orthank blog

Tag: sal-sagoroth

CCCXXVII.

przez , 04.cze.2011, w Bez kategorii

Sytuacja
zrobiła się nieciekawa. Z jednej strony koboldy, które wściekle atakowały,
gryzły, drapały, szczekały a w dodatku znajdowało się ich wokół całej czwórki
coraz więcej. Z drugiej strony strzelcy.

-
Co to jest? – Zapytał Van Halen widząc jednego z nich.

Postać
z pozoru przypominała kształtem człowieka, ubranego jedynie w przepaskę
zasłaniającą przyrodzenie, no i uzbrojonego w dzidę lub łuk, ale to co
najbardziej rzucało się w oczy to brak głowy. Twarz znajdowała się na torsie.

-
O kurwa…

Byli
to przedstawiciele rzadkiej ongiś rasy, mocno przetrzebionej przez Moredheli,
zwanej Blemmjami. Plemiona Blemmjów prowadziły koczowniczy tryb życia, ale
jednocześnie, jak zresztą większość istot na tych ziemiach, nastawiony na
podbój i szabrownictwo.

Larandar
widząc mnóstwo koboldów wyciągnął czarny sześcian, jednak nie robiło to na nich
żadnego wrażenia. Ciekawi mnie jedno, czy
to Moredhele zostały ukształtowane przez to środowisko, czy inne rasy się
upodobniły do nich.


Najgorsze
było to, że elf nie wiedział, co zrobić.

-
Tak czy siak czeka nas walka, albo tu na dole, albo tam na górze.

-
Tych psów jest mnóstwo! – Mówiła Ishet odganiając się od kolejnych koboldów.

-
Na dłuższą metę nie damy z nimi rady. – Wtrącił się Brig.

-
Wolisz walczyć z puszkogłowymi? – Zapytał Van Halen. – W czwórkę na pewno damy
im radę. – Dobrze, że mam ten amulet od
LeFevre’a.


-
Nie wiemy ilu ich jest. Mają doborową pozycję i nas wystrzelają… –
Zastanawiał się Bregsorn.

-
Cisza! – Krzyknął elf tak głośno, że nawet kilka koboldów uciekło ze skowytem.

-
Krzycz więcej! Boją się! Boją się elfów! – Uradowała się chłopka.

-
Potrzebujemy szybkiej decyzji, góra czy dół. – Sam chciał nawet dodać więcej
słów, choćby o tym, że nie czas na rozmyślanie o sytuacji, albo że na wszystko
przyjdzie pora. Jednak ugryzł
się w język. W końcu oni i tak musieli to rozumieć.

-
Góra. – Rzucił Brig.

-
Góra. – Dodała Ishet. – Mam dość psiaków.

-
Mój głos i tak nie ma znaczenia. – Powiedział Gustav. Potem będę mógł mówić, a nie mówiłem? No chyba, że to będzie dobra
decyzja, to wtedy się pod nią podpiszę.


-
Zatem góra. – Oznajmił fechmistrz.

Elf
tupnął nogą, zaczął warczeć i tym samym wystraszył kilka kolejnych koboldów.

-
Typowe dla elfów. – Skomentowała pod nosem Ishet.

Van
Halen zaś jako pierwszy zaczął się wspinać po linie, a zaraz za nim powędrował krasnolud.
Larandar starał się odstraszać kolejne koboldy.

Wejście
na górę okazało się problemowe. Blemmjów nie było dużo, ale musieli jakoś
zaskoczyć żołnierzy. Zresztą ciał jednych i drugich wokół leżało mnóstwo.
Jedyne, co uradowało krasnoluda to fakt, że wrogowie zostali przetrzebieni.
Wyciągnął swój miecz i ruszył ku wrogom.

-
Taktyka jakaś może? – Zapytał Gustav, a chwilę później strzała utkwiła w jego
nodze.

-
Przeżyć. – Mruknął Brig. Zamachnął się i odciął ramię jednemu z atakujących.

Miał
trochę oporów w walce z Blemmjami, gdyż dziwnie się czuł atakując bronią twarz.
U nich twarz i tors były jednym. Być może to właśnie sprawiło, że żołnierzom ta
walka nie podeszła.

Gustav
podszedł do krawędzi.

-
Potrzebujemy wsparcia! – Krzyknął.

Nawet
nie próbował udawać, że walczy.

Brig
wpadł w szał bitewny, ciął jednego za drugim. Ale walka z półnagimi
przeciwnikami, którzy nie potrafili się zasłonić swą bronią nie mieściła się w
jego granicach honoru. Zresztą dopiero wtedy zrozumiał na czym polega ich taktyka.
Kilku łuczników wycofało się. Nigdy nie strzelali z bliska, woleli zachować
bezpieczną odległość. Łatwiej jest kogoś wystrzelać, niż pokonać w bitwie.
Starał się więc walczyć tak, by zawsze wokół niego stał jeden czy dwóch wrogów.
Oni nie strzelali w swoich, nawet nie ryzykowali.

-
Musimy im pomóc! – Krzyknęła Ishet. – Wrzućmy pieski na górę.

Szybko
złapała jednego z koboldów i rzuciła w elfa. Ten trochę oszołomiony ledwo
złapał stwora i od razu został ugryziony. Wypuścił go, a kobold odskakując obsikał
go po twarzy.

-
Cholera jasna! – Ryknął elf.

-
Łap! – Rzuciła mu chłopka drugiego.

Tym
razem fechmistrz złapał go bez mniejszych, zamachnął się i podrzucił kobolda.
Niestety ten spadł na ziemię i zaczął skowyczeć.

-
Połamał się! – Krzyknęła Ishet.

Dopiero
dwa kolejne udało się wrzucić na górę.

-
Pomóż mi! – Wydzierał się krasnolud.

-
Nie mogę! – Odparł Gustav. – Walczę z koboldami.

Oczywiście
te dwa psiaki rzuciły się na najbliższą istotę w ich zasięgu. I gryzły ją
niemiłosiernie. Znajdujący się blisko krawędzi Van Halen w końcu nie utrzymał
równowagi i runął do miasta.

Elf
tylko złapał się za głowę. Usłyszał też krzyk Bregsorna. Krasnolud właśnie
dostał. Blemmjowie nauczyli się do niego strzelać tak, by nie narażać swoich.

Nie
myśląc zbyt wiele, fechmistrz zaczął się wspinać. Chłopka zaś podbiegła do
pułkownika.

-
O ja pierdolę, jak boli… – Ale po chwili dodał. – Nic mi nie jest.

Gdy
Larandar wdrapał się na górę, Brig już leżał ogłuszony. Blemmjów było zbyt
dużo, by mógł choćby wyciągnąć miecz. Trzymali dzidy wymierzone w niego i w
każdej chwili mogli go przeszyć. Prawdopodobnie czekali by wstał. Może tak
wyglądała honorowa walka z ich punktu widzenia? Elf powoli przeciągał moment
starcia, ale zamiast broni wyciągnął przed siebie czarny sześcian.

Nagle
Blemmjowie całkowicie ucichli. Nie wydawali żadnych odgłosów, chrząknięć i
niczego innego. Patrzyli na przedmiot z oniemieniem.

Fechmistrz
uśmiechnął się. Przynajmniej ci się
znają.


Jeszcze chwilę
popatrzyli, a potem odwrócili się na pięcie i odeszli.

Komentowanie nie jest możliwe : więcej...

CCCXXV.

przez , 30.maj.2011, w Bez kategorii

Gustav zjechał
na linie jako ostatni. Początkowo protestował, ale naprawdę wolał znaleźć się w
mieście dopiero gdy okazało się, że koboldy nie gryzą. A przynajmniej nie
atakują wściekle. Niewielkie humanoidy, które miały pyski trochę przypominające
psy, należały do ras, które posiadały szczątkową inteligencję. Miały własny
system porozumiewania się, za pomocą powarkiwań i szczekania, ale nie potrafiły
rozumieć podstawowych słów w innych językach. Mało tego czary związane ze zrozumieniem
języków nie działały na koboldy. Być może dlatego, że stworzenia te wykazywały
jakąś przedziwną odporność na magię. Żyły za to w dużych grupach, które
sprawiały wrażenie społeczności. Jednak tu w Sal-Sagoroth były ich tysiące.
Niektóre łaziły na dwóch łapach rozdrapując przednimi kończynami to co mogły.
Inne biegały na czterech, dzięki temu były szybsze. Praktycznie każdy przedmiot
był przez nie zbadany, a to oznaczało nie tylko dotknięcie, ale też pogryzienie
i zaznaczenie swoim moczem. Tak wyglądała cała stolica Moredheli.

Koboldy raczej
nie używały przedmiotów, choć niektóre osobniki nauczyły się prymitywnego
posługiwania bronią białą. Najczęściej służyła im do rzucania, oczywiście o ile
mogły ją podnieść. Za to szybko opanowały sztukę zdobienia się. Niektóre z tych
psowatych istot nosiły na głowach, tułowi czy łapach jakieś kawałki metalu.
Ishet zauważyła jednego z garnkiem na głowie. Inny zrobił sobie wisiorek z
glinianym kubkiem. Wisiorek to duże słowo, znalazł jakąś linkę i nią przywiązał
sobie przedmiot do szyi.

- Milusie. –
Oznajmiła chłopka.

-
Milusie? – Parsknął Van Halen.

Gdy
tylko spróbował jednego pogłaskać, ten go od razu ugryzł.

-
Ewidentnie się poznał. – Żartował sobie Larandar.

Brig
tymczasem starał się rozejrzeć po całym mieście.

-
Czego właściwie tu szukamy? – Zapytał elfa.

Fechmistrz
sprawiał wrażenie jakby oddał się na chwilę modłom.

-
Tam. – Wskazał palcem. – Tam jest budynek, który należał do wojska.

-
Nie podoba mi się to. – Powiedziała Ishet. – On zaczyna robić jak Shivan.

Wyznawca
Ulryka jedynie się uśmiechnął pod nosem. Dla niego był to komplement,
niezależnie od intencji chłopki. Ona sama zaś pobiegła za jednym z koboldów i
złapała go, pomimo protestów pułkownika.

Budynek
Magistratu Wojennego w znacznej większości uległ zniszczeniu. Kiedyś miał kilka
pięter, one jednak się przewróciły. Pozostał jedynie parter i to w niektórych
miejscach pozbawiony sufitu. Główne wejście i hol zostały zasypane gruzami, ale
Bregsorn szybko znalazł właściwą drogę do środka. Te pomieszczenia były
zakurzone, w dodatku przetrzebione przez koboldy. Książki śmierdziały od moczu
i były pogryzione. Krasnolud pomodlił się o dar języków, a następnie podniósł
jedną.

-
„Elfi faszyzm”. Autor to jakiś Shubriel. Środek wygryziony.

-
Od kiedy znasz moredhelski? – Dopytywał się Gustav.

-
Odkąd mój pan mi pozwolił go znać. – Uśmiechnął się Brig, a potem spojrzał na
elfa. – Jak widzisz i ja robię postępy.

Larandar
zaś wertował coś, co przypominało mapy, a raczej ich resztki.

-
Pamiętacie mapy Republiki? – Zapytał głośno. – Wpierw wydawały mi się
nieczytelne. Myślałem, że to kwestia ich zacofanie, ale zobaczcie jak
prezentują Stary Świat.

Pokazał
im zniszczą i pogryzioną mapę, na której dało się zauważyć wszystkie państwa.

-
Tak wygląda Stary Świat? – Zdziwiła się Ishet. – Nie wiedziałam.

-
Trzymasz go do góry nogami. – Poprawił go pułkownik. Ćwierćinteligent.

-
Nie. Trzymam go dobrze. Te wszystkie ich mapy są odwrócone względem naszych.
Nie mam pojęcia dlaczego. – Zastanawiał się elf.

-
A ja chyba mam. Jest pewna legenda o której się uczyłem w czasie zajęć z
teologii – wtrącił się Brig. – Otóż podobno Uroboros walcząc z Kompanią Chaosu
przekręcił Miscle. Odwrócił.

-
Więc oni zachowali stary sposób robienia map. I przyjęli, że był logiczny nawet
w nowym położeniu. – Dedukował fechmistrz. – Czy to nie Uroboros wygnał
Moredheli?

-
Owszem.

-
Wygnał? Przecież Shivan mówił, że to on! – Oburzyła się Ishet. – Ale tak, jak
elf mógł coś takiego zrobić.

-
Mylisz okresy. – Poprawił ją elf. – Uroboros pokonał Kompanię Chaosu, tysiące
lat przed Wojną.

-
A kogo dziś to jeszcze obchodzi? – Zirytowała się chłopka. – Wojny już prawie
nikt nie pamięta, a co nas co było tysiąc lat temu. Albo i dawniej.

-
Jest tu jakaś informacja, która mówi o upadku ich kraju? – Zapytał pułkownik. –
Tego głównie szukamy.

-
Niestety nic nie widzę. – Oznajmił elf. – Jest wiele bardzo ciekawych
dokumentów o… inwazji. – Podniósł jedną księgę, otarł ją z kurzu. Śmierdziała
niemiłosiernie, ale nie była zbytnio pogryziona. – Analiza sukcesów na Starym
Świecie doktryny wojennej Nerama.

-
Co to jest ta Nerama? – Zapytał krasnolud.

-
Chcesz? To weź to, mi się nie chce tego czytać.

-
Skoro wszystko wiesz, od swoich ziomków. – Rzuciła Ishet.

-
Albo LeFevre’a. – Wymsknęło się Gustavowi.

-
Coś ty powiedział!? – Zirytował się elf.

-
Znaczy chodziło mi, że LeFevre i tak pewnie wszystko wie… Mógł podsłuchiwać
albo… – Kontynuował pułkownik.

-
Załóżmy, że podsłuchuje i skończmy temat. – Zaprotestował Brig. Ile będzie mi wypominał ten długi język.

Sam
zaś szybko wszedł do innej komnaty. Tam na ścianie znajdowała się mapa obu
kontynentów Moredheli w postaci mozaiki, w dodatku nie zniszczona przez
koboldy.

-
Spójrzcie na to! – Zawołał ich.

-
Cała północ należała do nich! – Zaciekawił się fechmistrz.

-
Do was? – Zapytała Ishet cały czas głaszcząc swojego kobolda.

-
Chyba południe. – Poprawił go pułkownik.

-
Mówiłem, czytaj tę mapę, jakby była do góry nogami.

-
Wiecie, co to znaczy Ximowie? – Zapytał Brig.

-
Zapytaj LeFevre’a jak następnym… – Wymsknęło się Gustavowi. – Może powie.

-
To coś od czego Mroczniaki odgrodziły się murem. – Powiedział elf.

-
O ile to ich mur. – Dodała chłopka.

-
Jeśli to nie ich mur, musiałby być potężny, by go nie sforsowali.

Sam
Larandar się wycofał do ksiąg. One w większości opisywały różne wojny, które
prowadziło Królestwo. Sam fechmistrz tylko przejrzał niektóre z tych ksiąg.
Zawierały nie tylko traktaty wojenne, ale i szczegółowe dane historyczne,
szkice bitew, statystyki.

-
Oni rzemiosło wojny doprowadzili do perfekcji. Dla nich to chyba forma sztuki. –
Mówił.

Nie
mógł się jednak nadziwić patrząc ile tych ksiąg jest. Wiedział, że to tylko
mały ułamek z tego, co kiedyś tu zgromadzono. Tu musiały znajdywać się tylko
te, które były pod ręką w momencie, gdy upadało miasto. To wszystko im nie pomogło. Może faktycznie raczej zostali wyrżnięci
przez kataklizm a nie wrogów? Bogowie mają swoje sposoby, by przyczynić do
upadku nawet największe imperium.


W
tym momencie usłyszał warczenie. Koboldy. Ale tym razem nie biegały już jak
bezpańskie psy. Te były zorganizowane, jak wilki na polowaniu. I gotowe do
ataku.

-
Wycofujemy się! – Rozkazał.

Bardziej
zależało mu na tym, by wyjść na zewnątrz, opuścić budynek, by mieć pogląd na
atakujących. Tam dopiero zrozumiał, że to nie kilka osobników ich atakuje, ale
że wszystkie się powoli organizują i próbują ich gryźć.

-
Uciekamy! – Krzyknął.

Koboldów
było zbyt dużo, by z nimi walczyć. Musieli tylko dobiec do lin i zostawić
miasto, przynajmniej do czasu aż znajdą sposób na te wściekłe zwierzęta.

Tyle, że gdy tylko
znaleźli się blisko urwiska, po którym schodzili, zostali zaatakowani. Ktoś
strzelał do nich z łuków. I nie byli to żołnierze Gustava.

Komentowanie nie jest możliwe : więcej...

CCCXXIII.

przez , 29.maj.2011, w Bez kategorii

Sześcian
nie działał na drzewce czy grzyboludzi, ale oni na szczęście nie pojawiali się
w dużych ilościach, więc dało się ich pokonać bardziej konwencjonalnymi
metodami. Dalsza droga do Sal-Sagoroth przebiegała więc w miarę spokojnie,
czasem tylko przeszkadzali im nieliczni wrogowie. Im bliżej znajdowali się
dawnej stolicy Mrocznych Elfów, tym okolica zdawała się spokojniejsza.

-
Cisza przed burzą. – Naigrywał się Gustav. – Tam dopiero będzie jak nam
wyskoczą.

Nie
mówił jednak kto. Wolał zachować to w tajemnicy. Zresztą im bliżej znajdowali
się serca dawnego królestwa, tym bardziej wystrzegano się nazw kojarzących się
z Moredhelami.

Gdy
dotarli już do wzniesień na których rozciągało się miasto, pułkownik nawet go
nie zauważył. Larandar pamiętał je, ale od strony północy z ledwością rozpoznał
te szczyty.

-
Tu nic nie ma! – Mówił rozczarowany Van Halen. – Chyba pomyliliśmy adresy.

-
Powinniśmy się cieszyć, że tu nic nie ma. – Dodał Brig. – Inaczej już dawno
byłoby po nas.

-
Z twoimi talentami do negocjacji, na pewno. – Przyznał mu rację pułkownik. – W
najlepszym przypadku wszystko tu by się spaliło.

-
Ale to rudera! – Powiedziała Ishet.

Normalnie
dodałaby kąśliwą uwagę na temat elfów, jednak w tym miejscu jakoś nie miała na
to odwagi.

Sal-Sagoroth
wznosiło się na wzgórzach, które stanowiły częściowo naturalny mur miasta. Tak
było na wiele lat przed Wojną, z czasem miasto rozrastało się, wchłaniając także
i okolice. Mało kto pamiętał jeszcze o podziemnej części. Jednak teraz to
wszystko się zawaliło. Mury budynków, które jeszcze się nie rozsypały w drobny
mak, zarosły, stanowiąc dość niedostępny obszar. Nawet z dawnych dróg i szlaków
kolejowych niewiele pozostało.

Fechmistrz
choć widział już to miasto wcześniej, jednak nie zdawał sobie sprawy jak
wielkie ono musiało być przed Wojną. A te zniszczenia jeszcze bardziej
nastawiały negatywnie. Widzieli już wiele innych ruin, ale jeszcze nie tak
ogromne.

Powoli
zmierzali ku bramie w starym murze miejskim. Ta się jeszcze jakoś trzymała,
choć była już w całości otwarta. Części drewniane zniknęły, może odłamały się i
gdzieś odpadły, a może ktoś je wyrwał.

Za
murem jednak droga się urywała. Znajdowało się tam urwisko, z którego dało się
oglądać panoramę samego centrum miasta. Tyle, że to miasto zawaliło się, jakby
cała kopuła na którym je zbudowano, załamała się i zapadłą wewnątrz gór.

-
Jak nic górnicy. – Rzucił elf, starając się rozbawić wszystkich, jednak nikt
nie podchwycił kawału.

Wszyscy
tylko stali przy bramie i spoglądali na ten przedziwny widok. Część budynków
się zniszczyła, w ich miejscu znajdowały się gruzy. Ale niektóre stały prawie
nie naruszone. Inne zaś sprawiały wrażenie połamanych lub wyrwanych z ziemi.
Niektóre poskładały się jak domki z kart. Gruz zaś walał się pomiędzy nimi.
Czasem gdzieś tylko wyrastały naturalne formacje skalne.

-
W tym mieście dałoby się żyć. – Stwierdził Brig. – Nawet po zawaleniu. Musiało
być jeszcze coś.

Zresztą
to miejsce nie wyglądało nawet tak źle, obecnie znajdowało się mnóstwo zieleni.
Mech pokrył prawie wszystko, a w wielu innych miejscach rozrastały się większe
rośliny, a nawet krzaki i drzewa. Jedynie, co nie pasowało do tego miejsca to
jakiś dziwny skowyt.

-
Patrząc na rośliny, to miejsce powinno żyć. Tu jest wilgoć, więc pewnie i woda.
Te hałasy, może tu jednak faktycznie coś żyje. – Zastanawiał się elf.

-
Dziękuję za tę wyczerpującą sugestię, sam bym na to nie wpadł. – Ironizował Van
Halen. – Myślałem, że to mech skowyczący… Po grzybkach to się już wszystkiego
spodziewałem.

-
O piesek! Ale fajny! – Zauważyła Ishet. – Ja chcę takiego! – Krzyczała.

Wszyscy
spojrzeli w kierunku, który pokazała. Tylko, że tych piesków znajdowało się tu
dużo więcej.

-
To nie pieski! – Powiedział w końcu krasnolud. – To koboldy.

-
Koboldy? – Parsknął śmiechem Van Halen. – I chyba się ich nie boicie.

Sam
wyciągnął kuszę, wymierzył z niej i zastrzelił jednego z koboldów.

-
Proste jak sikanie…

-
Chyba pod wiatr – wymsknęło się Larandarowi.

-
Spier… – Pułkownik dopiero w ostatniej chwili się opanował. Powinni ukręcić łeb temu elfowi.

-
No nic, musimy się zastanowić jak tam zejść. – Przerwał im krasnolud. – Skoro
już tu jesteśmy, powinniśmy się przyjrzeć temu, co tu znajdziemy.

-
Syf, kiłę i mogiłę. – Marudził Van Halen. – Głupi pomysł.

-
Pieski! Weźmy se jednego, błagam, weźmy sobie go! – Ekscytowała się chłopka.

-
A pies to im co najwyżej mordę lizał! Nie ma zejścia, wracamy.

- Liny, mamy liny. –
Oznajmił krasnolud. – A miejsce zapowiada się interesująco.

Komentowanie nie jest możliwe : więcej...

CCXLVI.

przez , 01.lut.2011, w Bez kategorii

Wraz z Hakirusem
Larandar wrócił rano do zamku. Przespał się trochę, potem udał się na śniadanie
i przysiadł do stolika, przy którym siedzieli Shivan, Erlan, Durak, Ishet,
Mirak i Brig. Jedynie starego czarodzieja brakowało.

-
Mam takie pytanie – zaczął rozmowę niby przez przypadek. – Walczyliście w
Wojnie, a czy wiecie, co stało się Moredhelami?

-
Przegrali! – Krzyknął Mirak.

-
Chciałbyś by było inaczej, ale twoi dostali łupnia i się nie podnieśli! –
Zirytowała się Ishet. – Zdrajca mały.

-
Jak słyszałeś, przegrali… – Dodał Erlan. – Wiele pogłosek o Wojnie słyszałem,
ale nigdy jeszcze nikt nie zastanawiał się, kto wygrał. Choć w sumie to całkiem
słuszne pytanie, patrząc na to jak wygląda Imperium, po tylu latach.

-
Nie o to mi chodziło. – Tłumaczył się fechmistrz. – Tylko o to, co stało się z
Moredhelami. Ich siły zostały rozbite, a reszta?

-
Nie było reszty. – Powiedział Shivan. – Ostatnia bitwa to było starcie
niewyobrażalnych sił. Oni ściągnęli całą swoją armię, my w sumie również. Z
całej planety. Potem nastąpiła totalna dezercja u nich. Kto mógł, ten uciekał.

-
Oni poruszali się za pomocą magicznych portali – tłumaczył Erlan. – Mieli wielkie
pole portali pod Sal-Sagoroth. Zniszczyliśmy to, sprawiając, że ich transport
przestał działać. Ich państwo
prawdopodobnie upadło.

-
Na Starym Świecie. – Stwierdził Larandar. – To wiemy, a co się stało z państwem
na ich kontynencie?

-
Tego nie wie nikt. – Odparł Shivan.

-
Postawcie kolejkę i możemy się przekonać. Poznacie potęgę magii. – Zaśmiał się
arcymag. – Kapłan faktycznie może niewiedzieć.

Zgodnie
z prośba fechmistrz postawił kolejkę.

-
Będziemy niewidzialni. – Oznajmił im Erlan. – Mam nadzieję, że nas nie zauważą.

-
Chyba nie planujesz nas przenieść do Sal-Sagoroth? – Zdziwił się kapłan.

-
Nie. Nie planuję. Po prostu to robię. – Zaśmiał się arcymag. – Szkoda mi życia
na planowanie.

-
No tak, w naszym wieku. – Zaśmiał się Shivan. – No to ładnie.

Nim
się obejrzeli znajdowali się na polu przed dawną stolicą królestwa Mrocznych
Elfów. Tu panowała jeszcze noc. Spojrzeli na wzgórze, na którym niegdyś
wznosiło się miasto, obecnie znajdowały się ruiny. Nie widzieli tam Moredheli,
choć słychać było tam jakieś wycie.

-
Gdzie ja jestem! Pomocy! – Wydzierał się przerażony Durak, który wcześniej nie
słuchał dokładnie rozmowy.

-
W krainie Mrocznych Elfów. – Odparła Ishet.

-
A co tak wyje!?

-
Wyczuli nas. – Rzucił Brig. – Pewnie ich system wczesnego ostrzegania.

-
Ja nie mogę! Wyczuli nas! Zabierzcie mnie stąd! – Panikował lemurianin.

-
Nie wyczuwam żadnych Moredheli. – Stwierdził tylko Erlan.

-
Żadnych? – Nie mógł uwierzyć Larandar.

-
Ani jednego. Ruiny miasta są zamieszkane przez koboldy.

-
A co to? – Zapytała Ishet.

Erlan
zamknął oczy. Próbował przenieść swój umysł do innych miast, ale w całej okolicy
nie potrafił znaleźć nic, co by go zainteresowało. Nic żywego.

Znów
pojawili się w kantynie w zamku w Altburgu. Durak natychmiast chwycił dzbanek
wina i wypił cały jednym duszkiem.

-
Dziwne. – Rzucił pod nosem Erlan. – Ale wygląda na to, że Królestwo Moredheli
upadło.

-
Może Rodryk ściągnął wszystkich mężczyzn do wojska. – Stwierdził kapłan. –
Jeśli zostali na Starym Świecie, państwo samych kobiet musiało wymrzeć śmiercią
naturalną. Nie miały jak się rozmnażać.

-
To jedna możliwość. Inne są takie, że rozwalił ich jakiś gorszy wróg. –
Zamyślił się Erlan. – Lub że obie rzeczy się nałożyły, ale wtedy mogłoby ich
dobić dużo słabsze państwo.

Larandar
słuchał tego bardzo uważnie. Wygląda na
to, że to jednak nie Moredhele stoją za Iluminari. Pytanie, czy może być
odwrotnie.


-
Mroczniaki! Cholera wyczuły nas. – Marudził pod nosem Durak.

Fechmistrz spojrzał na
niego. Uśmiechnął się. Czyś byśmy mieli tego
brakującego wroga? Moredhele teraz się idealnie do tego nadają. O ile Arcymag
nie jest tak zdolny jak nasi magowie.

Komentowanie nie jest możliwe : więcej...

CDIII.

przez , 02.cze.2009, w Bez kategorii

            Tak, jak
się spodziewali, brama wyjściowa przy centrum była zamknięta. System
bezpieczeństwa Korrian działał o wiele lepiej niż jakiegokolwiek zamku na
Starym Świecie, dzięki łączeniu magii i technologii, dowództwo miało pełną
informację o tym, co się działo i mogło szybko reagować. Część z oficerów
starała się walczyć z rozszalałymi behoderami, które atakowały każdego, kto
akurat znalazł się dostatecznie blisko nich, inni szukali szpiegów i
terrorystów. Tym razem nie w celach pojmania i przesłuchania, najważniejsze
było bowiem zlikwidowanie zagrożenia. Jedynym plusem tej sytuacji było to, że
śmierć miała być szybka. Bez tortur, prób wyciągnięcia informacji, niczego. Ale
dla Dyzia, Shivana i Erlana nie była to zbyt pocieszająca wiadomość.


            Tyle, że
Moredheli było coraz więcej i więcej. Kręcili się ze swymi wężowymi ogarami i
szukali uciekinierów. Niedaleko od muru, między drzewami, początkowo zdawało
się być bezpiecznie, acz trójka przyjaciół po raz kolejny nie doceniła przeciwników.
Kilkunastu Korrian celując do nich z karabinów szło w ich stronę. Tylko czekali
na sygnał od swego przełożonego i zakończyliby sprawę. Chyba, że wcześniej,
któryś z terrorystów zrobiłby jakiś nieprzemyślany ruch. Oficerowie Mrocznych
Elfów byli nad wyraz opanowani i zdyscyplinowani, karniejsi i bardziej
zaangażowani niż większość armii Starego Świata. Jeśli ich siły zbrojne są zorganizowane podobnie, to i bez technologii
daliby nam łupnia.
Shivan spojrzał na Erlana i Dyzia. Wiedzieli, że nie ma
sensu teraz nic robić, jeszcze nie teraz, jeszcze z minutę. Musieli grać na
czas.


- Chcieliśmy omówić warunki poddania się. – Powiedział kapłan.

            Kapitan
Korrian nawet chciał coś odpowiedzieć, ale albo wyczuł podstęp, a może miał jasne
rozkazy. Tyle, że na placu pojawił się niebieski beholder, który jak tylko
ujrzał grupę Mrocznych Elfów, zaczął lecieć w ich stronę z rykiem.


- Bronić się! – Wydał rozkaz kapitan.

            Dopiero
wtedy oficerowie odwrócili swe lufy i zaczęli strzelać do potwora. Tyle, że dla
nich było już za późno. Wielkie latające oko z paszczą podlatywało i połykało
kolejne ofiary, przegryzając je w pół. Nie pogardziłoby i zwykłymi elfami, nie
mówiąc o człowieku, gdyby nie to, że czas minął. Pierwsza bomba eksplodowała. W
murze pojawiła się wyrwa. Huk ściągnął Korrian w jedno miejsce. A dzika bestia,
choć niepokonana w walce, spłoszyła się i odleciała. Oczywiście wystraszenie
beholdera było dość krótkotrwałe, ale wystarczyło, by się od niego uwolnić,
gdzieś tam dalej znalazł sobie kolejne ofiary.


            Gdy
Moredhele byli zajęci jedną wyrwą, wtedy drugi ładunek eksplodował. Tym razem
właściwy. I nim kurz opadł, cała trójka ruszyła ku wyrwie, nim Korrianie w
ogóle się zorientowali. Nikt nie liczył, że zgubią pościg, liczyli tylko, że
uda im się go na trochę przechytrzyć.


            Wbiegłszy
do centrum portali, które na ich szczęście nie znajdowało się tak daleko, od
razu zabrali się za rozkładanie ładunków wybuchowych. Plan był prosty, wrócić
do Arabii i na jakiś czas powstrzymać pościg, a przy tym namieszać szyki wrogom
jak to tylko możliwe. Tyle, że jak zwykle nie przewidziano wszystkich
elementów, takich jak choćby to, że po poprzedniej wizycie w tym miejscu,
pojawiło się tu dużo więcej strażników. Cień podkładający bomby pod portale,
nawet gdyby miał dokumenty, byłby od razu podejrzanym. Lwy, w przeciwieństwie
do Korrian, nie ceniły tak wysoko informacji. Ważna była brutalna siła armii,
potęga Magistratu, a portale były jej cennym elementem. Nikt nie miał prawa ich
niszczyć.


            Erlan
chciał rzucić jedną kulę ognia, ale gdy zobaczył ile bomb już porozkładali,
wiedział, że wszyscy by się usmażyli. Jedynie Dyzio starał się walczyć mieczem,
co jedynie budziło śmiech. Sytuacja jednak wymykała się spod kontroli, na teren
centrum portali zaczęły zjeżdżać automobile pełne Korrian, a także posiłki
Magistratu Wojennego. Moredheli było coraz więcej i wbieganie na chwilę przez
portal do jakieś miejsca, by uniknąć kuli przestało się sprawdzać. Zwłaszcza,
że alarm już nie tylko ogarnął siły ochronne Sal-Sagoroth, ale także i mnóstwo
placówek okupacyjnych.


            Shivan
wskakując do portali na chwilę zwiedził więcej Miscle niż kiedykolwiek
wcześniej. Widział zrujnowany Satynowy Dwór, stolicę Galonii, okupowany Altburg
i mnóstwo innych miejsc, których nie potrafił rozpoznać. W końcu cała trójka
znalazła portal, który prowadził do Arabii, do miejsca, skąd przyszli. Kapłan
nie mówiąc nic, wbiegł przez niego, chwilę później zrobił to Erlan i Dyzio.


            W Arabii
panował już dzień. Nie zdziwiło ich to zbytnio, chwilę biegania po Starym
Świecie, już ich do tego przyzwyczaiły. Ale i tu napotkali strażników.


- Stać! – Ryknął jeden z Moredheli.

- Alarm! – Wydzierał się Shivan wymachując przepustką. –
Ściągnąć posiłki! Atakują Sal-Sagoroth!


            Jeden ze
strażników wbiegł przez portal, drugi przez chwilę stał zdziwiony, ale
Kisjevczyk podszedł do niego i błyskawicznie zaatakował go mieczem. Mroczny Elf
nie zdążył zareagować. Erlan wziął kulkę siarki, przygotował czar i wpuścił
kulę ognia wprost przez portal. Odsunął się. Jego przyjaciele odskoczyli. Przez
portal przeleciały fragmenty wyrzucone przez eksplozję, a chwilę potem zawalił
się. Magia była utrzymywana przy połączeniu, ale sam przedmiot, przejście nie
było w żaden sposób chronione, nie licząc strażników.


            Dyzio wstał, otrzepał
się. Shivan popatrzył na przyjaciół. Erlan westchnął. Teraz byli bezpieczni.
Przynajmniej przez jakiś czas. Dopóki Moredhele nie zaczną ich ścigać.

Komentowanie nie jest możliwe :, , więcej...

CDII.

przez , 01.cze.2009, w Bez kategorii

            Wschodząc
do kolejnego budynku Shivan nawet nie spojrzał na wartowników, mignął im tylko
szybko przepustką. Dyzio, w przebraniu Cienia, szedł za nim z groźną miną i
nawet nie raczył się zatrzymać. Włożył rękę do kieszeni na chwilę, jakby chciał
coś wyjąć, machnął ją szybko i przestał. Korrianie nie byli tym zachwyceni,
jeden z nich próbował zatrzymać gości.


- Dobrze, że się pofatygowałeś. – Rzekł Shivan. –
Poszukujemy elfickiego szpiega, powiesz nam gdzie on przebywa?


- Dokumenty proszę. – Powiedział. – Nie miałem okazji ich
zobaczyć.


            Kapłan
podał mu swoją przepustkę.


- Sprawa jest bardzo ważna, dostaliśmy pewne informacje,
sprawą osobiście interesuje się Saur. A teraz puścisz nas, czy mam ci usmażyć
móżdżek?


- To kwestia, która dotyczy Korrian, nie Cieni. –
Protestował Moredhel. – Prosiliśmy o wsparcie i otrzymaliśmy je, reszta was nie
dotyczy.


- Zmieniło się kilka spraw, o których nie mogę mówić
publicznie, twój szef może o tym porozmawiać z Saurem, jeśli wam na tym zależy.
Użyję wszystkich dostępnych mi środków, by spełnić wolę mego pana.


            Mówiąc
to kapłan podniósł lekko rękę. Korrianin się trochę wystraszył, nawet nie
sprawdzał już dokumentów Dyzia, pokazał jedynie kierunek, w którym znajdował
się Erlan. Gdy dwaj „Cienie” poszli, wyjął natychmiast kamień dalekowidzenia.


- Cienie coś knują. – Powiedział potem przełożonemu. –
Chcą zabrać więźnia.


- Mają na to pismo? – Zapytał dowódca.

- Nie.

- Aresztować ich. I ogłosić alarm.

            Kamień
przestał się mienić światłem, obraz dowódcy zniknął.


            Tymczasem
elf i Kisjevczyk otworzyli celę, w której siedział ich przyjaciel. Dyzio szybko
przeciął liny, którymi go związano.


- Jak zwykle pakujesz się w tarapaty.

- I jak zwykle Shivan nas z nich wyciąga. – Rzekł mag.

- Niedobrze! – Usłyszeli tylko głos kapłana.

            Na
zewnątrz korytarzem szło dwóch prawdziwych Cieni, którzy bynajmniej nie mieli
zamiaru sprawdzać przepustek nowoprzybyłych. Od razu zaczęli miotać kulami
ognia. Kapłan rzucił się do ucieczki.


            Dyzio
podszedł do drzwi i zaczekał, aż przeciwnicy będą tuż obok nich. Wyskoczył,
przeciął jednego w pół, drugi szybko wyczarował piorun, który trafił
Kisjevczyka w miecz. Mężczyzna musiał rzucić swą broń i dojść o siebie. Erlan w
tym czasie zaczął dusić Cienia od tyłu. Moredhel próbował się rzucać, ale w tym
czasie dawny zwadźca, przebił go mieczem.


- Dobra współpraca. – Mruknął Kisjevczyk.

            Usłyszeli
tylko przeładowanie broni. W korytarzu stało kilkunastu Korrian celujących do
nich z karabinów. Erlan zamknął oczy, skupił się i nim Moredhele zareagowali,
poleciała w ich kierunku kula ognia.


- Musimy stąd zmiatać i to szybko. – Powiedział mag
rzucając się do ucieczki.


            Dyzio
nie czekał zbyt długo, pobiegł za przyjacielem. Tymczasem Korrianie powoli
dochodzili do siebie. I zaczęli strzelać.


- Zawiadomić Cieni. – Krzyczał jeden do kamienia dalekowidzenia.
– Sytuacja awaryjna.


            Shivan
znalazł się w miejscu, które wyglądało jak skład amunicji. Spoglądał na
pistolety, karabiny i inne rzeczy, którymi mordowali wrogów Moredhele, ale nie
do końca wiedział jak działają. Trochę bał się ich używać, za to szybko
spostrzegł coś, co zachowywało się analogicznie do krasnoludzkich ładunków
wybuchowych. Kilka bomb z lontami. Wziął je. Przydadzą się, by zamaskować naszą ucieczkę. Następnie odwrócił się
i poszedł szukać przyjaciół.


            Erlan i
Dyzio uciekając przed ścigającymi ich Korrianami rozdzielili się. Magowi było o
wiele łatwiej, wystarczyło zatrzymać się i co pewien czas rzucić kulę ognia,
niestety powoli kończyły mu się kuleczki siarki, więc wiedział, że niebawem
będzie musiał improwizować. Dobrze, że
klecha gdzieś sobie polazł, pewnie by się śmiał z mojej magii.
Elf po raz
kolejny żałował, że nie tylko nie przepisał sobie wszystkich czarów z Gildii w
Altburgu, ale co ważniejsze nie nauczył się ich. Niektórych błędów nie da się już naprawić. Nawet zakładając, że książę
Dominicjan jeszcze żyje, to wątpię by Gildia jeszcze istniała.


            Najgorzej
miał Kisjevczyk. Korrianie strzelali do niego, a on nie miał jak się bronić.
Wiedział tylko, że gdyby stanął i zaczął wymachiwać mieczem, nawet nikogo by
nie drasnął. Mogli go bez problemu zastrzelić z odległości. Uciekał więc, przed
siebie, nie zastanawiając się dokąd biegnie. W końcu znalazł się w miejscu,
które mógłby nazwać chlewem, ale miast świń znajdowały się tu klatki z
przeróżnymi bestiami. W jednej z nich był też beholder. O nie, tylko nie to. Wielka, niebieska, latająca kula o średnicy
dwóch metrów, z jednym gigantycznym okiem, oraz olbrzymim, pełnym zębów otworem
gębowym spoglądała na niego, śliniąc się. Moredhele wbiegli do izby. Dyzio
zamknął na chwilę oczy i wziął głęboki oddech. Otworzył je. Wrogowie powoli
zbliżali się do niego.


- Nie zrobisz tego! – Ryknął jeden z nich. – Strzelać!

            Otworzyli
ogień.


            Dyzio
dał susa i był już przy klatce. Stwór spoglądał na niego dziwnie, jakby patrzył
na ofiarę. Ślinił się. Kisjevczyk podniósł szybko miecz i uderzył w nim w
zapięcie klatki. Zaiskrzyło. Pociski świstały wokół niego. Uderzył ponownie. I
ponownie. I jeszcze raz. Coś trzasnęło. Ale nie pękło. Beholder zaś zareagował,
zaczął napierać swym cielskiem na drzwi. Te w końcu się otworzyły. Dyzio chciał
uciekać, stwór wisiał w powietrzu tuż przy nim otwierając swą paszczę. Ja pierdolę! I gdyby Moredhele przestali
strzelać, potwór pożarłby Kisjevczyka, ale jeden z nabojów zranił bestię. Ta
wydała przerażający ryk. Mężczyzna poczuł tylko, jej ślinę i niedojedzone
fragmenty jakiejś istoty na sobie. Potwór był jednak rozdrażniony i zaczął
napierać na strzelających Mrocznych Elfów. Ledwo zipiący Dyzio, podszedł do
kolejnej klatki i uwolnił drugiego, mniejszego, czerwonego beholdera. Tym razem
stał do klatki bokiem, więc stwór też poleciał wprost na Korrian. Teraz trzeba znaleźć innych i się wycofać.


            Shivan
poprosił jeszcze raz swego pana o pomoc, dzięki temu dziwnym trafem znalazł
Erlana, a gdy szukali wyjścia, otworzył drzwi wprost do „chlewika”, w którym
słychać było krzyki beholderów. Przez drzwi wpadł zdyszany Dyzio.


- Zamknijcie je! – Krzyczał.

- I co teraz? – Zapytał Erlan.

- Musimy jak najszybciej wrócić do centrum z portalami i
wrócić do Arabii. – Zadecydował kapłan. – Obecnie wiemy o wrogu więcej, niż
przekazał nam Amos.


- Będą nas ścigać. – Rzekł mag. – Nie poddadzą się tak
łatwo.


- Demony, Moredhele, pół Kaszkientu, jaka różnica? –
Śmiał się Kisjevczyk.


- Zamkniemy za sobą portal. – Rzekł Shivan pokazując
bombę. – Tylko mamy niewiele czasu, wezwali prawdziwych Cieni.

Komentowanie nie jest możliwe :, więcej...

CDI.

przez , 31.maj.2009, w Bez kategorii

- Ja bym tam nie wchodził. – Nalegał Korrianin. – To
człowiek. Może przenosić jakieś zarazki, brudne to, nie wiadomo czym się żywi.
Podobno zjadają swoich zmarłych.


- Gdzie o tym słyszałeś? – Zdziwił się Shivan.

- Przeczytałem w „Ludzie są głupi” Jego Ekscelencji
Rodryka.


- A więc to prawda… – Mruknął od niechcenia kapłan. –
Niemniej jednak mój mistrz, Saur, żąda wydania tego eksponatu, do badań.
Możliwe, że ciało ludzkie przyda się na składniki do jakiś niecnych czarów. –
Roześmiał się Shivan.


- Hahaha! – Dodał Montolio.

- A to co za ptaszysko? – Zapytał Korrianin.

- Nie wyczuwasz magii, prawda?

- Nie, mistrzu Rodryku. – Powiedział uniżenie Moredhel.

- On ma tylko ptasią powłokę, ale to magiczna zabawka,
nazywa się Okiem Saura. Mój pan doskonale widzi, co tu się dzieję, ale mało kto
o tym wie i zwraca na to uwagę.


            Korrianin
pobladł.


- Tak, oczywiście już prowadzę do celi. Mam nadzieję, że
twój pan nie będzie zły, iż postępowaliśmy zgodnie z procedurami. Nie mieliśmy
wyboru.


- Nie zajmuj mi już więcej czasu, myślisz, że ja się nie
brzydzę człowiekiem? – Zrugał go Shivan. Fajnie
jest czasem pobyć Mrocznym Elfem.


            Natychmiast
ruszyli do celi. Drzwi były metalowe, bez żadnego otworu, wewnątrz nie było w
ogóle światła. Dyzia zamknięto tam i nie karmiono, ani nie pojono, bano się go.
Pracujący w centrum Moredhele od lat nie widzieli żadnej nistoty, co trochę
wzbudziło w nich niepokój i panikę.


- Wyłaź! – Ryknął Korrianin, a potem zwrócił się do
Shivana. – Nie wiadomo jak zareaguje, może być niebezpieczny, w końcu oni nie
różnią się od zwierząt zbyt wiele. I to zwierzęta są tymi lepszymi.


            Przeładował
broń. Kapłan podniósł rękę.


- Nie obawiaj się, moja magia nas obroni. – Powiedział
spokojnie elf.


            Kisjevczyk
wyszedł z celi, rozejrzał się i ucieszył, gdy ujrzał przyjaciela. Chciał coś
powiedzieć, ale Shivan tylko wyciągnął dłoń.


- Udawaj, że się dusisz. – Powiedział spokojnie w języku
imperialnym.


- Co? – Zdziwił się Dyzio.

- Udawaj, że się dusisz! – Powtórzył głośniej elf
ściskając dłoń.


            Kisjevczyk
chwycił się za gardło, zaczął dyszeć i szaleć.


- Widzisz, jedno proste zaklęcie i człowiek leży. –
Zwrócił się Shivan do Korrianina, zluzował rękę i dał Dyziowi znak, by udawał
wymęczonego. – Czy to bydle miało ze sobą jakieś rzeczy?


- Bydle? – Zdziwił się dawny zwadźca.

            Shivan
tylko podniósł rękę i znów w powietrzu zaczął udawać, że dusi przyjaciela, a
ten od razu podłapał sztuczkę.


- Miało. – Potwierdził Korrianin.

- Daj mu je, zabieramy je do Świątyni.

- Tam jest miecz.

- I co mam go nieść? Brzydzę się rzeczy, które
wyprodukowali ludzie i im podobni. Niech sam to niesie, mnie nie zagrozi.


- Tak jest, mistrzu.

            Kilkanaście
minut później, Dyzio obładowany swoimi rzeczami szedł przed Shivanem, który co
pewien czas udawał, że przeszkadza mu ludzki smród. Nikt z Korrian nie śmiał
zatrzymywać Cienia, więc szybko wyszli z budynku. Lecz zamiast udać się do
wyjścia z centrum, schowali się między drzewami.


- Mistrz magii? – Zdziwił się Dyzio. – Czy ja o czymś nie
wiem?


- Zamknij się bydlaku… – Odrzekł Shivan. – No dobra,
nikt nas nie słyszy. To była jedna możliwość, jak widać zadziałała. Teraz
będzie trochę trudniej musimy znaleźć Erlana.


- On też tu jest?

- Niestety. – Potwierdził kapłan.

- A ciebie czemu nie złapali?

- Dowiedziałem się, jednej ciekawej rzeczy. Otóż
Moredhele żyjąc tu od lat, będąc jedynym szczepem elfów, nie potrzebowały
zmysłu aury i zapomniały o nim. Przynajmniej w większości. Dlatego nie złapano
nas od razu. Erlan miał mniej szczęścia ode mnie, ale nasz przyjaciel, ten
świecący, dał mi pewno zaklęcie, które sprawia, że nie można odczytać mojej
aury. Twojej również. Przynajmniej już teraz.


- Mojej? – Zdziwił się Kisjevczyk.

- Tak, odtąd jesteś członkiem zakonu Cieni, tak jak ja. –
Kapłan podał mu czarny habit. – Mój rozmiar, musisz się jakoś w to wbić. Mam tu
jeszcze gliniane elfie uszy, przymocuj to sobie. I się ogól.


- Ale wiesz, taki zarost parodniowy dobrze działa na
wszystkie białogłowe, nawet tu się za mną oglądały.


- Chyba z obrzydzenia. Oni tu nie lubią innych ras. Tu w
ogóle nie ma przedstawicieli innych ras, dziwne prawda? – Mówił Shivan. – A i
nie zatnij się, bo będzie głupio wyglądało.


- Nigdy nie goliłem się własnym mieczem. – Powiedział Dyzio
przytykając ostrze do twarzy. – Dziwne uczucie.


- Nie wiem i wątpię, bym się kiedykolwiek dowiedział. A
teraz daj mi chwilę.


            Elf
ukląkł na ziemi i zaczął się modlić. Prosił swego pana, by ten wskazał mu
budynek, w którym przetrzymywano Erlana. Kapłan doskonale wiedział, że czasu
mają niewiele. Nie wiadomo, jak długo uda im się zwodzić Moredheli.

Komentowanie nie jest możliwe :, więcej...

CD.

przez , 31.maj.2009, w Bez kategorii

            Gdy
przechodzili do Świątyni Cieni, Erlana na placu nie było. Shivan starał się
odnaleźć przyjaciela, acz nie mógł się zbytnio rozglądać, by Yriel nie
zauwazył. Weszli do środka, hol był pokaźny i urządzony w stylu nieznanym
kapłanowi. Wszystko sprawiało wrażenie uporządkowania i przestronności.


- Windy, pewnie nie widziałeś nigdy takiej. – Roześmiał
się stary Cień.


            Podeszli
do jednej z nich, otworzyli drzwi i weszli do środka.


- Windy, dla Moredheli? – Nie mógł się nadziwić Shivan. –
No to ładnie.


- Kilka lat temu zaczęto je montować w niektórych
nowoczesnych budynkach, ale nawet Saurowi się spodobało, więc mamy i tu.
Niektórzy mówią, że my Cienie nie idziemy z postępem, a mało kto wie, że winda
osobowa to nasz wynalazek. – Chwalił się Yriel.


- Fascynujące, czuje się dowartościowany wiedząc, że to
wszystko to dzieło kogoś z nas.


- Co wiesz o Cieniach? Ogólnie pytam.

- Niewiele, mój stary mistrz był raczej zamknięty w
sobie, głównie mówił mi o bogach, no i bił księgą po łbie, mówiąc, że nigdy nie
miał tak głupiego ucznia. – Rzekł smutno kapłan. Brat Johan pewnie się teraz w grobie przekręca. Czasami chciałbym się
dowiedzieć, czy faktycznie nie żyje, tak jak zostało to przewidziane.


- Nie przejmuj się. – Rzekł starzec. – Każdy z w życiu
wiele przeżył, wy w Światłach przynajmniej trochę pamiętaliście swoich
rodziców, my już nie za bardzo. Tyle, że teraz nie ma już Karmazynowych i nie
ma Świateł, są tylko i wyłącznie Cienie. Poroszę o to, byś pomagał w świątyni u
mnie, jest wiele rzeczy, do których doszedłem, a które chciałbym komuś
przekazać. Zapisanie ich nie zagwarantuje, że zostaną one kiedykolwiek przeczytane.
Biblioteka Cieni, a w zasadzie obie wielkie biblioteki są już przeładowane
tomami, nikt nie jest w stanie tego, co w nich zapisane pojąć.


- Obie?

            Winda
się zatrzymała.


- Jesteśmy na miejscu. – Rzekł Yriel otwierając drzwi. –
Obie, jedna jest tu, druga w Sanacjum, ale czym ono jest dowiesz się w swoim
czasie, cierpliwości.


            Następnie
poddano Shivana intensywnemu doszkalaniu. Dano mu strój Cieni, niekoniecznie
szyty na miarę, acz pasujący. Podcięto włosy, kazano się wymyć, przedzielono
komnatę i dano przepustkę. Inny stary Cień zaczął mu wykładać bardzo skrótowo
historię powstania królestwa, o tym jak Rodryk doszedł do władzy, a także
historię, rolę i podział zakonu Cieni. Wspomniał też ogólnie o Magistracie, ale
nie wyrażał się o nich zbyt pochlebnie. Jeszcze mniej mówił o Korrianach,
których uważał za fanaberię pierwszego ministra. Kapłan starał się wszystko
zapamiętać, zadawał dużo pytań i udawał cały czas naiwnego, co działało bardzo
dobrze na starych zakonników, którym nie dane było nigdy się wybić. Przy tym
młodziku mieli szanse realizować swe ambicje, byli kimś.


            Wieczorem
Shivan wrócił do swojej komnaty, gdzie już ustawiono figurkę Karatha. Elf
podziękował tym, którzy urządzili mu izbę, a gdy został sam zaczął się modlić. Panie, ratuj. Nie wiem, co mam teraz czynić.
Gdy pogrążył się w modłach, stracił rachubę czasu. Dopiero po jakiejś godzinie
z letargu wybudził go głos.


- Wstań i otwórz okno.

            Shivan
nie wiedział, kto to mówi. Czuł się trochę dziwnie. Dopiero potem dojrzał widmo
zmory, które znajdowało się w tym pokoju.


- Czy tu znajdę Księgę Makr? – Zapytał kapłan.

- Nie. – Odrzekło widmo. – Teraz czas, byś wrócił na
Stary Świat, tu jest zbyt niebezpiecznie.


- Nie wykryli mnie. – Rzekł Shivan.

- To stan przejściowy. Oni żyją tu w swoim świecie, w
którym aura nie była elfom do niczego potrzebna. Większość z nich zapomniała o
tym zmyśle, dlatego was nie dostrzegają. Ale nie wszyscy, im dłużej tu jesteś
tym bardziej narażasz się na niebezpieczeństwo. Mam dla ciebie dar. – Podał mu
pergamin.


            Kapłan
spojrzał na nie.


- To czary… – Westchnął. – To nie dla mnie.

- Owsem, dla ciebie.

- Ukrycie aury, swobodne spadanie? – Dziwił się Shivan.

- Nie wyjdziesz przez główne wejście. Nie o tej godzinie.
– Mówiło widmo. – Udasz się do centrum Korrian, gdzie znajdziesz swoich
przyjaciół. Kapłani czasem dostają dar, dzięki któremu mogą rzucać czary.
Ciebie też to dotyczy.


- Mam wyskoczyć przez okno i rzucić na siebie czar? –
Dziwił się elf. – No to ładnie. A myślałem, że już gorzej być nie może.


- Nie masz czasu na rozmyślanie. – Rzekło widmo i
rozpłynęło się w powietrzu.


            Kapłan
podszedł do okna, wyjrzał przez nie. Znajdował się na wysokości ósmego piętra,
a na dole znajdował się kamienny bruk. No
to ładnie, jak to nie zadziała, to tej nocy będę w królestwie Morroua.

Komentowanie nie jest możliwe :, , więcej...

CCCXCIX.

przez , 30.maj.2009, w Bez kategorii

            Świecili
mu po oczach, mrużył je, ale to niewiele dawało. Źródło, które nazywali lampą
elektryczną, było na tyle silne, że najchętniej odwróciłby głowę. Gdy tylko
próbował, bili go i ustawiali we właściwej pozycji. Tak wyglądało
przesłuchanie. Korrianie nie przejmowali się tym, że szpieg mógłby nie przeżyć.
Chcieli go złamać, ale zdawali sobie sprawę, że niektórzy mogą być zbyt oddani
temu, co robią, by się sprzedać. Nienawiść innych ras, wobec Moredheli była
wielka i potrafiła motywować.


- Powiedz jeszcze raz, jak znalazłeś portal?

- Mówiłem, przechodziłem sobie drogą, gdy nagle z portalu
wyszły Mroczne Elfy. Nie zareagowały, to zobaczyłem skąd przyszły… Przelazłem
do środka… – Tłumaczył Erlan.


- Wyszkolony mag, biegle władający językiem moredhelskim,
w dodatku elf, przechodzi na drugą stronę i kręci się po Sal-Sagoroth. Przez
przypadek? – Zirytował się Korrianin. – Powiesz mi wszystko o swojej bandzie,
albo zrobimy się nieprzyjemni.


- Mojej bandzie? – Zdziwił się mag. Oni chyba myślą, że jesteśmy bardziej zorganizowaną grupą.

- Twojej zasranej bandzie! – Ryknął Korrianin.

            Stojący
przy drzwiach Cień podniósł ręce, by być gotowym na ewentualny atak magiczny ze
strony przesłuchiwanego.


- Więc nigdy nie myśleliśmy, że tu się znajdziemy.
Byliśmy poszukiwaczami przygód, wpierw dowodził nami Gotr, krasnolud.


- Krasnolud… – Powtórzył Moredhel z obrzydzeniem. –
Dowodził wami? Chyba niewiele wtedy zdziałaliście.


- W rzeczy samej, mieliśmy problem w dotarciu do
Altburga. Byliśmy tylko poszukiwaczami skarbów, nic więcej, złodziejami,
bandytami i hienami cmentarnymi, acz niegroźnymi. – Zarzekał się elf.


- Kłamiesz! – Ryknął Korrianin. – Chyba nie wiesz z kim
masz do czynienia. Nie wiem jak twoja szajka przedostała się do naszego kraju i
ilu was tu jest, ale i tak wszystkich was złapiemy i wybijemy.


- Nie kłamię, mówię prawdę. A mam pytanie, ktoś mówił, że
inne rasy, tfu nistoty już wymarły. Czy jesteśmy w przyszłości? Wiecie portale
przenoszą nas w przeszłość?


- Koniec gierek. – Zirytował się Moredhel.

            Podniósł
rękę. Dwóch innych Korrian założyło zaczepy z kabelkami na więźnia i odsunęło
się.


- A teraz powiedz mi, gnido, co wiesz o piorunach.

- O piorunach? – Zdziwił się Erlan. – O magicznych mogę
poopowiadać, ale chodzi ci o te w chmurach?


- Tak, o te naturalne, jak powstają.

- No cóż, w chmurach. Niektórzy twierdzą, że to bogowie
ciskają, ale ja w to nie wierzę. Jakiś naturalny proces. – Tłumaczył elf. – Po co
te pytania?


- Opisz mi ten naturalny proces. – Mówił Korrianin,
zupełnie bez jakichkolwiek emocji.


- Proces, no tak, nie mam pojęcia. Wątpię by ktokolwiek
miał.


- Powiedz jak powstają! – Podniósł głos przesłuchujący.

- Stary, pogrzało cię, skąd ja mam to wiedzieć. Nie wiem.

- Znaczy nie chcesz powiedzieć, tak?

- Nie mam pojęcia jak powstają pioruny! – Wydzierał się
Erlan.


            Korrianin
uśmiechnął się pod nosem i nacisnął jeden z przycisków na biurku. Przez kabelki
popłynął prąd, który zaczął kopać przesłuchiwanego elfa.


- Kurwa, co to jest! – Wydzierał się. – Ja pierdolę!
Głupi chuju!


- To wiesz jak powstają pioruny, czy wolisz mi
opowiedzieć o swojej szajce?


- Zrozum nie ma żadnej szajki… Znalazłem się w
niewłaściwym miejscu o niewłaściwej porze, to wszystko. Nie moja wina, że się
wplątałem w kabałę. A co to było, czym mnie potraktowaliście?


- Pioruny. – Uśmiechnął się przesłuchujący. – Widzę, że
jesteś bardzo lojalny wobec swego wywiadu. Spróbujemy jeszcze kilka sztuczek,
potem podamy ci serum prawdy.


- Czemu od razu tego nie zrobicie. – Parsknął śmiechem
Erlan. Dziwi jacyś.


- Dla twojej informacji – wtrącił się Cień. – To nie jest
takie serum jakie znacie w swoim zacofanym świecie, to nasz wynalazek, mojego
zakonu. Odczytamy wszystkie twoje myśli, nie ukryjesz przed nami niczego, tylko
jest jeden mały problem, zginiesz przy tym, a mógłbyś się nam przydać w Starym
Świecie.


            Cień
wyjął z kieszeni mały słoiczek z dziwnymi, patyczkowatymi owadami w środku.


- Nosiciela pierwotnego traktują łagodnie. – Roześmiał się.


- Będziesz współpracował? Powiesz nam wszystko o swoim
wywiwadzie? – Zapytał Korrianin.


- Nie pracuję dla żadnego wywiadu… – Zaprzeczył Erlan.

            Moredhel
znów nacisnął guzik i popłynął prąd. Przesłuchiwany zaczął się wydzierać. Tym
razem dłużej.

Komentowanie nie jest możliwe :, więcej...

CCCXCVIII.

przez , 28.maj.2009, w Bez kategorii

- Tu nie wolno wchodzić! – Ryknął wiekowy Cień
spoglądając na Shivana, który próbował wejść do zakrystii świątyni.


            Elficki
kapłan zatrzymał się starając się wyglądać na bardziej zdezorientowanego, niż
faktycznie był.


- Przepustkę poproszę. – Powiedział Cień.

- Właśnie z tym mam problem, bo jej nie mam.

- Pokaż choć swoje dokumenty…

- E, no… – Kręcił Shivan.

- I co to za strój? Skąd żeś się urwał!? – Irytował się
stary Cień.


- Mógłbym rzecz, że z prowincji, ale to by było mało
powiedziane. – Mój klasztor był na
uboczu, ale wątpię byś zrozumiał, o czym mówię. Zwłaszcza, że nie chciałbym, by
tak się stało.


- Jesteś jednym ze konwertytów ze Świateł, co?

- Właściwie to po raz pierwszy przybyłem do stolicy,
wcześniej nie miałem okazji mieszkać w mieście, to wszystko mnie przeraża.
Miałem się zgłosić w świątyni Cieni…


- Jak masz na imię chłopcze? – Zapytał Cień.

- Nazywam się… – Zamyślił się chwilę. Jakie są imiona Moredheli? – Rodryk.
Wiem, wiem, niektórzy dziwnie reagują na to imię.


- Jestem brat Yriel. Zanim zdecyduję, co będzie z tobą
dalej, chcę ci zadać parę pytań. Wyglądasz mi na przerażonego i zagubionego,
cóż pamiętaj chłopcze życie jest bezwzględne i trzeba siłą brać, to co się mu
należy. Gdybyś nie był Cieniem, zmiażdżyłbym cię. – Ale jesteś w moim zakonie i musiałbym za to odpowiedzieć. – Ile masz
lat?


- Trzydzieści jeden. – Powiedział zgodnie z prawdą
Shivan.


- I rodzice nazwali cię Rodryk… Przyjechałeś z
prowincji i dziwisz, się, że nistoty i inni dziwnie reagowali na twoje imię.
Albo masz nie po kolei w głowie, albo nie wiem, gdzieś się uchował.


- To było odelfie…

- Widzę. Myślałem, że po Karmazynowych słuch już zaginął,
ale widzę, że jeszcze niektórzy z nich uchowali swoich adeptów, powiedz mi
jeszcze jedno, jaka jest twoja profesja, bo mniemam, że nie szkolono cię według
reguł zakonu Cieni? – Pytał Yriel.


- Jestem kapłanem boga śmierci… – Powiedział uradowany
Shivan.


- Tak? – Zdziwił się Cień. – To gdzie masz insygnia
Karatha!?


- Karath… – Wymamrotał elf. On nie jest bogiem śmierci, on był jednym z demonów Morroua, jeszcze
przed Kompanią Chaosu. Potem stał się pomniejszym bóstwem Chaosu, oni muszą go
uznawać za pana życia i śmierci, ale nie pana Panteonu.
Uśmiechnął się. –
Po to mnie tu przysłano, bym skończył szkolenie.


- Bez dokumentów i niczego? – Dziwił się Cień.

- Właśnie, w tym jest problem. Przechodziłem przez
portale, mojemu mistrzowi nie chciało się korzystać z innych form transportu i
mi tego też odradzał. Zwierząt nie lubił, a innym formom, pozbawionym magii nie
wierzył.


- Dziwisz się? – Roześmiał się Yriel. – Kto, kto pozostał
ze Świateł i widział upadek ich plugawego państwa, mógłby wierzyć w
niezawodność techniki… Ona stała się przyczyną ich upadku. Ale akurat kolej
jest bezpieczna.


- Właśnie bardzo żałowałem, że nie mogłem jej dotknąć z
bliska. – Stwierdził Shivan. – Wygląda wielce interesująco, ale kto wie, może
taka była wola mojego Pana. Po drodze spotkałem, coś przedziwnego, kilka
portali było niezabezpieczonych i z odległych krajów przedarła się grupa ludzi!
Napadli mnie, zabrali mi dokumenty!


- Ludzie tutaj… – Powtórzył to z obrzydzeniem Yriel. –
Głupie Lwy nie zabezpieczyły wszystkich przejść, skaranie bogów z tym
Magistratem! Jeszcze jedna rzecz mnie frapuje, Rodryku, co to za ptaszysko?


- Nie wiem właśnie dokładnie, mój nauczyciel jednak
powiedział, że pewnego dnia mi się przyda. Nie wiem, o co mu chodziło.


- Wysłał cię do Świątyni Cieni, czy do jakiejś świątyni? –
Zapytał starzec.


- Miałem to na kartce. – Rzekł cichutko Shivan.

- Nie chcesz może zostać żołnierzem? – Ironizował Yriel. –
Cóż, Świątynia Cieni to ten olbrzymi budynek przy placu, tam pójdziemy. Obecnie
nie pełni roli religijnej, to nasze centrum, nawet ktoś ze Świateł powinien to
wiedzieć, no tak, ale ty już urodziłeś się po schizmie, więc możesz takich
rzeczy nie wiedzieć. Swoją drogą twoi rodzice mieli wiele tupetu, by cię tak
nazwać.


- Zginęli… – Powiedział cicho elf.

- Była wojna, co poradzić. Wielu wtedy zginęło.

- A mam jeszcze dwa pytania. Rozmawiałem z żołnierzami po
tym napadzie, kazali mi się zgłosić w centrum Korrian, ale wpierw wolałem się
tu odmeldować. Gdzie jest to centrum i co się tam robi? No i czemu mówili o nas
per Ciernie?


- W Magistracie lubią umniejszać naszą rolę, stąd ta
nazwa. A centrum Korrian, nieprzyjemne miejsce, jest na wschód od stolicy.
Wpierw jednak musimy ustalić, co możesz im powiedzieć. – Roześmiał się Yriel. –
Chodźmy.

Komentowanie nie jest możliwe :, , więcej...

stat4u <!-- s4uext=s4upl(); document.write('stat4u') //--> stat4u

Blogroll

Kilka bardzo polecanych stron...