orthank blog

Tag: ocean

CCCXXIV.

przez , 29.maj.2011, w Bez kategorii

Nad
ranem dryfowali już nie między dwoma pęknięciami w podłożu, ale wulkanicznymi
graniami, z których nad wodę buchał ogień. Admirał bardzo żałował, że nie
zdecydował się wypłynąć na pełny ocean lub ku brzegom, gdy miał jeszcze okazję.
Teraz znajdowali się w krzyżową ogniu, a atmosfera na okręcie zagęszczała się.

Załoga
i pasażerowie nie wiedzieli, co się działo z resztą okrętów. Owszem, część
także znajdowała się w klinie, kilka niestety już spłonęło, ale gdzie
znajdowała się reszta nie wiedzieli.

-
Bogowie nie chcą byśmy płynęli na południe! – Krzyczał jeden z marynarzy.

-
Wszystkiemu winny jest elf! On na nas sprowadza nieszczęścia! – Wydzierał się
inny.

Shivan
jednak na to nie reagował. To jeszcze nie
koniec.
Gdy mógł starał się modlić do Morroua, ale zbyt trudno przychodziła
mu koncentracja i wyciszenie. Ilość negatywnych emocji, które trawiły
„Bastiena”, stanowiło wręcz większe niebezpieczeństwo niż ogień. I kapłan
doskonale to wiedział. Rozpoczęło się polowanie na czarownice, widział to na
Starym Świecie tyle razy, że mechanizm był dla niego oczywisty. Rozumiał także,
że to on tym razem miał być celem. Choć był przekonany, że tu nie skończy się
jego żywot, wolał nie prowokować sytuacji, w której ktoś mógłby próbować
targnąć się na jego życie.

-
Nawet jeśli mnie zlikwidują – wyznał w tajemnicy admirałowi – musi pan
wiedzieć, że to pan będzie następny.

-
Ale chyba nie… – Zawahał się Vedre.

-
Oczywiście, że nie. – Uśmiechnął się Shivan. – Ja to przeżyję.

-
A ja? – Zapytał nieśmiało admirał.

-
Czeka nas jeszcze jedna ciężka przeprawa. Widziałem ją, tak jak widziałem te
płonące ognie nad wodą. – Mówił spokojnie kapłan. – Wielu zginie, ale nie wiem
kto. Poznam ich nim nastanie świt dnia następnego.

-
Przesłanie od bogów? – Dziwił się Jean-Claude.

-
Dar. Lub klątwa. – Rzekł elf. – Czasami trudno rozróżnić.

-
Przeklęty dar. – Drwił admirał.

-
Można to tak nazwać.

Potem
długo nie rozmawiał z admirałem. Wyczuwał tylko dziwne uśmieszki marynarzy, gdy
go mijali. Niektórzy nawet nie ukrywali swojej pogardy i wiązali przy nim węzły
szubieniczne, starając się machać mu nimi przed twarzą, ale tak by żaden z
oficerów tego nie zauważył.

-
Zawiśniesz niebawem, chuju… – Wymamrotał mu jeden. – Te wody jeszcze nigdy
nie spłynęły tak krwią, jak przez ciebie! – Irytował się i powoli tracił
panowanie nad sobą.

Shivana
zaś to ostatnie zdanie zaintrygowało. Jakby stanął w miejscu i rozmyślał nad
przeszłością. Istniały techniki magiczne, które pozwalały zobaczyć przeszłość,
oczywiście przy pewnych założeniach można było im ufać. Ale kapłan ich nie znał
i nie potrzebował. Zanurzył się w wizję, zaufał swemu Bogu i widział te wody
zbrukane krwią. Wielką bitwę, pełną dziwnych metalowych okrętów. I śmierć,
która zbierała tu olbrzymie żniwo. Czy to
było w czasach Kompanii Chaosu? Czy może później?
Dopiero potem przypomniał
sobie o metalowym wraku, który mijali. Wizja musiała dotyczyć podobnych
okrętów, a to znaczyło, że to wojna z czasów Mrocznych Elfów.

-
Boisz się? Sumienie cię ruszyło? Zabiję cię…

Nagle
mężczyzna poczuł rękę maga na ramieniu, a następnie poczuł jak traci kontrolę
nad swoim ciałem.

-
Usztywnionko, zawsze działa. – Uśmiechnął Mirak.

-
Przepraszam, zamyśliłem się. – Powiedział elf.

-
Ten pan, próbował cię zabić.

-
Mnie? No to ładnie… – Zdziwił się kapłan. – Coś mówił, ale zaintrygował mnie.
Nie miał racji. Zginie mniej osób, niż kiedyś na tych wodach, ale wtedy się
wyrzynali. My będziemy mierzyć się z naturą. Niebawem zrozumiecie.

-
Odprowadzę cię do twojej kajuty. Zamknij się w niej, dla swojego
bezpieczeństwa. – Powiedział czarodziej. – Rano przyjdę po ciebie.

Shivan
zgodził się właściwie bez słów.

Nad
ranem sam też nie wychodził. Przyniesiono mu tylko chleb i wodę, bowiem tylko
takie posiłki spożywał. Dopiero koło południa do drzwi kajuty zapukał Mirak.

-
Mamy problem, potrzebujemy cię na pokładzie.

Elf
wstał i bez słowa ruszył za czarodziejem. Mag tylko zastanawiał się, skąd u
kapłana tyle wewnętrznej radości, by się jeszcze uśmiechać do innych. Marynarze
go nienawidzili, a on sobie kompletnie nic z tego nie robił.

Na
pokładzie zaś panowała nerwowa atmosfera. Mężczyźni klęli jeden przez drugiego.
No i jeszcze odór bijący od wody. Nikt nawet nie zwracał uwagę na ogień
wydobywający się z wód, ten bowiem znajdował się na tyle daleko, że nikomu nie
przeszkadzał.

-
Czy to jest to, o czym mówiłeś? – Zapytał admirał kapłana.

Ten
jeszcze nie bardzo wiedział, o co chodzi. Zrobił tylko zdziwioną minę.

-
Kurwa szczurze morski! – Wykrzykiwał bosman. – Zatruta woda!

-
Zatruta? – Zdziwił się Shivan. Chyba nie
pili morskiej wody?


Spokojnie
podszedł do krawędzi „Bastiena” i rozejrzał się. Wody oceanu miały kolor brunatny,
brudny, który mógł się niektórym kojarzyć z powoli krzepnącą krwią. Ale na
powierzchni miast białych bałwanów pływały zdechłe zwierzęta morskie. Ryby,
czasem ptaki i inne morskie stwory, których wielu z tu obecnych nigdy nie
widziało na oczy. Wszystko zdechło. Od
tego wybuchu…
Nikt nie wiedział, czy ptaki potruły się od ryb, czy od
czegoś innego. Jeśli przyjdzie im po tym płynąć bez okrętu, mogą być skazani na
śmierć.

-
Czarna rozpacz! – Krzyknął jeden z marynarzy wskazując plamę czarnej cieczy,
która rozpościerała się po prawej stronie burty. Wewnątrz niej taplał się
umorusany ptak. Nie potrafił się wzbić w powietrze. Chciał odlecieć, uciec, ale
tracił ostatki sił i umierał.

-
No to ładnie…

-
Czy to jest to, przed czym nas ostrzegałeś? – Zapytał Jean-Claude.

Shivan
rozejrzał się uważnie. Wszyscy byli wpatrzeni w niego, jakby był jakąś
wyrocznią. Kapłan spuścił tylko głowę. Mówiąc
prawdę odbieram im nadzieję. Ale czy mogę tu kłamać? Czy mam do tego prawo?


Wziął
głęboki oddech.

-
Nie. To jeszcze nie to. – Przyznał ze smutkiem. Ale może to dopiero może doprowadzić do mojej wizji.

Komentowanie nie jest możliwe : więcej...

CCCXXII.

przez , 29.maj.2011, w Bez kategorii

Przez
cały dzień nad morzem panowała sztormowa pogoda. Widoczność była bardzo
ograniczona, przez to „Bastien” raczej dryfował niż płynął. Dopiero pod wieczór
wiatr ucichł, a widoczność się poprawiła. Wtedy to Mirak wychodząc po raz
pierwszy tego dnia na świeże powietrze zauważył coś niepokojącego nad
horyzontem. Jakby ogień trawiący lasy. Sprawa szybko zaczęła interesować i
innych pasażerów okrętu. Wszyscy stali po jednej burcie i wypatrywali
dokładnie, a im było ciemniej tym lepiej było to widać.

-
Pożar? – Zastanawiał się jeden z marynarzy.

-
Nawet jeśli to pożar to chyba na niespotykaną dotychczas skalę. – Dodał inny.

-
Nie wiemy jak wyglądają tutaj pożary. – Pouczał ich mag. – Możliwe, że są dużo
większe niż nam się wydaje.

-
Może to nie jest naturalny pożar. – Zasugerował im admirał Verde. – Moredhele,
czekały na stosowną chwilę i teraz zaatakowały.

-
Zdrada! – Krzyczeli jedni.

-
Pułapka! – Wydzierali się inni.

Zrobił
się chaos nad którym nawet admirał nie potrafił zapanować. Marynarze i
żołnierze klęli na czym świat stoi. Żywiołowo opowiadali o tym, co Mroczniaki
znów uknuły. Rozważania te przerwał im dopiero Shivan.

-
Gniew nic wam nie pomoże. – Mówił.

-
Co ty możesz wiedzieć o wojowaniu, klecho! – Ryknął jeden ze zdenerwowanych. –
Gniew, dobre sobie! To wojna! Ty tylko grzebiesz zmarłych.

-
I niedługo będę miał pełne ręce roboty. – Powiedział spokojnie elf z pewną nutą
radości, co zabrzmiało wyjątkowo cynicznie. – Nie wiem czy i was nie pochowam.
– Dodał.

Tylko
tego brakowało. Marynarz wręcz rzucił się na kapłana z pięściami, chcąc go
pobić. Dobrze, że admirał Vedre znajdował się tak blisko i mógł powstrzymać
rozwścieczonego podwładnego.

-
Mości kapłanie, wiele rozumiem, ale to nie czas, by prowokować innych. –
Pouczył go szeptem, tak by nikt inny nie słyszał.

-
Ale ja nikogo nie prowokuję. – Oznajmił głośno Shivan, może nawet trochę
oburzony, ale chyba nawet bardziej zdziwiony w jaki sposób go odczytano. –
Miałem wizję, sen…

-
No nie… Znowu? – Wystraszył się Mirak. – Co tym razem? Oceany się zagotują?

-
Prawie. – Uśmiechnął się elf. – Ale radziłbym wam wypatrywać dokładnie po
drugiej burcie. Tam dno się rozjaśni, a potem zapłonie.

-
Dno? – Zdziwił się admirał. – Dno nie płonie, woda nie pozwala.

-
Może coś źle zinterpretowałem, ale widziałem ogień na wodzie. – Przyznał
spokojnie Shivan. – Cóż, na waszym miejscu wolałbym pozostać na wachtach. Dziś
będzie ciężko spać.

-
Znowu wieszczy nieszczęścia, jak wtedy na krwawych wyspach. – Wymsknęło się
komuś.

-
A pamiętacie, co ta stara baba mówiła? On nie wieszczy, on je sprowadza! –
Mówili inni.

Admirał
zaś nie wiedział jak zareagować. Sam przez godzinę patrzył w dno, lecz niczego
tam nie widział. Potem rozkazał pilnować kilku marynarzom, tak na wszelki
wypadek, sam zaś położył się spać.

Było
grubo po północy, gdy wyrwali go ze snu.

-
Panie admirale, panie admirale – mówili – ten elf miał rację!

Jean-Claude
nawet się nie ubierał. Wybiegł tak jak spał, prawie nago. Lekko zdenerwowany,
lecz gdy wyszedł na pokład i nie zobaczył żadnego ognia, ani światła w
pierwszej chwili odetchnął. W drugiej chciał wyciągnąć konsekwencję wobec
marynarzy, którzy mogli świadomie wprowadzić go w błąd. Dał im jednak jeszcze
jedną szansę.

-
I?

-
Proszę podejść do burty i spojrzeć w kierunku dna.

Zrobił,
co mu kazali. Zdziwił się oto bowiem w pewnej odległości od nich dno jakby sie
rozjaśniło, jakby podmorskie szczyty spłynęły lawą.

-
Wulkan? – Zapytał pod nosem. Znowu?

Nie
potrafił jednak ocenić dokładnie odległości. Jakim cudem podobne nieszczęście trafia się nam dwa razy pod rząd.

Tym
razem jednak to nie był pojedynczy wulkan, a jakby pęknięcie przechodzące przez
całe pasmo, z północy na południe.

-
Musimy dobić do brzegu. – Zaryzykował.

Wiedział,
że nie znają tutejszego wybrzeża, że mogą wpłynąć na mielizny, ale nie chciał
ryzykować kontaktu z wulkanem, zwłaszcza, że czerwona lawa robiła się coraz
wyraźniejsza. Doskonale wiedział, że ona i tak zastyga, zmieniając kolor, więc
musiało wypływać jej coraz więcej.

Lecz zanim udało się
okręt skierować ku brzegom, dostrzegli kolejne pęknięcie. A oni znajdowali się
dokładnie między nimi.

Komentowanie nie jest możliwe : więcej...

CCXCIX.

przez , 19.kwi.2011, w Bez kategorii

Dwudziestego
szóstego dnia rejsu, morale na pokładzie „Bastiena” sięgnęło dna. Część
marynarzy już głośno mówiło, żeby wracać. W dodatku, od dwóch dni prawie w
ogóle nie wiało, a okręty stały praktycznie w miejscu. Dwa dni po opuszczeniu
krwawych wysp natknęli się na dobre łowisko, gdzie złapano wiele łososi, które
teraz serwowano dzień w dzień. Jednak teraz brakowało wszystkiego. I jeszcze
ten upał.

Jean-Claude
Verde starał się trzymać fason, jednak coraz częściej jego rozkazy nie były
wykonywane.

-
Jaki armia, taki admirał. – Nabijał się Gustav. – Ale niech mi któryś spróbuje
moich rozkazów nie wykonać, łeb ukręcę! – Krzyczał na swoich podwładnych.

Potem
chował się przy swoim hamaku i wyciągał smakołyki z torby od LeFevre’a. Reszta
musiała żywić się łososiem. W dodatku, przez całe to zamieszanie z krwawymi
wyspami prowadziło do tego, że na pokładzie brakowało już innej żywności i
wody.

Prawie
wszystkich ogarniało więc zwątpienie. Nie tylko marynarzy, ale też żołnierzy i
pasażerów. Nawet admirał Verde jak patrzył na kolejną potrawę z łososia, czuł
jak zbierają się w nim odruchy wymiotne.

Jean-Claude
poprosił do siebie Larandara, Miraka i Ishet, o Brigu zapomniał, bo wciąż brał
go za osobę, którą przygarnięto z innego okrętu.

-
Mamy problem. Kilka osób już szepcze o buncie.

-
To tylko kilka osób, nie ma się czym przejmować. – Pocieszał go elf.

-
Nie znacie specyfiki marynarzy. – Poprawił go admirał. – Bunt to jedno, nie
tego się boję najbardziej.

-
A czego? Krakenów, o których mówił Shivan? – Dopytywała chłopka.

-
Nie. Podszeptywań.

-
U nas w Bestwince to baby plotkowały, niektóre znaczy się. A jakie to ploty
były, a ile w nich prawdy a ile w nich kłamstw! I co, Bestwinki nie ma, upadła.

-
Właśnie tego się boję najbardziej. – Przyznał Verde.

-
Okręt nie rozsypie się od plotek. – Stwierdził Mirak. – To niemożliwe.

-
Znacie termin polowanie na czarownice? – Zapytał admirał.

Przytaknęli,
choć nie do końca wiedzieli o co chodzi.

-
W dawnej Galonii działo się tak, że jak przychodził nieurodzaj do wioski, to
ktoś musiał być winny. Najczęściej była to czarownica, tylko trzeba było ją
znaleźć.

-
Chyba nie sądzisz pan, że… – Zastanawiał się głośno mag. LeFevre i Iluminari?

-
To, że winna była czarownica – kontynuował admirał – nie ulegało najmniejszej
wątpliwości. Uznawano to za fakt. Trzeba było tylko tę czarownicę znaleźć. I
się jej pozbyć. Więc organizowano różne dziwne konkury, który miały wyłonić
prawdziwą czarownicę. Nie były to przyjemne sprawy. Niestety ten przesąd jest
bardzo bliski postępowaniu marynarzy.

-
Chyba mnie nie podejrzewają! – Oburzyła się Ishet. – Nie jestem czarownicą!
Okropne, że oni są tacy przewrażliwieni! Niech Shivana wyrzucą.

-
Właśnie chciałbym uniknąć rzucania jakichkolwiek podejrzeń. To, że wyrzucą
kogokolwiek, nie wiele zmieni, jeśli nasze położenie nie ulegnie poprawie. –
Ciągnął admirał. – Wcześniej, czy później przyjdą i po mnie.

-
A więc o to chodzi! – Krzyknęła chłopka. – Nie o misję, tylko o własne
bezpieczeństwo.

-
Jestem gwarantem tej misji. – Sprostował Verde. – Beze mnie nie zapanujecie nad
marynarzami. I tak już dość krwi zostało przelanej, a czeka nas jeszcze starcie
z wrogiem.

-
Dobra, mamy pomóc podnieść morale, tak? – Zapytał Larandar.

-
O to właśnie mi chodzi. – Ucieszył się Jean-Claude.

-
To może jakiś teatrzyk? – Zapytała chłopka.

-
Bardzo dobry pomysł. – Podchwycił Mirak. – Ja to załatwię.

-
Nie wiedziałem, że on ma takie artystyczne inklinacje. – Rzucił pod nosem elf,
gdy czarodziej wychodził z kajuty.

Mag
szybko pobiegł do siebie i zaczął przeglądać księgi, a następnie szukać
składników. Gdy już miał wszystko gotowe, udał się na dziób, gdzie modlił się
Shivan. Mirak nie zwracał uwagi na starego elfa, podszedł do krawędzi i
rozpoczął przygotowanie czaru.

Efekt
dało się zauważyć po kilku minutach. Gdzieś na horyzoncie pojawiła się
iluzoryczna wyspa, która miała się oddalać im bardziej będą płynąć w jej
kierunku. Sam zaś wrócił szybko i niepostrzeżenie do swojej kajuty i czekał na
rozwój wydarzeń.

Gdy ktoś na bocianim
gnieździe wypatrzył ląd, od razu cały okręt się ożywił. Na nowo w marynarzy
wstąpiła siła. I pomimo braku wiatru dali z siebie wszystko, byle ruszyć w
kierunku nowego lądu.

Komentowanie nie jest możliwe : więcej...

CCXCVIII.

przez , 18.kwi.2011, w Bez kategorii

Tej
nocy koszmary męczył Larandara. Ale gdy się obudził nie potrafił sobie zupełnie
nic przypomnieć. Ani jednego wspomnienia, ani jednej sceny. Czuł tylko i
wyłącznie niepokój, może nawet strach. I przez myśl przechodziło mu tylko jedno
słowo.

Kalimahr.

Elf
nie wiedział, co ono oznacza. Przez chwilę zdawało mu się, że coś sobie
ubzdurał, potem jednak zwątpił. Może to
LeFevre rzucił na mnie jakiś magiczny urok?


Wstał,
wyszedł ze swojej kajuty i odszukał jedynej osoby, która mogła udzielić mu odpowiedzi.

Shivan
również wyglądał na zaniepokojonego, choć gdy tylko fechmistrz go zagadnał,
stary kapłan uspokoił się i wypogodniał.

-
Miałem dziwny sen. – Uśmiechnął się.

-
O czym? – Zaciekawił się Larandar. Pewnie
nie będzie pamiętał.


-
To niesamowite, ale nie potrafię sobie przypomnieć, czego on dotyczył. Dziwne,
zapamiętałem tylko emocje.

-
Strach? Niepokój? – Dopytywał fechmistrz.

-
Dokładnie.

-
A mówi ci coś słowo: Kalimahr?

-
Nie, ale ono mnie również nurtuje. – Przyznał Shivan. – Widzę, że śniliśmy
bardzo podobnie.

-
Co to może znaczyć?

-
Nie wiem. – Odparł starszy kapłan. – Ale myślę, że na tych krwawych wyspach coś
przeoczyliśmy. Powinniśmy zwrócić.

-
Zawrócić? – Zdziwił się fechmistrz. – Ale…

-
Sami, nie potrzebujemy innych okrętów. Nic nam nie grozi.

-
Tam wszystko spłonęło! – Protestował Larandar.

-
Dlatego łatwiej przyjdzie nam znaleźć, to czego szukamy.

Fechmistrz
mógł co najwyżej przytaknąć.

Admirał
Verdę nie był zadowolony, gdy usłyszał prośbę o zawrócenie. Dość długo kręcił
nosem, ale w końcu uległ.

„Bastien”
nie przybił bezpośrednio do brzegu. Larandar, Shivan, Gustav i trzech żołnierzy
dostało łódź wiosłową, którą musieli sami dopłynąć. Nie było miejsca na nikogo
więcej.

Po
przybyciu do brzegu kapitan Van Halen odrzekł.

-
My tu zostaniemy, jak coś to nas wołajcie.

A
potem zwrócił się do żołnierzy.

-
To kapłani. Jakieś modły im się przypomniały. Nie zawracajmy sobie nimi głowy.

Wyspa
wyglądała inaczej niż wczoraj. Stos ciał spłonął, wszystko inne zostało
spopielone, a popiół zabrany przez wiatr. Wszędzie widać było czarne
wulkaniczne skały, pozbawione jakiegokolwiek życia. I gdzieś tam w górze
wulkan, który obecnie dogasał.

Jaskinie
wyglądały dużo gorzej. Przede wszystkim śmierdziało od nich. Zostały tu
wszystkie odchody i resztki jedzenia tych, którzy tu przebywali. A także masa
nikomu niepotrzebnych przedmiotów, które tu pozostawiono.

-
I tu by się przydał ogień. – Mruknął Larandar.

-
Tego miejsca nikt nie zobaczy, przez długi czas. – Odparł Shivan. – Ale my
musimy się przez te śmieci przekopać.

-
Zawołać żołnierzy?

-
Nie, nie będą wiedzieć czego szukamy.

-
A czego szukamy? – Dopytywał Larandar.

-
Jak znajdziesz, to zobaczysz.

I
spędzili pół dnia na przegrzebywaniu wszystkich resztek. Fechmistrz przerzucał
je i sprawdzał, co jest pod nimi, Shivan zaś starał się je od razu układać i
porządkować, choć jak sam mówił, nie miało to większego sensu. Bo gdy ktoś
następny tu dotrze, po tych rzeczach nie pozostanie już nawet ślad.

W
końcu Larandar odkrył jakiś łańcuch, który był przybity do podłoża.

-
Jakim cudem? Kto to zrobił? – Zastanawiał się głośno.

Starszy
kapłan bardzo szybko podbiegł do niego zaciekawiony. Spojrzał na to i podnosił
łańcuch, starając się znaleźć jego drugi koniec.

-
To nie był nikt z naszych. – Odparł jedynie Shivan. – Ten łańcuch jest starszy
niż całe Imperium.

-
Słucham? Jakim cudem?

-
Dotknij go. To nie jest zwykły metal. To oryszalk.

-
Co? – Zdziwił się Laradnar.

-
Metal bogów. Jeden z podstawowych materiałów w czasach Kompani Chaosu.

-
I wtedy tu ktoś przybił łańcuch?

-
To więzienie. – Przyznał Shivan. – Na samym dnie oceanu. Ono nie wypiętrzyło
się bez powodu.

-
Ale po tysiącach lat więzień przecież już by nie żył.

-
Czyżby? – Zastanawiał się głośno stary kapłan.

-
Zresztą to nie jest żadne więzienie. Nie ma tu strażników, ani…

-
Są! – Krzyknął uradowany Shivan. – No to ładnie…

Znalazł
właśnie koniec łańcucha, na którym znajdowały się kajdany. Otwarte. Obok leżał
drugi łańcuch, który przybito w innym miejscu jaskini.

-
To niemożliwe… To nielogiczne… – Nie mógł zrozumieć tego Larandar. – To bez
sensu.

-
Czyżby?

-
Dobra miałeś rację, ale kto by chciał uwalniać coś zamkniętego tu przed
tysiącami lat?

Nie
musiał odpowiadać na pytanie. Doskonale zdawał sobie sprawę, kto był do tego
zdolny. Czy to LeFevre ściągnął na nas to
nieszczęście? Te wszystkie gwiazdy, trzęsienia ziemi i tsunami to jego robota,
bo taką obmyślił sobie ofiarę?


-
I co teraz? – Dopytywał fechmistrz.

- Wiemy więcej niż
wiedzieliśmy wcześniej. W tym miejscu uwięziono Kalimahra, ale on został
uwolniony. To miejsce więcej nam nic nie powie, odegrało swą rolę. Wracajmy.

Komentowanie nie jest możliwe : więcej...

CCXCVII.

przez , 17.kwi.2011, w Bez kategorii

Nim
udało się złapać i zreperować wszystkie okręty, minął tydzień. Większość
wracała na pokład tak szybko jak tylko mogła, unikając krwawych wysp. I choć
wulkany nie wybuchały, wciąż nad archipelagiem i okolicom unosił się dym. Przez
to wydawało się, że blask księżyców jak i Ulos jest mniejszy. Niektórzy nawet
mówili, że to samo działo się po Wojnie, że to znak.

Większość
jednak była źle nastawiona do tego, co się stało. Wielu z żalem mówiło o tym,
co ich skłoniło by wziąć udział w tej wyprawie. Byli tacy, którzy już mówili,
że to wina ich królów, że niepotrzebnie udają się do ziem Moredhelskich.
Problem w tym, że nawet żołnierze o tym szeptali, chcieli wracać.

O
ile wcześniej napełnieni nadzieją, po pokonaniu renegatów, teraz znów napełniał
ich lęk. Bali się tego, co mogą znaleźć na drugim brzegu.

A
jeszcze bardziej przerażały ich krwawe wyspy. To miejsce naznaczone było
śmiercią. Shivan i jego pomocnicy nie byli w stanie pochować tu wszystkich.
Ciała ułożono na jednym wielkim stosie, gdzie wyciągnięto też fragmenty
rozbitych okrętów. Gdy czuło się jeszcze smród rozkładających się trupów,
miejsce to zyskało nową nazwę – wyspą śmierci. Niektórzy jaskinie nazywali
nawet przedsionkiem otchłani.

Okręty
powoli odbijały od wyspy, i pomimo pewnych protestów płynęły dalej. Jednak
wszystkie bandery opuszczono do połowy. Natura pokonała sojusz, albo
przynajmniej w to chciano wierzyć.

Shivan
tym razem stał na rufie „Bastiena” i spoglądał na wyspę, gdy odpływali.

-
Zostawiasz ich tak? – Zapytał Larandar. – Myślałem, że podpalisz stos.

-
Może nie jestem magiem, ale wiem, że ten stos zapłonie, gdy o to poproszę. –
Przyznał stary elf.

-
Nie dotarliśmy jeszcze do ziem Moredheli a już straciliśmy tyle osób. – Rzucił smutno
fechmistrz. – Nie wspominając o okrętach. W ciągu tych kilku dni zginęła ponad
połowa.

-
Zginie więcej. – Odparł stary kapłan. – Nie ma wojny bez śmierci, kto wojuje w
końcu ginie.

-
Myślisz, że te anomalie to normalna rzecz?

-
Zależy. – Uśmiechnął się Shivan. – Nie działo się tu nic nienormalnego. Śmierć
jest naturalnym końcem rzeczy, podobnie jak katastrofy są częścią natury.
Pytanie czy ten zbieg okoliczności to coś, co na nas czyhało, czy wpadliśmy w
jakiś przypadkowy wir. W tym pierwszym przypadku, można się zastanawiać, czy
czekają nas podobne nieprzyjemności na morzu.

-
Oceanie. – Poprawił go Larandar.

-
Masz rację, oceanie, ogromnym przestworze wody. Ale jeśli tu istnieją podobne
siły, to jakim cudem Moredhele je ominęły.

-
Mieli portale, to wie każdy. – Powiedział fechmistrz.

-
W czasie Wojny mieli. Ale czy pamiętasz bitwę o Brak?

-
Coś słyszałem, ale to było dawno… Za młody jestem…

-
Ja też. – Uśmiechnął się Shivan. – Bitwa miała miejsce jakieś osiemdziesiąt
parę lat przed moim urodzeniem. Przed Wojną była owiana legendą. Mroczne Elfy
wysłały kilka okrętów, które dotarły do miasta portowego Brak. Dosłownie kilka.
I dokonali rzezi. Ale czemu tych okrętów było tak niewiele? Czy tak sobie
zaplanowali, czy tylko tylu z nich dotarło? Tego nie wiemy.

-
Może bogowie mogliby nam pomóc. – Zasugerował Larandar.

-
Pewnie mogliby, tylko po co. To sprawy na tyle odległe, że nie ma co do nich
wracać. Ważne jest to, co robimy my tu i teraz.

-
Ale nadal nie wiemy, czy w innych miejscach mogą wypiętrzyć się nam kolejne wyspy,
czy nie.

Shivan
uśmiechnął się tylko.

-
W swoim czasie się dowiemy. O drodze, którą przemierzamy i tak wiemy
wystarczająco wiele, jeśli będziemy znać wszystko, nie będzie sensu iść. Każda
droga ma swój cel. Jeśli dowiesz się, że do niego nie dotrzesz, to zawrócisz,
prawda? A jeśli nagle go poznasz, to przestanie być już tak interesujący.
Znajdziesz inny, a w rezultacie nigdzie nie pójdziesz. Nie ma sensu poznawać
przyszłości zanim nie nadejdzie.

W
tym momencie stos na wyspie zapłonął. Ciała spalały się.

-
Morrouowi niech będą dzięki. – Powiedział Shivan spoglądając w niebo.

-
A jednak znałeś tę przyszłość. – Kontynuował Larandar. – I przeszedłeś tą
drogę, choć wiedziałeś jaki będzie rezultat. Może nie trzeba było ich układać
na stos?

-
Nie wiedziałem, tylko wierzyłem. Wiara determinuje moje działania i mnie. Ona
definiuje to kim jestem. A gdy widzę, jak zmienia się w coś namacalnego, co
mogę objąć swym umysłem, wiem że to był mój cel do którego dążyłem.

-
Zawsze się udaje? – Zaciekawił się fechmistrz.

- Jeśli pytasz o chwilę
zwątpienia, to tak, zdarzają się. Widziałem tamten świat, byłem w nim, wiem co
mnie tam czeka i z wytęsknieniem wyczekuję tego. Ale tam w jaskini widząc co
się dzieje, byłem tylko elfem, który zwątpił. Dlatego teraz ten ogień był dla
mnie tak ważny. A teraz pozwól, że się za nich pomodlę.

Komentowanie nie jest możliwe : więcej...

CCXCVI.

przez , 17.kwi.2011, w Bez kategorii

Wielu czekało na
świt, lecz ten nie nadszedł. Mrok spowijał całą wyspę. Ci, którzy próbowali
opuścić jaskinie, w najlepszym wypadku wracali zniechęceni. Jednak nie
wszystkim się to udało. Cześć zginęło po drodze. Udusiło się. Niektórzy przewrócili
się o ciała tych, którzy zginęli.

Wewnątrz
jaskini jednak nikt nie czuł się bezpieczny. Wszyscy, z wyjątkiem może Shivana i LeFevre’a, bali
się o swoje życie. Pogrzebani pod ziemią na wyspach, które dopiero co się
wypiętrzyły, obawiali się, że lawa ich zaleje. Albo, że skończy się powietrze.
Zresztą słabsi i tak tracili przytomność. Padali na ziemię. Głodni, zmęczenie,
zestresowani.

I
nikt im nie pomagał.

Słudzy
nie pomagali zbytnio swych panów. Strach paraliżował wszystkich.

Ale
dzień w ogóle nie przychodził. Lub raczej nie dało się go dostrzec. Jednak
wszyscy wiedzieli, że mija południe i powoli nadchodzi wieczór. Wielu zrobiło
się zmęczonych. W końcu nie spali właściwie cała noc. Chcieli jeść i pić. Ale w
schronieniu nic takiego nie znaleźli. Zabrakło im czasu by zabrać ze sobą
zapasy.

-
To ten elf nam kazał to zrobić! – Krzyczeli między sobą. – Skazał nas na
śmierć!

Zapominali
o jednym, że gdyby nie on, dawno by nie żyli.

Gdy
nastała noc wulkan trochę się uspokoił. Powietrze zrobiło się bardziej
przejrzyste. Pyłu było coraz mniej, a wiatr zabierał go w stronę wody. Powoli
wracała nadzieja.

Ale
gdy nadszedł świt i ci, którzy znajdowali się blisko wejścia do jaskini
dostrzegli pierwsze promienie Ulos, całą jaskinię ogarnęła jedna wielka radość!
Wszyscy, niezależnie od stanu cieszyli się. Koszmar dobiegał końca.

Gdy
pierwsze osoby zaczęły wychodzić na zewnątrz i wracać żywe, w podziemiach
rozpoczęła się euforia.

Larandar
i Brig szybko zrozumieli, że jeśli nie opanują znajdujących się pod ziemią
osób, będą mieć do czynienia z niewyobrażalnym wręcz chaosem.

-
Zostańcie na swoich miejscach! – Krzyczał elf. – Nie wiemy, czy na zewnątrz
jest bezpiecznie!

Słowa
te powtarzano, tłumaczono na różne języki, a żołnierze starali się jakoś
okiełznać tłum, który pragnął jedynie się stąd wyrwać.

-
Wyślemy ekspedycję! – Dodał Brig. – Zobaczymy jak wyglądają okręty!
Przyniesiemy wodę i jedzenie!

To
było najważniejsze. Bez tego tłum najchętniej wyrwałby się z tego ukrycia.
Trzeba było zorganizować powrót na okręty.

Ishet
i Mirak, no i oczywiście Gustav, zostali w jaskini, starając się pilnować
tłumu, choć zadanie to było dość ciężkie.

Na
zewnątrz wyszli Larandar, Bregsorn, Shivan i kilkunastu żołnierzy.

To,
co zobaczyli, przelękło ich. Wszędzie walały się ciała tych, którzy pomarli
poduszeni, lub wystraszeni. Wiele z tych trupów przykryte było warstwą sadzy. Z
czarnego podłoża wystawały tylko kawałki, ręce, nogi, czasem otwarte głowy.

Nie
było tu nawet ptactwa i innych zwierząt, które mogłyby zająć się tymi ciałami.
Wszystko leżało na ziemi i powoli gniło.

Kilka
okrętów roztrzaskało się o brzeg. Żołnierze szybko zaczęli na nie wchodzić,
starając się wyciągnąć zapasy.

Kilka
innych zaś dryfowało. Nie wyglądały na tak bardzo zniszczone.

Najgorzej
jednak wyglądały krwawe wyspy, pełne zwłok i pyłu. A w każdej chwili mogła na
nowo nastąpić erupcja wulkanów, których szczyty teraz dało się łatwo zauważyć.

Wyruszenie stąd będzie
wymagało pracy, to nie ulegało wątpliwości.

Komentowanie nie jest możliwe : więcej...

CCXCV.

przez , 13.kwi.2011, w Bez kategorii

Shivan po raz
kolejny miał rację. Na krwawych wyspach, jak je nazywano głównie ze względu na
dziwne odcień księżyców, znajdowały się jaskinie. W dodatku suche.

Wiele
osób nie mogło się nadziwić jakim cudem się tu znalazły. Niektórzy nawet
szeptali, że ten, kto to wymyślił, odpowiadał za cała sytuację. Dlatego admirał
Verdę postanowił nie ujawniać udziału elfiego kapłana.

Inne
statki, oczywiście te które mogły, przybijały do brzegu. Ich pasażerowie,
równie wystraszeni, schodzili na ląd.

-
Mamy się pchać do tych jaskiń? – Pytali. – Kto tu zwariował?

Jednak
to, co przerażało wszystkich to wulkan, który wciąż dymił. A pył nad nimi
gęstniał. Nawet księżyce stawały się coraz trudniej dostrzegalne, aż w końcu
całą okolicę ogarnęła ciemność. Chmury powoli opadały.

-
Skąd on wiedział? – Zastanawiał się głośno Gustav. – Dla mnie to podejrzane.
Może nie powinniśmy wchodzić do tych jaskiń?

-
Nie wiem skąd wiedział, – odparł Mirak. – Ale co nam pozostaje. Mnie bardziej
zastanawia jakim cudem suche jaskinie znalazły się dokładnie na świeżo
wypiętrzonych wyspach.

-
Shivan mówił, coś, że to więzienie, nie jaskinie. – Przyznał Larandar. – Więcej
nie zrozumiałem.

-
Chce nas uwięzić! I tyle! – Oburzyła się Ishet. – Zgadzam się z tym, kto
powiedział, że to zdrajca! Wywołał burzę, a teraz prowadzi nas do więzienia.

-
Nie zrozumcie mnie źle – prostował fechmistrz – ale nie potrafię czasem
powtórzyć jego słów. To brzmiał bardziej jakby sugerował, że to miejsce jest
jak więzienie czy lochy. Nie mam pojęcia, co mu chodziło po głowie. Może to, że
będzie tu bezpieczniej.

-
Jak nas zamknie, na pewno będzie bezpieczny, razem ze swoim przyjacielem
LeFevrem. – Wysmknęło się Van Halenowi.

-
Słucham? – Zdziwił się Mirak.

-
Chyba się przesłyszałem. – Oburzył się elf. – Przyjacielem LeFevrem? Od kiedy
to Shivan, przyjaźni się z LeFevrem?

-
Dowodów nie mam, to tylko teza. – Żeby mnie
nie przyszpili, bo jeszcze wyjdzie, kto się z kim zadaje!
– Niemniej jednak
wiele rzeczy wydaje się bardzo podejrzane.

-
Dziwne tak, ale podejrzane? Musicie zrozumieć, on widzi więcej niż my.

-
Świr. – Rzuciła Ishet.

-
Wyjęłaś mi to z ust. – Przyznał Gustav. – Psychopata elf wciąg nas na dno
swoich narkotykowych wizji… I jakich ma przyjaciół? LeFevre?

-
I alkoholików! – Dodała chłopka.

-
Erlan już nie żyje. – Stwierdził Larandar.

-
O… – Zdziwił się Mirak. – Szkoda. A skąd to wiesz?

-
Shivan mi o tym powiedział.

-
Główny podejrzany. – Zastanawiał się głośno Van Halen. – Tylko co zyskał
zabijając starego alkoholika? No chyba, że to…

-
Zamknij się! – Zirytował się fechmistrz. – Lepiej zajmijcie miejsce w
jaskiniach. Przybywają kolejne statki.

Zrobili,
co im kazał. On sam udał się witać nowo przybyłych. Tak jak się spodziewał, był
to okręt księcia Williama i jego świty. Brig był wśród nich. Irleńczycy na
morzu albo modlili się do Marenama, albo biesiadowali na jego cześć. Zejście na
ląd sprawiło więc im nie lada problem. Większość z nich była zalana w sztok,
Bregsorn również słabo się trzymał. Nie miał już takiej dobrej głowy jak
kiedyś.

Elf
wolał dopilnować, by przyjaciel trafił do jaskiń. Miejsce w nich szybko się
kurczyło.

Tymczasem
Van Halen szybko zebrał swoich żołnierzy.

-
Musimy chronić naszą delegację. Trzeba zapewnić im miejsce. Ja będę ich
pilnował w środku i dowodził, a wy staniecie murem wokół nas. – Przynajmniej nie będę musiał ocierać się o
żebraków.


W
tym momencie kapitan zobaczył też Zeonosa, który szedł prosto do LeFevrea. On jest tutaj! W tej jaskini? Iluminari
wyglądał na zadowolonego z siebie i zrelaksowanego. Chyba był jedyną osobą w
całej tej jaskini, która zachowywał się w ten sposób. Szybko jednak zniknął.

Larandar,
gdy już się upewnił, że wszyscy jego przyjaciele, w tym Shivan, znajdują się w
środku, sam przedarł się do wejścia do jaskini. Chmury opadły. Mrok ogarnął całą
okolicę. Nie było ani jednego promienia, ale elf doskonale zdawał sobie sprawę,
że właśnie nadchodził świt, którego nie mogli dostrzec. Który, zgodnie z
przepowiednią nie nadszedł.

Jednak
pył z wulkanu miał jeszcze inną właściwość. Ciężko się w nim oddychało. A ci,
którzy nie zmieścili się do jaskiń, powoli zaczynali się dusić. Kaszleli,
kichali, w końcu słabli i padali na ziemię.

Może
niektórzy byli w stanie to przeżyć, ale zdecydowaną większość czekała śmierć.

Fechmistrz
wycofał się do wnętrza jaskini. Tu znajdowali się przedstawiciele wszystkich
państw, ras i klas społecznych, którzy wyruszyli na wyprawę. I wszyscy byli
równi. Książęta, kapłani, szlachcie, żołnierze, osadnicy, biedacy. Wszyscy byli
równie przerażeni. I cieszyli się, że góra ich osłoniła i przykryła. To było
jedyne miejsce, w którym mogli się ostać.

I wtedy znów zatrzęsła
się ziemia.

Komentowanie nie jest możliwe :, więcej...

CCXCIV.

przez , 12.kwi.2011, w Bez kategorii

Była późna noc,
gdy Shivan zszedł z pokładu. Szukał swoich rzeczy, zwłaszcza pewnego listu. Sam
go zaadresował do siebie i miał go odtworzyć właśnie w tej chwili. Tak
przynajmniej mu się wydawało.

Przełamał
pieczęć.

I
jakby dokładnie w tym momencie nastąpiło wielkie trzęsienie ziemi na dnie
oceanu. Woda zaczęła się wznosić do góry. Wielka fala tsunami, która
poprzewracała cześć okrętów.

Elf
jednak stał niestrudzony. Otworzył list i czytał.

Znajdowała
się tam prosta modlitwa za tych, którzy pomarli. Prosta, jednak w takich
chwilach, czasem trudna do wymówienia. Dlatego kapłan chciał ją czytać, by nic
nie zaprzątało mu myśli, by się nie pomylił. Dokładnie przewidział tę chwilę i
wiedział, że nawet on nie będzie w stanie przejść obok tego, co zobaczy
spokojnie.

Tymczasem
na okręcie zapanował chaos. „Bastien” przechylał się na jedną z burt. Admirał
Verdę rozkazał marynarzom balastować po drugiej stronie. Nie było innego
ratunku. Jeśli okręt przewróci się na środku oceanu, większość pasażerów
niechybnie utonie, zwłaszcza, że inne statki również miały problemy.

Żołnierze
i cywile, którzy nie byli przyzwyczajeni do morskich sztormów czy innych
problemów, wpadli w panikę! Biegali po pokładzie, krzyczeli, płakali. Niektórzy
byli ranni w wyniku nagłego przechyłu.

Nagle
okręt zaczął opadać. Fala popłynęła dalej.

Van
Halen trzymał się kurczowo swojego hamaku. Bał się wyjść na zewnątrz.

-
Panie kapitanie! Co robić! – Krzyczeli żołnierze.

Bali
się. On jednak do perfekcji opanował ukrywanie swoich lęków.

-
Jest cisza nocna tak? – Gdzie jest
LeFevre!? Gdzie jest LeFevre! Tylko on może nas uratować!
– Kazali coś
robić? Nie! To nie przeszkadzać.

Cały
czas ręką trzymał się hamaku. Wiedział, że to na wiele się nie zda, ale
przynajmniej czuł się bezpieczniej.

Mirak
wybiegł rozbudzony ze swojej kajuty. Ledwo udało mu się zasnąć.

-
Co się stało? – Wypytywał przypadkowe osoby.

-
W coś walnęliśmy! Kraken albo góra lodowa!

Nikt
nie wiedział, co działo się naprawdę. Wszędzie tylko krążyły plotki. Niektórzy
mówili o tym, że okręty Mrocznych Elfów ich zaatakowały.

Larandar
wpierw pobiegł do kajuty Ishet, a potem gdy się upewnił, że chłopka się trzyma
dobrze, wybiegł szukać innych przyjaciół. Miraka nie było w jego kajucie, a
Shivan jak zwykle gdzieś się kręcił. Fechmistrz wyszedł na zewnątrz i spojrzał
za burtę. Fala przemieszczała się dalej i dalej, przewracając niektóre z
okrętów.

W
tym momencie zobaczył Shivana, który wybiegł na pokład. W ręku trzymał list z
modlitwą.

-
Trzymać się czegokolwiek! Będzie trzęsło! – Krzyczał.

Ale
wiele osób nie robiło sobie nic z tego, co mówił. Niektórzy pukali się w głowę.
W końcu główna fala już przeszła.

Jedynie
Larandar zdał sobie sprawę, że to jest wizja o której Shivan mówił wcześniej.
Ona się spełniała. Dziękuję ci Panie, że
mnie takim brzemieniem nie obarczasz.


Złapał
się szybko masztu.

I
wtedy pojawiła się kolejna fala. Większa. I wlała się na pokład, łamiąc część
drewnianych elementów. Relingów, rei, a nawet masztów. I zabrała ze sobą jedną
trzecią osób, które znajdowały się na pokładzie. Inne, które trzymały się
słabo, wstawały poturbowane.

Admirał
nie miał pojęcia, co zrobić. W całej swojej karierze nie spotkał się jeszcze z
czymś takim.

A
na morzu zaczął wypiętrzać się wulkan. I wyspy wokół niego. Bił w górę ogień i
dym, który szybko ogarnął całe niebo. Nie dało się na nim dostrzec żadnych
gwiazd, a księżyce nabrały czerwonego, krwawego koloru. I znów zaczęły spadać
meteoryty.

Wiele
osób płakało. Wiele też modliło się do swoich bogów, błagając o litość.

Ocean
jednak uspokajał się, przynajmniej przez chwilę.

Shivan
odszukał admirała i rzekł.

-
Musimy opuścić okręt.

-
Na środku oceanu!? – Parsknął śmiechem Jean-Claude Verdę. Zwariowany klecha.

-
Tam są wyspy. Znajdziemy tam jaskinie, gdzie się schronimy. Musimy zostawić
okręty, one sobie poradzą, my nie.

Tymczasem
Ishet wyszła na zewnątrz. Mirak próbował opatrzyć jakąś ranną w głowę kobietę.
Wiele osób płakało.

Gustav
podniósł się, w wyniku ostatniej fali spadł z hamaka.

-
Pierdolę taki odpoczynek! – Krzyknął by podbudować morale. – Idę opierdolić
tego admirała!

Miał
zamiar znaleźć fechmistrza i dowiedzieć się, co on planuje. Z pewnością ma jakiś plan, skoro LeFevre się
nie kwapi, by mi pomóc.


Larandar
zaś widział, że Shivan kłóci się z admirałem. Podbiegł do nich tak szybko jak
tylko mógł.

-
O dobrze, że jesteś. – Ucieszył się Verdę. – Ten pasażer nalega byśmy opuścili
okręt.

-
Akurat komu jak komu, ale jemu bym zaufał.

-
Mamy płynąć na te wulkaniczne wyspy, bo mu się ubzdurało, że są tam jaskinie? I
że nie stanie się nic naszym okrętom?

-
Tak. – Odparł fechmistrz. – Skoro on tak twierdzi.

-
Zwariowaliście. – Oburzył się admirał.

W
tym momencie znów zaczęły się przebijać przez chmury kolejne meteoryty.
Wyglądało jakby wszystkie gwiazdy spadały z czarnego nieboskłonu.

-
Nie obawiam się kolejnych fal. Ole tych chmur. – Oznajmił Shivan. – One opadną
i to jeszcze przed świtem. Tego nie przeżyjemy, jeśli się nie schronimy.

Wtedy
Larandar przypomniał sobie inne słowa, wieszcza Sivrata. Dzień w którym nie nadejdzie świt! On o tym mówił, od samego początku!

-
I musimy znaleźć sposób, by powiadomić o tym pozostałe okręty. – Dodał fechmistrz.

Płonący
meteoryt spadł na jeden z pobliskich okrętów i ten prawie natychmiast zajął się
ogniem.

-
Co to jest!? – Irytował się bezsilny admirał. – To jakieś fatum!?

-
To dopiero początek. – Rzucił sucho Shivan.

Sam jeszcze nie
wiedział, co dokładnie się dzieje, ale obrazy, które widział w
najstraszliwszych wizjach właśnie zaczęły się wypełniać. Czas jest blisko.

Komentowanie nie jest możliwe :, więcej...

CCXCIII.

przez , 11.kwi.2011, w Bez kategorii

Noc
zaczęła się wyjątkowo spokojnie. Wiatry ucichły. Fale też. Marynarze mówili coś
o flaucie, ale kto by ich tam słuchał.

Gustav
poszedł szybko spać. Nie lubił nocy na okręcie. W ogóle cała ta wyprawa na „Bastienie”
coraz bardziej go irytowała. A najbardziej nie lubił elfów, Shivana który
opowiadał jakieś dziwne rzeczy i Larandara, który chyba go podejrzewał.

Ishet
również czuła się niespokojnie w towarzystwie Shivana.

-
On coś knuje! Znowu! Napsuje! – Narzekała, gdy stary kapłan został na noc na
dziobie. Nie żeby tam spał, klęczał, siedział, modlił się i obserwował gwiazdy.

Chłopka
równie szybko zabrała się do swojej kajuty. Bała się, że w nocy jak wypadnie za
burtę nikt tego nie zauważy i nikt jej nie pomoże.

Mirak
również chciał być sam. Ostatnimi dniami był dość osowiały, jakby trochę
nieobecny. Wszystkim mówił, że to choroba morska, ale to bardziej siedziało w
jego sercu. Wciąż nie mógł zapomnieć o Jaqueline. Bez niej był smutny. Cały
czas jego myśli krążyły do niej, do tych chwil, które spędzili i sam
zastanawiał się, czy dobrze zrobił wyruszając na zachód. Wiedział, że teraz już
nie może zawrócić. Zastanawiał się, co będzie potem, gdy już dotrą do ziem
Moredheli. Ale wciąż szybko myśli uciekały do niej.

Leżał
w swojej koi i nie mógł zasnąć. Kolejny dzień. Gorzej, że jak dotrzemy już do naszego celu, to bez sensu będzie
wracać. Tam będę potrzebny.


Larandar
zaś spoglądał w gwiazdy z daleka obserwując Shivana. Zastanawiał się skąd w
starym kapłanie tyle siły i pogody ducha. Czy
to przychodzi z wiekiem, czy to może coś innego go ukształtowało. Jego
przeżycia?
Fascynujące było to, jak ten elf zawsze podąża za tym, co
rozkaże mu jego pan. Idzie tam, gdzie mu kazano, nie zadaje pytań, nie próbuje
wpływać na rzeczywistość. To nas różni i
to bardzo.
Shivan, gdyby chciał mógłby być jedną z najważniejszych osób w
Kongregacji. Po Wojnie trwały tam pewne tarcia związane z wpływami
poszczególnych ras, elf, którego wszyscy szanowali, mógłby zostać kimś w
rodzaju nadkonsula. Kimś, kto przez cały ten okres mógłby rządzić tym wielkim krajem,
albo przynajmniej wpływać na niego. On jednak nie zamierzał być nawet doradcą.
Wolał pozostać duchowym opiekunem skavenów. Co z tego, że mógł samemu zrobić
więcej niż wpływając na innych. On nigdy jednak nie odbierał im własnej woli.
Nie radził, a co najwyżej wyrażał s swoją opinię. I robił swoje.

Dla
Larandara jednak najbardziej niepojęte było to, jak Shivan zareagował na wieść
o śmieci swojego przyjaciela, Erlana. Uśmiechnął się i radował. Nie cieszył z
powodu śmierci, ale z tego, że jest wielka radość w „życiu” starego maga.
Fechmistrz jedynie mógł podziwiać taki stosunek do śmierci. W końcu nawet
podczas swych nauk kapłańskich, zapoznał się z kilkoma historiami, które
brzmiały zupełnie niedorzecznie. Choćby legenda o Jeanny, pani Jeziora, którą częściowo
wyznawał Brig. Ona nie tylko płakała po śmierci swego ukochanego, ale też
rzuciła się w głębiny. I tkwiła tam aż do dziś. Larandar pewnie nie uwierzyłby
w to, gdyby sam na oczy tego nie zobaczył. Ale to znów było kolejne z szaleństw
Shivana.

I
jeszcze zostawał arcymag Erlan, który również mógłby zająć jakieś ważne
stanowisko na Miscle. Mógł zostać szefem Gildii w Altburgu i pewnie w każdym
innym mieście. Wybrał jednak położoną na uboczu Narshę, małą wyspę, w praktyce
bez perspektyw. Oczywiście nie była to jakaś biedna prowincja, bo dzięki
kopalniom złota jakoś się utrzymywała, ale to raczej było spokojne życie
niegodne bohatera. A może to właśnie
bohaterstwo tak ich wykończyło? Że potem mieli dość, że jedyne czego pragnęli
to spokój. Może my jeszcze nie doświadczyliśmy bohaterstwa, i prawdziwego
cierpienia, dlatego pchamy się dalej. A może my właśnie je znamy, tylko
urodziliśmy się w tak dziwnych czasach, że stało się ono dla nas chlebem
powszednim.


Tak
stał, gdy nagle zerwał się wiatr. Dziwny, chłodny i bardzo porwisty. Dopiero
potem na niebie uznał znaki o których mówił Shivan. Spadające gwiazdy. Deszcz
meteorytów, które zlatywały z nieba i spalały się w atmosferze. Niektóre z nich,
wyglądające jak małe kule ognia, wpadały do wody.

Fechmistrz
trzymał się mocno relingu. „Bastienem” kołysało. A on sam nawet nie zauważył
kiedy pojawił się obok niego Shivan.

-
Wróciłem właśnie z Narshy. – Oznajmił. – Musiałem zobaczyć jak pochowali
Erlana.

-
Słucham? – Zdziwił się fechmistrz. – Nie zauważyłem byś zniknął.

-
Jestem kapłanem, nie magiem. Nie przenoszę swego ciała jak robił to Erlan.

Dopiero
wtedy kątem oka Larandar zauważył, że Shivan jednocześnie stoi obok niego i
jednocześnie klęczy na dziobie.

-
Bilokacja. – Wytłumaczył starszy elf. – Czasem mogę przebywać w dwóch miejscach
równocześnie.

-
Dobra, potem mi wytłumaczysz. To te znaki o których mówiłeś?

-
Tak. Ale to dopiero początek. – Odparł smutno Shivan. – Wielu zginie tej nocy.
I następnej.

Tym razem jednak gdy
mówił o śmierci w jego słowach nie dało się słyszeć radości.

Komentowanie nie jest możliwe : więcej...

CCXCII.

przez , 06.kwi.2011, w Bez kategorii

Gdy rankiem Gustav
zszedł do mesy zobaczył kilku żeglarzy, którzy popijali grog. Admirał musiał
ich jakoś nagrodzić za ciężką pracę podczas sztormu. Oczywiście grog nie
należał się żołnierzom czy innym osobom, które transportowano. Gdy Van Halen
wziął kubek wody, zauważył, że ma ona dziwny kolor. Zrobiła się trochę mętna.
Zajrzał do beczki, a ta zarosła jakimiś glonami lub czymś innym. Nie miał
pojęcia, co to. Na dodatek w papce, którą dostał pływały jakieś robaki. Zrobiło
mu się niedobrze, miał tego dość. Nie zjadł tego dnia nic, ani nie wypił.
Zrobił awanturę i wylądował na dywaniku u bosmana, który tłumaczył mu o tym, co
się dzieje z wodą na okręcie i że to mętnięcie.

Następnie
kapitan wrócił do swojego hamaku, zasunął zasłonę i zabrał się za jedzenie
tego, co dostarczył mu LeFevre. To mu się podobało, zwłaszcza gdy ponownie
myślał o innych, którzy muszą jeść to, co zostało na okręcie.

Gdy
już się najadł, przyszedł czas na obchód.

Okazało
się, że pomimo wyjaśnień bosmana, coś zaszkodziło kilku żołnierzom. Zatruci,
leżeli na pokładzie i jęczeli z bólu. Wokół nich kręcił się już Larandar.

Gustav
spojrzał na niego podejrzanie. Coś knuje.

-
A mówiłem, że ta mętna woda nie nadaje się do picia. – Rzucił. – Ale nikt mnie
nie słuchał.

-
Mętna woda? Shivan ją pił i nic mu się nie stało. – Odparł fechmistrz.

-
Ale to elf… I sam wiesz, że jest trochę no… dziwny.

-
Inni też pili wodę. – Zastanawiał się głośno kapłan Ulryka.

-
Nie wszyscy. – Zaprotestował Van Halen.

-
A ty co piłeś?

-
Nic. – Skłamał kapitan. No nie, domyśla
się! Zaraz będzie wiedział, że szpieguję! I jeszcze uzna, że skoro nic nie
zjadłem i nie piłem, to z pewnością ja stoję za zatruciem.


-
Nic? Może jeszcze nic nie jadłeś?

Van
Halen zachował kamienną twarz. Wiedziałem.
On mnie szpieguje.


-
Wolałbym o tym nie mówić głośno.

-
Zakradłeś się do kuchni tak? – Dopytywał elf. Kapitan, też mi coś!

-
Nie. Znaczy nie ja! Zresztą, co za pomysły żebym zakradał się i zatruwał żarcie
i picie swoim podwładnym!

-
Podejrzewałem cię o to, że podjadasz. – Przyznał fechmistrz.

-
Nie ważne o co mnie podejrzewałeś, zaraz się pewnie dowiem, że z tym całym
waszym tajemniczym LeFevrem kolaboruję! Nie bawią mnie takie insynuację, to
godzi w mój honor! – Oburzał się Van Halen. Za
ile srebrników poszedł? Ostatecznie za dwanaście?


-
Mów dalej. – Rzucił elf.

-
Sam mów dalej! Jeśli ten LeFevre jest o drobinę lepszy od Miraka, to nie
potrzebowałby szpiega, żeby zatruwał wodę lub żarcie. A już na pewno nie
wciągnąłby mnie w takie coś. Ja się tu ładnie bawię z dziećmi, zajmuję
musztrowaniem żołnierzy, nie mam czasu na szpiegowanie! Nie mówiąc o zatruwaniu
jedzenia! Zresztą sam mógłbym się naciąć, zwłaszcza jak skończę dietę.

-
Dietę? – Zdziwił się Larandar. Co on
opowiada?


-
Chodzi o to, że chciałem zrzucić kilka kilo. – Powiedział cichym głosem. Żebym tylko nie przytył od tych słodkości!
– Bo to trochę uciążliwe jest w walce, no i szpiegowaniu… Ale nie dla LeFevre’a
tylko takim ogólnym. Natomiast wydaje mi się, że LeFevre mógł raczej zrobić to
osobiście, choć nie wiem po co. Ale mógł też omamić Shivana albo Miraka. Ich
interesuje magia, mnie nie.

-
Co ty sugerujesz? – Zirytował się elf.

-
Nic. Może pójdę poszukać kogoś, kto się zachowuje podejrzanie.

-
Spójrz w lustro.

-
Niestety, ilekroć patrzę zawszę widzę swoje odbicie, nie twoje. Nie mamy
wspólnych doświadczeń.

-
Zapominasz się kapitanie! – Ryknął Larandar. Miał już serdecznie dość tego
chamstwa.

-
A ty obraziłeś honor królewskiej armii. I tego ci nigdy nie wybaczę!

Odwrócił się na pięcie
i spokojnie odszedł jak najdalej od elfa. Nie zamierzał z nim dyskutować.
Musiał tylko znaleźć Zeonosa i przemówić mu do rozumu. A jeśli ci żołnierze zjedli tylko zepsuje jedzenie, a ja wygadałem się
o szpiegowaniu?

Komentowanie nie jest możliwe : więcej...

stat4u <!-- s4uext=s4upl(); document.write('stat4u') //--> stat4u

Blogroll

Kilka bardzo polecanych stron...