz znajdowała się w rękach Larandara… Ale i LeFevre’a. On wiedział o tym i
planował to od samego początku.


-
Na razie nie potrzebuję tego kawałka. – Usłyszał głos Rajmondusa w głowie. –
Odczytacie go i udacie się tam. A ja podążę za wami.

Iluminari
znów ich wystawił. Chciał by zrobili za niego całą czarną robotę. Elfa trochę
to zirytowało, ale co mógł zrobić. Z
LeFevrem najgorsze jest to, że przed nim nic nie można ukryć. On wszystko
kontroluje.


Nad
ranem do resztek Wału Rassara przybyły królewskie posiłki. Nowy kapitan bardzo
szybko przejął władzę nad twierdzą, a elf szybko zorganizował ekspedycję
powrotną.

Jechali dwoma karetami.
W jednej trzymano związanego Briga, w drugiej chorego Miraka i rzeczy po
Hakirusie. Mieli nadzieję, że w Altburgu ktoś pomoże im uwolnić obu przyjaciół.

Komentowanie nie jest możliwe : więcej...

CCLXIV.

przez , 01.mar.2011, w Bez kategorii

Dopiero dwa dni
później, przy kolejnej naradzie, zaczęli zrozumieć, co planował Janus. Cała twierdza
zaczęła się trząść, słychać było jedynie wielki huk. Cała czwórka zerwała się
na równe nogi. Dalsze obrady nie miały sensu.

W
mur twierdzy wstrzelono kilka potężnych pocisków. Kilka armat wciąż utrzymywało
ogień praktycznie w jedno i to samo miejsce. Chodziło o wydrążenie dziury.
Tymczasem z trebuszy rozpoczął się ostrzał murów. Głazy miały trafiać w
obrońców i dziesiątkować ich siły.

Larandar
i Brig wybiegli na zewnątrz zobaczyć co się dzieje.

Ishet
udała się do pokoju generała Asteriusa, który schował się właśnie pod stół.

-Zabiją nas! Nikogo nie oszczędzą! –
Panikował.

-
Nie będzie tak źle. – Rzuciła chłopka. – Nie z takich opresji się wychodziło.

Hakirus,
który jako jedyny został w komnacie, gdzie się naradzali, również trochę
spanikował. Nie po to uciekałem z
Altburga, by teraz musieć tam wracać.


Czarodziej
wiedział, że musi sam wziąć udział w bitwie, choć starcie z Iluminarim uznawał
za samobójstwo. Wertował swoją księgę szukając czarów, które mogłyby mu pomóc
uniknąć starcia. Najlepiej, żebyśmy
zniknęli bez walki. Ta twierdza i tak tego nie przetrzyma.


Jednak
elf i krasnolud woleli sprawdzić to na własne oczy. Gdy znaleźli się na murze,
owszem trebusze miotały kolejnymi głazami, niektórzy przerażeni mężczyźni
próbowali uciekać. Dotyczyło to nawet bardziej żołnierzy niż ochotników.

Ale
najbardziej przerażająca była wyrwa w murze, która sprawiała, że do twierdzy
można się było dostać. Znajdowała się ona na tyle blisko podłoża, że stanowiła
wręcz dodatkowe wejście.

-
Trzeba to zabezpieczyć. – Rzucił krasnolud. – Zajmę się tym.

-
Tylko uważaj na siebie. – Powiedział elf. – Musimy jeszcze Miraka uwolnić.

Bregsorn
uśmiechnął się.

-
Przecież nie właduję się w jakieś większe kłopoty niż te w których już
jesteśmy.

Po
tych słowach wrócił do twierdzy.

Fechmistrz
postanowił zostać, starając się kontrolować sytuację. Lecące kamienie nie
robiły dużych szkód w twierdzy. Czasem coś odłamały. Bardziej szkodziły
obrońcom, jeśli ci nie byli dostatecznie bystrzy by się skryć. Kilku starszych
mężczyzn już leżało przygwożdżonych, umierających bądź martwych. Larandar nie
mógł jednak się teraz nimi zająć. Bardziej niepokoiła go ta wyrwa. Co ten Janus kombinuje.

Elf
żałował, że nie ma ze sobą lunety. Zajrzałby do obozu wroga. Ci poza
strzelaniem i to z trebuszy, nie robili nic. Nadal siedzieli za palisadą. W
dodatku nie widział nigdzie armat. Patrząc na to jak nisko strzelali, musieli
je schować za ochronę. Tylko po co? Co
oni knują?


Drugie
Imperium jednak siedziało wyjątkowo spokojnie. Żołnierze byli zdyscyplinowani i
jedynie niektórzy zajmowali się ostrzałem, reszta szykowała się do obrony
swoich pozycji.

-
Albo czegoś nie wiem, albo oni czekają na atak z naszej strony? – Zapytał sam
siebie elf. Tylko my nie mamy ich czym zaatakować.
Czy on ma nas za samobójców, czy chce nas do tego zmusić?


Podczas
gdy Ishet siedziała sobie spokojnie w twierdzy, Hakirus wyszedł na wierzę, by
móc stamtąd oglądać sytuację. Przez chwilę zastanawiał się nawet nad posłaniem
kuli ognia w obóz wroga. Zły pomysł!
Gdyby tylko ten Janus sobie stamtąd poszedł, byłbym tym, który nas uratuje.


Tymczasem
sytuacja w piwnicach twierdzy wyglądała krytycznie. Pomieszczenie te zajmowały
głównie kobiety, starcy i dzieci.

-
Musicie stąd wyjść! – Wydzierał się Brig.

Próbował
ogarnąć kilkunastu żołnierzy, by choćby zabarykadowali dziurę. Bez niej wróg
mógł w każdej chwili dostać się do środka. I
wyrżnąć cywili!


-
Nie zamierzamy wracać do miasta! – Ryknęła jakaś gruba baba. – Spalone! Zima!

-
A tu jest wojna. – Odparł krasnolud.

-
Nasyfili pyłem, trzeba pranie zrobić! Idźcie se wojować na pole! A ty nicponiu
jeden wziąłbyś się wreszcie do roboty!

Podeszła
do Bregsorna i wytargała go za ucho. Zdumiony Irleńczyk nie widział jak
zareagować. Nie chciał wdawać się w konflikt z cywilami.

Janus
zaś wyszedł ze swego namiotu, uśmiechnął się. Podniósł leżący przed wejściem
dwuręczny miecz. Trochę ciężko trzymało się go w jednej dłoni, nie ze względu
na wagę z którą doskonale sobie radził, ale przez niedostosowaną rękojeść.
Zaczął odmawiać pod nosem jakieś czary, a następnie rozpoczął bieg, przeskoczył
przez palisadę. Zatrzymał się dopiero niewiele przed samym murem i rzucił.

-
Macie ostatnią szansę. Poddajcie się.

Larandar
tylko spojrzał na mężczyzn zgromadzonych na murach. Bali się. Nie mieli ochoty
walczyć, ale też nie wierzyli w zapewnienia Iluminariego. On mówił tylko o
poddaniu, nic nie gwarantował. Zresztą chyba nie chciał.

Elf
spojrzał na niego. Zdawało mu się, że Moredhel jakby rośnie, jakby stawał się
większy niż wcześniej. W jednej ręce miał potężny miecz, w miejscu drugiej
dłoni zaś metalową kulę najeżoną kolcami.

Mroczny
Elf nie czekał zbyt długo na odpowiedź. Wskoczył na kilkumetrowy mur, co
zdziwiło wszystkich. I zaczął wybijać tych, którzy tam stali.

Larandar
nie miał zamiaru z nim walczyć. Nie teraz. Nie dopóki nie będzie musiał.
Zresztą wyczyn Janusa wprawił go w zdumienie. Ten umie używać magii w połączeniu z brutalną siłą.

Ten
zwrot akcji ucieszył tylko Hakirusa. Czarodziej podszedł do barierki i puścił
kulę ognia w obóz wroga. Potem tylko szybko spojrzał na niebo. Nic się nie
działo. No może z wyjątkiem tego, że ostrzał został wstrzymany. Ale przyczyną
równie dobrze mógł być rozkaz samego Janusa.

Elf
w tym czasie znajdował się wewnątrz twierdzy.

-
Zabarykadować drzwi! – Wydzierał się.

-
Ale tam są nasi! – Ktoś krzyknął.

-
Tam jest Janus! Tam już nie ma naszych!

Nawet
jeśli mylił się, to i tak wiedział, że w ciągu kilku minut jego słowa okażą się
prorocze.

Siedząc
pod biurkiem, Julian Asterius zrzucił z siebie wszystkie insygnia i mundur.
Nałożył na siebie worek i próbował udawać żebraka.

-
Futro z tygrysa lepiej wygląda niż wór po ziemniakach. – Rzuciła Ishet. – Ale Wał
Rassara to nie Bestwinka.

-
Musimy stąd prysnąć. – Mówił przerażony generał. – Miałem dziś proroczy sen…
Ta twierdza upadła, a Drugie Imperium rozpoczęło atak na Altburg!

To
nie był proroczy sen, tylko koszmar, który zesłał mu Janus. Chłopka doskonale
wiedziała jak działają te koszmary. Dobrze pamiętała, co robił z nimi LeFevre.

Jednak
plan Moredhela polegał na czymś innym. Na odwróceniu uwagi od głównego
zagrożenia jakim były zębacze. Spokrewnione z goblinami istoty, poruszały się
na ledwowidocznych nóżkach. Z daleka przypominały trochę obrośnięte futrem
ziarno fasoli wielkości kota, któremu przednia część nieustannie kłapała. Te
żarłoczne stwory atakowały w stadach i stanowiły zagrożenie dla właściwie
wszystkich istot. Zwłaszcza, gdy sfora była wielka. A ta, którą wypuścił
Iluminari liczyła tysiące sztuk.

Zębacze,
które wypuszczono na polane rozbiegły się. Część z nich próbowało dostać się do
obozu Drugiego Imperium. Dlatego ci wcześniej się przygotowali do obrony. Inne
stwory szybko znalazły wyrwę i zaczęły się przez nią przeciskać. Wdzierały się
do twierdzy i atakowały każdego, kto znalazł się na ich drodze.

-
O kurwa! – Wydzierał się Brig. – Uciekać! I barykadować drzwi!

Ogarnięcie
tego tłumu kobiet i dzieci, okazało się trudne. Niektóre z zębaczy wmieszały
się w tłum, łapały za ręce, czy nogi. Odgryzały mięso. Inne, które atakowały
grupowo na daną osobę, przewracały ją i zaczynały rozszarpywać na strzępy!

-
Pomocy! – Wydzierała się jakaś kobieta, gdy jeden z zębaczy złapał ją za głowę.

-
Moje dziecko! – Płakała inna trzymając w ręku same nóżki.

Była
zbyt zrozpaczona by uciekać.

-
Zamknąć drzwi! – Rozkazał krasnolud.

Bolało
go to. Za nimi zostało jeszcze kilka osób. Krzyczeli, błagali o pomoc, ale nikt
nawet nie próbował im pomóc. Skoro Bregsorn podjął decyzję, ponosił pełną
odpowiedzialność. Innym to wystarczało. Wykonywali jedynie rozkazy.

-
I uciekać na górę! A jak można to ewakuować twierdzę! – Wydzierał się.

Najgorszej
jednak było to, że słyszał drapanie i walnie w drzwi. Czy te bestie mogą przedrzeć się przez drewno?

To
jednak było pytanie retoryczne. Mogły. I szybko to udowodniły. Gdy tylko
pojawiło się pierwsze pęknięcie, nikt już nawet nie próbował ratować tej
bariery. Wszyscy uciekali. Brig właściwie został sam na dole.

-
Marenamie, błagam przyjdź mi z pomocą! – Modlił się na głos.

Na
przedostatnim piętrze twierdzy, gdzie znajdował się tymczasowy gabinet generała
Asteriusa, Hakirus spotkał przypadkiem Larandara.

-
Jak wygląda sytuacja? – Zapytał elfa.

-
Nieciekawie… Nie wiem jeszcze, co się dzieje na dole.

-
A to nie widziałeś… – Powiedział Hakirus.

-
Czego?

-
Zębaczy… – Wyszeptał mag. – Zaplanowali to wcześniej. Tego nie da się ot tak
wyczarować. – To nie jest zemsta za
kolejną kulę ognia.


-
Zębaczy, a co to jest?

W
tym momencie po schodach na górę wbiegł Brig.

-
Macie coś, by ochronić schody? – Zapytał zdyszany. – Czemu one muszą być
kamienne!

-
Chronić schody? – Zdziwił się Larandar.

-
Przed zębaczami? – Zapytał Hakirus.

-
Co to są te zębacze? Odpowie mi ktoś?! – Irytował się elf.

-
Wyjrzyj przez schody. Zobaczysz. Tego jest tysiące! – Irytował się Bregsorn.

Fechmistrz
zrobił jak mu sugerowano. Zobaczył kilka bestii, które właśnie zżerały jakiegoś
nieszczęśliwego żołnierza.

-
Cywile… – Wymamrotał przerażony elf.

-
Ilu mogło, tylu uciekło. Mam tylko nadzieje, że zębacze nie znalazły się w Wale
Rassara, bo to będzie jatka. – Mówił krasnolud sapiąc.

Jedna
z bestii zaczęła biec w ich kierunku, pokonując z pewnym trudem kolejne schody.
Fechmistrz błyskawicznie ją zestrzelił.

Potem
wszedł do pokoju Asteriusa.

-
Potrzebuję wszelkiej pomocy.

-
Zabiją nas! Zabiją! – Lamentował Julian.

-
Weź się w garść człowieku! – Ryknął Larandar.

-
Nie chcę umierać! Jestem za młody! – Generał płakał.

Ishet
zażenowana wyszła z izby. Elf zrozumiał, że Asteriusa lepiej zostawić samego.
Zresztą przecież awansowali go tylko po to, by nie przeszkadzał.

Larandar
podał Ishet kuszę.

-
Strzelaj ile możesz, jak tylko zobaczysz te bestie.

Sam
zaś zdecydował się na inny drastyczny krok. Zamierzał wysadzić część schodów,
by zębacze nie mogły się do nich dostać.

W
tym momencie usłyszeli jakieś hałasy na górze.

-
Ja się tym zajmę. – Oznajmił Hakirus.

I
pobiegł.

Brig
i Ishet celowali w pojawiające się zębacze, starając się ochronić przyjaciela.
Hałasy na górze się skończyły. Kilka bestii pojawiało się, ale nie było ich tak
dużo.

-
Udało się! – Ryknął elf.

Biegł
na górę. Cała trójka rzuciła się na podłogę. Nastąpił wybuch. Kurz wzbił się w
powietrze, ale przynajmniej odcięło to drogę zębaczom.

Drzwi
na górze otworzyły się, ale po schodach spadła jedynie głowa Hakirusa.

Dopiero
potem usłyszeli potężne kroki.

To
był Janus.

Powoli
schodził ze schodów, szyderczo się uśmiechając.

-
Chcecie walczyć, prawda? Wiecie, że nic mi nie zrobicie. Jesteście zbyt
słabi…

Elf
jedynie uklęknął. Urlyku, daj mi siłę.
Ufam tobie.


Podniósł
swój magiczny miecz.

Ishet
odwróciła się i zaczęła strzelać z kuszy w Moredhela. Jednak zwykłe bełty nic
tu nie dawały.

Brig
i Larandar zaatakowali Janusa, gdy tylko zszedł ze schodów. Ten nawet się nie
bronił specjalnie. Choć Hakirus miał rację, broń magiczna zadawała mu rany.
Zamachnął się raz mieczem i pełnym impetem uderzył elfa. Fechmistrz runął na
ziemię skręcając się z bólu. Krwawił.

Iluminari
skoncentrował się na krasnoludzie. Jego długi miecz nie był też poręczny, nie
mógł nim wywijać tak szybko jakby chciał. Ale kulą mógł zadawać ból. Uderzył
nią z całej siły w brzuch Bregsorna, a ten zaczął pluć krwią. Cały jego pancerz
był na nic. Kolce zrobiły dziesiątki małych ran. Zakręciło mu się w głowie i
ledwo trzymał się na nogach.

Janus
mógł go dobić, ale fechmistrz pomimo bólu stanął na równe nogi i zaatakował
przeciwnika od tyłu. To zabolało Moredhela. Ryknął z bólu i zaatakował
fechmistrza.

W
tym momencie Brig wbił mu swój miecz w plecy, przebijając płuca i serce.

Wielkie
cielsko runęło na ziemię.

-
Łatwo poszło. – Rzucił zdyszany krasnolud.

Drzwi
do gabinetu się otworzyły, a generał Asterius wyszedł sobie w najlepsze. Nie
dało się po nim zauważyć strachu. Strzepnął z siebie kurz.

-
Dobra, przejmuję dowodzenie.

-
Spierdalaj. – Ryknął do niego Larandar.

-
Wiesz, mój mistrz wierzył, że aby uzyskać nieśmiertelność trzeba się pozbyć
ciała. W tym względzie miał całkowitą rację…

-
Twój mistrz? Popierdoliło ci się coś? – Zdziwił się Brig.

-
Liczył, że zostanie bogiem. Że musi zostać bogiem, by uzyskać nieśmiertelność. –
Kontynuował Asterius. – Ale mylił się. Wystarczy bowiem zmieniać ciała.

-
Że co? – Fechmistrz nie mógł uwierzyć w to, co usłyszał.

-
Dokładnie to co mówię. – Uśmiechnął się Asterius. Choć nie wiadomo ile z
dawnego oficera jeszcze tkwiło w tym ciele. – Mówiłem wam, że jesteście zbyt
słabi…

Brig
rzucił się na ciało Janusa i odciął mu głowę.

-
Może to licz! – Krzyczał przerażony.

-
Jak to możliwe!? – Wydzierała się Ishet. – Przecież on nie żyje!

Larandar
szybko wyciągnął swoją broń i wystrzelił. Nie pomylił się. Nowy Iluminari
jeszcze nie zdążył użyć wszystkich czarów zabezpieczających. Wystarczyło, by
powalić Asteriusa.

I
zabić go.

Jednak
w tym samym momencie, dostał nagły cios w plecy.

Brig
go zaatakował.

-
Słyszałem, że masz słabość do przyjaciół… Ich chyba nie wybijesz, z zimną
krwią? – Śmiał się z niego krasnolud.

Elf
przez chwilę nie wiedział, co zrobić. Odrzucił swą broń.

Bregsorn
parsknął śmiechem.

-
Głupcze!

-
Wybacz! – Rzucił Larandar, choć starał się mówić tak, by równie dobrze mogło to
być skierowane do Ishet.

Szybko
wyciągnął swój miecz i z całej siły przejechał po nogach Briga.

Ranny
krasnolud padł na podłogę.

Elf
wskoczył na niego.

-
Zaknebluj go! Szybko!

Sam
zaś zranił mu ręce.

-
Nie będzie rzucał czarów. Może uda się Briga jakoś uratować.

Chłopka
podbiegła, zakneblowała Iluminariego. Elf zaś zaczął myśleć tylko o wymianie
jeńców, ale nie miał jej z kim przeprowadzić. Sam zaś musiał się opatrzyć.

- Popilnuj go. – Powiedział
do Ishet. – Oni nie mogą umrzeć, bo będziemy mieli przejebane.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , więcej...

CCLXIII.

przez , 25.lut.2011, w Bez kategorii

Julian Asterius,
jako najstarszy stopniem w całym Wale Rassara, próbował wykorzystywać swoją
pozycję i forsować swoje pomysły. Jednak, gdy został mianowany generałem, ogarnął
go blady strach. Wystraszony prawie w ogóle nie opuszczał jednego z
pomieszczeń, które nie miało nawet okien. Zarządzanie twierdzą i miastem spadło
więc na królewskich posłańców. Zebrani w jednej z sal odbywali codzienną
naradę.

-
Mirak wciąż się nie zgłosił. – Rzucił smutno Hakirus.

Dwa
dni wcześniej nie wrócił z wyprawy zwiadowczej i nie mieli pojęcia, co się z
nim stało. Oczywiście mógł nie żyć, ale co bardziej prawdopodobne, wpadł w łapy
Janusa. Pozornie wydawało się, że to lepsze rozwiązanie, ale niestety doskonale
wiedzieli, do czego są zdolni Iluminari.

-
Może należy wysłać jakąś petycję do Janusa? – Zastanawiał się krasnolud.

-
Petycję? Do Iluminariego, który odpowiada za większość chaosu, który się dział
na Starym Świecie po Wojnie? – Ironizował elf.

-
LeFevre mógł przesadzać.

-
Wątpię, by zrobił to tym razem. – Rzucił fechmistrz.

-
Może chciał żebyśmy zatłukli tego Mroczniaka? – Zapytała chłopka.

-
Leć po Szefa… – Odparł sarkastycznie Larandar. – A… zapomniałem, że jest
tak daleko. Jak mamy go zatłuc?

-
Może nie używa magicznej ochrony? – Zastanawiał się Hakirus.

-
On… To nie jest przedstawiciel Gildii, który uważa, że najlepszym
zabezpieczeniem przed włamywaczami jest sama nazwa.

-
Jesteś trochę złośliwy. – Zauważył Brig.

-
Jestem wściekły. – Odparł elf. – Nie wiemy, co z Mirakiem i nie mamy pomysłu,
jak to sprawdzić. Siedzimy z założonymi rękoma i debatujemy zamiast działać.

-
Wasze działania raczej przyniosły ostatnio więcej szkód niż pożytku. – Powiedziała
Ishet.

-
To też było złośliwe. – Dodał krasnolud.

-
Ale celne. – Powiedział elf. – Czuję się winny, mogliśmy tam nie iść.

-
Wszyscy czujemy się winni. – Pocieszał go Brig.

-
Ja nie. Ja mówiłam nie iść, mówiłam zostańcie i pilnujcie Asteriusa… Ale nie,
jak zwykle mnie nikt nie słuchał. – Narzekała chłopka. – Kto by mnie chciał
słuchać?

-
Prawie wszyscy czujemy się winni i zezłoszczeni. – Poprawił się Bregsorn. – Ja też
jestem zły o tego strażnika, którego zabiłem. Wcześniej nie dokonałem takiego
modrestwa i źle się z tym czuję.

-
Normalnie pokój zwierzeń. – Mruknął pod nosem Hakirus. – To skoro każdy, albo
prawie każdy ma coś na sumieniu, to my z Mirakiem odpowiadamy za spalenie
miasta.

-
Umiecie zrzucić taką kulę ognia? – Zdziwił się fechmistrz.

-
Nie, ale umiemy wkurzyć Janusa, by to zrobił – Odparł czarodziej.

Krasnolud
złapał się za głowę.

-
To ładnie się tu sprawujemy. – Powiedziała Ishet. – Król nie mógł wysłać
lepszej ekipy.

-
Wciągnęliśmy mu mieszczan i uchodźców do twierdzy. Przynajmniej nie chcą go już
zdetronizować! – Pochwalił się Bregsorn.

-
Ale oni to kolejne nasze problemy. – Dodał Hakirus. – Cały dół jest zajęty przez
kobiety z dziećmi i starców. Przynajmniej tylu ilu się zmieściło. To nie jest
dobre miejsce do prowadzenia walki, to ośrodek pełen cywili.

-
Mur jest potężny, nie mają takiej siły, by go rozwalić w ciągu paru dni. Ludzie
zdążą uciec. – Oznajmił krasnolud.

-
Mają taką siłę. Jarusa. On może wszystko. I o tym wie, dlatego popełni błąd. –
Uznał czarodziej. – On rzuci się do ataku, ale nie zabezpieczy się przed
atakami magicznymi. Nie uznaje ich. Dlatego się tak wkurzył i spalił nasze
miasto. Nie dlatego, że go zaatakowaliśmy, ale dlatego, że nasz czar go
oparzył.

-
Sugerujesz, że będziemy mogli go zatłuc bronią magiczną? – Zastanawiał się
głośno Larandar.

-
Po co inaczej LeFevre nas tu wysłał?

-
Mnie tu wysłał król! Nie służę LeFevre’owi! – Oburzyła się chłopka. – Zdrajca!

-
LeFevre wysłał nas tu, rozmawiając z nami przed wyjazdem. On chciał byśmy z nim
walczyli. I nie dlatego, byśmy zginęli, ale dlatego byśmy go pokonali. –
Stwierdził czarodziej. – Dlatego twierdzę, że Janus musi być do zgładzenia
bronią magiczną.

W
tym momencie zapukał ktoś do komnaty.

-
Wejść! – Krzyknął Brig.

Do
środka wszedł jeden z żołnierzy i od razu zdał raport.

-
Chciałem tylko poinformować, że wróg zaczął robić okopy wokół swojego obozu i
ustawiają palisadę. Ciężko im to idzie w śniegu, ale fortyfikują się.

-
Po co? – Zdziwił się krasnolud. – Po co fortyfikować się pod twierdzą, którą chce
się oblegać?

-
Nie mamy kawalerii ani na tyle armii by ich zaatakować. – Zauważył Hakirus. –
Chyba, że wiedzą o czymś o czym my jeszcze nie wiemy. Może posiłki?

-
Wątpię. Zbyt piękne. Raczej coś kombinują. – Stwierdził elf.

-
Na pewno szykują coś takiego, czego sami się boją. – Oznajmiła Ishet. – To
proste, dlatego tak robią.

Nikt nie chciał tego
powiedzieć na głos, ale wszyscy się bali, że chłopka znowu miała rację.

Komentowanie nie jest możliwe : więcej...

CCLXII.

przez , 24.lut.2011, w Bez kategorii

- Gdzieście się
podziewali?! – Irytowała się Ishet.

-
Mieliśmy pewne problemy… – Rzucił Brig.

Chłopka
jeszcze nie wiedziała, że Mirak nie wrócił.

-
Wy problemy?! Tu mamy problemy! Asterius…

-
A co mój ulubieniec zrobił? – Zapytał krasnolud.

-
Czyścił klatki z gołębiami. Powypuszczał je wszystkie w całym zamku i nie
potrafi ich złapać. Wszystkie dziesięć świeżych gołębi lata po różnych
pomieszczeniach ich próbuje gdzieś uciec. – Denerwowała się Ishet.

-
Chciałbym mieć tylko takie problemy. – Odparł Larandar.

-
Są też inne. – Dodała chłopka.

-
Czy chodzi o tych chłopów? – Zapytał Hakirus, który właśnie wszedł do izby. –
Nie da się wyjść…

-
Podsłuchiwałeś pod drzwiami! – Zirytowała się Ishet.

-
LeFevre to nie jest, więc musiał normalnie podsłuchiwać. – Zażartował sobie
krasnolud.

-
O co chodzi z tymi chłopami? – Zastanawiał się elf.

-
Domagają się ustąpienia Ferdynanda. Chcą żarcia. I atakują żołnierzy. Twierdzą,
że te nieszczęścia to nasza wina. Jesteśmy tu uwięzieni. – Panikowała.

I
faktycznie, byli uwięzieni z dwóch stron gromadziły się siły, które zacieśniały
wokół zamku.

-
Ja to załatwię. – Rzucił krasnolud. – Są głodni, prawda?

To
było akurat oczywiste. Protestujący byli przemarznięci i głodni, no i
poparzeni. Bregsorn wyszedł do nich sam, od razu go otoczyli.

-
Zdrajca! – Krzyczeli.

-
Zabić brodacza! – Wykrzykiwali inni.

-
Śmierć pachołkom Ferdynanda! – Wydzierali się jeszcze inni.

Krasnoludowi
brakowało tylko osób płaczących za Rassarami, najlepiej by były to takie osoby,
które jeszcze niedawno obwiniały króla Uthera o wszelkie zło tego świata.
Jednak nie dane mu było ich uświadczyć. Nie teraz.

-
Powstrzymajcie się. – Protestował Brig. – Wiem, że jesteście głodni i
zmarznięci. I macie prawo być zdenerwowani. Możecie mi nie wierzyć, ale
spędziłem sporo czasu w obozie pracy, w warunkach które urągają godności.

Chcieli
go bić. Nie zamierzali go słuchać.

-
Dobra! Jestem podwładnym króla, macie racje! Ale to nie Ferdynand wydał rozkaz
zabrania wam jedzenia.

Przynajmniej
się uspokoili.

-
Tylko zdrajca, który zostanie powieszony. Działał na rzecz Drugiego Imperium.
Wykorzystują was. Możecie mi nie wierzyć, macie prawo. Ale chodźcie ze mną
zobaczyć jak wygląda sytuacja z muru. Chcą was wykorzystać, byście walczyli z
nami…

Nie
musiał mówić nic więcej. Wybrał kilku protestujących mieszczan, by poszli z nim
na mury. Wojsko Janusa wciąż znajdowało się w szyku i ciągle coś szykowało,
ustawiając jakieś sprzęty.

Ale
to wystarczyło. Protestujący zobaczyli karne wojsko wroga, i swoich obrońców w
rozsypce. Ich nastawienie szybko się zmieniło. Bali się w pewien sposób. Nie
wiedzieli, co zrobić.

Gdy
zeszli z murów do reszty, krasnolud znów zaczął przemawiać.

-
Moi przyjaciele uciekali przed Drugim Imperium. Są uciekinierami, jak wielu z
was. Dlatego król Ferdynand nas tu przysłał. Znamy wroga lepiej niż ktokolwiek
inni. Oni się urodzili na tamtym terenie, znają doskonale tych ludzi. Tylko
jest problem, że sami widzicie jak zapuszczony jest tutejszy garnizon. Nie ma
ducha walki, a nasz wróg nie oszczędza nikogo. To nie kara boża was spotkała, a
magia. Wiem, bo zgłębiam tajniki wiary Marenama, boga mórz. To wojsko, które
mamy nas nie obroni. Wał Rassara potrzebuje obrońców.

Nikt
jednak się nie zgłosił. Wszyscy położyli głowy. Niektórzy nawet poszli.

-
Sytuacja jest beznadziejna. Nie wiadomo, kiedy zaatakują i kiedy przeżyjemy.

Niektóre
kobiety zaczęły nawet płakać. Nie to
chciałem. Chciałem w nich obudzić ducha walki, ale coś nie wyszło.


- Już po nas! –
Krzyknął ktoś.

-
Samobójstwo to honorowe wyjście. – Dodał jeszcze ktoś.

-
Nie ma już nadziei.

-
Musimy walczyć! – Próbował poderwać ich Brig.

-
Z nimi? Powaliło cię!

-
Nie mamy szans! – Wydarł się jakiś mężczyzna. – Zobacz jacy to potężni magowie.

-
Mamy naszego maga… – Mówił głośno krasnolud i wyobraził sobie Hakirusa, który
kradnie w twierdzy klamki. – Właśnie opracowuje jakiś plan.

-
Na pewno się nie uda. – Marudziła jakaś kobieta.

-
Ale możemy choć spróbować?

Nie
było chętnych.

-
A i jeszcze jedno, te zapasy, są dla tych którzy zaciągną się do ochotniczej
służby w obronie. Nie ma limitów.

Dopiero to zaczęło
działać jak wabik. Niektórzy się dopytywali o szczegóły, a gdy już zaczęli, reszta
była dużo łatwiejsza.

Komentowanie nie jest możliwe : więcej...

CCLXI.

przez , 23.lut.2011, w Bez kategorii

Gdy
Janus był zajęty sianiem zamieszania w mieście, Hakirus, Mirak, Larandar i Brig
ponownie udali się podziemnym tunelem do jego obozu. Drugie Imperium nie
pilnowało swoich tyłów. Założyli, że nikt nie zaatakuje ich od południa.
Zresztą, gdy większość żołnierzy ustawiała się przy klatkach przed murem, każdy
atak w tym momencie, może i byłby pewnym zaskoczeniem, ale reakcja zostałby
podjęta praktycznie natychmiast. Iluminari mógł sobie pozwolić na taki komfort,
bo nie bał się żadnych skrytobójców. Gdyby nawet ktoś zakradł się do obozu, co
mógłby mu zrobić? Nie było tam ani planów, ani generałów. Wszystkim rządziła
jedna osoba, reszta oficerów stanowiła całkowicie zastępowalne ogniwo. A plany
znajdowały się w głowie Moredhela. To komfort, na który niewielu rządzących
może sobie pozwolić.

Tylko,
że to wydawało się tak nieprawdopodobne, że aż niemożliwe. Jak zwykle wiele
osób nie doceniało dawnego Korela.

-
Nie ma ich zbyt wiele. – Rzucił w lesie Larandar. – Tym razem trudno, będziemy
widzialni, ale chcę dopaść się do namiotu tego Janusa.

-
Włam do komnat LeFevre’a nie okazał się zbyt skuteczny. I nic tam nie
znaleźliśmy. – Powiedział Mirak. – Wątpię, czy i tu coś znajdziemy.

-
Ja tam znalazłem szafę. – Dodał Brig.

-
No, dobra chłopaki, jaki mamy plan? – Zapytał Hakirus. – Nie żebym narzekał, ale
nie czuję się komfortowo stojąc w lesie i zastanawiając się, co dalej. Mogliśmy
spokojnie to ustalić w zamku.

-
Mogliśmy. Ale nie wiedzieliśmy, co tu zastaniemy. – Odparł elf. – Zakradamy się
do obozu, ale przygotujcie broń. Na wszelki wypadek.

Ten
wszelki wypadek okazał się koniecznością. Gdy tylko wkroczyli do obozu, prawie
natychmiast wpadli na strażnika. Przerażony mężczyzna miał już zamiar
panikować, gdy krasnolud przebił go mieczem. Facet padł martwy, ale wyraz jego
oczu został w pamięci mordującego.

Roztrzęsiony
Brig nie potrafił przez chwilę dojść do siebie.

-
Nigdy nikogo nie zabiłem w taki sposób… On się bał!

-
Ciszej. – Próbował go uspokoić Mirak.

-
Ale…

-
Zatkaj się! – Ryknął elf, gdy zobaczył, że zbliża się kolejny strażnik.

Krzyk
okazał się być kolejnym chybionym pomysłem. Zamiast uspokoić przyjaciela,
ściągnął kilkunastu zbirów Janusa, którzy nie zamierzali puścić płazem, nawet
tak niezorganizowanego ataku.

-
Ja spadam. – Rzucił Hakirus.

I
uciekł do tunelu.

Elf
wyciągnął swą zreperowaną broń i zaczął strzelać. Szybko położył trzech
atakujących. Przeładował, wycelował i kolejnych dwóch padło w śnieg. Mirak
szybko zaczął wertować podręczne kartki na których miał zapisane czary. Jeden z
bełtów przeleciał mu tuż nad głową. Inny trafił Bregsorna. Zezłoszczony
krasnolud dopiero wtedy wyrwał się z pewnego osłupienia i przystąpił do walki.

Tymczasem
młodszy czarodziej stworzył sobie ognisty miecz. Broń jednak okazała się mało
skuteczna. Owszem udało mu się podpalić jeden namiot, ale z drugiej strony
natychmiast zwróciła uwagę przeciwników. I to nie tych, którzy już próbowali
własnymi siłami zająć się trojgiem napastników w obozie, ale tymi, którzy stali
przy murze.

Natychmiast
zarządzono odwrót, przynajmniej strzelców. Uzbrojeni w moredhelskie karabiny,
zaczęli celować w Miraka.

-
No nie! – Wykrzykiwał mag.

Jedna
z kul trafiła go w nogę. Inne póki co uderzały dość blisko niego. Żołnierze
znajdowali się za daleko, by trafić, ale biegli.

-
Znów chyba nic z tego nie wyjdzie. – Rzucił krasnolud.

-
No, Hakirus miał świetny pomysł. – Zarządził fechmistrz. – W nogi!

Jednak
wtedy część strzelców już znajdowała się na tyle blisko, że czarodziej musiał
się wycofać. Rzucił swój miecz, pobiegł do lasu przed siebie. Przebiegł nawet
miejsce, gdzie znajdował się tunel.

Larandar
i Brig również się wycofali. Z trudem zgubili pościg i wleźli do tunelu.

Mirakowi
jednak się to nie udało. Gdy znajdował się już dość daleko od obozu, zatrzymał
się zmęczony. Krwawił. Przeszukał swoje zapiski, miał tam też czar na
niewidzialność. Uradowało go to. Mógł spokojnie wrócić do tunelu i przejść do
twierdzy. Nie przewidział jednak jednej rzeczy. Wyżłów, które mieli żołnierze
Drugiego Imperium. Wiedzieli, że sami w lesie nie znajdą ofiary, potrzebowali
psów i ich węchu. Te dość szybko wytropiły maga, choć go nie widziały. Strzelcy
zresztą również, ale nie przeszkadzało im to strzelać w powietrze. Marnowali
kule, ale trafili czarodzieja. Mirak szybko stracił przytomność.

-
Jest tu gdzieś? – Zastanawiał się jeden strażnik.

-
Psy już tak nie ujadają. Może nie żyje.

-
Jak zostanie w śniegu, na pewno zdechnie.

Podeszli za psami. Nie
widzieli ciała, jedynie pewne wgłębienie w śniegu. Tu musiał leżeć czarodziej.
Gdy dotknęli bronią w to miejsce, dało się wyczuć ciało. Zabrali go do obozu,
by Janus mógł go przesłuchać. I zabić, jeśli tak zdecyduje.

Komentowanie nie jest możliwe : więcej...

CCLX.

przez , 22.lut.2011, w Bez kategorii

Korel
Drow od dawna nie używał swego prawdziwego imienia. Czasem jednak wspominał
tamte czasy. Tamte, znaczy które? A
przede wszystkim dość ciepło myślał o swoim dawnym mistrzu, Saurze. Obaj
wówczas byli Cieniami i to nie byle jakimi, Saur rządził zakonem, a Korel był
jego prawą rękę. Przynajmniej oficjalnie, choć w zakonie uznawano go za
osobiste zabójcę Najwyższego Cienia, Moredhela od mokrej roboty, z którym
lepiej nie wchodzić w żadne konflikty. I to najlepiej oddawało istotę Janusa.
Przeżył wiele upadków tych, z którymi walczył. Zawsze jednak potrafił wyjść z
tego zwycięsko. Może to właśnie sprawiło, że Saur go wybrał?

Ale
w pamięci Korel przywoływał inny obraz swojego dawnego mistrza. Nie tego, który
rozkazuje kogoś zabić czy zniszczyć, ale tego który manipuluje otaczającym go
światem i to bez używania magii. Manipulował też Drowem i to w sposób bardzo
przemyślny. W świecie Mrocznych Elfów bardzo łatwo o zdradę i lepiej nikomu nie
ufać. Ale czy można ufać swemu skrytobójcy? Saur nie mógł mieć wątpliwości, co
do lojalności Korela, inaczej dawno by się go pozbył. Wiedział też, że
wieloletnie usługiwanie komuś zawsze kończy się próba sił. Niewielu było sług
tak oddanych, że nigdy nie myśleli o swoim dobrze, w pełni podporządkowując się
swemu panu. Drow do nich nie należał, więc Najwyższy Cień zrobił coś zupełnie
innego. Zaufał mu w pełni i szczerze, tylko po to, by móc z nim rozmawiać,
zwierzać się w pewien sposób, ale też zatruwać jego ambicję.

To
Janus odkrył po latach. Wciąż w jego myślach było bardzo wiele Saura. Wciąż w
wielu miejscach podążał za jego pragnieniami, lecz przez te lata po Wojnie
spokorniał. Wątpił czy uda mu się uzyskać nieśmiertelność, nawet nie pragnął
stać się bogiem. To było dzieło Zigmara i nikt inny nie powinien go powtarzać.
Lecz po tych wszystkich latach Korel czuł jedynie zmęczenie i rozczarowanie.
Zwłaszcza jak patrzył na świat, który go otaczał. Jedyne na co miał prawdziwą
ochotę, to pójść dalej niż poszedł Rodryk. Zniszczyć to wszystko, co widział.
Tak jak dokonał tego poprzedniej nocy.

Wiedział
jednak, że sam nie doprowadzi do przemienienia Miscle. Miał jednak plan,
którego pewnie Saur bałby się zrealizować. Z prostej przyczyny, on przede
wszystkim bał się swojej śmierci. Janus zaczynał tyle razy od początku, że
przestało to go obchodzić. Co noc widział jedynie wizję w której Miscle
pogrążało się w ogniu, w której zawieszeni między życiem a śmiercią mordowali
żywych. I wszyscy powtarzali jedno słowo. Słowo klucz. Imię boga, który ongiś
rządził tym światem. I którego uwięziono.

Im
mocniej się w to zanurzał, tym bardziej stawało się to jego obsesją. Ale musiał
przyznać, że bycie narzędziem zniszczenia go bawiło.

Uwielbiał
też pokazywać innym swą wyższość, sprawiać by się go bali. I doskonale zdawał
sobie sprawę z tego, jakie nastroje panują w Wale Rassara.

Gdy
się trochę rozpogodziło, kazał swoim żołnierzom poustawiać klatki naprzeciwko
muru. Za nimi stanęli wojacy, którym podano trąby i inne instrumenty oraz przedmioty,
które miały hałasować.

Na
murach zaś żołnierze Imperium powoli się ustawiali oczekując na kolejne
przedstawienie. Tym razem Janus nie miał ze sobą łuku. Nie zamierzał nikogo z
oficerów zabijać. Nie teraz. Niebawem
sami was nabiją na pal.


-
Nie posłuchaliście. – Powiedział, a jego donośny głos roznosił się po całej
okolicy. – To wasza ostatnia szansa, by poddać mi twierdzę i przejść na moją
stronę. Ci, którzy to zrobią dziś, a nie nadają się do walki mogą liczyć na
moją litość. – Liczyć zawsze mogą, ale
czy im ją okażę?
– To będzie ostatnie ostrzeżenie. Następny będzie już
atak.

Wojacy
na murze wyglądali z zaciekawieniem, choć byli przygotowani by w każdej chwili
rzucić się do ucieczki, gdyby znów miała spaść wielka kula ognia.

Ishet
podeszła do okna. Jej przyjaciele postanowili wykorzystać chwilę nieuwagi
nieprzyjaciela i ponownie spróbowali dostać się do jego obozu. Ona została na
posterunku i bała się powtórki z poprzedniego dnia.

Iluminari
jednak planował coś zupełnie innego. Jego podwładni zaczęli grać, ale nie była
to ładna muzyka. Dudnili, dmuchali, hałasowali, a oni otwierali ustawione
klatki, wewnątrz których znajdowały się ptaki. Wystraszone zwierzęta szybko
wzbiły się w powietrze, próbowały uciekać od hałasu, bały się. Tyle, że
większość z nich było wyczerpanych i schorowanych. Ten lot dla wielu z nich
oznaczał śmierć. Jednak one nie wiedziały tego. Leciały nad mur, nad miasto i
spadały z wyczerpania.

Ci,
którzy zostali w spalonym mieście wpadli w panikę. Oto bowiem ich oczom ukazał
się kolejny znak. Ptaki spadające z nieba. Martwe. Zaczęli się zastanawiać, co
to znaczy. Wielu z nich przychodziło do Zigmarian, albo raczej Frontystów,
którzy zajęli ich miejsce. I słuchali ich.

Plan Janusa przewidywał
jeszcze jeden krok. Ptaki miały roznieść zarazki. Moredhel liczył, że pozostali
przy życiu mieszkańcy niebawem zaczną chorować. I nie obchodziło go to, czy
uznają to za znak, plagę czy epidemię. Wiedział tylko, że nim nastąpi prawdziwy
atak, on przetrzebi siły wroga i to w taki sposób, że tamci zaczną wątpić w
swoje racje. Za tydzień lub dwa, brama
wjazdowa do Wału Rassara się otworzy, a mnie zaproszą sami. Wojna rozegra się
wewnątrz Zakazanego Królestwa.

Komentowanie nie jest możliwe :, więcej...

CCLIX.

przez , 21.lut.2011, w Bez kategorii

Przed południem
Larandar i Brig, w towarzystwie kilku strażników postanowili przejść się do
Wału Rassara, a raczej do pogorzeliska, które z niego zostało.

Z
miasta pozostał właściwie już tylko mur i twierdza, oraz kilka murowanych
ścian. W świątyni Zigmara zawalił się dach, który podtrzymywały drewniane bele.
Ale to nie obraz zniszczeń był najbardziej przerażający. Wszędzie dało się czuć
swąd spalonych ciał. I słychać było lament, tych którzy przeżyli. Ci, którzy
przebywali w twierdzy mogli się bać ognia, spoglądać na rozjaśnioną noc, ale ci
którzy byli na zewnątrz, walczyli z żywiołem. Wszyscy mieli poparzenia. Wielu z
nich umierało w bólu dopiero teraz. Nadzy, mieli problem by się na czymś
położyć, by nie czuć bólu, a jeszcze ten przerażający chłód. Kolejni umierali z
wyziębienia i wyczerpania. I jeszcze dochodził ból po stracie bliskich.

Jakaś
matka, pomimo oparzeń na twarzy, zatrzymała elfa.

-
Gdzie są moje dzieci!? Gdzie są moje dzieci?

Łkała.

Larandar
nie chciał jej odbierać nadziei.

-
Gdzieś pewnie się schowały. Poszukamy ich. – Zapewnił ją i jak najszybciej się
od niej oddalił.

Nie
zamierzał szukać zwęglonych ciał.

-
Przy okazji Janus zrobił nam małą przysługę. – Zauważył krasnolud. – Choć koszt
jest zbyt wielki.

-
Małą? – Zapytał zdziwiony fechmistrz. – Tu zginęło już dwie trzecie
mieszkańców. To nie jest mała przysługa. To ludobójstwo.

-
Elf, co poradzić…. Znaczy Moredhel. – Poprawił się Bregsorn. – Ale pozbył się
też Frontu.

-
Czyżby? – Powątpiewał Larandar.

Nie
musieli szukać daleko. Szybko znaleźli mężczyznę, który gromadził wokół siebie
spory tłum.

-
Pytacie się Zigmara, za co ta kara? Wątpicie w jego siłę i moc. Jak on mógł
dopuścić do tak strasznej rzeczy, prawda? – Mówił mężczyzna. Umiał zwrócić na
siebie uwagę słuchaczy, umiał też nimi manipulować w pewien sposób. Przeszedł
szkolenie demagogiczne, któremu Front poddawał niektórych ze swoich członków,
by propagowali ich ideę. – Mówię wam, słuszne są wasze wątpliwości. Zigmar
gniewał się za Rassarów. Uważał, że niesłusznie zajmują jego tron. Ale powiadam
wam, za Rassarów było lepiej niż będzie teraz! Dopóki na tronie w Altburgu nie
zasiada prawowity dziedzic Zigmara, lub w jego imieniu namaszczony namiestnik,
źle się będzie działo w naszym państwie. I będzie coraz gorzej, to co nas
spotkało wczorajszego dnia, to dopiero początek. Kara za podporządkowanie się
bezbożnym Hossenom!

Fechmistrz
nie wytrzymał, podniósł rękę.

-
Słyszałem, że król Ferdynand to podobno jakiś potomek Zigmara.

-
Plotki. Niepotwierdzone plotki. – Kontynuował frontysta. – Sam je rozsiewał
tylko po to, by sięgnąć po koronę. A powiem wam w tajemnicy – zwrócił się do
tłumu – przypuszczam, że to Ferdynand zabił króla Uthera i sprowadził na nas to
nieszczęście, jakim był ogień. To nie wrogowie go na nas zrzucili. To kara,
którą przygotował Zigmar. Wołajcie do niego o przebaczenie, wypowiedzcie
posłuszeństwo temu tyranowi!

-
Miałeś rację, – elf zwrócił się do krasnoluda – Janus zrobił nam małą
przysługę. Niedźwiedzią. No a że mała, to taka trochę miśkowata.

Nie
zamierzali się dalej kłócić z fanatykami. Oni i tak wiedzieli wszystko. Już
mieli pójść dalej, gdy nagle mężczyzna zaczął mówić bardzo interesujące dla
nich rzeczy.

-
Miałem widzenie. Zigmar mi je wysłał. Przed chwilą.

Stojący
wokół niego zaczęli nerwowo reagować. Jedni się bali, inni słuchali z
zaciekawieniem.

-
Widzę armię, która zmierza w naszym kierunku, z południowego wschodu. Armię,
która prowadzi kapłan. Armię, która będzie zwalczać wrogów Zigmara i wyrżnie
ich w pień. Będą się jej bali, ale ci którzy się do niej przyłączą staną się
ulubieńcańcami naszego pana. Może nie w tym życiu, ale Zigmar im tego nie
zapomni.

-
Armię? – Zapytał szeptem Bregsorn. – Myślisz, że Anzelm chce wspomóc swego
kamrata?

-
Teraz wiemy na co czeka Janus. – Odparł elf.

Potem
machnął ręką, by się wycofali. Nie chciał się znajdować zbyt blisko tego
frontysty.

-
Mam dziwne wrażenie, że powinniśmy doprowadzić do szybkiego starcia. – Oznajmił
Larandar. – Teraz, po zniszczeniu miasta i naszych machin oblężniczych, wydaje
się, że Drugie Imperium ma najlepszą szansę na zwycięski atak. Jednak jej nie
wykorzystuje. Czeka na sojusznika. Ale nie po to, by razem walczyć, a by
walczył za nich. Janus coś ukrywa, myślę że nie wierzy w siłę swej armii.
Musimy działać szybko.

-
Chcesz go sprowokować? Z Frontem za plecami?

- Ty zajmij się
Frontem, ja zajmę się naszym przyjacielem. – Rzucił elf.

Komentowanie nie jest możliwe : więcej...

CCLVIII.

przez , 20.lut.2011, w Bez kategorii

Podczas,
gdy elf zajmował się mieszczanami, Hakirus i Mirak przygotowali się do własnego
ataku.

-
Mieliśmy niefart i tyle. – Tłumaczył się starszy czarodziej.

-
Niefart? Ja bym to nazwał głupią wpadką.

-
Acha. Dobra, niech będzie. – Oznajmił Hakirus. – Ale musimy udowodnić wszystkim
potęgę magii, niestety niektórzy jej nie doceniają. Tylko domagają się od nas,
byśmy zrobili to lub tamto. Magia to nie jest jakieś tam hokus-pokus dla uprzyjemniania
życia, magia to coś wielkiego wspaniałego. To ogromna wiedza i wyzwanie.

-
Mnie to mówisz? Przecież tego mnie już uczyliście, wiem o tym.

-
Dobra, dobra… Ale musimy zrobić coś takiego, czego Drugie Imperium długo nie
zapomni. – Kontynuował starszy czarodziej.

Potem
obaj zajęli się czytaniem ksiąg i szukaniem odpowiedniego zaklęcia, które
zmieniłoby ich nieciekawe położenie. Gdy już znaleźli czar i uzgodnili, że to
ten, przygotowali składniki i wyszli na górę, by zaatakować wroga.

Na
murze trwała sielanka. Pomimo zimy, żołnierze nie przepracowywali się, wręcz
przeciwnie, zgodnie z rozkazami kapitana Asteriusa jedynie sprawiali wrażenie,
że coś robią. W każdej chwili byli gotowi do ucieczki.

-
Armia Imperium… – Irytował się Mirak. – Ten motłoch jest o wiele gorszy niż
legion tchórzliwych niziołków.

-
Chcesz o niziołach porozmawiać? – Zapytał Hakirus.

-
Nie, tak mi się powiedziało… Nie wiedziałem od czego mogą być gorsi, nawet
ten tłum w mieście ma więcej woli walki niż… – Ściszył głos, by nie
zdenerwować żołnierzy.

-
Acha. Dobra, które namioty wybieramy?

Magowie
zaczęli się zastanawiać przez chwilę. Potem zaś zaczęli się ścigać w rzucaniu
kuli ognia w namioty wroga. Tak im się ta zabawa spodobała, że szybko stracili
rachubę. Któryś z nich trafił w jeden z trzech dużych namiotów.

W
obozie Drugiego Imperium wówczas panował już chaos i zamieszanie. Jednak gdy
Janus wyszedł ze swojego, płonącego namiotu wściekł się nie na żarty.

Zostawił
swój obóz i wyszedł na pole przed murem.

Hakirus,
gdy go zobaczył rzucił tylko.

-
Nie wiem jak ty, ale ja uciekam…

Mirak
nie zamierzał zostawać na murze sam i walczyć na magię z rozwścieczonym
Iluminarim. Pobiegł za swoim nauczycielem i schował się głęboko w twierdzy.
Okazało się, że Hakirus udał się do kapitana Asteriusa spytać, gdzie jest
najlepsze schronienie przed atakiem Janusa.

-
Chcecie fajerwerków!? – Wydzierał się Moredhel.

Jego
głos dało się słyszeć w całym Wale Rassara.

Kilku
żołnierzy na murach zaczęło wiwatować.

-
Tak, chcemy!

-
Hura, fajerwerki!

Cieszyli
się. Ten dzień nie wydawał się im stracony.

-
Ja wam pokażę fajerwerki! – Krzyczał zezłoszczony Mroczny Elf. – Takie, że
zapamiętacie je do końca waszego, gnuśnego życia!

Potem
na niebie zaczęły się zbierać dziwne chmury. To jednak nie były chmury, to
kotłowała się olbrzyma kula ognia. Deszcz ognia.

Żołnierze
spanikowali. Opuścili swoje posterunki i schowali się wewnątrz twierdzy. Ten pokaz
fajerwerków zapowiadał się groźnie.

Gorzej
reagowali mieszkańcy Wału Rassara. Wpadli w panikę.

Ogień
na niebie robił się większy i większy, a z czasem zaczął padać deszcz ognia.
Małe, płonące kule spadały na ziemię, na budynki i w śnieg. I to co mogły
zapalały.

Widząc,
co się dzieje, elf szybko wycofał się do twierdzy. A kula na niebie rosła i
rosła. Deszcz ognia robił się coraz gęstszy. Mieszkańcy próbowali gasić pożary,
ale ich było zbyt dużo. I temperatura w mieście rosła. Śnieg topił się w
błyskawicznym tempie, a woda równie szybko wyparowywała.

Niektórzy
od samego gorąca dostawali poparzeń na skórze. Inni się dusili.

W
końcu nastąpiło oberwanie tej dziwnej chmury. Wielka mgławica ognia runęła na
miasto trawiąc wszystko, co mogła. Wszystkie drewniane budynki, wszystkie
słomiane dachy. Całe drewniane uzbrojenie, katapulty, balisty stojące na
murach. Beczki z zapasami.

To
wszystko płonęło.

A
zgromadzeni w twierdzy obserwowali ten makabryczny spektakl bojąc się.

-
On to planował. – Tłumaczył innym Hakirus. – Nikt z nas przecież go nie
sprowokował. Przecież opowiadał, ze nie zaznamy nocy.

I
w tym jednym miał rację. Ogień trawił miasto aż do rana, a jego blask
rozświetlił noc. Dopiero po świcie zaczęło mocno padać i pożar dał się
opanować.

Tylko, że z Wału
Rassara pozostały już głównie zgliszcza.

Komentowanie nie jest możliwe :, więcej...

CCLVII.

przez , 19.lut.2011, w Bez kategorii

Misja
wywiadowcza się nie udała, przynajmniej ta w którą Larandar i jego towarzysze
wyruszyli osobiście. Elf miał ochotę zatłuc obu magów, choć zrozumiał, że w ich
przypadku musi wyraźnie artykułować swoje wymagania, bo mogą je spełnić w
najmniej oczekiwany sposób. Z Iluminarimi
z pewnością nie ma takich problemów.


Gdy
już dotarli z powrotem do twierdzy, Hakirus i Mirak szybko się zmyli, by
uniknąć niepotrzebnych awantur.

-
Czy w tym kraju nic nie może działać normalnie? – Zapytał elf krasnoluda.

-
Mnie nie pytaj, ja pochodzę z Irelnii. Ale tam też nic nie działa normalnie.

Gdy
wyszli z piwnic, spotkali jednego ze zwiadowców kapitana Silberberga.

-
Przepraszam, kto zastępuje kapitana, bo słyszałem o tym wypadku. – Dopytywał się.

-
Chodzi o problemy czy o raporty? – Zaciekawił się elf.

Miał
już dość niańczenia tych wszystkich żołnierzy.

-
Raport zwiadowczy.

Natychmiast
poprosili żołnierza do jednej z izb. Magów nie zaproszono, ale przyszła jeszcze
Ishet.

Dane
nie były zbyt pocieszające. Po pierwsze potwierdzono znaną już liczbę obrońców,
którzy także zajmowali się wspomaganiem służb miejskich. Wał Rassara przyrósł w
ciągu ostatnich miesięcy na tyle, że obecna administracja sobie z tym nie
radziła.

-
Jakoś mnie to nie dziwi. – Rzucił pod nosem fechmistrz.

Gorzej,
że dzięki działaniom Asteriusa ludność negatywnie podchodziła do władz. W
mieście lada moment mogło dojść do buntu. No i jeszcze rosła sympatia, przede
wszystkim do Frontu.

-
Ja bym nie chciała zobaczyć zbuntowanych mieszczan. – Powiedziała chłopka. –
Nie wiadomo jacy oni są niebezpieczni. Lepiej usunąć się im z drogi.

-
Można ich wykorzystać. – Zastanawiał się głośno krasnolud. – A co jeśli oni
stanęliby do walki z Drugim Imperium?

-
Zobaczę jak to wygląda na własne oczy. – Stwierdził elf.

-
Byłoby to nierozsądne, proszę pana. – Zaprotestował żołnierz. – Nie powinniśmy
wysyłać tam zbyt dużo sił.

-
Pójdę sam.

-
Tym bardziej byłoby to nierozsądne. Wątpię by kapitan Silberberg zezwolił…

-
Kapitan Silberberg nie żyje i obecnie najstarszy stopniem jest tu kapitan
Asterius. – Odparł elf. – A on pozwoli na wszystko. – Zwłaszcza jak się go postraszy awansem.

-
Tak jest. – Przytaknął żołnierz i następnie kontynuował swój raport.

Dużo
gorzej wyglądała strona wroga. Przy lesie mieli kilkanaście swoich namiotów, w
tym trzy duże główne, w których znajdował się ich punkt dowodzenia. Tam właśnie
urzędował Janus, nawet się z tym nie krył. W lesie zlokalizowano kilka innych
obozów, w tym, coś co zwiadowca określił mianem psiarni.

-
Nie wiem, co tam trzymają, ale raczej to jakieś bestyjki, które zamierzają
wypuścić.

-
Na razie się tym nie przejmujmy. – Odparł elf. Oni są gotowi do wojny i mają kilka ciekawostek w zanadrzu. Ciekawe czy
to na nas, czy na cywili?


Drugie
Imperium miało w okolicy Wału Rassara około dwóch tysięcy wojaków. I jeszcze
kolejne pół tysiąca patrolowało okolicę napadając na podróżnych. Dwa i pół
tysiąca przeciw siedmiuset, bo mniej więcej tyle wojska mogło bronić twierdzy,
gdy doliczyło się oddział Silberberga.

-
Szanse są. – Stwierdził krasnolud. – Dla nas oczywiście. Przecież nie walczymy
w otwartym polu. Oni muszą wpierw do nas dotrzeć, my się bronimy.

A
oni nie mieli ani jednej machiny oblężniczej. Gdyby nie to, że wśród nich
znajdował się Iluminari, wszyscy mogliby spać spokojniej. Ale Janus mógł w
każdej chwili doprowadzić do wyrównania szans, wtedy walka byłaby nieciekawa.

-
Trzeba go sprzątnąć. – Powiedziała Ishet. – Jednego już uciukaliśmy, to i
drugiego się da. Wtedy świat będzie lepszy.

-
Wyślijcie raport do króla, ja się rozejrzę jak wygląda sytuacja w samym
mieście. – Odparł elf.

Sam
kazał sobie przygotować jakieś łachmany. Nie chciał wyglądać na królewskiego
posłańca, a raczej na kogoś, kto przebył przez bramę.

Brig
i Ishet zaś zajęli się pisaniem skrótowego raportu. Trochę im to zajęło, bo
treść zapisali na małym skrawku papieru, który zamierzali przyczepić do
gołębiej nóżki. Stary, sprawdzony sposób.

Następnie
udali się do komnaty kapitana Asteriusa.

-
Mam już tego gołębia. Nawet dwa. Ale ten drugi ma coś ze skrzydełkiem. –
Pochwalił się.

-
Doskonale. – Oznajmił krasnolud i podał oficerowi wiadomość. – A teraz wypuść
gołębia.

Julian
wstał, wziął wiadomość, przeczytał ją, położył na biurku i podszedł do klatki.
Otworzył ją, a gołąb wyleciał, zaczął latać po pomieszczeniu.

Krasnolud
złapał się za głowę.

-
Kurwa… jak można być takim idiotą!

-
Chwila! Chwila! – Wydzierał się Asterius.

Wyciągnął
miecz i zaczął biegać za gołębiem, który fruwał po całym pomieszczeniu. W końcu
wskoczył na biurko, a ono okazało się być nie dość solidne. Zawaliło się.
Kapitan grzmotnął w szafkę.

Ishet
się zaśmiała.

Wystraszony
gołąb wyleciał przez okno.

Wiadomość
zginęła gdzieś w gąszczu dokumentów.

- Lepiej znajdźmy
jeźdźca. Wolniejszy, ale pewniejszy. – Powiedziała chłopka. – W Bestwince nie
mieliśmy gołębi, ale wszyscy wiedzieli do czego służą. Eh, mieszczaństwo!

Komentowanie nie jest możliwe :, więcej...

CCLVI.

przez , 19.lut.2011, w Bez kategorii

Po zejściu do
piwnic okazało się, że znajduje się tam aż siedem różnych tuneli, które
prowadzą gdzieś za mury.

-
Siedem!? I wszystkie mapy spłonęły? – Irytował się Larandar.

-
Tak… znaczy nie wiem. – Odparł jeden z żołnierzy.

-
Nie wiesz o paleniu map? – Zdziwił się krasnolud.

-
Wiem o przejściach, a mapy? To mieliśmy jakieś? – Nie mógł uwierzyć żołnierz.

-
Wie o przejściach, awansujemy go na generała? – Zapytał fechmistrz.

-
Nie! Błagam! Nie róbcie tego! – Żołnierz rzucił się na kolana. – Zrobię
wszystko, ale mnie zdegradujcie! Nie chcę być dowódcą.

-
A dlaczego Asterius nim jest? – Zapytał Bregsorn.

-
Bo był zbyt głupi, by uciec, gdy wybieraliśmy kapitana. Padło na niego.

-
Dobra, szeregowy, – rzucił elf – a teraz opowiedzcie o tych przejściach.

Jedno
z nich było wyjątkowo ciekawe, gdyż prowadziło do lasu, niedaleko miejsca w
którym znajdował się obóz wroga. Oczywiście żadne z przejść nie było
zabezpieczone. Larandar kazał przynieść jakąś kratę, by zamknąć wspomniane
przejście, a pozostałe kazał zatkać lub nawet zamurować. W końcu łatwiej będzie
je potem rozbić, niż walczyć z tymi, którzy przez nie przenikną.

Tymczasem
Larandar i Brig zamierzali się przejść na tyły wroga, choć nie mieli ochoty dać
się złapać.

-
Masz coś, co sprawiłoby że nie zauważą nas strażnicy? – Zapytał Hakirusa elf.

-
A mnie nie pytasz? – Oburzył się lekko Mirak.

-
Nie, ty nie taszczyłeś ze sobą tylu ksiąg, a swojej jednej chyba jeszcze nigdy
nie przeczytałeś.

-
To… – Chciał zaprotestować młodszy czarodziej, lecz zdał sobie sprawę, że to
niestety prawda. – Nie tak jak myślisz.

-
No i Hakirus ma mnóstwo składników w tych skrzyniach. – Dodał fechmistrz.

-
Właściwie to nie. – Starszy mag od razu się tłumaczył. – Oddałem te dokumenty,
kapitanowi Asteriusowi…

-
Z pewnością zrobi z nimi wszystko, ale ich nie przeczyta. – Zaśmiał się
krasnolud.

-
Na to liczę. Niech je spali.

-
Albo odda Janusowi, to będą jaja. – Uśmiechnął się Bregsorn.

Hakirus
zbladł.

-
Lepiej by tego nie zrobił. Nie sądzę, by był aż tak głupi. Myślę, że awansowano
go, bo tam najmniej bruździ.

-
Idziemy do obozu wroga, potrzebujemy być niewidzialni, niewykrywalni. –
Stwierdził Larandar.

-
Mam coś, co się nada. Pójdę z wami. Lepiej sprawdzić tego Asteriusa.

Hakirus
jednak nie powiedział, jaki czar miał na myśli. Pogadał chwilę z Mirakiem,
przygotowali sobie składniki, przepisali czar na wszelki wypadek na kartce, bo
nie zamierzali targać ze sobą ksiąg. Następnie cała czwórka udała się do
podziemnego tunelu.

Nie
wyglądał on najlepiej, przypominał norę, w której musieli się czołgać. Zresztą
nikt o to nie dbał. Gdyby nie zima, która skuła ziemię lodem, to mogliby się
bać, że tunel się zawali, ale tak przeszli bez problemu.

Wyszli
w lesie przez coś, co wyglądało na norę. Ledwo się przecisnęli przez wąskie
przejście. Dopiero wtedy magowie zabrali się za swój czar. Wywołali mgłę, tak
gęstą, że nie dało się w niej nic zauważyć.

-
Nic nie widzę! – Zirytował się elf.

-
Chciałeś być niezauważalny. Bez magii nikt cię nie wykryję, a magię i tak by
wykrył Janus.

Brig
złapał się za głowę. A myślałem, że to
Asterius jest durny…


Larandar próbował iść w
kierunku obozu, ale mgła była tak silna, że nie widział, co ma pod nogami.
Dalsza infiltracja nie miała najmniejszego sensu. Wrócili do tunelu, a potem do
twierdzy.

Komentowanie nie jest możliwe : więcej...

stat4u <!-- s4uext=s4upl(); document.write('stat4u') //--> stat4u

Blogroll

Kilka bardzo polecanych stron...