orthank blog

Tag: podziemia

CDLXV.

przez , 28.lip.2009, w Bez kategorii

            Udostępniono
im całe dolne skrzydło zamku, w którym rzekomo straszyło. Skaveni nie byli
chętni w mówieniu, co dokładnie ich tak przerażało, jedynie z półsłówek udało
się odgadnąć, że ci, który podążali tymi korytarzami znikali.


            Widać
przerażało ich to tak bardzo, że nie tylko nie zapuszczali się w tę część
zamku, ale przede wszystkim, zrobili z niej śmietnisko.


- Odpady skavenów! – Irytował się Erlan. – Czemu one tego
nie jedzą!


- Głównie odchody. Nie będą jadły tego dwa razy. –
Odrzekł kapłan starając sobie zasłonić nos.


            Kisjevczyk
nic nie powiedział. Ale czuł, że zbiera mu się na wymioty. Odór był trudny do
wytrzymania.


- Gdyby to nie była pustynia, można by tu wlać wodę i to
przemyć. – Stwierdził Shivan. – Nic dziwnego, że skaveni tu nie przychodzą,
może zdychają od tego smrodu.


            Najgorsze
było to, że wszędzie było ciemno, a obaj elfowie nosili sandały. Podnieśli spody
swoich szat, niestety dla maga to było za dużo i się przewrócił.


- Hahaha. – Roześmiał się Montolio.

- Skurwysyn! – Ryknął Erlan wstając.

            Shivan i
Dyzio starali się trzymać od niego z daleka. Na szczęście dla nich, skaveńskie ekskrementy
znajdowały się tylko na pewnym odcinku korytarza. Dalej, pomijając oczywiście
nieprzyjemną woń, było już dużo lepiej. Dyzio niósł wysoko pochodnię, by
oświetlała im drogę.


- Ppp…podziemia jak za sss…starych dobrych cz…

- Czasów. – Dokończył Shivan.

            Przy
jednej ze ścian zauważyli coś dziwnego. Wyglądało to na rękę ludzką, tylko
wyrzeźbioną z kamienia. Była wyprostowana, jakby prosiła by coś jej dać, jakby
żebrała. Kapłan podszedł do niej, nad nią znajdował się napis. Przetarł go z
kurzu, by móc go odczytać.


- Szczodrość czy skąpstwo? – Zdziwił się. Dziwna nazwa tej płaskorzeźby.

- Skąpstwo! – Ryknął Erlan.

            Gdy
tylko Shivan odwrócił się, trafił go mały piorun. Kapłan aż odskoczył. Dyzio
wyciągnął z sakiewki monetę i położył ją na ręce. Ta zacisnęła się, a pod nią
otworzyła się skrytka, wewnątrz której znajdował się klucz zmiennokształtny.


- Jednak sz…sz…sz… – Próbował powiedzieć.

- No a klecha taki skąpy… Co za czasy. – Mówił pod
nosem Erlan.


            Klucze
zmiennokształtne były dość rzadkim artefaktem magicznym, bardzo cennym, w
rękach złodziei stawały się wręcz drogą do wirtuozerii. Klucz taki, wkładało
się do zamka, a on potrafił do niego się dopasować. Dzięki temu praktycznie
wszystko, co nie było zabezpieczone magicznie, można było nim otworzyć.


            Ruszyli
dalej. Znaleźli tam kolejną rękę. Tym razem napis nad nią brzmiał „Pieczęć czy
pomost?”.


- Spróbuj ty – powiedział do Dyzia Shivan. – Masz ostatnio
dobrą rękę.


- Intuicja się skończyła… – Zaśmiał się Erlan. – W ciemności
religia nie działa? Nie to, co magia, prawda.


            Kapłan
zignorował zaczepki. Dyzio uścisnął kamienną dłoń i otworzyło się tajne
przejście. Była tam mała klitka, w której nie znajdowało się prawie nic, poza
mosiężną bramą, zamkniętą na kłódkę o przedziwnym zamku. Kisjevczyk nawet nie
myśląc zbyt wiele, włożył do niej klucz. Shivan zaś spojrzał nad wejście, tam
widniał kolejny napis. Ledwie widoczny.


- A gdy dopełnią swojego świadectwa, Bestia, która
wychodzi z Czeluści, wyda im wojnę, zwycięży ich i zabije. A zwłoki ich leżeć
będą na placu wielkiego miasta, które zwie się… Niestety nazwa zamazana. –
Rzekł kapłan i kontynuował czytanie. – A oto: wszystko to marność i pogoń za
wiatrem, z niczego nie ma pożytku pod Ulos.


- Kolejne kazanie… – Zirytował się mag. – Wojna jest a
mu na wieszczenie końca świata się wzięło.


            Dyzio
tymczasem zupełnie nie zważając na nic otworzył bramę i wszedł do środka.
Shivan próbował kontemplować znaczenie słów. Czy to wszystko to tylko i wyłącznie sprawka tego Nieumarłego Rycerza?


            W środku
znajdowała się tajna komnata, prawdopodobnie należąca do poprzedniego
właściciela. Nieopodal wejścia ustawiono stolik, na którym leżała jakaś butelka
oraz karty. Mag natychmiast podszedł do niej, spojrzał.


- Pusta. – Westchnął ze smutkiem.

            Wziął
jedną z kart. Miała na sobie napis. Jedna więcej. Odwrócił ją, a z drugiej
strony również był napis. Jedna mniej.


- Bardziej zbzikowany niż nasza drużyna.

            Ledwo
widoczny dywan zaczął się świecić na różowo. Lekko, delikatnie. Dyzio
zaciekawiony podszedł.


- Aaa…ale b… – Bajer.

            Elfowie
podążyli do niego. Gdy już cała trójka znajdowała się na dywanie ten rozpłynął
się w powietrzu, zamienił w magiczny portal. No nie, teraz nas wyślę gdzieś daleko, i znów pół świata będzie trzeba
przewędrować! By tu dotrzeć!
Nim zniknął, magowi udało się jeszcze wysłać
kulę ognia, która usmoliła całą komnatę.

Komentowanie nie jest możliwe :, więcej...

CDX.

przez , 10.cze.2009, w Bez kategorii

            Oczywiste miejsce. Czym może ono być? Czy może być coś bardziej oczywistego dla świętości
niż święte miejsce? Miejsce kultu albo jakaś świątynia?
W Panico było kilka
świątyń, największa z nich należała do wyznawców Urlyka, ale najciekawsza dla
Shivana okazała się być kaplica Wyrmidii i Myrneman. Dziwne, niby pokojowe miejsce, a wyznają bogów wojny. W Arabii
trochę inaczej pojmowano bogów wojny, teologicznie nie było sporu między
Wyrmidią/Myrneman a Urlykiem, za to większy spór istniał między wyznawcami
sióstr, co nie przeszkadzało budować im wspólnych świątyń. Tu, gdzie właściwie
nie dochodziło do wielkich wojen, przynajmniej do czasu pojawienia się
Moredheli, tróje bogów dzielono według kryterium środków użytych w walce.
Wyrmidię nazywano Panią Dobrego Znaku, Panią Honorowej Walki. Jej wyznawcy
przestrzegali reguł bitewnych, unikali taktyk i podstępów, uważali, że
zwyciężać należy jedynie za pomocą swej siły i serca. Myrneman stała po drugiej
stronie barykady, ci którzy walczyli z jej imieniem na ustach, preferowali
strategię, często nawet oszustwa, niż uczciwą żołnierską walkę. Stąd też nazwa
Pani Złego Znaku czy Pani Przebiegłości. Urlyk zaś był synonimem pragmatyzmu
bitewnego, równowagi między wojowaniem za pomocą siły, a wojowaniem za pomocą
rozumu.


            Kaplica
Wyrmidii i Myrneman w Panico była słynna w okolicy, głównie ze względu na to,
że przechowywano tu relikwie świętego Njorda. Njord był wielkim herosem,
wojownikiem, który przybył z dalekiej północy i trzysta lat temu prowadził Arabów
do bitwy z hordą goblinów. Pochodził z pogranicza Imperium i Kisjeviu, gdzie
niektórzy odłamowcy twierdzili, że obie bliźniacze boginie są w istocie jedną i
tą samą i takież było zdanie herosa. Niemniej jednak zawsze modlił się do
obydwu, starając wypełniać wszystkie zalecenia i żył z walki, nie zdobywczej,
ale w imię zasad i sprawiedliwości. Oczywiście, znaleźli się i tacy, którzy
twierdzili, że całe te religijne gadanie zostało wymyślone już po śmierci
Njorda, po to by go uczcić, ale też na nim zarobić. I trudno się było dziwić,
jeszcze sto lat temu do Panico przybywały pielgrzymki by zobaczyć relikwie
bohatera, ale z czasem jego legenda przemijała. Teraz mało kto o nim pamiętał,
poza Arabią był praktycznie nieznany. Zresztą trudno się dziwić, religie bogów
wojny słynęły z tego, że wynosiły mnóstwo istot na ołtarze, by stawały się
wzorem wojowników, więc próbę czasu mało kto wytrzymywał. Zawsze znajdowali się
bardziej współcześni święci, którzy lepiej dopasowywali się do sytuacji
politycznej. Święty Njord ostatnio zaczął przeżywać „druga młodość”.
Zainteresowanie jego kultem rosło wraz z przybywającymi tu uchodźcami, dla nich
etos dzielnego wojownika z północy niósł przede wszystkim nadzieję. Njord chcąc
nie chcąc był bliższy tym, którzy porzucili Stary Świat, wyrwali się z krajów
zajętych i okupowanych przez Mroczne Elfy, niż Arabów. Oni z jednej strony
mieli ambiwalentny stosunek do wojny, Moredhele dawały o sobie znać, ale nie
bardziej niż zwykłe rzezimieszki, z drugiej strony istnieli przecież i inni
święci, bliżsi kulturowo i czasowo.


- Szukasz czegoś? – Zapytał stary Habib wyrywając Shivana
z modlitewnego zadumienia.


- Morrou umarł! – Wydarł się Montolio.

- Wybacz. – Rzekł elf. Dobrze, że gwarek nie zna arabskiego. – Będąc tu przypomniałem
sobie o moim panu.


- Wyglądasz na kapłana, acz twoje szaty są raczej
złowieszcze.


- Nie jestem Cieniem, jeśli o to chodzi. – Faktycznie trzeba będzie znaleźć jakiś
symbol mojego zakonu i przyszyć go, żeby nikt nie miał wątpliwości.

Jestem wyznawcą Morroua, ale jestem tu prywatnie. Chciałbym zobaczyć relikwie
świętego Njorda.


- One są wystawiane tylko od święta. – Rzekł Habib. –
Choć ostatnio przybywa tu do nich wiele osób.


- Moredhele? Podejrzani magowie?

- Nie. – Roześmiał się stary kapłan. – Skąd te pomysły?

- Z doświadczenia. – Powiedział Shivan.

- Uchodźcy z północy. Legenda o dzielnym Njordzie nabiera
na nowo życia. Każdy chce go zobaczyć. I jego miecz. I jego zbroje.


- Rozumiem, że nie mogę liczyć na wyjątek? W takim razie
mam inne pytanie, proszę mi wybaczyć ciekawość. Wyrmidia i Myrneman,
traktujecie je jako dopełnienia? Na Starym Świecie to osobne religie. Dlatego
jestem trochę zdziwiony.


- Stary Świat nie istnieje, przynajmniej kulturowo to
teraz jedno wielkie Królestwo Moredheli. – Powiedział Habib. – Ale nie o tym,
wiesz jak zorganizowane są wielkie religie?


- Tak. – Odrzekł Shivan. Testuje mnie. – Każda inaczej. W przypadku Zigmarian i Shlayan
zawsze istnieje najwyższy kapłan, ktoś kto przewodzi całym kościołem. U nas,
wszyscy są braćmi. Zakonnicy Morroua nie reformują się w żaden sposób,
zarządzenie mamy tylko funkcyjne. Znaczy, że choć formalnie mamy kilku
biskupów, to dla nas to tylko i wyłącznie kwestia administracji, nie wiary.
Ktoś, kto przestaje być biskupem traci wszelkie przywileje i nadal jest zwykłym
kapłanem Morroua. Kościoły bogów wojny są zarządzane bardziej synodycznie…


- Stop. – Przerwał mu stary kapłan. – Widzę, że
faktycznie siedzisz w temacie. Synodycznie, to dobre słowo. Znaczy tyle, że
oddelegowani kapłani spotykają się raz na jakiś czas i ustalają kwestie,
natomiast w terenie i tak przed nikim nie odpowiadają. Dlatego Shlayanie
wszędzie gdzie są, zachowują się podobnie, nie ma wiele odstępstw, natomiast
moje boginie, cóż, w dawnym Kisjevie były rozumiane zupełnie inaczej niż w
Imperium, a w Arabii jeszcze inaczej. Boginie to jedno i wiara w nie pozostaje
bezzmienna, tak jak i najważniejsze przykazania, ale to co związane jest z
religią i kultem dostosowuje się do odbiorcy. Stąd czasem drastyczne różnice
teologiczne w różnych częściach Miscle. Dla nas Pani Dobrego Znaku i Pani Złego
Znaku są nierozerwalne, są bliźniaczkami ale wręcz zrośniętymi. Jedna nie może
istnieć bez drugiej. Dlatego chyba właśnie Njord, który kojarzony jest z
waszym, staroświatowym rozumieniem tych bóstw robi się ostatnio popularny.
Chciałbyś go zobaczyć, bracie?


- Shivanie. – Przedstawił się elf. A więc nie wierzył, że jestem kapłanem. – Bardzo chętnie.

- Habib. – Podał mu rękę Arab. – Proszę za mną.

            Zeszli
do zakrystii, a potem do krypt. Przy jednej z nich znajdował się ołtarzyk, na
którym stał relikwiarz. Obok leżała zbroja i miecz Njorda oświetlane jedynie
blaskiem świec. Jednak nie tego Shivan szukał. Spostrzegł leżącą za
relikwiarzem księgę, starą, niepozorną.


- Mogę? – Zapytał elf.

            Habib
przytaknął. Wyznawca Morroua podniósł księgę. Księga Makr? To by było za proste. Otworzył ją. Same modlitwy po
arabsku.


- Brewiarz. Stary, prawdopodobnie należał do Njorda, ale
tego nie jestem pewien. Możliwe, że potem go dołożono.


- Dziękuję. – Odłożył to Shivan. – Zobaczyłem, to co chciałem. – Czyli to nie tutaj. Co innego może być
równie oczywiste?

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , więcej...

CCLVIII.

przez , 03.sty.2009, w Bez kategorii

            Gdy
dotarli do infirmerii, znów zaskoczyli kilka nieprzygotowanych do walki
jaszczurów.


- Mają problemy z wewnętrzną komunikacją. Powinniśmy być
poszukiwani w całych podziemiach. – Warknął Erlan wywołując kolejną kulę ognia.


            Tym
razem musiała być mniejsza i jej celem było przede wszystkim wywołanie chaosu.
W pomieszczeniu na łożach leżeli przywiązani więźniowie, których na nowo, lub
czasem pewnie też dopiero po raz pierwszy, uzależniano od popylicy. To właśnie
w tym miejscu golono ich, wypalano na ramieniu numery, nadawano im nową
tożsamość i przygotowywano do roli jaką mieli odegrać w społeczeństwie.
Trybików Avaritii.


            Kula
ognia rozleciała się we wszystkie strony na środku sali. Spanikowane jaszczury
zaczęły uciekać sycząc coś pod nosem. Dyzio podszedł do pierwszego łoża, które
powoli zaczynało płonąć i próbował odwiązać sznury. Nie było na to jednak
czasu. Podszedł do stolika z przyrządami medycznymi, wziął nóż, prawdopodobnie
lancet, i zaczął nim rozcinać sznury uwalniając tym samym kolejnych więźniów.
Erlan wziął skalpel i zrobił dokładnie to samo. Wypuszczano wolno wszystkich,
ale większość z nich nie była w stanie wstać. W końcu dotarli do łoża na którym
leżał Gotr. Był pobity, wymęczony, ale wciąż jeszcze świadom.


- Kurwa, też mi ratunek, wpierw mnie poparzyli, a teraz
mnie potną, jełopy. – Marudził.


- Nic mu nie jest. –  Westchnął Dyzio rozcinając go i specjalnie
lekko naciął mu skórę.


- I co teraz powinienem krzyknąć? Tak? Spierdalaj! –
Ryknął krasnolud wstając.


            Jednak
gdy już zszedł z łoża, poczuł, że ma problem z chodzeniem. Był zbyt zmęczony,
by samemu iść. Wszystko go bolało. Kisjevczyk złapał go i podparł przyjaciela.


- Co oni mi zrobili? – Spytał się na głos Gotr.

            Elf w
tym czasie grzebał w ampułkach z naparami. Wąchał je i sprawdzał. W końcu podał
jedną buteleczkę krasnoludowi.


- Wypij to.

- Popylica. – Westchnął Dyzio. – Nie będziemy już mieli
więcej z tobą problemu, będziesz robił, co ci Erlan każe. A ja się bez tego
podporządkuję.


- To nie popylica. – Dodał sztywno mag. – Widać, by
zaczęła działać i można było się od niej uzależnić trzeba osłabić organizm.
Wywołali ci zwiotczenie kończyn. Wypij to, to pomoże.


- To po co związywali? – Dziwił się krasnolud.

            Czarodziej
w tym czasie poił innych więźniów tym samym lekiem.


- Z dwóch powodów. Pierwszy, wciąż jesteś świadom, więc
to działanie psychologiczne. Oni chcą w ten sposób pokazać, że już jesteście
zniewoleni. Drugi to faktycznie zabezpieczenie, gdyby leki przestały działać.


            Po
napojeniu chorych, Erlan i Dyzio pomogli Gotrowi wyjść z sali. Co prawda szło
mu się coraz lepiej, ale jeszcze potrzebował ich pomocy. Co gorsza także
zwalniał ich ucieczkę.


            Tymczasem
jaszczurów, które ruszyły za nimi w pogoń było coraz więcej. Szczęściem w
nieszczęściu było to, że ich działania były słabo skoordynowane i praktycznie w
ogóle nie zarządzane. Tak długo przywykli do pilnowania uzależnionych, że nie
potrafili poradzić sobie z grupką trzeźwo myślących przeciwników.


            Krasnolud
powoli, odzyskiwał siły, w końcu był w stanie samemu uciekać, tymczasem elf
używał prostych czarów do zmylenia przeciwników. Wystarczyły dziwne dźwięki, by
kilkakrotnie zatrzymać pogoń. Wystarczyło że zza jaszczurów magiczny głos
krzyknął: „tutaj”, a już pościg zmieniał swój kierunek.


            W końcu
trójka przyjaciół dotarła do olbrzymiego magazynu w którym poukładano stosy
skrzyni, w których trzymano wszystko to, czego Avaritia nie pożądała, co uznała
za bezwartościowe.


            Dyzio
natychmiast zaczął w nich grzebać szukając swoich rzeczy. Erlan zamknął oczy,
skupił się na swojej księdze. Za pomocą magii stanął pomiędzy skrzyniami i jak
zahipnotyzowany nie otwierając oczu podążał ku tej, w której były ich rzeczy.


- To ta. – Stwierdził.

            Gotr
dopadł do niej pierwszy. Wyjął swój topór i od razu się ucieszył. W końcu
radość powróciła na jego twarz. Erlan wziął swoją księgę i wręcz przytulił ją
do serca. Kisjevczykowi chciało się śmiać. Ledwo
uwolnili się spod jarzma chciwości, a pierwszą rzeczą, którą robią jest
posiadanie. Są zbyt przywiązani do tych przedmiotów.
Wtedy w pudle zauważył
małą oryszalkową kulkę. Mój skarb…
Chwycił ją, zanim ktokolwiek zdołał ją zauważyć. I zachciało mu się śmiać, tym
razem z samego siebie.


            Nie
zdążyli zabrać swoich ubrań i większości przedmiotów.  Erlan jedynie wziął sześć strzał, które
dostali od widma, reszty nawet nie zauważył, gdy do komnaty wpadły jaszczury.
Ale nie te, które pilnowały bezpieczeństwa, tylko łowcy. Ci sami, którzy
zdobywali nowych niewolników Avaritii. Tyle, że tym razem nie zamierzały nikogo
łapać, a nie dopuścić do ucieczki. Miotały strzałami i kamieniami w trójkę
uciekinierów, szybko, mocno i zdecydowanie. Magowi trudno było się
skoncentrować. Nie było chwili, by czymś nie dostał, a ból utrudniał rzucenie
mu czaru.


            Dyzio
chwycił w rękę jakiś miecz i już miał ruszyć do ataku, gdy poczuł na ramieniu
rękę Gotra.


- Nie damy rady. Nie przetrwamy tego. W nogi! – Ryknął
krasnolud.


            I ruszył
pierwszy. Reszta pobiegła za nim w nadziei, że ich przyjaciel zna drogę. Tyle,
że jego najpierw kierowało przeczucie, a potem jasne światło. Widmo zmory.


            Ani
Erlan, ani Dyzio nie ujrzeli mistycznej postaci. Biegli za Gotrem rozglądając
się za ścigającymi ich jaszczurami. Przerażeni. Zmęczeni. Notorycznie uderzani
pociskami z proc i drobnym i kamieniami.


            Krasnolud
tymczasem miał wrażenie, że widmo go prowadzi. Wbiegł do ciemnego tunelu, w
którym jasna zmora była jedynym widocznym punktem, tak jasnym, że całkowicie
ograniczała widzenie. Nie mógł skupić się na niczym innym. Biegł w stronę
światła.


- Jesteś pewien, że dobrze idziemy?! – Irytował się
Dyzio.


- Musimy mu zaufać. – Odrzekł krasnolud.

- Mu? – Zdziwił się zdyszany Erlan.

- Widmo zmory… – Wymamrotał Kisjevczyk. – Ale dlaczego
go nie widzę?


- Ani ja.

- Jest jakiś inny, jakby odmieniony. – Westchnął
krasnolud.


            W końcu
zatrzymał się. Dobiegli do ściany. Ślepy korytarz. Widmo znikło.


- Kurwa! – Ryknął przerażony Gotr.

- Wprowadzili nas w pułapkę… – Wymamrotał Erlan. Ale skąd wiedzieli o…

- Jeśli to było widmo, nie powinniśmy tracić nadziei. Coś
uda się wymyślić. – Stwierdził Dyzio i zaczął się rozglądać.


            Trudno
było cokolwiek dostrzec, zwłaszcza człowiekowi, ale nie ustawał w
poszukiwaniach.


            Jaszczury
zaś zbliżały się nieubłaganie. Zdenerwowany mag, trzymający w ręku swoją księgę
nie potrafił się zdecydować jak ich najlepiej zatrzymać. Każdy czar, o którym
myślał, wymagał koncentracji i to sporej. Teraz było o to trudno. Jego serce
waliło mu o wiele szybciej niż normalnie. Dyszał. I wściekał się, że wpadli w pułapkę.


- Mam! – Ryknął nagle Dyzio. – Wiedziałem, że na widmie
można polegać.


- O co chodzi? – Zdziwił się Erlan.

- Drabina. – Powiedział Kisjevczyk.

            Było to
nienajlepsze słowo. To raczej były schody w ścianie przypominające drabinę,
tyle, że prowadziły wysoko na powierzchnię wprost do luku wentylacyjnego. Gotr
nie miał zamiaru dłużej myśleć. Pierwszy ruszył ku górze. Za nim poszli Erlan i
Dyzio.


            Gdy
jaszczury dobiegły do końca korytarza, nawet nie miały zamiaru kontynuować
pościgu dalej, ani tym bardziej nikogo zatrzymywać. Czekały tylko do momentu,
gdy uciekinierzy byli dla nich niezauważalni.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , więcej...

CCLVII.

przez , 03.sty.2009, w Bez kategorii

            Nim udali
się do infirmerii, gdzie, jak ustalili, przetrzymywano Gotra odwiedzili jeszcze
jedno miejsce. Właściwie można było to nazwać destylarnią naparu z popylicy. Tu
właśnie przygotowywano narkotyk, napój, który uzależniał. Poza jaszczurami nie
miał tu wstępu nikt, przynajmniej do samego centrum, bo przylegały obok też
inne pomieszczenia, w których np. przygotowywano butelki, czy rozwożono
narkotyk. Dotychczas wszystko jak w zegarku, ale gdy tylko pojawił się Erlan i
Dyzio a wraz z nimi kolory nikt nie potrafił ogarnąć chaosu, który wybuchł.


            Dotychczasowi
wyznawcy Avaritii mordowali jaszczury, wywracali wszystko do góry nogami,
skakali po stołach, tłukli butelki i wykonywali wszystkie polecenia samozwańczego
kapłana.


            Oczywiście
służby bezpieczeństwa starały się opanować tłum, nie były w stanie dotrzeć do
prowodyrów akcji, zwłaszcza, że ci bardzo szybko zmieniali swoje miejsce.


            Gdy
dotarli do serca destylarni, magiczne pociski oraz pięść Dyzia szybko powaliły
przebywające tam jaszczury, zwłaszcza, że nie były one przygotowane do walki.
Większość z nich całe życie zajmował się jedynie warzeniem „magicznego” napoju,
który uzależniał ofiary reżimu Avaritii. Byli łatwym celem. Kisjevczyk nie mógł
się nadziwić, że są tak słabi, że tak łatwo się dają pokonać. Ale elf wiedział,
że lada moment przybędą tu magowie. Wyczuwał to.


            Plan był
prosty, mieli dokonać dywersji, zmienić proporcje w warzonym napoju, tak by nie
uzależniał, by nie ogłupiał. Tyle, że choć mag był kiedyś zielarzem, nie znał
sposobu w jaki przyrządzano ów wywar. Dyzio zaczął wrzucać do olbrzymich
kotłów, co tylko wpadło mu do rąk, Erlan zaś poszukiwał przepisu. Niestety
szybko doszedł do wniosku, że jaszczury musiały go przepisywać sobie ustnie.
Nigdzie go nie zapisały. Sprytne, dzięki
temu były niezastąpione i potrzebne. System Avaritii nie był idealny, w
przeciwnym razie, zarówno strażnicy jak i ci, którzy przyrządzali napoje byliby
jego częścią, byliby uzależnieni. A tak, owszem służyli jej, ale musieli mieć
swoje powody.


            Niestety
nie było zbyt wiele czasu. Jaszczury w dość dużej ilości wpadły do środka,
uzbrojone w proce i inną broń miotającą, oraz piki, co gwarantowało zachowanie
odległości. Kisjevczyk nie miał za bardzo jak walczyć, starał się rzucać we
wrogów tym, co akurat znalazło się pod ręką. Erlan przechylił potężny gar, w
którym gotował się wywar, a gorąca ciecz rozlała się na podłogę i jaszczury,
które zaczęły straszliwie syczeć i skakać poparzone.


            Elf
dostrzegł też kilka innych jaszczurów, które wkradały się do sali. Starały się
pozostać niezauważone. Nie mieli żadnej broni, byli dość wątli w porównaniu z
pozostałymi. Jak nic magowie.


            I nie
pomylił się. Nie wiadomo skąd w izbie zaczęły spadać kamienie niszcząc i raniąc
tych, którzy stanęli na ich drodze. Czyli głównie Dyzia i Erlana, oraz tych
strażników, którzy nie wycofali się ze środka komnaty.


            Mag
schował się pod stołem. Tego jeszcze nie
próbowałem sam, a już na pewno nie w komnacie.


- Skryj się. – Rzucił do Dyzia.

            Erlan
włożył na chwilę rękę do ognia. Zapiekło go, ale nie miał jeszcze tak wielkiej
siły umysłu, by móc wyczarować swą broń bez komponentów. Większość
początkujących magów potrzebowało nie tylko treści czarów ale i składników. Tyle,
że dla nich zaklęcie o którym myślał elf było poza zasięgiem, tylko skrytym
marzeniem. Gdyby nie możliwość przejrzenia ksiąg Gildii, z pewnością nikt mu by
nie zdradził tego sekretu. Przynajmniej nie teraz. Czarodziej uśmiechnął się
pod nosem. Wyjął rękę z ognia, była poparzona, ale nie robiło to na nim żadnego
wrażenie. Wstał. Kilku magów skierowało w niego magiczne pociski. Owszem
bolesne, ale nie raniące. Broń prawie idealna. Zadająca ból, acz nie niszcząca
przeciwnika, tylko go oszołamiająca.


            Erlan
jednak nie reagował. Skoncentrował się na swoim zaklęciu. Czar musiał się udać.
Pierwszy raz w życiu tak ważne zaklęcie, tak potężne.


            Kula ognia zaczęła mu
się materializować między rękoma, a następnie rosnąć. Jeszcze tylko odpowiednio skierować jej tor. Była coraz większa. Jaszczury
trochę zainteresowane, trochę spanikowane jakby zelżały z atakami, czekając na
to, co się wydarzy. Dyzio schował się głębiej. A ogień zaczął także trawić i
elfa, acz nie robił mu szkody. Kula miała średnicę jednego metra. Ani
Kisjevczyk, ani sam czarodziej nigdy czegoś takiego nie widzieli. I nie
kontrolowali. Elf jednak zachowywał powagę i opanowanie. Nagle ogień ruszył,
wprost na jaszczury. Szybko szybował, wrogowie nie mieliz zbytnio czasu na
wycofanie się. Trafił w ścianę, tuż przy samych drzwiach. Wszystko zajęło się
ogniem, płonące odpryski kuli latały w różne strony. Jaszczury piszczały,
syczały i skwierczały. Nie były w stanie nic zrobić. Ból opanował ich
doszczętnie. Erlan wiedział, że póki co ich zatrzyma, ale teraz będą traktować
go jak potężnego maga i będzie gorzej się bronić. Podszedł do Kisjevczyka,
pomógł mu wstać i ruszyli ku infirmerii korzystając z tylnego wyjścia.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , więcej...

CCLVI.

przez , 02.sty.2009, w Bez kategorii

            Erlan potrzebował
sił, aby wyzwolić się spod wpływów popylicy. Dwa dni później był już gotów do walki,
wiedział, że wcześniej nie mógł zbyt wiele zrobić, nie ryzykując. Gdy spotkał się
w sali gdzie odbywała się wymiana z Dyziem, rzekł w końcu.


- Mam nadzieję, że Gotrowi nic się nie stało, poza ponownym
przyzwyczajeniem go do narkotyku.


- Gotrowi? – Zdziwił się THX-1138.

- Jestem gotów, a ty?

- Gotów? – Dziwił się Kisjevczyk.

- Do walki, a do czegoż by innego? – Roześmiał się elf.

- Jaszczury… – Człowiek był coraz bardziej
zdenerwowany. – Do czego zmierzasz.


- Wrócił nie tylko mój umysł, ale i moje siły. Ty czy
Gotr walczycie bronią, a ja magią.


            Strażnicy
powoli, acz zdecydowanie zmierzali ku Erlanowi. Elf podniósł tylko ręce.


- Avaritio! – Ryknął. – Moja pani! Ja twój prorok i
najwyższy kapłan otrzymałem barw co nie miara.


            Między
rękoma maga zaczęły się mienić różne kolory, co wywołało poruszenie i
zdezorientowało jaszczury. Wszyscy patrzyli na NCC-1701.


- Każdy kto złoży ofiarę krwi z jaszczura, temu nasza
pani da ulgę w pragnieniu, podaruje wszystkie możliwe kolory.


            Strażnicy
nie wiedzieli jak zareagować. Omamieni popylicą także, dopiero Dyzio zrozumiał,
że teraz nadeszła jego kolej. Podszedł do najbliższego jaszczura i z całej siły
przywalił mu w pysk. Zdezorientowany gad legł na ziemię, a Kisjevczyk począł go
bić i kopać. Inne oniemiałe jaszczury nie wiedziały, którego atakować, czy elfa
czy oszalałego człowieka, zwłaszcza, że inne osoby w pomieszczeniu uważnie się
im przyglądały. Gdy nagle szata THX-1138 przestała być biała, a kolory były tak
wyraziste, że większość nie potrafiła odciągnąć od nich oczu. Dyzio wtedy
skręcił kark jaszczurowi i wstał szukając kolejnego.


- Pani go nagrodziła za ofiarę. – Westchnął Erlan. I niech mi teraz ktoś spróbuje zaprzeczyć,
że religia to opium dla mas.


            Inni
ubrani na biało, pragnący kolorów zaczęli się rzucać na jaszczury, które
natychmiast jak jeden mąż się wycofały z pomieszczenia. W środku zostali
jedynie Erlan i Dyzio.


- No to zaczyna się zabawa. – Westchnął elf.

- Nie boisz się, że nie mają magów?

- Owszem, nawet jestem pewien, że mają. Ale minie trochę
czasu nim opanują to zamieszanie, a my musimy wywołać większe.


- A co potem? – Dopytywał Kisjevczyk.

- Potem niestety zostawimy wszystko swojemu własnemu
biegowi. Moglibyśmy walczyć dalej, ale nawet jeśli wygramy sprawę przegramy
życie. Nim jednak uda nam się uwolnić tłum spod popylicy, będziemy martwi. Plan
jest zatem dość prosty. Ja sieję chaos, ty zniszczenie i za wszelką cenę
unikamy Avaritii.


- Nie damy rady smoczycy? Chyba nas nie doceniasz. –
Ironizował Kisjevczyk.


- No w dwójkę może byśmy dali radę, ale wiesz, trzeba
ratować Gotra, potem będzie nas tylko spowalniał. Wracamy do Altburga. A potem
do Arabii.


            Wyszli
na zewnątrz, tam powtórzyli scenę z kolorami i składaniem ofiar jeszcze kilka
razy, a potem Erlan zaczął za pomocą kolorów wywabiać mieszkańców z dormitoriów.
W ciągu zaledwie godziny całe podziemia były pogrążone w totalnym chaosie. Uporządkowany
świat Avaritii rządzony chciwością, od tej samej chciwości upadł. Kolory teraz
były wszędzie a ci, którzy mordowali jaszczury i niszczyli popylicę dostawali
obietnicę, że posiądą sekret barw.


            Elf
jednak wiedział, że zamieszanie nie potrwa długo. Jaszczury się
przegrupowywały, a wraz z nimi pojawili się i ich magowie, którzy przywracali
biel i obezwładniali innych. Jednak mieli zajęcia na, co najmniej kilka godzin.
Wystarczająco długo by stąd uciec.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , więcej...

CCLV.

przez , 01.sty.2009, w Bez kategorii

            Gdy Gotr
odzyskał przytomność, był związany, leżał na łożu w białej sali, a wokół niego
kręciło się kilka jaszczurów.


- ZQJ-2012 się obudził. – Syknął jeden z nich.

- W imieniu prawa pani Avaritii zostajesz oskarżony o
działalność wywrotową, sprzeniewierzenie się obowiązującym prawom,
myślozbrodnię.


- Myśloco? – Zdziwił się krasnolud.

- Myślozbrodnię. – Powtórzył jaszczur. – Nie wiemy, co
dokładnie planowałeś, przewrót, ucieczkę czy inne ciężkie przestępstwo. Należysz
do Avaritii i ona decyduje o twoim losie. Ona wie o wiele bardziej niż ty sam,
czego ty pragniesz i czego ci zależy. Ona ofiarowała ci kolory, a ty jak się
jej odpłaciłeś?


- Kurwa, pieprzona ladacznica, niech sobie wsadzi te
kolory w swój śmierdzący kuper.


            I dostał
w twarz. Potem znów został pobity do nieprzytomności. Obudził się dopiero po
kilku godzinach, tym razem nie reagował, aż przeczytano mu wykaz zbrodni do
końca.


- Czy rozumiesz zarzuty?

- Jasne, oczywiście, poza tym, że niektóre są wyssane z
palca krasnoluda, to część nawet się zgadza. – Mruknął pod nosem. – Choć nie
rozumiem czemu mi to wszystko dano, nie chciałem się tu znaleźć.


- Powinieneś być wdzięczny Avaritii, dała ci nowe życie,
wszystko mogłeś zacząć od początku. – Powtarzał gad.


- Słucham? Wdzięczny za to? Ja o to nie prosiłem. To co
było wcześniej może mi się nie podobało aż nadto, ale o wiele bardziej niż, to
co jest tutaj.


- Nie chciałbyś wrócić do świata na powierzchni. Nie po
tym, co przeszedłeś. I co przeszedł, gdy ty byłeś tutaj.


- Ile tu jestem? – Zdziwił się Gotr. – Wojna esteliońska?

- Czy to ważne? Liczy się to, że jesteś w świecie, który
dała ci Avaritia. Dostałeś nowe życie, nie wykorzystałeś go, sprzeniewierzyłeś
je. Wiesz, co cię czeka teraz? Ewaporacja…


- Śmierć?

- Świadoma. – Potwierdził jaszczur. – Ale nie ostateczna.
Zmienimy ci numer, Avaritia patrzy i widzi twoje niecne postępowanie, ale
postanowiła ci dać jeszcze jedną szansę. Dostaniesz nowy numer, nową tożsamość,
zaczniesz wszystko od początku, po treningu przygotowującym cię do życia w
społeczeństwie. Znów będziesz łaknął popylicy, znów będziesz cennym członkiem
społeczeństwa, znów praca będzie ci sprawiać satysfakcję a gromadzenie będzie
cię cieszyć.


- Faktycznie, to gorsze niż śmierć. Ciało przeżyje. Duch
raczej nie.


- Tylko musisz pamiętać o jednym. – Dodał jaszczur. – To będzie
twoja ostatnia szansa. Jeśli zawiedziesz, dalej nie będzie już nowej oferty,
następna ewaporacja będzie oznaczała ostateczną kasację twojego numeru.


- Kasację numeru? – Zdziwił się Gotr.

- Śmierć formalną. Pamiętaj o tym. Jeśli popylica
przestanie działać, zgłoś się do funkcjonariuszy z prośbą o skierowanie na
trening. Nie próbuj działać sam. Rozumiesz?


- Obawiam się, że tak. – Odrzekł ze smutkiem. I zamknął
oczy, by przypadkiem nie uronić łzy.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , więcej...

CCLIV.

przez , 01.sty.2009, w Bez kategorii

            Po pracy następnego dnia, THX-1138 i  ZQJ-2012 spotkali się w miejscu wymiany, by znów
podyskutować i sprawdzić, czy u drugiego wszystko w porządku.


- Nie uwierzysz, ale znalazłem elfa gotowego do wymiany. –
Rzekł Kisjevczyk.


- Serio? – Krasnolud starał się nie uzewnętrzniać zbytnio
zdziwienia.


- Tak, może przyjdzie i zechce się z nami powymieniać.
Twierdził, że ma dużo zbędnych klocków.


- To dobrze, bo ja mam coraz dziwniejsze wrażenie, że –
ściszył głos – przestaję się kontrolować. Dziś w kopalni spadł mi na głowę
kawałek kamienia i zareagowałem tak jak zwykle, znaczy jakbym zareagował zwykle
w normalnych częściach Miscle, nie tutaj.


- Język zabolał?

- Ano, to mało powiedziane. Teraz mam jaszczurczy ogon.
Dlatego trzeba uważać, na to co mówimy. – Powiedział Gotr.


            Pokręcili
się jeszcze po sali, porozmawiali trochę z innymi osobami, które przyszły tu na
wymianę, trzeba było zachowywać jakieś pozory. I tak większość przychodzących jedynie
oglądała, bo zaprogramowana w nich chciwość nie pozwalała sfinalizować im
transakcji. Trzeba było tylko umiejętnie wpasować się w tłum. W końcu obaj
przyjaciele mieli zamiar wracać do swych pokojów, gdy nagle w drzwiach pojawił
się Erlan. Zupełnie nie zachowywał się jakby ich rozpoznał czy znał. Podszedł
do pierwszego kolesia i zaczął z nim rozmawiać właśnie o wymianie kolorów. Potem
do kolejnego i jeszcze jedno. Gotr i Dyzio porozumiewawczo spojrzeli na siebie
i zaczęli znów się wymieniać. Dotykając swoje klocki. W końcu podszedł do nich
NCC-1701.


- Klocki bordo, macie takie? – Zapytał.

- Nie. – Odrzekł krasnolud. – Mam tylko klocek o kolorze
pirytu.


- A ja choszechowy. – Dodał Dyzio.

- Nic mi takie kolory nie mówią. – Westchnął elf. – Ale
gdybyście mieli coś iluminującego, chętnie bym to zobaczył.


- Iluminującego. – Zdziwił się ZQJ-2012.

- Oddam wszystkie klocki, za coś takiego. Oryszalk mógłby
się nadać.


- Ach, oryszalk… – Potwierdził Dyzio. – Tylko Avaritia
wie, gdzie on jest.


- A jak tam piłeś dziś już popylicę? – Zapytał krasnolud.

- Moja trochę jak szczochy smakuje. – Dodał Kisjevczyk.

            Erlan
jakby przez chwilę się uśmiechnął, acz bardzo szybko znów był poważny.


- Myślę, że u mnie jej barwa jest magiczna. Ale skoro nie
macie nic ciekawego na wymianę to jutro się spotkamy. Trzeba pomyśleć, skąd
mogą pochodzić kolory.


            Erlan
odszedł od nich, zupełnie się nie żegnając, podchodząc do kolejnych osób. Gotr
zaczął się zbierać, był już przy drzwiach, gdy nagle ktoś podstawił mu nogę. ZQJ-2012
runął na ziemię.


- Kurwa! – Ryknął podświadomie.

            Na to
tylko czekali. Jaszczur, który go podhaczył i kilku innych, rzuciło się na
krasnoluda obezwładniając go.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , więcej...

CCLIII.

przez , 31.gru.2008, w Bez kategorii

            Minęły trzy dni odkąd THX-1138 przetransformował się
z powrotem w Dyzia, choć oczywiście zmiana ta póki, co była niepełna. Powierzchowność
pozostała bez zmian, zmienił się jedynie środek, wnętrze, sposób widzenia świata
Avaritii i samospostrzegania. Starał się w pewien sposób spotykać i kontaktować
z Gotrem, acz było to trudne zadanie. Kisjevczyk nauczył się zauważać stojące
nieruchomo, pochowane po kontach jaszczury, który obserwowały wszystkich,
licząc na błędy tych, którzy wyrwali się ze szpon uzależnienia od popylicy.


            Dyzio
pracował w olbrzymim kompleksie szwalni, gdzie zajmował się pleceniem płótna. Tkacze
używali krosna wytwarzając materiał, który wpierw był barwiony na śnieżnobiały kolor,
a następnie przetwarzany na ubrania. Oczywiście wszystkie w jednolitym kroju,
różniącym się, co najwyżej rozmiarem. Nie było specjalnego rozróżnienia na
płcie, co dopóty Kisjevczyk był pod wpływem popylicy zupełnie mu nie
przeszkadzało. Potem raczej też nie, ale miał problem z zebraniem swoich myśli,
zwłaszcza gdy przychodziła jego przełożona, elfka TXF-1013. Co z tego, że była
łysa i całkowicie drętwa, zajęta jedynie pracą, gdy młodzieńcowi bardzo się
podobała. Miała wspaniałe jasnofioletowe oczy, dość długie, szpiczaste uszy, no
i wydatne piersi. Te bardzo często nabrzmiałe, zakryte jedynie trochę za małą
koszulą coraz bardziej intrygowały Dyzia i zauważał, że się w nie gapi,
zapominając o pracy. Dobrze, że nie ma tu
jaszczurów, na pewno bym wpadł.


            Kisjevczyka
coraz bardziej interesowało to, czy istnieje tu jakiś sposób na rozmnażanie się
uznany przez Avaritię i jej służby. Chętnie
bym spróbował z TXF-1013.
Ale dopiero pewnego dnia wpadł na pomysł by za
nią pójść, zobaczyć inne elfy i może znaleźć tam Erlana, acz nie było to
priorytetem. Najważniejsze było dowiedzenie się czegoś o elfce. Wystarczy, że jej uświadomię gdzie jesteśmy,
nauczę ją nie pić popylicy, a mocz… Kurwa uryniarz ze mnie. Ale może ona i
ja…


            Dyzia
najbardziej w tym wszystkim denerwowało właśnie to, że musiał z samego rana lać
do buteleczek po popylicy, a potem w trakcie dnia to pić. Nie podobało mu się
to, ale wiedział, że na razie nie ma innego wyjścia. Trudno się mówi. Gotr może ma powalone pomysły, ale ten się sprawdził.


            Wszedł
do sali w której jadały elfy, TXF zasiadła przy jednym ze stołów. Jaszczury
trochę dziwnie się na niego patrzyły, ale nie reagowały. Widać musiały się tu
zdarzać pewne niezguły, które trafiały do złych sal, lub w tej także bywali
ludzie. Może we wcześniejszych godzinach? Nie wiedział tego i prawdę mówiąc
słabo go to interesowało.


            Wolał
spoglądać na elfki, wszystkie łyse, w różnym wieku, acz dorodne. Podobało mu
się tu, zwłaszcza, gdy czasem, któraś zdjęła koszulę, bo było jej za gorąco. Jak niewiele trzeba by tą niewolę przemienić
w raj.


            Nawet
nie szukał specjalnie Erlana, gdy spostrzegł go przy jednym ze stolików. Kisjevczyk
czekał, aż mag skończy jeść, a gdy tylko szedł już odstawić talerze, podszedł
do niego.


- Hej, mam brodo kloca, wymienisz się?

- Nie. – Odrzekł stanowczo elf z numerem NCC-1701.

- Może jednak. – Proponował Kisjevczyk. Czemu nie jest chciwy?

- Dzięki.

            Erlan
zaczął odchodzić.


- Gdybyś się jednak zdecydował, to będę jutro wieczorem w
centrum wymiany. – Powiedział THX i przewrócił się tak, by wpaść w butelki
popylicy przyjaciela. Podmienił je na swoje.


            Mag nie
zauważył. Pokręcił tylko głową i poszedł w swoją stronę.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , więcej...

CCLII.

przez , 30.gru.2008, w Bez kategorii

            Wieczorem
Gotr udał się miejsca, gdzie odbywała się wymiana. THX-1138 już tam czekał, nie
zareagował na krasnoluda, stał niewzruszony. ZQJ-2012 podszedł do niego, lekko
zdenerwowany. Czy wytrzymał?


- Myślałem, że już nie przyjdziesz. – Rzekł Kisjevczyk. –
Ja się coś dziś źle czuję. Chyba strułem się naleśnikami.


- Ach tak. – Krasnolud chciał się roześmiać, ale opanował
się. Naleśnikami, wątpię by was nimi
karmiono.


- To, co przejdziemy do wymiany? Mam niesamowite kolory,
czerwony jak rzeka…


- Dużo słów. Interes to nie gadanina, ktoś mógłby
podsłuchać i zaproponować inną transakcję. – Pouczył go Gotr.


- Dopiero się uczę.

- Widzę. Mam nadzieję, że problemy żołądkowe przejdą
niebawem. Ważne byś regularnie pił popylicę, wiem, że będzie smakowała jak
mocz, ale to naturalne. Szybko dzięki temu dojdziesz do siebie. – Westchnął.


- I śmierdziała? – Zapytał Dyzio. Rozumiem, że musimy grać w gierki słowne. Ale chcesz bym pił własny
mocz?


- Niestety, ale trzeba się przyzwyczaić. Pomaga.

            Gotr
miał nieodpartą chęć uściskania swego towarzysza. Nie pamiętał kiedy ostatnim
razem był tak zadowolony, ale pamiętał, że trzeba uważać. Służby bezpieczeństwa jest wszędzie mnóstwo. Jaszczury węszą i trzeba
uważać, by nie wpaść. Mam ci tyle do opowiedzenia i nie wiem od czego zacząć i
jak przekazać wszystko, co już wiem. No i jeszcze w jaki sposób, by nie narazić
nas.


- Słyszałeś może o elfie, który chciałby się wymienić? –
Zapytał THX-1138.


- Wciąż takowego szukam. Też chciałbym wymienić się z
elfem. – Odrzekł Gotr.


- No cóż, w takim razie chyba na razie wiem wszystko. Jak
znajdę chętnego elfa, dokonamy ostatecznej wymiany, co ty na to?


- Też jakoś nie mogę się zdecydować na to, by oddać ci
mój klocek. – Westchnął krasnolud.


- Ani ja.

            Pożegnali
się i rozeszli.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , więcej...

CCLI.

przez , 29.gru.2008, w Bez kategorii

            Gdy Gotr wrócił do swojego pokoju, ZQJ-1999 już
tam był. Wyraźnie rozdrażniony i poirytowany. Miał dość czekania, albo doszedł
do wniosku, że ewaporacja nie do końca może być dla niego dobra. Od razu
zauważył ZQJ-2012 i zaczął w niego rzucać swoimi klockami. Gotr nie wiedział
jak zareagować, nie chciał się przyznać, że nie bierze popylicy, zwłaszcza, że
jego towarzysz zachowywał się po niej całkowicie nieodpowiedzialnie i dziwnie. Stanowił
coraz większe zagrożenie.


            ZQJ-1999
wstał z łóżka i podszedł do Gotra, którego walnął z całej siły w twarz. 2012
ledwo się powstrzymał przed oddaniem. Kurwa
tylko tego brakuje.


- I co chuju? Wiesz, mógłbym ci się spuścić na twarz, a
ty byś to co najwyżej wylizał. I czy to dowód na to, że jesteś pedałem!? Kurwa,
wnerwiasz mnie koleś! – I walnął ZQJ-2012 z całej siły w brzuch.


            Gotr aż
się przewrócił. Miał wielką ochotę wstać i oddać swemu towarzyszowi. Jakie szczęście, że pijesz moje szczyny
skurwielu. Cieszy mnie, że mają kolor preparatu z popylicy, inaczej nie miałbyś
szans się ich napić. I czy czyni to z ciebie pedała? Jak dla mnie tak. Urynopijca!


            Krasnolud podniósł się na nogi i wybiegł z pokoju.

- A spierdalaj chuju! I módl się do swojej Avaritii! –
Ryczał ZQJ-1999. – Skurwysyn! Ćwok! Dziabąg! Gnój!


            Strażnicy
natychmiast zainteresowali się Gotrem. Zatrzymali go, przyjrzeli się mu.


- Co się stało, ZQJ-2012? – Zapytał jeden z nich.

- Nie wiem. Mój współlokator, dziwnie się zachowuje. Uderzył
mnie. I mówił coś złego o Avaritii. Szedłem do kapłanek spytać się, co z tym
zrobić. Może za mało dostał klocków? Może za mało pracuje? Nie wiem, sprawia
wrażenie nieszczęśliwego.


- Zaczekaj tu! – Rozkazał jaszczur.

            Gotr nie
wiedział skąd się ich tu tyle wzięło. W ciągu kilku sekund ujrzał chyba z
siedemnastu przedstawicieli służb bezpieczeństwa. Znaczy, że oni muszą być pochowani wszędzie. Tylko nie zawsze ich
widzę. Jest dużo gorzej niż myślałem, skoro tak, oni mogą mnie obserwować nawet
wtedy, gdy nie zdaję sobie z tego sprawy. Mogę być w większym
niebezpieczeństwie, niż mi się wydawało. Jeśli Dyzio nie wytrwa w
postanowieniu, będzie źle.


            Stał i
czekał. W końcu zauważył, jak jaszczury wyprowadzają jego towarzysza. ZQJ-1999
był wyjątkowo zadowolony i uśmiechnięty.


- Widzisz pedale, widzisz? – Krzyczał do Gotra. – Teraz będę
wolny. Skończył się mój czas. Wrócę do domu… Będę wolny! Będę wolny! –
Cieszył się.


            ZQJ-2012
nie wiedział, czy jego dawny towarzysz naprawdę wierzył w powrót do domu, czy
raczej w śmierć, która miała przynieść mu wybawienie. Bał się o tym myśleć. Kurwa, dwóch już załatwiłem. Trzeba
pamiętać, by wyryć dwie kreski na moim toporze jak tylko go odnajdę. Tylko, że
to wcale nie jest przyjemna śmierć. Ani tym bardziej uczciwy sposób na
mordowanie. Nic im nie zrobiłem, nie miałem też odwagi odebrać im życia samemu,
a jednak zginęli przeze mnie.


            Przez
godzinę rozmawiał z kapłanką, LHR-1666 znów powiedziała mu tylko i wyłącznie,
że powinien więcej pracować, więcej pragnąć i być szczęśliwszym. Ciągle ta
sama, powtarzana w kółko kwestia.


            Gdy
wrócił do swego domostwa, znalazł tam kolejną istotę. Halflinga, ogolonego do
cna, także na nogach, z numerem IRP-1410. Od razu było widać, że nowy jest pod
wpływem popylicy. Krasnoluda trochę interesowało, jak zareagowałby jego
współlokator na bicie, ale wolał nie ryzykować. Tego kolesia już nie uwolnię. Nie popełnię drugi raz tego samego błędu,
przykro mi, ale on musi pozostać nieświadom swego istnienia.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , więcej...

stat4u <!-- s4uext=s4upl(); document.write('stat4u') //--> stat4u

Blogroll

Kilka bardzo polecanych stron...