orthank blog

Tag: sherstock-woods

CDXXXIV.

przez , 03.lip.2009, w Bez kategorii

            Erlan i
Dyzio od samego rana nawet się do siebie nie odezwali, tylko dając sobie znaki,
po śniadaniu wyszli szukać Shivana. Kapłana znaleźli na głównej uliczce
Sherstock Woods, właśnie wybiegł z domu Gerota.


- Dobrze, że jesteście. – Rzucił. – Musimy znaleźć
burmistrza, nie mamy wiele czasu.


- O co chodzi? – Zapytał Dyzio.

            Wyznawca
Morroua jednak nawet się nie zatrzymał, biegł w kierunku domu Samuela.


- Banshee… – Wysapał.

            Kisjevczyk
nie myślał zbyt długo. Banshee,
porozmawiał z nią i musiała mu powiedzieć, kto zginie.
Napiął kuszę i
chwycił ją w ramiona i pogonił za przyjacielem. Erlan pokręcił tylko głową. Biegać, po śniadaniu? Pogrzało ich, pewnie
sami zarżną tego nieszczęśnika.
Skierował się za nimi dość szybkim krokiem,
acz nie przechodzącym w bieg. Trzeba się
szanować.


            Samuel
Sherstock był bardzo ambitny, uwielbiał gdy o nim mówiono, gdy znajdował się w
centrum uwagi. Już od najmłodszych lat, zrozumiał jedną prawdę, że nie ważne
czy mówiono o nim dobrze, czy źle, ważne by mówiło całe miasteczko. I choć nie
był za młodu wcale największym łobuzem, starał się na takiego pozować.
Przypisywał sobie różne czyny, prawdziwe, nieprawdziwe, swoje i nieswoje,
zamierzone i niezamierzone, tworząc legendę. Gdy miał czternaście lat,
cokolwiek nie działoby się w miasteczku, od razu podejrzewano jego, pierwszego
mąciwodę w okolicy. Z biegiem lat przestało mu się to podobać. Jego dwoma
największymi marzeniami było zarządzać Sherstock Woods, oraz sprawić, by
zapamiętano go, by znalazł swe miejsce w historii. Im dłużej próbował dążyć do
swych celów tym bardziej był sfrustrowany. Mieszkańcy nie darzyli go
wystarczającym zaufaniem, by powierzyć mu swą przyszłość, a poza granicami był
tylko jednym z Sherstocków. Dlatego od najmłodszych lat, wbijał swoim synom swe
marzenia, licząc, że któregoś dnia może uda im się je zrealizować, a on wróci w
chwale, jako ojciec bohatera.


            Tyle, że
nic nie wskazywało na to, że Gerot i Clemens wybiją się, sława, a raczej
niesława ojca, sprawiała, że chłopców postrzegano jako niezrównoważonych,
będących zagrożeniem, unikano ich, nie ufano im. Samuel popadał w coraz większą
apatię, z czasem przeradzającą się w depresję i ataki paranoidalne. Nie można
mu było zarzucić jednego, potrafił zadbać o rodzinę, dorobić się, acz sam
niestety doskonale znał przyczynę swego sukcesu, majątek swego ojca. Gdy jeden
z przyjaciół poprosił Samuela o pożyczkę, ten bał się stracić odziedziczonych
pieniędzy, zgodził się w zamian za dużo większy zwrot, horrendalną lichwę.
Okazało się, że to potencjalna żyła złota, zajmował się tym do końca życia,
potem interes przejął Gerot. Tyle, że stary Sherstock o wiele bardziej obnosił
się ze swoim bogactwem, pragnął być podziwiany, pragnął by mu zazdroszczono i
to skłoniło go do tego, by zbudować wielki dom, który przyćmi całe Sherstock
Woods. Chciał mieć jednak spokój, dlatego znalazł miejsce poza osadą i tam
rozpoczął budowę.


            Shivan
był już zdyszany, złapała go kolka, przystanął na chwilę. Kisjevczyk dobiegł do
niego, chwilę później dotarł do nich też Erlan. Po krótkiej przerwie ruszyli
dalej, acz bardzo szybko zauważyli stojącego na drodze Gerota. Czekał na kogoś.
Zastanawiali się chwilę, co zrobić, czy podejść do burmistrza i mu powiedzieć,
że Banshee przewidziała, iż zginie, gdy ujrzeli Clema. Bracia zdecydowali się
tu spotkać.


            Gerot,
choć młodszy od Clema, dobrze pamiętał, że właściwie obaj opuścili Sherstock
Woods, krótko po śmierci ojca. Wtedy miał miejsce przedostatni atak psów, a gdy
tylko zniknęli wszystko wróciło do normy. Długo go to zastanawiało, wiedział,
że musi przeczekać parę lat i wrócić do swego domostwa. Bracia rozstali się,
każdy poszedł swoją drogą. Gerot przez parę lat urzędował w Panico, gdzie
podobnie jak ojciec zaczął zajmować się lichwą. Dorobił się, ożenił, spłodził
dzieci, dopiero potem wrócił do rodzinnej miejscowości, gdzie szybko przyćmił
legendę ojca. Był odpowiedzialny, wyrafinowany, bezwzględny, acz spokojny i
dumny. Bardzo szybko został nowym burmistrzem, odzyskując prawa do dawnego
majątku, acz zdecydował, że będzie mieszkał w miasteczku, tak by mieć pieczę
nad wszystkim.


            Jego
brat zaś wiódł żywot awanturnika. Udał się do Al’Hady, gdzie początkowo
próbował swych sił w lichwiarstwie, ale bardzo szybko przekonał się, jak bardzo
to bezwzględne zajęcie. Ludzie musieli mu oddawać praktycznie wszystko,
przeklinając go w duchu. Tyle, że egzekwowanie należności może czasem
przysporzyć kilku wrogów, w efekcie Clem sam popadł w długi. I nie było nikogo,
kto mógłby mu pomoc. A ponieważ zbyt wielu dawnych dłużników życzyło mu
śmierci, czuł się zagrożony. Miał tydzień i nie było szans na zarobienie
pieniędzy w sposób legalny. Wtedy wpadł mu do głowy pomysł, by okraść tego,
komu wisiał pieniądze. Zadawał sobie sprawę, że to ryzyko, acz wizja stryczka i
tak zdawała się realna, więc nie miał nic do stracenia. Co gorsze, emocje
związane z planowaniem spodobały się mu, sprawiały mu jakąś niesamowitą
przyjemność i radość. Nie wytrzymał w obserwowaniu skarbca, zaczął przyglądać
się uważnie ludziom chodzącym po targu, kupującym różne rzeczy. Byli nieuważni,
sami prosili się o to, by doliniarze się do nich dobrali. I dobierali się.
Głównie chłopcy, trochę młodsi od Clema. Po dwóch dniach obserwowania sam
spróbował, zdziwiło go jakie to było łatwe. A jeszcze bardziej podobały mu się
emocje, gdy okradł pierwszego człowieka i uszło mu to na sucho, poczuł ekstazę.
Prawie zapomniał o skarbcu, okradanie ludzi na targu stało się jego pasją.
Stracił zbyt dużo czasu, by przeprowadzić udany skok, sprzedał większość tego,
co miał i spłacił dług. Miał uratowaną skórę, ale dwa dni później dokonał swego
pierwszego rabunku. Ukradł dużo więcej niż zamierzał, opróżnił skarbiec do
samego końca. Miał problem by to wszystko gdzieś schować, więc zostawił sobie
bardzo niewiele, resztę wrzucił do studni przy świątyniach. Skarbu oczywiście
nie znaleziono, ale już następnego dnia, cała Al’Hada trąbiła o zuchwałym
rabunku. To było jeszcze bardziej podniecające, niż doliniarstwo. Clem czuł się
dumny z tego, co zrobił, ale coś nie pozwalało mu się cieszyć. Mówiono o
złodzieju, potem o szajce, a z czasem nawet o gildii, ale nigdy nie wymawiano
imienia. Irytowało go to. Zaczął chodzić na targ i obserwować doliniarzy,
zapoznał się z kilkoma sprytnymi i rozpoczęli współpracę. Eskalacja kradzieży i
włamań zwróciła uwagę szejka, który kazał bardzo szybko rozpracować nową grupę
złodziei. Sherstocka to jedynie podniecało, zdecydował, żeby każdemu, kogo
okradną zostawić jakiś znak rozpoznawczy, co oczywiście nie podobało się jego
kompanom. Bali się. Grupa rozpadła się, ceklarze szybko pochwycili najsłabszych
jej członków, Clem postanowił więc działać sam. Przybrał sobie ksywkę:
Nikczemny mściciel i zostawiał karteczki ze swoim nowym imieniem. Stał się
miejską legendą, sława o nim zaczęła wychodzić poza Al’Hadę, nie mówiąc o
rosnącej nagrodzie. Najgorsze było to, że Clemens nie miał, co robić z
pieniędzmi, bał się żyć ponad stan, by go nie rozpoznano, więc najczęściej
zrabowane złoto po prostu wyrzucał, lub zakopywał gdzieś nawet nie oznaczając
tego na mapach. W końcu jakby mu brakło, mógł kogoś okraść, proste.


            W tamtym
czasie wdał się w romans z młodą dziewczyną imieniem Bea, która pracowała w
miejskim cyrku. Clem oficjalnie tam też się zatrudnił, a przede wszystkim uczył
się równowagi i sztuczek, które wykorzystywał przy kolejnych włamaniach i
kradzieżach. Sam nie wiedział, czy interesował się Beą ze względu na nią, czy
raczej ze względu na cyrk. Zresztą nawet nie próbował być jej wierny. Czerpał z
życia jak tylko mógł, byle nie było to widoczne.


            Pewnego
dnia, będąc na targu zauważył szejka z obstawą, który akurat udawał się do
świątyni. Clem nie mógł się oprzeć i okradł władcę Al’Hady, tyle, że nie miał
przy sobie karteczek z ksywką, co go bolało najbardziej. Zastanawiał się, co
mógł zrobić, zwłaszcza, że Nikczemny mściciel coraz mniej mu się podobał, był
zbyt mało osobowy. W końcu, Clem zdecydował napisać list, w którym załączył
cześć przedmiotów ukradzionych szejkowi. Podpisał się w nim swoim imieniem w
zdrobniałej formie imieniem oraz nazwiskiem. Następnego dnia Clem Sherstock był
najbardziej poszukiwanym człowiekiem w całej Al’Hadzie. Przeliczył się i musiał
uciekać.


            Władze
nie były głupie, zrozumiały, że to właśnie jest ten Nikczemny mściciel. Mało
tego, szejk nie wyszedł na miasto przypadkowo, to była prowokacja, a Clem w nią
dał się złapać, choć oczywiście nic mu nie udowodniono. Wolał nie ryzykować i
zostawił Al’Hadę, potem dowiedział się tylko, że Beę, która nic nie wiedziała o
jego procederze ścięto, gdyż nie miała nic na swoją obronę.


            Początkowo
udał się do Shadowsil, ale i tam niebawem zaczęto go poszukiwać. Zdecydował się
zmienić w ogóle tereny i udał się na daleką północ, aż do Imperium. Już wtedy
zdecydował się przedstawiać każdemu, kogo okradł. To miał być jego znak
rozpoznawczy, został uczciwym złodziejem, jak się sam określał.


            W
Altburgu szybko znalazł pracę w teatrze, gdzie był pomocnikiem rekwizytora, a
także udało mu się dostać do Kroicieli. Tyle, że nie potrafił się dostosować,
zawsze chciał przypisywać sobie swoje włamania, chciał by o nich mówiono, by o
nim mówiono. Powoli stawał się legendą półświatka, gdyby nie to, że był zdolny
i pomysłowy, Gidlia by się go pozbyła, ale on w ciągu tygodnia potrafił ukraść
więcej niż większość innych złodziei. Miał talent, tego nie można było mu
odmówić. Był wirtuozem, który mógłby chcieć zarządzać Kroicielami, co nie
podobało się ich przywódcom. Mieli oko na Sherstocka, ale z drugiej strony dużo
mu wybaczali. A ten cały czas szukał nowych atrakcji. Tyle, że Mider, przywódca
Gildii już wiedział, że Shertocka trzeba się pozbyć. Władze miejskie i
cesarskie miały dość fali zbrodni, co mogło odbić się na Kroicielach. Clem
pretekstu dostarczył właściwie sam, nie rozmawiając z nikim zdecydował się na
napad na świątynie Shlayan. O tym mówiło nie tylko całe miasto, o tym huczał
cały Stary Świat. Zuchwały napad, złodzieje nie mają już żadnych zasad,
obwieszczali heroldzi. Mider postanowił Clemowi ultimatum, albo ten zniknie z
Altburga, albo złodzieje wydadzą go Patrycjuszowi. Nagroda za głowę złodzieja
wynosiła już pięćdziesiąt tysięcy złotych koron.


            Clemens
jednak popadł wtedy w depresję. Nie mógł zrobić nic, co mogłoby przebić
poprzedni wyczyn, a wiedział, że teraz jest ku temu najlepszy czas. Zastanawiał
się nad tym, co zrobił w odległej przeszłości Rypniewski, chciwy smok, który
sam zgłosił się po nagrodę za swoją głowę. Złodziej nie chciał powtarzać tego
wyczynu, szukał sposobu by go przebić. I wymyślił. Włamał się do siedziby
Patrycjusza i ukradł nagrodę za swoją głowę i kilka innych rzeczy, oczywiście
zostawiając stosowny liścik.


            Tyle, że
się przeliczył. Następnego dnia rozpoczęło się takie polowanie na niego,
jakiego się nie spodziewał. Całe miasto zostało zamknięte. Kroiciele dostali
kręćka, sami chcieli dorwać Sherstocka. Clem wiedział, że grunt pali mu się pod
nogami, wtedy też po raz pierwszy docenił możliwość zmiany wyglądu. Przebrany
za kobietę, przedstawiający się jako Madame
Oupskaya,
opuścił stolicę Imperium i na trochę się ukrył. Postanowił też nie łączyć nowej
tożsamości ze złodziejskim fachem, acz nie zawszę mu to wychodziło. Wtedy też
poznał swoich późniejszych zleceniodawców, którzy pomogli mu dokonać innego
sławetnego wyczynu – okradzenia Narodowej Kisjevskiej Gildii Magów w Maskbie.
Nie było to tylko i wyłącznie jego dzieło, ale mógł się tym mienić, okraść
szczelnie strzeżony zamek to jedno, ale wystrychnąć na dudków zgromadzenie
magów, to już zupełnie inna sprawa.


            Z biegiem lat Midera zastąpił Karnos, z którym Clem miał
lepsze kontakty. Polowanie na niego też przycichło, więc Sherstock wrócił do
Altburga. Wtedy był już legendą, wciąż powtarzano historię o tym jak obrabował
Patrycjusza, ale był to też czas w którym na tronie zasiadł cesarz Kronberg.
Rozpoczęła się wojna – powstanie Sildena, więc opowieści o złodzieju zeszły na
dalszy plan. Clem jednak wiedział, że jego największy skok jeszcze nie nadszedł.
Czekał na stosowną chwilę i postanowił wykorzystać Kroicieli, chciał się na
nich zemścić i doprowadzić ich do upadku. Udało się to za jednym zamachem.
Dokonał zuchwałej kradzieży, podczas uroczystej koronacji Kronberga, zupełnie
nie zważając na gości. Wszedł na salę i przedstawił się koronowanym głową, od
tego momentu często też przedstawiał się swoim ofiarą jeszcze zanim je okradł.
Potem Sherstock zniknął z Imperium na wiele lat, a Kroiciele w praktyce
przestali istnieć.


            Nigdy później nie udało mu się już przebić tego wyczynu,
im był starszy, tym bardziej wiedział, że to jest już niemożliwe. W dodatku,
czuł coraz mniejszą satysfakcję z tego, czym się zajmował, robił się coraz
bardziej zgorzkniały, zwłaszcza gdy widział, że choćby refleks nie jest już ten
sam.


            Był też dużo mniej opanowany i nerwowy, niż kiedyś. No i
mniej skłonny do brawury, dziś pewnie nie obrabowałby już cesarza na koronacji.
Nie odważyłby się na to.


            Clem spojrzał na swego brata, od lat nie było między nimi
miłości.


- Twój przyjaciel musi
zniknąć z domu naszego ojca. – Rzucił chłodno Gerot.


- Nie wiesz z kim
rozmawiasz i czego żądasz. – Odrzekł Clem.


- Bracie, obaj wiemy, że
odkąd zamieszkał w tamtym domu pojawiły się psy. I dopóki ktoś tam pozostanie,
będą atakować. Mogłem to znosić, ale sam wiesz, jestem teraz…


- Nadętym kretynem. Co cię
obchodzą inni. – Irytował się złodziej. – Mój przyjaciel stracił dom z powodu
wojny, musi gdzieś mieszkać, więcej od ciebie nie wymagam i nie chcę.


- Clem, oni do niego dotrą
i dojdą, co jest przyczyną ataku psów. Nie jestem w stanie ich dłużej zwodzić.
Zrozum, oni  traktują to osobiście,
ścigają cię. – Rzekł Gerot.


- Ha… – Roześmiał się
Clemens. – Pół Miscle mnie szukało. Pół Miscle wyznaczyło nagrody za moją głowę
i wiesz, co się z nimi stało? Ci, którzy jeszcze żyją, skomlą jak psy pochowani
w zaułkach obcych sobie miast.


            Gerot podszedł do brata i chwycił go za ramiona.

- Zabierz tego skurwiela z
domu naszego ojca, albo sam go sprzątnę. Możesz sobie robić, co chcesz, ale
poza Sherstock Woods.


- Spierdalaj. – Rzucił złodziej
strzepując ręce brata. – Nie wiesz, co się dzieje. Jesteś strasznie małostkowy.
Wyżnij wszystkich tych degeneratów, którzy porodzili się w naszym miasteczku.
Psy pomogą je oczyścić, zresztą jak mówiłem braciszku, nie wiesz w co się
pakujesz.


- Nie to ty mnie posłuchaj
Clem! – Ryknął Gerot.


            Złodziej wyciągnął złoty pistolet.

- Nie, to ty mnie
posłuchaj, braciszku. Wróć do domu i zapomnij o sprawie. Sam się zajmę, tymi,
którzy mnie ścigają.


- To broń Moredheli… – Wyszeptał
burmistrz. – Clem, coś ty kurwa zrobił! Kogoś ty tu sprowadził! I jeszcze masz
czelność mi grozić!


- Uspokój się, nie chcę
tego używać. – Mówił złodziej.


            Ale Gerot wpadł w szał. Rzucił się brata, zaczęli się
szamotać, w końcu Clemens wystrzelił.


            Burmistrz padł na drogę w kałuży krwi.

            Dźwięk wystrzału pomógł wyrwać się Erlanowi, Dyziowi i
Shivanowi z letargu. Podsłuchiwanie się skończyło, próbowali zatrzymać Clema,
ale ten uciekł.


            Kapłan podszedł do ciała, pomodlił się chwilę przy nim. Banshee miała rację. Mógłbym go uratować,
gdyby nie ciekawość. Wpierw rozmowa z nią, złapałbym go jeszcze w miasteczku. A
tu? Nie sądziłem, że zabije go jego własny brat, nawet jeśli to był tylko
wypadek.

Komentowanie nie jest możliwe :, , więcej...

CDXXXIII.

przez , 02.lip.2009, w Bez kategorii

            Psy
krążyły wokół niego prawie całą noc, ujadając, szczekając, wściekając się, acz
bały się zbliżyć. Tym razem nie odgradzała ich żadna kamienna granica, a
niewidzialna strefa rozchodząca się wokół skupionego na modlitwie kapłana.
Montolio nie podzielał tej optymistycznej wiary w bogów, i gdy tylko zaczęło
się szczekanie, odleciał i przycupnął na którymś z drzew, gdzie czuł się
bezpieczniej.


            Świtało,
a psy nie dawały za wygraną. Ewidentnie naruszył ich teren, ale nie potrafiły
się zbliżyć. Magiczna moc sprawiała, że coś je odstraszało, gdy podeszły za
blisko. Zupełnie jak wampiry  w Propolis.
Morrou czuwa nad swymi wiernymi i nie da
zginąć tym, którzy mu zwierzyli, przynajmniej nie całkowicie.


            W końcu,
tak jak przewidział, w lesie pojawiła się Banshee.


            Psy
natychmiast się rozbiegły. Zmęczony całonocnym czuwaniem kapłan przestał się
modlić, wstał z kolan, wytrzepał się i spojrzał na kobietę. Tym razem miała
zieloną skórę, wyglądała jak topielica.


- Powiew śmierci… – Wyszeptała i zaczęła się odwracać.

- Zaczekaj! – Zawołał.

            Banshee
zatrzymała się.


- Przewidujesz śmieć, a nie ją sprowadzasz, prawda?
Potwierdź mi podnosząc rękę.


            Uśmiechnęła
się, ale podniosła rękę.


- Twój głos, on nie zabija, prawda?

            Nie
musiał nic mówić, znowu uniosła dłoń.


- Czy możemy porozmawiać? – Zapytał.

- Od tysięcy lat niczego innego nie pragnę – stwierdziła.
– Boją się mnie, boją się mego głosu, bo gdy przemówię, ktoś ginie. Mam dar
mowy, tylko gdy wyczuwam śmierć… Wszyscy o tym wiedzą i się boją, a ja
mogłabym pomóc im się przygotować.


- Wiesz, kto dziś zginie?

- Sherstock. Gerot Sherstock, niebawem, w drodze do domu
Samuela. – Odpowiedziała. – Więcej szczegółów?


- Skąd to wiesz? I czym lub kim jesteś?

- Jestem Banshee. – Powiedziała, a potem parsknęła
śmiechem. – Nigdy o mnie nie słyszałeś?


- Przyznam szczerze, że tej legendy nie znałem. –
Potwierdził kapłan.


- Legendy? Mogłabym powiedzieć, że żyję, albo że jestem
materialna, ale nie byłoby to zgodne z prawdą. Stoję tu przed tobą i nadal
twierdzisz, że jestem legendą? – Mówiła jak najęta, gdy już zaczęła, sama sobie
odpowiadała na pytania. – Jak widać nie jestem. Ale ty, powinieneś wiedzieć,
kim jestem. O tak, powinieneś to wiedzieć, czego was teraz uczą? Bzdur pewnie,
skoro zapominacie od podstawowych prawdach wiary.


- Twoja obecność ma związek z Księgą Makr?

- Księga Makr. – Roześmiała się. – Tak, oczywiście. Gdyby
nie ona, nie byłoby mnie tutaj. Ciebie zresztą również. Ani tych drzew, ani
tego gwarka, ani tych psów, ani tej osady. Bez Księgi Makr nie było niczego,
nie byłoby Miscle. Pewnie istniałyby inne światy, ale to jest poza naszym
pojęciem. Jednak w Księdze Makr nie ma o mnie specjalniejszej wzmianki niż o
tobie, nie wynikam ze stworzenia, nie jestem jej strażniczką, ale mówiłam ci,
ty powinieneś wiedzieć kim jestem.


- Nieumarłą… – Wyszeptał.

- Nieumarłą. Nieżywą i nieożywioną. Nigdy nie byłam żywa
i nigdy nie będę martwa. – Stwierdziła. – Nie pochodzę z tego świata, jestem
niczym wolny duch z Panteonu, który jakimś cudem przedostał się na plan
egzystencjalny.


- Dlatego przeczuwasz śmierć. Widzisz otwierające się
przejścia… – Wymamrotał.


- Dokładnie. Widzę duszę, która już podświadomie wie, że
zbliża się do swego kresu podróży. Rankiem dusza Gerota, gdy jeszcze spał,
uświadomiła sobie, że może wyjść z ciała, spodobało się jej to. Tyle, że nie
wie, że nie ma sił, by pozostać na Miscle bez więzów łączącym ją z ciałem.
Burmistrz obudził się dziś rano, pamiętał dziwny sen, że wyszedł sam z siebie,
że widział swoje ciało. Nie wiedział, co to znaczy. Nie zaprzątał sobie tym
głowy. Gdy jadł śniadanie, poprosił żonę o dodatkową porcję jajecznicy, którą
tak lubił. Pragnął jej zjeść więcej, jakby miał wrażenie, że może jej
skosztować ostatni raz. Gdy będzie wychodził z domu, pożegna się z żoną i z
dziećmi czulej niż zwykle, nikt jednak tego nie zauważy, aż do jego śmierci. Wtedy
przypomną sobie o tym, jego żona odczyta to jako jego ostatnie pożegnanie, na
którym mu zależało. Nie będzie rozumiała, tego co zaszło, acz uzna, że Gerot
podświadomie przeczuwał swoją śmierć. Jego dusza już do tego dąży, poznała
wolność, nie chce mieszkać już w jego ciele, nie chce być nim związana. Pragnie
być bezwolnym duchem, ale jest w nim jeszcze konflikt, przywiązanie do
cielesności i przedziwne uczucie wolności.


- No, to ładnie… – Nie mógł uwierzyć Shivan. – On wyjdzie
i zginie, czy ktoś go zabije? Albo coś? Wypadek?


- Mówiłeś, że nie chcesz szczegółów. – Stwierdziła. – Ale
powiem ci tylko, że nie umrze z własnej woli.


- Zatem – wtrącił się jej zanim zaczęła dywagacje – nasz los
jest z góry określony? Byliśmy predestynowani by odnaleźć Księgę Makr? – I niezależnie, co zrobimy i tak się stanie,
co ma się stać?


- Zbyt mało rozumiesz czas i miejsce. Twój elfi umysł nie
potrafi tego pojąć. – Mówiła Banshee. – Dla ciebie, chwila obecna to dokładnie
jeden ulotny moment. Z mojej perspektywy, z perspektywy wieczności, godzina czy
dziesięć dni nie ma żadnego znaczenia. Niektórzy z waszych magów zajmowali się
teorią faktologii, potrafili łączyć przyczynę i skutek, określając tym samym
przyszłość, ale i przeszłość. Mają jednak o tym blade pojęcie. Śmierć Gerota
nie wynika z tego, że będzie on w określonym czasie w określonym miejscu, w grę
wchodzi cała masa innych zmiennych, w tym wyborów, które podjął sam burmistrz.
On określił miejsce, jego dusza już o tym wie, ale do niego samego jeszcze to
nie dociera.


- Skoro przyszłość nie jest jasno określona, mógłbym go
uratować? – Zapytał Shivan.


- Możesz spróbować. – Westchnęła. – Możesz dokonać
wyboru, który zmieni inne wybory, ale czy go uratujesz, tego nie możesz być
pewien. Jeśli spróbujesz, nie skończymy tej rozmowy…


- Musiałbym biec już teraz? – Zastanawiał się. Z każdą chwilą coraz bardziej odpowiadam za
śmierć burmistrza. Ale czy mogę za nią odpowiadać?


- Ale tego nie zrobisz, ciekawość jest większa. –
Stwierdziła. – Po części to słuszna decyzja, możesz mu dodać kilka godzin
życia, ale czy powstrzymasz nieuniknione? Nie rozumiesz pojęcia czasu, pojęcia
wolnej woli, dlatego, nie potrafisz działać skutecznie.


- A ty potrafisz? – Zapytał. – Po, co mówisz, skoro
śmierć jest nieunikniona.


- Nie słuchasz. Miałeś wybór, mogłeś ocalić Gerota, ale
wolałeś tu zostać i mnie słuchać. – Stwierdziła. – Tyle, że pewnie i tak byś
nie wiedział jak go ocalić. Wolałeś zostać i dowiedzieć się czegoś o sposobach
ocalenia innych, ale nawet nie masz pewności, czy się spotkamy. Czy będziesz
miał podobną szansę kiedykolwiek, prawda?


- Ja, pewnie nie. Ale inni, będę nauczał o Banshee w moim
zakonie. – Obiecał.


- Dobrze, bo od setek lat zapomnieliście o moim
istnieniu, o istnieniu podobnych do mnie. Potem twierdzicie, że jestem legendą,
tylko dlatego, że nie mogę stwierdzić, że jestem z krwi i kości. – Znów się
zaśmiała.


- Skoro dusza wie o śmierci, podoba jej się wolność,
czemu umierający tak się boją przejść na drugi świat? – Zapytał.


- A ilu z nich wierzy w niego naprawdę? Druga sprawa to
kwestia przywiązania i przyzwyczajenia, jesteście jak dzieci, które nagle są
rzucone na głęboką wodę, bez deski. Nawet nie zdają sobie sprawy, że wiele lat
nauki pływania, nie poszło na marne, że świetnie się czują w wodzie.
Rozpaczliwie starają się dopłynąć do brzegu, dopiero potem zdając sprawę ze
swego wyczynu. – Mówiła. – Tak samo jest ze śmiercią i odrzuceniem ciała,
trudno wam to zrozumieć, póki zbyt mocno jesteście do niego przywiązani. Jak
dzieciak do deski. Nie wierzy, że umie sam pływać. Potrzebuje przedmiotu, który
pomoże mu zachować wyporność, swoistego panaceum.


- Mam też pytanie o Morroua, czy akceptuje twoje
istnienie.

Parsknęła śmiechem.

- Naprawdę musicie się jeszcze dużo nauczyć i jeszcze
więcej sobie poprzypominać. Tę wiedzę zdobądź sobie sam, względnie dojdź do
niej. Skoro Morrou jest panem życia i śmierci, to czy ktoś, kto nie byłby w
jego łasce mógłby widzieć umierających? Chyba, że byłaby to kara? Ale to nie
jedyne możliwości.


            Zamyślił
się na dłuższą chwilę, Banshee też nic nie mówiła. Potem tylko pokazała palcem
na usta, wskazując, że zbyt długo nie było rozmowy, straciła dar głosu,
przynajmniej do czasu, gdy ujrzy kolejną duszę szykującą się do opuszczenia
swego ciała.


            Niebawem
rozpłynęła się w lesie, prawie jak Widmo, czy jakikolwiek inny niematerialny
byt.

Komentowanie nie jest możliwe :, , więcej...

CDXXXII.

przez , 01.lip.2009, w Bez kategorii

            Spali na
zmianę, ktoś cały czas pozostawał na warcie. Nie było sensu ryzykować, słowa
Owyna, choć wypowiadane szczerze, niekoniecznie musiały być wiarygodne. Na
szczęście jednak miał rację. O świcie psy znudziły się ujadaniem i odeszły.


            Jedynie
starzec spał spokojnie, gdy rano się obudził, był rześki i gotów do swej pracy.
Zabrał się za robienie śniadania.


- Po co elfy do mnie przyszły? Łosiemset lat żyłem bez
nich i był spokój, przyszły i jest spokój, dziwne to jakieś. Cholibka, po co
one przyszły?


- Szukaliśmy mędrca. – Rzucił od niechcenia Kisjevczyk.

- A mędrca elfy szukały. No popatrz. Tutaj? No to chyba
mnie, ale czy na pewno? Od łośmiuset lat nikt mnie nie szukał… Mędrca
powiadacie… – Starzec zamyślił się, co zajęło mu trochę w końcu ryknął. – Za dwa
lata koniec świata!


            Shivan,
Erlan i Dyzio popatrzyli się na siebie, a potem pożegnali z Owynem i ruszyli z
powrotem do Sherstock Woods. Tym razem droga była trudniejsza, bo pod górę i
choć nie padało, jednak błoto, zmęczenie i obawa, że nie zdążą przed zmierzchem
robiła swoje.


            Gdy już
w końcu dotarli do miasteczka natychmiast udali się do Gerota. Burmistrz
zdziwiony przyjął ich ponownie w swoim domu i znów zaproponował coś do
zjedzenia lub picia o ile za to zapłacą.


- O co chodzi z tym Owynem? – Zapytał Shivan. – Sam go
tam umieściłeś. Znajduje się tam też wiele ciał innych.


- Jonathan twierdzi, że w Sherstock Woods mieszka dwa
razy więcej osób, niż nam powiedziałeś. – Dodał Erlan. – Możesz to wytłumaczyć?


- Co robicie, gdy ktoś złamie zakaz kazirodztwa? –
Zapytał Dyzio. – Czy ci, którzy to zrobią, poniosą jakieś konsekwencje?


- Nie wszyscy na raz. – Mówił Gerot starannie zamykając
drzwi, upewnił się, że nikt ich nie podsłuchuje. – Może zacznę od końca. Nie,
nie mamy żadnych kar, znaczy jako Sherstock Woods, bogowie zsyłają nam Banshee,
która kontroluje psy. To jest kara, ale przez nią większość ludzi, zwłaszcza
zdeformowanych, ukrywa się w swoich domach. Co tam robią, nie wiem. Nie mamy
żadnej listy. Nawet jak sprawdzicie w rocznikach, zapisujemy tam tylko
urodzenia i śmierci normalnych osób, względnie tych, które wyglądają na
normalne. Pozostaje więc już tylko kwestia Owyna. Tak, to nasza legenda.
Przecież mówiłem wam, że będziecie nim rozczarowani, nie wierzyliście mi.


- Trudno czasem ci wierzyć. – Stwierdził kapłan. – Już kilka
razy, nie powiedziałeś nam całej prawdy.


- Nie kłamałem, nie o wszystkim tylko pomyślałem. –
Skłamał Gerot.


- Mógłbym się z tym kłócić, acz pozostańmy na twoim. –
Rzekł Shivan. – Owyn?


- Od dawna musieliśmy walczyć z psami, gdy pierwszy Owyn
osiadł w lesie, problem z nimi się skończył. – Mówił Gerot. – One muszą kogoś
pilnować, wtedy są spokojniejsze. On je odciągał od Sherstock Woods, dlatego
wyznaczaliśmy mu następców. Wielu następców.


- Tyle, że to nie zawsze działa, prawda? – Zapytał Kisjevczyk.

- Banshee, gdy ona się pojawia, psy nadal pilnują Owyna,
ale jest ich więcej i atakują innych w okolicy. Więcej nie wiem, naprawdę.
Dlatego trzeba koniecznie pozbyć się Banshee. Ona odpowiada za psy.


            Podziękowali
mu i wyszli na zewnątrz. Powoli zbliżał się wieczór. Skierowali się więc ku
zajazdowi Jonathana, ale kapłan zatrzymał się.


- Dziś nie pójdę tam z wami. – Stwierdził. – Muszę
znaleźć Banshee.


- Myślisz, że ona za to odpowiada? – Zapytał Dyzio.

- Wątpię. Ale może zrozumiem, co jeszcze ukrywa przed
nami Gerot. Poszukajcie mnie rano, mi psy nic nie zrobią. Zastosuję tę samą
sztuczkę, którą zrobiłem z wampirami. – Powiedział Shivan.


- A ja chyba mam rozwiązanie. – Rzekł Erlan, oczywiście
nawet nie zwracając uwagi na Kisjevczyka. – Jest jeszcze jedna rzecz, która się
działa w czasie, gdy atakowały ich psy. Zawsze działo się to po rozbudowaniu
Sherstock Woods. Zanim się rozejdziemy, chciałbym byśmy sprawdzili jedną rzecz.
Szukam głazu, który postawił Bergon.


            Zajęło
im to chwilę, nim znaleźli stary, porośnięty mchem kamień, na którym wyryto
napis Sherstock Woods. Zaiste znajdował się dokładnie przy granicy opuszczonych
domów. Obok niego było kilka mniejszych kamieni, wytyczających oryginalna
granicę osady.


- Ściemnia się. – Rzekł Shivan. – Wracajcie do zajazdu,
rano jak mnie odnajdziecie, sprawdzimy, czy w tych domach nikt nie pomieszkuje.


- Te kamienie są ułożone prawie tak samo jak nagrobki
przy domku Owyna. – Zauważył Dyzio.


- I tak samo działają, dopóki granica jest respektowana.
Przez obie strony. – Stwierdził kapłan, a potem ruszył szybkim krokiem w las.

Komentowanie nie jest możliwe :, więcej...

CDXXX.

przez , 30.cze.2009, w Bez kategorii

            Droga,
którą wskazał im Gerot wiodła przez las, w dodatku musieli schodzić ze
spadzistego zbocza, co skończyło się właściwie zjazdem na tyłku, zwłaszcza, że
przez wciąż kropiący deszcz i błoto, wszędzie było ślisko.


- Jedno mnie zastanawia – rzekł Dyzio otrzepując się z
brudu. – Nie myśleliśmy nad powrotem, prawda?


- Psy? – Zapytał Shivan. – Na szczęście, nie chodzą po
drzewach.


- W teorii po dachach również.

- Tyle, że na dach, można wskoczyć, zwłaszcza jak masz
głupio ustawione skrzynie czy drabinę. – Mówił kapłan. – Skoro Owyn tu żyje,
może powie nam dlaczego nie atakują go psy. To już będzie postęp.


- Ale mnie bardziej chodziło o powrót na Narshę, jak już
znajdziemy ten pamiętnik Landa, no i Księgę Makr. – Mówił Kisjevczyk. – Mam
wrażenie, że niebawem coś się skończy. Patrząc po Sherstock Woods, wiem, że w
Al’Hadzie będzie jeszcze gorzej, a w Dzigbadzie znajdziemy coś, co jest trudne
do zrozumienia, coś tak okropnego, że całe go kazirodztwo to pestka. 


- Chwilowo, dzięki Rodrykowi, plan powrotu jest chyba
jeszcze ciekawszy. O ile Narsha jeszcze istnieje. – Zauważył Shivan.


- Hahaha! – Roześmiał się Montolio.

- Burmistrz nie odpowiedział na twoje pytanie – zmienił
temat Erlan, oczywiście lekceważąc Dyzia. – Nie mówił nic, o tym, czy nadal
dochodzi do kazirodztwa. Zbył nas tylko tym, że zakazano się wiązać i że kiedyś
tak się działo.


- On na wiele rzeczy nie odpowiada wprost. Kto kłamie ten
i kradnie, jak mawiał Clem. – Powiedział kapłan. – Gerot mówi dużo, ale
niekoniecznie prawda zawarta w jego słowach pokrywa się z ich znaczeniem.
Myślę, że wiele zrozumiemy, jak odnajdziemy Owyna. A co do burmistrza, dziwne,
że jeszcze się nie zorientowali, że kary za kazirodztwo nie uniknie ten, kto
obcuje z kimś z bliskiej rodziny, twierdząc, raczej, że to kara nałożona na
społeczność. To raz. A dwa, zakaz wiązania się to jedno, ale czy gwarantuje on,
że nie takich zbliżeń i dzieci z nich? Jeśli tak wielu mieszkańców jest
pozamykanych w domach, wiemy już dlaczego, to tam degrengolada może następować
o wiele bardziej niż nam się wydaje, niż Sherstockom się wydaje.


            Dalej
szli w milczeniu, dość długo przedzierając się przez las. Powoli zaczynali się
niepokoić, albowiem zbliżał się wieczór, a oni cały czas tkwili w lesie. Lada
chwila mogły pojawić się tu psy.


            W końcu
ujrzeli mały, drewniany domek pośród drzew, otoczony był on kamiennym kręgiem
zbudowanym z kamieni przypominających nagrobki, a w środku jakiś starzec rąbał
drzewo.


- Owyn? – Krzyknął kapłan.

            Mężczyzna
zdziwił się. Odrzucił siekierkę i się rozejrzał, w końcu ujrzał, gości.


- Cholibka, a co to, elfy? W lesie?! Nie do wiary! Nie do
wiary! – Mówił.


- Możemy zająć chwilę? – Pytał Shivan.

- Elfy? Elfy zajmą mi chwilę, co to będzie? No nie wiem,
ale gadać z elfami? Kto to widział?


- Czy on jest normalny? – Zapytał pod nosem Dyzio.

            Shivan
przeszedł przez krąg.


- Krążą wieści, żeś Owynie dożył ośmiuset lat.

- Nie może być… – Zdziwił starzec. – Musiał, żem zgubić
rachubę. Cholibka, cholibka, łosiemset?


- W jednym Gerot miał rację, jestem rozczarowany. –
Stwierdził Erlan.


- Ach, Gerot, jakżem ostatnio go widział, nie miałem
siedemdziesięciu lat. – Odrzekł Owyn. – to Gerot jeszcze żyje? Cholibka,
łosiemset lat, stary jest.


- Psy… – Wymamrotał Dyzio.

            Kilka
psów pojawiło się między drzewami i zaczęły biec w ich kierunku. Erlan
przeskoczył przez krąg, a Kisjevczyk wyciągnął swą kuszę.


- One szczekają. – Rzekł Owyn.

- Na prawdę? Nie może być… – Irytował się Erlan. –
Elfickie psy miauczą.


- Łosiemset lat żyje i o tym nie wiedziałem… –
Ekscytował się starzec. – Te psy tutaj, szczekają, ale nie wchodzą…


- Przejdź przez krąg! – Rozkazał Shivan.

- Po co? – Zapytał Kisjevczyk, który właśnie ustrzelił
jednego z psów.


- Przejdź!

            Nie
myśląc dalej, wykonał polecenie.


            Psy
niebawem podbiegły pod krąg. I zatrzymały się. Nie atakowały, mimo, że Ulos już
zaszło. Stały wokół kamieni, ujadały, ale nie ośmieliły się przejść.


- Jakaś magia je powstrzymuje. – Stwierdził Erlan. – Coś podobnego,
co czułem w Rotacie.


            Zostawił
wszystko, nie zważając na starca, wszedł do środka domku i zaczął rozrzucać
rzeczy, a potem zrywać podłogę.


- Łosiemset lat, a elfy za grosz szacunku nie mają. –
Lamentował starzec.


- Tylko Mroczne. – Poprawił go Dyzio.

- Zamknąć się. – Ryknął mag. – Chyba znalazłem Owyna.

            Kapłan i
Kisjevczyk natychmiast wbiegli do środka. Pod podłogą znajdował się stary grób.


- Więc on nie żyje ośmiuset lat? – Zapytał sam siebie
Dyzio.


- Nie. A te nagrobki wokół domu to… – Mówił kapłan.

- Kolejne inkarnacje Owyna. – Stwierdził Erlan. –
Ciekawe, czy Gerot o tym wie.


- Z pewnością. – Rzekł Shivan. – Kto cię przyprowadził na
to miejsce? – Zapytał starca.


- Ale to było łosiemset lat temu! – Mówił zwariowany
Owyn.


- Pamiętasz, kto to był, prawda? To był burmistrz Gerot?

- Tak. – Potwierdził starzec. – Powiedział mi, żebym
pilnował tego miejsca i psów, i że odtąd nie nazywam się James tylko Owyn.


            Kapłan
spojrzał na starca. Kolejna ofiara
Sherstock Woods, tak pozbywają się szaleńców, oni zezwalają na związki
kazirodcze, bo potrzebują kolejnych Owynów, tylko po co? Burmistrz wiedział, że
to odkryjemy, gdy tu przyjdziemy, tylko potrzebował czas na uporządkowanie
dowodów, względnie na wymyślenie nowego kłamstwa. Zastanawiam się, który z
braci Sherstocków jest tym gorszym.

Komentowanie nie jest możliwe :, więcej...

CDXXIX.

przez , 29.cze.2009, w Bez kategorii

            Nad
ranem wpierw wraz z Jonathanem szczelnie zabili okno.


- Macie szczęście, że psy się nie dostały do środka… –
Mówił karczmarz. – Zagryzłyby was. – Potem
pewnie i nas.
– Co za jełop rozwalił tę deskę. Same zazwyczaj nie próbują
się dostać do domostw, albo jeszcze się tego nie nauczyły.


- Tamten. – Wskazał Dyzia Erlan. – Ale na szczęście
panie, opanowałem sytuację.


- I tak żniwo śmierci tej nocy było spore. Skurwiele
zagryzły dwanaście osób.


- Dwanaście? – Zdziwił się Kisjevczyk. – Tylko jedna
wyszła na zewnątrz…


- Jedenaście było w środku. – Mówił barman.

- To dość spora rodzina. – Westchnął elf. – Kto by
pomyślał.


- Chyba nadal wszystkiego nie rozumiecie. – Rzekł Jonathan.
– Ale nie mnie wam o tym mówić. Cóż, są pewne mroczne sprawki o których lepiej
nie wiedzieć. Pójdźcie jednak po rozum do głowy, ile według was jest osób w
Sherstock Woods? Ilu mieszkańców?


- Ze stu pięćdziesięciu, nie więcej niż dwustu. –
Stwierdził mag.


- Gówno prawda. – Parsknął Sherstock. – Jest nas ponad
sześćset osób.


- Sześćset!? – Zdziwił się Kisjevczyk. – Nie widać tyle,
gdy się chodzi po okolicy.


- Właśnie. Większość przebywa w domach, nie pokazuje się.
Ale i tak nadto wam powiedziałem.


            Gdy
skończyli przybijać deskę zeszli na śniadanie, tam dołączył do nich Shivan,
który pomógł mieszkańcom grzebać zmarłych, a raczej resztki, które po nich
pozostały.


            Jedli w milczeniu,
choć kapłan trochę dziwnie patrzył się na dziecko Praxei, zwłaszcza na jego
uszy. Jak już się najedli, wyszli na zewnątrz.


- Ile osób zabiły psy? – Zapytał Kisjevczyk.

- Dwanaście. – Odrzekł kapłan.

- Ta osoba, która wybiegła i krzyczała, ona była szalona,
prawda? – Dopytywał Dyzio.


- Tu święci się coś więcej niż tylko te psy. – Stwierdził
Shivan. – Niektóre z pozostałości ciał, były zdeformowane, jakby oni mutowali.


- Co? – Zdziwił się Erlan. – Dlatego patrzyłeś na to
dziecko? Ono ma elfie uszy, to nie ulega wątpliwości.


- Może dlatego większość z nich podchodzi do niej z takim
obrzydzeniem, urodziła zdeformowane dziecię i wszyscy znają źródło tej
deformacji… Spójrzcie. – Kapłan wskazał im palcem jeszcze jedno dziecko,
które biegało sobie po dworze. Wyglądało prawie normalnie, poza tym, że jego
dłoń składała się z sześciu palców.


- O kurwa… – Wymamrotał Kisjevczyk. – Co to plaga
jakaś?


- Gerot będzie nam musiał podpowiadać na pytania. –
Westchnął Shivan.


            Burmistrz
jednak kazał na siebie czekać. Jego żona zaproponowała im coś do picia,
oczywiście odpłatnie. On sam zjawił się dopiero po kilku kwadransach.


- I co, znudziło wam się czytanie ksiąg? – Zapytał.

- Ile osób mieszka w Sherstock Woods? – Zadał pytanie
Erlan, od razu przechodząc do rzeczy.


- Nie wiem dokładnie… – Kłamał Gerot. – Musiałbym policzyć.
Teraz rachunki trochę się zmieniły.


- Odejmowanie dwunastu nie jest trudne, jak coś mogę
pomóc. – Mówił elf.


- Spis robię raz w roku… Teraz ze względu na wojnę i
uchodźców, nie jestem w stanie podać dokładnej liczby.


- Orientacyjna powinna starczyć. – Rzekł Erlan.

- Trzysta osób. – Rzucił burmistrz. – Widać trochę mniej,
starzy i schorowani boją się psów, nie wychodzą na zewnątrz, dzieci także
niejednokrotnie trzymane są pod kluczem.


- A co możesz powiedzieć o Owynie? – Zapytał Shivan.

- Nie wiem, czy istnieje. – Odrzekł Gerot. – Był jakiś
stary dziwak, ale nic więcej.


- Trudno się pomaga komuś, kto sam w tym przeszkadza. –
Powiedział kapłan. – Dobrze by było panie burmistrzu, aby w końcu był pan z
nami uczciwy. Widzieliśmy zdeformowanych, jest ich więcej niż oficjalnie się
podaje, prawda? Wiemy też, że możesz nam powiedzieć jak skontaktować się z
Owynem. No i o tym, że twój brat wrócił.


- Clem tutaj? – Zdziwił się Gerot. Na jego twarzy szybko
pojawił się także niepokój. Czego on
chce?
– Wygląda na to, że mnie złapaliście. Mój brat miał kiedyś takie
powiedzenie, kto kłamie ten i kradnie. Postaram się trochę naprostować moje
niedomówienia. Faktycznie, to co ukrywamy w Sherstock Woods to nie tylko plaga
psów, ale i przekleństwo. Bardzo wielu z nas mutuje, nie wiemy dlaczego.
Śmiertelność wśród niemowląt jest spora, ci którzy dożywają, często nawet jak
nie mają jakiś dodatkowych narządów zewnętrznych czy deformacji, są psychicznie
chorzy. Ze względu na psy, ale też i handel staramy się ich trzymać w domu. U
mnie na szczęście nikogo nie ma chorego, może dlatego, że będąc młodym
wyjechałem z Sherstock Woods, dopiero po jakimś czasie wróciłem, już wraz z
żoną i dziećmi. Bałem się klątwy tego miasteczka, nigdy nie współżyłem tu z
żoną. Nigdy.


- A z kim? – Zapytał Shivan.

            Erlanowi
opadła szczęka, Gerot był zmieszany, a Dyzio nie mógł uwierzyć w to co
usłyszał.


- O kurwa… – Wyszeptał tylko.

- Źle zadałem pytanie. – Poprawił się kapłan. –
Kazirodztwo. Nie koniecznie chcę znać szczegóły pańskiego pożycia, ale
zastanawia mnie, czy do podobnych przypadków dochodziło w tej społeczności.


- Ręką można się zaspokoić, może nie ma intymności, ale
co wam będę mówił. W każdym razie dzieci z tego nie będzie. – Stwierdził burmistrz.
– Kazirodztwo, z tego co wiem, to zdarzyło się kilka takich przypadków. I to od
samego początku. Bergon, który założył tę osadę, współżył ze swoimi siostrami, nie
miał żony. Byli uchodźcami, w Irelnii wtedy szalały pogromy wyznawców Roknarda…


- Bóg złodziei. – Wtrącił się Shivan.

- Oraz sekty wyznawców Marenama, która na nowo zaczęła
nauczać jego starożytne prawa. Obie grupy były linczowane, wieszane i
mordowane, w końcu dano im szansę, albo się nawrócą, albo opuszczą Irlenię. I
opuścili. Sherstock Woods założyło pięć osób, Bergon i jego cztery siostry. Nie
mieli ze sobą niczego, nie znali języka, byli obcy, wylądowali na tej obcej
ziemi ogarniętej wojną.


- Wojną? – Zdziwił się Dyzio. – Nie ma o tym nic w
waszych kronikach.


- To bardzo dobra ziemia, czemu zatem nie było tu Arabów,
nim pojawili się uchodźcy Irleńscy? Nie dziwi was to? Irleńczycy starali się za
wszelką cenę zbudować własną państwowość, gdy tu przybyli i zaczęli się
osiedlać wpierw przepędzili rdzenną ludność, potem rozpierzchli się po całym
terenie, tak by każdy mógł zgarnąć coś dla siebie. Kawałek ziemi. Bergon
Sherstock i jego siostry, jedyna rodzina, która mu pozostał, zrobili dokładnie
to samo. Udali się w las i zbudowali dom. Nie wiem dokładnie, mogę zgadywać,
ale z pierwszą z sióstr Bergon chyba przespał się w chwili słabości. Miał
wszystkiego dość, w ten sposób się pocieszył, potem weszło mu to w krew. Tak
powstały dzieci…


- Dobrzy bogowie… – Westchnął Shivan.

- Ale to nie jest najgorsze. – Kontynuował Gerot. –
Bergon miał dwóch synów i kilka córek. Owyn faktycznie odszedł gdzieś, Joshua
po śmierci ojca był jedynym mężczyzną w Sherstock Woods. I zapłodnił wszystkie
kobiety, w tym swoje ciotki i matkę.


- Obrzydliwość… – Stwierdził Dyzio.

- A mówią, że Mroczne Elfy to zaprzeczenie natury, chyba
o Sherstockach nie słyszano. – Dodał mag.


- Owyn był pierwszym, który ostro skrytykował ten
proceder. Po śmierci Joshuy wszystko się normowało, młodzi wiązali się w pary,
ale sami wiecie, linia pokrewieństwa była zbyt duża, nie spodobało się to
bogom. W końcu zaczęły się mutacje, szaleństwa i deformacje. Nie potrafimy temu
zapobiegać. Od lat nie można się wiązać z kuzynostwem trzeciego stopnia, ale
kara za występki naszych przodków nieustannie nas dosięga. Dwie trzecie
rdzennych mieszkańców Sherstock Woods – mówił burmistrz – jest… – Westchnął. –
Zdeformowana. Skaza chaosu, jak mówią niektórzy. Nie dziwcie się, że chcemy to
ukryć.


- Myślę, że teraz powinniśmy się udać do Owyna. –
Stwierdził kapłan.


- Będziecie nim mocno rozczarowani. – Rzucił smutno
Gerot, a potem wskazał im drogę.

Komentowanie nie jest możliwe : więcej...

CDXXVIII.

przez , 28.cze.2009, w Bez kategorii

            Wieczorem w zajeździe sytuacja wyglądała dokładnie
tak samo jak poprzedniego dnia, z tą jedną różnicą, że ze względu na burzę
wcześniej słychać było dźwięk dzwonu. Znów osiłek szczelnie zamknął wszystkie
drzwi i okna, a reszta dygotała się ze strachu.


- Nikt dziś nie słyszał głosu Banshee – powiedział głośno
Jonathan, chcąc uspokoić resztę.


- Może ma chrypkę. – Rzekł złośliwie Erlan. – To chyba
nic nie znaczy?


- Ależ znaczy. – Zarzekał się barman. – Banshee ostrzega
przed śmiercią, musi wydać wyrok, bez tego nie ma śmierci. Jak nie ryknie, to
jesteśmy bezpieczni, przez jeden dzień. Czasem zdarza się, że kogoś spotka i
coś powie, a inna osoba zginie w sposób naturalny, ale to rzadkość. Najczęściej
to psy zabijają, przynajmniej ostatnio.


- A skąd pewność, że nikt nie słyszał tej Banshee? –
Dopytywał elf.


- Każdy, kto ją spotka jest tak przerażony, że opowiada o
tym spotkaniu wszystkim innym.


- Aha. – Potwierdził mag. Albo oni żyją w takim strachu, że tracą rozum, albo ja przeżyłem
wystarczająco wiele, by nie przejmować się jakąś tam zjawą.


            Dyzio
tylko, co chwilę spoglądał na przyjaciela, jakby chcąc mu powiedzieć, by nic
nie mówił. Uznali, że szkoda jest straszyć ludzi innych, zwłaszcza, że nie
powinno się nic wydarzyć.


            Po
kolacji zabrali się do swojego pokoju, gdzie rozłożyli się na łóżkach.


- Może jednak powinni byliśmy im powiedzieć? – Pytał
Shivan.


- Wiesz, czym to by się skończyło. – Rzekł Dyzio. – Nie zmrużyliby
oka przez noc, a tu jesteśmy w miarę bezpieczni.


- Po co? – Odrzekł Erlan, całkowicie ignorując wypowiedź
Kisjevczyka. – Nie potrzeba nam bandy ześwirowanych patałachów, lękających się
nocy i psów.


            Kapłan
nic nie odpowiedział. Niemniej jednak mam
wątpliwości. Kim dokładnie jest Banshee? Skąd ona może wiedzieć, że ktoś umrze,
a ktoś nie? Czy może tak sobie wchodzić w domenę Morroua, mego Pana? Mam tylko
nadzieję, że w nocy nikt nie wjedzie do Shertock Woods.


            Nim
zasnęli słyszeli ujadanie psów na ulicach, no i deszcz, który choć trochę
przepędził zwierzęta. Pewnie gdzieś się pochowały, pod dachami, by nie moknąć.


            Dopiero
w środku nocy obudził ich krzyk. Ktoś wyszedł na zewnątrz. Wydzierał się, choć
jego słowa były bez składu i ładu. Nie jak pijany, a raczej upośledzony.
Opuścił domostwo i wyszedł mimo psów. Niestety przez zabite dechami okna nie
było nic widać. Rozbudzeni, trochę się denerwowali, w końcu Dyzio wziął swój
miecz i zaczął podważać jedną z desek.


- Będziemy coś widzieć, a psy nam nie zagrożą. –
Tłumaczył.


            On sam
przez szczelinę nie widział właściwie nic. Błona w oknie utrudniała widoczność,
chmury zaś zaciemniały wszystko. Jedynie elfy widziały, mężczyznę, którego
otoczyły psy. Wydzierał się, w trudnym do zrozumienia języku. Psów było coraz
więcej, nie ujadały, czekały. W końcu rzuciły się na niego. Krzyk człowieka się
zmienił. Teraz nie były to lamenty wznoszone ku niebu, a rozpacz, ból, agonia i
powolna śmierć. Zwierzęta go gryzły nieustannie. Atakowały i atakowały. Padł na
ziemię, zwijał się z bólu, krwawił. Wataha psów nie dawała jednak za wygraną,
zagryzała swoją ofiarę. W końcu nie było słychać nawet szlochów. Mężczyzna
został zagryziony.


            Shivan
tylko pomodlił się za niego.


            Erlan
poszedł do swego łóżka. Może jednak
trzeba było powiedzieć, może jego rodzina by go przypilnowała?


            Dyzio
zastanawiał się nad jednym.


- Możecie sprawdzić, czy zamknął drzwi do domu z którego
wyszedł?


            Kapłan
spojrzał przez błonę. Psy wpierw zabiły mężczyznę, a teraz ich chmara wbiegła
do jego domu. Jeśli ktoś tam żył, nie przetrwałby nocy. Wieczorna śmierć, tak jak przewidziała. Panie, daj mi siłę i przyjmij
ich wszystkich w swoim królestwie.


            Odszedł
na swoje łoże, jedynie Kisjevczyk nie wiedział, co zrobić. Siedzieli tak przez
chwilę, nie mogli teraz zasnąć, czuli się winni. Ich milczenie przerwał dopiero
dźwięk spadających dachówek.


- Co to jest? – Zirytował się mag.

            Dźwięk
dochodził gdzieś z bliska, jakby z pokoju obok. Kapłan podszedł do szpary w
oknie i odskoczył. Przez błonę przegryzła się psia szczęką.


- O kurwa! – Ryknął Kisjevczyk wyjmując kuszę.

            Przeładował
ją i wystrzelił.


            Pies ze
skowytem spadł na ziemię.


            Ale były
inne, które coraz mocniej próbowały przedrzeć się przez otwór. Gryzły, drapały,
ujadały.


- Jeśli puszczę kulę ognia, rozwalę cały pokój, ale ich
się pozbędziemy. – Rzekł mag.


- Przydałaby się nam jakaś chmura na zewnątrz, która
broni przed wejściem do naszego pokoju – zasugerował kapłan.


            Erlan
szybko zaczął przeglądać swą księgę, potem podszedł do śpiącego Montolio i
wyrwał mu piórko. Gwarek wydarł się, a potem zaczął powtarzać wszystkie znane
sobie kwestie.


- Morrou umarł! Jest gorzej niż myślałem. Zabiję! Morrou
umarł. Jest gorzej niż myślałem. Ziarno. Ziarno! Ziarno! Łapska! Łapska!
Jesteśmy…


            Mag nie
wytrzymał i przepłoszył ptaka, który wzbił się w powietrze i latał po pokoju,
tym razem cicho.


- Przepraszam, potrzebowałem jednego składnika. – Rzekł.

            Psy cały
czas próbowały przedostać się przez szparę, deski nad nią i pod nią powoli
zaczynały pękać. Erlan przygotował spokojnie czar, wokół jego rąk stworzyła się
ciemnozielona chmura.


- Odsunąć się. – Rozkazał.

            Dyzio i
Shivan zrobili co kazał. Mag podszedł do szczeliny, psy zaczęły się wycofywać.
Skomlały. Elf wystawił ręce na zewnątrz, a chmura zaczęła rosnąć. Większość
psów pospadała, inne pouciekały szczekając.


- Co to jest? – Zapytał kapłan.

- Chmura kwasu, działa tylko na istoty żywe, które poza
mną mają z nią styczność. Bardzo nieprzyjemne. Powinno zatrzymać te sukinsyny. –
Roześmiał się.


            Potem wszyscy próbowali
zasnąć, ale tej nocy nie było to już tak łatwe.

Komentowanie nie jest możliwe :, więcej...

CDXXVII.

przez , 27.cze.2009, w Bez kategorii

            Wracając zauważyli, że drwale skończyli już pracę,
zostawili wszystko i wrócili miasteczka. Bali się psów. W pewnym momencie
dostrzegli kolejną zjawę, która objawiła się na ich drodze. Widmo Zmory, od
razu je rozpoznali.


- Gerot wie jak znaleźć Owyna. – Powiedziało.

- Czy tu odnajdziemy Księgę Makr? – Zapytał Shivan.

- Strzeżcie się psów, tej nocy będą po dwakroć
groźniejsze.


- Kim jest Banshee? – Zapytał Dyzio.

- Dlaczego one atakują? – Dodał Erlan.

- Odpowiedź o atakach już znacie, tylko jeszcze jej nie
skojarzyliście. Im szybciej do tego dojdziecie, tym mniej osób zginie.


            Po tych
słowach rozpłynęło się w powietrzu.


- Jak zawsze pocieszający i pomocny. – Westchnął ironicznie
Kisjevczyk.


- Skoro będą po dwakroć groźniejsze – zastanawiał się
głośno kapłan. – Znaczy, że doszło do jakiejś eskalacji przyczyny. Pytanie
tylko, czy ma to jakiś związek z nami?


            Nikt
jednak nie odpowiedział mu na to pytanie.

Gdy z powrotem dotarli do
Sherstock Woods, oczywiście względnym milczeniu, ściemniało się, głównie dzięki
burzowym chmurom. Większość mieszkańców już szczelnie zamykała swe domy,
ryglując okna i drzwi. Tylko nieliczni przechadzali się jeszcze załatwiając
ostatnie sprawy.

Jeden zarośnięty mężczyzna
przechodzący obok nich, ukłonił się nisko.


- Panowie przejazdem? Noclegu może potrzebują? – Zapytał.

            Dyzio
patrzył się na niego dziwnie. Przypomina
mi Clema.


- Clemens, mój przyjacielu, dobrze cię widzieć. –
Zaryzykował.


- O, to my się znamy? – Zdziwił się Sherstock. – Kiedy byliście
tu ostatni raz, musiało być to dawno, skoro was nie pamiętam.


- Głos ten sam, imię to samo, twarz bardzo podobna… –
Mówił Kisjevczyk.


- To nic nie znaczy, nie tutaj. – Dodał kapłan. – Nie wiesz
jak bardzo krzyżowali się wewnątrz rodziny, Gerot i Jonathan też są podobni,
może nie aż tak, ale nasz znajomy Clem zbyt często zmieniał swój wygląd, nie
wiemy nawet jak dokładnie wyglądał.


- Znacie innego Clema Sherstocka? – Zdziwił się
mężczyzna. – Może o kowala wam chodzi? Ale on jest – poklepał się po brzuchu – trochę
bardziej przysadzisty. Trudno mnie z nim pomylić. – Zaśmiał się.


- Wiesz, coś o złodzieju, który by się nazywał tak jak
ty? – Zapytał Erlan.


- Ale chodzi wam o Sherstocka, czy dokładnie o Clema
Sherstocka? – Pytał Clemens.


- Dobra, nie ważne, chyba się pomyliliśmy. – Powiedział kapłan.
– Przepraszamy bardzo, nocleg już mamy.


            Pożegnali
się i rozeszli swoją drogą.


- Mógłbym przysiąść, że to był Clem. – Westchnął Kisjevczyk.
– Nie wiem jak, ale czułem, że to był on.


            Elfowie
spojrzeli na niego, w końcu Erlan wybuchnął.


- Kurwa! – Ryknął. – Ten skurwiel gwizdnął mi sakiewkę!

- No to ładnie… – Dodał Shivan. – Clem we własnej
osobie… Nauczył się nowej sztuczki, nie może być.


            Mag
próbował znaleźć złodzieja, ale ten już zniknął w którymś z domów. Nie było po
nim ani śladu.


- Dorwę drania! – Wydzierał się Erlan. – Nim wyjadę z tej
pierdolonej wioski, to zlikwiduję skurwysyna! Albo sprawię by psy zagryzły
wszystkich Sherstocków!


            Nieliczni
mieszkańcy dziwnie na nich patrzyli.


- Musimy poważnie porozmawiać. – Stwierdził delikatnie
Shivan.


- Morrou umarł! – Wtrącił się Montolio.

- No to ładnie… – Wymamrotał kapłan.

            Clem stał na dachu
jednego z domów i ich obserwował. Raz
jeszcze nabrali się, nigdy się nie nauczą. Teraz jednak znajdują się w domenie
mojego mistrza, wątpię by to przetrwali.

Komentowanie nie jest możliwe :, , więcej...

CDXXVI.

przez , 27.cze.2009, w Bez kategorii

            Gdy wyszli od Gerota, rozpadało się. Choć nie byli
przygotowani na deszcz, cieszył ich, od dawna go nie widzieli. Odkąd opuścili
Stary Świat i zaczęli swą podróż po Arabii, wszędzie były tylko piaski, a burze
ograniczały się co najwyżej do wnoszenia tumanów kurzu w powietrze. Nie dało
się oddychać, trzeba było zamykać oczy. Tu w Sherstock Woods było inaczej,
normalniej. Krople uderzały o bruk, tworzyły kałuże. Całą trójkę ogarnęła
przedziwna radość, jakby wszystko wracało do normy, a deszcz zmył z nich
troski.


- Nie dziwię się, że tu chcieli tworzyć nową Irlenię. –
Rzekł mag.


            Następnie
skierowali się do lasu, szukając miejsca, w którym mieszkał Owyn. Nikt nie
potrafił im wskazać dokładnej lokalizacji, wszyscy mówili jedynie, gdzieś w
lesie.


- Zbyt długo przesiedzieliśmy u Gerota, – mówił Shivan. –
Nie zajdziemy dziś daleko, jeśli nie chcemy spotkać psów.


- Nie chcemy. – Rzekł Erlan. Raz wystarczy.

- Można by je wykończyć? – Zasugerował Kisjevczyk.

- Wiesz, co masz głupie pomysły, stary! – Zirytował się
mag. – Nie wiemy ile ich jest, bez tego bez sensu z nimi walczyć, zwłaszcza, że
nie wiemy, co lub kto nimi kieruje.


- Nie podnoś głosu jak mówisz do mnie. – Obraził się
Dyzio. – Możesz się ze mną nie zgadzać, ale są inne sposoby.


            Mag
próbował coś odpowiedzieć, gdy wtrącił się kapłan.


- Ciche dni, panowie?

- Zamknij się! – Zirytował się mag.

- Spierdalaj! – Dodał Kisjevczyk.

- No to ładnie. – Wyszeptał pod nosem Shivan, chwilę
potem Dyzio uderzył go w głowę.


            Dalej
szli w milczeniu, przedzierając się przez las. Nieopodal Sherstock Woods
znajdowała się leśna szkółka, drzewa były sadzone w rządkach, wszystkie pod
przyszła wycinkę. Dalej zauważyli drwali, którzy w pocie czoła pracowali,
pomimo strug deszczu. Kłody za pomocą koni zwożono do tartaku, gdzie
przerabiano je na deski. Jeszcze niedawno, był to główny towar, który kupowano
w Sherstock Woods. Drewno to posłużyło do budowania Al’Hady, Armengeru, Panico
czy nawet Dzigbadu, i zapewniało mieszkańcom całkiem dostatni żywot. Teraz
praca nie szła pełną parą, może i popyt istniał, ale obciążone obecnością
uchodźców miasta nie miały zbyt wiele pieniędzy na rozwijanie się. Nawet
bogatsi mieszkańcy woleli przeczekać. Zdawali sobie sprawę, że posiadanie
czegoś bardziej kuje innych w oczy teraz, niż kiedykolwiek wcześniej. Ci,
którzy o tym zapominali, najczęściej padali ofiarą złodziei, albo raczej
zdesperowanych uchodźców, którzy nie widzieli szans w znalezieniu uczciwego
zarobku. Tego było coraz mniej, a przybyszów traktowano coraz bardziej wrogo.
Nader wszystko bano się jednak Moredheli, którzy coraz śmielej poczynali sobie
w Arabii. Każdy wolał być gotów do szybkiego opuszczenia swego domostwa, byle
tylko ocalić życie swoje oraz swych bliskich. Niektórzy obwiniali uchodźców, że
to przez nich Mroczne Elfy robią się niebezpieczne, głównie dlatego, że łatwiej
było obwiniać tych, którzy nie mogli się bronić, niż prawdziwych sprawców.


            Ta
sytuacja sprawiła, że coraz mniej osób kupowało drewno, budowało się. Sherstock
Woods odczuwało to bardziej niż inne miejscowości, w końcu żyło głównie z
handlu drzewem. Owszem było tu też kilku rolników, ale ich plony nie
wystarczały dla wszystkich. Rok, dwa miasteczko jeszcze wytrzyma, ale jeśli
wojna potrwa dłużej, będzie trzeba je opuścić i szukać chleba gdzieś indziej.
Wszyscy o tym doskonale wiedzieli. Jedyną pociechą dla nich był fakt, że
mogliby się pozbyć tym samym groźby psów.


            Gdy cała
trójka szła dalej, zauważyła wiszące metalowe klatki zawieszone na kilku
pokaźnych drzewach.


- Co to? – Zdziwił się Dyzio. – Ptaki jakieś hodują?

            Erlan
popatrzył się na Kisjevczyka i jedynie uśmiechnął pod nosem. Nie miał zamiaru
odpowiadać.


- To nie na ptaki. To na przestępców. – Wytłumaczył Shivan.
– W Starym Świecie ten zwyczaj nie jest praktykowany. Tam mamy, albo mieliśmy
katów.


- Bardziej mi na więzienie wygląda. – Mówił Dyzio.

- W pewnym sensie tak. Delikwenta zamykano w klatce i o
niego nie dbano. Nie pojono go, nie karmiono. Umierał z głodu i pragnienia.


- Obrzydliwe. – Westchnął Kisjevczyk spostrzegając
szkielet w jednej z klatek. Zmarnowany leżał oparty o wejście, jakby próbował
się wydostać. Kości rąk i nóg wystawały przez otwory klatki.


- Wielu z zamkniętych tu popełnia samobójstwo. Są też
tacy, którzy z głodu zaczynają obgryzać swoje kończyny.


- Oszczędź mi szczegółów.

- Opowiadaj dalej. – Wtrącił się Erlan. – Robię się
głodny.


- Moje bractwo uznało, że kara ta jest nad wyraz ciężka i
nikt na nią nie zasługuje. Nie dość, że skazuje się kogoś na śmierć, i musi
ginąć w męczarniach, to mamy tu też znęcanie psychiczne. – Mówił kapłan. – Ci,
których jakimiś cudem uwolniono z czegoś takiego, a przesiedzieli tu
dostatecznie długo, zazwyczaj byli ześwirowanymi i niebezpiecznymi typami.
Psychika im siadała. Razem ze Shlayanami walczyliśmy z tą karą, uznając ją za
szczególnie okrutną i bezbożną.


- Daruj sobie szczegóły. – Rzekł mag.

- Nie, mów dalej, robi się ciekawie. – Odgryzł się Dyzio.

            Shivan
na chwilę się zamyślił, zastanawiając jak dalej zmienić temat. No to ładnie, teraz muszę być rozjemcą.
Gdy nagle ujrzeli w lesie młodą, zadziwiającą piękną kobietę, o bardzo długich,
bujnych, białych włosach, którymi okryła swoje intymne części ciała, ale nawet
przez nie widać było jej krągłości.


- Kolejny kameleopij? – Rzekł Kisjevczyk.

- Marzenie każdego mężczyzny… – Wtrącił złośliwie
Erlan.


- Banshee… – Wymamrotał Shivan.

            Kobieta
skierowała się do nich, zachowując odległość i powiedziała.


- Wieczorna śmierć…

            Cała
trójka popatrzyła na siebie. Gdy znów chcieli spojrzeć na kobietę, tej już nie
było. Zniknęła. Rozpłynęła się w powietrzu.


- Będzie chyba lepiej jeśli zwrócimy. – Stwierdził kapłan.

- Co to było? – Zdziwił się Dyzio. – Znaczy, wiem, że
Banshee, ale czym ona jest? Jakąś driadą?


- Nie, z pewnością nie driadą. – Odpowiedział Shivan. –
Driady mają zieloną skórę, nie mają też wiedzy o śmierci. Nie wiem, kim
dokładnie jest Banshee, pewnie jakąś zjawą, czymś w rodzaju Widma. Wiemy tylko
tyle, że nie zabija głosem, może wypowiada życzenie śmierci, może ją przepowiada.


- Albo to kolejny czar, podobnie jak Widmo, świadczy o
tym, że jesteśmy coraz bliżej Księgi Makr. Może to ona odpowiada za te
anomalnie, nawet za te psy. – Mówił mag. – Wtedy, gdy ktoś jest zbyt blisko
niej.


- Niemniej jednak uważam, że trzeba wrócić, dziś i tak nie znajdziemy
Owyna.

Komentowanie nie jest możliwe :, więcej...

CDXXV.

przez , 25.cze.2009, w Bez kategorii

            Erlan
przeglądał księgę, czasem tylko czytając fragment, który mógł go, lub innych
zaintrygować, na głos.


- „Kronika
Sherstock Woods”, przynajmniej od początku wiedzieli, jak to się będzie
nazywać. – Przerzucił stronę tytułową. – „Lat siedem przed osiedleniem się
tutaj, ja, Bergon Sherstock, wraz z rodziną wyruszyłem z …”. Nazwa jest
niewyraźnie napisana, nie wiem, co to równie dobrze mógłby być Altburg albo
Al’Hada. „… szukać miodem i mlekiem krainy płynącej. Kiedym ją posiadł,
wbiłem kamień graniczny wokół mego nowego domostwa, aby każdy wędrowiec,
dopokąd tędy idący, wiedział, iż Ziemię Sherstocków odwiedza. Ziemię tę
przekazałem mym synom w posiadanie. I tak Joshua, powstał władcą tej krainy, a
Owyn, wyruszył do Al-Sark, by magiem zostać. Do końca mych dni go nie widziałem”.
Nie wiem, czy ten Bergon był analfabetą, ale nie dość, że mało pisał, to
jeszcze dziwnym językiem.


-
Al-Sark? Tam można zostać magiem? – Zapytał się Kisjevczyk.


-
Al-Sark… – Westchnął Erlan. – Teraz to pewnie opuszczona wioska, pod
warunkiem, że ktoś tam jeszcze mieszka. Ale siedemset lat temu, gdy Gildie
Magów nie były tak silne, w Al-Sark znajdowała się jedna z ostatnich akademii
magów. Nie dziwię się, że było to w Arabii, tu chyba nadal nie stworzono
Gildii. Ale nie ważne, Gildiom nie podobało się Al-Sark, więc doprowadziły do
upadku akademii.


-
Względy finansowe? – Zapytał Shivan.


-
Prawdopodobnie tak. Gildie nie lubią gdy ktoś pomaga, udziela porad magicznych
nie stosując się do cennika. Pal licho, jak ktoś inny zgarnie kasę, ale jeśli
robi coś za darmo, psuje rynek. – Mówił Erlan przeglądając dalej księgę. –
Kolejny burmistrz wypisywał tylko same dane statystyczne. Tu jest wszystko,
kiedy ktoś umarł, urodził się, ile krów się ocieliło, wszystko. – Przewracał kolejne
kartki. – O jest coś nowego. „Dwanaście lat upłynąć musiało, aby ojciec mój
Bergon, pochowany został. Teraz ino, jam jest władcą lasów Sherstock, zwanych
przez miejscowych Mrocznym Lasem, albo Psim lasem. Albowiem na wschodzie, rzeka
Haplochromis się znajduje i tam gród Minas Ramis, we władaniu kasztelana. Na
mocy mego rozporządzenia, wybudowaliśmy wioskę wedle granic ustalonych przez
ojca. Choć granice tę na miasteczko by się nadały, jednakże ojciec przestrzegł
mnie, abym jego woli nie łamał. Dziwną sprawą jest iż tuż obok Sherstock Woods,
albowiem tak moje włości nazwałem, chmary psów się kłębią”. To chyba Joshua
pisał, podobnie zresztą jak ojciec.


-
Ale już wtedy pojawiły się psy. – Zauważył Dyzio. – Kiedy dokładnie to było.


-
Nie ma tu nic, co by sugerowało jakieś daty. – Odrzekł mag. – Dziwne jest
jednak to, że skoro Joshua miał zostać następcą Bergona, to został dopiero
burmistrzem, po śmierci ojca. Był ktoś pomiędzy nimi.


-
Może nie chcieli dwuwładzy. Młody pewnie by się nie mógł doczekać schedy po
ojcu. – Sugerował Shivan.


-
Może. Ale też głównie pisze dane statystyczne. – Przerzucił kilkanaście kartek.
– Ile tego jest. – W końcu znalazł fragment pisany inną ręką, wrócił trochę. –
Ostatnie zapiski Joshuy. „.


Stary
już jestem pisząc te słowa, albowiem Ziemia Sherstocków od pięćdziesięciu
trzech lat zaludniona została. I oto mój brat Owyn, teraz już jako wielki mag,
powraca w me progi. Niestety, podczas gdy ja się starzeć musiałem, on prawie
zmienić się nie chciał, nowej fryzury i wąsów nie licząc, tudzież kilku ran i
zadrapań, lecz żadnej zmarszczki na jego twarzy nie ma, choć moja zaorana tak,
jak chciałbym widzieć ziemię wokół Sherstock Woods”. Poeta od siedmiu boleści.
Dwa akapity niżej. „Kłótnia pomiędzy mną i mym bratem doprowadziła do
pierwszego rozlewu krwi na granicy Sherstock Woods. A krew ów psy zlizały.
Chociaż drogę do Minas Ramis nam krasnoludy budowały, myśmy zaczęli się
wyżynać. Wypędziłem mego brata w góry, gdzie jakoby się osiedlił, ja natomiast
już nigdy go nie spotkałem”. Jejku poza tymi psami, strasznie to nudne. Dalej
są same roczniki statystyczne, rozprawy, kary, ilości zbiorów. – Odwrócił chyba
ze sto kartek. – Następcy Joshuy byli bardzo skrupulatni, z wyjątkiem
zapisywania tego, co istotne. O jest ktoś nowy. „Sto dwadzieścia lat minęło,
odkąd moi przodkowie się tu sprowadzić dali. Jam jest Wilbur Shestrock, nowy
burmistrz Sherstock Woods, a mym pragnieniem było zamienić naszą osadę w miasto
życiem kwitnące. Poddałem nasze ziemię w lenno księciu Hassan, który władał
także w Minas Ramis. Rozwinęło to handel między nami, a również o wojsko
martwić się nie musiałem. W chwili obecnej w wiosce żyło już 94 mieszkańców i
ponoć w lesie Owyn”. To musiał być bardzo stary…


-
O ile to był on. – Zauważył Shivan. – Różne dziwactwa widzieliśmy.


-
Kameleopije. – Zażartował Dyzio.


-
Wiecie, co robi się ciekawie. – Stwierdził Erlan przeglądając kolejne kartki. „Już
cztery lata rządzę w Sherstock Woods, teraz jako namiestnik księcia Hassan,
władcy lasów Jai-Pur. Dziwne rzeczy dzieją się teraz. Chociaż doprowadziłem do
rozkwitu miasteczka (409 mieszkańców), to ostatnio po lasach potwór krąży.
Banshee to się nazywa i jak piękna kobieta wygląda. Niestety krzykiem swym
zabija. Co gorsza zabić to trudno, a wojna z krasnoludami nie unikniona”. Dalej
zniknęły dane statystyczne.


-
Banshee i psy. To było tu od początku, albo od prawie początku. – Zauważył Shivan.
– Oni się osiedlili na ziemi, której nie znali, dopiero potem pojawiły się te
nieszczęścia.


-
Co z tymi krasnoludami? – Zapytał Dyzio.


-
W ogóle jest jakiś przeskok i to dość spory. – Stwierdził Erlan. – „Właśnie
wróciłem z wyprawy na Morię, miasto krasnoludów. Południowo zachodni Kesh
zdobyty. Nie ma teraz potężniejszego księstwa niż nasze. Albowiem lasami Jai-Pur
graniczymy z pustynią reptiliońską, zwaną także Jai-purską. To państwo zwane
Reptilium, to tylko głupie jaszczurki, w grotach pochowane. Na północy z górami
Keshu, albowiem nawet krasnoludom nie udało im się przez nie przedostać, na
zachodzie, jam władam aż do ziemi Panico, a na wschodzie, kilka księstw,
Jigbad, Cartltown, Baar-Tyra, Shadowsil, Al’hada, Dabogah i Gob-Goblin na
pustyni Tatooine. Jednakże żadne z nich nie może równać się z nami”. Czy Jigbad
i Dzigbad to jedno i to samo?


-
Nie wiem, ale jeśli to ta okolica to pewnie tak. – Rzekł kapłan. – Ale skąd tu
się wzięły księstwa?


-
Irleńczycy… Oni wszyscy muszą być Irleńczykami, którzy przybyli tu w jakiś
okolicznościach. – Mówił mag. – I próbowali odtworzyć swą ojczyznę. A następcy
Wilbura to znów gryzipiórki. – Przerzucał kartkę za kartką. – O jest coś. „Rok
357 od powstania S.W. Kasztelan Jim O’Barad. Tak potęgą księstwa Hassan
przyćmiła już całą okolicę. Wybudowaliśmy miasto, twierdzę w górach nazwaną Bulda-bar,
a armia nasza jest niezrównana. Ja jestem pierwszym kasztelanem S.W. z
mianowania księcia Hassan, i to w dodatku nie Sherstockiem. Rozbudowałem
miasto, liczy teraz ok.1200 mieszkańców. Rozbudowaliśmy je poza granice
wyznaczone przez Bergona, chociaż przed tym przyszedł ostrzec nas niejaki Owyn”.
Owyn? – Zdziwił się Erlan.


-
Miałby ponad trzysta lat, jakby nie patrzeć. – Stwierdził Dyzio. – To dużo,
nawet gdyby był półelfem.


-
Czytam dalej. – Kontynuował mag. – „To pewnie on albo Banshee zsyłają co noc do
miasta chmary psów. Jeśli ktoś znajdzie się na ulicy w nocy, lub nie zamknie
drzwi to psy go zagryzą. Teraz jednak mam poważniejsze kłopoty. Trwa wojna z
księstwem Al’Hady”.  Zmienili pisownie Al’Hady.
 „A co gorsza, Jigbad, Cartltown, i
Shadowsil chcą dopomóc księciu Al’Hady. Udało nam się sprzymierzyć z Baar-Tyrą.
Ale to może być za mało. Niepotrzebnie książę wdał się w spór z Reptilium,
albowiem ich armia penetruje las Jai-Pur”. Potem niewiele się zieje, nawet dane
statystyczne są bardzo ogólne. Jakby trwała wojna i kasztelan nie miał czasu pisać.
– Mówił Erlan. – „Rok 359. Baar-Tyra upadła. Elfy z Shadowsil, podbiły ten
gród. Właściwie to go zniszczyły, trwa odbudowa, a może budowa nowego,
nazwanego przez nie Baar-Tyr. Ale to nie koniec kłopotów. Nasza armia, została
rozbita w dolinie Tannis. Chociaż stepy wokół Jigbad płoną, to jednak armia
sprzymierzona  odbiła Al’Hadę i przeszła
już rzekę Cichlasoma”. To musiało się tu dziać nieźle.


-
Najlepsze jest to, że o ich wojnie w Starym Świecie nikt nawet nie wiedział. –
Dodał Shivan.


-
Pewnie mieliśmy swoje. – Zauważył Dyzio. – Te ziemie nie należały do terenów
upatrzonych przez naszych władców.


- „Rok
361. Sojusznicze armie, walczą z nami w lesie Jai-Pur. Niestety przyłączyła się
do nich rebelia krasnoludów z Morii, a armia z Jigbad, który ledwo przetrwał, acz
prawie cały jego step został zamieniony przez pożar w pustynię, chce aby to
samo spotkało Hassan. Straciliśmy przyjaciela, który obwinia nas za swe zniszczenia
i pała rządzą zemsty”. Nic z tego nie wynika. „Rok  362. Las Jai-Pur płonie! Miasto Hassan
zniszczone! Nie ma już księstwa Hassan. Nie ma wspólnej armii, ani handlu.
Zdecydowałem poddać miasto wrogom bez walki. Może pozbędą się tych cholernych
psów!”. Więc poszli na wojnę a psy terroryzowały miasto. Zupełnie jak teraz. –
Przeglądał księgę dalej. – Znów tylko dane statystyczne.


-
Może to psy wojny? – Zapytał Kisjevczyk.


-
Jedziemy dalej, kilkadziesiąt lat później. „Rok 421. Nazywam się Aron
Sherstock, nowy burmistrz. S.W. liczy teraz 1500 mieszkańców, i nie ma tu
żebraków, ani bezdomnych, to pewnie dlatego, że psy nasłane przez Banshee
zagryzają wszystkich których znajdują w nocy. Wiele się ostatnio zmieniło. Po
tym jak Fimirowie z Dabogah najechali na Jigbad, tamtejsze księstwo chyli się
ku upadkowi. Wybuchła tam wojna domowa. Księstwo podzieliło się na dwa: Carton,
i stary Jigbad. Ale to nie był koniec ich nieszczęść. Armia orków i goblinów z
Gob-Goblin spaliła stary Jigbad, pozostawiając jedynie zamek. W środku pustyni.
Na szczęście nie zniszczyli studni. Wokół ich właśnie powstała nowa osada
Dzigbad.”


-
No w końcu! – Rzekł Dyzio. – Ja bym już to wszystko zostawił i udał się ku
celowi.


- „A
u nas na północy bieda. Ciężko przedostać się przez pustynię Jai-Pur aby
handlować. A co gorsza, ostatnio słyszałem, iż gobliny przedarły się przez Yr i
pustoszą Cartltown”. Ciężko się to czyta nie znając tutejszej geografii. Ale
wygląda na to, że wzmianka o Banshee i psach pojawia się znów przy okazji
wojny. „Rok  422. Cartltown zniszczone.
Zebraliśmy się w Al’Hadzie na naradę. Ja, książe Al’Hady, Cartonu, Baar-Tyr, Balda-baru,
Morii, Minas Ramis, Dzigbadu, Cartltown oraz Shadowsil. Podjęliśmy decyzję o
stworzeniu królestwa ze stolicą w nowobudowanym grodzie, warowni Armenger. Do
królestwa jedynie nie wejdzie Shadowsil, które pozostanie z nami sprzymierzone.
Sami zaś organizujemy kontratak na gobliny. W jedności siła, kto wie, może
pewnego dnia dorównamy Irlenii.”


-
I dorównali… Nawet przebili ich poziomem cywilizacyjnym. – Stwierdził Kisjevczyk.
– Dzięki Moredhelom.


- „Rok
433”. –
Kontynuował Erlan, który obrócił znów kilka kartek. – „Gob-Goblin spłonęło.
Potęga goblinów legła w gruzach. Na gruzach Cartltown odbudowano miasto Kartltown.
Podpisaliśmy również pokój z Reptilium”. Oni się tu tylko wyrzynali.


-
Czyli normalka jak wszędzie nic się nie zmieniło. – Dodał Shivan.


-
I znów masa danych statystycznych… – Przewracał kartkę za kartką. – O jest
coś. „Rok 666. Kane Sherstock. Stoimy w obliczu poważnego niebezpieczeństwa.
S.W. płonie. W wyniku pożaru zniszczono prawie całe miasto, a na dodatek psy w
nocy wymordowały znaczną część mieszkańców. Nie pozostało nam nic innego jak
odbudować, w miejscu starej wioski, tam gdzie powstały pierwsze zabudowanie
S.W. Co dziwne wkrótce psy przestały być naszym problemem”.


-
Pojawiają się gdy jest jakieś nieszczęście. Wtedy atakują. – Zauważył Dyzio.


-
Albo je przewidują. Może są znakiem czasu? – Zasugerował kapłan.


- Potem
jest spokój. Przez ponad sto dwadzieścia lat nic się nie działo. – Stwierdził mag.
– Z wyjątkiem zbiorów, umierania, śmierci czy narodzin. „Rok 786. James
Sherstock. Mroczne Elfy coraz częściej goszczą w naszym królestwie. Elfy
pustynne, osiedliły się w ruinach Hassan, na pustyni Jai-Pur”. „Rok 793. Zmarł
bezpotomnie król Ethelbald. Podczas zjazdu w Armgengerze uznaliśmy, że należy
rozwiązać królestwo. Nasi przodkowie w większości uciekli z Irlenii przed
prześladowaniami, acz nie potrafili się uwolnić od tradycji. Nie wyparliśmy się
języka i wielu innych rzeczy, acz uznaliśmy, że próba tworzenia państwa w
Arabii nie ma sensu. Przejęliśmy tutejszą organizację”. Znów dane statystyczne.
„Rok 799. Bulda-Bar i Baar-Tyr zostały zajęte przez Moredhele”. Jedziemy dalej.
„Rok 817. Simon Sherstock. Po wielu latach znów zobaczyliśmy Banshee, podczas
budowy domu mojego brata Samuela. To będzie potężny dom”. I dalej. „Rok 818.
Psy znów zaatakowały”. Widzę, że robi się ciekawie w rocznikach statystycznych.
– Mówił przeglądając kolejne kartki. – „Rok 819. Urodził mi się syn Jonathan”. „Rok
821. Samuelowi urodził się syn Clemens”. „Rok 823. Samuel ma drugiego syna,
Gerota”.


-
To Gerot jest bratem Clema!? – Zdziwił się Dyzio.


-
Wczoraj Jonathan o tym mówił. – Sprostował Shivan.


-
Rzeczywiście, musiało mi umknąć.


-
Ale na pewno pamiętasz jak ta kobita z dzieckiem ma na imię? – Zapytał Erlan, a
potem wrócił do księgi, nawet nie czekając na odpowiedź. – „Rok 854. Gerot
zostaje burmistrzem Sherstock Woods. Wyznacza nagrodę za głowę Banshee – 500
denarów”. Dalej są już wpisy Gerota, statystyczne. Według nich mamy rok 856 od
założenia Sherstock Woods i poza psami, głównym problemem są uchodźcy. Co
ciekawe, jest też wzmianka o Owynie.


-
Owynie? – Zdziwił się Shivan.


-
Podobno pojawił się ostatni raz w tamtym roku i wieszczył coś o katastrofie.
Cytuję „Mam dość, odkąd zostałem burmistrzem same problemy, cholerna Banshee,
pieprzone psy, Moredhele, które się pałętają i rozpieprzają cały Stary Świat i
jeszcze Owyn wyszedł ze swej pustelni i mówi o nadchodzącym końcu świata”. –
Mówił Erlan.


-
A psy pojawiły się tylko raz, gdy nie było jakiegoś nieszczęścia, prawda? –
Stwierdził Kisjevczyk.


-
To, że nie było tu jakiegoś nieszczęścia, nie oznacza, że go nie było w ogóle.
Od czasu gdy Moredhele pojawiły się w Braku nastały dość konfliktowe lata. –
Mówił Erlan. – Może coś zostało zatajone w notatkach.


-
Myślę, że powinniśmy znaleźć tego Owyna, jeśli faktycznie istnieje. – Rzekł Shivan.


-
Czy my możemy mieć w końcu jakieś normalne zadanie? – Śmiał się Kisjevczyk.


-
Jest gorzej niż myślałem. – Wtrącił się Montolio.


-
Straciliśmy tu pół dnia, jeśli chcemy odnaleźć Owyna, trzeba się śpieszyć. –
Rzekł Erlan.


-
Ale wpierw zamówimy u żony Gerota coś do jedzenia. – Dodał kapłan.

Komentowanie nie jest możliwe :, więcej...

CDXXIV.

przez , 24.cze.2009, w Bez kategorii

            Po
świcie otworzono zajazd. Osiłek pierwszy wyszedł na zewnątrz, psów już nie
było. Shivan, Erlan i Dyzio zjedli śniadanie i udali się do domu burmistrza,
Gerota Sherstocka. Gdy tylko wyszli z karczmy Kisjevczyk podszedł do maga.


- Nie wiem, czy już zauważyłeś, ale masz coraz większe
problemy z piciem. – Rzekł ostro.


- Nie upiłem się wczoraj. Sukces, no nie stary? – Śmiał
się elf.


- Nie ubzdryngoliłeś się do cna! – Ryknął zdenerwowany
Dyzio. – Ale jak wybijesz to sobie trochę za dużo pozwalasz!


- Nie przypominam sobie bym wczoraj coś zrobił… –
Dziwił się mag. – Dobrze spałeś?


- Niektóre twoje komentarze są nie na miejscu. Zachowaj
je na przyszłość dla siebie. Gówno mnie obchodzi, czy będziesz na starość
zgorzkniały, upierdliwy i będziesz potrzebował każdemu się czymś dopieprzyć,
ale nie życzę sobie by w mojej obecności…


- Nie przerżnąłeś panienki i na…

- Zamknąć się! – Zirytował się Shivan. Jeszcze się pobiją i co będzie. – Mamy i
tak zbyt dużo problemów bez kłótni. Właściwie albo zostaje nam powrót do
Panico, albo faktycznie rozwiązanie sprawy tych psów.


- Ziarno! Ziarno! Ziarno! – Montolio zaczął upominać się
o swoje.


            Dalej
szli już w milczeniu. Panowało wśród nich pewne zdenerwowanie i niepokój, ale
starali nie wchodzić sobie w drogę.


            Dom
Gerota nie należał do zbyt okazałych. Właściciel nie miał siły, albo ochoty
dbać o niego, a pieniędzy na naprawę ewidentnie brakowało. Poza zarządzaniem
miasteczkiem, które było raczej funkcją prestiżową, niż zarobkową. Choć wraz z
wojną, gdy przez Arabię przetaczało się mnóstwo uchodźców, a handel jako taki
powoli zamierał, znaczenie Sherstock Woods było coraz mniejsze.


            Burmistrz
może nie był złodziejem, a przynajmniej nie takim jak Clem Sherstock, ale mimo
wszystko potrafił dobrze się ustawić. Żył z udzielania pożyczek
współmieszkańców i prawie wszyscy nazywali go bezwzględnym lichwiarzem, ale w
pewien sposób szanowali. W końcu to, co robił było uczciwie, przynajmniej z ich
punktu widzenia.


            Jego
żona właśnie karmiła dzieci, gdy Gerot zaprosił do środka całą trójkę.


- Chcieliśmy się dowiedzieć czegoś na temat Banshee i
nagrody. – Zapytał Shivan.


- Obecnie wynosi tysiąc denarów. – Odrzekł Sherstock. –
Choć powiem wprost, nie podoba mi się to, że muszę gościć w moim domu
szpiczastouszych.


- Nie lubi pan elfów? – Zapytał Dyzio.

- A kto ich lubi? Mroczniaki już dość nam pokazały.

- Tak, jesteśmy Moredhelami. – Blefował Shivan. – Mógłby
pan powtórzyć, czy ma coś przeciw nim?


            Gerot
chwilę się zawahał.


- Jeśli jesteście Moredhelami, to po co chcecie nagrodę?
Nie łatwiej byłoby mnie wyrżnąć, wraz z całą rodziną i wziąć, co akurat wam się
podoba?


- Ma pan nas. – Rzekł kapłan. – Nie jesteśmy Mrocznymi
Elfami, i jakoś nie pałamy do nich miłością, dlatego byłoby przyjemniej, gdyby
nienawiść wobec ich nie przenosiła się na nas, zwłaszcza, że chcemy pomóc.


- Ojej, kazanie przy stole… – Wymsknęło się Erlanowi,
potem spojrzał na Dyzia. – I co, nic nie piłem…


- Robisz się irytujący. – Stwierdził Kisjevczyk.

- Raczej cyniczny. – Poprawił go mag.

- Od jak dawna widujecie tu Banshee? – Zapytał kapłan.

- My, czy ogólnie? – Zdziwił się Gerot.

            Shivan
spojrzał na towarzyszy. Chyba sprawa jest
grubsza, niż myślałem.


- Jak to ogólnie?

- Od trzech lat pojawia się razem z psami. – Mówił burmistrz.
– Ale to nie jest pierwszy taki przypadek. W całej historii Sherstock Woods
pojawiała się parokrotnie, zawsze też towarzyszyły jej psy i podobne
wydarzenia.


- I jak wtedy sobie z nimi radzono? Znaczy je
rozwiązywano? – Zdziwił się mag.


- Tego właśnie nie wiem. – Odrzekł Gerot. – Gdybym wiedział,
czy miałoby sens wyznaczanie nagrody za pozbycie się problemu?


- To skąd pan wie, o podobnych sytuacjach? Ktoś panu o
nich opowiadał? – Dopytywał kapłan.


- Lepiej. Przeczytałem to w kronice.

            Burmistrz
podszedł do pułki i ściągnął opasłe tomisko.


- Tu jest zapisana cała historia Sherstock Woods.
Wszystkie ważne wydarzenia. Teraz prowadzę ją ja, po mnie będzie to robił
kolejny burmistrz.


- Możemy to przejrzeć? – Zapytał Shivan. – Może gdzieś
nas to doprowadzi? Coś podpowie.


- Długo wam to zajmie, ale proszę. – Powiedział Gerot. –
Gdybyście byli głodni, lub chcieli się czegoś napić, powiedźcie, moja żona za
drobną opłatą wam coś przygotuje. A teraz muszę się zająć swoimi sprawami.


            I
wyszedł, zostawiając ich sam na sam z księgą.


- Musi być spokrewniony z Clemem. Charakterek ten sam. –
Rzekł Dyzio.


- Rysy też ma podobne, tylko chyba ciut młodszy. – Dodał Erlan.
– No, nic… Księga, czas się zabrać za czytanie.

Komentowanie nie jest możliwe : więcej...

stat4u <!-- s4uext=s4upl(); document.write('stat4u') //--> stat4u

Blogroll

Kilka bardzo polecanych stron...