orthank blog

Tag: tybriola

CCCXLI.

przez , 07.kwi.2009, w Bez kategorii

- Biegnij! Biegnij! – Ponaglała matka swoje dziecko,
które co pewien czas oglądało się za siebie.


            Tybriola
płonęła. Mroczne Elfy przepuściły szturm, błyskawiczny, trudny do przewidzenia
i niemożliwy do zatrzymania. Armia Interii została wycięta w pień, rycerstwo
rozbite, opór zdawał się być bezsensowny. Na nic zdały się worki piasku
ustawione między uliczkami, straszliwa broń Moredheli niszczyła wszystko. Nie
można było się do nich zbliżyć, gdyż ich karabiny ani na chwilę nie przestały
strzelać. Najeźdźcy zabijali każdego, kto stanął na ich drodze. Nie szczędzili
ni kobiet, ni starców, ni dzieci. Nie zostawiali budowli, niszczyli, co mogli,
co tylko wpadło im w ręce.


            Kobieta
z dzieckiem miała nadzieję dotrzeć do portu i wsiąść na jakiś okręt, który
zabrałby ich, nieważne gdzie, byle daleko stąd, daleko od wojny. Pchała swego
synka przodem, by w razie czego ochronić go przed kulami. Była jego żywą
tarczą, w końcu on był dla niej wszystkim. Kochany synuś. Oczko w maminej
głowie. Wart tego, by oddać za niego życie. Zupełnie nie myślała o sobie, ważne
było, aby go ocalić.


            W końcu
poczuła jedną kulę w plecach. Drugą. Trzecią. Czwartą.


- Biegnij! Uciekaj! – Krzyczała upadając, tracąc siły. –
Uciekaj…


            Legła na
ziemię. Chłopczyk zatrzymał się. Podbiegł do krwawiącej matki. Przytulił się do
niej i zaczął płakać. Było jednak za późno, by mógł jej pomóc. By ktokolwiek
mógł jej pomóc.


            W
karczmie u Emilia wszystko starannie zaryglowano. Każde okno, każde drzwi.
Wszyscy siedzieli w ciszy, mając nadzieję, że burza, która się właśnie
przetaczała nad Tybriolą właśnie ucichnie.


- Don Marini – powiedział jeden z drabów – oni… Mroczne
Elfy, one nie chcą negocjować. Nie interesują ich kosztowności. Nic. Niszczą
wszystko, co staje im na drodze. Nie wiemy jak się z nimi dogadać.


- To szaleństwo! – Wnerwił się mafioso. – Musi być coś co
cenią, czego pragną!


            Tyle, że
Moredhele nie były Interczykami. Nie praktykowały Iry, nie chciały brać
łapówek. Żołnierze Magistratu Wojennego wykonywali tylko polecenia. Starannie,
bezbłędnie i bez zająknięcia. A rozkazy były jasne. Zniszczyć wszystko,
zlikwidować wroga. Alfonso Marini pomimo wielu lat, wielu lokalnych wojen wciąż
nie mógł tego zrozumieć. Karni żołnierze,
pozbawienie własnych potrzeb?


            Ale
nawet zabarykadowany budynek na nic nie pomógł. Ostrzelany z armat, zaczął się
walić przysypując weń tych, którzy się tam schowali.


            W
jeszcze innej części miasta, Enrico Saligia stał na balkonie luksusowego domu i
spoglądał na ulice. Mroczne Elfy zabijały każdego, kto się tam pojawił, kto
znajdował się na ich linii ognia. A on mógł na to spoglądać z góry.


- Jesteś pewien, że jesteśmy tu bezpieczni? – Zapytał w
końcu Henryk.


- Najzupełniej. – Westchnął Kryfstus. – Jak widzisz,
chaos wojny dotarł w końcu do Interii. Informacje, które mi przekazałeś dziś i
te, które nam przekazywałeś wcześniej z pewnością jedynie przypieczętują upadek
tego, wybacz, żałosnego kraju.


- To moja ojczyzna. – Powiedział ze smutkiem Saligia. Czy nie posunąłem się za daleko?

- Owszem, ale nie pozostanie kamień na kamieniu, z tego
co znamy. Stary porządek musi odejść, a my musimy coś poświęcić. – Mówił mistrz
Iluminarów. – Potraktuj to proszę jak rytuał przejścia, w którym musisz okazać
się godnym bycia mężczyzną. Godnym bycia Iluminarem.


- Zazwyczaj sprzedawałem tylko wiedzę.

- Nie tylko. Jesteś też filozofem, twoje poglądy są
bardzo cenne, wzbogacisz zakon bardziej niż ktokolwiek przed tobą. – Mówił Kryfstus.
– Wiesz, ja też musiałem poświęcić wiele, musiałem zdradzić mojego mistrza.
Eksperymentował, ale nie wiedział, że to ja prowadziłem na nim eksperymenty. Z
duszą i ciałem. Ale mimo wszystko miałem opory, by się go pozbyć. Stary, głupi
sentyment. Gdyby nie banda awanturników, głupców jakich pełno na Starym
Świecie, to kto wie, czy Harrad wciąż by nie żył? Widać taki był kaprys bogów,
jakbyś to ujął.


- Dziwne jest to, że i mnie ku temu krokowi ostatecznie
popchnęła banda awanturników. – Stwierdził Enrico. – Cóż mam nadzieję, że będę
mógł dalej rozwijać mą filozofię, już wewnątrz zakonu.


            Spojrzał
w innym kierunku. Mrocznym Elfom towarzyszyły gobliny i orki, które także
plądrowały miasto. Tybriola upadała, a wraz z nią i inne miasta. Okręty
pośpiesznie opuszczały port, nie znając nawet swego celu. Tłumy gromadziły się
w dokach, licząc na to, że uda im się stąd wyrwać. Gdziekolwiek, byle tu nie
pozostać.


- Zapłaciłeś wielką cenę, drogi Henryku. – Mówił mistrz
Iluminarów. – Sprzedałeś własną ojczyznę Moredhelom. Cóż mogę rzec, nie
będziesz tego żałował, bracie.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , więcej...

CCCXL.

przez , 06.kwi.2009, w Bez kategorii

            Wystarczyło
odrobinę magii, by cała komnata wypełniła się gęstym, trudnym do przeniknienia
fioletowym dymem. Jedno drobne zaklęcie, a już było wiadomo, że nikt nie
wystrzeli. Zbyt dużo ryzykowano, lepiej było Dyzia zabić później, niż
przypadkiem wywołać wojnę gangów.


            Ale
Kisjevczyk nie zamierzał dać się zabić. Wraz z Shivanem pomógł Erlanowi wyjść
na zewnątrz. Czarodzieja całkowicie zmęczyło rzucenie tego czaru, nie mógł już
sam chodzić, ale przynajmniej magia się nie rozproszyła. Dyzia przez pewną
chwilę dziwiło to, że nikt za nimi nie ruszył w pościg, ale gdyby lepiej
rozumiał kruche stosunki panujące w Tybrioli, wiedziałby, że opuszczając
miejsce Iry jest bezpieczny, przynajmniej przez jakiś czas.


            Kapłan
zaś starał się ich prowadzić drogą, która wcześniej wskazał mu Enrico. Wyszli
na zewnątrz.


- I co teraz? – Zapytał Kisjevczyk.

- Do wody i do portu. – Odpowiedział Shivan.

- Też mi ratunek. – Marudził Dyzio.

- Zaczekajcie. – Usłyszeli głos Saligi, który przyniósł
rzeczy Kisjevczyka. – Jak mniemam to twoje. – Wręczył mu, a potem zwrócił się
do elfa. – Obawiam się, że tym razem przegrałeś wszystko. Uznają Guissepe za
zwycięzcę. Teraz i on wie, gdzie jest najsłabszy, z pewnością nauczy się
bronić.


- Ile osób postawiło poza mną na Dyzia? – Zapytał z
ciekawości Shivan.


- Postawiłeś na mnie? – Zdziwił się Kisjevczyk.

- Tak, ale nie spodziewałem się takiego obrotu sprawy. –
Westchnął kapłan.


- Tylko ty postawiłeś. – Odrzekł Henryk. – Gdybyś wygrał,
zginęlibyście w trójkę, zresztą i tak Corrado miał was zaaresztować.


- To bez sensu, że wszyscy stawiali na zwycięzcę. – Dziwił
się Dyzio.


- Niezupełnie. Gdyby ostatni zakład był normalny, to i
owszem, ale on nie jest. Jesteście w Interii, musicie myśleć jak Interczycy.
Ira jest nielegalna, zakładu jednak już tak. – Tłumaczył Saligia. – Przekupstwo
urzędnika jest nielegalne, ale jeśli wygra w zakładzie duże pieniądze, to już
nie jest podejrzane. Wystarczy połączyć te dwie rzeczy i ludziom takim jak
Corrado nie opłaca się przeciwdziałać mafii. Jej zaś o wiele łatwiej pozbyć się
drobnych rzezimieszków, dzięki temu cała Tybriola sprawia wrażenie, że panuje
tu względny porządek i status. Byliście do odstrzału od momentu, w którym
dowiedzieliście się o Irze. Gdybyście jeszcze wygrali te pieniądze,
zaburzylibyście całkowicie panujący tu porządek, dlatego lepiej byłoby was ubić
publicznie na arenie. Co z tego, że byli tam przedstawiciele służb
porządkowych, a nawet prominentni mieszkańcy, czy znani mafiosi. W trójkę
stanowiliście zbytnie zagrożenie dla przyjętego porządku, by to przeżyć.


- Dlaczego zatem nam pomogłeś? – Zapytał Shivan.

- Wierzę, że ten porządek musi upaść. Ale dla mnie
najcenniejsze przede wszystkim były informacje, które uzyskałem. Jestem
handlarzem, kto wie, co będzie za rok czy dwa, może znów nasze losy się
skrzyżują. Póki co, żegnam.


            Odwrócił
się i zszedł na dół.


            Dyzio
już był w całości odziany w swój strój, resztę rzeczy spakował do wora.


- Będziemy mieć problem, by tego wszystkiego nie
pomoczyć. – Westchnął Shivan. – Zwłaszcza ksiąg.


- Tam jest gondola. – Zauważył Dyzio. – Zresztą wątpię,
czy Erlan da radę płynąć. Co mu się stało?


- Nie wiem właśnie, wygląda na mocno osłabionego.

- Tym bardziej musimy sobie ją pożyczyć.

            Nie mówiąc nic,
Kisjevczyk wskoczył do kanału i przepłynął na drugą stronę. Następnie
przyciągnął gondole do budynku przy którym czekał na niego Shivan z Erlanem i
pomógł im się załadować.

Komentowanie nie jest możliwe :, , więcej...

CCCXXXVIII.

przez , 05.kwi.2009, w Bez kategorii

            Stłoczeni
ciasno widzowie z niecierpliwością oczekiwali wejścia na arenę dwóch pierwszych
zawodników, a może raczej gladiatorów, jak należałoby ich określić. W końcu
pojedynek toczył się na śmierć i życie.


            Potężny,
dwumetrowy grubas Luciano wymachując maczugą właśnie rozwalił swego
przeciwnika. Jedno uderzenie i nieszczęśnikowi odpadła głowa. Widzowie nawet
nie zdążyli nacieszyć się walką. Jeden cios rozwścieczonego Interczyka,
wcześniej zranionego lekko w rękę, jeden trzask kręgosłupa i cisza. Brak choćby
zajęknięcia. Tylko głowa poszybowała gdzieś w powietrze, a ciało tryskające
krwią padło na piach. Wnet rozległy się gromkie brawa i wiwaty. Część osób, już
liczyło zyski. Erlan zaś prawie się osunął na ziemię. Shivan starał się
wszystko ogarniać. Niestety nie miał pojęcia, co będzie z nieszczęśnikiem, choć
zapewne będzie to zwałka do morza, ale co teraz mógł zrobić. Po raz pierwszy w
życiu miał dylemat, czy wybrać to, co jest ważne z punktu widzenia jego religii,
czy to, co jest ważniejsze dla jego przyjaciół. Obym w życiu nie miał zbyt wiele takich chwil.


            Luciano
wyprowadzono, a jego przeciwnika wyniesiono. Na piasku pozostała krew, którą
lekko przysypano a całość szybko, acz niestarannie zgrabiono. W tym czasie
przekrzykiwano się, widzowie gniewnie reagowali na wynik poprzednich walk, a
przy okazji ktoś próbował w różnych językach zapowiedzieć kolejnych zawodników.


- Romano, mistrz z południa, zwycięzca siedmiu turniejów!
– Krzyczał zapowiadacz.


            Na arenę
wkroczył jednooki, łysy mężczyzna, którego same oblicze sprawiało, że większość
cofała się o krok.


- Dyzio, weteran z Kisjevu! – Zapowiedziano kolejnego
zawodnika.


            Kapłan
trochę się zdziwił, ale przynajmniej wiedział, na ile prawdziwe są te wszystkie
tytułu.


            Kisjevczyk
wyszedł na arenę, uzbrojony jedynie w miecz i tarczę. Nie miał na sobie swej
zwykłej skórzanej kurtki, a raczej kolczugę, która więcej odsłaniała, niż
zasłaniała oraz najeżony kolcami hełm. Gdy już obaj byli na polu walki, ktoś
uderzył w gong. Przez chwilę zrobiło się cicho. Dyzio ukłonił się, ale jego
przeciwnik nie czekał na aprobatę publiczności. Rzucił w Kisjevczyka siatką.


            Dyzio
się tego nie spodziewał.


            Shivan
spojrzał nerwowo na przyjaciela.


- Zabiję! – Ryknął gwarek na cały głos.

            Na szczęście
przeciwnik tego nie zrozumiał. Zbliżał się powoli do Dyzia, który usiłował się
wyplątać z siatki. Romano czuł, że już wygrał tę walkę. Przeszedł mu gniew i
zdenerowanie, zwłaszcza gdy przeciwnikowi wypadł z ręki miecz. Bezradny
Kisjevczyk, pozbawiony broni nadal tłukł się z siatką. Innymi słowy czekał na
rzeź. Interczyk wiedział, że wygrana to jedno, ale zyskanie przychylności wśród
publiczności może uratować mu życie. Jeśli wpadnie w oko, któremuś z mafiosów,
ten może go wykupić z walki, dać ograniczoną wolność. Nadal by zabijał, ale już
poza areną, a przeciwnicy nie byliby tak niebezpieczni. Dlatego chciał poznęcać
się nad swym przeciwnikiem, pokazać swoją klasę. Jednym ciosem zranił go w
nogę. Kisjevczyk ewidentnie się tego nie spodziewał. Drugi cios także przyjął,
pomimo tego, że krwawił. Shivan odwracał głowę nie mogąc na to patrzeć. To jakiś obłęd!


            Romano
uśmiechnął się pod nosem. Z takim
kretynem dawno nie walczyłem.
Zamachnął się chcąc zranić Dyzia w głowę, ale
ten nagle osunął się na ziemię. Wciąż nieuwolniony z siatki, jednak
błyskawicznie przeturlał się do swego miecza i podniósł go. Interczyk był
zdziwiony. Oto przeciwnik, który ledwo mógł się poruszać, któremu wypadła broń,
który przez siatkę nie mógł zadać zbytnio ciosu, nagle stał gotów do ataku. Romano
nawet tak szybko nie myślał. Adrenalina dopiero znów musiała mu podskoczyć. W
ostatniej chwili sparował pierwszy cios, ale Kisjevczyk napierał, gniewnie i
nieustająco. Skurwiel, podpuścił mnie!
Interczyk był zepchnięty do defensywy, ale i to nie pomagało. Ostrze choć
zatrzymywało atak, ratowało mu życie, nie zatrzymywało ześlizgującej się broni.
Dyzio nie ustawał w walce, w efekcie, choć Romano parował cios i tak dostawał w
inne miejsce, krwawił, czuł ból. Nie potrafił przejąć inicjatywy. Zwłaszcza, że
przeciwnik kręcił się wokół niego. Kręci
się?!


- Kurwa! – Ryknął Romano.

            Ale było
już za późno jedno pchnięcie Dyzia, a przez oplątane nogi siatką Romano
wylądował na ziemi, całkowicie się odsłaniając. Kisjevczyk przyłożył mu ostrze
do serca. Głupio tak zabić bezbronnego.


            Wokół
areny zrobiła się wrzawa. Jedni się radowali. Inni wręcz przeciwnie. Ale
większość krzyczała coś, czego Dyzio nie potrafił zrozumieć. Spojrzał kontem
oka na nich, większość z nich wystawiła rękę ze skierowanym kciukiem w dół.
Chcieli śmierci. Kisjevczyk zawahał się, ale zobaczył też, że Romano próbuje
dosięgnąć do broni. Albo on, albo ja.
Przestał dłużej myśleć. Nie było sensu. Wbił miecz, co wzbudziło gromki aplauz.
Straże natychmiast weszły na scenę i wyprowadziły go. Musiał czekać na kolejną
walę.


            Shivan
patrzył jak wynoszą zwłoki Romano. Przykro,
on nie zasłużył na taką śmierć. Nikt nie zasłużył.


            Kolejnym
zawodnikiem który wyszedł na arenę był Silvio. Potężnie zbudowany, owłosiony
mężczyzna uzbrojony w morgensterna i mały puklerz. Jego przeciwnikiem był
Guissepe. Shivan obudził Erlana, który ledwo mógł wytrzymać siedząc.


- Wyczuj magię wokół tego kolesia. Znajdź miejsca bez
niej, któreś ze ścięgien.


            Guissepe
nie wyglądał groźnie. Metr pięćdziesiąt, dość chuderlawy, prawie pozbawiony
zbroi, posiadał jedynie miecz. Gdy walka się zaczęła, Silvio zakręcił tak swą
bronią, by kulka trafiła przeciwnika w twarz. Shivan podświadomie zakrył oczy,
ale Guissepe nic się nie stało. Magiczna
skóra
. Morgenster zatrzymał się i nawet nie drasnął przeciwnika. Silvio
trochę się zdziwił, ale zamachnął się jeszcze raz. I jeszcze raz. I jeszcze
raz. Za każdym razem rezultat był identyczny. W końcu Guissepe przystąpił do
ataku, ale on nie dbał o własne rany, o ból. Atakował, całkowicie odsłonięty, a
Silvio nie potrafił zrobić nic. Mógł walczyć dalej, ale nawet gdyby
skoncentrował się jedynie na obronie, nic by nie osiągnął. Zrozpaczony w
praktyce dał się zabić.


- Za kolanem, z tyłu. – Wyszeptał mag. – Za obiema nogami.

- Tylko skóra go chroni? – Zapytał kapłan.

- Tak mi się wydaje, ale odpowiem przy kolejnej walce.

            Chwilę
później skończyła się pierwsza rudna. Pozostało jedynie czterech zawodników.
Ośmiu już pożegnano, teraz obstawiano dalej. Część zakładów przyjmowano przed
rozlosowaniem par. Dopiero po kilku minutach, gdy naniesiono trochę piachu,
zgrabiono wszystko ogłoszono, że walczyć będzie Guissepe z jakimś innym
nieszczęśnikiem. Sytuacja wyglądała identycznie jak poprzednio. Wpierw
atakujący pełen werwy nie wiedział, z czym ma do czynienia, tracił
niepotrzebnie siły, dopiero potem próbował się bronić, ale było trochę za
późno.


            Następnie
na arenę wyszli Luciano i Dyzio. Dwumetrowy Interczyk uderzał nerwowo maczugą w
ziemię, czekając na pierwszy ruch przeciwnika. Kisjevczyk zmierzył wroga,
splunął i czekał. Jego silną stroną jest
siła, nie biegłość czy strategia. Trzeba unikać bezpośredniego starcia. Zbroja
też nie będzie mnie zbytnio chronić, a jedynie spowalniać.
Odrzucił miecz w
kąt, a następnie zaczął zrzucać z siebie żelazne ochraniacze. Przeciwnik
jedynie dziwnie patrzył, ale jeszcze nie reagował. Czekał. Dyzio przykucnął,
wziął trochę piachu w ręce i podszedł w kierunku przeciwnika. Z całej siły
sypnął piasek w oczy i zaczął uciekać. Luciano kierowany gniewem zareagował
instynktownie, bez pomyślunku, ruszył do ataku. Na to właśnie liczył
Kisjevczyk. Grubas, długo nie pobiega.
Dyzio biegał w koło areny, a głupi wróg za nim. Nawet nie skracał sobie drogi,
biegł, robił dokładnie te samo koło, co uciekający, z tym, że już przy drugim
okrążeniu głośno dyszał. Przy trzecim ewidentnie zwalniał. Shivan myślał, że
może Interczyk blefuje, ale on był cały zlany potem, miał siłę w rękach, nie w
nogach, które musiały udźwignąć jego potężną masę. Pomimo zmęczenia Luciano
wciąż podążał za swą ofiarą, która także była zadowolona z lżejszego tempa.


- Ten twój przyjaciel to komediant? – Zapytał Saligia.

- Nie, chce się wyrwać ze schematów. – Odrzekł kapłan.

            Publiczności
nie była zadowolona z takiego obrotu sytuacji, nudziła się. Zaczęli nawet
rzucać różnymi rzeczami na arenę, by sprowokować walkę. Kapusta, krzesła, czy
jakieś fragmenty jedzenia, jedynie utrudniały bieg, tyle, że Luciano zupełnie
na to nie zważał. Dodatkowo zezłoszczony wszystkim nerwowo wymachiwał maczugą,
tracąc przy tym siły, w końcu padł i się przewrócił. Dyzio podbiegł do swego
miecza, ale widział, że przeciwnik zupełnie nie wstaje. Dyszał głośno, dusił
się, przewrócił się na plecy trzymając mocno za serce. Krzyczał też coś, że nie
chce umierać, ale Kisjevczyk tego nie rozumiał.


            Widownia
zaczęła buczeć. Zamiast krwawej jatki jakiej się spodziewali dostali agonię
zawodnika, na którego większość obstawiała.


- Nie wyjdzie z tego. Zawał serca. – Westchnął Henryk. –
Masa, zdenerwowanie i wyczerpujący wysiłek fizyczny.


            Kapłan
jednak nie odpowiedział. Walka formalnie się nie skończyła. Zresztą nawet nikt
nie chciał by zabito Luciano, bo to zupełnie nie byłoby już emocjonujące.
Wyciągnięto go z areny i położono przy innych ciałach. Nikt nawet nie liczył,
że Interczyk to przeżyje. Shivan spoglądał na trupy i zastanawiał się, co z
nimi będzie. Czuł wyrzuty sumienia i niepokój z tego powodu. Żniwo wprawdzie wielkie, ale robotników
mało.
Teraz te słowa brzmiały zupełnie inaczej. Czy jestem usprawiedliwiony w oczach mego pana? Dobrze, że przynajmniej Erlan się spisał.


            Minęło
trochę czasu nim nastała ostatnia runda. Z ośmiu zawodników pięciu już było
martwych, szósty zaś pozostał umierający. Na arenę wyszedł Guissepe, co
spotkało się z aplauzem tłumu. Prawie wszyscy na niego postawili. Shivan
spojrzał na swoją sakiewkę. Było tam niewiele dukatów, zajrzał też do sakiewki
Erlana i Dyzia. Podszedł do Saligii i zapytał.


- Czy mógłbyś mi pomóc. Chciałbym by złote korony
Imperium potraktowano jak złoto. Chcę obstawić na Dyzia.


            Gdyby
nie Enrico z pewnością by się to nie udało. A tak kapłan obstawił wszystko, co
mieli na swego przyjaciela. Następnie podszedł do areny i czekał, aż tłum
przestał wiwatować na cześć mistrza. Panie,
spraw bym wiedział, co robię.
Shivan czuł coraz większe zdenerwowanie,
Erlan zaś prawie zasnął.


            W końcu
na arenę wyszedł Dyzio, czemu towarzyszyło głośne buczenie i masa gniewnie
rzucanych wyzwisk. O ile walka z Romano budziła jeszcze jakiś podziw, o tyle
Luciano nikt nie potrafił darować. Ani jednego ciosu.


            Kisjevczyk
spojrzał wystraszony na Shivana.


- Pod kolanami! – Wydzierał się kapłan, nerwowo
gestykulując by wmieszać się w tłum.


- No proszę, sprawdziliście. – Roześmiał się Enrico.

- Zabiję! – Wykrzykiwał głosem Dyzia Montolio, któremu
najwidoczniej odpowiadał taki gwar.


            Dawny
zwadźca, znów ubrany w zbroję, skinął głową. Tym razem musiał iść na całość.
Stanął na arenie i czekał na gong. Guissepe, nie zdążył się jeszcze ruszyć, gdy
rzucił się na niego Kisjevczyk. Walenie mieczem w korpus i twarz, nie dawało
żadnych rezultatów. Interczyk jedynie się zaśmiał. Czekał aż wróg opadnie z
sił. Dyzio walił jeszcze trochę i specjalnie zaczął zipieć. Guissepe przystąpił
do ataku, uderzył lekko przeciwnika a z jego ręki zaczęła kapać krew. Krwawiący
ryknął głośno z bólu. No dalej, atakuj
mocniej.


            Interczyk
był trochę zdziwiony, ale słyszał o poprzednim wyczynie przeciwnika, więc może
faktycznie obcokrajowiec tracił już siły. Atakujący nabierał pewności siebie,
napierał, a Kisjevczyk wrzeszczał i skręcał się coraz bardziej, krwawił.


- Co on robi! – Zirytował się Shivan. Po raz pierwszy od
bardzo dawna dał się ponieść swoim emocjom.


            Guissepe
dalej napierał, wbił miecz w tułów Kisjevczyka, który krwawiąc padł na ziemię,
wytrącając Interczykowi miecz. Atakujący odwrócił się. Już tylko chwile
dzieliły go od kolejnego zwycięstwa. Wystarczyło podnieść miecz i… Stał tyłem
do leżącego. Tyle, że Dyzio wcale nie stracił wszystkich sił. Pomimo ran,
przeturlał się i jednym ciosem miecza przeciął wrogowi ścięgna z tyłu kolan.
Guissepe padł na ziemię z krzykiem. Krew trysnęła z jego nóg. Na widowni
zapanowała wrzawa. Kisjevczyk podszedł i wbił miecz w ścięgno leżącego, wbijał
go głębiej w nogę a potem pociągnął do góry. Od spodu skóra nie była tak twarda
pękła. Niektórzy byli oburzeni spektaklem zdzierania skóry z leżącego. Inni
denerwowali się, bo nagle murowany zwycięzca zaczął przegrywać.


- Co to ma być! – Wydarł się Don Marini. – Zabić go!

            Na
arenie natychmiast pojawili się zbrojni z kuszami, celujący w Kisjevczyka.

Komentowanie nie jest możliwe :, więcej...

CCCXXXVII.

przez , 31.mar.2009, w Bez kategorii

            Dyzio
zajął się przygotowaniem do walki, Erlan usiadł z boku uskarżając się na złe
samopoczucie, Shivan zaś rozejrzał się po izbie. Nie tylko obstawiano tu walki,
ale też grano i w inne hazardowe gry, co wyglądało dość intrygująco zważywszy
na porywczość Interczyków. Przy jednym ze stolików siedział Enrico Saligia,
którego kapłan od razu rozpoznał. Pamiętał, że mężczyzna ten, handluje
informacją, więc natychmiast do niego podszedł. Henryk również rozpoznał
nowoprzybyłego, ukłonił się, acz nie kończył gry.


- Będziemy mogli chwilę porozmawiać? – Zapytał Shivan.

- Zależy o czym, i w zamian za co. – Roześmiał się
Enrico.


- Skaveni, Ira i opuszczenie miasta.

- Parravorne, Moredhele i Iluminarowie. – Rzucił cenę
Saligia.


- Zgoda. – Powiedział kapłan.

            Następnie
odszedł i usiadł z boku, czekając, aż Henryk skończy grę.


            W końcu
Interczyk zostawił kary i podszedł do Shivana.


- Musimy się przejść, w bezpieczniejsze miejsce. –
Stwierdził, a gdy ruszyli, kontem oka wskazał jednego z mężczyzn. – Corrado,
śledczy opłacany przez Mariniego. Nie byłoby go tu, gdyby ktoś nie dał mu
cynku, domyślam się, że to któryś z was był tak głupi.


            Jednocześnie
wskazał ręką, że nie chce by elf odpowiadał. Szli dalej, aż do ciemnego zaułka,
gdzie znajdowały się schody na górę. Wyszli w opustoszałym budynku, który ze
wszystkich stron był otoczony kanałami, mosty wokół niego dawno się rozsypały.


- Erlan próbował się kontaktować… – Tłumaczył kapłan.

- Mafia, nie rozumiesz jak działa mafia. Oni skorumpowali
straż miejską, dlatego są nietykalni. Idąc do nich popełniliście błąd,
zdradziliście się, że wiecie za dużo, więc będziecie mieć problem, by opuścić
Tybriolę i pozostać żywym. Pierwsza rzecz, którą musicie zrobić, to po walce
uciec, właśnie tu, a potem do wody i płynąć do portu, o ile załatwiliście sobie
okręt. Marini was wystawi, zbyt wiele wiecie i nie trzymaliście zębów na
kłódkę. Założę się, że Corrado ma nakaz aresztowania was. Jak mniemam Dyzio coś
przeskrobał skoro bierze udział w walkach?


- Dokładnie. – Potwierdził Shivan.

- No cóż, zanim powiem więcej, czas na moją zapłatę.
Dopiero wtedy opowiem resztę.


            Kapłan
zaakceptował  te warunki, przedstawił
Saligii jak wygląda sprawa z Mrocznymi Elfami, co widzieli w wioskach w
Galonii, co wiedzą o bitwie o Parravorne, a także opowiedział o Fingofilu i
wszystko, co wiedział o Iluminarach, włącznie ze spotkaniem z niejakim
Kryfstusem, kiedy nie byli jeszcze świadomi z kim mają do czynienia.


- Wielce interesujące. – Westchnął Henryk. – Doprawdy,
warte moich informacji. Po pierwsze Skavenów już tu nie ma. Owszem, zajęli się
nimi władze miasta i mafia, ale nie pokonano szczuroludzi. Większość z nich
zniknęła i to za sprawką Iluminarów. Tylko gdzie i po co? Tego nie wiem, poza
tym, że przewieziono je na okrętach. Obecnie nie stanowią tu żadnego problemu,
bo ich nie ma, mimo, że gnieździły się w najgłębszych kanałach od setek lat. Z
tego, co mówisz, mógłbym wnioskować, że istnieje pewna sensowna wieź między
Moredhelami a Iluminarami, a jeśli tak, to masz odpowiedź, co się z nimi stało.
Wygląda na to, że Lagon i Kisjev, gdzie nie ma jeszcze Mrocznych Elfów już
toczą wojnę z ich sojusznikami. Ostatnia rzecz to Ira. Faworytem jest Guissepe,
jeśli Dyzio dojdzie do finału, będzie z nim walczył. Ten zawodnik nie jest zbyt
podstawny i szybki, ale ponoć jest wokół niego pewna aura magii, nikt tu tego
nie sprawdza. Ponoć jego skóry nie da się przeniknąć mieczem, z wyjątkiem
jednego miejsca, ścięgna. Mag, który go zmodyfikował, członek Iluminarów z tego,
co wiem, bał się, aby jego zabójca nie stanął przeciw niemu. Dlatego dokładnie
wie, gdzie go uderzyć. I jeszcze jedno, Guissepe nie zostawia żywych.

Komentowanie nie jest możliwe :, , więcej...

CCCXXXVI.

przez , 31.mar.2009, w Bez kategorii

            Drab
obudził ich jeszcze przed świtem, kazał się zbierać i opuścić kryjówkę. Nastał
dzień Iry. Całą trójkę zaprowadził do jednego z kanałów, gdzie czekali na nich
już gondolierzy. Kisjevczyk był trochę przejęty, więc siedział wyjątkowo cicho,
Erlan zaś czuł się fatalnie, jakby opuściły go siły. Ledwo udało mu się usiąść
i miał wrażenie, że długo nie wytrzyma. Shivan i zakapior wsiedli do drugiej
gondoli i chwilę później płynęli już kanałami Tybrioli.


            Ulos
powoli wstawało, pierwsze promienie rozjaśniały miasto. Łodzie dotarły do
jednego z opuszczonych budynków, przycumowały, a sługus Mariniego rozkazał im
wyjść. Dom wyglądał na zapuszczony i rozpadający się, kapłan jednak bardzo
szybko zauważył wymalowane na ścianach znaki Krwawego Szczura, bóstwa Skavenów.
Składali oni ofiary z żywych istot swemu bogu, spuszczając przy tym całą krew,
dla swego pana, a po obrządku zadawalając się ciałem. W Interii przez dłuższy
czas udawało im się jakoś mieszkać w takich miastach jak Tybriola, przede
wszystkim w kanałach i ściekach, ale gdy zaczęli sobie zbytnio świętować i
składać swemu bogu krwawe ofiary, zaczęto Skavenów tępić. Dla wyznawców Morroua
ich praktyki były wyjątkowo ordynarne, gdyż zupełnie nie akceptowały faktu
śmierci. Dla większości Skavenów termin dusza był na tyle abstrakcyjny, że
zupełnie go nie rozumiały. Jak ktoś lub coś zmarło, należało to ciało
wykorzystać i w miarę możliwości zutylizować, to oznaczało tyle, że miast
chować swych zmarłych, te istoty zjadały ciała swych bliskich. Dodatkowo Krwawy
Szczur był jednym z bogów Chaosu. Nic dziwnego, że jedynie Montolio się zaśmiał,
gdy zobaczył kolejny opuszczony ołtarzyk, choć jego panu było zupełnie nie do
śmiechu.


            Zeszli
do piwnic, gdzie kręciło się kilku innych postawnych mężczyzn. Zakapior
porozmawiał z nimi, dopiero wtedy wpuścili ich do opuszczonego, acz wciąż
śmierdzącego kibla, który był dopiero przejściem do właściwego miejsca Iry.
Była to hala, znajdująca się pod kanałami, słabo oświetlona. Na podłodze
znajdował się piasek, oraz różnej wielkości areny, na których już odbywały się
walki. Alfonso Marini obstawiał i wygrywał. W jednym kącie gryzły się właśnie
dwa psy, a zgromadzeni gapiowie wiwatowali im żywiołowo bądź gniewnie, w
zależności czyj faworyt wygrywał. W innym miejscu odbywały się walki kogutów,
może mniej brutalne, ale również intrygujące. Jednak najbardziej zdziwiła ich stara
chrzcielnica, w której znajdowała się woda. Po bokach miast kamienia znajdowały
się szyby, a w środku, w tej czystej wodzie pływały dwa bojowniki. Ryby
sprowadzane z dalekich krajów, które gdy tylko znalazły się na tak małej
przestrzeni od razu przystąpiły do ataku. Jedna walczyła z drugą, na śmierć. I
to przyciągało obserwatorów.


            Erlan
usiadł sobie, czując się fatalnie.


            Dyzio
zaś czuł coraz większe przerażenie. Oto za chwilę miał stanąć do walki z kimś
na śmierć i życie, a patrząc na zgromadzoną tu widownie, wszystkim zależało na
śmierci. To ona, wywoływała w nich euforię. Kisjevczyk już po chwili czuł gniew
wobec wszystkich tych zwyrodnialców, ale wiedział, że na wiele się to nie zda.
Gdy zakapior zniknął na chwilę, Dyzio zaczepił Shivana.


- Czy jesteś w stanie wprowadzić mnie w razie czego w
stan chwilowej śmierci? – Zapytał.


            Kapłan
jedynie się zdziwił. Dawny zwadźca wyjął dwie małe ampułki, które onegdaj
dostał od Lorien.


- To od Shlayi, podobno ma wyleczyć wszelkie obrażenia.
Dostaliśmy trzy takie, Gotrowi się już nie przyda. Jedna jest dla ciebie,
natomiast, gdyby mi coś się stało, spraw by uznali mnie za zmarłego, a potem
spróbuj mnie w ten sposób ożywić.


- Mogę cię od razu pochować. – Zaproponował żartem
Shivan.


- Hahaha! – Roześmiał się Montolio.

- Głupi kawał! – Ryknął gniewnie Kisjevczyk.

- Zabiję! – Krzyknął jeszcze głośniej gwarek.

            Chwilę
później podszedł do nich Don Marini.


- Widzę, że już ni możesz wytrzymać. Cierpliwości, zaraz
kogoś zabijesz… Albo sam zginiesz.


- Hahaha! – Zaśmiał się ptak.

Komentowanie nie jest możliwe :, więcej...

CCCXXXV.

przez , 29.mar.2009, w Bez kategorii

            Do Iry zostało jeszcze kilka dni, podczas których Dyzio
cały czas musiał się ukrywać, pod czujnym okiem drabów Don Mariniego. Erlanowi
i Shivanowi po głowie chodziły różne myśli, by wykraść przyjaciela z rąk
mafiosy i uciec, acz wydawało się to nad wyraz trudne. Jeden czy dwóch
ochroniarzy nie stanowiło żadnego problemu, jednak niebawem elfowie
zorientowali się, że gdziekolwiek nie pójdą zawsze mają za sobą cień.
Niekoniecznie jedną i tę samą osobę, którą można by w miarę łatwo zgubić. W
Tybrioli życie wyglądało trochę inaczej, gdyby służby porządkowe miały tak
sieć, z pewnością wszystko byłoby inne, ale tu informacją rządzili przestępcy.
Zresztą podobnie było w Altburgu, gdzie onegdaj Kroiciele wiedzieli wszystko o
wszystkich, i choć potem podupadli, nadal byli doskonałym źródłem informacji. Tyle,
że w Imperium złodzieje używali w celu śledzenia wybranych osób, prostytutek,
żebraków, czy dzieci, względnie prawie przypadkowych przechodniów. Dzięki temu
łatwiej było pozostać nieświadomym tego, co się dzieje, a śledzeni, najczęściej
czując się o wiele bezpieczniej łatwiej popełniali błędy. Mafia działała o
wiele inaczej. Woleli zastraszać, mieć pewność, że ktoś, kogo pilnują wie, że
jeśli tylko popełni błąd to przywiążą mu kamienie do nóg i wrzucą do morza
gdzieś w dokach. Tak znikali ci, którzy byli niewygodni. Dlatego tak trudno
było te różne organizacje przestępcze wyplenić. Nikt nie chciał zeznawać
przeciw nim, mafie zapewniały opiekę swym członkom i informatorom, a surowo
karały zdrajców i tych, którzy im podpadli.


            Erlan
coraz bardziej dochodził do wniosku, że Marini mógł chcieć samemu pozbyć się
Donata, z jakiś względów, zwłaszcza, że prawie natychmiast zaopiekował się
Marią. Nadal się prostytuowała, ale teraz miała innych ochroniarzy i nie
naciągała tak klientów. Być może Dyziek
padł ofiarą własnego gniewu, a może wplątał się w coś całkowicie przez
przypadek. Ale i tak powinien po łbie dostać jak już stąd wyjedziemy.


            Najgorsze
jednak było to, że kryjówka, w której musieli przebywać, skąd Dyziowi nie wolno
było wychodzić, znajdowała się w jakiś kanałach, które podobno całkiem niedawno
należały do Skavenów, którzy czcili tu bogów Choasu. Zagrożenie ze strony tych
olbrzymich szczuropodobnych istot, z roku na rok stawało się coraz większe,
więc całkiem niedawno różne mafie, mieszkańcy oraz władze Interii
przeprowadziły wspólnie walkę z wrogiem. Skavenów wytłuczono, acz smród po nich
pozostał. Niektórzy twierdzili, że to oni powodowali plagi samą swoją
obecnością. I za każdym razem, gdy trzeba było wyjść z kanałów, Tybriolczycy po
zapachu od razu rozpoznawali skąd dana osoba wyszła. Stawali się nieufni i
jeszcze bardziej wrodzy, no i gniewni. To już całkowicie ograniczało magowi
jakiekolwiek działania. Pozostało czekać na Irę i liczyć, że zdarzy się jakiś cud.


            Najgorsze
jednak było to, że włócząc się po mieście, obcokrajowiec nie był pod żadną
ochroną i w końcu, gdy poszedł do doków, nagle zaatakowało go dwóch chłystków,
wymachujących nożami. Mówili coś w niezrozumiałym dla Erlana języku, jedynie
kilka wulgaryzmów rozpoznał, gdyż Interczycy często je powtarzali. Przeciwnicy
bardzo szybko zorientowali się, że mają do czynienia z magiem, więc przede wszystkim
atakowali jego ręce, wyrwali mu laskę i nie pozwalali nic powiedzieć.
Czarodziej nie był przyzwyczajony do walki wręcz i do takiego zachowania. Pieprzona Tybriola! Miotał się, ale nie
mógł krzyknąć, bo od razu dostawał mocniej. Napastnicy bali się, by nie rzucił
jakiegoś czaru, podczas gdy on chciał tylko wołać o pomoc.


            Zrozpaczony
elf, nie wiedząc, co ma zrobić, rzucił się z całej siły na jednego z oprychów i
wytrącił mu sztylet. Interczyk zdziwiony reakcją maga, co jedynie pozwoliło
Erlanowi rzucić się na ziemię i podnieść broń i błyskawicznie wycelować ją w
przeciwnika. Ten działając zbyt impulsywnie już wcześniej wyskoczył chcąc
przygnieść maga, lecz nabił się jedynie na ostrze. Natychmiast zaczął się dusić
i krwawić, drugi oprych widząc, co się dzieje od razu zaczął uciekać.


            Czarodziej wstał,
otrzepał się, podniósł swoje rzeczy i popatrzył na Interczyka. Młody mężczyzna
umierał. Gdzie się podzieli tacy
złodzieje jak Sherstock, to przecież zwykła łachudra, z którą łatwo można sobie
poradzić.
Potem rozejrzał się po okolicy, nikogo nie było. Wkradł się do
jednego z baraków i wyciągnął dwa worki, którymi przykrył umierającego. Teraz nie będzie budził podejrzeń, dopóki
psy lub szczury się do niego nie dobiorą.
A następnie Erlan zdecydował
wrócić do kryjówki i już nie wychodzić zeń, aż do Iry.

Komentowanie nie jest możliwe :, , więcej...

CCCXXXIV.

przez , 28.mar.2009, w Bez kategorii

            Doki
były zupełnie inne niż reszta Tybrioli. Położone w delcie Romy, między
wzgórzami sprawiały wrażenie zupełnie innego miasta. Większość domów znajdowała
się przy samych kanałach rzeki lub morza, zbudowane na mierzejach i innych
wyspach stanowiły niesamowitą plątaninę mostów łączących budynki, dróg
zawieszonych tak, by pod nimi mogły swobodnie pływać barki i gondole, które w
tej części miasta stanowiły główny środek transportu.


            Wzburzone
morze, wiatr i deszcz sprawiały, że ta niesamowita i wspaniała zabudowa
wyglądała dość nieciekawie i ponuro. Ale dla Shivana nie miało to żadnego
znaczenia. Interia była jedynie kolejnym etapem w jego podróży. Właśnie rozstał
się z Erlanem, gdyż każdy z nich miał do załatwienia zupełnie inne sprawy. Dyzio
zaś pozostał w ukryciu, po to by go służby porządkowe nie capnęły.


            Mag
wiedział jednak, że należy spróbować dogadać się ze śledczymi, dlatego udał się
do ich komisariatu, gdzie starał się złożyć doniesienie w sprawie Kisjevczyka,
a co ważniejsze donieść o Irze. Wystarczyło zaledwie kilka pytań, by
stwierdzić, że ten proceder nie tylko był nielegalny, ale też surowo karany, a
służby porządkowe od lat starały się go zlikwidować. Barter miał być prosty,
przymknięcie oka na wyczyn Dyzia w zamian za zdradzenie, gdzie odbywać się
będzie Ira. Jedynym problemem był język, Erlan żałował, że nie nauczył się
czaru rozumienia obcej mowy, który przydałby mu się tu doskonale, musiał więc
czekać na pojawienie się tłumacza. Interczyk był mocno zdenerwowany i co pewien
czas rzucał tylko przekleństwami w swoim rodzimym języku. Starał się nad sobą
panować, nie gestykulował tak żywiołowo, acz w każdym jego zdaniu słuchać było
gniew. Najbardziej zdenerwowało go jednak to, że musieli jeszcze czekać na
sprowadzenie niejakiego Corrado, zajmującego się sprawą. Zezłoszczony tłumacz,
walnął pięścią w stół, ale co mógł zrobić. Dopiero gdy śledczy się pojawił,
udało się zawrzeć pakt, a Erlan udowodnił, że jest w stanie w magiczny sposób
przekazać namiary na nielegalne walki. Następnie wszyscy wrócili do swoich
zajęć.


            Shivan
zaś miał zupełnie inne zadanie. Miał przede wszystkim znaleźć okręt, którym
można by było dopłynąć do Arabii. Nie był to jakiś trudny wyczyn, acz z powodu
wojny, niekoniecznie chciano brać pasażerów, zwłaszcza elfów. Ludzie i inne
rasy nie potrafiły odróżnić Moredheli od innych elfich ras, gdyż przede
wszystkim różniły się one nie wyglądem, a aurą, która dla innych ras była
niedostrzegalna. Kapłana to nie dziwiło, wręcz rozumiał podejście kapitanów,
choć najczęściej nie rozumiał języka. Chodził w porcie między kolejnymi
żaglowcami starając się zagadnąć kogoś, kto mógłby go zrozumieć. Widział
marynarzy i obsługę portu, którzy pomimo deszczu uwijali się, widział też
syreny, które szorowały burty okrętów. W końcu udało się mu znaleźć żaglowiec,
który wypływał dzień po Irze na południe. Zadowolony kapłan wrócił do kryjówki.

Komentowanie nie jest możliwe :, więcej...

CCCXXXIII.

przez , 27.mar.2009, w Bez kategorii

            Od rana
pogoda w Tybrioli była wyjątkowo brzydka. Porywisty wiatr dął jak najęty z nad
morza, olbrzymie fale rozbijały się o brzeg, a co gorsza, prawie co chwilę
padało. Jednak tłumy i tak wyszły na ulicę, gapie nie mogli sobie odpuścić
takiego orszaku. Kwiat rycerstwa Interii, na swych wspaniałych rumakach
przemierzał miasto, z dumą i powagą. Przewodził im książę Fabio, targany
niepokojami, ale zdecydowany. Wszyscy jeźdźcy mieli ciężkie, płytowe zbroje,
nie takie jak galończycy, stworzone przez rzemieślników z Coastu, ale kute w
kuźniach Interii. Każda z nich była istnym i niepowtarzalnym rękodziełem,
bogato zdobiona, wypolerowana, acz niezbyt gładka. Każda była inna, choć
podobne do siebie. Różniły się także kolorami, gdyż stopy metali nie zawsze
były jednakowe. Podobnie zresztą jak i ich wiek, czy losy. Jedne były dość
nowe, inne miały po kilkadziesiąt lat i niejedną bitwę widziały. Rycerstwo
wyglądało imponująco, nie jak kompania pokazowa, ale jak zahartowani w bojach
żołnierze. Jedyną rzeczą, której nie miewali na polu bitwy, były pióropusze na
czubkach hełmów. Taki drobny szczegół ukazujący ich obecną funkcję. Mieli
przede wszystkim ukazać mieszkańcom siłę królestwa, mieli sprawić by zapomniano
o zagrożeniu ze strony Mrocznych Elfów, no i obawach związanych z zorzą. I
robili to doskonale. Pomimo deszczu i porywistego wiatru, pomimo wody
spływającej ze zbroi czy przemoczonych ubrań, korowód złożony z jeźdźców z
kopiami i mieczami, oraz ich giermków maszerował ulicami Tybrioli. Nikt nie
czuł doń gniewu, mieszkańcy tłumnie wylegli, by obserwować swoich obrońców,
księcia następcę tronu, tych, którzy jadą rozprawić się z Moredhelską zarazą.
Tybriolczycy wiwatowali na cześć swych bohaterów, klaskali, gwizdali, śpiewali.
Ci, którzy nie mogli dopchać się do miejsca z dobrym widokiem, wylegli nawet za
miasto, tworząc swoisty żywy mur przy trakcie na północ. Ci, którzy mogli
wyjrzeć za okno by spojrzeć na swych bohaterów, zazwyczaj sypali na ziemię
płatki róż, maków i innych kwiatów, honorując tym samym rycerzy.


            Znajdując
się na jednym z siedmiu miejskich wzgórz, książę odwrócił głowę i spojrzał na
dzielnicę doków oraz rozszalałe morze, pełne olbrzymich bałwanów. Żeglowanie
było tego dnia wyjątkowo trudne, ale Tybriola cały czas żyła, kolejne okręty
odpływały z portu, inne doń przybijały, żyły swoim życiem. Pomimo trudności,
jakie nastręczała im pogoda, pomimo karnawału, jaki zorganizowali mieszkańcy
rycerzom, żeglarze nie mieli wyboru, nie mieli odpoczynku, wykonywali w trudach
swą robotę. Może nie bez zajęknięcia, ale nie przestawali. Jeden błąd mógłby
kosztować ich życie, zwłaszcza w taki dzień. A jak to będzie z moimi rycerzami? Czy czekają nas trudy i znoje w
walce z tym straszliwym i trudnym do przewidzenia wrogiem? A co jeśli
astrologowie popełnili błąd i cała ta maskarada jest zupełnie niepotrzebna? Za
kilka dni będę wiedział wszystko, czy chować się, czy będę mógł tu wrócić i
wyprawić taki karnawał jakiego na Miscle jeszcze nie widziano. Moredhele muszą
mieć jakąś słabość, może sparzyły się już wystarczająco na Imperium i Galonii i
tym razem poniosą klęskę. Byliby głupi, gdyby czekali na ten atak, tego nie
dało się przewidzieć i zaplanować, więc nie mogą być przygotowani. Chyba, że
ich nie doceniamy, ponieważ myślą zupełnie inaczej niż my. Coś mi w sercu mówi,
że już nigdy nie zobaczę tego miasta, ale nie mogę okazywać strachu.


            Fabio
odwrócił się jeszcze raz, podniósł swą dłoń w górę, a mieszkańcy natychmiast
zaczęli wiwatować. Jeszcze tylko przeprawić się przez Romę, a potem droga na
północ była wolna.

Komentowanie nie jest możliwe :, więcej...

CCCXXXII.

przez , 24.mar.2009, w Bez kategorii

            Setki ludzi wyległo na ulicę Tybrioli, dziwiąc się
temu, co działo się na nieboskłonie. Nadeszła noc, ale z nieba biła przedziwna
jasność, przede wszystkim zielonego światła. Wielu było zdenerwowanych, inni z
zaciekawieniem patrzyli na przedziwny znak, jeszcze innych ogarniała
wściekłość. Nie wiedzieli czym jest zorza polarna, która nie występowała prawie
nigdy na tych szerokościach geograficznych. Mało kto też o niej słyszał.
Widzieli jedynie znak, którego nie potrafili zrozumieć.


            Książę Fabio
chodził nerwowo po balkonie, czekając aż astrologowie uzgodnią swe ustalenia. Patrzyli
na gwiazdy, kreślili je na swych mapach nieba, ale żaden nie potrafił zrozumieć
tak silnej zorzy polarnej. Musieli ją zinterpretować, jak najszybciej, ale
wieloletnie doświadczenie zupełnie im w tym nie pomagało. Stali bezradni, bojąc
się gniewu następcy tronu.


- Panie, wojna nadchodzi. – Stwierdził jeden z nich
przerywając milczenie. – Niepodobna do niczego, cóż my widzieli, tak jak
niepodobna jest ta zorza, do tych, o których słyszeliśmy.


- Mówisz dokładnie to, co sugerował ten elf. – Rzekł zamyślony
następca tronu.


- Widać mówił, to co jest zapisane w gwiazdach.

- To dlaczego wcześniej tego nie widzieliście?

- Nieboskłon się zmienił, ta zorza wytrąciła część
gwiazd, zakryte cieniami, teraz są one doskonale widoczne. – Kłamał. – Dopiero teraz
to ujrzeliśmy.


- Nie dało się tego przewidzieć wcześniej!? – Zirytował się
Fabio. – Od ataku na Imperium minęło prawie trzy miesiące. Chwilę później
ruszyli na Galonię. I co? To miała być lokalna wojna!


- Ale już nie jest. – Westchnął nieśmiała astrolog.

- W takim razie, co będzie z Interią?

- Nasze państwo przetrwa, ale będzie mocno doświadczone. –
Mówił wróżbita. Nie mam pojęcia, co
będzie. Gdy Moredhele zaatakują i okaże się, że są tak niezwyciężeni, to
będziemy zdani tylko i wyłącznie na ich łaskę. A jeśli nie zaatakują teraz, to
mogą to zrobić za kilka lat.


- Zatem nie pozostaje nam nic innego jak zaatakować? Czy
oni się tego spodziewają?


- W tej chwili nie. Są zbyt zajęci Galonią i Imperium. –
Dodał inny. – Ale ich siły są większe niż nam się wydaje, nie mamy wyboru. Jak
zaatakujemy nie okażą nam litości. Jak nie zaatakujemy, uderzą na nas w jeszcze
większej sile, a czy okażą litość? Powiedz mi panie, co się stało z
Parravornem. Całe miasto opustoszało? Czy przepędzili gdzieś mieszkańców? Czy zrobili
coś gorszego? Gwiazdy nie chcą o tym mówić, tak straszny to los.


- Nie ma żadnych uchodźców panie. – Wtrącił się trzeci
wróżbita. – A część galonśkich gwiazd znikło z nieboskłonu, jakby ktoś je
zgasił.


- Łżecie! – Ryknął zdenerwowany Fabio i spojrzał jeszcze
raz na zorzę. I co ja mam teraz zrobić?


            Niepokój
jednak dosięgał nie tylko jego. Mieszkańcy miasta również odczuwali podobny
dyskomfort. Bali się. Niektórzy rozpowiadali o nowej broni Mrocznych Elfów,
która właśnie dosięgła Tybriolę. Nawet dryblas nie był spokojny. Po raz
pierwszy od bardzo dawna widział coś, czego nie mógłby pokonać siłą swych rąk,
z czym nie mógł się mierzyć.


- A miało być ciemno… – Marudził Kisjevczyk. –
Myślicie, że to światło cokolwiek oznacza?


- Zorza polarna? – Stwierdził mag. – Nic, absolutnie nic,
to normalne zjawisko.


- Nie na tych ziemiach. – Dodał drab.

- Nie myśleliście, że może to być znak? Znak od bogów? –
Ciągnął Dyzio.


- Przecież bogów nie ma. – Powiedział czarodziej.

- Dlaczego mieliby dawać tak widoczny znak, dopiero
teraz? – Zapytał Shivan. – Chyba tylko po to, by przypomnieć niedowiarkom o
tym, że wielu innych znaków nie dostrzegali, choć było ich mnóstwo. Ale wszyscy
przeszli obok nich i nic nie zauważyli.


            Dyzio
nic nie odpowiedział. Przypomniał sobie tylko zaciemnienie słońca na Narshy,
które było jedyne tłem do ich ucieczki. Upadłą cywilizację, gdzie nie mógł
myśleć o tym co widzi, gdyż zżerał go strach i ból. Rzekę pełną krwi i zew
przygody, który nie pozwalał na nią zwrócić uwagi. Plagi żab, komarów, much, czy
szarańczy przysłonięte przez chciwość, podłość i zakłamanie. Grad, ciemność,
epidemię wrzodów, pomór bydła, śmierć pierworodnych, które pojawiły się na jego
drodze, ale zawsze było coś innego, co było ważniejsze. Czy to były znaki? A
trójpełnia? Czy to wszystko było już zapowiedziane, czy może zostali już przed
tym przestrzeżeni, ale nikt nie potrafił tego zrozumieć. A słowa Shivana, które
wydawały się śmieszne, gdy kapłan opowiadał, że w ciągu roku jego klasztor
zostanie zrównany z ziemią. Wtedy było to nierealne. A teraz? Może już nawet
nastąpiło.


- Nie wszystkie znaki – ciągnął Shivan – muszą być tak
widoczne jak zorza. Wiele jest w nas, w istotach i ich zachowaniach, zwłaszcza
tam, gdy to zachowanie jest niepoprawne.


            Erlan
spojrzał z uśmiechem i politowaniem. W
pewnym sensie ma rację. Ale raczej dobrze naciąga wszystko do swych teorii. Czy
pycha nie jest domeną tych, którzy posiedli już władzę i wiedzę? Czy chciwość nie
dotyka tych, którzy za dużo posiadają? Czy nieczystość i pożądanie nie wynikają
z naszej fizyczności? Czy zazdrość nie jest normalna? Czy można za łakomstwo
czy pijaństwo kogokolwiek osądzać źle? A gniew? To wszystko jest naturalne.
Zawsze było i będzie, to, że dziś łatwiej się nam dostrzega te cechy wcale nie
jest znakiem od bogów. Co najwyżej znakiem czasów, że żyjemy w mniej
zakłamanych czasach.


- Myślisz, że wojna tu nadejdzie? – Zapytał zakapior.

- A może ona już tu trwa, może tylko strony się zmienia. –
Stwierdził Shivan.


            Drab
zamyślił się chwilę. Coś w tym jest.
Gangi walczą ze sobą odkąd pamiętam, może faktycznie Moredhele nie mają tu nic
do rzeczy, a nawet jak tu kiedyś przyjdą, my będziemy przygotowani.


- Znak, czy nie znak, żniwo nadal jest wielkie, a
robotników mało. Ale jeśli ta zorza jest znakiem, to znaczy, że zwiastuje coś,
co trudno nam sobie pojąć, zwłaszcza, że trzeba było czegoś tak wielkiego by
otworzyć nasze oczy. – Powiedział kapłan, ale już nikt nie miał ochoty z nim
dyskutować.

Komentowanie nie jest możliwe :, więcej...

CCCXXXI.

przez , 23.mar.2009, w Bez kategorii

            Powoli
robiło się coraz szarzej i ciemniej, chłodna morska bryza sprawiła, że w prawie
całej Tybrioli dało się czuć zapach wędzonych ryb. Dyzio zakryty w kapturze
stał schowany w bramie, jedynie patrząc na plac, na którym miał się spotkać z
Shivanem i Erlanem. Elfowie pojawili się, rozglądając za swym przyjacielem,
wtedy podszedł do nich dryblas.


- Panowie Erlan i Shivan? – Zapytał.

- Hahaha! – Roześmiał się Montolio.

- Owszem, a kto pyta? – Odrzekł Erlan.

- Moje imię nie jest istotne, ale chodźcie za mną, wasz
przyjaciel już nas oczekuje.


- W co ten Dyziek się wpakował. – Mruknął kapłan.

- Łapska! Łapska! Łapska! – Skrzeczał Montolio.

            Zakapior
odwrócił się i ruszył ku bramie. Elfowie podążali za nim, w środku czekał już
na nich Kisjevczyk.


- Co się stało? – Zapytał mag. – Po co ta cała maskarada?

- Don Marini był tak dobry, że postanowił mnie ukryć. –
Zaczął swą historię Dyzio.


- No tak, niebawem będzie padało… Ale jakoś nie wierzę,
że to tak przed deszczem.


- Problem tkwi w tym, że padłem ofiarą pewnego oszustwa,
no i poniosło go, w rezultacie poniosło mnie. Nie opanowałem gniewu, więc teraz
służby miejskie mnie ścigają.


- No to ładnie. – Powiedział kapłan.

- Zabiję! – Ryknął Montolio.

- Niech on nie wrzeszczy moim głosem, bo już w ogóle się
z tego nie wytłumaczę. – Marudził Kisjevczyk. – Problem tkwi w tym, że Don
Marini zaoferował mi pomoc w opuszczeniu miasta, w zamian za moje uczestnictwo
w jakiś zawodach. To jakieś nielegalne zakład, walki na śmierć i życie.


- Zabił jednego i już myśli, że zawsze będzie mu to
wychodzić. – Śmiał się Erlan.


- Nie powinieneś walczyć, może da się to jakoś załatwić. –
Sugerował kapłan.


- Ehem. – Odchrząknął dryblas. – Wszystko już
postanowione, jak ćwok zrejteruje, sam mu tym sznurkiem kręgosłup przekręcę.


- Nie miałbyś szans z nami… – Stwierdził mag.

- Ja może nie, ale czy wy wywiniecie się z tego cało? –
Zapytał zakapior. – Widzicie tylko mnie, a skąd macie pewność, że nie śledzą
was inni. Całą trójką wpadliście w gówno i tak łatwo się z niego nie wyliżecie.


- Czy rozważałeś aby odrzucić gniew i przemoc z swego
życia? – Zapytał go Shivan.


            Dryblas
spojrzał na niego ze zdziwieniem.


- On jest popierdolony, czy co?

- Klecha. – Westchnął Erlan.

- To wiele wyjaśnia.

- Będziemy tu tak stać? – Zapytał w końcu Dyzio.

- Poczekamy, aż się ściemni, wtedy udamy się do doków,
tam ukryjecie się przez jakiś czas, aż nastanie Ira.


- Ira? – Zdziwił się Shivan. – To jakieś święto?

- Nie, to ten turniej. – Powiedział Kisjevczyk.

            I dalej
czekali już w ciszy, aż się kompletnie ściemni.

Komentowanie nie jest możliwe :, więcej...

stat4u <!-- s4uext=s4upl(); document.write('stat4u') //--> stat4u

Blogroll

Kilka bardzo polecanych stron...