orthank blog

Tag: tigrana

CCCXVII.

przez , 18.maj.2011, w Bez kategorii

Drzewce
stanowiły prawdziwe utrapienie. W ciągu dwóch dni wędrówki, musieli zmienić
swój kierunek trzykrotnie. Leśne stwory na szczęście zawsze atakowały
pojedynczo. Van Halen jednak robił wszystko, by do starcia nie doszło.

-
To nie jest tak, że uciekamy. – Tłumaczył swoim żołnierzom. – Jest was
pięćdziesięciu. Regularna armia idzie inną drogą. Nie możemy się wdawać w
niepotrzebne walki. Drzewców łatwo pokonać, ogniem. Każdy inny sposób wymaga od
nas poświęceń.

Nie
musiał dodawać nic więcej. Drzewce były zbyt silne, by mogły zadawać jedynie
rany. Ich uderzenia najczęściej okazywały się śmiertelne, a ciała zbijały na
miazgę. Z trudem udawało się rozpoznać zwłoki. Dlatego nikt nie protestował,
każda walka z tym przeciwnikiem oznaczała śmierć co najmniej kilku osób, a
zarówno Larandar jak i Brig, nie potrafili za bardzo wspomóc w tej walce
wojaków.

Na
szczęście istniała metoda na drzewca. Wpierw, gdy zbliżał się, strzelano do
niego z łuków i kuszy. Drobne strzały nie robiły mu żadnej szkody, ale o to
właśnie chodziło. Spowalniały tylko na chwilę jego atak, a on raczej się
rozglądał i czekał. Drzewce należały do istot bardzo cierpliwych i
pamiętliwych. Podobno krzywdy jakie im zadano, potrafiły nosić w sercach przez
setki lat tylko po to, by w końcu ich gniew znalazł swoje ujście. Więc taktyka,
którą wymyślił Bregsorn polegała na tym, by zatrzymać na chwilę ich atak. Stwór
analizował strzały, szybko musiał dojść, że nie są dla niego groźne. I o to
właśnie chodziło. Gdy się ponownie ruszał, celowano w niego serią kolejnych
strzał, ale od nich się już nie bronił. Wbijały się w korę, a na ich końcach
znajdowały się liny. Szybko przywiązywano je do pobliskich drzew. To
spowalniało atakującego. Gdy tylko zaczął wyrywać niechcący jakieś drzewo,
zajmował się nim, zostawiając żołnierzy, którzy natychmiast mogli przystąpić do
szybkiej ucieczki.

-
Ten plan ma tylko jedną wadę. – Stwierdził Larandar. – Szybko tracimy liny.

-
Tych drzewców jest za dużo. – Marudziła Ishet. – Wnerwiają mnie strasznie. W
Bestwince to mieliśmy normalny sad, jabłonie nie gadały, grusze nie napadały.
Nawet wierzba płacząca nie płakała.

-
To co to za wierzba płacząca, która nie płacze? – Przekomarzał się krasnolud.

-
Bestwińska, udomowiona. – Naśmiewał się elf. – Podcina się im listki
odpowiedzialne za płacz i są grzeczne.

-
Nieprawda! – Oburzyła się chłopka. – One normalnie nie płaczą, przynajmniej te
z Bestwinki. Nikt im krzywdy nie robi.

-
Krzywdy? – Parsknął śmiechem Van Halen. – Krzywdę to nam zrobią te cholerne
drzewce. Co za aberracja! Drzewa, które pierdolą i napieprzają w innych.

-
Skąd znasz takie trudne słowa? – Zapytał fechmistrz.

-
Pierdolić i napieprzać? – Ironizował pułkownik. – Znałem kilku elfów, innych
słów nie używali.

-
Chodziło mi o inne.

-
A tak, krzywda, również obce słówko dla potomka rodu Rodrykowego. – Dokuczał mu
Gustav. – Krzywda to jest…

-
Aberracja, kto cię tego nauczył? – Zastanawiał się elf.

-
Znam wiele słów. – Oburzył się Van Halen. W
końcu pochodzę ze szlacheckiej rodziny.
– Czasem mi się wymsknie jakieś,
którego nie zrozumiecie. Aberracja to nic zdrożnego, na przykład… – Jakoś nic mi nie przychodzi do głowy.
Dobra, mam. Wyobraźcie sobie faceta, który jest zainteresowany… – Dziećmi? Nie, to przecież normalne. – Zwierzętami.

-
Fuu… Nizioł!

-
Kurwa… Konus!

-
O nie… Wyobraziłem sobie Randala! – Dodał Brig.

-
To jest właśnie aberracja. – Zboczeniec to
od razu musi być niski człek.


W
tym momencie w jednego z żołnierzy trafiła strzała.

-
Alarm! – Krzyknął.

-
Drzewce? – Pytała Ishet.

-
Musiałby się nauczyć obsługiwać łuk. – Pocieszył ją krasnolud.

-
Znaczy kolejne warcholstwo. – Dodał elf. Nowe
problemy. A miało być tak pięknie spacer, prawie dziewiczym lasem.


Gustav
szybko podbiegł za żołnierzy, za których się schował.

-
Sytuacja! – Krzyknął.

-
Tam jest! – Wskazał mu jeden z nich palcem.

Za
drzewem stał mykonid. Przypominał trochę metrowego muchomora z łukiem w ręku.

-
Kurwa! Grzybek! Zapierdolić! – Wydarł się Van Halen.

Zaraz
posypały się strzały w jego kierunku. Na szczęście atakujący nie miał tak
silnej skóry korowej jak drzewce i szybko udało się go zabić. Z ciekawości
wszyscy podeszli obejrzeć jego ciało.

-
Zastanawia mnie tylko ile jeszcze dziwolągów żyje na tych ziemiach. –
Powiedział Brig.

- Dla nich to my musimy
być dziwolągami. – Dodał Gustav. Aberracją.

Komentowanie nie jest możliwe : więcej...

CCCX.

przez , 04.maj.2011, w Bez kategorii

Pokład „Bastiena”
był dobrym miejscem do dyskusji. Tu nikt im nie przeszkadzał, nikt nie
podsłuchiwał.

-
Ale nie dało się z nimi pogadać? – Dopytywał krasnolud. – Mówiłeś o darze
języków…

-
Elf. – Przyznała Ishet. – Coś im nagadał i się wkurzyły.

-
Pewnie groził, że korę obgryzie. – Marudził Brig. – Więc są negatywnie
nastawieni do nas.

-
Wrogo. – Poprawił Mirak.

-
Z tego, co mówiłeś w Irlenii jest nie lepiej. – Rzekł elf.

-
W kolonii Irleńskiej. – Poprawił go krasnolud. – Nasi przyjaciele, pozdrawiam
podsłuchującego nas LeFevre’a, mieszają wszędzie, gdzie tylko mogą. Na Starym Świecie
pokrzyżowaliśmy ich plany, ale tu… Nawet nie wiem, gdzie mają swoich
możnowładców. Kiedyś było pięciu Iluminarich i dało się ich jakoś ogarnąć, a
teraz…

-
LeFevre, Anzelm i Iwan. – Powiedział Larandar.

-
Plus pewnie dwóch nowych. – Dodał mag. – Ale to nie oni są naszym problemem.
Nowe miejsce potrzebuje czasu by wszyscy mogli się tu odnaleźć. Mamy problem z
drzewcami, nie wiemy skąd u nich tyle nienawiści, a jednocześnie istnieją tu
osady Moredheli.

-
Shivan mówił, że powinniśmy wyruszyć w podróż. – Zasugerował Bregsorn.

-
Nie słuchajmy go! – Namawiała Ishet. – On tylko nieszczęścia wywołuje.

-
Ale jak przejść te drzewce? I Moredheli? – Zastanawiał się Larandar. – Jedyne,
co mamy to mapę. To jest coś, co pchnęło LeFevre’a do tego miejsca. Im dłużej
zwlekamy z podróżą, tym dłużej mamy spokój od LeFevre’a. Zresztą ktoś musi
zarządzać kolonią.

-
Pułkownik… – Zaczął krasnolud.

-
On nie jest pułkownikiem. – Poprawił go szybko elf.

-
Gustav Van Halen doskonale sobie radzi, generał już nawet nie próbuje robić z
niego prawej ręki, ale wręcz swojego guru. Van Halen da sobie radę, cenią go
tu.

-
Nie podoba mi się jego sposób bycia. Jest zbyt arogancki. Nie chcę by rządził
kolonią. – Protestował Larandar.

-
W takim razie będziemy musieli go wziąć ze sobą. W końcu takie było jego
pierwsze zadanie. – Stwierdził Mirak.

-
On mi działa na nerwy, to również mi się nie podoba.

-
Jest trochę nadęty i ma za duże mniemanie o sobie, ale to nie nizioł. –
Wtrąciła się Ishet. – A skoro go cenią, to może nie jest taki zły.

-
Po prostu mu nie ufam. – Oznajmił fechmistrz.

-
To tylko żołnierz. – Przyznał Bregsorn. – Gdybyśmy mu ufali, byłby tu wraz z
nami, prawda? On ma wykonać swoje zadanie, pogada trochę, ale to zrobi. Ręczę
za niego.

-
Inaczej, jeśli go tu zostawimy – kontynuował Mirak – a on nadal będzie sobie
dak dobrze pogrywał, nie będziemy mieli, czego tu szukać.

-
Bez przesady, nie demonizujmy go. – Oburzył się Brig. – Jest jaki jest, ale…

-
To nie nizioł. – Dodała chłopka.

-
Dla dobra kolonii, trzeba go kontrolować. – Stwierdził w końcu fechmistrz. –
Dlatego lepiej byłoby, by ktoś z nas został i miał nad nim kontrolę.

-
Kogo chcesz zostawić? – Zapytał Mirak. – Nie wiesz, co nas tam dalej czeka,
musimy wyruszyć razem w dalszą drogę, jak było nam sądzone.

-
A od kiedy ty taki przesądny? – Nabijała się Ishet.

-
To oznacza, że musimy wziąć Gustava ze sobą i zostawić Herschlaga na pastwę
innych krajów. Musimy dbać też o dobro kolonii. – Oznajmił elf.

-
Dlatego musimy wyciągnąć armię innych krajów ze sobą, w głąb lądu. – Stwierdził
krasnolud.

-
Nie podoba mi się to. Będą zajmować te ziemię kosztem Imperium. Pamiętajcie, że
reprezentujemy króla.

-
Kiedyś wszystko było prostsze, spalili Bestwinkę uciekliśmy, napadli na
Duskandale, zebraliśmy się w kupę i uciekliśmy. A teraz? Dobro Imperium, króla
i jakieś tam pierdoły. – Mówiła chłopka. – Po co wszystko tak komplikować.

-
Czasy się zmieniły, także dzięki nam. – Powiedział Larandar. – Wiele przeszliśmy,
musimy patrzeć na wydarzenia szerzej.

Ktoś
zapukał do drzwi.

-
Wejść! – Krzyknął elf.

Wbiegł
zziajany zwiadowca.

-
Moredhele… – Dyszał. – Moredhele… Pięć dni drogi stąd…

-
Nadciągają z armią? – Zapytał wystraszony Mirak. Tego nam brakowało.

-
Nie… Przepraszam… – Ledwo mówił. – Biegłem… Ich miasto… Znalezione…
Irleńczycy szykują wojska…

-
Wiesz, gdzie jest to miasto? – Spytał Larandar.

Żołnierz
przytaknął.

-
Czy są uzbrojeni i gotują się do walki? Czy raczej wyglądają jak ci, z wiosek?

-
Spokojni…

- Zobaczymy, jak
pułkownik sprawi się w polu. Może zyska moje zaufanie. – Rzucił elf. – Zbierać
się, wyruszamy prawie natychmiast.

Komentowanie nie jest możliwe :, więcej...

CCCIX.

przez , 04.maj.2011, w Bez kategorii

Gdy
Brig dotarł do Miami, w całej osadzie panowało poruszenie.

-
Irleńczyk. – Szeptali o nim nieprzychylnie.

-
Zdrajca. – Dodawali inni.

Krasnolud
nie miał pojęcia o co chodzi. Nikt go oficjalnie o nic nie oskarżył, ani nie
zaatakował, ale odczuwał dziwną niechęć. W większych społecznościach czy
miastach mógłby się ukryć bez problemu, ale tu był na językach wszystkich.
Zastanawiał się chwilę, gdzie wpierw się udać. Padło na Shivana, ten faktycznie
znajdował się na swoim miejscu, w namiocie przed którym znajdowała się
kapliczka Morroua.

-
Wiele osób zginęło dziś rano. – Rzucił smutno stary elf.

-
Znaczy ile?

-
Siedemnaścioro. – Przyznał Shivan. – Im jest już pewnie lepiej, ale ci, którzy
tu pozostali źle to znoszą. Morrou nie zawsze jest bogiem, który daje
zrozumienie procesu przejścia.

-
Chyba nic nie daje. – Odpowiedział krasnolud. – To zagadka, która spędza sen z
powiek każdej żywej istocie, gdy ta o niej myśli. Trudno sobie wyobrazić
koniec, a jednocześnie pustkę bądź inne życie.

-
I to mówi kapłan Marenama? – Zapytał elf.

-
To mówi krasnolud, który widział mnóstwo trupów i ludy gotujące się do wojny.
Udało nam się ogarnąć Stary Świat, ale konflikty nie zagasły. Tu wybuchają na
nowo.

Rozejrzał
się, czy nikogo nie ma.

-
Mogę mówić otwarcie? – Zapytał Brig.

-
Jasne. – Uśmiechnął się Shivan.

-
Jesteśmy w czarnej dupie. W obozach Irleńskich doszło do kilku aktów sabotażu.
Przy jednym strażnicy postrzelili mężczyznę w płaszczu, pod którym miał zbroję
Imperium. Koleś zatruł się. Miał jakąś truciznę w zębie czy coś, ale tak zwane
dowody pozostały. Irlenia zastanawia się nad blokadą naszej kolonii.

-
Blokadą? – Zdziwił się stary kapłan.

-
Nie chcą wszczynać wojny, ale próbują przekonać Gaskończyków, by nie pożyczali
nam okrętów. Bez zapasów i pomocy z kontynentu, będziemy zdani na siebie.

-
Albo na inne kraje. – Zauważył Shivan.

-
Irlenia nam nie pomoże, wręcz zablokuje nasz rozwój. Zniszczy nas, bez kiwania
palcem.

-
Rozumujesz jak osoba skażona wizją Moredheli. – Uśmiechnął się elf. – Wojna tutaj
nikomu nie przyniesie korzyści. Sojusz jest zbyt słaby, by się dzielić. Szukają
Moredheli, prawda?

-
Tak. – Przyznał Bregsorn.

-
Właśnie. Dlatego im może zależeć by przejąć i uzależnić naszą kolonię, a potem
ją zająć, spychając nas w głąb lądu. Ileś osób przy tym zginie, ale dla nich to
najlepsza strategia. Potrzebują bufora przed Mroczniakami.

-
Myślisz, że to się sprawdzi? – Zapytał krasnolud.

-
Nie, jeśli Moredhele nie zmieniły radykalnie swoich strategii. – Rzucił smutno
Shivan. – Więc musicie szybko rozwiązać konflikty.

-
To nie jest takie łatwe. – Przyznał Brig.

-
Nie? Znaleźliście wspólny cel i w ciągu roku zmieniliście oblicze Starego
Świata.

-
Chcesz byśmy znaleźli Moredheli i zaangażowali się w wojnę? – Zapytał krasnolud.
– Obaj wiemy, że ich tu nie ma, a przynajmniej nie w takiej ilości by stanowiły
zagrożenie.

-
Nie chcę wojny. Chcę byśmy wyruszyli po to, po co tu przybyliśmy. Musimy iść na
zachód a potem na południe.

-
I co tam będzie?

-
Kres wędrówki. – Uśmiechnął się Shivan. – Przynajmniej dla mnie.

-
Nie rozumiem, ale to nie ważne. To jakaś choroba? Te siedem osób? – Dopytywał krasnolud.

-
Siedemnaście. Ktoś zatruł ujęcie wody.

-
Niech zgadnę, Irleńczyk?

-
Generał i pułkownik właśnie tak podejrzewają. – Oznajmił elf.

-
Muszę ich powstrzymać, póki jeszcze mogę.

Wybiegł
z namiotu i popędził wprost do baraku dowódcy. Ten już miał nawet dach. W środku
panował zaduch. Generał i pułkownik siedzieli przy stole i rozmawiali.

-
Duszno tu. – Oznajmił krasnolud. – Słyszałem o zatruciu wody.

-
Taa, szukamy podejrzanego. – Rzucił Herschlag. – Pułkownik ma już listę.
Postawił straże i dobrze zrobił. Wiemy, kto miał dostęp do źródła, ale jeszcze
szukamy dowodów.

-
O to dobrze. – Uśmiechnął się Brig. LeFevre
siedzi dość cicho, więc spodziewam się, że to jego sprawka. On jątrzył na
Starym Świecie, robi to i tutaj.


-
A ja się przewietrzę chwilę, bo tu faktycznie duszno. – Oznajmił Gustav.

-
Zbudowaliśmy ten barak, gdy padało, ale od dwóch dni Ulos mocno przygrzewa.
Wszyscy piją więcej wody, ten kto ją zatruł doskonale wybrał sobie moment. –
Kontynuował generał. – Dobrze, że mamy pułkownika na straży, dziećmi się zajął,
straż postawił, jak już wrócicie do Starego Świata, szepnijcie dobre słówko o
nim królowi.

Van
Halen tymczasem wyszedł z baraku. Wszystko szło zgodnie z planem, Herschlag
jadł mu już z ręki. Pozostała tylko jedna kwestia do załatwienia. Zeonos.
Gustav szybko go odnalazł.

-
Nie powinniśmy się kontaktować. – Szepnął do niego Iluminari.

-
Jesteś spalony. – Oznajmił pułkownik. – Uciekaj, póki jeszcze możesz, inaczej w
ciągu dnia zawiśniesz. Nic więcej, dla ciebie nie mogę zrobić. I przekaż
LeFevre’owi moje pozdrowienia. Powiedz mu też, że wszystko mamy tu pod
kontrolą.

Komentowanie nie jest możliwe :, więcej...

CCCVIII.

przez , 04.maj.2011, w Bez kategorii

Drzewa,
które tu rosły miały trochę inne liście niż te ze Starego Świata. Larandar,
może nie czuł się dobry w botanice, ale mimo wszystko posiadał pewną wiedzę.
Dlatego dziwiły go rosnące tu sosny, zdawały się być wyższe niż te w Imperium,
a jednocześnie posiadały dłuższe igły, zawsze sparowane. Niektórych drzew nie
potrafił rozpoznać.

W
poszukiwaniu drzewców wszyscy zwracali uwagę na drzewa.

-
A czy drzewce mają jakąś inną korę? – Pytała Ishet. – U nas w Bestwince
wszystkie drzewa były normalne. A jak jakieś dziwnie wyglądało, to się je
ścinało.

-
Z dziećmi pewnie tak samo robili. – Mruknął pod nosem fechmistrz.

-
Słucham? – Oburzyła się chłopka.

-
Mówiłem, że pewnie z młodymi roślinami robiliście to samo. – Skłamał.

-
To się plewienie chwastów nazywa! – Krzyknęła Ishet kręcąc głową. Te elfy w ogóle tylko by mordowały, a nic
się na roli nie znają.


-
To miałem na myśli.

Drzewców
szukali od kilku dni, niestety bez większych rezultatów. Nawet jeśli gdzieś
czaiły się w okolicy, w ogóle nie dawały znaku życia.

-
Możemy przyjąć, że atakują tylko tych, którzy mają siekiery, piły lub ogień.
Wszystko, co zagraża lasom. – Stwierdził Mirak.

-
To już wiemy od dwóch dni… Tylko jeszcze nikt tego nie nazwał. – Ironizował
elf.

-
On sugerował, żeby rozpalić ogień. – Rzuciła Ishet.

-
Żartowałem tylko. – Tłumaczył się mag. – Nie ma sensu wywoływać wilka z lasu.

-
Ale my szukamy tu tego wilka. – Powiedział fechmistrz.

-
Tu są wilki!? – Zdziwiła się chłopka.

-
Nie ma żadnych wilków, tylko magowi się coś ubzdurało. – Rzucił elf.

-
Kiedyś koło Bestwinki się wataha włóczyła, strach wszystkich ogarnął.

-
To byli renegaci. – Rzekł Mirak. – I to pewnie elfi.

-
Możliwe, bardzo możliwe. – Odpowiedziała kobieta. – Ja na razie sobie spocznę.

Usiadła
pod jednym z drzew, którego korzeń wystawał dziwnie nad ziemię.

-
Wciąż dziwią mnie te rośliny. – Przyznała. – Choćby ten korzonek… Jak on
wrósł w ziemię? Przecież on wygląda bardziej jak stopa, a nie korzeń.

-
Stopa!? – Ryknął fechmistrz. – Genialne!

-
Każdy ma… no może elfy nie mają… – Mruknął czarodziej.

-
Zejdź prędko stamtąd! – Krzyczał do Ishet Larandar. – Być może znaleźliśmy
tego, kogo szukaliśmy.

Chłopka
odskoczyła jak oparzona. Drzewo faktycznie wyglądało podejrzanie, zwłaszcza, że
jedna gałąź sprawiała wraże jakby stanowiła nos stwora.

-
Więc tu się schowały. – Mruknął pod nosem fechmistrz.

Następnie
uklęknął i modlił się do swego boga o czar języków.

-
Może wpierw go ożywić? – Zastanawiał się Mirak.

Wyciągnął
sztylet i zamierzał wbić go w korę drzewca.

-
Lepiej go zostaw. – Zatrzymała go Ishet.

W
tym momencie wstał Larandar i otworzył usta, a z nich wydobyły się dziwne
dźwięki, które nie przypominały żadnego normalnego języka.

-
Co on jadł? – Zapytała chłopka.

Drzewiec
otworzył oko.

Ishet
odskoczyła. Mirak wyciągnął z kieszeni kulkę siarki, był gotów zaatakować w
każdej chwili.

Stwór
w tym czasie zaczął się ruszać. W końcu ryknął, coś w swoim języku. Brzmiało to
jak huk, a przy tym wylatywały mu z ust różne śluzy i zdrewniałe kawałki.

-
Wściekły! Jak wilk! – Panikowała Ishet.

-
Wściekły, to mało powiedziane! – Ryknął fechmistrz. – Uciekać!

W
oddali zaczęły się poruszać inne drzewce.

-
Coś ty im powiedział? – Pytała chłopka.

Żołnierze
przybiegli, starając się chronić całą trójkę.

-
Mieczami ich nie przebijemy! – Panikowali.

Drzewiec
tylko podniósł swą nogę i korzeniem oplótł szyję jednego z wojaków, ten dusił
się, oczy wyszły mu na wierzch.

Kolejne
drzewce były coraz bliżej. Poruszały się wyjątkowo szybko, gdy już się
obudziły.

-
Uciekać! – Krzyknął Larandar.

Drzewiec
jednak zamachnął się i swoją drugą nogą próbował zmiażdżyć elfa. Powstrzymała
go kula ognia, która rzucił w niego Mirak.

Fechmistrz
podniósł się.

-
Dzięki! – Krzyknął.

I zaraz potem uciekli
przed drzewcami. Te zezłoszczone zajęły się wpierw ratowaniem płonącego kolegi.
Zapewne bały się także o siebie i las.

Komentowanie nie jest możliwe : więcej...

CCCVII.

przez , 01.maj.2011, w Bez kategorii

- I pamiętaj, jak
będziesz dobra dla wujka, to zawsze będziesz mogła na niego liczyć. –
Powiedział do dziewczynki Gustav głaszcząc ją po głowie. – Kiedyś lepiej
zrozumiesz to, co się dziś działo, z czasem to polubisz.

Potem
pocałował ją w czoło i wyszedł na zewnątrz swego namiotu. Dostrzegł tylko jak
Larandar, Ishet i Mirak z kilkoma żołnierzami opuszczają osadę. Przywołał do
siebie żołnierza, którego niedawno posłał na okręt.

-
I co? Podsłuchiwałeś? – Zapytał go.

-
Tak. Załatwili sprawę z cmentarzem, a teraz poszli szukać drzewców.

-
Bardzo dobrze. Pójdź za nimi, ale tak by cię nie widzieli. Weź kilku ze sobą,
gdyby coś im groziło w tych lasach, macie im pomóc.

-
Oczywiście, panie pułkowniku.

-
Pamiętaj, chronienie możnych jest jedną z najbardziej niewdzięcznych funkcji
jaką możesz dobie wyobrazić. Sam pamiętam jak chroniłem jeszcze naszego króla.
Wtedy był kanclerzem i lubił się czasem wymykać. Musisz mieć oczy szeroko
otwarte i szpiegować, ale to dla bezpieczeństwa. I pamiętaj, to co ty jesteś w
stanie odkryć, mogą też odkryć nasi wrogowie.

-
Tak jest, panie pułkowniku. – Ukłonił się nisko żołnierz i poszedł wykonać
rozkaz.

Gustav
zaś poprawił swój mundur i przeszedł się po Miami. Tego dnia świeciła ładna
pogoda, błoto wewnątrz osady prawie wyschło. Dotychczas nie odkryto, kto
podpalił prowizoryczny spichlerz, choć mówiono głównie o dwóch możliwościach.
Pierwsza to drzewce, druga to Irleńczycy. Sojusz tutaj już praktycznie przestał
istnieć. Wspólny wróg znów był bardzo potrzebny.

Oczywiście
Van Halen doskonale zdawał sobie sprawę z tego, kto podpalił spichlerz. Zeonos,
Iluminari na usługach LeFevre’a. Jednak nie zamierzał go wydawać.

-
Życie jest piękne. – Rzucił sobie pod nosem.

I
faktycznie, dogadał się z LeFevrem, był jednym z rozgrywających na nowym
świecie i nie musiał przed nikim się tłumaczyć, może nie licząc fechmistrza,
ale jego unikał. Wszystkie kłamstwa, które opowiadał Gustav żyły własnym
życiem, a on sam uchodził za szanowanego obywatela. Koloniści się mu kłaniali.

-
Może jest pan głodny? – Zapytała go jakaś starsza kobieta.

Generała
Herschlaga uznawali za funkcjonariusza, który zarządza Miami, ale pułkownik
stał się silną i wpływową osobowością, którą lepiej było mieć po swojej
stronie. Wystarczyło tylko parę razy publicznie zaniepokoić się o stan palisady
i innych rzeczy. Zresztą sam Gustav zaproponował, by postawić straże przy
ważnych miejscach osady, co spotkało się z dużym aplauzem. Działania Zeonosa przyniosły
mu korzyść, ale sam szpieg nie zamierzał się kontaktować z Van Halenem.

Gdy
pułkownik upewnił się, że Larandar i cała reszta są już daleko udał się na
pokład „Bastiena”.

-
Rutynowa kontrola. Ktoś podpalił spichlerz, śledztwo trwa. – Powiedział admirałowi
Verde. – Muszę przejrzeć cały okręt. Być może jest tu gdzieś ukryte przejście,
którym przedostał się jakiś szpieg.

-
Szpieg? Na naszym okręcie.

-
Wygląda na to, że to jednak nie były drzewce. – Przyznał, niby w tajemnicy Van
Halen. – Ale nie chcemy mówić o tym głośno. Podejrzewamy Front.

-
Front? Tutaj?

-
To fanatycy. W Miami wpierw postawiono kaplicę Morrouowi, mogli się wkurzyć.

Jean-Claude,
bez problemu dał klucze do wszystkich pomieszczeń pułkownikowi, a ten tak
naprawdę był zainteresowany tylko kilkoma kajutami. Przede wszystkim tą, która
należała do Larandara.

Dokładnie
przeszukał wszystkie jego przedmioty, w tym kopię mapy. Spojrzał na nią, ale
niewiele mu mówiła. Potem wyciągnął też czarny sześcian.

-
Ciekawe, co on z tym sobie robi. Pewnie wsadza to sobie w dupę, skubany elf.

Niestety
nie znalazł nic, o czym mógłby donieść LeFevre’owi.

Potem
przeszukał też kajuty Ishet, Briga i Miraka. Tej ostatniej bał się o tyle, że
spodziewał się jakiegoś magicznego alarmu, więc wpierw kazał wejść tam jakiemuś
marynarzowi, gdy temu nic się nie stało, dopiero wszedł sam.

Ale
i tu nic nie znalazł.

Wrócił więc szybko do
swojego namiotu, by pobawić się z dziećmi.

1 komentarz :, więcej...

CCCVI.

przez , 01.maj.2011, w Bez kategorii

Do
końca roku pozostało już tylko dwadzieścia pięć dni, przynajmniej według rachuby
Miraka. W Miami jednak nie dawało się tego odczuć. Wciąż było ciepło, Ulos
grzało, a dni deszczowe pojawiały się nieregularnie. Czarodziej mniemał, że
opady przychodzą raczej znad oceanu i nie jest to spowodowane klimatem. Choć
wiedział też doskonale, że ich okręty musiały zboczyć na południe i to całkiem
sporo. Powinniśmy być mniej więcej na
wysokości Estelionu, może nawet Kongregacji.
To ostatnie oznaczałoby, że
gdzieś dalej w głąb lądu znajdują się pustynie, których mag nie miał zamiaru
przemierzać.

Problemów
w osadzie przybywało. Koloniści chorowali. W dodatku zaczęły pojawiać się
konflikty. Generał Herschlag nie dawał z tym rady, a Van Halen obecnie głównie
zajmował się sierocińcem.

Mirak,
Brig, Ishet i Larandar szybko wrócili na pokład „Bastiena”. To miejsce może nie
wydawało się im bezpieczniejsze, ale zdecydowanie spokojniejsze.

-
Powoli wraca nam tu piekiełko ze Starego Świata. – Powiedział Mirak. – Mam wrażenie,
że Irlenia nas szpieguje.

-
Irleńczycy wysyłają mnóstwo zwiadowców, z tym się nie kryją. – Stwierdził krasnolud.
– Szpiegów pewnie też, ale teraz najważniejsze są Mroczne Elfy. Z tego, co się
orientuję, oni po zniszczeniu kilku wiosek Moredheli nabrali pewności, że wróg
jest słaby i będzie łatwo go zlikwidować.

-
Coś mi tu nie gra. – Rzucił pod nosem Larandar. – Atakują nas drzewce, a
Mroczniaki są załatwiane bez większych problemów.

-
Tak mocno żałujesz swoich ziomków? – Zapytała chłopka.

-
Nie, nie mam pojęcia co tu się wyrabia.

-
A więc to twoi ziomkowie, przyznałeś. – Dodał Mirak. – Elfy, cóż… Wróciły na
swoje miejsce i obrywają.

-
Elfy elfami, a drzewce? – Zaciekawił się krasnolud. – Irlenia nie ma z nimi
tylu problemów, co my.

-
Może nie wycinają drzew w lesie, tylko najbliższe. – Zasugerował fechmistrz. –
Musisz się przyjrzeć temu, co robią.

-
Mogą wycinać drzewa w naszej części. – Powiedziała Ishet. – Wtedy drzewce będą
napadać na nas.

-
Jest jeszcze jedna rzecz, o której powinniście wiedzieć. W jednej z wiosek, do
której dotarłem, po Irleńczykach…

-
Teraz się swoich wypiera. – Rzuciła chłopka.

-
Wypieram, po tym co zrobili. To była rzeź.

-
Typowe dla krasnoludów! – Upierała się Ishet. – Wybić wszystkich, to wasza
dewiza.

-
To elfów. – Poprawił ją Bregsorn. – Nasza to co najwyżej złupić.

-
Chyba ukatrupić. – Nabijał się Mirak.

-
Nieważne, może coś pomyliłem, a może nie. W każdym razie w tej wiosce,
znaleźliśmy też ciała nie należące do Moredheli, tylko do innych ras.

-
Pewnie nadal mają niewolnictwo. – Rzucił Larandar.

-
Znawca. – Wymsknęło się chłopce.

-
No nic, musimy podzielić zadania. – Stwierdził fechmistrz. – Brig pojedziesz do
Irlenii, trzeba ją obserwować, na razie lepiej im idzie odnajdywanie Moredheli.
My zaś dalej spróbujemy poszukać tych drzewców.

-
Mam wrażenie, że jak one nie chcą być zauważone, to nie jesteśmy w stanie ich
dostrzec.

W
tym momencie, ktoś zapukał do drzwi kajuty.

-
Kto tam? – Zapytał elf. Pewnie Van Halen
przysłał kogoś, by sprawdzić, czy go nie obgadujemy.


-
Generał Herschlag prosi o pomoc. – Powiedział jeden z żołnierzy.

-
Wejdź! – Krzyknął elf.

Wojak
otworzył drzwi, ukłonił się nisko.

-
O co chodzi?

-
Są problemy z podziałem działek wewnątrz Miami. Koloniści nie chcą budować
swych domów poza palisadą. Ta na razie nie będzie rozbudowywana, ważniejsze są
inne budynki.

-
W czym problem? – Przerwał mu fechmistrz.

-
W cmentarzu. Nie wszystkim się podoba miejsce jakie dla niego przeznaczono. I
to, co robi ten kapłan.

-
Shivan przygotował to miejsce zanim, wytyczono palisadę, prawda? – Dopytywał Mirak.

- Pogadam z nim, to
pewnie da się przesunąć poza granicę tej osady… Kto wymyślił jej tak głupią
nazwę. – Marudził pod nosem Larandar. – Pewnie nikt nawet nie spytał go o tę
prostą możliwość. Potem pójdziemy szukać tych drzewców.

Komentowanie nie jest możliwe :, więcej...

CCCV.

przez , 30.kwi.2011, w Bez kategorii

Gustav nie miał
ochoty przebywać zbyt długo z Larandarem. Bał się, że elf zacznie go o coś
podejrzewać lub dopytywać. Wolał nie ryzykować. Na środku Miami kazał postawić
swój namiot, a obok drugi, w którym zaczął organizować sierociniec.

-
Panie pułkowniku – zapytał go jeden z podwładnych. – Czy sierociniec to nie
jest przypadkiem babska robota?

-
Nie! Burdel to babska robota… A sierociniec, cóż trzeba go zrobić tak, by nie
zamienił się w burdel. Zresztą dzieci to nasza przyszłość… Będziemy
potrzebować wsparcia, trzeba je szkolić.

-
Oczywiście, panie pułkowniku.

Żołnierz
szybko się wycofał, nie mówiąc już nic, a Van Halen został sam. Spojrzał na
swój namiot i wyobraził sobie łoże, które sobie przygotował. Do
dzieci trzeba umieć podejść. I tak nie chciało mi się tu jechać, a tu proszę,
ustawię się.
Spoglądał na chłopców i dziewczynki, w różnym wieku, które
smutno krążyły wokół powstającego namiotu. Bały się. Trzeba je przytulić, pocieszyć, potem zrobią dla wujka wszystko. Burdel
nie, ale harem.
Uśmiechnął się lubieżnie.

W
tym czasie do Miami wbiegł jeden z zwiadowców.

-
Był kolejny atak! – Krzyczał.

Od
razu zbiegli się wszyscy, czekali na informację. Nie było możliwości, by wpierw
dowiedzieli się o tym wojskowi. Każdy był zianteresowany.

-
Moredhele? – Dopytywali.

-
Mam nadzieję, że to nie Brig! – Rzuciła Ishet wychodząc ze swojego namiotu.

-
On pojechał na pole walki, a tu kogoś zaatakowano. – Pocieszył ją Larandar.

-
Albo napadli ich po drodze. – Stwierdził Mirak.

Generał
Herschlag wyszedł ze swojego namiotu. Cała to miejsce go przerażało, nie
wyglądało to nawet na kolonię, tylko jakiś dziwny obóz przejściowy, w którym
uchodźcy próbowali żyć. Najchętniej zostawiłby to wszystko i wrócił na Stary
Świat.

-
Co jest? Wiecie, kto zaatakował?

Powiedział
to na tyle głośno, by tłum się uspokoił. Zadziałało.

-
Drzewce. – Odparł zwiadowca. – Widziałem jednego.

-
Drzewce? – Zaśmiał się Van Halen. – Czyli łażące drzewa?

-
To wiele tłumaczy – wtrącił się Shivan. – Ścinamy ich drzewa. One traktują las,
jako miejsce, o które dbają, jak swój dom. A drzewa traktują jak upośledzonych
umysłowo przyjaciół. Ścinając je, wyrządzamy krzywdę lasowi, dlatego nas
ścigają.

-
I zabijają. – Dodał Gustav. – Żaden pierdolony drzewiec nie będzie niszczył
naszej koloni! Jesteśmy podwładnymi króla Ferdynanda, jeśli im się to nie
podoba, będzie wojna!

Wiele
osób zaczęło wiwatować i bić brawa. Nawet generał Herschlag był zaskoczony. Ten pułkownik niebawem przejmie tu całe
dowództwo. Ma gadane, inni za nim pójdą.


- Z drugiej strony
to ich ziemia. – Stwierdził Mirak. – Musimy pomyśleć o jakiejś współpracy,
koegzystencji.

-
Bzdury! Zabili naszych… Trzeba im dać łupnia, zanim zrobią coś gorszego! –
Wykrzykiwał Gustav. A teraz idźcie sobie
z nimi negocjować, a mnie zostawcie w spokoju.


-
Da się z nimi jakoś porozumieć? – Zapytał głośno Larandar.

-
Można spróbować. – Stwierdził Shivan. – Na pewno z bożą pomocą da się z nimi
dogadać.

-
Albo magiczną. – Wtrącił się czarodziej.

-
Musimy szybko to załatwić. – Rzucił do Ishet i Miraka. – Bez wojskowych.

-
Dobra, skoro wiemy co… – Zaczął generał.

-
Pożar! Pożar! – Ktoś krzyczał. – Podpalono nasze zapasy żywności.

-
Drzewce. – Rzucił mimowolnie Van Halen.

-
One boją się ognia. – Protestował Shivan.

Lecz nikt go nie
słuchał. Ostatnia uwaga pułkownika została przyjęta jako pewnik.

Komentowanie nie jest możliwe :, więcej...

CCCIV.

przez , 28.kwi.2011, w Bez kategorii

Podczas porannego
raportu, generał Herschlag wspomniał o tym, że Irleńczycy znaleźli wioskę
Moredheli na północy.

-
W sumie nie tylko oni. Nasi zwiadowcy, także do niej dotarli.

-
Musimy tam pojechać. – Oznajmił elf.

-
Może być niebezpiecznie – wtrącił się Brig. – Skoro Irleńczycy się w to
wmieszali, mogą mieć wojsko, a ja mam z nimi dobre kontakty.

-
Z wojskiem? Coś takiego. – Marudził Gustav.

-
Z Irleńczykami. Dobrze znam księcia Williama. Pili… biesiadowaliśmy razem. –
Uśmiechnął się krasnolud.

-
Jeśli ciągną tam z wojskiem, nie masz czasu do stracenia. Musisz jak
najszybciej tam się dostać. – Rzekł fechmistrz.

Krasnolud
nie czekał na dalsze instrukcję. Wziął ze sobą tylko suchy prowiant i wyszedł.

Najgorsze
było to, że nie mieli tu ani koni, ani innych zwierząt wierzchnich czy
pociągowych. Kilka, które dowieziono, nie nadawało się jeszcze do wykorzystania
przez armię. Zresztą nawet krowy i świnie były tak zabiedzone, że Brigowi było
ich żal. Koloniści zaś nie mieli tu żadnych oporów.

Wraz
z żołnierzami, krasnolud wyruszył prosto do wioski Mroczniaków, nie
przeszkadzała mu mżawka, jedynie musieli przebijać się przez las. Bregsorn miał
czasem wrażenie, że ktoś ich obserwuje. Wojacy mieli przy sobie broń, kusze i
miecze, wszystko pod ręką, gotowe do natychmiastowej interwencji.

-
Nienawidzę dzikiego lasu. – Mamrotał pod nosem Brig. – Zbyt niebezpieczny.

-
Niebezpieczny? – Zdziwił się jeden z żołnierzy. – Nie przesadzajmy. Sam las
nigdy nie jest niebezpieczny.

-
Ciszej. – Pouczył go krasnolud, a potem dodał półgłosem. – Sam las nikomu
krzywdy nie zrobi, ale to co w nim żyje, to już nie wiadomo.

Nim
dotarli do wioski, deszcz się wzmógł, miejscami zamienił się nawet w grad. Brig
złapał jedną z takich kostek lodu i przyjrzał się jej dokładnie. O dziwo, ona
wyglądała prawie dokładnie tak samo jak na Starym Świecie. Dziwne tyle rzeczy się tu różni, a to proszę identyczne.

Potem
usłyszeli dźwięk trąby. Rozpoczęto atak na wioskę!

-
Nie! Zatrzymać ich! – Wydzierał się krasnolud.

Lecz
byli za daleko, by protest mógł odnieść skutek. Mało tego deszcz ich jedynie
spowalniał. Przebijali się przez coraz większe błotniste kałuże, aż w końcu
dotarli do wioski. Było już jednak za późno na negocjacje. Budynki płonęły, a
wszędzie spłynęła krew, w dodatku wymieszana z gradem.

Brig
spojrzał na ciała zarżniętych Moredheli. Irleńczycy się z nimi nie
patyczkowali, zabili ich jak zwierzęta w rzeźni i spuścili z nich krew.
Krasnolud nie chciał pytać, co zrobią z ciałami. Widział tylko, wybitych
mężczyzn, kobiety i dzieci. Mroczniaki nie miały nawet broni. Historia właśnie się powtarza, tylko oprawca
z dawną ofiarą zamienili się miejscami. Boję się dnia, w którym to wszystko
odmieni się po raz kolejny.


Nawet nie miał ochoty
powęszyć w resztkach wioski. To nie miało sensu .Irleńczycy nie szukali tu
dowodów na nową wojnę, czy ataki na drwali. Szukali tylko i wyłącznie zemsty,
za coś, co wydarzyło się prawie dwa wieki temu, a obecnie obrosło w legendę.

Komentowanie nie jest możliwe : więcej...

CCCIII.

przez , 26.kwi.2011, w Bez kategorii

Następny
dzień rozpoczął się od potężnej ulewy. Cała ziemia w osadzie zamieniła się w
jedno wielkie bagnisko.

Larandar,
Ishet, Mirak i Brig, zabrali kilku żołnierzy i zmyli się stąd z samego rana.
Nie mieli ochoty uczestniczyć w zarządzaniu całym tym bałaganem. Chcąc nie
chcąc, padło na Gustava, do którego przychodzono z różnymi pytaniami.

Van
Halen również miał wszystkiego dosyć. Zwłaszcza, gdy pod wpływem błota,
palisada zaczęła się rozjeżdżać.

Generał
Hardian Herschlag, któremu przypadło dowodzenie osadą, był niewiele starszy od
Van Halena. Należał do grupy młodych generałów z północy, którzy walczyli
mężnie u boku króla Ferdynanda, gdy ten jeszcze przewodził buntowi z północy.
Hadrian, był całkiem dobrym organizatorem, ale nie miał posłuchu u ludzi. Najgorsze
jednak było to, że nie potrafił zbytnio delegować pracy, przez co, zwłaszcza
tu, chodził ledwo żywy.

Van
Halen nie miał zamiaru ułatwiać mu roboty.

-
Panie generale, palisada się rozpierdoliła! – Zaczął po nim jeździć. – Gdybym
ja tu rządził, już dawno powywieszałbym za jaja kilku kutasów! Taka chałtura,
że powinni pana zdegradować.

-
Panie kapitanie, zapomina się pan.

-
Pułkowniku. – Oburzył się Gustav. – Tu mam papiery królewskie.

Van
Halen doskonale wiedział, że oficer z północy słabo czytał. Miał problemy ze
składaniem liter, choć o dziwo, był całkiem inteligentny. Niektórzy mówili, że
to lenistwo, inni, że nie miał daru do czytania, a on w końcu nauczył się bez
tego żyć.

Gustav
wyciągnął zapieczętowany list i przełamał pieczeć.

-
Czytaj, jak kurwa nie wierzysz. Jako pułkownik podlegam rozkazom bezpośrednim
króla i nikogo więcej. Wykonuję tu tajną misję i mam prawo przeglądać wszystkie
papiery.

-
Oczywiście, wierzę. Mam nadzieję, że nasz miłościwy Pan dowie się, o…

-
Dowie się dokładnie o tym, co mu zaraportuję. A jak pewnie wiesz, jestem
człowiekiem zajętym, niektóre głupie sprawki mogą mi umknąć, a inne się
wyolbrzymią.

-
Oczywiście, panie pułkowniku. Rozumiem.

-
Z czym są problemy? Muszę wiedzieć? W skrócie, bez jakiś tam szczegółów. Palisadę
już widziałem. Coście nie znaleźli cieśli i stolarzy?

-
Te warunki sprawiają nam trudności. – Tłumaczył się Herschlag. – I to całkiem
spore. Pomijając obcych, którzy nas atakują.

-
Moredheli? – Dopytywał Van Halen. Śledztwo nadal nie wykazało, kto mógłby stać
za tymi morderstwami.

-
Mówimy o nich Inni. Nie wiemy kim są.

-
Plotki rozsiewacie? – Ironizował Gustav. Podoba
mi się rola twardziela. Jest się skurwysynem, ustawia innych jak tylko chce i
jeszcze są wdzięczni.


-
Nie plotki. Nie chcemy właśnie nic sugerować.

-
A poza tymi atakami, palisadą? Z czym są problemy?

-
Ujęcia wody prawdopodobnie zostały zatrute przez Innych. Wiele osób choruje po
piciu wody z rzeki. Shivan, ten kapłan.

-
Wiem, który. – Van Halen chciał wyglądać na zniecierpliwionego.

-
On zajął się kopaniem studni głębinowej. Mówił, że dzięki temu woda będzie
lepsza. Kolejny problem to tutejsze rośliny. Niektóre owoce wyglądają ładnie,
ale źle na nie reagujemy. Nie znamy też grzybów. Wiele osób zaczyna chorować.
Niektóre przypadki wyglądają bardzo źle.

-
Będą trupy?

-
Niestety. – Odparł Hadrian. – Już mamy problemy z chowaniem, dobrze, że jest
ten Shivan.

-
Ale kto umiera? Starzy? Dzieci?

-
Różnie. Ale zaczynamy mieć problem z dziećmi, które straciły rodziców.

-
Załatwię to. – Rzucił Van Halen. Bardzo
lubię dzieci.
Oblizał się przy tym bezwiednie.

-
To chyba wszystko. – Skończył raportować Herschlag.

-
A nazwa osady?

-
O mamy mnóstwo propozycji. Każdy chce ją nazwać według własnego pomysłu. Niektórzy
próbowali uczcić jakoś naszego króla.

-
Czyli nie wybrałeś jeszcze nazwy? – Gustav podniósł głos.

-
Nie.

-
Króla uczcimy w swoim czasie. Nie wiadomo, czy ta osada przetrwa rok. Dlatego
nazwę ją Miami.

-
Słucham? – Zdziwił się Hadrian. – Co to za nazwa?

- A nie wiem, ale
dzieciom, zwłaszcza małym się spodoba, bo się trochę z mamą będzie kojarzyć. I
łatwo będzie im to wymówić. W końcu to one są naszą przyszłością. – Uśmiechnął
się Van Halen.

Komentowanie nie jest możliwe : więcej...

CCCII.

przez , 25.kwi.2011, w Bez kategorii

Gdy
wracali do wioski, w głowie mieli mnóstwo pytań. Dziwny okręt nie dawał im
spokoju, ani to, co go zniszczyło. Dobrze go zbadali, ale wewnątrz, poza
krematorium i jakimiś dziwnymi, olbrzymimi turbinami nie znaleźli nic, co mogłoby
choćby sugerować jak to pływało. Ani jednego wiosła.

-
Nie ulega wątpliwości, że to była morska forteca. – Tłumaczył im Mirak.

-
Dziwne, że nie napotkaliśmy na żadne inne pozostałości. – Rzucił Brig.

-
Będzie trzeba uważnie przejrzeć cała okolicę. Może tu są jeszcze jakieś inne
ruiny po miastach. – Stwierdził Larandar.

Jeszcze
przed osadą, zatrzymali ich żołnierze.

-
Panie pułkowniku, znaleźliśmy ślady obcych! – Krzyczeli.

Byli
przejęci. Może nie wystraszeni, ale z pewnością niespokojni. To, co znaleźli
nie podobało im się.

-
Ślady? – Zapytał fechmistrz.

-
Ślady naszych. – Odparł żołnierz. – Albo raczej resztki. Proszę za mną.

Wszyscy
udali się w głąb lasu, do miejsca, gdzie przeprowadzano wycinkę drzew.

Całe
obozowisko zostało zniszczone. Wszystkie piły i siekiery połamano, a ciała
powywieszano wysoko na drzewach.

-
Te, które udało się ściągnąć mają zmiażdżone twarze. – Poinformował ich
żołnierz.

-
Kto to mógł zrobić? – Zastanawiała się Ishet.

-
Moredhele. – Wymamrotał Brig. – Wygląda na to, że żyją.

-
Albo ktoś inny, ktoś kogo się bały. – Dodał fechmistrz.

-
Broni swoich, jak zwykle. – Wtrącił się Mirak.

-
Nie mamy pojęcia, czy tu były Mroczne Elfy. Widzieliśmy ich miasto, zrujnowane.
– Przypomniał Larandar.

-
Ano faktycznie, broni swoich. – Nabijał się Bregsorn. – To, że tamto miasto
zniszczono, nie oznacza, że Mroczniaków tu nie ma. Mogą się kryć i pałać chęcią
zemsty.

-
Na nas? – Parsknął śmiechem Larandar.

-
Na wszystkich.

-
Bzury gadacie. Zrzucać winę można na każdego. – Zarządził Van Halen. – Trzeba przeprowadzić
śledztwo.

Następnie
podszedł do jednego z żołnierzy.

-
Jutro chcę dostać pierwsze wyniki z listą podejrzanych. Musieli zostawić jakieś
poszlaki.

Potem
odwrócił się i podszedł do zdziwionej czwórki.

-
Tak to załatwia pułkownik, frajerzy. Nic tu po nas, wracamy do osady.

W ciszy podążyli za
nim. Elf tylko zastanawiał się, co sprawiło, że Van Halen nagle tak się
zmienił, zrobił się tak pewny siebie i obrotny. Może uwierzył w całe swoje bohaterstwo, a może się wyrobił.

Komentowanie nie jest możliwe : więcej...

stat4u <!-- s4uext=s4upl(); document.write('stat4u') //--> stat4u

Blogroll

Kilka bardzo polecanych stron...