orthank blog

Tag: randal

CCXVI.

przez , 02.sty.2011, w Bez kategorii

Karczek nie
należał do osób, które przejmują się konwenansami czy prawem. Był człowiekiem
prostolinijnym, o jasno określonych zasadach życiowych. Niekoniecznie
moralnych, ale z pewnością prostych. No a przede wszystkim był prawdomówny i
tego samego wymagał od innych. Muerte doskonale o tym wiedział i nigdy nie
okłamywał swego pachołka, choć umiejętnie go wykorzystywał. Wystarczyło, że
powiedział.

-
Zabij tego gnoja, bo źle pomyślał o mojej matce. – To dla Karczka wystarczyło,
zresztą wiele osób nazywało Dariusa sukinsynem, więc zdanie było prawdziwe.
Wydawca zachowywał się tak, by określenie to samo przychodziło do ust każdemu,
z kim miał do czynienia. Choć oczywiście swemu pachołkowi od brudnej roboty dodawał.
– Są inne powody, dla których ta ludzka – o ile to był człowiek – gnida powinna
gryźć glebę. – Ale te powody nigdy nie były ważne, przynajmniej z punktu
widzenia Karczka.

On
nigdy nie myślał o sobie jako osobie złej, czy dobrej. Robił to co potrafił i
to co należy. Jeśli trzeba kogoś pobić, zabić czy nastraszyć, nie miał z tym
żadnych problemów. Wściekał się tylko, gdy ktoś go okłamywał! Tak jak zrobiła
to Ishet! Zaufał jej!

Teraz
odnalazł kobietę i zamierzał zanieść ją do niziołka, lecz wiedział, że ona
prawdopodobnie nigdy już nie będzie mogła samodzielnie chodzić. Był zły! Był
wściekły! Rzucił się na nią! Oczywiście mogłaby nie przeżyć takiego ataku, ale
Karczek nie należał do osób zbyt bystrych. Za bardzo mierzył wytrzymałość
innych swoimi możliwościami.

W
ostatniej chwili kobietę zasłonił Daniel. Łowca próbował walczyć, atakować
mieczem, ale ogarnięty furią Karczek złapał go za ramię i rzucił nim o ścianę
pobliskiego budynku. Sherstock nie miał szans tego przeżyć.

Ishet
nie zamierzała czekać z założonymi rękami. Gdy tylko Karczek zaczął atakować,
wydzierała się w niebogłosy i biegła wprost do twierdzy. Dan dał jej potrzebny
czas. Reszta pozostała już w jej gestii. Hałas, który zwrócił uwagę
mieszkańców. Ale ci nie zareagowali. W końcu, kto próbowałby stanąć na drodze
takiemu drabowi.

Na
szczęście strażnicy miejscy zareagowali. Nie dlatego, że kobieta krzyczała
pomocy. Ale rzadko zdarzało się, by ktoś mordował na ulicy w taki sposób. Prawo
prawem, rzeczywistość rzeczywistością, ale to nie mogło przejść bez echa.
Rzucili się na Karczka, choć dwóch pierwszych rzucił na ziemię, nim zdążyli go
choćby uderzyć. Dopiero dziesięciu strażnikom udało się obezwładnić
rozwścieczonego mężczyznę.

Ishet
tymczasem dobiegła do baraków, od razu wszczęła alarm. Wojsko ruszyło za nią do
siedziby niziołka, a kilku żołnierzy udało się pojmać Dariusa Muerte. To nie
wymagało większej siły. Wydawca, bez swego ochroniarza, był prawie całkowicie
bezbronny. I nie mógł mu pomóc pistolet.

Gdy
wpadli do jego rezydencji, Darius podniósł tylko ręce do góry.

-
Nie macie prawa, ludzkie śmiecie. – Wykrzykiwał. – To zamach na media, książę
pożałuje. Domagam się procesu! I będę napiętnował każdą mega nieuczciwość i
niegodziwość.

Był
bardzo pewny siebie. Chłopce nawet się podobało, że go tak szybko załatwili.
Sama zaś zaprowadziła żołnierzy do siedziby Randala.

Wywarzono
drzwi. Wpadli do środka. Od razu poczuli smród rozkładającego się ciała. Niziołek
wyciągnął z trumny resztki Skerrita XII i próbował tym nacierać zmaltretowanego
elfa.

-
Co u się wyprawia!? – Rzucił przerażony kapitan.

Wówczas
niziołek zrozumiał swoją sytuację.

-
Złapałem mordercę ambasadora. – Oznajmił. – Leży tutaj.

Wskazał
elfa.

-
To jakiś chory zboczeniec. Zobaczcie! – Kazał się wszystkim rozejrzeć. – Osłom
z dupy powyrywał ogony! A mojego ukochanego nie tylko zabił! Ale używał go jak
ręcznika! Jak szmaty!

Randal
zalał się łzami. Rzucił się na kolana, ściskając ciało skavena.

-
Nie mówcie tego jego rodzinie. Ale łączyło nas uczucie. Związek, w którym rasa
ani płeć nie miała znaczenia. A ten podły Moredhel nie mógł znieść naszego
szczęścia! Dręczył nas! Maltretował.

-
Nie słuchajcie go! – Krzyknęła chłopka. – Pojmać tego nizioła! – Rozkazała. –
On kłamie.

-
Nie, ja nie kłamię. Mówię prawdę! Nigdy w życiu nie kłamałem. – Zarzekał się
Randal.

Ale
nikt go nie słuchał.

Strażnicy
ogłuszyli go i wyciągnęli na zewnątrz.

Chłopka podbiegła do
swoich przyjaciół. Znajdowali się w ciężkim stanie. Ale jeszcze żyli.

Komentowanie nie jest możliwe :, więcej...

CCXV.

przez , 01.sty.2011, w Bez kategorii

Gdy
Larandar oprzytomniał, znajdował się związany i leżący na jakimś łóżku. Tylko
po jękach mógł dojść, że obok, w podobnym stanie znajduje się Mirak. Elf przez
chwilę próbował zastanawiać się, gdzie jest. Pamiętał Karczka i Muerte. Potem
nie wiedział już nic. Gdzie jest Ishet?
Dopiero wtedy usłyszał rżenie osła. Albo
umarłem i spotkała mnie kara za moje winy, albo trafiłem do krainy konusa!


Na
odpowiedź nie musiał czekać długo. Coś wskoczyło mu na brzuch. Randal, który
trzymał w ręku rozgrzany do czerwoności nóż.

-
Elf… Wstrętny, podstępny, zuchwały elf. Morderca mojego zwierzątka! Pamiętamy
i nigdy nie zapomnimy o tym, co zrobiłeś. O twoich zbrodniach.

Fechmistrz,
nie zamierzał odpowiadać. Tylko splunął halflingowi prosto w twarz.

-
Takiś hardy? Zobaczymy jak poradzisz sobie z tym!

I
Randal zaczął przykładać gorące ostrze do ciała swej ofiary. Larandar starał
się choć przez chwilę nie wydawać żadnego odgłosu. Ale nie dało się. Ból był
zbyt mocny.

-
Zostaliście tu sami ze mną! Ha! – Śmiał się niziołek. – Tylko my w trójkę. I
świetne zabawy. Znam mnóstwo sposobów by was rozerwać i rozgrzać!

Zeskoczył
z elfa, przyniósł jakiś bicz i zaczął go nim okładać.

-
Ty gnido! Ty pomiocie Rodryka! Masz czelność tu przychodzić, po tym, co mi
zrobiłeś! Nienawidzę cię! Nienawidzę! Dobrze ci tak, cierp, tak jak przed twój
lud cierpiały miliony! Ty jesteś wszystkiemu winien!

Potem
przestał. Wyszedł na chwilę z izby. Larandar odetchnął z ulgą. Krew spływała po
jego ciele. Wszystko go bolało.

-
Ojejku, co się stało? – Płakał Randal gdy wszedł jeszcze raz do sali tortur. –
Tragedia, kto tak elfa urządził? Pewnie sam się. One takie są.

Niziołek
podszedł do leżącego. Spojrzał na jego twarz.

-
Jaki biedny, jaki skrzywdzony. Mam coś, co uśmierzy twój ból.

-
Wsadź to sobie w dupę! – Wycedził fechmistrz.

-
Wciąż ta nienawiść. Ale to ci pomoże. Czarny lotos! Tylko mała porcja.

Konus
włożył coś elfowi do ust, przytrzymał je tak, by ofiara to połknęła. Potem wlał
tam jeszcze czystej wódki. To była kolejna porcja tortur, zwłaszcza, że
Randalowi nie udało się znaleźć prawdziwego czarnego lotosu, więc wepchnął w
swego wroga świńskie odchody. Następnie popatrzył na poraniony brzuch
fechmistrza, krew która z niego spływała. I zaczął ją wycierać brudną ścierą,
którą myto podłogi.

-
Biedne stworzonko, z nienawiści do zwierząt tak się pokaleczyć!

Larandar
nie miał pojęcia, co nizioł wyprawia. Zwariował
chyba!
Zwłaszcza, że zaczął płakać nad tym zbolałym ciałem.

-
Współczuję ci.

A
potem nawet je ucałował.

-
Gorszej tortury nie mogłeś wymyślić! – Irytował się elf.

-
Uśmierzę twój ból. – Oznajmił niziołek.

A
potem rozlał na ciało czysty spirytus. Fechmistrz wydzierał się w niebogłosy, a
Randal jedynie się śmiał.

Spojrzał
na Miraka. Ten zdążył już dojść do siebie. Leżał, czekał na kolejną porcję tortur,
choć sam jeszcze o tym nie wiedział.

Niziołek
podszedł do szafki, z której wyciągnął młotek i gwóźdź. Podszedł z nimi do
czarodzieja.

-
Ciekawe, czy da się przybić rękę do deski? – Zapytał.

-
Połóż, a ci przybiję. – Zaproponował mag.

-
Ciekawe, bardzo ciekawe, dobrze kombinujesz. Ale to ja będę wbijał! –
Zasugerował Randal.

Rzucił
gdzieś gwóźdź na podłogę, sam zaś zamachnął się młotkiem i rozwalił palec
Mirakowi. Mężczyzna krzyczał z bólu.

-
Uśmierzyć ból? – Zapytał niziołek. – Błagaj mnie o litość, a przestanę cię
torturować. Przecież tylko elf na to zasłużył.

-
Pierdol się! – Ryknął czarodziej.

Halfling
schylił się po kolejną butelkę spirytusu i oblął nią rozwalony palec.

- Nie boli tak? – Zachichotał niziołek. – Ale skoro
mówisz o pierdoleniu, skoro to dla ciebie taka inwektywa, pomogę ci. Pozbawię
cię tej możliwości.

Następnie podniósł z
podłogi nóż i wyszedł go rozgrzać. Miał zamiar wykastrować Miraka, a potem znów
znęcać się nad elfem.

Komentowanie nie jest możliwe : więcej...

CCXII.

przez , 29.gru.2010, w Bez kategorii

Naprzeciwko
redakcji „Naszego Dziennika” znajdował się dość niepozorny budynek, do którego
wszedł Karczek z Randalem. Nim Larandar, Mirak i Ishet zdążyli się tam zakraść,
postawny mężczyzna wyszedł, zostawiając halflinga samego.

Odczekali
chwilę, aż Karczek sobie pójdzie, dopiero wówczas weszli do bramy. Na piętrze
znajdowała się drukarnia Muerte i jakieś pomieszczenia przemysłowe. Wszystkie
drzwi były szczelnie zamknięte i nie znaleźli tam choćby najmniejszego śladu
Randala. Niziołek musiał tam gdzieś jednak być.

Mirak
zszedł na dół do piwnic, gdzie znalazł solidne mosiężne drzwi.

-
Chyba znalazłem. – Krzyknął do przyjaciół.

Sam
zaś przyłożył ucho do nich i starał się nasłuchiwać.

-
Kogut? Jakbym zwierzyniec słyszał!

-
To tutaj, to musi być królestwo konusa! – Rzucił elf.

-
Co najwyżej królestwo zła! – Poprawiła go Ishet.

-
Nazwałbym to świątynią wcielonego zła, ale jeszcze nie byłem w środku. –
Żartował czarodziej.

Co
dziwne, drzwi te miały zasuwę z zewnętrznej strony, jakby ktoś nie chciał, by
to, co się znajduje za nimi wyszło na zewnątrz.

-
Niech znajdę jakiś czar, który to otworzy – rzucił Mirak i zaczął przeglądać
swą księgę.

-
Eh, magowie. – Zirytował się trochę fechmistrz i zaczął podnosić rygiel. Nic to
nie dawało, dopiero przesunął go trochę i ciężko ale poszło. – To chyba drzwi
dla Karczka.

Gdy
w końcu weszli do środka, zdziwili się tym, co zobaczyli. Przypominało to
trochę chlew, jakąś taką małą oborę. Na podłodze porozrzucano słomę, po
pomieszczeniu biegały kury, króliki i wiele innych zwierząt domowych w tym kuce
i osły, oczywiście z obciętymi ogonami.

-
Pierdolony konus! – Ryknął elf.

-
Nie złość się, może go tu nie ma. – Zastanawiał się głośno czarodziej.

-
A kto inny miałby tak chore fantazje?

Nie
musieli czekać na odpowiedź długo. Przez środek pomieszczenia przebiegł osioł,
a za nim gonił Randal w samym tylko habicie. Udawał mnicha, choć podniósł strój
by móc biegać i gwałcić.

-
Dzień dobry. – Powiedziała Ishet.

-
Nie gadam z parweniuszami! – Rzucił do niej niziołek i nawet nie zareagował.

Dopiero
po chwili zauważył elfa.

Wściekł
się. On żyje! On żyje! Mój wróg! Zabójca
mojego osiołka! Mojego kochanego zwierzątka!


Randal
zaczął się wydzierać, jakby zobaczył jakiegoś demona.

-
Nigdy nie sądziłem, że niechęć wobec innych ras może przybierać taką postać. –
Zastanawiał się głośno czarodziej.

Halfing
jednak nie zamierzał poprzestawać na krzyczeniu. Schylił się i zaczął zbierać
odchody.

-
Szukamy Skerrita XII. Wiesz coś o tym? – Zapytał Larandar.

-
Spierdalaj! Spierdalaj! Zabójca zwierzątek! Psychopata! Gnida w elfiej skórze! –
Wydzierał się niziołek cały czas zbierając guano.

-
Chciałem kulturalnie porozmawiać.

-
Co ty, dupku żołędny możesz wiedzieć o kulturze. Twoja rodzona matka, kulturę
znała jedynie z wyszorowanego buta moredhelskiego gwałciciela, który jest twoim
ojcem. Jaki ojciec, taki syn. Depczesz kulturę, zboczona gnido! Gwałcisz,
palisz, mordujesz wszystko czego nie znasz! A masz! – I zaczął obrzucać elfa
tym, co zebrał.

-
Uszytwnionko? Zapytała Ishet.

-
Brakowało mi tego, ty prukwo! – I ją również obrzucił. – I ty… Mały, ludzki
niedorobku. – Zwrócił się do czarodzieja. – Chyba pies pomagał twemu ojcu cię robić, ale z
drugiej strony, pysk miałbyś ładniejszy!

Potem
rzucał fekaliami w Miraka. Larandar stwierdził, że nie będzie takiego
zachowania tolerować. Podszedł do niziołka i z całej siły go kopnął.

-
Tylko tyle potrafisz? Brutalu?

Elf
się nie patyczkował. Tylko walił, by uspokoić rozbrykanego towarzysza.

-
Obiecuję ci jedno, nie przeżyjesz naszego następnego spotkania, choćby to miała
być ostatnia rzecz, którą w życiu zrobię! – Wydzierał się halfling.

-
Zrobił się strasznie przykry. – Stwierdziła Ishet.

-
Przykry? Ale nie tak zgorzkniały jak ty, starucho. Po co cię jeszcze oni
trzymają, wiedźmo? A ty nadal im nie ufasz? – Zwrócił się do elfa.

Ten
jednak nic nie odpowiedział, tylko jeszcze raz uderzył Randala.

-
Skerrit XII? Wiesz coś o nim?

-
Spierdalaj kutafonie, jebany cwelu, twoja matka to chuj!

-
Poziom „Naszego Dziennika”. – Zaśmiał się Mirak. – Obrazić, zbluzgać a może coś
z tego przylgnie do ofiary.

-
Żołędne dupki! Cioty! Na pomoc! Gwałcą! Elfy mnie gwałcą! – Wydzierał się
Randal. – Boli! Ten chuj mnie pobił! Ja nie mogę, elfi brutal!

-
Usztywnij go. – Rozkazał Larandar.

Mag
zrobił to z całą przyjemnością.

W
końcu w komnacie zapanowała cisza.

-
Nic tu po nas. – Stwierdził elf. Podobnie jak jego towarzysze miał już dość
atrakcji jak na jeden dzień. – Powinniśmy rozmawiać z kimś, kto faktycznie
zarządza tym szmatławcem. I zrobimy to z samego rana.

Komentowanie nie jest możliwe : więcej...

CCX.

przez , 26.gru.2010, w Bez kategorii

Bosman miał rację.
„Nasz Dziennik” miał kolejne demaskatorskie informacje. Mirak, Ishet i Larandar
wybiegli ze swojej twierdzy bardzo wcześnie rano, nawet nie próbowali czekać na
Briga, zbyt wiele trzeba by mu wytłumaczyć.

Kupili
gazetę i czarodziej zaczął ją głośno czytać.

-
Wygląda na to, że to my odpowiadamy za porwanie ambasadora. – Powiedział
zdziwiony. – Posłuchajcie tego. Wygląda na to, że arcyksiążę Ferdynand w końcu
przejrzał na oczy i zobaczył prawdziwe oblicze demona jakim jest Kongregacja.
Ten kraj, spływający złem i krwią niewinnych istot, próbował wgryźć swe
szczurze zębiska w samo serce naszego, wspaniałego Imperium. Wygląda na to, że
to ambasador Skerrit osobiście zorganizował wysadzenie katedry, zwalając całą
winę na skłóconych Zigmarian. Kongregacja kocha chaos w innych państwach i
zrobi wszystko, by go krzewić. Dobrze, że nasi władcy w końcu przejrzeli na
oczy i postanowili wypowiedzieć wojnę temu zawoalowanemu wrogowi! Tak trzymać,
szkoda, że nasz władca Uther wciąż nie ma jeszcze jaj, by wypowiedzieć tym
plugawcom z południa prawdziwą wojnę. Ale podjazdowa i tak jest lepsza niż
akceptowanie niekorzystnego dla nas stanu rzeczy.

-
Co on bredzi? – Zastanawiała się Ishet.

-
Oni nie chcą by ten kongres się nie odbył, chcą by na nim doszło do
wypowiedzenia wojny Kongregacji. – Zauważył Larandar. – Faktycznie wykorzystają
ciało Skerrita, gdy będzie im potrzebne.

-
Słuchajcie dalej. – Przerwał im rozważania Mirak. – Do porwania doszło w nocy,
a zorganizowali je najbardziej zaufani zausznicy księcia, jego bezwzględni
agenci, których imiona muszą pozostać tajne. W każdym razie jest ich troje.
Plugawy, zawszony, psychopatyczny elf o kaprawych oczkach, lubujący się w
zadawaniu bólu innym.

Ishet
zrobiła wielkie oczy.

-
Naprawdę? Masz wszy?

-
Pieprzony konus…

-
Na moje chyba styl mu się poprawił – powiedział czarodziej. – Ale słuchajcie
dalej. O jego przeszłości nie wiadomo zbyt wiele, w każdym razie musiał być
ofiarą gwałtu, gdyż widok kopulacji dwóch osobników wzbudza w nim furię.

-
Dwóch osobników! – Zirytował się elf. – Ten kutas posuwał zwierzę!

-
Może trochę ciszej, inni na nas patrzą. – Zauważyła Ishet.

-
Zdenerwowałem się. Ale sami wiecie, jak to wyglądało.

-
Prawda medialna, nowe narzędzie w rękach nizioła. – Stwierdził Mirak.

Larandar
jednak widział w tym potężne nadużycie. Wpierw
Czarny Szpon, teraz to. Ten konus to psychopata i nie któryś z nas nie przeżyje
naszego następnego spotkania.


-
Pomaga mu, to o mnie, – kontynuował Mirak – mag niemota. Tak słaby, że jedyne
co potrafi to sprawić by marchewka zniknęła. Cała sztuczka nawet nie polega na
zjedzeniu jej, a włożeniu jej sobie w tyłek. Podobno to standardowa metoda
wszystkich, którzy pragną przekroczyć próg Gildii Magów. Starsi magowie
uwielbiają młodych chłopców, nic dziwnego, że sama organizacja jest tak słaba,
skoro główne skrzypce grają w niej lubieżnicy pokroju Hakirusa o którym piszemy
na następnej stronie.

-
Przeczytaj o Hakirusie. – Zaproponowała Ishet.

-
Wrócę do tego. – Stwierdził Mirak. – W każdym razie, nie wiadomo, po co książę
trzyma tego niemotę, chyba tylko dlatego, że jest dobry w wyrywaniu paznokci i
torturowaniu kobiet. Jak każdy mag, jest w nim coś z niespełnionego zboczeńca.
Ma zakaz wstępu do domów publicznych, po tym jak w czasie jednego ze stosunków
udusił partnerkę. Przepraszam, ale ten opis pominę.

-
Nie, czytaj, śmiało, przecież wszyscy wiedzą, że to nieprawda. – Śmiał się
chicho elf.

-
Tu jest napisane, że udusiłem kobietę własnymi jądrami próbując wjechać jej do
żołądka.

-
Fuu… To nizioł chyba wymyślił. – Oburzyła się chłopka.

-
Ostatnia z książęcych sługiń, to była prostytutka, jednak tak stara i brzydka,
że od lat nie znalazła żadnego amatora na swoje tak zwane wdzięki. Ona również
torturuje pojmanych, przede wszystkim załatwiając na nich swoje potrzeby
fizjologiczne, gdyż tylko łącząc je z zachowaniami seksualnymi szczytuje.

-
Co?! – Oburzyła się Ishet.

-
Przejdź do tego Hakirusa, bo widzę, że się konus rozkręcił za bardzo. –
Stwierdził elf. W głowie wciąż miał obraz niziołka na stołku dobierającego się
do klaczy. Reszty nawet nie próbował sobie wyobrazić. Po takim konusie to się wszystkiego odechciewa.

-
Hakirus, zboczenie i stary lubieżnik. Co robił w zajeździe „U Zbigniewa” pod
przybranym nazwiskiem Rostovsky? Co robił przed szkołą dla dzieci prowadzoną
przez Shlayan i czemu się tam publicznie obnażał. Nie zamierzam dalej tego
czytać. – Oburzył się Mirak. – Ten szmatławiec zszedł już na psy…

-
O to już było za kadencji Muerte, teraz to rynsztok. – Rzuciła Ishet.

-
Poziom konusa. – Przyznał elf. – Choć cieszy mnie, że opisano nas w ten sposób.

-
No jasne, mogli cię gorzej obsmarować! – Oburzyła się chłopka.

- Nie o to chodzi.
Tylko o to, że sprawa Kongregacji i Skrerrita zaginęła gdzieś w innych
kłamstwach Randala. W takim razie posotaje jeszcze odwiedzić bosmana.

Komentowanie nie jest możliwe : więcej...

CCI.

przez , 15.gru.2010, w Bez kategorii

Pokonanie
Czarnego Szponu oznaczało wybicie wszystkich członków tej organizacji
stacjonujących w Altburgu. Dwóch było rannych, ale okazało się, że każdy z nich
miał ukrytą jakąś trutkę w zębie.

Arcyksiążę
Ferdynand rozkazał pilne przeszukanie budynku. Analizowano wszystkie przedmioty
i dokumenty. Oczywiście Larandar i Brig mogli wziąć sobie jakieś trofea.
Krasnoludowi podobały się niektóre trucizny i pancerz członka Szponu. Elf zaś
zainteresował się mieczem Larsa Schreibnera.

-
On ma właściwości magiczne. – Stwierdził tylko Hakirus.

-
Ale jakie dokładnie? – Dopytywał elf.

-
Tego nie wiem. Jeszcze. Ale się dowiem.

Fechmistrz
nadal czuł pieczenie skóry na plecach. Prawdopodobnie zostanie po tym rana do
końca życia. Byleby nie bolało za bardzo.
Zresztą i tak „kolekcjonował” różne rany. Nie zamierzał nią z nim robić. Niech mi przypomni o tej walce. Szpon
może i był organizacją płatnych morderców, ale teraz elf rozumiał lepiej ich
działanie. I w pewien sposób szanował. Oni byli oddani swojej robocie, wierzyli
w nią. Nie znaczy to, że można ją usprawiedliwić. Jednak nie potrafił podejść
obojętnie wobec tych ludzi. Nawet Schreibnera. On, pomimo tych wszystkich
potworności jakich dokonywał, wciąż pozostał wierny sobie. Może też i wierny
Urlykowi. Zresztą kardynał von Jörge czuł dokładnie to samo.

-
Co zrobicie z ciałem Schreibnera? – Zapytał arcyksięcia.

-
Pewnie pochowamy. Nie zamierzamy w żaden sposób wykorzystywać tych ciał. –
Oznajmił kanclerz.

-
Wasza wysokość, Lars był kiedyś wyznawcą Urlyka. Chciałbym zabrać jego ciało i
pochować na naszym cmentarzu. Bez honorów.

-
A pozostali? – Dopytywał Ferdynand.

-
Nie znam ich. Trudno stwierdzić mi, na ile walczyli dla swoich ideałów, nawet
tych zatraconych, a na ile dla pieniędzy czy przyjemności. Szpon przyciąga
bowiem różnych osobników.

Kanclerz
się zgodził. Zresztą sam się zastanawiał, co się teraz stanie. Czarny Szpon nie
działał tylko w stolicy. Rozbicie jednej, nawet ważnej komórki organizacji, nie
ukróci jej działania. Szpon będzie dalej istniał, może któregoś dnia powróci do
Altburga. W dodatku skrytobójcy byli tak dobrze zorganizowani, że nie zostawili
żadnych dokumentów, które świadczyłby o ich powiązaniach ze Szponem w innych
miastach. I to najbardziej przerażało arcyksięcia. Z dwóch powodów. Pierwszy to
prozaiczny, czyli zemsta. Drugi był jeszcze gorszy. Istniało pewne
prawdopodobieństwo, że Czarny Szpon ma w stolicy jeszcze jedną komórkę. Albo w
ogóle organizacja jest dużo bardziej skomplikowana niż się to wydawało.

-
Co się stanie ze zbroją Schreibnera? – Zapytał na całą salę Brig.

-
Chcesz ją? – Odparł arcyksiążę wybity ze swych rozmyślań.

-
Jest zbyt mało praktyczna. Świeci. A okazała się zbyt słaba.

Krasnolud
też zrzucił z siebie ciężki pancerz, zanim jeszcze czar Hakirusa przestał
działać. Bregsorn ukucnął przy ciele Larsa i jeszcze je przeszukał. Znalazł tam
drugi taki sam kamień dalekowidzenia. Podniósł go i zaczął się nim bawić. W
końcu czarodziej przypomniał sobie o pierwszym i zaczęli się nimi bawić. I
łączyć.

Na
każdym z nich wyświetlał się obraz osoby trzymającej drugi. I przenosił się też
dźwięk. W ten sposób mogli się porozumiewać na odległość.

-
Fascynujące. – Mruczał pod nosem krasnolud. – To dzieło Moredheli?

-
Czemu nie elfów? – Wtrącił się Larandar.

-
Bo elfy zżerają korę z drzew, a Mroczniaki zajmowały się technologią.

-
Technomagią. – Poprawił go Hakirus. – Tak to ich dzieło. Nie wiem na jakiej
zasadzie działa dokładnie, ale przynajmniej wiemy jak to obsługiwać. I co to
jest.

Do
piwnicy wbiegł zziajany sierżant Gustav van Halen.

-
Wasza wysokość, znaleźliśmy dokumenty.

Wszyscy
podnieśli się na te słowa i szybko podążyli za sierżantem.

Zaprowadził
ich do małej izby, do której dostęp faktycznie miał już tylko i wyłącznie Schreibner.
Tu znajdowały się wszelkie dokumenty Czarnego Szponu. Jednak dość mocno
rozczarowujące. Żadnych powiązań. Jedynie zlecenia.

Larandarowi
jednak to odpowiadało. Zaczął je przeglądać szybciej i szybciej, szukając
konkretnego.

-
Anzlem II chce zabić Gerharda III. – Oznajmił.

-
A to ci nowina. – Ironizował Brig.

-
O… Ktoś chce sprzątnąć Muerte… – Dodał elf.

-
Dariusa Muerte? Tego od „Naszego Dziennika”? – Zapytał arcyksiążę.

-
Tak. Jakiś Daniel Sherstock, pierwsze słyszę. – Mruknął Larandar.

Reszta
też nie kojarzyła tego imienia i nazwiska.

Fechmistrz
zaś przeglądał szybko kolejne zlecenia. Znalazł nawet to na Hakirusa/Rostovsky’ego,
ale nie poinformował o tym głośno.

-
Jest i na mnie… – Wymamrotał. – Tylko na mnie. – Spojrzał na Briga.

-
Kto? – Rzucił zdenerwowany Bregsorn.

-
Randal…

-
Nizioł? – Zdziwił się Ferdynand.

-
Ten nizioł? – Powtórzył Hakirus. – O ja…

- Tak, ten pieprzony
konus…

Komentowanie nie jest możliwe :, więcej...

CXXIII.

przez , 10.wrz.2010, w Bez kategorii

            Randal wychodząc
ze stajni czuł się zrelaksowany. Żyć nie
umierać.
Wpierw poszedł na górę, lecz jego ekipy w pokoju nie było.
Podszedł do rzeczy elfa, splunął na nie, a potem je obsikał.

            -
Co za prostak. Śmierdzi od tego elfa… Trzeba go się pozbyć z pokoju. – Albo w ogóle.

            Niziołek
zszedł na dół, usiadł przy barze i poprosił starego Harabalda o piwo.

            -
Ma być duże i z pianką. – Pouczył karczmarza. – I żebyś nic nie rozlał.

            Pomimo
swego wieku dziadek wciąż pozostał w pełni sprawny. Podał halflingowi kufel i
zapytał.

            -
Widzę, że coś cię martwi. Nad czym tak rozmyślasz przy alkoholu.

            -
Mnie martwi? – Zdziwił się Randal.

            -
Nie chcesz mówić, to nie mów. Możesz pić, ale piwo nie rozwiązuje problemów.

            -
A ty tak?

            -
Chciałbym. – Uśmiechnął się starzec. – Ale mam różne znajomości, no i wiedzę,
coś mogę doradzić.

            -
Jak… – Pozbyć się elfa. Raz na zawsze?
I żeby nie było na mnie.
– Albo inaczej, załóżmy, że przyjaciel ma
śmiertelnego wroga. Koleś go terroryzuje, bije, okrada i gnębi. Ma też gwardię
przybocznych pachołków, którzy cały czas pilnują jego pleców. Nie można mu
rzucić wyzwania wprost, ale trzeba ich wykończyć. I to tak, by nie można było
im pomóc. Najlepiej by ginęli w męczarniach, ale nie wiedzieli od czego. A żeby
kolega mógł znajdować się w bezpiecznej odległości i nic mu nie groziło.

            -
Kogo chcesz wykończyć? – Zapytał Harabald.

            -
Nie, ja. Kolega.

            -
Jasne, jasne. – Zaśmiał się dziadek. – Za długo żyję, by się na to nabrać.

            -
Możemy to życie przerwać! – Zirytował się Randal. – Nie chcesz mi pomóc, tylko
się naigrywasz!

            -
Uspokój się. Łyknij sobie i opisz mi, kogo chcesz zabić. Nie jestem jakimś
praworządnym obywatelem, guzik mnie to obchodzi zwłaszcza jak nie znam tej
osoby.

            -
Nie znasz. – Kłamał niziołek. Nie powiem,
że to elf, ale mam pomysł!
– Koleś jest straszny, zna magiczne sztuczki i
jak się znajdziesz w jego obecności to zmusza cię do różnych rzeczy. Ożywia dziwne
stwory i każe ci się z nimi chędożyć. Dobra, wyobraź sobie martwego pieska,
którego gwałcisz, da się przeżyć. A teraz wyobraź sobie wielkiego byka, który
ładuje ci swego kutasa w dupę! W dodatku martwego. Obrzydliwość! Ale ten koleś
ma jeszcze bandę knypków, którzy mu służą. I są gotowi dla niego zabijać.
Wielki, dwumetrowy elf, którego matka chyba była gigantką. Taki kundel. No i
strasznego orkijskiego maga. Jeszcze są dwie osoby, ale nie widziałem ich
dokładnie. Wolę się z nimi nie zadawać. Ale mnie prześladują! Muszę coś
wymyślić, by się ich pozbyć.

            -
Czemu cię prześladują? – Dopytywał Harabald.

            -
Lubią znęcać się nad słabszymi. I ciągle mną poniewierają. Ale ja mam już dość
przygód i poniewierania. Chcę żyć, bawić się, chwytać dzień. Tańczyć! Chcę
skończyć z tym gównem, które do mnie przylgnęło.

            -
Zatruj ich.

            -
Zatruć? – Zdziwił się Randal.

            -
Jest wiele trucizn, które można uwarzyć. I kupić. Ale jedna z nich jest
najlepsza. Czarny lotos.

            -
Czarny lotos? – Powtórzył niziołek.

            -
Drogie to, ale co poradzić. Skuteczne. Jedna dawka zabija olbrzyma w ciągu
zaledwie kilku minut. Tylko trzeba uważać jak dotykasz tę truciznę, jest bardzo
silna.

            -
A działa?

            -
Wierz mi, że działa. I nie pytaj o nic więcej. – Odparł karczmarz.

            -
Gdzie to można kupić?

            -
Nie wiem. Poszukaj po Altburgu, zapewne znajdziesz jakiś kontakt. Nie zajmuję
się już tym, tylko doradzam.

            Niziołek
zadowolony zamówił drugie piwo, ale nie zamierzał go pić. Udał się z nim na
górę, do pomieszczenia przy którym spali. Zamknął za sobą drzwi i podszedł do
łoża Larandara.

            -
Twoje zdrowie. Niedługo już ci posłuży, niedługo. Nareszcie się od ciebie
uwolnię, pierdolony mroczniaku!

            Potem łyknął piwo z
kufla, a resztę rozlał na pościeli śmiejąc się przy tym. Później udał się w
poszukiwanie czarnego lotosu.

Komentowanie nie jest możliwe :, więcej...

CXX.

przez , 07.wrz.2010, w Bez kategorii

            Przez
kolejny tydzień, za namową Hakirusa, cała czwórka postanowiła zniknąć, nie
kręcić się po mieście, a nawet nie wychodzić z zajazdu.

            -
Jeśli znają waszą lokację to i tak tu przyjdą. Jeśli nie, rozpłyńcie się. Zachowujcie
się tak, jakby świat nie istniał. – Pouczał ich stary czarodziej.

            I
póki, co wszystko się sprawdzało. Nawet niziołek, który choć gwałcił dzień w
dzień biednego kucyka, zachowywał się w miarę spokojnie. Choć niestety znów
zbierało mu się na wybryki.

            Ósmego
dnia zaszycia się, wstał wcześnie rano i już miał zejść do swojego zwierzęcia,
gdy spojrzał na śpiącego elfa. Poczuł w sobie obrzydzenie. Nienawidził tego
stwora, chętnie poderżnąłby mu gardło. Dawno
nikogo nie zabiłem. A elfy? W czasie Wojny mordowały niziołków! Zemsta!


            Nie
zwracał uwagi na śpiącego maga, czy Ishet, której znów śniły się koszmary i
rzucała się trochę w swoim łóżku. Podszedł do łoża fechmistrz, lekko podniósł kołdrę.
Wpierw go jednak upodlę. I zaczął mu
sikać w pościel.

            Larandar
oczywiście się zbudził. I zaczął się awanturować.

            -
Konus! Kurwa znów ci odjebało!

            -
To za Źrebaczka! – Wydarł się Randal.

            -
On mi się znów śnił. – Powiedziała Ishet.

            -
Źrebaczek? – Zaciekawił się haflling. – Co z nim robiłaś? Opisz. Opisz w
najdrobniejszych szczegółach.

            -
LeFevre. – Odparła. – I on wie o…

            -
Całej trójce? – Przerwał jej Mirak. Nizioła
trzeba stąd się pozbyć. To pewne.


            -
Tylko tobie? – Dopytywał się elf. – Nie przejmuj się tym. To tylko zły sen. – Albo raczej chciałbym w to wierzyć. Czy to
prawda, że LeFevre włażąc w nasze umysły poznał nasze słabości i wykorzystuje
je? Teraz przynajmniej mam pewność, że wiedział, co robi.


            Fechmistrz
starał się zamknąć temat map, zanim niziołek zorientuje się, o co chodzi. Po
śniadaniu, gdy Randal udał się do stajni, cała trójka wróciła na górę. W końcu
mogli spokojnie porozmawiać.

            -
LeFevre wie o trzecim kawałku. Dał nam ultimatum, by oddać mu albo te trzy
kawałki, albo znaleźć czwarty i oddać mu już całość. – Poinformowała ich Ishet.

            -
Mam wrażenie, że on nie wie, gdzie jest ten czwarty fragment. – Zasugerował elf.

            -
A ja myślę, że wie. Tylko z jakiegoś powodu, znajduje się poza jego zasięgiem. –
Dodał Mirak.

            -
Pocieszające, że i LeFevre ma pewne ograniczenia.

            -
Wolę nie myśleć, co go ogranicza. – Odpowiedział mag. – Natomiast myślę, że
nadszedł czas by zrobić dwie rzeczy. Po pierwsze wyjść. Jeśli mieliby nas
zgarnąć, zgarnęliby nas.

            -
Drugie Imperium w ogóle nie reaguje. – Stwierdził Larandar. – Może Hakirus miał
rację, że chcieli od nas czegoś więcej.

            -
Musimy skopiować mapę. I oddać oryginał LeFevre’owi.

            -
A skąd wiecie, że on nie będzie wiedział o kopiowaniu? – Zapytała Ishet.

            -
Nie jest wszechpotężny, prawda? – Zaśmiał się elf.

            -
Tego nie wiemy. – Zauważył czarodziej. – Nie musi być wszechpotężny. Wystarczy,
że jest silniejszy niż cała Gildia Magów.

            -
To akurat nie jest specjalnie trudne. – Rzucił elf. – Bez urazy. Ale jeśli
zabezpieczenia Gildii polegają na tym, że nikt nie okrada magów, więc nie
musimy robić nic, a oni jeszcze zapisują wszystkie swoje brudne sprawki…
Rozwalić taką organizację to nie problem. Moim zdaniem LeFevre jest dużo
silniejszy niż Gildia.

            -
Popieram. – Wtrąciła się Ishet. – To nie ta klasa.

            -  Spokojnie. Nie widzieliście jeszcze Gildii w
akcji. LeFevre zrobił na nas duże wrażenie, ale to może być szczyt jego
możliwości. Przed Gildią uciekł. – Poprawiał ich Mirak.

            -
Załóżmy, że wolę chuchać na zimne. – Odpowiedział elf. – A jaki miałeś drugi
temat?

            -
Nizioł.

            -
Wywalmy go! – Rzuciła Ishet. – Jest nieznośny.

            -
Do tego samego dochodzę. – Przyznał Mirak. – To psychol, on w każdej chwili
może kogoś z nas zabić.

            -
Albo zgwałcić.

            - Postawmy mu
ultimatum. – Zasugerował Larandar. – Jeden wybryk i wylatuje. Sam go stąd
wyrzucę.

Komentowanie nie jest możliwe :, więcej...

CXIX.

przez , 06.wrz.2010, w Bez kategorii

            Larandar nie mógł
bardzo długo zasnąć. LeFevre, Drugie Imperium, zamach na króla i jeszcze
działający na dwa fronty Ferdynand. Może
trzeba podejść do księcia inaczej, skoro on zabezpiecza swoje interesy z dwóch
stron, jest duża szansa, że w końcu zasiądzie na tronie. Wtedy powinien okazać
łaskawość tym, którzy pozostali lojalni wobec niego. To czysty pragmatyzm.
Uther już długo nie pociągnie.
Nie zdążyli przed snem przejrzeć wszystkich
dokumentów, za dużo ich ukradli. Mam
nadzieję, że Hakirus jakoś pomoże nam się wydostać z tych nowych opresji, bo
jak nie to będziemy musieli się stąd szybko wynosić.
Najgorzej, że już
wstępna selekcja papierów, które zabrali, wykazała, że znalazły się tam
dokumenty sygnowane przez Czarny Szpon. W tym potwierdzenie zabicia Amandy,
oraz przyjęcie zlecenia na króla Uthera. To
Ferdynand świetnie to rozegrał. Gdy ubije Uthera będzie jedynym, który może
zająć tron.


            Najgorsze,
że przez konusa w pokoju bał się rozmawiać otwarcie ze swoimi towarzyszami. Nic
to, że nizioł śmiałby się, przeszkadzał. Niestety mógł wszystko rozpaplać, a
jeszcze znając życie coś przekręcić, dodać coś obrzydliwego. Nie można było mu
ufać. Zresztą jak patrzył na swoich przyjaciół, to także wiedział, by nie ufać
im całkowicie. Mirak ma bystry umysł, ale
jego magia… Podobnie z Hakirusem, ale on jeszcze kombinuje. No a Ishet nie
ogarnia tego wszystkiego, jest z nas najbardziej zagubiona. Wszystko zostaje na
mojej głowie.


            Nawet
nie wiedział kiedy zasnął. Rankiem oczywiście obudził go Randal, który
twierdził, że świętuje dzień kawalerzysty. Siedząc na krześle jeździł nim jak
konikiem po pokoju i krzyczał: „trutututu”. O żadne świętowanie mu nie
chodziło, raczej tylko i wyłącznie o to by innych obudzić.

            Po
śniadaniu zabrali się za dalsze przeglądanie dokumentów. Oczywiście wszystko
musiał przeglądać Mirak, reszta co najwyżej patrzyła. Larandar i Ishet
przynieśli przede wszystkim księgi, kilka z nich faktycznie należało do Gildii
Magów, reszta była niewiadomego pochodzenia. Jednak to, co przyniósł Randal
okazało się być prawdziwym skarbem. Przede wszystkim listy, które utwierdzały
ich w przekonaniu, istnienia sojuszu. W dodatku czterech osób, Ferdynanda,
Janusa z Drugiego Imperium, kogoś z Bożych Marchii (podpis był nieczytelny) oraz
LeFevre’a działającego w imieniu Satynowego Dworu. W jednym z dokumentów było
napisane wprost, że arcyksiążę opłacał wywrotową działalność księcia Wasilija i
dążył do wojny z Kisjevem.

            -
Chodzi o zaognienie sytuacji. – Mówił Mirak.

            -
Dobra, zostawmy to. – Pouczał go elf. Im
mniej konus wie, tym lepiej.


            Gdy
Randal podał kolejny skrawek, dość zdarty, jego towarzysze zdębieli. To był
kolejny kawałek mapy, mocno zniszczony, ale rozpoznali go. Trzeci.

            -
Pokaż mi to. – Rzucił czarodziej.

            -
A co to? A co to? – Halfling bardzo się tym zainteresował.

            -
Tego właśnie się obawiałem… – Skłamał mag. – Podanie do Czarnego Szponu. Chcą
głowy Larandara.

            -
Jest! Jest! W końcu zabiją tego bęcwała! Już nigdy mnie nie zgwałci! Nigdy mnie
nie zbije!

            Niziołek
wyrwał kawałek mapy, pocałował ją a potem podał ją elfowi.

            -
Masz. Na pamiątkę. – Następnie zaś zaczął śpiewać. – Ta ostatnia pamiątka…

            Fechmistrz
udawał oburzonego. Mirak cwanie rozegrał
sprawę. Inaczej konus pewnie by to zabrał. Ciekawe, czy LeFevre będzie wiedział
o trzecim kawałku?


            Pół
godziny później przyszedł do nich Hakirus. Od razu wiedział, co się święci,
szybko zabrał dokumenty Gildii i wrócił dopiero po godzinie.

            -
Mój przyjaciel musiał pozbyć się kucyka, gdybyście chcieli, to Harabald trzyma
go w stajni.

            Elf
skrzywił się, Ishet zezłościła, Mirak załamał, a Randal zaczął skakać ze
szczęścia.

            -
Potrzebuje nowego pana. Jeśli nikt się nie znajdzie, będzie trzeba go oddać do
rzeźni.

            -
Do rzeźni? – Oburzył się niziołek. – Ja się nim zajmę. Kocham kucyki. Kocham
wszystkie zwierzęta!

            Nie
czekając na maga, pobiegł co sił w nogach na dół.

            -
Nie wiesz, co zrobiłeś. – Rzucił Hakirusowi zezłoszczony fechmistrz zamykając
drzwi. – Wiesz, co on zrobi temu zwierzęciu?

            -
Nie wiem. Wiem tylko, że nie chcieliście o tym gadać, więc spuśćmy na to
milczenie. Chciałem przejrzeć te dokumenty z wami i porozmawiać, bez kogoś komu
nawet wy nie ufacie.

            -
Cel nie uświęca środków. – Stwierdziła Ishet. – A było już dużo spokojniej.

            -
Musimy znów odwiedzić LeFevre’a i poprosić o kolejną kurację dla nizioła. –
Dodał Mirak.

            -
Nie przejmujcie się tym durnym niziołkiem. On, koniki, kucyki i to wszystko to
nie jest wasz problem. Powinniście dziękować bogom, że żyjecie. – Oznajmił stary
czarodziej. – Wiecie, co to są za dokumenty? Jeśli są prawdziwe, to Drugie
Imperium i jego zwolennicy już wystawiło na wasze głowy nagrody. I to całkiem
spore. Sam nie wiem, w co się wpakuję, ale serce podpowiada mi jedno.
Powinienem was zostawić. Źle skończę, jeśli będę szedł w to dalej.

            -
Co dokładnie jest w tych dokumentach. – Zapytała Ishet.

            -
Nie widzicie, to się powoli zaczyna zbierać w jedną spójną całość. Rozmawiałem
z Mirakiem o agenturze Gaskonii, ale nie sądziłem, że jest ona tak daleko posunięta.
To mi jednak wygląda na jakieś tajne stowarzyszenie, cech zrzeszający osoby,
które rządzą i decydują o naszych losach. Ale to nie jest ważne. – Zapewniał ich
stary czarodziej. – Ważne jest to, że żyjecie. Jeśli LeFevre jest jednym z
nich, a sami wiecie jaki jest potężny, wątpię by nie mógł was zlokalizować.

            -
Straszył nas w snach. I na jawie. – Powiedziała chłopka.

            -
Jeśli nas nie zlokalizował, to albo jest zajęty czymś innym… – Rozmyślał głośno
Mirak. – Albo traktuje nas jak swoje pionki…

            -
Dokładnie. – Potwierdził Hakirus. – Nie chodzi o to, że te dokumenty są
fałszywe. Wystarczy, że część z nich jest. A my nie wiemy, która. Wiem jedno,
zależało im by te dokumenty ujrzały światło dzienne, by zaczęły mieszać i
działać. Gdzieś jest w nich świństwo i to całkiem spore. Haczyk, który mamy
połknąć. Reszta może być albo kłamstwem, albo próbą wprowadzenia nas w błąd,
nawet kosztem jednego z nich. Może też być prawdą. O tym nie zapominajmy. Nie
mam pojęcia, co chcą nam wcisnąć. Sprawić, byśmy coś zrobili, coś na czym im
bardzo zależy. Pozostałe dokumenty to jedynie droga do celu, niekoniecznie
wprost, czasem wskazuje inny kierunek, tylko po to, byśmy mieli wybór.

            Elf spojrzał na starego
maga. Już wiedział, co jest haczykiem. LeFevre
skądś wiedział, że mamy pierwszy kawałek mapy. Dlatego pozwolił nam znaleźć
drugi i trzeci. Dlatego męczył nas o niego w snach. To jest haczyk, z jakiegoś
powodu zależy mu byśmy wykonali tę część roboty za niego. Ale co z resztą? Co z
tego jest kłamstwem, a co prawdą? To wszystko to ponad moją głowę. Kurwa, mam
już dość.

Komentowanie nie jest możliwe :, , więcej...

CXI.

przez , 29.sie.2010, w Bez kategorii

            Rankiem następnego
dnia, Larandar, Ishet i konus udali się w poszukiwania złodzieja. Doskonale
zdawali sobie sprawę, że nie znajdą już żadnych śladów po włamaniu, ale elf
twierdził, że muszą odnaleźć coś innego. Wiem
ile czasu zajęło mi zgubienie tych, którzy mnie ścigali. Ile tu jest uliczek i
przecznic. Złodziej musiał mieć jakąś kryjówkę, coś dzięki czemu mógł zmylić
magów. Jakiś przyjazny dom, albo cokolwiek innego. Jak to znajdziemy, będziemy
wiedzieć, że pewnego dnia wróci. Może ten, może inny, ale wróci.


            -
Czy złodzieje są jakoś zorganizowani? – Zapytała Ishet. – Jak magowie?

            -
Nie wiem. Nie wydaje mi się. – Odparł Larandar. – To byłoby bez sensu.

            -
No właśnie. – Odpowiedziała. – Ale u nas w Bestwince to jak przybył mag, to
zawsze sam. A jak przybył złodziej, to też sam. A tu czarodzieje w jednym
domku, to złodzieje powinni w drugim. Najlepiej obok. Nie wiadomo, którzy są
bardziej podejrzani.

            -
Może, ale myślę, że zbyt łatwo byłoby ich wyłapać. – Zauważył elf. Choć pewnie Mirak by coś na ten temat
wiedział.


            -
Złodziejaszki lubią traszki. – Dodał niziołek, któremu powoli wracał humor. Traszki! Grzebieniaste!

            Gdy
doszli do miejsca, o którym mówił Hakirus tym bardziej się zdziwili. Była to
ślepa uliczka, w dodatku część pełniąca ewidentnie rolę zaplecza. Stało tu
kilka skrzyni pełniących rolę śmietników, bruk miał wiele dziur, a w rynsztoku
stała woda. Nigdzie to nie spływało, dało się tylko poczuć smród.

            -
Niedobrze mi się tu robi. – Rzuciła chłopka.

            -
A mnie zastanawia jedno, jak w czymś takim można zgubić złodzieja. – Powiedział
elf. – Czegoś nie dostrzegamy. Czegoś oczywistego.

            -
Dajcie srebrnika! – Zaczepił ich jakiś żebrak.

            -
Sio! Sio! Na drzewo! – Oburzyła się Ishet. – Nie dotykaj mnie!

            Larandar
tylko położył rękę na rękojeści i żebrak natychmiast się wycofał.

            -
Tu nic nie ma. Musiał wejść do któreś z barów, ale żeby magom tak uciekł? –
Zastanawiał się głośno.

            -
Magom? Zwykłe podpierdułki nie magowie. – Dodał Randal.

            -
Konus, po tym całym wydarzeniu zaczynasz normalnieć.

            -
LeFevre to jest gość. To jest prawdziwy mag. On by nie zgubił złodzieja.

            Od
razu przypomniał się im sen. Czemu ci z
Gildii tak nie potrafią. W końcu LeFevre nas w ogóle nie złapał na gorącym
uczynku.


            -
Rozejrzyj się tu, a ja wejdę na dach. – Rzucił elf do niziołka. Nie ufam ci na tyle, jeszcze byś mnie
stamtąd zrzucił.


            Ishet
podążyła za Larandarem, a halfling został sam i zaczął się rozglądać.

            -
No daj srebrnika, nie bądź ciota. – Zaczepił go ponownie żebrak.

            -
Dobra! – Krzyknął uradowany Randal i ostentacyjnie zaczął zaglądać do swojej
sakiewki. – Sto, dwieście, pięćset. Same złote korony! – Oczywiście kłamał, bo
nie wybijano monet takich nominałów. W obiegu były jedna, dwie, dwa i pół, pięć,
dziesięć, dwadzieścia pięć, i sto koron. Największym normalnym, acz rzadkim
nominałem było dwieście pięćdziesiąt. Istniał jeszcze tysiąc ale to była moneta
królewska, którą płaciła głównie arystokracja. Chłopstwo miało obowiązek
wymienić taką monetę na mniejsze u przedstawicieli dworu. Wiele osób nie
zwracało uwagi na to, jakie monety występują, zwłaszcza tam, gdzie płacono
Mordekami. One faktycznie istniały w nominałach jeden, dwa, pięć, dziesięć,
dwadzieścia, pięćdziesiąt, sto, dwieście, pięćset, tysiąc, dwa tysiące i pięć
tysięcy. – Chciałeś srebrnika, pewnie nie masz wydać, co?

            Żebrak
się trochę irytował. W końcu niziołek wziął jedną złotą koronę i rzucił ją na
ziemię. Mężczyzna schylił się i podniósł monetę. Szkoda, że ma spodnie!

            -
No ładnie, a reszta? Nie masz? – Nabijał się z niego konus.

Potem wziął
kolejną monetę i rzucił dalej w głąb uliczki. Mężczyzna oczywiście za nią
pobiegł. Znów się schylił. Niziołek powtarzał tę czynność, coraz bardziej
wprowadzając żebraka w ślepą uliczkę. W końcu, gdy ten znów podnosił monetę z
ziemi, wbił mu sztylet w plecy.

- Nie cierpię
żebractwa. – Powiedział do siebie.

Zabrał wszystkie swoje monety. Schował je do sakiewki i nagle poczuł
rękę na swoim ramieniu. Chwilę później go ogłuszono.

Komentowanie nie jest możliwe :, więcej...

CI.

przez , 21.sie.2010, w Bez kategorii

            Zaprowadzono ich
do podziemi pałacu. Tu znajdowało się prawdziwe więzienie, z salą tortur, gdzie
dało się wyciągnąć wszystko z każdego. Niziołkowi od razu się tu spodobało,
zaczął ekscytować się dziwnym sprzętem.

            -
Ten korkociąg się wsadza w tyłek? – Zapytał.

            -
Można – odparł strażnik – ale można też nabić na to gałkę oczną.

            -
Jejku, zaraz się zwymiotuję. – Powiedziała Ishet.

            Larandar
tylko dziękował bogom, że to oni będą przesłuchiwać, a nie będą przesłuchiwani.
Książę albo okazał nam wielkoduszność,
albo jest bardziej zdesperowany niż myślałem.


            Mirak
zaś przeglądał się tym wszystkim przedmiotom. Nożom, palom, różnego typu
imadłom, kołom, piecom. Po jego ciele przechodziły aż ciarki.

            Jedynie
Randal czuł się tu bardzo dobrze.

            -
Gdzie są ci podejrzani? – Dopytywał. – Już nie mogę się doczekać, kiedy ich
przesłuchamy.

            -
Są zamknięci w lochach. – Zbrojny wskazał im drzwi. – Cztery pierwsze. Są
zbudowane tak, by w środku nie dało się dobrze słyszeć rozmów z zewnątrz.
Dzięki temu nie ma mowy o wspólnej wersji. Tu są kluczę. – Podał je elfowi. –
Poradzicie sobie?

            -
Tak jest. – Odparł halfling. – W końcu, będę mógł się jakoś wykazać, książę
zrozumie, jakie mam talenty! Wyciągnę z nich wszystko. – Nawet flaki! A może zwłaszcza.

            -
Będziemy przy wejściu. Gdybyście nas potrzebowali, dajcie znać. Nie będziemy
obserwować rozmów. Formalnie nie mają miejsca.

            -
Formalnie widzieliście tej kartki. – Podał im ją drugi strażnik. – Ona tylko
rzekomo istnieje.

            -
Tajne plany! Ha! Wiedziałem! – Uśmiechnął się niziołek.

            Elf
miał go zamiar kopnąć, ale się powstrzymał. Mirak zaś chwycił szybko kartkę i
przejrzał ją.

            -
Wstępne ustalenia. Oficjalnie jeszcze nie wiadomo o kradzieży, prawda? –
Zapytał się.

            -
Myślę, że się rozumiemy. Jakby co to wołajcie. – Odparł strażnik, a następnie
wraz z towarzyszem wycofali się.

            Mag
zajął się studiowaniem kartki. Gdy strażnicy wyszli rzucił tylko.

            -
Mamy czterech podejrzanych. Gled, Adam, Uric i Hans. Wszyscy są w podobnym
wieku, mają koło trzydziestu lat.

            -
To młodsi od nas. – Wymsknęło się Ishet.

            -
Zapewne nawet ode mnie. – Odpowiedział czarodziej. – Strażnicy chodzą dwójkami,
na jednym piętrze jednocześnie znajdowały się dwie pary krążące w miarę blisko
skarbca.

            -
Jest tam coś jeszcze? – Zapytał elf. – Jakaś poszlaka?

            -
Niewiele, jakieś uzbrojenie, schematy działań, nic, o co można by się zaczepić.

            -
Mam! – Ryknął niziołek, który właśnie przeglądał narzędzia tortur. – To nam
pomoże. Taki śmieszny bucik!

            Z
pozoru wyglądało ono dość niewinnie, jak pudełko, do którego można wsadzić
nogę, nie licząc łańcucha uniemożliwiającego wyjęcie stopy oraz małego imadła z
boku. Dało się je skręcać i tym samym miażdżyć to, co znajdowało się w środku.
Niziołek nie zdawał sobie sprawy z tego, że dodatkowo w nogę przesłuchiwanego
wbijały się kolce. Randal trzymając bucik ustawił się pod pierwszym lochem.

            -
Wchodzimy! Ja to załatwię!

            -
Czarno to widzę. – Westchnęła Ishet. – Ja tam nie wchodzę.

            Larandar
i Mirak wiedzieli, że nie mają wyboru, choć odpowiadało im to, że halfling tak
bardzo pchał się do czarnej roboty.

            W
trójkę weszli do środka. Znajdował się tam Gled, lekko pobity i przesłuchiwany
już wcześniej.

            -
Na początek spróbujemy po dobroci. – Zasugerował elf.

            -
A tam po dobroci. Od razu z grubej rury! – Wydzierał się niziołek rzucając się
na pojmanego i zakładając mu but na nogę.

            -
Nie skręcaj go jeszcze. – Pouczył go mag. – Co wiesz o kradzieży?

            -
Przysięgam, nie ukradłem berła! – Zarzekał się.

            -
Kłamiesz! – Ryknął Randal zaciskając imadło. – Nikt nie mówił o berle!

            Mężczyzna
zawył.

            -
Oni mogli to wiedzieć po wcześniejszych przesłuchaniach. – Stwierdził mag. – Tak
przynajmniej wynika z tej notatki.

            Torturowany
krzyczał. Wył z bólu, a halfling dalej skręcał mu nogę, jedynie ciesząc się
szyderczo.

            -
Gadaj! Gadaj wszystko, co wiesz!

            -
Patrolowałem z Uriciem! Błagam! Nic nie wiem!

            Larandar
spojrzał na twarz mężczyzny, spowitą bólem, wymęczoną, acz cały czas szczerą. Ja bym mu odpuścił. Mirak też nie mógł
patrzyć na tortury. Odwrócił się, a niziołek dalej skręcał but.

            -
Nic nie wiem! Przyrzekam! A!

            W
końcu usłyszeli trzask.

            -
O kurwa! – Wymsknęło się elfowi.

            Mężczyzna
zwijał się z bólu. Łzy leciały po jego ciele, ale nie miał już siły krzyczeć.

            -
Zacięło się. Dalej nie idzie! – Zirytował się halfling.

            -
Chyba złamałeś mu kość. – Stwierdził Larandar. – Sprawdźmy następnego. Tylko
wyjmij mu nogę z tego czegoś…

            Gdy
tylko Randal zaczął to robić, elf odwrócił się, a Mirak wyszedł szybko z lochu,
do głównej komnaty i krzyknął do strażników.

            -
Po wszystkim przydadzą się tu Shlayanie. – Przeraża
mnie ten nizioł.


            Zadowolony
halfling wyszedł i spojrzał na koło do łamania.

            -
Kocham to! Uwielbiam! Bierzemy!

            -
To nie jest narzędzie tortur. – Stwierdził mag. – Tylko narzędzie egzekucji.

            -
Tym lepiej.

            -
Chyba nie zamierzacie tu zabić tego biedaka?! – Zirytowała się Ishet.

            -
Lepiej się odwróć. Konus odkrył swoje powołanie. – Rzucił elf. Może koleś się przyzna, gdy się go
wyprowadzi.


            -
Rozbierzcie go! Do naga! – Rozkazał niziołek, który zajął się przygotowaniem
koła.

            Adam,
który wyszedł w samych majtkach zbladł, gdy zobaczył, gdzie go prowadzą. Uklęknął
na podłodze.

            -
Błagam, darujcie mi. Powiem wszystko. Nie zabijajcie mnie, nie torturujcie. Mam
rodzinę. Jestem jedynym żywicielem. Mam małe dzieci, błagam.

            -
Kłamiesz! – Ryknął niziołek. – Małe dzieci? Nawet nie wiesz jak się je robi.

            -
Mogę się nawet przyznać, jeśli mnie to oszczędzi.

            -
Chcemy byś mówił tylko prawdę. – Odparł mag.

            -
Kładź się! – Rozkazał Randal. – Nie będę się z tobą patyczkował!

            -
Przyznaje się, na chwilę wyszedłem do ubikacji, to przez chory pęcherz. Mam z
nim problemy! Błagam!

            Halfling
już nie czekał, aż mężczyzna coś powie tylko szturchnął go batem po plecach.

            -
Kładź się! – Powtórzył.

            Następnie
przywiązał mężczyznę do żelaznego koła, pod które podłożył solidne bele, a sam
wziął do ręki, kanciastą, ćwiekowaną maczugę, zwaną kołem. I zaczął walić
strażnikowi po stopach.

            -
A! – Wydzierał się mężczyzna. – Błagam! Wszystko powiedziałem!

            -
Dajcie spokój! – Zirytowała się chłopka. – Źle się tego słucha.

            -
Śpiewaj melodyjnie! – Rozkazał mu niziołek.

            Mirak
i Larandar odwrócili się. Widok zmiażdżonych kostek był ponad ich siły.
Przywykli do walk, ale nie do tortur.

            -
Błagam! Powiedziałem prawdę!

            -
Kłamałeś! – Wydzierał się niziołek.

            -
W sumie powiedział prawdę. – Wtrącił się Mirak. – Właśnie doczytałem, że na
pęcherz uskarżał się od dawna. Są dowody.

            -
Kurwa! – Wnerwił się Randal i całej siły walnął w żebra nieszczęśnika, tak mocno,
że coś gruchnęło, a jedno nawet wyszło na zewnątrz. – Marnujesz mój czas!
Mogłeś powiedzieć o pęcherzu od razu!

            -
Był w parze z Hansem. – Zasugerował mag. – Ściągnij go.

            -
Wolałbym go dobić. – Stwierdził niziołek. – Ale niech wam już będzie.

            Potem
wraz z Larandarem zanieśli umierającego Adama do jego celi.

            -
Niech Shlayanie czekają w pogotowiu. – Rzuciła strażnikom Ishet. – Nizioł się
rozszalał.

            Randal
zaś w sprzętach znalazł wielkie obcęgi.

            -
Będzie wyrywanie paznokci! Uwielbiam to!

            Hansa
posadzili w jego celi, związali go, ściągnęli mu buty, a halfling schylił się i
oderwał obcęgami małego palca od lewej nogi. Mężczyzna od razu wydarł się z
bólu.

            -
Robiłeś to już kiedyś? – Zapytał zdziwiony mag, odwracając się.

            -
Oczywiście. – Że nie! Zaśmiał się
złowieszczo Randal i zabrał za wyrywanie kolejnego paznokcia. Najgorzej było je
złapać, na szczęście obcęgi były na tyle ostrze, że wcinały się w kość.
Wystarczyło ją zmiażdżyć, więc nie musiał się przejmować i odrywał razem z
palcami.

            -
Błagam! Litości! Wszystko powiem!

            -
Nie kłam! – Wydzierał się halfling masakrując trzeciego palca mężczyźnie. –
Dobra, zmiana nogi!

            Na
prawej zainteresował się dużym palcem. Tu wyrwanie paznokcia prawie wyszło. Nie
zważał przy tym na słowa, które próbował wypowiedzieć mężczyzna.

            -
Konus daj spokój! – Ryknął w końcu elf. – A ty powtórz.

            -
A… Kris. Zamieniłem się… Kurw… Nie było mnie… Kris był za… – I znów
zaczął się wydzierać z bólu. Niziołek zmasakrował mu kolejnego palca.

            -
Kris? – Zastanowił się mag. – Nie ma tu o nim mowy. Zostawmy go. Ten Kris to nasza
poszlaka.

            Natychmiast
też pobiegł do strażników, prosząc by sprowadzili Krisa.

            Randal
zaś nudząc się wybierał sprzęt na Urica.

            -
Daj mu spokój konus. Krisa wpierw przesłuchamy. Zresztą najlepsze już zużyłeś.

            -
Prawda. Trzeba wykazać się kreatywnością. – Uśmiechnął się halfling.

            Potem
znalazł krzesło, na którym wyciął nożem siedzisko zostawiając samą ramę.
Znalazł też sznur z zawiązanymi węzłami, na które nabito ćwieki.

            -
Nada się. – Mruknął pod nosem.

            Potem
poszedł po Urica. Rozebrał go, związał i usadził na krześle. Zakneblował mu też
usta, by mężczyzna nie krzyczał zbyt głośno.

            -
Jak chcesz go przesłuchiwać zakneblowanego? – Zdziwiła się Ishet.

            -
Pokażę wam sztuczkę. – Uśmiechnął się pod nosem niziołek, lecz cała reszta się
odwróciła.

            Halfling
zaczął uderzać mężczyznę sznurem po nogach i jajach. Widział jak pojmany
strażnik się skręca. Nizioł patrzył na niego. Podnieca mnie zadawanie bólu! Uwielbiam to. I walił coraz mocniej.
Przesłuchiwany rzucał się jak mógł.

            -
Nadal się nie przyznajesz? To może jeszcze podrapać się po jajach? Głupia
śmierć prawda? Zadrapanie na jajach!

            I
zaczął metodologicznie uderzać i odliczać. Robił to dalej, nawet gdy mężczyzna stracił
przytomność. Dopiero jakiś czas później znudziło się to Randalowi.

            -
Kurwa, zabiłeś go! – Ryknął na niego zdenerwowany elf.

            -
Ale się nie przyznał. Był niewinny, nic na nie powiedział. – Tłumaczył się
niziołek.

            Ciało
mężczyzny rzucono na ziemię. Shlayanie tu już nie mogli pomóc. Genitalia miał
kompletnie zmasakrowane, okolice bardziej przypominały ubite mięso, niż ludzkie
ciało.

            Halfling
zaś zaczął bawić się łomem. Gdy do środka wbiegł Kris, rzucił się na niego.
Dopiero interwencja strażników sprawiła, że dało się nowoprzybyłego
przesłuchać. Strażnicy znów schowali się za rogiem, by nic nie widzieć.

            Krisowi
ściągnięto buty, przywiązano go do krzesła i podpalano nogi. Oczywiście ogień
pod nimi trzymał niziołek, którego to bawiło. Przesłuchiwany początkowo
wszystkiemu zaprzeczał. Randal jednak zmienił metodę. Podszedł do pieca i
rozgrzał tam miecz. Gorącym, czerwonym ostrzem dotknął do pięty Krisa, a potem
do jego palców.

            -
Błagam! Wszystko powiem! Zamieniłem się!

            -
Słuchamy! Nizioł daj spokój. – Rzucił mag. – Na chwilę.

            -
Kurwa…  Zamieniłem się z Adamem. Ale
nie wchodziłem na dół. Był mój sobowtór… Albo coś… Kur… Coś innego.
Stwór… On zmieniał kształty… Adam myślał… ja pierd… że to ja. Stwór
wyglądał jak…

            -
Adam. – Dopowiedział Mirak. Czy to
możliwe, że to ten zmienniak, którego szukał ten koleś z Drugiego Imperium?
Przynajmniej wiemy do czego są zdolni.


            -
Jak się dogadałeś ze zmiennym? – Zapytał elf.

            -
Mogę? – Dopytywał się Randal.

            -
Nie. Jeszcze nie.

            -
Siebel! Äutlehr.

            -
Kim jest Siebel Äutlehr? – Zapytał Larandar.

            -
Siebel z Äutlehr!

            -
Kłamiesz! – Ryknął niziołek i przyłożył gorące ostrze do nogi nieszczęśnika.

            -
A! Mój wuj! On wszystko… ranż! Kur! Mieszka w Äutlehr! Ma moje… pieniądze!
On… wszystko!

            -
Zostaw go. – Rozkazał elf halflingowi.

            -
Kurwa, a świetna zabawa była.

            -
Poproszę strażników, by przekazali księciu informację. Napiszę ją na kartce dla
niego. – Powiedział Mirak. – I mniemam, że ruszamy do tego Äutlehr.

            -
Wiesz, gdzie to jest? – Zapytał Larandar.

            - Nie. Ale się dowiem.

Komentowanie nie jest możliwe :, więcej...

stat4u <!-- s4uext=s4upl(); document.write('stat4u') //--> stat4u

Blogroll

Kilka bardzo polecanych stron...