orthank blog

Tag: od-zmierzchu-do-switu

CCCIX.

przez , 26.lut.2009, w Bez kategorii

            Gdy
wstał świt, całą czwórka trochę pospała i odpoczęła, dopiero koło południa
ruszyła w drogę. Wcześniej oczywiście sprawdzili wozy, konie i wszystkie inne
zwierzęta były martwe, pozbawione krwi. Wampiry miały zatem nie lada ucztę.
Wytłukły wszystko, co było w okolicy.


- Tyle razy tu przyjeżdżałem i nie wiedziałem, czym
naprawdę był ten lokal. – Westchnął Saligia. – Byłem przekonany, że wszyscy,
którzy znikali, to ofiary Moredheli, a tu proszę wampiry. Ale jak sprytnie to
robiły, kilka osób, nie za dużo. Tyle, by każdy mógł spokojnie uwierzyć w
historię o Rodryku i jego gromadce, którzy napadają i mordują osamotnione i
spóźnione konwoje.


- A mnie dziwi, skąd one brały tyle krwi, by się wyżywić.
– Zapytał Dyzio.


- Pamiętasz Seforę? Żywiła się zwierzętami, krowami, ale
potem potrzebowała mniej krwi. Dużo mniej. – Mówił Erlan. – Ferve też już nie
potrzebował całego człowieka, czy dużego zwierzęcia, wystarczało mu małe
żyjątko. Może z postępem choroby tej krwi potrzeba coraz mniej? Może wielki
głód występuje tylko w początkowych etapach rozwoju wampiryzmu, gdy istota
dopiero się przemienia i przemieniła. A potem? Potem może już tego nie
potrzebuje. To by bardzo wiele tłumaczyło. Przede wszystkim dlaczego Ferve nie
mógł odnaleźć Propolis i dlaczego to jest kraina mlekiem i miodem płynąca,
przynajmniej dla wampirów.


- Jest za młody by je odnaleźć? – Zapytał Shivan.

- Hahaha! – Wtrącił się Montolio, ale gdy tylko
Kisjevczyk spojrzał na gwarka gniewnie, ten zamilkł.


- Może nie tyle, żeby je odnaleźć, ale żeby oni go tu
ściągnęli. – Stwierdził mag.


- To tłumaczy zmieniające się kelnerki. – Dodał Enrico. –
Wychodziły by się najeść, potem wracały do czeluści, na wiele miesięcy, może
nawet lat. Dopiero teraz wywołaliśmy burzę, wampiry straciły panowanie nad sobą
i poczuły rządzę krwi. Dalej sami wiecie, jak to się skończyło.


- I gdzie teraz? – Zapytał Erlan.

- Most zawalony. – Westchnął Shivan. – Musimy iść przez
siebie.


            Kapłan owinął
się, by nie było mu zimno i szedł pierwszy przez śnieg. Reszta ruszyła za nim.


- To koniec historii o Moredhelach. – Westchnął Saligia. –
Trzeba będzie ostrzec innych przed tym zajazdem.


- Ale w jednym miałeś rację. – Powiedział do Shivana
Dyzio. – Mówiłeś, że nas ocalisz i faktycznie, gdyby nie ty, to byśmy się bez
tego nie wywinęli.


            Kapłan
się tylko lekko uśmiechnął.


- To nie moja zasługa, a Morroua.

- Pierdoły… Morroua nie ma. – Westchnął Erlan. – Po prostu
Shivan ma talent do magii, tylko jeszcze o tym nie wie.


            Dyzio
spojrzał najpierw na kapłana, potem na Saligię a na koniec na czarodzieja. O to będzie długa droga…


            I szli
dalej, zostawiając rozwalający się zajazd, a przynajmniej jego drewnianą część.
Całość budowli bowiem była ukryta przed oczyma przejezdnych, gdyby jednak
spojrzeli z drugiej strony, z dołu przepaści, która się rozciągała za „Od
zmierzchu do świtu”, ujrzeliby ukryte w skale miasto, a raczej jego ruiny. Propolis,
o wiele bardziej realne niż tylko legenda.

Komentowanie nie jest możliwe : więcej...

CCCVIII.

przez , 26.lut.2009, w Bez kategorii

             Najdziwniejszą
rzeczą było to, że wampiry, choć nieustannie krążyły wokół nich, zupełnie nie
atakowały, ale gromadziło się ich coraz więcej i więcej. Zatrzymali się
dopiero, gdy w końcu dotarli do głównej izby baru, która nadwyrężył pożar
ostatecznie jednak opanowany, w której leżało kilkanaście trupów, a co gorsza
kilka z nich już wstało, zamieniwszy się w wampiry. Potworów było więcej niż
można było policzyć, poruszały się szybko, co sprawiało wrażenie jeszcze
większego ogromu. Krążyły wokół piątki ocalałych gości, acz nie atakowały.


- Nie poradzę sobie z nimi. – Westchnął Erlan. – Za dużo
ich…


            Shivan
usiadł na ziemi i rzekł.


- Trzymajcie się blisko mnie.

            Ralf
jednak nie posłuchał. Serce waliło mu jak kowalski młot, w żołądku jakby
kłębiło mu się gniazdo os, lekko wychylił się i od razu jakiś wampir złapał
jego rękę. Jeden ugryzł. Inny zaczął go wyciągać. Kolejne dołączały się. W
przeciągu pół uderzenia serca, które i tak waliło jak oszalałe, mężczyzna nie
żył. Zbyt wiele ugryzień, zbyt wiele zassań krwi. Jego ciało legło, osuszone do
ostatniej kropli. Martwe.


- Odstraszasz ich! – Ryknął Saligia w kierunku kapłana. –
Dlatego nie atakują!


            Elf się
tylko uśmiechnął, ale nic nie odpowiedział. Póki
nie tracę wiary w Morroua, do póty on daje mi siłę i moc, większą niż posiada
jakikolwiek mag. Nie potrzebuję niczego poza wiarą i modlitwą. Przynajmniej
dopóki mój Pan tak chce.


            Dyzio również
dopiero wtedy zrozumiał wszystko. I po co
ja go strofowałem, żeby się zajął obroną. On to robił od samego początku. Miał rację,
zrobił dokładnie to co zapowiedział, robił dokładnie to, co mówił.


            Wampiry krążyły
wokół czwórki ocalałych. Kisjevczyk podtrzymywał Erlana, któremu powoli robiło się
słabo. Mag potrzebował snu, zbyt dużo wypił. Tracił też kontrakt z rzeczywistością,
za długo był na nogach. W końcu ręce zaczęły mu świecić. Chciał rzucić jakiś czar,
ale coś mu nie wyszło. Dyzio w końcu ogłuszył przyjaciela, by ten mógł spokojnie
leżeć, i ułożył go wokół Shivana. Ręce czarodzieja nadal świeciły, rozjaśniając
komnatę.


- I co teraz? – Zapytał Saligia.

            Kapłan jednak
nie odpowiedział. Znów oddał się całkowicie medytacją i modlitwie.


- Jak wszyscy dowódcy na polu bitwy, czekamy na świt. – Westchnął
Dyzio. – Ale najbardziej nie rozumiem jednej rzeczy. Czemu wampiry nie lubią
światła, a jednocześnie ogień, czy magiczne światło tak na nie, nie działają.


- Wampiryzm to choroba przemieniająca każdą istotę w
dziecię nocy. Ulos jest dla nich zabójcze, nie światło. – Kontynuował Henryk. –
W dzień mamy tylko słońce, które jest wyraźniejsze od innych rzeczy, ale w
nocy, źródeł światła jest wiele, acz tylko jedno przeklęte dla dzieci nocy. Jedno,
które daje życie dzieciom dnia, czyli wszystkim innym istotom. Cóż, nie chcesz
tego zrozumieć, i nie zrozumiesz, bo bogowie są chaosem, a Miscle jest ich
dziełem.


- Dużo wiesz, jak na kupca. – Westchnął Kisjevczyk.

- A kto powiedział, że jestem tylko kupcem? Jestem
mistrzem umysłu, powiernikiem wiedzy, poszukującym zrozumienia, ale tym, który
wie, że jest ono nieosiągalne. Skupuję i handluję informacją, którą
przetwarzam. Nie jak złodzieje i im podobni, którzy obserwują i mówią, co się
dzieje. Mnie interesują fakty, nie ludzie. Taka wiedza ma niewielu nabywców,
ale jest wysoko opłacana. A to co, mówię, ma tylko jeden cel. Wskazać właściwym
osobom, że przyszedłem.


- A kim są właściwe osoby? – Zapytał Dyzio.

- Nie stać cię na taką odpowiedź. – Powiedział Enrico.

            Kisjevczyk
nie pytał już o nic więcej. Patrzył na kręcące się wokół wampiry. Przez jeszcze
jakiś czas nie dawały za wygraną, ale bały się zbliżyć do kapłana. Gdyby tylko
jego odstraszanie przestało działać, wszyscy w czwórkę zginęliby. W końcu
jednak wampiry bardzo szybko się wyniosły uciekając do podziemi. Chwilę później
przez okno wpadły pierwsze promienie poranka.

Komentowanie nie jest możliwe : więcej...

CCCVII.

przez , 25.lut.2009, w Bez kategorii

            Erlan pociągnął
ostatni łyk i wyrzucił pustą butelkę na podłogę. Saligia spojrzał na niego nerwowo,
Ralf był zły, że mag zmarnował ostatni zapas wódki święconej, ale bał się go skrytykować.
Dyzio starał się iść pierwszy, również nerwowo, gdyż wszędzie widział przyczajone
wampiry, które jakby tylko czekały na okazję by dopaść swoje ofiary. W środku zaś
szedł Shivan, który co pewien czas pouczał innych słowami: „nie rozchodźcie się”.


            W końcu
Kisjevczyk otworzył drzwi do jakiejś komnaty. Ze środka biło światło, co prawda
pochodzące z pochodni, ale zawsze było to o wiele przyjemniejsze niż prawie
całkowicie ciemny korytarz. Ruszył do wewnątrz. Najwidoczniej izba ta
pochodziła zupełnie z innego okresu, była wykonana w odmienny sposób niż miejsca,
gdzie dotychczas bywali. Ściany wdrążone wewnątrz żółtego piaskowca, pomalowane
na złocisty kolor mogły trochę wyglądać jak złoto czy piryt, co sugerowało, że
komuś tym razem zależało na barwie. Zatem nie mogło to być dzieło dzieci nocy.
Wampiry zajęły to miejsce, jak zresztą całe Propolis, ale czy tu był ktoś
jeszcze? Jeśli tu nie ma wampirów, to nie
wiem, czy chcę wiedzieć, co czyha w tej komnacie.


            Szybko
zauważył wielkie schody, którymi mógł zejść na dół, wydrążone, solidne z dużymi
stopniami, miały jednak jeden podstawowy mankament. Nie posiadały poręczy,
łatwo było runąć w dół.


- Nie podoba mi się tu. – Westchnął kapłan.

- Zamknijcie drzwi za sobą! – Ryknął Dyzio. – Nie wiem
jak głęboko weszliśmy, ale chyba tu za nami nie przybędą.


- O kurwa… – Przeklął Saligia. – Niech mi tylko ktoś
powie, że bogowie nie są wredni i nie znęcają się nad nami.


            Kisjevczyk
spojrzał w kierunku, który pokazywał Enrico. W małych wydrążonych tunelach
znajdowały się trumny. Setki, może nawet tysiące trumien, a w każdej z nich
spał wampir. A raczej leżał, teraz wszystkie powoli wstawały i przyglądały się
pięciu przybyłym ofiarom. Niektóre z nich powoli wyłaziły ze swych posłań,
zamieniały się w nietoperze i krążyły wokół potencjalnej zwierzyny.


- Uciekamy! – Ryknął Dyzio.

- Spokojnie! – Przerwał mu Shivan. – Musimy się wycofać
spokojnie, jak się rozbiegniemy to po nas.


            Nie
licząc Erlana, którego i tak trzeba było podtrzymywać, żeby nie zwalił się ze
schodów, reszta przybliżyła się do kapłana i powoli wracała na górę, by opuścić
to miejsce.


- I co teraz? – Zapytał Ralf.

- Musimy wrócić do jedynego bezpiecznego miejsca. –
Odrzekł kapłan. – Do miejsca, skąd uciekliśmy, do baru.


- On ma być bezpieczny? – Zdziwił się Saligia.

- To najbardziej bezpieczne miejsce w tej okolicy. Nie
dość, że mało wampirów, to ma jeszcze okna, pozostanie nam już tylko czekać do
świtu.


- O ile ci popierdoleńcy w Panteonie pozwolą nam tam
dojść… – Mruczał Enrico.


            Ale nikt
go już nie słuchał.

Komentowanie nie jest możliwe :, więcej...

CCCVI.

przez , 25.lut.2009, w Bez kategorii

            Gloin i
Jabol biegli ile sił w nogach, cały czas przed siebie, bojąc się czyhających
wszędzie wampirów. Natknęli się po drodze na kilka ciał, niedawno pozbawionych
krwi. Zatem inna grupka również musiała przeżyć, przynajmniej do jakiejś
chwili, bo skoro zaszła aż tak daleko, to o czymś świadczyło.


            Trochę
zwolnili przy ciałach, rozglądając się po okolicy, acz niestety Bimber wiele
nie widział w ciemności. Wypatrywali krwiopijców, lecz zamiast tego nagle
zostali zaatakowani przez rozszalałą kobietę. Nie miała ona żadnej broni
przeciw zarażonym wampiryzmem, miała jednak chęć walki aż do śmierci. Nie
interesował ją przeciwnik. Była przerażona, zrozpaczona, widziała jak jej męża
rozszarpały bestie spijając swymi szybko mlaskającymi jęzorami krew. Bolało ją
to. Bolał ją ten widok, ta śmierć, ale jeszcze bardziej bolało ją to, że w
pewien sposób cieszyła się, że to nie ją dopadli. Że mąż zostawił jej drogę
ucieczki, że się poświęcił dla niej. Cudownie, że dla niej. Wspaniale, że to
ona przeżyła. Wampiry ją zostawiły, ale nie na długo. Wiedziała, że nawet jeśli
teraz jej nie dopadną, zrobią to później. W jednej chwili inaczej spoglądała na
decyzję męża. Zazdrościła mu śmierci. On
już wszystko ma za sobą. Nie musi obawiać się strachu, nie boi panicznie się
śmierci, wie, co jest po drugiej stronie. A ja? Żyję, ale co to za życie. Nie
znam dnia ani godziny, oczekuję, a serce moje kołacze nieustannie i
nieustannie, jakby pukało do wampirzych bram i prosiło je o biesiadowanie. Czy
naprawdę poświęcił się dla mnie, czy może się poddał?


            Gdy
jednak zobaczyła dwóch osobników nie zastanawiała się. Zaatakowała, ale w
porównaniu z wiekowym, acz wciąż sprawnym krasnoludem nie miała szans. Gloin
jednym ruchem odepchnął ją tak mocno, że przez chwilę poszybowała w powietrzu
rozbijając sobie głowę o ścianę.


            Żyła.
Była świadoma, ale nie miała już sił nic zrobić. Mężczyzna i krasnolud uciekli,
a ona czekała na wampira. Nie musiała cierpieć długo. Niebawem zjawiło się
wokół niej kilkoro i zaczęło wbijać swe kły w jej ciało, zlizywać płynącą krew,
nakuwać żyły i tętnicę, by wyssać jej życiodajny płyn aż do ostatniej kropli. Najdziwniejsze jest to, że oni uśmierzają
mój ból.
Tyle, że jej umysł robił się coraz cięższy i cięższy. Myśli
kołatające się w głowie wyprostowały się, zniknęły, nie miały żadnego
znaczenia. Ani dom, ani rodzina, ani bogactwa, ani to czego pragnęła, czy
osiągnęła. Wszystko przemijało z minuty na minutę, z sekundy na sekundę. Nie
były już jej potrzebne bogactwa które gromadziła. Jeśli teraz będę czegoś potrzebować to… W końcu wyzionęła ducha.


            Jabol i
Gloin biegli dalej i dalej. Jakiś mężczyzna, który ukrywał się w korytarzu
zobaczył ich, ale się bał cokolwiek powiedzieć. Stał cicho ukryty i tylko
obserwował jak znikają w podziemiach. Stracił przy tym ostrożność, nagle poczuł
chłodną rękę na ramieniu, ale już było za późno. Delikatne kły wbiły mu się w
szyję, nacinając ją lekko. Szorstki język posuwał się po niej w górę i w dół,
spijając krew tak jak motyl spija nektar z kwiatu. Delikatnie, ale szybko i
stanowczo. Człowiek nie miał woli walki, poddał się wampirowi w zamian za
szybką i w miarę bezbolesną śmierć.


            Bimber
cały czas, gdy tylko poczuł się zagrożony chwytał Invidii. Nie było szans, by
krasnolud tego nie zauważył.


- Ten naszyjnik, chroni cię przed wampirami? – Zapytał w
końcu zaciekawiony.


- Mam taką nadzieje. – Westchnął woźnica, ale już żałował
tej odpowiedzi. Przed złem.


            W
Gloinie coś się zagotowało, coś pękło. Zazdrość. Chęć przeżycia, chęć
posiadania magicznego przedmiotu, który mógłby go uratować, który pozwoliłby mu
wytrwać do świtu. Rzucił się na Jabola. Nie ważne było to, czy zabije woźnicę,
czy nie, ważne było zdobycie Invidii. Jak
ją będę miał przeżyję! Taka gnida, taki pijak jest nikomu niepotrzebny, nie
zasługuje na ten przedmiot, na ten wspaniały artefakt! Ja go powinienem mieć!
Ja go chcę mieć!


            Bimber
choć pijany, jednak wciąż zachowywał resztki sprawnego umysłu. Początkowo
próbował się wyrywać i kopać przeciwnika, próbował go odepchnąć, ale gdy
zobaczył, do czego zdolny jest krasnolud, woźnica zdecydował. Nie wygram tej walki uczciwie. Postawił
na zbliżenie. Gloin dopadł go i wyrywał mu naszyjnik, trzymał w ręku Invidię i
próbował ją zerwać z szyi woźnicy, zupełnie nie zważał na ból, który ten mu
zadawał. Oto właśnie chodziło Jabolowi, choć dusił go jego własny naszyjnik,
jednak znalazł chwilę by wyciągnąć z kieszeni nóż i wbić go krasnoludowi prosto
w serce.


            Gloin
runął na podłogę martwy, ale wciąż trzymał Invidię i w końcu zerwał łańcuszek. Zabolało
to woźnicę, ale wystarczyło się schylić, by odnaleźć magiczny talizman, amulet
który tyle razy uratował mu życie, którego mu zazdroszczono. Próbował go
odnaleźć, lecz w tym momencie dopadły go wampiry. Dziesiątki, okrążyło go i
rozpoczęło swoją ucztę. Bimber jedynie zdążył wykrzyknąć – „Invidia”, ale już
jej nie odnalazł.

Komentowanie nie jest możliwe :, , więcej...

CCCV.

przez , 23.lut.2009, w Bez kategorii

            Zaryglowane
szczelnie drzwi były doskonałym zabezpieczeniem przed wampirami pragnącymi
dostać się do środka. Można było spać spokojnie, jednak do czasu. W pewnym
momencie Willi, woźnica Saligii, podszedł do halflinga Adama i ni z tego ni z
owego ugryzł go. Niziołek wpierw pomyślał, że miało to być śmieszne. No cóż, niektórzy mają głupkowate poczucie
humoru. Myślał, że się na wampira nabiorę!


            Walnął z
całej siły w atakującego, ten odskoczył na chwilę ale w nienaturalnie szybki
sposób wrócił, z jego oczu aż kipiała chęć pożarcia, a zęby mu się wydłużyły.


            Halfling
jedynie ryknął z przerażenia, a Willi skoczył na niego i zaczął wypijać jego
krew. Ralf zaczął się wydzierać przerażony, Gloin panikując zaczął otwierać
drzwi.


- Wampiry! Wampiry! Pomocy. – Wykrzykiwał krasnolud.

            Jabol
chwycił Invidię. Dyzio zaś rzucił w Williego butelką wódki. Pomogło. Wampir
rozsypał się w drobny proch.


            Montolio
chciał się zaśmiać, otworzył dziób, ale jak zobaczył wściekłego Kisjevczyka
znów się zamknął nie wydając z siebie żadnego dźwięku.


            Sytuacja
powoli wracała do normy, Adamowi pomogli wstać, wszyscy zaś, poza Gloinem,
który nadal próbował majstrować przy drzwiach, uspokajali się.


- Ciekawe kiedy go ugryzło. – Westchnął Ralf.

- Faktycznie, musiał się zarazić wampiryzmem, nigdy taki
nie był. – Potwierdził Enrico. – Zresztą jak widać nie potrafił się nawet
zachować.


- Być może wampir jest wśród nas. – Stwierdził Ralf.

- Jeśli bogowie są na tyle okrutni, to z pewnością tu
będzie, może nawet niejeden.


            Nie
musieli czekać długo. Coś niedobrego zaczęło się dziać z Adamem, który powoli,
acz skutecznie przeradzał się w wampira. Trzy butelki wódki święconej poleciały
w jego kierunku, na zawsze go unicestwiając.


            Gloin
jednak nie wytrzymał napięcia i otworzył zasuwę wybiegając na korytarz. Jabol
popędził za nim.


- Wampir jest w tym pomieszczeniu. – Westchnął Shivan,
jakby obudzony z letargu.


- Dwa zabiliśmy! – Ryknął Dyzio.

- Zaledwie wampirzątka. Nasza towarzyszka ukrywa coś
więcej niż nam się wydaje. – Stwierdził kapłan.


            Elwira
natychmiast przeobraziła się z potulnej, miłej kobiety w rządną krwi
wampirzycę. Była szybka, zwinna i miała tylko jeden cel, spróbować krwi. Była
też cwana, dlatego jako jedyna nie tylko dostała się do środka, ale długo też
nie została wykryta. Jak ten klecha mnie
wykrył?


            Lecące
butelki wymijała szybkimi ruchami. Brawo,
byle dalej!
I próbowała atakować.


            Saligia
i Ralf wybiegli z pomieszczenia. Dyzio widząc, że brakuje mu amunicji jedną
ręką chwycił Shivana, który zupełnie nie przejmował się wampirem i rzucił ostatnią
butelką w kierunku Elwiry, tyle, że w locie złapał ją Erlan.


- Nie będziemy tak marnotrawić cennych zapasów.

            Zdziwiło
to także i wampirzycę. Tyle, że mag miał wszystko pod kontrolą i puścił w jej
kierunku kulę ognia. Kobieta zaczęła się skręcać i wić, wrzeszcząc przy tym.
Mogła odskakiwać przed lecącym przedmiotem, ale fala ognia była nie do
uniknięcia. Dla wampira zaś była śmiertelna.


            Wtedy
trójka bohaterów ruszyła za resztą.

Komentowanie nie jest możliwe :, , więcej...

CCCIV.

przez , 22.lut.2009, w Bez kategorii

            Schodzili głębiej i głębiej, piwnice były
zdecydowanie bardziej rozległe niż powinny być. Zapewne „Od zmierzchu do świtu”
było jedynie przybudówką zbudowaną na starych ruinach, jakiejś twierdzy bądź
zamku, o którym nikt już nie pamiętał. Im głębiej wchodzili, tym budowla
zdawała się być masywniejsza, bardziej krasnoludzka. Owszem wszędzie panowała
ciemność, ale potężne kamienne, ciosane ściany mówiły same za siebie. W końcu
weszli do izby, z masywnymi drzwiami, obitymi żelazem, które dało się
zaryglować.


- Tu poczekamy do świtu. – Westchnął Dyzio. – Nie powinni
dostać się do środka, dzięki temu będziemy bezpieczni.


- Jak takie miejsce jak to może w ogóle istnieć!? –
Dopytywał się Gloin.


- Podziękuj bogom. – Westchnął Saligia.

- A jeśli nie wierze w ich istnienie? – Zapytał Erlan.

- To popełniasz błąd. – Odrzekł Enrico.

- W tym aspekcie się zgadzam, ale to nie wina bogów, że
Propolis istnieje, że wampiry istnieją. – Wtrącił się Shivan.


- Jak nie, jak tak? – Oburzył się Saligia. – Po pierwsze
musimy wiedzieć czym jest tak zwany wampiryzm. To choroba o magicznej naturze,
która przekształca ciało i sposób życia swojej ofiary, czyniąc ją istotą
zawieszoną między życiem a śmiercią. To choroba, którą stworzyli bogowie, po to
by się nad nami pastwić w swoich chorych gierkach i pokręconych umysłach.
Musicie zrozumieć, że jesteśmy jedynie pionkami w ich rękach, z którymi można
zrobić wszystko, zrzucić z Miscle, zniszczyć. W końcu zawsze będą kolejne.


- To bzdury. – Zaprotestował kapłan. – Całkowite niezrozumienie
idei…


- Idei? Co ty możesz wiedzieć o bogach, ponadto czego cię
nauczono. Ja przedstawiam jedynie fakty.


- Raczej ich interpretację. – Powiedział Shivan.

- Może ją wskazuję, ale jeśli bogowie pragnęliby
szczęśliwości, czemu tworzyliby wampiryzm? Czemu nie zmietli tego koszmarnego
miejsca z powierzchni Miscle? – Pytał Saligia zwracając się jednak do
pozostałych, wiedział, że kapłana nie przekona do swoich racji.


- Może właśnie po to nas tu zesłali? – Zapytał Shivan.

- Bzdury, jak mamy pokonać wampiry, gdy ledwo zipiemy. Nie
mamy szans na to.


- Albo wiary. – Westchnął kapłan. – Ja wyjdę z tego cało,
jeśli mój Pan tak zechce. I ci, którzy będą się trzymali blisko mnie, również
przeżyją.


- Jeśli tylko twój kapryśny pan tak zechce. A jak mu się
odwidzi? – Ironizował Henryk. – Ale to nie jest mój argument. Nie mam zamiaru
czepiać się słówek, moje argumenty są bardziej merytoryczne. Skoro Miscle jest
odbiciem Księgi Makr, ktoś musiał w niej wampiryzm wpisać, prawda? Możemy
twierdzić, że robili to bogowie chaosu, ale czemu pozostali nie zareagowali i
pozwolili takiemu wynaturzeniu istnieć?


- Niezbadane są wyroki bogów, i niezrozumiałe dla
śmiertelników jest ich postępowanie. – Powiedział Shivan. – Ani nasze oko, ani
nasze ucho nie są w stanie pojąć tego, co nam bogowie przygotowali, zarówno tu,
na padole, jak i w swoim królestwie. Jesteśmy zbyt ograniczeni by to zrozumieć.


- Czy jestem zbyt ograniczony, żeby zrozumieć śmierć? –
Zapytał Saligia.


- Tak. Ja również. Przynajmniej do momentu, gdy sam przez
nią nie przejdę, gdy jej nie doświadczę. Dopiero wtedy ją pojmę i zrozumiem.


- Pod warunkiem, że tam cokolwiek będzie. – Wtrącił się
Erlan, ale ani Shivan, ani Enrico zupełnie nie przejęli się tą uwagą.


- Wiara nie zastąpi wiedzy. Chęć życia w większości z nas
jest wielka, śmierć, czymkolwiek by nie była, skończy ten etap, a w najgorszym
przypadku skończy wszystko. Nic już nie będzie takie samo. – Zapierał się
Henryk. – Nic. Dlatego nie rozumiem bezsensownej śmierci. Po co mi dano życie,
skoro mają mi je odebrać? Mogliby mi w ogóle go nie dawać, nie męczyć mnie, nie
prosiłem się na ten świat, ale skoro już dano mi życie, oczekiwałbym od bogów
podstawowej uczciwości, a nie dziwnych zabiegów zależnych od ich widzimisie. Czy
lis złapany we wnyki błaga bogów o pomoc? Czy może czeka na swą śmierć? Czy
raczej woli odgryźć sobie nogę i żyć dalej, rezygnując z pełni swego
dotychczasowego życie, byleby przeżyć choć kolejny dzień. Byle nie zabrano mu
tego, co najcenniejsze. Wiesz, co zrobiłby lis?


- Wiem. Tyle, że kwestia wiedzy i wiary nie ma z tym
wiele wspólnego. – Odrzekł kapłan. – Nawet stawiając na wiedzę, nie starczy nam
życia by wszystko pojąć i zrozumieć. Im więcej będziemy wiedzieć o Miscle i
wszechświecie, tym więcej będziemy mieć pytań. Sami nie dojdziemy do poziomu
transcendencji. Powinniśmy zatem szukać nie tego, co skłóca wiarę i wiedzę, ale
co je łączy. Propolis na przykład. Ani wiara o tym nie mówi, choć też nie
zaprzecza, ani tym bardziej wiedza, choć ta raczej bagatelizowała legendę. Prawda?
Zaginione Miasto Wampirów, gdzie te spokojnie mogą się schronić przed światem,
który się na nie uwziął, przed Inkwizycją, przed łowcami głów czy zabójcami
potworów, nie wspominając już o przygodnych awanturnikach. Miasto gdzie mogłyby
spokojnie prowadzić swoją egzystencję, gdzie byłby dostatek, gdzie miast wody
płynęłoby mleko i miód. Czyż to nie cudowna wizja? Dla nich, oczywiście. Miasto,
które można by zaliczyć do tak dziwacznych i niewiarygodnych legend jak te o
wielkim skarbie Rypniewskiego, Księdze Makr czy grobie Arianki, nie wspominając
już o bogini uśpionej w Mere Gyrn. Religia tego nie przekreśla, ale nie podaje
też zbyt wiele faktów. A wiedza? Poza tym, że Rypniewski to postać historyczna
o reszcie nie wiemy nic.


            Dyzio
roześmiał się trochę. Skarb Rypniewskiego
już znalazłem, niestety ma właściciela. Księga Makr jest kolejna na tapecie,
potem pewnie ten grób. Tylko o co chodzi z Mere Gyrn?


- Jeszcze o Rotace nie zapominaj. – Wtrącił się
Kisjevczyk.


- A co to jest Rotaka? – Zdziwił się Shivan. Saligia w
sumie też wyglądał na zbitego z tropu.


- Taka legenda, ale widzę, że nie znacie. – W sumie też nie znałem, dopóki tam nie
dotarłem.


- Tyle, że Propolis – kontynuował Enrico – owszem może
nie był nigdy potwierdzony przez naukę, trudno jednak było to kwestionować. Tak
samo jak nikt nie kwestionuje istnienia wampirów. Problemem jest jednak to, po
co bogowie pozwolili istnieć temu miejscu. Po co je w ogóle stworzyli? Azyl dla
wampirów?


- Może to nie ich wina, a Mrocznych Elfów. – Wtrącił się
Ralf. – Może wykorzystali legendę, by ściągnąć wampiry i tym samym zabezpieczyć
sobie tyły. Wszyscy i tak o te mordy obwiniali Moredheli, którzy dzięki temu
zyskali spokój.


- Tyle, że to nie ma żadnego znaczenia. Skoro bogowie
zezwolili na istnienie tego czegoś, są winni. – Tłumaczył Saligia.


- W tej materii jednak się nie zgadzamy. Z tego, co
mówisz, bogowie musieliby interweniować i bawić się Miscle nieustannie, a przy kapryśności
i złośliwości, o jakie ich posądzasz, zapewne dawno by im się to znudziło. I
nie sądzę, by Miscle zostawili samą sobie.


- Daleko jeszcze do świtu? – Przerwał im Jabol.

- To może być nam trudno stwierdzić. – Westchnął Dyzio.

            Po tym
na długo zapanowała cisza.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , więcej...

CCCIII.

przez , 22.lut.2009, w Bez kategorii

            Podziemia
były bardzo rozległe, ale dość wąskie, wszystkie pomieszczenia, które się tam
znajdowały nie były w stanie pomieścić wszystkich uciekinierów. Trzeba było się
rozdzielić. Z jednej strony, zwiększało to szansę na przeżycie choć jednej z
grup, z drugiej każde kilka osób był zdanych tylko na siebie, zwłaszcza, że
Shivan, Erlan i Dyzio trzymali się razem, co specjalnie nikogo nie dziwiło. A
to przede wszystkim dwaj elfowie zdawali się być największą potencjalną obroną
przeciw wampirom.

            Tyle, że
w piwnicy nie było zbytnio miejsca do walki, owszem miejsce na starcie było,
ale ryzyko w bitwie było zbyt duże. Kisjevczyk nie zamierzał tracić
niepotrzebnie ludzi, lepiej było się ukryć. W każdej z sal, łatwiej było
atakować drzwi i tego, kto przez nie próbuje się dostać niż walczyć na
korytarzu z nadciągającą hordą, która potrafi zmienić trochę swój kształt,
zamienić się w nietoperze, przelecieć, nie wspominając już o szybkim
poruszaniu. Widziałem jak poruszał się
Ferve, widziałem tego wampira, który stworzył Seforę, no i pamiętam jak ona
sama wybiegła wtedy z domu, z jaką gracją i niesamowitym tempem. Stojąc i
czekając na nich, nie wygramy bitwy. Będziemy raczej jak owce prowadzone na
rzeź. Musimy się pochować. Może nas nie znajdą. Może będą uważniejsze, a przez
to wolniejsze wchodząc do środka, tak jak były gdy wchodziły na zaplecze. To
nasza jedyna szansa.

            Grupki
były kilkuosobowe. Do jednego z pomieszczeń, pełnego skrzyń z zrabowanymi
rzeczami, weszli Shivan, Erlan, Dyzio, Saligia, Ralf, Willi, Adam, Gloin,
Elwira i Jabol. Wszyscy pochowali się po kątach, poprzykrywali się płachtami,
acz każdy dzierżył w ręku butelkę wódki święconej.

            Mag
zastanawiał się przez chwilę. Czy to w
ogóle coś da? Pamiętam jak walczyliśmy z wilkołakiem, ten miał zmysł, dzięki
któremu wyczuwał ofiary, nawet jeśli ich nie widział. Wampiryzm to choroba tego
samego rodzaju. Nie zdziwiłbym się zatem, gdyby dawała podobne właściwości. A
to znaczy tyle, że całe to ukrywanie jest bez sensu.

            Nie
musiał czekać długo. Drzwi do środka otwarły się, a za nimi stanęła ciemna
postać, która jakby rozglądała się po wnętrzu. Nic więcej jednak nie czyniła.
Stała i wpatrywała się. Wszyscy w izbie starali się wstrzymać oddech. Bali się.
Strach paraliżował ich wolę walki. Chcieli jedynie przeżyć. Zazdrościli każdemu,
kto znajdował się poza tym zajazdem. Zastanawiali się czy wybrali najlepsze
kryjówki, czy ktoś nie ma bezpieczniejszej. Zazdrościli im, nawet nie wiedząc
dokładnie czego. Czuli bicie swego serca, nerwy, nawet jeśli byli opanowani i
czekali na wolę swego pana, to jednak nie potrafili całkowicie oddalić nerwów. Bali
się o swoje życie i siebie. Bali się śmierci. Pocili się. Kurczyli. Ale wampir
zupełnie nie reagował. Jedynie, co powoli zaczął zamykać drzwi, bardzo powoli.

            Erlanowi
się to nie podobał. Musi blefować. Nie
zamknie ich do końca, zostawi sobie wejście.
Jabol w tym czasie mocno
ściskał Invidię. Nagle jednak ciszę rozproszył skrzek.

- Łapska! Łapska! Łapska! – Wydarł się Montolio, a jego
głos w tej komnacie zdawał się być głośniejszy i bardziej doniosły. – Hahaha!

            Dalej
wszystko toczyło się błyskawicznie. Drzwi zaczęły się otwierać. Butelka z wódką
święconą poszybowała w wampira, ale ten odskoczył. Dokładnie tego się
spodziewał. Mag zamyślił się chwilkę. Jego
reakcja miała spowolnić naszą.

- Zabiję! – Wydarł się Kisjevczyk do gwarka, ptak aż się
spłoszył.

            Wampir
wchodził do środka. Adam i Willi zaczęli się w panice wydzierać. Erlan podniósł
ręce i wystrzelił z nich magicznym pociskiem, nie zabiło to wampira, ale na
chwilę go powstrzymał. Wtedy z ukrycia wybiegł Shivan i zaczął zbliżać się do
przeciwnika, ale ten jakby oparzony odskakiwał. Nie mógł się zbliżyć do
kapłana, właściwie to nie mógł w jego otoczeniu przebywać.

            Kryjówka
była spalona. Ale wampir, który koncentrował się na wyznawcy Morroua, nie
dostrzegł lecącej butelki. Rozbiła się mu na głowie a święcona wódka zaczęła go
wypalać.

- Uciekamy dalej! – Rozkazał Dyzio i wybiegł na korytarz.
Reszta podążyła za nim.

Komentowanie nie jest możliwe :, , więcej...

CCCII.

przez , 21.lut.2009, w Bez kategorii

            Jabol
Bimber pierwszy wszedł na zaplecze, chwycił pochodnię, która miał zamiar
odganiać potencjalne wampiry, ale nikogo nie było w środku. Dopiero po jakimś
czasie, zaczęli wbiegać kolejni i zajmować miejsca. Kładli się między
skrzyniami, starali się czymś przykryć, ukryć. Wchodzili nie tylko bocznymi
drzwiami, które odkrył woźnica, ale byli też tacy, którzy wbiegali przez
główne, obecnie zajęte ogniem.


            Nikt
jednak nie zamierzał podejmować walki. A przynajmniej do momentu, aż w środku
pojawił się Dyzio.


- Zamierzacie tak leżeć? – Zapytał. – Jeśli tak, to
wyjdźcie na zewnątrz, nie zabierajcie miejsca tym, którzy chcą przeżyć.


- Dobrze prawi! – Ryknął Saligia. – Słuchajcie go.

- To, że na razie tu nie ma wampirów to tylko
przypadek… W każdej chwili mogą się pojawić. – Mówił Kisjevczyk.


            W tym
czasie do środka wszedł Erlan, niezbyt słuchając wywodów swojego towarzysza,
podszedł do pierwszej lepszej skrzyni, otworzył ją, w środku była wódka. Ucieszył
się. Wyjął jedną butelkę, odkręcił i zaczął pić.


            Większość
zgromadzonych w środku była totalnie zdziwiona widząc, co się dzieje. Tylko
Jabol podbiegł do skrzyni, wyciągnął butelkę i zaczął pić. Potem spojrzał na
kotarę z tyłu, ktoś się tam ukrywał. Podszedł, trzymając ręką Invidię, odsunął
zasłonę i ujrzał kobietę o ciemnych włosach i oczach, wypudrowaną na biało, w
czarnym stroju, z obrożą z ćwiekami na szyi oraz ostry pomalowanymi wargami,
oczywiście na kolor czerwony. Dziewczyna trzęsła się ze strachu.


- Kim jesteś? – Zapytał woźnica.

- Elwira… pracuję tu. – Wymamrotała. – Ale oni… oni
są…


- Wampirami. – Westchnął Bimber. – Cóż, nie bój się, coś
się wymyśli.


            W środku
było coraz mniej miejsca, próbowano zabarykadować drzwi, ale próbował się przez
nie przecisnąć jeszcze jeden elf, Shivan. Całkowicie opanowany i spokojny,
jakby zagrożenie go w ogóle nie dotyczyło. Panie,
niech się dzieje wola twoja. Oto jestem, składam mój los na Twoim stole i
proszę jedynie o to, byś w swoim królestwie wspomniał na swego sługę.
Gdy
wszedł, udało się zabarykadować wejście.


- I tak się przedrą. – Westchnął do barykadujących.

            Jeden z
nich próbował walnąć kapłana, ale został powstrzymany.


- Jest ich coraz więcej i więcej, przybywają niewiadomo
skąd. – Zaczął mówić Shivan. – Wątpię, by ci, którzy zostali w środku przeżyli,
bądź mieli szansę przeżyć długo.


- I co teraz?! – Ryknął jeden z przerażonych gości. –
Zabiją nas!


- Dopiero gdy się tu dostaną. – Rzekł Dyzio. Jak pokonać wampiry! Jak pokonać te cholerne
wampiry! I przeżyć! Myśl intensywniej głupia pało! Gotr na pewno już miałby w
głowie plan. Nie, nie miałby go, skubany brodziasty już by coś robił, a ja
siedzę i debatuję.


- Co to za miejsce? – Zapytał Ralf.

- Patrząc na ilość wampirów, przychodzi na myśl tylko
jedna rzecz. – Dodał krasnolud Gloin. – Propolis.


- Hahaha! – Roześmiał się Montolio.

- Propolis? – Zapytał Willi, woźnica Enrico. – Nigdy o
tym nie słyszałem.


- Propolis nie istnieje! – Wydarł się halfling Adam. –
Nie istnieje! To mit!


- Najwidoczniej nie. – Westchnął Saligia. – Oto przed
nami proszę państwa Zaginione Miasto Wampirów, kraina mlekiem i miodem płynąca,
przynajmniej z ich punktu widzenia. Oto odkryliśmy tajemnicę znikania wozów na
szlaku Mrocznych Elfów. Cieszcie się wiedza.


- Propolis? – Zdziwił się Shivan. – Nie mogę w to
uwierzyć. To niemożliwe.


- A mówiłeś, że mamy odnaleźć Księgę Makr, wierz mi
Propolis to przy niej pikuś. – Odrzekł cicho Dyzio.


            Erlan
skończył pić, rzucił butelkę na ziemię i podszedł do ściany.


- Nawet nie ze złota… – Westchnął. – Strasznie przereklamowane
miejsce.


- Co robimy! One się próbują przedrzeć. – Wydarł się
jeden z blokujących drzwi.


- Przygotujemy się do kontrataku! – Ryknął Dyzio. – Macie
kołki osikowe… – Nie musiał czekać na odpowiedź. – Srebrne ostrza? – Znów odzew
był marny, ale tym razem nie zerowy. – Czosnek? – Ale on tylko odstrasza, nie zwalcza! Tyle, że nikt normalny nie
nosi ze sobą czosnku. Jakie są jeszcze
inne sposoby pozbycia się wampira.


- Możemy podpalić te skrzynie, po ich opróżnieniu. –
Zasugerował Erlan. – Utrzymując ogień będziemy bezpieczni.


- Tyle, że jak się wyrwie, to zginiemy, tak czy inaczej. –
Dodał Saligia.


- Przebijają się! – Wydzierał się mężczyzna przy
drzwiach.


- Jeśli ogień nie działa, to może wodę spróbować. –
Zasugerował Shivan.


- Wodę na wampira? – Zdziwił się Kisjevczyk.

- Mógłbym ją poświęcić.

- Dawać wodę! Dawać wodę! – Ryknął Dyzio.

            Tyle, że
w środku było jej jak na lekarstwo. Ale halfling Adam jako pierwszy rzucił się
na skrzynię i wyciągnął z niej butelkę wódki.


- Nie! – Ryknął Erlan.

- Nie! Zostaw to! – Wydarł się Jabol.

            Za
późno. Kapłan dostał do rąk kilka butelek i zaczął je święcić. Gdy skończył,
Dyzio wydał rozkaz sprawdzenia, ile warta jest wódka święcona. Mężczyźni,
którzy blokowali drzwi, odskoczyli od nich, a te rozwarły się i wampiry dostały
się do środka. Natychmiast w ich kierunku poleciały butelki, które rozbijając
się o nich, zadawały im niemiłosierny ból. Święcona wódka zadziałała, prawie
tak samo jak poświęcona woda, z tym, że gdy wampir się miotał, o wiele łatwiej
mógł zająć się ogniem, gdy zbliżył się i dotknął nieopatrznie pochodni.


- Znalazłem zejścia do piwnic! – Ryknął Enrico.

- Schodzimy! – Zadecydował Dyzio. – Weźcie tyle wódki ile
potraficie.


            Jedynie
Erlan i Jabol zrozumieli te słowa inaczej niż wszyscy.

Komentowanie nie jest możliwe :, , więcej...

CCCI.

przez , 21.lut.2009, w Bez kategorii

            To, co
zdziwiło Shivana to fakt, jak nagle zmieniło się nastawienie do jego osoby.


- Jesteś kapłanem, prawda? – Pytali niektórzy, choć
doskonale znali odpowiedź.


- Zrób coś… – Błagali inni.

- Hahaha! – Roześmiał się Montolio. – Łapska! Łapska! Łapska!

            Kapłan
chwilę się namyślał. Wampiry. Nieumarli,
nigdy w życiu z czymś takim nie walczyłem. Panie mój, daj mi siłę i mądrość,
bym mógł wykonać wolę twoją.


            Następnie
uklęknął i zaczął się modlić. Goście, którzy go otoczyli patrzyli nań z
wybauszonymi oczyma, tracąc nadzieję. Elf zamiast sprostać ich oczekiwaniom i
rozpocząć walkę, oddał się modłom i kompletacji. Rozczarowani, zaczęli
odchodzić, a gwarek jedynie się śmiał.


- Hihihi! Hahaha!

            Najdziwniejszą
rzeczą jednak było to, że wampiry w ogóle nie ruszały Shivana, omijały nie
tylko jego, ale też cały kilkumetrowy okrąg wokół niego samego. Tyle, że tego
prawie nikt nie zauważył. Wszyscy byli zajęci walką, albo raczej ratowaniem
swego życia.


            Dyzio
przeładowywał kuszę i strzelał. Nie dawało to wiele, owszem odrzucało wampira,
ograniczało mu ruch, ale nie zabijało. Gdybym
miał srebrne bełty, albo coś w tym stylu.
Dodatkowo cieknąca krew trochę
utrudniała mu prowadzenie walki, acz wampiry nie atakowały go zbytnio, starały
się koncentrować na łatwiejszych celach, tych, którzy poddali się strachowi,
zazdroszcząc innym jaj i woli przetrwania. Po co się męczyć, skoro można obrać
sobie łatwiejszy cel. W izbie było takich mnóstwo.


            Jabol
Bimber trzymając w ręku Invidię starał się schować gdzieś z boku i faktycznie,
żaden z przeciwników go nie atakował.


            Nie
licząc Shivana, jedyną osobą, która w ogóle nie przejęła się wampirami, był
Erlan, który dalej sączył kolejny trunek. Już dawno wypił więcej niż nakazywał
rozsądek, ale maga to nie obchodziło. Kurwa
gdzie ja jestem… Gdziekolwiek nie pójdę to syf… Ja pierdolę wampiry latają,
mordują, już nie można zrobić normalnej knajpy? Co za czasy! Koniec Miscle się
zbliża. Pierdolone smoki zniewalają i zmuszają do ciężkich robót, na
luksusowych okrętach morduje się pierworodnych, Altburg to jedna wielka
nierządnica, wszędzie kręcą się Iluminarowie. Czy ja kiedyś dożyję czasów, że
pójdę gdzieś i tam będzie normalnie, będzie wszystko w porządku i będzie można
spokojnie pić?
Wychylił kufel do końca.


- Kurwa… skończyło się. Barman… – Krzyknął. – Jeszcze
jednego. – Po tych słowach mu się odbiło.


            Wielki,
postawny mężczyzna stojący za barem, wziął butelkę wódki i zaczął zbliżać się
do czarodzieja. Ten szybko chwycił butelkę, ale barman złapał go za rękę i już
miał zamiar gryźć. Co za chuj! Pić nie
daje!
To zirytował Erlana. Rozbił butelkę na głowie atakującego, sam
odsunął się lekko, co jednak sprawiało mu sporą trudność, zważywszy na ilość
alkoholu, którą wypił od momentu wejścia do „Od zmierzchu do świtu”. Tyle, że
jeszcze wciąż potrafił rzucać zaklęcia. Włożył rękę do kieszeni, gdzie miał
małą kuleczkę siarki, wyciągnął ją i zaczął inkantację. Z rąk wyleciała mu kula
ognia, która trafiła w bar. Płomienie natychmiast zajęły drewno, butelki pod
wpływem gorąca zaczynały pękać, a alkohol jedynie wzmagał ogień. Barman
wydzierał się, gdy trawił go ogień.


- No i koniec picia… – Westchnął mag.

            Odwrócił
się, zobaczył salę, w której większość gości walczyła bądź uciekała przed
wampirami. Jeden wielki rozgardiasz. Przyjezdni nie próbowali uciekać na
zewnątrz, tam łatwiej było wampirom dopaść uciekiniera, starali się grupować, bezskutecznie
stawiać opór, tracili nadzieję, siłę i wolę walki. Zabijali się nawzajem, o
broń, o schronienie. Każdy myślał tylko o swoim życiu, starając się je uratować
za wszelką cenę. Zazdrościli innym miejsc, sposobów obrony, a to popychało ich
do morderstw i walk. W efekcie część gości została zabita przez innych, a nie
przez wampiry. Chaos. Jeden wielki chaos. Nie licząc oczywiście Shivana, który
zachował zimną krew i oddał się modłą. W
nieistniejącego boga! Zamiast pomóc innym, ten odstawia szopkę, cały klecha.

Elf chciał puścić kolejną kulę ognia, która puściłaby z dymem cały lokal. I
zaczął się do tego przygotowywać, dopiero Kisjevczyk podbiegł do niego i
przerwał mu.


- Nie! Nie rób tego. Póki jesteśmy w środku mamy większe
szanse. Na zewnątrz większość z nas zginie.


            W tym
czasie Jabol Bimber znalazł wejście na zaplecze. Kilka osób dostrzegło to i
rzuciło się za woźnicą.


- Trzeba się przegrupować! – Ryknął Dyzio. Oto nadszedł mój czas, Gotr byłby ze mnie dumny. – Wszyscy za mną! –
Wydarł się i pobiegł w kierunku zaplecza. Tam
będzie łatwiej walczyć.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , więcej...

CCC.

przez , 19.lut.2009, w Bez kategorii

- Skurwielowi się trafiło jak ślepej kurze… – Marudził Ralf
wciąż zazdroszcząc Jabolowi.


- To mój woźnica. – Pochwalił się Dyzio.

- Zwykły prostak. – Dodał Kirsten. – Szkoda, że Salma
wybrała takiego przedstawiciela plebsu, to urąga wszystkim gościom.


- Bakarat panowie. – Rzekł Kisjevczyk.

- Wykorzystałeś sytuację. – Zarzucił mu Saligia. –
Przyznaj, że oszukiwałeś.


- Dogadał się z woźnicą. Wszystko jasne! – Ryknął Ralf.

- Bez przesady, cały czas przegrywałem. – Tłumaczył Dyzio.

- Stara sztuczka doświadczonego hazardzisty. Niby słabo
gram, a zbieram karty! – Zarzekał się Kirsten. – Pokaż co tam masz w rękawie!


            Gracz
zaczął obłapywać Kisjevczyka próbując wcisnąć mu w rękaw kartę. Rozpoczęła się
szamotanina, do której dołączył się Ralf. Enrico pchnął stół, tak by odrzucić
od siebie całą trójkę i obserwować wszystko z boku. Kirsten podniósł krzesło i
rozwalił je na głowie Dyzia, któremu rozwalił się łuk brwiowy i natychmiast
popłynęła zeń krew. Dawny zwadźca nie miał zamiaru dać się obijać. Walnął
Kirstena z pięści tak mocno, że mężczyzna zemdlony poleciał za siebie i runął
na podłogę krwawiąc. Ralf w tym czasie podhaczył Kisjevczyka. Obsługa zaczęła
reagować, starając się rozdzielić walczących. Jednak wyszedł z tego jeszcze
większy galimatias. Piękna kelnerka, która pomagała Dyziowi wstać, ni z tego,
ni z owego zaczęła lizać go po twarzy, delikatnie muskając go językiem i
ścierając ze skóry krew. Kisjevczyk czuł się nieswojo, ale większość z obecnych
mu zazdrościła. Kobieta delikatnie go dotykała, jakby pieściła, a językiem i
ustami wysysała całą krew z twarzy. W pewien sposób było to przyjemne. I pociągające.


            Tyle, że
robiła to coraz nachalniej i natarczywiej. Jej usta były nienaturalnie zimne,
jakby martwe, a zęby, zwłaszcza kły zaczęły się wydłużać. Kurwa! Co jest!


            Na sali
rozległ się krzyk. Druga kelnerka wbiła zęby w szyję Kirstena. Dla niego było
już za późno.


            Dyzio
odrzucił kobietę, ale ta była szybsza i zwinniejsza, niż powinna być. Próbował
się od niej uwolnić, ale ona napierała na niego, spijając krew. Wampiria! Kurwa! Tylko nie to! Nie zabiję
wampira! Zwłaszcza kobiety! To jakiś koszmar… Ferve! Sefora!


            Tyle, że
nie miał wyjścia. Tracił siły, kelnerka zaczęła go podgryzać. Kisjevczyk
intensywnie myślał. Ręką grzebał w swojej podręcznej torbie. Kulka oryszalku.
Hubka i krzesiwo. Zapasy. Osikowy kołek. Ten
sam, który został mi po Gotrze, wtedy gdy zabił tego wampira, tego który
przemienił Seforę.
Dyzio nie myślał zbyt długo, momentalnie wbił kawałek
drewna w plecy kobiety, tak by dosięgnąć do serca.  Zbyt
łatwo.


            Wampirzyca
rozsypała się w pył. Pokonana. Kisjevczyk wstał, spojrzał na wszystkich
zwróconych ku niemu. Miał więcej szczęścia niż Kirsten, pokonał przeciwniczkę i
wyszedł z tego cało. Mogli mu jedynie zazdrościć. Ale jest jeszcze jeden problem, druga wampirzyca. Chciał podnieść
kołek, ale ten zniknął. Jakby ktoś go zabrał. Jeszcze jeden wampir? Rozejrzał się. Nie jeden! Cała masa!


            Cała
obsługa wyglądała nienaturalnie blado, i zachowywała się inaczej… Wszyscy
byli wampirami. Odrobina krwi wyrwała ich z stanu uspokojenia. To jest to o czym mówił Ferve, zew krwi, jak
go nie czuje, jest w stanie wytrzymać, ale gdy zobaczy krew, pokusa jest zbyt
wielka.


            Wampiry
przestały się przejmować czymkolwiek, rozpoczęły swój atak.


            W „Od
zmierzchu do świtu” zapanowała totalna panika. Handlarz ptakami, który
rozmawiał wcześniej z Shivanem rzucił wszystko i z krzykiem wyleciał z budynku.
Dwaj minstrele zamienili się w nietoperze i polecieli za nim. Inni zaczęli
atakować klientów. To by było na tyle,
jeśli chodzi o ataki Moredheli!

Komentowanie nie jest możliwe :, więcej...

stat4u <!-- s4uext=s4upl(); document.write('stat4u') //--> stat4u

Blogroll

Kilka bardzo polecanych stron...