orthank blog

Tag: panico

CDXIX.

przez , 19.cze.2009, w Bez kategorii

            Cień się
nie pojawił. Zamiast niego przybył szeryf Cabtree, kilku jego przybocznych i
Shlayanin. Strażnicy sierocińca byli tym trochę wystraszeni, zwłaszcza, że
wiedzieli już, że ich szef, Firjal nie żyje. Aldaric nie miał problemów by
przejąć władzę nad tym przybytkiem, choć brat Gusuna, sprawował tu władzę
absolutną, to jednak całość należała do miasta. W miastach Oczka Arabskiego
powszechnie panowała oligarchia. Kilka wpływowych rodów, bogatych rodzin, czy
potężnych magów zazwyczaj dogadywało się wybierając zarządcę. Tytuł ten nie był
w żaden sposób dziedziczny i sprawowało się go, aż do odwołania. W Al’Hadzie
starano się, by taki zarządca nie sprawował swej funkcji dłużej niż trzy lata
pod rząd, gdyż twierdzono, że wtedy mija mu chęć do pracy, do rozwoju i zaczyna
wszystko traktować jak prywatny folwark. W wielu innych miastach, do podobnych
wniosków jeszcze nikt nie doszedł. Jednak wszędzie, gdzie istniał ten system,
bano się koncentracji władzy w ręku jednego człowieka, ba nawet jednego rodu.
Istniał więc system zabezpieczeń. I owszem zarządca był władcą miasta i okolic,
on odpowiadał za zarządzanie, za rozwój, inicjował zmiany prawne, przewodził
miejskim strażnikom, ale zarządzanie sprawami bardziej społecznymi pozostawało
w gestii szeryfa. Był on najwyższym urzędnikiem miejskim, który tylko w sposób
pośredni odpowiadał przed zarządcą. Szeryf miał prawo do kontrolowania
wszystkich instytucji utrzymywanych przez Panico, miał prawo do wprowadzenia w
nich zarządu komisarycznego, jeśli uznał to za potrzebne, a dodatkowo pełnił
też rolę sędziego najwyższego. Formalnie zarządca nie mógł go odwołać, a
oligarchowie starali się, by funkcję tę pełnił ktoś kompetentny, spoza układu. Zresztą
rola szeryfa była raczej niewdzięczna, wiązała się z mnóstwem problemów i była
raczej słabo opłacana, zwłaszcza w porównaniu z zarządcą.


            Tyle, że
odkąd wybuchła wojna i powstał Sojusz, rola szeryfów trochę się zmieniła.
Zyskali oni na znaczeni, zwłaszcza ci, którzy przystąpili do wciąż jeszcze
nieformalnej walki z Moredhelami. Stali się stróżami porządku, przede wszystkim
zaś starali się mieć oko na Mroczne Elfy i ich działania na podległym szeryfowi
terenie. Ten obowiązek był osobistym wkładem Cabtree’ego w tę funkcję, jeszcze
przed wybuchem wojny wybrał się wraz z Jonem Parxem w kilkuletnią podróż, by
sprawdzić jak wyglądają działania Moredheli na Starym Świecie. W Arabii było
inaczej, w ciągu ostatnich pięćdziesięciu lat wybudowali oni tu kilka swoich
posterunków i twierdz. Odbudowali też kilka opuszczonych miast i fortów,
umacniając swe siły. Władze Sojuszu wiedziały jedno, że jeśli doszłoby do
wojny, ta nie byłaby prowadzona tu z najeźdźcą a z sąsiadem. Mroczniaki nie
potrzebowały wcale przewagi technologicznej czy liczebnej, właściwie już
posiadali wszystkie atuty, jakie mieli rodowici mieszkańcy. W samej okolicy Al’Hady,
która obecnie pełniła rolę nieformalnej stolicy Sojuszu, znajdowały się Bulda-Bar
i Baar-Tyr oraz odbudowany Hassan na pustyni Jai-Pur. Wszystkie trzy należały
do Moredheli, a Bulda-Bar było tak potężnym zamczyskiem, że trudno było sobie
wyobrazić forsowanie go. Co gorsza, Sojusz składał się przede wszystkim z
uchodźców, różnych przedstawicieli społeczności Arabskich oraz obserwatorów ze
strony Reptilium. Państwo gadów wciąż wolało pozostać neutralne, trudno się
zresztą dziwić. To wszystko przemawiało na niekorzyść tej organizacji. Niestety
Mroczne Elfy nie próżnowały, na południe od Al’Hady znajdowały się miasta Orgy
i Gob-Tonus, wzniesione przez orki i gobliny. Te nawet nie ukrywały swego
obrzydzenia dla Sojuszu, a Moredhele nie tylko ich tolerowały, ale również
uważały za swoich naturalnych sojuszników. Starali się także utrzymywać dobre
stosunki z fimirami i skavenami, co oznaczało tyle, że bezpośrednim starciu
Sojusz mógłby zostać zmieciony przez sługusów Rodryka. To od dawna spędzało sen
z powiek Cabtree’ego. A teraz, gdy nie ma
Parxa widmo zagłady staje się być realniejsze niż kiedykolwiek wcześniej.


            Szeryf
był w pewien sposób rad, że mógł wykonać to, o co poprosił go Shivan. Taka mała odmiana, a cieszy. Wszedł na
dziedziniec sierocińca.


- W imieniu miasta Panico, wprowadzam zarząd komisaryczny
w tym przybytku. To miał być sierociniec, a nie targ czy zamtuz.


- To nie tak… – Tłumaczył się jeden ze strażników. –
Jesteśmy niewinni, to wszystko sprawka Firjala…


- Otworzyć klatki. Wypuścić dzieci. Od teraz, do czasu
trwania zarządu, nad całością będą sprawować piekę Shlayanie. Co do
pracowników, proszę wszystkich sprowadzić na dziedziniec, będą sądzeni za
zaniedbanie obowiązków. Nie jest okolicznością łagodzącą to, że wykonywali
jedynie rozkazy i nie mogli się im przeciwstawić, należy jednak pamiętać, że w
Panico są urzędy i jest szeryf. Nie zgłoszenie rażącej nieprawidłowości jest
zaniedbaniem, za które trzeba będzie ponieść karę.


            To
oznaczało tyle, że wszyscy stracą pracę. Teraz gdy w mieście było tylu
uchodźców, z pewnością znajdzie się ktoś, kto ich zastąpi. Płatna praca była
więc luksusowym dobrem. Nastały ciężkie czasy.


            Jedynie
dzieci, wychodzące z klatek, nie potrafiły zrozumieć, co naprawdę się dzieje.
Jedne z nich płakały, ze strachu, inne zaczęły się cieszyć śmiać. Niektóre z
nich po raz pierwszy od tygodni mogły rozprostować kości.


- Nie bójcie się, koszmar się skończył. – Pocieszał ich
Shlayanin.


            Wiedział
jednak, że czeka go sporo pracy. Dzieci zostały uwolnione z fizycznych więzów,
ale coś w nich pozostało. Ślad w psychice. Czeka
mnie ciężkie zadanie, by sprawić, by na ich buźki wróciła prawdziwa radość.

Komentowanie nie jest możliwe : więcej...

CDXVIII.

przez , 18.cze.2009, w Bez kategorii

            Wieża
Parxa płonęła, co było o tyle dziwne, że zwykły zaprószony pożar mógł co
najwyżej strawić jej część. Nie ulegało wątpliwości, że ktoś musiał dopomóc
temu wydarzeniu. Erlan zastanawiał się w duchu, czy staremu magowi udało się to
przeżyć. Jeśli zginął, za to, że nam
pomógł, to albo Gusun ma bardzo dobre kontakty, albo ścigający nas Moredhele i
Iluminarowie są bliżej niż się spodziewaliśmy. Ta wieża musiała zostać
podpalona i to w magiczny sposób. Tam było zbyt mało drewna czy innych,
łatwopalnych elementów, by mógł być to wypadek. Ale ogień, który trawi kamień?
Strach się bać.


            Co
gorsza, strasznie źle im się szło przez miasto. Z jednej strony mieli wrażenie,
że wszyscy na nich się wpatrują, z drugiej, każdy z nich nosił jakieś urazy
bądź rany po feralnym włamaniu. Na szczęście w całym Panico panował taki
rozgardiasz, że ceklarze nawet nie wpadli na pomysł by szukać w mieście
zbiegów. Większość z nich nadal tkwiła w rezydencji zarządcy, starając się
ratować, to co jeszcze można.


            Idąc
dalej, mijali kolejnych uchodźców, którzy w dzień starali się zajmować
czymkolwiek, a w nocy wylegali na ulice, rozkładali się i usiłowali spać.
Kisjevczyk z trudem ominął kolejnego, śpiącego mężczyznę. Z jednej strony to dobrze, trudniej będzie nas znaleźć. Z drugiej,
musimy być nieźli, skoro w trójkę wprowadziliśmy taki chaos w tej mieścinie.

Acz dobry humor szybko mu prysł, gdy minął leżącą na ziemi martwą kobietę,
prawdopodobnie zagłodzoną na śmierć. Może pomogła jej jakaś choroba? Ale on
tego nie mógł wiedzieć.


            W końcu
udało im się dotrzeć do wieży. Tak jak, spodziewał się tego Erlan, kamienie
płonęły. Ktoś musiał zaprószyć magiczny ogień. Ale czemu Parx nie zareagował? Powinien sobie poradzić z tym.
Wniosek był oczywisty. On to przewidział.


- Dyzio, Shivan i Erlan? – Zapytał ich głos z tyłu.

            Odwrócili
się, spojrzeli na odzianego w zbroję mężczyznę.


- Jon mi dziś trochę o was poopowiadał, myślałem, że
będziemy mieć lepszą okazję się poznać. Tymczasem musicie pójść za mną…
Ceklarze niebawem tu dotrą, jeśli mnie rozumiecie. – Mówił mężczyzna.


            Porozumiewawczo
spojrzeli na siebie. Nie mieli innych pomysłów, postanowili zaryzykować.


- Skądś go znam. – Mamrotał pod nosem Kisjevczyk.

            Mężczyzna
zaprowadził ich do ciemnej uliczki, w której spało wielu bezdomnych.


- Szeryf Aldaric Cabtree. – Przedstawił się. – Z dwojgiem
z was miałem okazję się już spotkać, acz gdyby nie Jon, pewnie bym o tym nie
pamiętał. Jak pewnie rozumiecie, nasz wspólny przyjaciel nie żyje.


- Kto to mógł zrobić? I dlaczego? – Zapytał Erlan.

- Oni nazywają siebie Iluminarami. Mniemam, że szukali
was. – Mówił szeryf. – Cóż, Jon musiał was wysoko cenić, skoro poświęcił za was
swe życie.


- Iluminarowie… No, to ładnie. – Stwierdził pod nosem
Shivan.


- Nie wiedziałem, że Parx ma na imię Jon. – Dodał Dyzio.

- Od wybuchu wojny, korzystał tylko z nazwiska. Imię było
przeznaczone dla prawdziwych przyjaciół. – Rzekł Aldaric. – Takie dziwadło
starca.


- A ty jako szeryf, dlaczego nam pomagasz? Skoro wiesz,
że nie w smak nam spotkanie z ceklarzami? – Zapytał kapłan.


- Równie dobrze moglibyście mnie zapytać, skąd wiem, że
to Iluminarowie. – Stwierdził Cabtree. – A ja powinienem się zapytać, czemu wam
pomagam. Wiem, że jest już za was nagroda, i mniemam, że niebawem zostanie
wyznaczona kolejna, o wiele wyższa. Tyle, że sami wiecie, jakie czasy nastały,
trzeba wybierać między tym, co prawe, a tym co ważne. Tak, wiem, że
włamywaliście się wiadomo gdzie, ale wiem też, jaką wiarę pokładał w was Jon. I
jeśli to prawda, to muszę zrobić wszystko byście bezpiecznie dotarli do
Al’Hady, gdzie przedstawię was dowódcom Sojuszu. Wiem, że macie jakieś wieści,
które mogą dużo zmienić, ale Jon sugerował jeszcze coś, czego nie chciał
wymawiać głośno…


- Jak zginął? – Zapytał Erlan.

- Odwiedziłem go, gdyż miałem zamiar spotkać się z
zarządcą Gusunem, potrzebujemy jego wsparcia. – Kontynuował Aldaric. –
Moredhele coś knują. Zgodnie z tym, co donoszą nam nasi szpiedzy na terenach
okupowanych, Mroczne Elfy starają się szybko skończyć wszelkie lokalne batalie,
w wielu miejscach zaczęli wycofywać swe wojska.


- Może zaczynają mieć problem z zaopatrzeniem i
liczebnością? Może zajęli zbyt dużo przestrzeni… – Zastanawiał się głośno
Erlan.


- Nie, – zaprzeczył szeryf. – Szykują nową ofensywę, tu w
Arabii, większa niż wszystkie poprzednie. Przed każdą ofensywą umacniają swoje
posterunki, a potem zmniejszają w nich liczebność. Tyle już wiemy z
doświadczenia, natomiast Arabia staje się jedynym rozsądnym celem zmasowanego
ataku. Dlatego muszę pertraktować z Gusunem, każde wsparcie się liczy, nawet
tych, którzy są na bakier z prawem. Dobra, wyprowadzę was z Panico, dalej
niestety musicie maszerować sami. Spotkamy się w Al’Hadzie.

Komentowanie nie jest możliwe :, więcej...

CDXVII.

przez , 17.cze.2009, w Bez kategorii

            Reik
czekał tam, gdzie umówił się z Dyziem.


- Co to za mrówkojady? – Zapytał Kisjevczyka. – Nie ufam
kłapouchym, mogą cię w każdej chwili wystawić. Kto wie, czy to nie są poddani
tego jebaki Rodryka. Ręczysz za nich?


- Tak, wiele z nimi przeszedłem.

- Oszczędź mi szczegółów. – Przerwał mu halfling. – Ten z
tą zasraną papugą wygląda podejrzanie. Czy on nie wie, że zwierząt nie bierze
się na akcję? Niech zostawi to ptaszysko, albo sam ukręcę mu łepek.


- Lepiej nie. Ten ptak działa na niego kojąco. Wierzy, że
pożarł duszę jego zmarłej matki. Przy nim nie zabije bez potrzeby, inaczej, no
cóż on jest trochę narwany. – Kłamał Dyzio. – Ostatnio wywalił swój topór, bo
już nie miał na nim gdzie zaznaczać kolejnych trupów.


- Kogoś mi tu sprowadził… – Zirytował się niziołek.

- Nie miałem siły mu odmówić, sam rozumiesz.

- No nic. – Westchnął złodziej. – Trzeba się przywitać.

            Podszedł
do elfów, przedstawił się.


- Nie wiem w ilu włamach braliście udział, ale to będzie
prosta sprawa. Gusun wyjechał, nie będzie go przez kilka dni, w tym czasie jego
służba korzysta z nieobecności pana. Obżarstwo, pijaństwo, nieczystość będą
królować w domu władcy Panico. Służba w większości powinna być już w takim
stanie, że wejdziemy do środka, weźmiemy, co nasze i sobie wyjdziemy.


- To co potem będzie z nimi? Wywieszą ich? – Zapytał Shivan.

- Jeśli o mnie chodzi to możesz sobie potem tam wrócić i
wszystkich powybijać, razem ze swoim małym skurwysynkiem… tfu…
skorwoneczkiem i mnie to nie obchodzi. Ale póki jesteście ze mną, ja rządzę.
Żadnego zabijania, bez mojej zgody, zrozumiano? – Zapytał kapłana.


- Jest gorzej niż myślałem. – Wtrącił Montolio.

- To tałatajstwo gada? – Zdziwił się Reik.

- Tak, ale to najgorsza z jego wad. – Dodał Erlan.

- Nieważne. Zabieramy ile się da, potem wybierzecie sobie
coś, a z reszty odpalimy wam działkę. Wiecie, ja tu jestem mózgiem operacji,
więc nawet nie spodziewajcie się, że działki będą równe. Jak komuś nie pasują
moje zasady to niech teraz odejdzie, zrozumiano?


            Wszyscy
pokiwali głowami. Potem zabrali się na wóz. Wyglądało jakby wieźli drewno do
posiadłości Gusuna, przynajmniej oficjalnie, dzięki temu przejechali bez
problemów przez bramkę, przy której stało dwóch strażników. Najwyraźniej nie
chcieli oni kontrolować niczego, puścili powóz bez niczego, by zająć się
sączeniem trunków. Sam dom władcy Panico był dość pokaźną budowlą, acz jedynie
oficjalną. Gusun miał kilka przybytków, w których spędzał czas, ten jednak był
na pokaz. Tu urzędowała jedyna żona, oczywiście gdy on tego chciał, tu
przyjmował gości i tu gromadził swe skarby. Swój harem miał poza Panico, tak by
mieszkańcy nie widzieli jego zdeprawowania. Szybko zauważył, że nie przeszkadzało
im bogactwo ich przywódcy, pod warunkiem, że ten pracował i nie oddawał się
rozpuście i biesiadom. Musiał być skromny i pracowity, reszta dla nich się nie
liczyła. I taki właśnie był Gusun, przynajmniej oficjalnie. Wszystko pod to
zorganizował, włącznie z domem.


            Powóz
zajechał na tyły, zatrzymano go i zaczęto zrzucać drewno. W międzyczasie Reik
wyciągnął drabinę, którą z wieloma innymi przedmiotami ukrył w wozie. Ustawił
ją przy jednej ze ścian, sprawdził, czy się trzyma i wrócił po łom, worki oraz
liny.


- Nie łatwiej wejść przez drzwi kuchenne? – Zapytał Erlan.

- Nie! – Zirytował się halfling. – Wyglądalibyśmy zbyt
podejrzanie.


- To, co jak wejdziemy przez komin, to będzie wyglądać
normalnie? – Nie mógł uwierzyć czarodziej.


- Ja tu jestem mózgiem! Nikt nic nie zauważy. Uwierz mi.

            Mag
podszedł do Kisjevczyka.


- Nie wiem skąd wytrzasnąłeś tego złodzieja, ale trzeba
było się dogadać z Clemem. Dużo lepiej zna się na rzeczy.


- Za mną. Nie obijać się. – Popędzał ich niziołek.

            Nic nie
mówiąc weszli po drabinie na dach. Pierwszy szedł Reik, któremu niestety z rąk
wypadł jeden z łomów, uderzył kilka dachówek, które zaczęły spadać jedna po
drugiej. Fuszerka budowlana dała o sobie znać Shivanowi i Dyziowi, którzy mało
brakowało a spadliby. Gorzej miał Erlan, który jeszcze znajdował się na
drabinie, gdy zaczęły na niego lecieć dachówki. Starając się przed nimi
chronić, jedna z nich rozbiła szybę w kuchni, robiąc przy tym straszny hałas.


- Amatorzy! – Zdenerwował się Reik.

            Mag
szybko się dostał na górę, niestety drabina przewróciła się na ziemię. Na
szczęście dla nich, nikt ze służby nie wyjrzał na zewnątrz. Wszyscy zajęli się
biesiadowaniem. Niziołek podszedł do komina, wsadził do niego głowę.


- Bułka z masłem. – Rzucił pod nosem.

            Następnie
obwiązał go sznurem.


- Najpierw zjedziecie wy dwaj, potem ja, a zabijaka na
końcu. – Rozkazał niziołek. – Nic osobistego, ale wolę byś nie wpadał do środka
i nie wyżynał bogu ducha winnych sług.


            Nic nie
mówiąc, Dyzio złapał się liny i wszedł do komina, a potem spuszczał na dół.
Erlan zrobił to samo. Reik próbował wspiąć się na komin, lecz ten znajdował się
za wysoko. Nie mógł na niego wejść.


- Pomórz mi bałwanie! – Irytował się.

            Kapłan podsadził
niziołka, a ten zaczął opuszczać się w kominie. Niestety był za gruby,
zaklinował się.


- No, to ładnie… – Powiedział Shivan.

            W środku
nie było o wiele lepiej. Owszem, kominek był używany tylko przy jakiś
uroczystych biesiadach, by podkreślić obeznanie w świecie gospodarza, w Arabii
nie było potrzeby nim ogrzewać, więc na szczęście nie tliło się w nim i teraz.
Dla służby, nie był on wyznacznikiem luksusu, a jedynie dziwactwem, jednym z
wielu, które posiadał ich pan. Tyle, że w przeciwieństwie do krajów Starego
Świata, nikt go nie czyścił. Dyzio ledwo oddychając wyszedł cały w sadzy na sam
środek salonu. Od razu wzbudził zainteresowanie. Większość się z niego
nabijała, myśląc, że to jakiś uwalony sługa, nieopatrznie wlazł do kominka.
Tyle, że gdy w salonie pojawił się jeszcze Erlan, nawet pijana służba
zrozumiała, co jest grane. Owszem mogli zabawiać się na koszt swego pracodawcy,
bo doskonale wiedzieli, że on ani jego zarządca nie zorientują się, że zniknęło
jadło czy napoje, ale gdyby miały zginać jakieś cenne rzeczy, Gusun mógłby się
wściec. O tym, że był ostry wobec, tych, którzy go zawiedli, lub jak on to
wolał ujmować, zdradzili, po Panico krążyły opowieści. Kara zawsze była
adekwatna do przewinienia, bynajmniej zdaniem zarządcy. Szybka śmierć należała
do najłagodniejszych, Gusun jednak wolał tortury i upodlenie. Twierdził, że to
o wiele lepiej działa na poddanych. Pierwszą żonę, która rzekomo go zdradziła,
kazał zgwałcić dwóm trędowatym, a potem wysłał do zamkniętej wioski, gdzie
faktycznie zaraziła się chorobą. Dlatego słudzy natychmiast powstali i zaczęli
rzucać się na włamywaczy.


- Miało być prosto. – Burknął pod nosem Dyzio.

            Nie
zastanawiał się wiele, wyciągnął swój miecz.


            Jeden ze
sług wybiegł z salonu, potem wybiegł na podwórze i wszczął alarm. To znaczyło,
że do akcji włączyli się nie tylko pijani strażnicy, ale w ciągu kilku minut
musieli się pojawić miejscy ceklarze. Akcja była spalona.


            Wymachując
mieczem Kisjevczyk niechcący rozwalił zabytkową komodę na której stały wazony z
kitajskiej porcelany. Słudzy przestali się patyczkować, brali to, co mieli pod
ręką, krzesła, ba nawet stół i napierali na złodziejaszka.


            Erlan
tymczasem wycofał się w miarę niepostrzeżenie i wszedł po schodach na piętro,
gdzie znajdował się gabinet Gusuna. Drzwi były szczelnie zamknięte, więc elf z
całej siły naparł na nie, poczuł jednak, że chyba sobie nadwyrężył ramię.
Bolało go, ale póki, co nie mógł nic zrobić. Odsunął się i wyciągnął kulkę
siarki. Drzwi są przecież drewniane, już
raz takie rozwalaliśmy.


            Shivan
starał się przepchnąć Reika w którąkolwiek ze stron. Niestety gruby halfling
zaklinował się na dobre.


            Dyzio
musiał się wycofać, wylądował w sypialni Gusuna, cały w sadzy wskoczył na
jasną, jedwabną pościel zostawiając mnóstwo śladów. Jedna ze służących złapała
się za głowę.


- Nigdy tego nie dopierzemy! – Lamentowała.

            Na
piętrze kula ognia trafiła w drzwi, ale też i drewnianą ścianę. Zniszczenie
było większe, niż Erlan się tego spodziewał. Najlepsze było to, że mógł śmiało
przejść przez dziurę w ścianie, a framuga i drzwi pomimo ognia wciąż stały
nietkniętnie.


            Eksplozja
zatrzęsła całym domem. Kisjevczyk przewrócił się zahaczając mieczem o pościel.
Mnóstwo pierzy wzbiło się w powietrze.


- No to koniec! Zniszczył prawdziwą galońską kołdrę! –
Płakała służka.


            Wstrząs
spowodował, że Reik przepchnął się przez klin, a ponieważ nie trzymał się liny,
spadł z wielkim impetem wprost do salonu, a razem z nim do środka dostało się
mnóstwo sadzy. Wszyscy, którzy zostali, ponieważ nie chciało im się uganiać za
rozrabiającym Kisjevczykiem, ledwo oddychali, tak wielkie było stężenie w
powietrzu. Całe pomieszczenie został doszczętnie wybrudzone.


            Shivan
stał na dachu, zajrzał do komina, niestety nie był w stanie dostrzec niziołka.


- No, to ładnie. – Wymamrotał pod nosem.

- Hahaha! – Skomentował wesoło Montolio.

            Elf
podniósł głowę. Strażnicy miejscy właśnie dotarli na teren posiadłości. Przez
chwilę się zastanawiał, co zrobić, zdecydował się jednak choć trochę wycofać.
Tyle, że dach pod nim się załamał.


            W
gabinecie Gusuna wiele książek i dokumentów płonęło. Jednak to nie był dobry pomysł. Erlan czuł, jak go wszystko boli,
najchętniej by się wycofał, ale był przecież tak blisko. No i jeśli teraz
zostawiłby ten pergamin, prawdopodobnie nigdy by go już nie odnaleźli, a co za
tym idzie także i Księgi Makr. Podszedł do biurka, tym razem użył krzesła by je
rozwalić i dostać się do dokumentów. Tu też znajdowały się jakieś księgi
magiczne i kilka zwojów. Ten właściwy
musi być wśród nich.
Zabrał wszystkie.


            Dyzio
tymczasem dotarł do łazienki. Kocmołuch wytarł twarz w biały ręcznik. Zauważył
w lustrze, że ma na sobie trochę piór. Szkoda,
że Sherstock nie zostawia jakiegoś swojego znaku, wrobiłbym go w to.
Tyle,
że z łazienki było jedno wyjście, a przez drzwi właśnie dobijała się służba. Byli
zdesperowani i już nie szukali pokojowego rozwiązania. Kisjevczyk widział jak
rozwalają siekierą drzwi. Widział też, że jak tylko wejdą do środka, poleje się
krew.


            Reik nie
mógł wstać. Złamał sobie nogę. Krzyczał z bólu, gdy zobaczył jak przez frontowe
drzwi wchodzi inny niziołek. Drobny złodziejaszek, doliniarz, który okradał
beztrostkich uchodźców. Znał go, nazywał się Frodo. Młodszy halfling ukłonił
się starszemu i od razu udał się do kuchni. Wytrawny złodziej przeklinał tę
akcję w duchu. To już koniec mojej
kariery. Koniec. Najgorsze jest to, że ten mały motłoch nażre się i wyjdzie z
tego, cały, a mnie zamkną, choć nic jeszcze nie zrobiłem.
Spojrzał na
umorusany sadzą salon Gusuna. On mnie
naszprycuje mrówkami, a potem będę ginął w męczarniach.


            Shivan
ledwo wstał, był cały poobijany od upadku. Nie zdążył nawet się rozejrzeć, gdzie
jest, gdy podłoga pod nim znów się zawaliła i spadł kolejne piętro w dół.


            Erlan
zabrawszy magiczne księgi i zwoje, wyszedł z gabinetu Gusuna, ale schodząc po
schodach, potknął się i wszystkie zrabowane przedmioty rozsypały się po
korytarzu. Zaczął je zbierać, lecz wtedy zauważył tam strażników miejskich
celujących do niego halabardami. Przewodził im Firjal, który osobiście postanowił
sprawdzić, co się dzieje z majątkiem brata.


            Dyzio
zabił już dwóch atakujących, siedmiu udało mu się zranić, gdy nagle wszyscy się
wycofali.


- Gusun przyjechał! – Krzyczeli. – Biada nam! Biada!

            Kisjevczykowi
to odpowiadało, pogonił tych, którzy jeszcze go nie zostawili w spokoju i
wyszedł do sypialni. Tam zaczaił się na niego jeszcze jeden sługa, który
zaatakował go nożem. Dyzio walnął go z łokcia w twarz, tak, że mężczyzna padł
na ziemię, a następnie skierował się ku wyjściu. Leżący jednak tak łatwo się
nie poddał. Chwycił nóż i rzucił nim w złodzieja. Ostrze wbiło się w udo.


- Kurwa… – Wrzasnął dawny zwadźca. Stara sztuczka! Odsłoniłem się!

            Zeźlony
podszedł do leżącego i przywalił mu z całej siły mieczem ustawionym na płasko w
głowę. Mężczyzna stracił przytomność, bardziej ze strachu, niż z bólu. Kisjevczyk
kulejąc wyszedł z izby.


            Shivan
był cały ubabrany konfiturami i innymi przetworami, które znajdowały się w
spiżarni Gusuna. Jednak najbardziej zdziwiło go, zachowanie Froda, który
właśnie obżerał zarządcę Panico. Zupełnie go nie ruszyło ani to, że strop się
zawalił, ani to, że wpadł tu jakiś elf, rozwalił półki i wyszedł. Halfling
zajął się jedzeniem i nic więcej go nie interesowało.


            Erlan
trzymał ręce w górze, tak jak mu kazali. Niewiele brakowało, a przekuliby go
swymi ostrzami.


- No proszę… Złodziejaszek. – Mówił Firjal. – Zrobimy
jutro pokazową egzekucję, lud będzie zadowolony.


            Gdy to
mówił, przez drzwi ze spiżarni wyszedł wybrudzony i obolały Shivan.


- No, to ładnie… – Wymamrotał pod nosem, gdy zobaczył,
co się dzieje.


- Cień?! – Zdziwił się dyrektor sierocińca.

- Jest gorzej niż myślałem. – Dodał Montolio.

            Strażnicy
odwrócili się na chwilę, to wystarczyło Erlanowi by złapać pergaminy. Któryś z nich musi być tym czarem.


- Złapać tego Moredhela! – Wydzierał się Firjal. Chcę
jego głowy!


            Ceklarze
zostawili maga i rzucili się na kapłana. Na korytarzu pojawił się też Dyzio,
który nie widział całej sytuacji. Podniósł miecz i zaatakował, a ponieważ
strażnicy okładali Shivana, Kisjevczyk podbiegł do brata Gusuna i przeciął go w
pół, zanim ten zdążył wyciągnąć miecz. Strażnicy miejsc oszołomieni wycofali
się, zostawiając całą swą broń. Bali się. Erlan, pomógł Shivanowi wstać.


- I co teraz? – Zapytał mag.

            Nie
zdążyli mu jednak odpowiedzieć. Kolejni strażnicy miejscy, nie byli już tak
bojaźliwi i postanowili zaatakować trzech rzezimieszków. Dopiero kula ognia ich
powstrzymała. Elfowie i Kisjevczyk schowali się przed ceklarzami w piwnicy, a
kolejny czar Erlana gwarantował, że szybko nikt się tu nie dostanie.


            Dyzio
rozglądając się po pomieszczeniach, natknął się na skład drewna, gdzie oparł
się obolały o jedną z szafek, a ta się rozsunęła. Pod domem Gusuna znajdowało
się tajne przejście. Szybko dał znać elfom i ruszyli przed siebie zostawiając
pechowe miejsce za sobą.


            Szli
kanałami pod Panico przeszło godzinę, w końcu znaleźli wyjście. Dyzio podniósł
klapę i zaczął wychodzić, gdy okazało się, że trafił wprost do baraków
strażników miejskich. Znów z pomocą przyszedł Erlan i jego kolejna kula ognia,
wystraszyła tych ceklarzy, którzy nie znajdowali się w posiadłości Gusuna. Uciekając
z baraków, mijając więzienie, elfowie i Ksijevczyk marzyli już tylko o jakimiś
bezpiecznym schronieniu. Zastanawiali się jak dostać się bez wzbudzenia
niepotrzebnych podejrzeń, do wieży Parxa. Gdy jednak znaleźli się już na
ulicach Panico, widzieli, w oddali dwa pożary. Jeden znajdował się w
posiadłości zarządcy, a po drugiej stronie miasta płonęła wieża.

Komentowanie nie jest możliwe : więcej...

CDXVI.

przez , 17.cze.2009, w Bez kategorii

            Kisjevczyk ze zdziwieniem patrzył na jedną z
buteleczek w gabinecie Parxa. W środku znajdował się srebrzysty metal, tylko w
stanie płynnym.


- Nazywają to żywym srebrem. – Rzekł stary czarodziej. –
Jest używane w medycynie, ale lepiej uważaj, bo trzeba umiejętnie to dawkować.
Inaczej bywa silnie toksyczna.


- Dla mnie to niepojęte, jak lek może być trujący? –
Dziwił się Dyzio.


- Raczej należy spojrzeć na to z drugiej strony, że nawet
trucizna może mieć zbawienne skutki, jeśli jest dobrze stosowana. – Stwierdził Parx.
– A to znaczy tyle, że nic nie jest do końca szkodliwe, ale też nic nie jest
zawsze zdrowe. Sól jest bardzo ważna w naszej diecie, jej brak jest odczuwalny,
ale z drugiej strony słona woda na dłuższą metę nie jest dla ludzi. Widzisz,
dwie strony tego samego, niezależnie czy to żywe srebro, czasem zwane też
rtęcią, czy sól.


- Tę naukę można też rozszerzyć i na inne dziedziny. –
Wtrącił się Shivan. – Nikt na Miscle nie jest do końca zły, jak i do końca
dobry. Dlatego to nie nam jest oceniać innych.


- Kazania proszę prowadzić na dziedzińcu, tu jest mnóstwo
uciekinierów, którzy chętnie wysłuchają, co masz do powiedzenia w ich rodzimym
języku. – Irytował się Erlan. – Wyjdź w stroju Cienia i mów im, że Moredhele
nie są do końca złe, a oni sami powinni zacząć rozliczać siebie.


- Wiesz, że z pewnego punktu widzenia masz rację? –
Stwierdził kapłan. – Przejaskrawiasz wszystko, ale nie można stwierdzić, że
wszystkie Mroczne Elfy są złe, a uchodźcy dobrzy. Kwestia przewinień,
obowiązków i wyborów winna być rozpatrywana indywidualnie i to nie my mamy
prawo ferować wyroki.


- Oni tak zawsze? – Zapytał Parx.

- Tylko, gdy zbiera ich na religijne dysputy. –
Stwierdził Kisjevczyk.


- Pokaż mi swój miecz, musimy mieć pewność, że pokona
demona.


- Miecz na demony? – Zdziwił się Dyzio.

- No, to ładnie. – Wtrącił się kapłan. – Teraz już po
nas.


            Stary
czarodziej oglądał miecz, ale starał się też wyczuć jego magiczną moc.


- Skąd go masz? – Zapytał.

- Z Ascedii, należał wcześniej do jakiegoś maga, który
zginął podczas buntu golemów.


- O tej przygodzie jeszcze nie słyszałem. – Stwierdził ze
zdziwieniem Parx. – Wygląda na to, że macie więcej do opowiedzenia, niż mogłoby
się wydawać.


- Ostatnie lata to istna katastrofa, trochę dłużej
zabawiłem na Narshy, potem w dolinie Sorrou, a potem w Arabii. – Skarżył się
Kisjevczyk. – A tak, to już nawet nie jestem w stanie zliczyć przygód, jakie
przeżyłem.


- Każda z nich zostawia jakiś mały ślad. – Mówił stary
mag. – Każda choć trochę zmienia ciebie i twoje życie. Czasem czegoś uczy,
czasem coś ukazuje, a czasem przestrzega. Tyle, że nie zawsze widać to od razu.


- To mi się śniło kiedyś. – Mówił Shivan. – Krainy grzechu,
które przemierzałem, po to by nauczyć się ich unikać. W moim śnie, w końcu
udało się mi je opuścić. Wyszedłem z wszystkiego silniejszy niż mi się
wydawało, dopiero z czasem zrozumiałem wszystko i nabrałem mądrości. Potem
ujrzałem wielką wieżę, która sięgała aż do nieba. Wszedłem do środka i z
wielkim trudem pokonywałem kolejne stopnie. Bez wahania, bez upadków, acz było
to bardzo ciężkie zadanie. Idąc zacząłem się starzeć, każdy kolejny schodek był
coraz większym wyzwaniem. Z wiekiem przecież traciłem siły, a nie było szans,
by odpocząć.


- I co było dalej? – Zapytał zaciekawiony Kisjevczyk.

- Morrou umarł. – Wtrącił się Montolio.

- On mówi twoim głosem. – Rzucił Parx do Dyzia.

- Tak, ciągle mnie to ptaszysko prześladuje. Co gorsza,
jak jest rozróba jakaś to grozi innym moim głosem, że ich zabije.


- Ze mnie zrobił strasznego marudę. – Skarżył się Erlan.

- Niesamowite. – Dziwił się starzec. – Shivanie, co było
dalej?


- Na samej górze, znajdowały się drzwi, ledwo do nich
doszedłem, a za nimi znajdował się Panteon. Stałem u drzwi, nie byłem jednak w
stanie ich otworzyć. Zakołatałem. Mój Pan już na mnie czekał, wszedłem do
środka i zasiadłem do wiecznej wieczerzy. Stare ciało zostało przed drzwiami,
jak niepotrzebny mi już płaszcz.


- I myślisz, że ten sen coś znaczył? – Pytał młodszy mag.

- Tego nie wiem. Trudno mnie to stwierdzić. Ale może jest
tu pewna myśl o Księdze Makr. Skoro można nią rozmawiać z bogami, może to ona
jest wizją tych drzwi. – Mówił Shivan.


- I? – Zapytał Kisjevczyk. – Do czego zmierzasz?

- Że nawet jeśli to nie był sen proroczy, to może w nim
zrozumiałem inną rzecz. Jeśli moim, względnie naszym, celem jest odnalezienie
Księgi Makr i jej ocalenie, to może oznaczać, że dalej wcale nie będziemy
potrzebni. Innymi słowy, to może być nasza ostatnia przygoda, zwłaszcza gdy
Księga nie będzie mogła nas już dłużej chronić.


- Nie ma jak to motywujący kogoś kapłan boga śmierci. –
Ironizował Erlan. – W sumie to niech już ją Moredhele sobie wezmą, przynajmniej
będzie sprawiedliwie i wszyscy umrzemy.


- Strażnicy Księgi Makr znają przyszłość, teraźniejszość
i przeszłość. – Powiedział Parx. – Niezależnie, czy wierzą w to, że los jest w
niej zapisany, czy nie, wiedzą, iż przeszłość można przewidzieć, odgadnąć z
bardzo dużą poprawnością, ale zawsze pozostaje coś, co sprawia, że wszystko
może potoczyć się inaczej. Teraz może to wyglądać źle, ale nie możecie
zakładać, że przegracie i zginiecie, nim choćby spróbujecie walki. Szczerze
mówiąc zazdroszczę wam tej przygody, sam chętnie bym zobaczył tę legendarną
Księgę.


- Pójdź z nami. – Zaproponował Erlan.

- Pół nocy myślałem o tym. I wymyśliłem. Przez wiele lat
zastanawiałem się, czy życie ma jakiś sens, cel, który muszę osiągnąć, zadanie,
które muszę wypełnić. Chciałem by tak było, ale żyłem w przeświadczeniu, że to
jedynie moje pragnienia. Myślałem, że może Sojusz będzie miejscem, gdzie będę
naprawdę potrzebny, dopiero potem pojawiliście się wy. I wiem, że mogę was
wyposażyć w oręż, który będzie wam potrzebny. We wiedzę. A skoro tak, to myślę,
że w chwili, gdy odnajdziecie Księgę Makr, będę bogatszy o jedno doświadczenie.
Pojmę śmierć.


- Nie no, – zirytował się Dyzio. – Co was wszystkich dziś
na takie smęcenie wzięło?!


- Jest gorzej niż myślałem. – Dodał Montolio.

- Dużo gorzej.

- Twój miecz, – zmienił temat Parx. – Zaiste jest
magiczny, ale jeszcze odnajdę kilka zaklęć, które sprawią, że będziesz mógł
walczyć z demonem, jak równy z równym.


- Dziękuję. – Powiedział Kisjevczyk. – Gdzie tu można się
zdrzemnąć? Chcę być zwarty i gotowy wieczorem, gdy udamy się do posiadłości
Gusuna.


            Parx
uśmiechnął się i wskazał gościowi pokój. Potem wrócił do elfów, uśmiechnął się
pod nosem.


- Zanim znajdę mu ten czar, została nam jeszcze jedna
rzecz, Shlayanie.

Komentowanie nie jest możliwe :, więcej...

CDXV.

przez , 15.cze.2009, w Bez kategorii

            Dyzio starannie zamknął drzwi, potem podniósł trzy
kufle piwa, które położył wcześniej na podłodze i postawił je na stole. Jeden
sam wziął, dwa pozostałe wzięli elfowie.


- Nie łatwiej było nam je podać wpierw? – Zapytał Erlan.

- Łatwiej, ale wolałem mieć pewność, że nikt nas nie
zobaczy.


- Hahaha! – Wtrącił się Montolio.

- Nie chodzi o wygląd, ptaszyno. – Stwierdził Kisjevczyk.
– Szukają nas.


- Kto? – Zdziwił się Shivan.

- Nawet więcej niż kto. Sam zerwałem dziś dwa plakaty z
naszymi podobiznami, które rozwieszał jakiś posłaniec z Kaszkientu. Chcą nas
martwych… Pięćset denarów za głowę.


- Sporo. Jakbym was wydał, miałbym tysiaka. – Uradował
się elf.


- No to ładnie… – Westchnął Shivan.

- Jakbyś siebie również wydał, miałbyś o połowę więcej. –
Sugerował Dyzio.


- Hahaha! – Wtrącił się Montolio.

- Ukręcę ci łeb jak nasz wydasz! – Ryknął do ptaka.

            Gwarek
nastroszył pióra i schował główkę, gdy jednak Kisjevczyk tylko odwrócił głowę
usłyszał swój głos.


- Zabiję!

            Elfowie
zaśmiali się.


- Wyda nas, zobaczycie. Ale nie łowców nagród się boję. –
Stwierdził Dyzio. – Ktoś inny nas jeszcze szuka, był na dole, mag, wyglądał na
kogoś z Iluminarów.


- To całkiem logiczne. – Rzekł Shivan. – Skoro
podpadliśmy Moredhelom, wysyłają swych sługusów by nas złapali. Teraz może być
o wiele trudniej, niż wcześniej.


- Jakoś nie pamiętam, żeby w ciągu ostatnich kilku lat
było łatwo… – Ironizował Kisjevczyk.


- Problem tkwi w tym, że musimy jakoś wyciągnąć pewien
czar z posiadłości Gusuna. – Rzekł Erlan. – To prawdopodobnie nasze, póki co,
najważniejsze zadanie.


- Gusuna obecnie nie ma w Panico. Jutro wieczorem, jeden
złodziejaszek organizuje włam. Może to być dobra okazja. – Rzekł Dyzio.


- Włam? – Zdziwił się mag.

- Niezłe ma pomysły, no nie? – Ironizował Shivan. – A nie
lepiej udać, że jesteśmy Cieniami i wejść i zarekwirować wszystko?


- To plan „B”. – Stwierdził Kisjevczyk. – Gusun podobno
nie jest taki głupi.


- Jego brat jest.

- Mamy i tak dość kłopotów, a przy większym włamaniu jest
duża szansa, że nie skapnie się, że zniknął ten czar. I skąd wiecie, że on go
ma?


- Parx nam powiedział. – Dodał Erlan. – Nadal mu nie ufasz?

- Nasłuchałem się o nim od Reika, tego złodzieja. Nie
ufałbym magowi, o którym złodzieje mają dobre zdanie. Ten halfling go nie
lubił.


- Sherstock ma bardzo dobre zdanie o Erlanie. – Wtrącił
się Shivan.


- Zamknij się. – Zirytował się Dyzio. – To nie jest temat
na dziś.


- Dziwne, dawno już Clema nie widziałem, ciekawe jak tam
jego plecy? – Żartował sobie mag. – Zawsze mówiłem mu, by nie odwracał się do
kisjevskich łotrów plecami…


- Dobra, ale powiedzcie mi, co za czar ma Gusun? –
Zmienił temat Kisjevczyk.


- Taki, dzięki któremu znajdziemy Księgę Makr.

- Co? – Zdziwił się Dyzio.

- Nie skończyłem… – Poprawił go Erlan. – Znajdziemy Księgę
Makr, zanim zrobią to Mroczne Elfy.


            Kisjevczyk
był przez chwilę zdumiony, dopiero potem się odezwał.


- Nie wierzyłem zbytnio, gdy Shivan o tym mówił, ale
teraz? Myślałem, że nie wierzysz w Księgę Makr i bogów?


- Wciąż nie wierzę w bogów. – Odrzekł mag. – I nawet
istnienie Księgi Makr nie będzie dowodem na ich obecność. Wierze, że Księga
Makr to jeden z największych, jeśli nie największy, artefakt zbudowany przez
jakiś magów. Pewnie jeszcze przed nastaniem Kompanii Chaosu. To czar, potężny i
uwięziony w przedmiocie. To zaklęcie o niewyobrażalnej sile, trudne do
zrozumienia, a już samo obcowanie z nią potrafi zmienić każdego. Nawet na tyle,
by inni mogli go uznać za boga, jak uznali Zigmara.


- Moje zdanie znasz. – Wtrącił się Shivan. – Moim zdaniem,
Księga Makr to nasze przeznaczenie, w dodatku w dwojaki sposób. Istnieje wiele
legend na jej temat, to, że na Miscle będzie panować śmierć, dopóki wszystkie
kartki nie zostaną włożone na swoje miejsce. Są też legendy mówiące, że gdy
zamknie się Księgę Makr nastąpi koniec Miscle. I ostatnia, że otwierając ją
można rozmawiać z bogami i osiągnąć wiele. Zigmarianie twierdzą, że tak właśnie
ich pan wszedł do Panteonu by stać się bogiem. Jak widzisz, nie wszystkie
teorie są spójne, pozostaje jednak pewne to, że ta Księga istnieje i nie może
wpaść w łapska Rodryka i jego zbirów. Mroczne Elfy nie szanują nikogo i
niczego, nie mogą tego dostać.


- I jest jeszcze jedna rzecz, do której doszedłem z
Parxem. – Dodał Erlan. – Być może całe te nasze mroczne widmo, to nic innego
jak uosobienie Księgi, która nas wzywa by ją chronić.


- Co? To brzmi niedorzecznie… – Stwierdził Dyzio. –
Dlaczego my?


- Bo podpadliśmy Moredhelom. Bo wyszliśmy z pierwszego
starcia cało. Księga i jej strażnicy widzą tak przyszłość, jak i przeszłość,
oni potrzebują kogoś, kto pomoże im walczyć z Mrocznymi Elfami. I myślę, że
wiem, gdzie znajdziemy Księgę.


            Shivan i
Dyzio popatrzyli z zainteresowaniem na przyjaciela.


- W grobie Landa. Najbardziej oczywiste miejsce.

Komentowanie nie jest możliwe : więcej...

CDXIV.

przez , 14.cze.2009, w Bez kategorii

- Demony powiadasz? – Dziwił się Parx. – Dziwne, doprawdy
dziwne. Trzy, tak jak was trzech?


- Właśnie. – Powiedział Erlan. – Sam nie wiem, co o tym
myśleć. Być może, to całe widmo i Księga Makr ma z tym wszystkim coś wspólnego.


- To prawdopodobne. – Starzec znów musiał napełnić swoją
fajkę i jeszcze raz ją zapalił. – Sprowadzanie na Miscle demonów jest
oczywiście możliwe, lecz rzadko kiedy chce się je wypuszczać. To bzdura.
Zresztą one nie zachowują się tu, powiedzmy wprost, grzecznie. Spuszczony demon
latający po okolicy byłby zbyt łatwy do zauważenia, po szkodach, które
wyrządził.


- Niekoniecznie w tych czasach. – Sprostował elf.

- Ale mówiłeś, że pierwszy został uwolniony jeszcze przed
wojną, drugi zresztą też.


- To prawda, ale to były, jak to określa czasem Shivan,
krainy grzechu. Miejsca zdeprawowane, tak, że działania demona mogłyby być
zrzucone na Iluminarów, albo kogoś innego.


- To nie ma najmniejszego znaczenia. – Stwierdził Parx. –
Demon od razu powinien zaatakować was, zazwyczaj starają się zmierzyć z tymi,
którzy je uwolnili. Podobno jest łatwiej spętać demona, gdy się go uwolniło,
niż gdy zrobił to ktoś inny.


- Pierwszy zaatakował licza.

- Czy licz był w tym samym pomieszczeniu, co uwolniony
demon?


- Nie. – Odrzekł Erlan. – Prawdę mówiąc to była liczka,
która być może odpowiadała za uwięzienie demona. Pierwszego uwolniłem sam,
szukając ucieczki przed liczką.


- Ale to zupełnie nie zmienia postaci rzeczy. – Westchnął
Parx. – Nadal uważam, że demon powinien był zaatakować ciebie. Po uwolnieniu,
nie wie czy próbujesz go spętać czy nie. Zatem naturalne jest to, że
zaatakowałby cię od razu. Wszystko inne jest zaprzeczeniem tego, co wiem o
demonach. Wątpię by demony zmieniły swoje zachowanie od tak, musi być jakiś
powód.


- Może widmo? I Księga Makr? – Zasugerował elf.

- To jedna z możliwości. Czy widmo pojawiło się przed
uwolnieniem demona, czy już po?


- Już po, ale to było prawie zaraz po pierwszym demonie.

- Czyli dopiero wtedy się zmaterializowało? Interesujące.
– Zamyślił się starzec. – I mówisz, że przeżyliście wiele dziwnych przygód,
trudnych do zrozumienie i niebezpiecznych, nim tu przybyliście, ale tylko wam
trojgu udało się je przetrwać. Trzem wyzwolicielom demonów?


- Dokładnie. Niektóre z nich, jak przeżycie bitwy o
Parravorne, bitwa o Al-Szabwę, czy ucieczka z Interii lub wyrwanie się ze
szponów Avaritii są do dziś dla mnie trudne do zrozumienia. Sam dziwię się
jakim cudem udało nam się to przetrwać.


- Chyba już wiemy jakim. – Westchnął Parx. – Księga Makr
i czar jej strażników, który was chroni, byście dotarli do celu.


- Zatem pomimo wszystko powinniśmy kontynuować naszą
misję? Pomimo wojny szukać grobu, który chcemy rozkopać?


- A co jeśli w tym grobie znajdziecie Księgę Makr? –
Zapytał stary czarodziej.


- Dziwne, właśnie o tym samym pomyślałem. – Uśmiechnął
się elf. – Niemniej jednak pozostaje kwestia demonów.


- Przyjdą po was, gdy czar ochronny przestanie działać. –
Westchnął Parx. – Powinniście się na to przygotować.


- Na bitwę z demonami? Nie brzmi zbyt obiecująco.

- Nie chcę cię martwić, ale to nie jest jedyne
rozwiązanie. Ono zakłada dwie rzeczy. Pierwsza jest taka, że zachowanie demonów
podyktowane jest czarem strażników Księgi Makr. Dlatego was nie zaatakowały.
Kto wie, może ten czar zaczął żyć własnym życiem, może dlatego przybrał formę
widma zmory. Nie wątpię, że rozumieją magię lepiej niż ja, czy jakikolwiek inny
mag, którego znam, więc nie można wykluczyć takiej możliwości. Drugie założenie
jest takie, że ocalicie Księgę Makr i przeżyjecie to, przekazując ją komuś
dalej. Są jednak jeszcze inne możliwości. Słyszałeś kiedykolwiek o Pomazańcu
Chaosu?


- Nazwa obiła mi się o uszy, ale nigdy nie słyszałem
żadnej spójnej historii. – Odrzekł Erlan.


- Ani ja. Jedni twierdzą że to legenda, inni, że baśń,
jeszcze inni, że przepowiednia. To podobno twór, zrodzony z Chaosu, który
sprowadzi na Miscle większy zamęt niż Kompania Chaosu. I tylko tyle wiadomo na
pewno, reszta to domysły. Niektórzy twierdzą, że zjednoczy on kilka ludów i
podbije świat, tworząc nową potęgę, jakby Drugą Hegemonię. Wielu widzi w tej
roli Rodryka. Jeśli Moredhelom uda się ten podbój, to kto wie, czy tak się nie
stanie. Inni zaś twierdzą, że Pomazaniec będzie sprawiał, że wszystko wokół
niego zacznie się zachowywać inaczej, że Chaos zacznie wdzierać się na Miscle.
Pojawią się znaki i dziwne rzeczy, nienaturalne. Przyroda zacznie wariować,
dzień, noc, kto wie co jeszcze. Stary porządek zacznie upadać, nie mówię o
normalnym porządku politycznym, tylko o naturze. Ta zacznie wariować. Demony
mogą być tu doskonałym przykładem. Chodzą ploty, że cały Lagon został spustoszony
przez demony, że trupy tam powstały i maszerują na Kisjev i wrogów Mrocznych
Elfów. Jeśli by tak było, zachowanie tych waszych demonów nie byłoby tak
dziwne, ale oznacza to także, że walka z nimi może być niemożliwa z użyciem
znanych już nam metod.


- Czy jest możliwe, by Rodryk był Pomazańcem Chaosu i
łączył obie te wizje? – Zapytał z przerażeniem Erlan.


- Mam nadzieję, że tak nie jest… Ale pytałeś mnie o coś
innego, prawda? – Westchnął głęboko i niespokojnie Parx. – Chciałbym mieć
pewność, że to niemożliwe, ale założenie jakiegoś relacji między tym wszystkim
wydaje się być rozsądnym założeniem.


- Jakaś relacja, to nie jest wcale pocieszające. – Rzekł smutno
Erlan. – Nawet jeśli Rodryk jest jakoś kontrolowany przez Pomazańca, a sam nim
nie jest, zupełnie to nie zmienia nam nic. Jedynym pozytywnym wyjściem byłoby,
gdyby obaj się zwalczali.


- I po której stronie byś stanął? – Zapytał starzec.

- Tego właśnie niewiem…

Komentowanie nie jest możliwe :, , więcej...

CDXIII.

przez , 14.cze.2009, w Bez kategorii

            Sierociniec znajdował się prawie na samych
obrzeżach miasta, z boku bardziej przypominał więzienie, niż dom pomocy.
Otoczony wysokim murem z kolczastym łańcuchem, wyglądał dość przerażająco.
Shivana to trochę zdziwiło, ale szedł dalej. Możliwe, że boją się o uchodźców, by nie zabierali dzieciom jedzenia.
Elf podszedł do bramy, zakołatał, lecz nikt nie śpieszył się, by ją otworzyć. Poczekał
chwilę, a potem uchylił ją lekko. Nie była zamknięta, więc wszedł do środka.


- Tu nie wolno wchodzić! – Usłyszał krzyk arabskiego
strażnika.


- Przepraszam, chciałem tylko odwiedzić sierociniec. –
Tłumaczył się kapłan.


- Jest gorzej niż myślałem. – Wtrącił się Montolio.

            Elf
rzucił okiem na dziedziniec. Stał tu powóz konny, do którego ładowano skrzynie,
pełne płaczących dzieci. Całość przykrywano potem płachtą, by nikt nie widział
towaru, jaki wieziono. Na zewnątrz stały też klatki, często jedna na drugiej. Wszystkie
pełne małych dzieci. Starsze, które bardziej przydawały się do różnych prac,
trzymano w lepszych warunkach, skoro mogły na siebie zarobić. Była też grupa
uprzywilejowanych dzieciaków, zajmująca się żebraniem i złodziejstwem,
zarabiająca na siebie. Ci również mieli lepsze warunki.


- Proszę stąd natychmiast wyjść! – Irytował się strażnik
podnosząc pałkę.


- Chciałem ubić interes. – Rzekł Shivan.

- Dyrektor Firjal przyjmuje w swoim gabinecie, wejście
jest z drugiej strony. Proszę mu nie wspominać o tym, że był pan tutaj. Ale gdy
będzie pan wybierał sobie towar, proszę powiedzieć, że woli pan wybrać sobie
samemu, dzięki temu dostanie pan dziecko lepszej jakości.


- Nie zależy mi na jakości. – Stwierdził kapłan. – Do moich
eksperymentów wystarczy umierające, acz wciąż jeszcze żywe. – Bycie Mrocznym Elfem powoli wchodzi mi w
krew.


- Tak jest. – Przeląkł się strażnik.

            Shivan
ukłonił się i wyszedł. Faktycznie wszyscy
boją się Cieni. Ciekawe jak Ilumianrowie by na mnie zareagowali.


            Kapłan
odnalazł główne wejście, wszedł do środka i zlokalizował dość szybko gabinet
dyrektora Firjala.


- Dyrektor jest teraz zajęty. – Zatrzymał go strażnik
przy drzwiach.


            Shivan
zrobił poważną i groźną minę i podniósł lekko rękę.


- Nawet dla Cieni?

            Arab
trząsł się ze strachu i odgrodził drogę. W
sumie to nie skłamałem. Pytałem się tylko czy dla Cieni. Muszę przestać, bo to
dość niegodne.


            Wszedł
do środka. Firjal rozmawiał właśnie z pewnym mężczyzną, który przyszedł z małą
dziewczynką.


- Jak pan widzi – kontynuował dyrektor – mamy tu
najlepsze warunki, niestety sam pan rozumie, utrzymanie tego przybytku trochę
kosztuje. Nie jesteśmy Shlayanami, nie mamy innych źródeł utrzymania.


- Rodzice dziewczynki mieli farmę pod Al’Hadą. Jej ojciec
był moim kuzynem, a ja zaciągnąłem się do armii Sojuszu. Nie wiem, czy przeżyję
wojnę, dlatego zależy mi by dziewczynka miała jak najlepszą opiekę.


- Proszę o jedno, o przepisanie farmy na nas. Sprzedamy
ją, połowę z tych pieniędzy zdeponujemy, dziewczynka dostanie je w momencie,
gdy nas opuści. Za resztę utrzymamy ośrodek. Przecież nie chcielibyśmy, by musiała
żyć w złych warunkach. – Rzekł Firjal.


- Nie. – Odpowiedział wujek.

- Ile za małą? – Zapytał się Shivan.

            Dyrektor
i jego gość trochę zdębieli.


- Wygląda na dość żywotną, może wytrzyma trochę dłużej
niż poprzednia. – Mówił kapłan.


- Chyba muszę się jeszcze namyślić. – Stwierdził wujek
zabierając dziecko ze sobą.


            Gdy
tylko zamknął drzwi za sobą, Firjal wstał i już miał wrzasnąć, gdy Shivan
podniósł rękę i rzekł.


- Siadaj!

- Hahaha! – Roześmiał się Montolio.

            Dyrektor
stracił całą swoją pewność.


- Nie przypominam sobie, bym robił jakieś interesy z
Cieniami… – Wymamrotał.


- Baliśmy się, że mógłbyś nie chcieć z nami handlować,
nistoto. Mieliśmy pośredników, ale sprzedałeś im trefny towar. – Stwierdził Shivan.


- Nie wiedziałem, że…

- To tak traktujesz klientów? Niepoważnie? – Irytował się
kapłan.


- Przepraszam, odpłacę wam jak tylko można. Mogę wam
oddać wszystkie z tych dzieci, jeśli o mnie chodzi. – I tak szybko znajdę następne.


- W końcu zaczynasz mówić rozsądniej. A że się tak
spytam, jak tam twój interes. Widzę, że ściągasz towar, ograbiasz go i
sprzedajesz, tak? – Dopytywał Shivan.


- Im i tak ich majątek nie będzie potrzebny. A niewola
nie jest najgorszą rzeczą jaka mogłaby się im przytrafić.


- Na przykład eksperymenty? – Zapytał kapłan.

- Albo jeszcze coś gorszego. I niekoniecznie mówię tu o
śmierci.


- Jesteśmy rasą wyższą, doskonale rozumiem o co ci
chodzi, ale brzydzę się wami, skoro przychodzą wam do głowy takie pomysły. –
Powiedział Shivan.


- Ja nigdy…

- Myślisz, że mnie to interesuje? Rozumiem, że w ramach
rekompensaty dostanę wszystkie dzieciaki, chcę by były gotowe pojutrze rano. Osobiście
przeprowadzę inspekcję, czy ni ukryłeś przede mną żadnego i myślę, że wiesz, co
się stanie, gdy mnie kolejny raz oszukasz.


- Tak jest… – Odpowiedział przerażony Firjal.

- W takim razie udanych przygotowań życzę.

            Shivan
wstał i wyszedł. Muszę natychmiast się
skontaktować ze Shlayanami i przygotować dla nich miejsce na nowy sierociniec.

Komentowanie nie jest możliwe :, więcej...

CDXII.

przez , 12.cze.2009, w Bez kategorii

- Jebane Moredhele… – Bełkotał pod nosem pewien
mężczyzna zamawiając kolejne piwo.


            Karczmarz
udał, że nie słyszy przekleństw, podał zamówiony napój.


- Słyszę, że nie lubisz bracie Mrocznych Elfów. –
Zagadnął go Dyzio.


- A kto tych skurczybyków lubi! – Oburzył się pochmielony
mężczyzna. – Skurwiele.


- Widzę, że nieźle zaleźli ci za skórę. – Mówił
Kisjevczyk.


- A co cię to kurwa obchodzi?

- Jestem Dyzio, zwalczam tych drani. Każda informacja o
nich może się mi przydać.


- Hm… – Zdziwił się mężczyzna. – No cóż. I tak mi to
nie zaszkodzi. Nazywam się Alfred i pochodzę z Imperium. Trzy lata temu, gdyby
ktoś mi powiedział, że wyrwę się trochę dalej niż z mojej wioski do Grosshafen,
nie uwierzyłbym. Wiesz gdzie to jest?


- Niezbyt. – Westchnął Kisjevczyk.

- Zresztą to już pewnie nie ważne, chuje spaliły
wszystko. Ścigam ich od pewnego czasu, ale co zrobić. Gdy rozgorzała wojna,
ogłoszono mobilizację. Grosshafen znajduje się na północy, z miast większych
najbliżej nam do Pisbaden. Sławetna twierdza księcia Sildena i jego
popleczników.


- To już wiem, gdzie to jest. – Powiedział Dyzio.

- Nic dziwnego, że Moredhele nie doszli do nas od razu.
Zajęli Altburg i podążali dalej na północ, u nas postanowiono się na nich
przygotować. Ściągnięto wszystkich mężczyzn, którzy mogli trzymać broń,
zostawiając w wioskach zaledwie kilku, dla ewentualnej obrony przed jakimiś
renegatami. Reszta miała bronić Grosshafen. Tyle, że skurwiele po nas nie
przyszły. Zajęli się wioskami. Jedną po drugiej.


- Co dokładnie oni zrobili… – Powiedział łamanym głosem
Kisjevczyk. Nistoty wyginęły?


- Splądrowali je, spali. Ich przedziwne powozy
przyjeżdżały do każdej z wiosek, łapali wszystkich, którzy nadawali się do
pracy. Wszystkich. Kobiety, mężczyzn, dzieci. Zostawiali jedynie starców,
którzy byli na tyle zniedołężniali, że nie nadawali się już do niczego.
Zostawiali ich na pewną śmierć. Czasem nie paląc przy tym wioski, a czasem
starzy ludzie widzieli jak odjeżdża powóz z ich rodziną, a cały dobytek płonie.


- W Galonii stosowali podobną taktykę. – W Cleunoux zostali tylko starcy.
Podobno zabierali wszystkich do obozów pracy. – Próbował pocieszać Alfreda.


- Podobno. Ale kto ich tam wie. – Powiedział zdenerwowany
mężczyzna. – Nie muszę dodawać, że gdy wieść się rozniosła, nie udało się
utrzymać armii w Grosshafen, wszyscy uciekli sprawdzić, czy nic nie stało się
ich rodzinom. Wtedy Mroczne Elfy zajęły miasto. Kasztelan był bardzo butny i
zadziorny, więc zostało spalone. Tak jak Trannenberg… Oni nie lubią zbytniego
oporu, wtedy likwidują wroga. Byłem w Trannenbergu, już po jego zniszczeniu.
Nie uwierzyłbyś, że tam istniało kiedyś miasto. Wyglądało raczej jak
opustoszały kamieniołom. Moje serce pękło, gdy zobaczyłem zgliszcza mej wioski,
spotkałem tam umierającego z głodu dziadka. Dobiłem go, karmiąc. Nie
wiedziałem, że tak długo nie jadł, że pokarm może mu tylko zaszkodzić,
przynajmniej w zbyt dużych ilościach. A on jadł łapczywie i starał się mi
wszystko zrelacjonować, wyżalić się. Zostałem sam. Nie wiem gdzie jest moja
żona i nie wiem gdzie są moje dzieci. Pierdoliłem wtedy wojnę, starałem się ich
odnaleźć. Przewędrowałem przez połowę Starego Świata, a teraz Arabię i nie mam
pojęcia, gdzie te chuje wywiozły moją rodzinę. Muszą gdzieś mieć te swoje obozy
pracy, ale nie mam pojęcia gdzie.


- Może je mają, ale niekoniecznie na tych kontynentach,
na których byłeś. – Wtrącił się Dyzio. A
to brzmi całkiem prawdopodobnie. Gdyby trzymali więźniów gdzieś w okolicach
Sal-Sagoroth, ich żołnierze zaiste mogliby się bać uciekinierów. To by nawet
pasowało. Zwłaszcza, gdyby karmiono ich strachem przed nistotami. Nawet gdyby
ktoś uciekł z obozu, bez portali nie miałby gdzie się podziać.


- Prawdę mówiąc to wątpię, cały czas prześladują mnie
inne myśli. Ale nie wydaje mi się, że można by być tak podłym. To w końcu
cywile. Setki tysięcy cywili… – Mówił Alfred. – Chcę wierzyć, że to moje
lęki, moja wyobraźnia podpowiadają mi taki horror, ale to by było niepojęte
ludobójstwo.


- Wiesz, skazując kogoś na pracę w kamieniołomach często
jest to wyrok śmierci. Rozłożony na kilka lat. Tylko nieliczni przeżywają tam
dłużej, przez warunki, ciężką pracę i słabe wyżywienie. Jeśli transport jest
ciężki, wiele osób pewnie tego nie przeżywa. A potem ginie wykonując pracę
ponad swe siły. – Próbował go w pewien sposób pocieszać Kisjevczyk. – Ale młodzi,
oni mogą się przyzwyczaić. Kto wie, może dorosną do buntu, Moredhele nie mają
nieograniczonych zasobów.


- Nienawidzę ich! – Ryknął Alfred zgniatając w ręku
kufel. – Nienawidzę!


- Jak my wszyscy. – Dodał Dyzio. – Każdy z nas coś
stracił w tej wojnie. Lub kogoś. – Lub w
całej tej podróży. Jeśli Moredhele i Iluminarowie działają razem, zabili Joe,
kto wie, jakby wyglądało to wszystko, gdyby był z nami Joe. Pewnie powstrzymałby
brodziastego, przed głupim atakiem na Sherstocka. Ja nie powstrzymałem. Może
dziś byłoby nas pięciu. A może zginęlibyśmy w Sal-Sagoroth.


- Ja już straciłem wiarę… – Ciągnął mężczyzna chlipiąc.
– Nie znajdę mojej rodziny… Nigdy… Nigdy więcej ich nie zobaczę… Nie
usłyszę… Nie przytulę… Ja wiem, że oni nie żyją… Nie wiem skąd, ale wiem.
Czuję to. A ból wciąż przeszywa me serce. Już nigdy…


- Nie wiem, co powiedzieć. Chciałbym móc ci obiecać, że
na pewno odnajdziesz swą rodzinę, ale obaj wiemy, że to raczej mało możliwe. –
Westchnął smutno Kisjevczyk. – Przynajmniej w tym życiu.


- A czy istnieje inne? – W słowach Alfreda nie było
emocji, tylko pustka. – Jedyną rzeczą, która mi pozostała, to nienawiść. Będę
zabijał Moredheli do końca mych dni, dopóty nie zginie ostatni z nich, albo ja
nie wyzionę ducha.


            Dyzio
jedynie wziął głęboki oddech i zamówił dla nich po jeszcze jednym piwie.

Komentowanie nie jest możliwe :, więcej...

CDXI.

przez , 11.cze.2009, w Bez kategorii

            Erlan
pomagał przeglądać Parxowi księgi, przy okazji przepisując sobie, za
pozwoleniem starego maga, co ciekawsze czary.


- Myślałem, że w Gildii w Altburu mieli fajne zaklęcia,
ale widzę, że chyba znasz się na rzeczy trochę bardziej.


- Bzdura. – Odrzekł starzec. – Wiele podróżowałem, ale w
przeciwieństwie do członków Gildii preferuję magów w starym dobrym stylu.
Kiedyś wszyscy byliśmy wędrownymi czarodziejami, podróżowaliśmy od wioski do
wioski, od miasta do miasta i zmagaliśmy się z różnymi problemami. Te sprawy,
nigdy nie dotyczyły nas bezpośrednio, pomagaliśmy innym. Byliśmy kimś innym niż
kapłani, kimś bliższym, kimś do kogo można było się zwrócić o pomoc, kto cię
nie oceniał. Starał tylko zrozumieć twoje intencje i zamiary. Jeśli były
uczciwe, pomagał ci, niezależnie czy było cię na to stać, czy nie. Te czasy
jednak odeszły, sam mogłem znać je jedynie z opowieści, choć starałem się tak
żyć, przynajmniej czasami. Potem magowie zaczęli myśleć głównie o sobie, rosnąć
w siłę, osiadać w jakiś miejscach. Czasem na dworach królewskich, inni budowali
sobie wieże. Zaczęli się izolować od zwykłych ludzi, stali się bardziej
interesowni i zamknięci w sobie. Zaczęły ich też interesować innego rodzaju
czary, z czasem miejsce problemów zajęła fascynacja magią. Im głębiej się w
niej zanurzali, tym mniej potrafili konkretnych rzeczy. To wcale nie jest
dziwne. W rezultacie musiało dojść do powstania Gildii, które zajmowały się
magią samą w sobie, jak i pilnowaniem interesów wspólnoty. W rzeczy samej
czarodzieje byli potężniejsi niż kiedykolwiek wcześniej, mieli większą wiedzę i
lepiej rozumieli czarowanie, ale co z tego, skoro była to wiedza teoretyczna.
Zamknięci w swoich pokojach w budynku Gildii zazwyczaj byli szczelnie
odizolowani od świata zewnętrznego. Dlatego w bibliotekach znajdziesz mnóstwo
ich dzieł, ja zaś spędziłem wiele czasu poza Panico. To mój dom, ale dwie
trzecie życia spędziłem w podróżach. Gdyby nie wojna, kto wie, czy nie
planowałbym kolejnej. Zawsze chciałem popłynąć do Irlenii, ale kto wie, może
kiedyś.


- Dlatego masz tak wiele ciekawych czarów, wszystkie były
kiedyś przydatne? – Dopytywał Erlan.


- Nie, niektórych zabrakło mi wtedy, gdy były potrzebne. –
Powiedział Parx po raz kolejny sięgając po fajkę. – Ten sobie zapisz. To
przekazanie informacji na odległość, nie raz potrafiło uratować mi życie moich
przyjaciół.


- A ten zapisek tutaj? – Pytał elf.

            Stary
czarodziej zmrużył oczy i uważnie przeczytał treść.


- Hehe. – Roześmiał się. – To moja luźna myśl, wynikająca
z jednej z mych przygód. W najczarniejszej godzinie poznasz siłę swoich
przyjaciół. Ale także wtedy objawią się twoi prawdziwi wrogowie. To było chyba
z pięćdziesiąt lat temu. Już wtedy byłem znany w pewnych środowiskach, wraz z
moim pomocnikiem podróżowaliśmy do Lagonu na kongres, gdzie chciałem się
pochwalić swymi osiągnięciami. Tyle, że dopadła nas burza, spadłem z konia i
złamałem nogę. Do dziś boli. Mój pomocnik zdecydował jednak wykorzystać moją
słabość i przypisać sobie moje osiągnięcia. By to zrobić, potrzebował mnie
tylko zabić. Niewiele mu brakowało, ale otrzymałem pomoc od pewnego maga,
którego wcześniej uważałem za zadufanego w sobie głupca i konkurenta. Miał taki
sposób bycia, ale miał złote serce. Po tym jak mnie uratował, zostaliśmy
dobrymi przyjaciółmi. Morał zawarty jest w tym zapisku, pamiętaj o tym, że gdy
z jakiegoś powodu osłabniesz, ci z twego otoczenia, którzy nie są szczerzy,
ujawnią się. To boli, bo to zdrada. Ale też możesz otrzymać pomoc od tych, którzy
zaiste cię cenią. A ty nawet możesz sobie nie zdawać z tego sprawy.
Zadziwiające jak wiele razy to stwierdzenie okazało się prawdziwe w moim życiu.


- Mówiłeś też coś o strażnikach Księgi Makr. Nigdy nie
słyszałem o takiej organizacji. – Mówił elf.


- Niewiele kto słyszał, zresztą trudno nazwać ich
organizacją. Jest ich bardzo niewielu.


- Dziesięciu? – Strzelił Erlan.

- Nie więcej niż trzech. – Kontynuował Parx. – Poznałem jednego
z nich, nim wstąpił do tej powiedzmy organizacji. Nagle zniknął i nikt nie
wiedział, co się z nim stało. Dopiero gdy wyruszyłem na poszukiwania,
dowiedziałem się prawdy. I uwierzyłem w Księgę Makr. Właściwie to on sam mnie
znalazł, jak mówiłem samo obcowanie z tym boskim artefaktem sprawia, że widzą
oni przyszłość jak i przeszłość.


- Skoro jest ich tylko trzech, zmasowany atak Cieni
mógłby dla nich być zbyt zabójczy, prawda? – Zastanawiał się elf.


- Całkiem możliwe. – Starzec znów pociągnął fajkę. – Do czego
zmierzasz?


- Skoro jednak znają przyszłość, wiedzą, że będziemy
blisko w momencie gdy Księga Makr będzie zagrożona. Mogliby nas prosić o pomoc.


- Zapewne już by to zrobili, gdyby tak uważali. –
Stwierdził Parx.


- W tym rzecz. Od pewnego czasu napotykamy się na serię
dziwnych zdarzeń. Część z nich, Shivan nazywa krainami grzechu, ale
najdziwniejsze z nich wszystkich jest widmo, które nam się parę razy objawiło.
Ono pilnowało byśmy dotarli do Arabii, czasem wskazuje nam drogę, a przede
wszystkim mobilizuje do niej. Shivan miewał sny i zwidy, gdzie przybierało ono
kształty bogów i mówiło mu wprost o Księdze Makr. Myślałem, że to brednie, ale
możliwe, że to jakiś czar strażników.


- Czyli, że pilnują byście dotarli na czas, kiedy sami
nie będą w stanie walczyć? Albo gdy zginą? – Zastanawiał się mag. – W sumie
jest was trzech, może zatem wiedzą, że będziecie w pobliżu, nie po to, by im
pomóc, ale by przejąć Księgę Makr.


- Byśmy zostali strażnikami? – Zdziwił się Erlan.

- Trudno mi zrozumieć ich działanie, ale kto wie. Mogli
stworzyć widmo, by was prowadziło i przygotowało do zadania. To trochę w ich
stylu.


- A czy jest możliwe by zniszczyć Księgę Makr? I jakie
byłyby tego konsekwencje? – Zapytał elf.


- Nie mówisz poważnie? – Zdziwił się Parx.

- Tylko pytam. Jeśli miałbym przejąć opiekę nad nią,
wolałbym mieć pewność, że nie trafi w ręce Mrocznych Elfów.


- Gdyby udało się wam ją zniszczyć, zaiste nie trafiłaby
w ręce Moredheli. Ale nie liczyłbym, że Miscle by to przetrwała.


            Erlan
nic nie odpowiedział. Wziął głęboki oddech. Jakby
powiedział Shivan, no to ładnie… W niezłe gówno się wpakowaliśmy.

Komentowanie nie jest możliwe :, więcej...

CDX.

przez , 10.cze.2009, w Bez kategorii

            Oczywiste miejsce. Czym może ono być? Czy może być coś bardziej oczywistego dla świętości
niż święte miejsce? Miejsce kultu albo jakaś świątynia?
W Panico było kilka
świątyń, największa z nich należała do wyznawców Urlyka, ale najciekawsza dla
Shivana okazała się być kaplica Wyrmidii i Myrneman. Dziwne, niby pokojowe miejsce, a wyznają bogów wojny. W Arabii
trochę inaczej pojmowano bogów wojny, teologicznie nie było sporu między
Wyrmidią/Myrneman a Urlykiem, za to większy spór istniał między wyznawcami
sióstr, co nie przeszkadzało budować im wspólnych świątyń. Tu, gdzie właściwie
nie dochodziło do wielkich wojen, przynajmniej do czasu pojawienia się
Moredheli, tróje bogów dzielono według kryterium środków użytych w walce.
Wyrmidię nazywano Panią Dobrego Znaku, Panią Honorowej Walki. Jej wyznawcy
przestrzegali reguł bitewnych, unikali taktyk i podstępów, uważali, że
zwyciężać należy jedynie za pomocą swej siły i serca. Myrneman stała po drugiej
stronie barykady, ci którzy walczyli z jej imieniem na ustach, preferowali
strategię, często nawet oszustwa, niż uczciwą żołnierską walkę. Stąd też nazwa
Pani Złego Znaku czy Pani Przebiegłości. Urlyk zaś był synonimem pragmatyzmu
bitewnego, równowagi między wojowaniem za pomocą siły, a wojowaniem za pomocą
rozumu.


            Kaplica
Wyrmidii i Myrneman w Panico była słynna w okolicy, głównie ze względu na to,
że przechowywano tu relikwie świętego Njorda. Njord był wielkim herosem,
wojownikiem, który przybył z dalekiej północy i trzysta lat temu prowadził Arabów
do bitwy z hordą goblinów. Pochodził z pogranicza Imperium i Kisjeviu, gdzie
niektórzy odłamowcy twierdzili, że obie bliźniacze boginie są w istocie jedną i
tą samą i takież było zdanie herosa. Niemniej jednak zawsze modlił się do
obydwu, starając wypełniać wszystkie zalecenia i żył z walki, nie zdobywczej,
ale w imię zasad i sprawiedliwości. Oczywiście, znaleźli się i tacy, którzy
twierdzili, że całe te religijne gadanie zostało wymyślone już po śmierci
Njorda, po to by go uczcić, ale też na nim zarobić. I trudno się było dziwić,
jeszcze sto lat temu do Panico przybywały pielgrzymki by zobaczyć relikwie
bohatera, ale z czasem jego legenda przemijała. Teraz mało kto o nim pamiętał,
poza Arabią był praktycznie nieznany. Zresztą trudno się dziwić, religie bogów
wojny słynęły z tego, że wynosiły mnóstwo istot na ołtarze, by stawały się
wzorem wojowników, więc próbę czasu mało kto wytrzymywał. Zawsze znajdowali się
bardziej współcześni święci, którzy lepiej dopasowywali się do sytuacji
politycznej. Święty Njord ostatnio zaczął przeżywać „druga młodość”.
Zainteresowanie jego kultem rosło wraz z przybywającymi tu uchodźcami, dla nich
etos dzielnego wojownika z północy niósł przede wszystkim nadzieję. Njord chcąc
nie chcąc był bliższy tym, którzy porzucili Stary Świat, wyrwali się z krajów
zajętych i okupowanych przez Mroczne Elfy, niż Arabów. Oni z jednej strony
mieli ambiwalentny stosunek do wojny, Moredhele dawały o sobie znać, ale nie
bardziej niż zwykłe rzezimieszki, z drugiej strony istnieli przecież i inni
święci, bliżsi kulturowo i czasowo.


- Szukasz czegoś? – Zapytał stary Habib wyrywając Shivana
z modlitewnego zadumienia.


- Morrou umarł! – Wydarł się Montolio.

- Wybacz. – Rzekł elf. Dobrze, że gwarek nie zna arabskiego. – Będąc tu przypomniałem
sobie o moim panu.


- Wyglądasz na kapłana, acz twoje szaty są raczej
złowieszcze.


- Nie jestem Cieniem, jeśli o to chodzi. – Faktycznie trzeba będzie znaleźć jakiś
symbol mojego zakonu i przyszyć go, żeby nikt nie miał wątpliwości.

Jestem wyznawcą Morroua, ale jestem tu prywatnie. Chciałbym zobaczyć relikwie
świętego Njorda.


- One są wystawiane tylko od święta. – Rzekł Habib. –
Choć ostatnio przybywa tu do nich wiele osób.


- Moredhele? Podejrzani magowie?

- Nie. – Roześmiał się stary kapłan. – Skąd te pomysły?

- Z doświadczenia. – Powiedział Shivan.

- Uchodźcy z północy. Legenda o dzielnym Njordzie nabiera
na nowo życia. Każdy chce go zobaczyć. I jego miecz. I jego zbroje.


- Rozumiem, że nie mogę liczyć na wyjątek? W takim razie
mam inne pytanie, proszę mi wybaczyć ciekawość. Wyrmidia i Myrneman,
traktujecie je jako dopełnienia? Na Starym Świecie to osobne religie. Dlatego
jestem trochę zdziwiony.


- Stary Świat nie istnieje, przynajmniej kulturowo to
teraz jedno wielkie Królestwo Moredheli. – Powiedział Habib. – Ale nie o tym,
wiesz jak zorganizowane są wielkie religie?


- Tak. – Odrzekł Shivan. Testuje mnie. – Każda inaczej. W przypadku Zigmarian i Shlayan
zawsze istnieje najwyższy kapłan, ktoś kto przewodzi całym kościołem. U nas,
wszyscy są braćmi. Zakonnicy Morroua nie reformują się w żaden sposób,
zarządzenie mamy tylko funkcyjne. Znaczy, że choć formalnie mamy kilku
biskupów, to dla nas to tylko i wyłącznie kwestia administracji, nie wiary.
Ktoś, kto przestaje być biskupem traci wszelkie przywileje i nadal jest zwykłym
kapłanem Morroua. Kościoły bogów wojny są zarządzane bardziej synodycznie…


- Stop. – Przerwał mu stary kapłan. – Widzę, że
faktycznie siedzisz w temacie. Synodycznie, to dobre słowo. Znaczy tyle, że
oddelegowani kapłani spotykają się raz na jakiś czas i ustalają kwestie,
natomiast w terenie i tak przed nikim nie odpowiadają. Dlatego Shlayanie
wszędzie gdzie są, zachowują się podobnie, nie ma wiele odstępstw, natomiast
moje boginie, cóż, w dawnym Kisjevie były rozumiane zupełnie inaczej niż w
Imperium, a w Arabii jeszcze inaczej. Boginie to jedno i wiara w nie pozostaje
bezzmienna, tak jak i najważniejsze przykazania, ale to co związane jest z
religią i kultem dostosowuje się do odbiorcy. Stąd czasem drastyczne różnice
teologiczne w różnych częściach Miscle. Dla nas Pani Dobrego Znaku i Pani Złego
Znaku są nierozerwalne, są bliźniaczkami ale wręcz zrośniętymi. Jedna nie może
istnieć bez drugiej. Dlatego chyba właśnie Njord, który kojarzony jest z
waszym, staroświatowym rozumieniem tych bóstw robi się ostatnio popularny.
Chciałbyś go zobaczyć, bracie?


- Shivanie. – Przedstawił się elf. A więc nie wierzył, że jestem kapłanem. – Bardzo chętnie.

- Habib. – Podał mu rękę Arab. – Proszę za mną.

            Zeszli
do zakrystii, a potem do krypt. Przy jednej z nich znajdował się ołtarzyk, na
którym stał relikwiarz. Obok leżała zbroja i miecz Njorda oświetlane jedynie
blaskiem świec. Jednak nie tego Shivan szukał. Spostrzegł leżącą za
relikwiarzem księgę, starą, niepozorną.


- Mogę? – Zapytał elf.

            Habib
przytaknął. Wyznawca Morroua podniósł księgę. Księga Makr? To by było za proste. Otworzył ją. Same modlitwy po
arabsku.


- Brewiarz. Stary, prawdopodobnie należał do Njorda, ale
tego nie jestem pewien. Możliwe, że potem go dołożono.


- Dziękuję. – Odłożył to Shivan. – Zobaczyłem, to co chciałem. – Czyli to nie tutaj. Co innego może być
równie oczywiste?

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , więcej...

stat4u <!-- s4uext=s4upl(); document.write('stat4u') //--> stat4u

Blogroll

Kilka bardzo polecanych stron...