orthank blog

Tag: mroczne-elfy

CDLXXVIII.

przez , 09.sie.2009, w Bez kategorii

            O dziwo,
dzięki utracie przytomności Shivanowi udało się dość długo pospać. Oczywiście
ułożono go odpowiednio, by nic mu się nie stało, ale nad ranem i tak obudziły
go koszmary.


            Nad
ranem wyruszyli w dalszą drogę, zatrzymując dopiero na jeziorze Baharet, po na
przeciwległym brzegu do Carton. Stamtąd ruszyli do Baar-Tyr, chowając wcześniej
swoje łodzie.


            Pod
wieczór dotarli do gospody „Pod młotem”, od razu poprosili Lokutusa, by tym
razem nie szedł z nimi, gdyż mógł zwracać zbyt dużo uwagi. Zresztą już
wcześniej mu sugerowano, że jaszczurów nie ma w państwie Moredheli, więc będzie
musiał zapewne dużą część misji przeczekać gdzieś skryty, na co on niechętnie,
acz przystał. Nie miał argumentów, by przekonać ich, że to głupie.


            Sam
drewniany zajazd zbudowany trochę w kształcie podkowy, znajdował się tuż obok
traktu prowadzącego do górskiej twierdzy. W środku zaś przebywało nadzwyczaj
wielu ludzi, którzy byli uradowani.


- Świętujcie dziś z nami – zaczepił ich jeden mężczyzna.

- A co się stało? – Zapytał kapłan.

- Puścili nas! Puścili nas wolno! – Cieszył się inny biesiadnik.


- Tak, puścili nas. Moredhele stwierdziły, że możemy
sobie iść. Nie byliśmy im już potrzebni. – Radujcie się więc z nami.


            Dyzio, Shivan
i Erlan spojrzeli na siebie porozumiewawczo. Było to dość dziwne zagranie jak
na Mroczne Elfy, przynajmniej po tym wszystkim, co już widzieli. Cała trójka
usiadła z boku i próbowała zastanowić się nad sytuacją.


- Mogli albo puścić ich ze względu na propagandę. Teraz
wszyscy, którzy nie byli w obozach pracy mogą uznać, że Mroczniaki wypuszczają
z nich pojmanych, że to wcale nie są obozy zagłady. – Mówił kapłan. – Jest też
i druga możliwość, chcą wysłać grupę infiltracyjną do Armengeru. Kilku
zmiennokształtnych i można potem dokonywać dywersji.


            Erlan
jednak wolał sprawdzić wszystko na własną rękę. Podszedł do jednego z
biesiadników i dosiadł się. Wpierw wypił kilka win, nim w ogóle zaczął
rozmawiać.


- No jak, to powiedz mi stary, Moredhele puściły was tak
wolno? Czym się zajmowaliście? – Dopytywał mag.


- Trzymali nas. Badali. Eksperymentowali. – Opowiadał mężczyzna.
– Mieli takie małe nitkowe robaczki, które właziły nam pod skórę. Sprawdzali
jak się nami żywią, czy coś, ale one zazwyczaj gdzieś znikały potem, pewnie
uznali, że nie nadajemy się do ich hodowli.


- Małe nitkowate robaczki? – Dziwił się Erlan.

- Oni próbują różnych rzeczy, stąd ich postęp. –
Twierdził biesiadnik. – Owszem nie przejmują się nami zbytnio, ale wiele
rzeczy, które o nich się opowiada to bzdury. Podobno jakiś trzech terrorystów
związanych z Sojuszem, wybiło cały obóz pracy, by ukazać jak Mroczniaki są złe.


- Tak wam powiedzieli?

- Tak! I pokazali dowody. Rozumiem, że można przegrywać
wojnę, ale mordować swoich, by pokazać jak paskudny jest wróg… – Irytował się
mężczyzna. – Nie wiem, może lepiej byłoby gdyby nas nie wypuszczali.


- Może faktycznie. – Stwierdził Erlan zabierając się za
kolejny kufel. Teraz już wiem, znów nie
doceniliśmy tych drani, oni jak zwykle jednym posunięciem załatwiają kilka
ruchów, ciekawe czy tylko i wyłącznie te dwie rzeczy, o których mówił Shivan,
czy jest jeszcze coś.

Komentowanie nie jest możliwe :, więcej...

CDLVII.

przez , 24.lip.2009, w Bez kategorii

            Gdy już
Erlan wydobrzał na tyle, by mogli ruszyć dalej, kontynuowali wędrówkę do
Dzigbadu, acz stracili prawie cały dzień.


            Jaszczurom
to specjalnie nie przeszkadzało, były bardzo wytrzymałe, nie widać było
zupełnie po nich zmęczenia, mogły też poruszać się w nocy. Zresztą ich wzrok
był do ciemności lepiej przystosowany niż do dnia. W blasku słońca, owszem
widziały, ale czuły się lekko oślepione, z czasem przyzwyczajały się, acz gdy
zapadł zmrok dopiero wtedy się ożywiały. Czuły się w pełni sprawne. Może nie
dlatego, że barwy im przeszkadzały, ale dlatego, że wiedziały iż mają przewagę
nad innymi. Zarówno reptilioni jak i troglodyty, poza zwykłym wzrokiem
potrafiły jeszcze wyczuwać ciepło żywych istot. To w nocy dawało im dużą
przewagę nad każdym wrogiem. Zwłaszcza, że nie musiały go dostrzegać,
wystarczyło, że go wyczuły, nawet jeśli był przykryty jakąś płachtą czy
przykucnął za krzakiem.


            W pewnym
momencie troglodyta na której jechał Lokutus zbliżyła się do Shivana.


- Zbliżamy się do Dzigbadu. – Stwierdził. – Tyle, że nasz
zwiadowca natknął się na patrol Moredheli. Załatwimy ich po cichu.


            Oznaczało
to, że wszyscy musieli zejść z troglodyt. Te ustawiły się w jeden rządek,
reptiliony w drugi. Potem delikatnie przesuwali się w kierunku obozowiska Moredheli.


- Ppp…po co oo…oni – zaczął Dyzio.

- Rozbili obóz? – Stwierdził Shivan. – Nie mam bladego
pojęcia.


- Jest gorzej niż myślałem. – Dodał Montolio.

- Jak daleko jesteśmy od Dzigbadu? – Zapytał kapłan
jaszczurów.


- Jesteśmy już na drodze wprost. Tylko kilka wydm, może
pół godziny drogi zwykłym krokiem. – Odrzekł Lokutus.


- Ściągnijcie Mroczniaków, a my udamy się do Dzigbadu
sami. Tam mogą obozować Moredhele, a my lepiej rozpoznamy sytuację. – Mniej rzucamy się w oczy.


- To bzdura. – Stwierdził Erlan. – Nie ma sensu, by
trzymali tu obóz, jeśli są w Dzigbad. Raczej chodzi im o blokowanie drogi. Z
tego, co pamiętam z Carton można jechać na wschód aż do bagien, albo na
południe do Dzigbadu. Może nie chcą, by ktokolwiek dotarł do…


- Zatem wiedzą już, że rozgłaszamy informację czym są
obozy pracy. – Zauważył Shivan. – Musieli zacząć wywózkę mieszkańców i nie chcą
kłopotów.


- Lll…lub szykują się do www…wojny. – Irytował się
Kisjevczyk nie mogąc się wysłowić.


- Obstawiają trakt? Może by przechwycić armię sojusznicze
i je… – Zastanawiał się głośno kapłan.


- Idziemy. – Rzucił im Lokutus.

            Troglodyty
odbiegły trochę w zupełnie innym kierunku, robiąc kółko, potem wpadły z
przeciwnej strony z wielkim hałasem do obozu Moredheli.


- Miało być po cichu… – Stwierdził mag. – Muszę się
napić.


            I wyjął
ostatnią butelkę, która mu została.


            Moredhele
zdziwione zuchwałym atakiem potężnych gadów zerwały się na równe nogi i szybko
uformowały szyk. Na to właśnie liczył syn Lokka-Thona. Odsłoniły całkowicie swe
plecy, koncentrując się na troglodytach. Reptilioni podbiegli do wrogów bardzo
cicho i większość z nich została zabita od ciosów w plecy, zanim zadała gadom
jakiekolwiek znaczące rany.


- Sprytny ten reptuś. – Powiedział cmokając butelkę
Erlan. – Jego zdrowie.


            I dopił
do końca.


            Patrol
Mrocznych Elfów został zlikwidowany. Shivan, Erlan i Dyzio zabrali sobie trochę
ich palnej broni.


- Ttt…to musi się jakoś ładować. – Mówił patrząc na
pistolet Kisjevczyk.


- Na razie się rozstajemy. – Stwierdził kapłan. – Bądźcie
w pogotowiu, jakby co.


            Potem pożegnali się z
gadami i w trójkę ruszyli do Dzigbad. W końcu znajdowali się u celu swej
wyprawy i już nic nie mogło ich powstrzymać.

Komentowanie nie jest możliwe :, , więcej...

CDXII.

przez , 12.cze.2009, w Bez kategorii

- Jebane Moredhele… – Bełkotał pod nosem pewien
mężczyzna zamawiając kolejne piwo.


            Karczmarz
udał, że nie słyszy przekleństw, podał zamówiony napój.


- Słyszę, że nie lubisz bracie Mrocznych Elfów. –
Zagadnął go Dyzio.


- A kto tych skurczybyków lubi! – Oburzył się pochmielony
mężczyzna. – Skurwiele.


- Widzę, że nieźle zaleźli ci za skórę. – Mówił
Kisjevczyk.


- A co cię to kurwa obchodzi?

- Jestem Dyzio, zwalczam tych drani. Każda informacja o
nich może się mi przydać.


- Hm… – Zdziwił się mężczyzna. – No cóż. I tak mi to
nie zaszkodzi. Nazywam się Alfred i pochodzę z Imperium. Trzy lata temu, gdyby
ktoś mi powiedział, że wyrwę się trochę dalej niż z mojej wioski do Grosshafen,
nie uwierzyłbym. Wiesz gdzie to jest?


- Niezbyt. – Westchnął Kisjevczyk.

- Zresztą to już pewnie nie ważne, chuje spaliły
wszystko. Ścigam ich od pewnego czasu, ale co zrobić. Gdy rozgorzała wojna,
ogłoszono mobilizację. Grosshafen znajduje się na północy, z miast większych
najbliżej nam do Pisbaden. Sławetna twierdza księcia Sildena i jego
popleczników.


- To już wiem, gdzie to jest. – Powiedział Dyzio.

- Nic dziwnego, że Moredhele nie doszli do nas od razu.
Zajęli Altburg i podążali dalej na północ, u nas postanowiono się na nich
przygotować. Ściągnięto wszystkich mężczyzn, którzy mogli trzymać broń,
zostawiając w wioskach zaledwie kilku, dla ewentualnej obrony przed jakimiś
renegatami. Reszta miała bronić Grosshafen. Tyle, że skurwiele po nas nie
przyszły. Zajęli się wioskami. Jedną po drugiej.


- Co dokładnie oni zrobili… – Powiedział łamanym głosem
Kisjevczyk. Nistoty wyginęły?


- Splądrowali je, spali. Ich przedziwne powozy
przyjeżdżały do każdej z wiosek, łapali wszystkich, którzy nadawali się do
pracy. Wszystkich. Kobiety, mężczyzn, dzieci. Zostawiali jedynie starców,
którzy byli na tyle zniedołężniali, że nie nadawali się już do niczego.
Zostawiali ich na pewną śmierć. Czasem nie paląc przy tym wioski, a czasem
starzy ludzie widzieli jak odjeżdża powóz z ich rodziną, a cały dobytek płonie.


- W Galonii stosowali podobną taktykę. – W Cleunoux zostali tylko starcy.
Podobno zabierali wszystkich do obozów pracy. – Próbował pocieszać Alfreda.


- Podobno. Ale kto ich tam wie. – Powiedział zdenerwowany
mężczyzna. – Nie muszę dodawać, że gdy wieść się rozniosła, nie udało się
utrzymać armii w Grosshafen, wszyscy uciekli sprawdzić, czy nic nie stało się
ich rodzinom. Wtedy Mroczne Elfy zajęły miasto. Kasztelan był bardzo butny i
zadziorny, więc zostało spalone. Tak jak Trannenberg… Oni nie lubią zbytniego
oporu, wtedy likwidują wroga. Byłem w Trannenbergu, już po jego zniszczeniu.
Nie uwierzyłbyś, że tam istniało kiedyś miasto. Wyglądało raczej jak
opustoszały kamieniołom. Moje serce pękło, gdy zobaczyłem zgliszcza mej wioski,
spotkałem tam umierającego z głodu dziadka. Dobiłem go, karmiąc. Nie
wiedziałem, że tak długo nie jadł, że pokarm może mu tylko zaszkodzić,
przynajmniej w zbyt dużych ilościach. A on jadł łapczywie i starał się mi
wszystko zrelacjonować, wyżalić się. Zostałem sam. Nie wiem gdzie jest moja
żona i nie wiem gdzie są moje dzieci. Pierdoliłem wtedy wojnę, starałem się ich
odnaleźć. Przewędrowałem przez połowę Starego Świata, a teraz Arabię i nie mam
pojęcia, gdzie te chuje wywiozły moją rodzinę. Muszą gdzieś mieć te swoje obozy
pracy, ale nie mam pojęcia gdzie.


- Może je mają, ale niekoniecznie na tych kontynentach,
na których byłeś. – Wtrącił się Dyzio. A
to brzmi całkiem prawdopodobnie. Gdyby trzymali więźniów gdzieś w okolicach
Sal-Sagoroth, ich żołnierze zaiste mogliby się bać uciekinierów. To by nawet
pasowało. Zwłaszcza, gdyby karmiono ich strachem przed nistotami. Nawet gdyby
ktoś uciekł z obozu, bez portali nie miałby gdzie się podziać.


- Prawdę mówiąc to wątpię, cały czas prześladują mnie
inne myśli. Ale nie wydaje mi się, że można by być tak podłym. To w końcu
cywile. Setki tysięcy cywili… – Mówił Alfred. – Chcę wierzyć, że to moje
lęki, moja wyobraźnia podpowiadają mi taki horror, ale to by było niepojęte
ludobójstwo.


- Wiesz, skazując kogoś na pracę w kamieniołomach często
jest to wyrok śmierci. Rozłożony na kilka lat. Tylko nieliczni przeżywają tam
dłużej, przez warunki, ciężką pracę i słabe wyżywienie. Jeśli transport jest
ciężki, wiele osób pewnie tego nie przeżywa. A potem ginie wykonując pracę
ponad swe siły. – Próbował go w pewien sposób pocieszać Kisjevczyk. – Ale młodzi,
oni mogą się przyzwyczaić. Kto wie, może dorosną do buntu, Moredhele nie mają
nieograniczonych zasobów.


- Nienawidzę ich! – Ryknął Alfred zgniatając w ręku
kufel. – Nienawidzę!


- Jak my wszyscy. – Dodał Dyzio. – Każdy z nas coś
stracił w tej wojnie. Lub kogoś. – Lub w
całej tej podróży. Jeśli Moredhele i Iluminarowie działają razem, zabili Joe,
kto wie, jakby wyglądało to wszystko, gdyby był z nami Joe. Pewnie powstrzymałby
brodziastego, przed głupim atakiem na Sherstocka. Ja nie powstrzymałem. Może
dziś byłoby nas pięciu. A może zginęlibyśmy w Sal-Sagoroth.


- Ja już straciłem wiarę… – Ciągnął mężczyzna chlipiąc.
– Nie znajdę mojej rodziny… Nigdy… Nigdy więcej ich nie zobaczę… Nie
usłyszę… Nie przytulę… Ja wiem, że oni nie żyją… Nie wiem skąd, ale wiem.
Czuję to. A ból wciąż przeszywa me serce. Już nigdy…


- Nie wiem, co powiedzieć. Chciałbym móc ci obiecać, że
na pewno odnajdziesz swą rodzinę, ale obaj wiemy, że to raczej mało możliwe. –
Westchnął smutno Kisjevczyk. – Przynajmniej w tym życiu.


- A czy istnieje inne? – W słowach Alfreda nie było
emocji, tylko pustka. – Jedyną rzeczą, która mi pozostała, to nienawiść. Będę
zabijał Moredheli do końca mych dni, dopóty nie zginie ostatni z nich, albo ja
nie wyzionę ducha.


            Dyzio
jedynie wziął głęboki oddech i zamówił dla nich po jeszcze jednym piwie.

Komentowanie nie jest możliwe :, więcej...

CDIII.

przez , 02.cze.2009, w Bez kategorii

            Tak, jak
się spodziewali, brama wyjściowa przy centrum była zamknięta. System
bezpieczeństwa Korrian działał o wiele lepiej niż jakiegokolwiek zamku na
Starym Świecie, dzięki łączeniu magii i technologii, dowództwo miało pełną
informację o tym, co się działo i mogło szybko reagować. Część z oficerów
starała się walczyć z rozszalałymi behoderami, które atakowały każdego, kto
akurat znalazł się dostatecznie blisko nich, inni szukali szpiegów i
terrorystów. Tym razem nie w celach pojmania i przesłuchania, najważniejsze
było bowiem zlikwidowanie zagrożenia. Jedynym plusem tej sytuacji było to, że
śmierć miała być szybka. Bez tortur, prób wyciągnięcia informacji, niczego. Ale
dla Dyzia, Shivana i Erlana nie była to zbyt pocieszająca wiadomość.


            Tyle, że
Moredheli było coraz więcej i więcej. Kręcili się ze swymi wężowymi ogarami i
szukali uciekinierów. Niedaleko od muru, między drzewami, początkowo zdawało
się być bezpiecznie, acz trójka przyjaciół po raz kolejny nie doceniła przeciwników.
Kilkunastu Korrian celując do nich z karabinów szło w ich stronę. Tylko czekali
na sygnał od swego przełożonego i zakończyliby sprawę. Chyba, że wcześniej,
któryś z terrorystów zrobiłby jakiś nieprzemyślany ruch. Oficerowie Mrocznych
Elfów byli nad wyraz opanowani i zdyscyplinowani, karniejsi i bardziej
zaangażowani niż większość armii Starego Świata. Jeśli ich siły zbrojne są zorganizowane podobnie, to i bez technologii
daliby nam łupnia.
Shivan spojrzał na Erlana i Dyzia. Wiedzieli, że nie ma
sensu teraz nic robić, jeszcze nie teraz, jeszcze z minutę. Musieli grać na
czas.


- Chcieliśmy omówić warunki poddania się. – Powiedział kapłan.

            Kapitan
Korrian nawet chciał coś odpowiedzieć, ale albo wyczuł podstęp, a może miał jasne
rozkazy. Tyle, że na placu pojawił się niebieski beholder, który jak tylko
ujrzał grupę Mrocznych Elfów, zaczął lecieć w ich stronę z rykiem.


- Bronić się! – Wydał rozkaz kapitan.

            Dopiero
wtedy oficerowie odwrócili swe lufy i zaczęli strzelać do potwora. Tyle, że dla
nich było już za późno. Wielkie latające oko z paszczą podlatywało i połykało
kolejne ofiary, przegryzając je w pół. Nie pogardziłoby i zwykłymi elfami, nie
mówiąc o człowieku, gdyby nie to, że czas minął. Pierwsza bomba eksplodowała. W
murze pojawiła się wyrwa. Huk ściągnął Korrian w jedno miejsce. A dzika bestia,
choć niepokonana w walce, spłoszyła się i odleciała. Oczywiście wystraszenie
beholdera było dość krótkotrwałe, ale wystarczyło, by się od niego uwolnić,
gdzieś tam dalej znalazł sobie kolejne ofiary.


            Gdy
Moredhele byli zajęci jedną wyrwą, wtedy drugi ładunek eksplodował. Tym razem
właściwy. I nim kurz opadł, cała trójka ruszyła ku wyrwie, nim Korrianie w
ogóle się zorientowali. Nikt nie liczył, że zgubią pościg, liczyli tylko, że
uda im się go na trochę przechytrzyć.


            Wbiegłszy
do centrum portali, które na ich szczęście nie znajdowało się tak daleko, od
razu zabrali się za rozkładanie ładunków wybuchowych. Plan był prosty, wrócić
do Arabii i na jakiś czas powstrzymać pościg, a przy tym namieszać szyki wrogom
jak to tylko możliwe. Tyle, że jak zwykle nie przewidziano wszystkich
elementów, takich jak choćby to, że po poprzedniej wizycie w tym miejscu,
pojawiło się tu dużo więcej strażników. Cień podkładający bomby pod portale,
nawet gdyby miał dokumenty, byłby od razu podejrzanym. Lwy, w przeciwieństwie
do Korrian, nie ceniły tak wysoko informacji. Ważna była brutalna siła armii,
potęga Magistratu, a portale były jej cennym elementem. Nikt nie miał prawa ich
niszczyć.


            Erlan
chciał rzucić jedną kulę ognia, ale gdy zobaczył ile bomb już porozkładali,
wiedział, że wszyscy by się usmażyli. Jedynie Dyzio starał się walczyć mieczem,
co jedynie budziło śmiech. Sytuacja jednak wymykała się spod kontroli, na teren
centrum portali zaczęły zjeżdżać automobile pełne Korrian, a także posiłki
Magistratu Wojennego. Moredheli było coraz więcej i wbieganie na chwilę przez
portal do jakieś miejsca, by uniknąć kuli przestało się sprawdzać. Zwłaszcza,
że alarm już nie tylko ogarnął siły ochronne Sal-Sagoroth, ale także i mnóstwo
placówek okupacyjnych.


            Shivan
wskakując do portali na chwilę zwiedził więcej Miscle niż kiedykolwiek
wcześniej. Widział zrujnowany Satynowy Dwór, stolicę Galonii, okupowany Altburg
i mnóstwo innych miejsc, których nie potrafił rozpoznać. W końcu cała trójka
znalazła portal, który prowadził do Arabii, do miejsca, skąd przyszli. Kapłan
nie mówiąc nic, wbiegł przez niego, chwilę później zrobił to Erlan i Dyzio.


            W Arabii
panował już dzień. Nie zdziwiło ich to zbytnio, chwilę biegania po Starym
Świecie, już ich do tego przyzwyczaiły. Ale i tu napotkali strażników.


- Stać! – Ryknął jeden z Moredheli.

- Alarm! – Wydzierał się Shivan wymachując przepustką. –
Ściągnąć posiłki! Atakują Sal-Sagoroth!


            Jeden ze
strażników wbiegł przez portal, drugi przez chwilę stał zdziwiony, ale
Kisjevczyk podszedł do niego i błyskawicznie zaatakował go mieczem. Mroczny Elf
nie zdążył zareagować. Erlan wziął kulkę siarki, przygotował czar i wpuścił
kulę ognia wprost przez portal. Odsunął się. Jego przyjaciele odskoczyli. Przez
portal przeleciały fragmenty wyrzucone przez eksplozję, a chwilę potem zawalił
się. Magia była utrzymywana przy połączeniu, ale sam przedmiot, przejście nie
było w żaden sposób chronione, nie licząc strażników.


            Dyzio wstał, otrzepał
się. Shivan popatrzył na przyjaciół. Erlan westchnął. Teraz byli bezpieczni.
Przynajmniej przez jakiś czas. Dopóki Moredhele nie zaczną ich ścigać.

Komentowanie nie jest możliwe :, , więcej...

CDII.

przez , 01.cze.2009, w Bez kategorii

            Wschodząc
do kolejnego budynku Shivan nawet nie spojrzał na wartowników, mignął im tylko
szybko przepustką. Dyzio, w przebraniu Cienia, szedł za nim z groźną miną i
nawet nie raczył się zatrzymać. Włożył rękę do kieszeni na chwilę, jakby chciał
coś wyjąć, machnął ją szybko i przestał. Korrianie nie byli tym zachwyceni,
jeden z nich próbował zatrzymać gości.


- Dobrze, że się pofatygowałeś. – Rzekł Shivan. –
Poszukujemy elfickiego szpiega, powiesz nam gdzie on przebywa?


- Dokumenty proszę. – Powiedział. – Nie miałem okazji ich
zobaczyć.


            Kapłan
podał mu swoją przepustkę.


- Sprawa jest bardzo ważna, dostaliśmy pewne informacje,
sprawą osobiście interesuje się Saur. A teraz puścisz nas, czy mam ci usmażyć
móżdżek?


- To kwestia, która dotyczy Korrian, nie Cieni. –
Protestował Moredhel. – Prosiliśmy o wsparcie i otrzymaliśmy je, reszta was nie
dotyczy.


- Zmieniło się kilka spraw, o których nie mogę mówić
publicznie, twój szef może o tym porozmawiać z Saurem, jeśli wam na tym zależy.
Użyję wszystkich dostępnych mi środków, by spełnić wolę mego pana.


            Mówiąc
to kapłan podniósł lekko rękę. Korrianin się trochę wystraszył, nawet nie
sprawdzał już dokumentów Dyzia, pokazał jedynie kierunek, w którym znajdował
się Erlan. Gdy dwaj „Cienie” poszli, wyjął natychmiast kamień dalekowidzenia.


- Cienie coś knują. – Powiedział potem przełożonemu. –
Chcą zabrać więźnia.


- Mają na to pismo? – Zapytał dowódca.

- Nie.

- Aresztować ich. I ogłosić alarm.

            Kamień
przestał się mienić światłem, obraz dowódcy zniknął.


            Tymczasem
elf i Kisjevczyk otworzyli celę, w której siedział ich przyjaciel. Dyzio szybko
przeciął liny, którymi go związano.


- Jak zwykle pakujesz się w tarapaty.

- I jak zwykle Shivan nas z nich wyciąga. – Rzekł mag.

- Niedobrze! – Usłyszeli tylko głos kapłana.

            Na
zewnątrz korytarzem szło dwóch prawdziwych Cieni, którzy bynajmniej nie mieli
zamiaru sprawdzać przepustek nowoprzybyłych. Od razu zaczęli miotać kulami
ognia. Kapłan rzucił się do ucieczki.


            Dyzio
podszedł do drzwi i zaczekał, aż przeciwnicy będą tuż obok nich. Wyskoczył,
przeciął jednego w pół, drugi szybko wyczarował piorun, który trafił
Kisjevczyka w miecz. Mężczyzna musiał rzucić swą broń i dojść o siebie. Erlan w
tym czasie zaczął dusić Cienia od tyłu. Moredhel próbował się rzucać, ale w tym
czasie dawny zwadźca, przebił go mieczem.


- Dobra współpraca. – Mruknął Kisjevczyk.

            Usłyszeli
tylko przeładowanie broni. W korytarzu stało kilkunastu Korrian celujących do
nich z karabinów. Erlan zamknął oczy, skupił się i nim Moredhele zareagowali,
poleciała w ich kierunku kula ognia.


- Musimy stąd zmiatać i to szybko. – Powiedział mag
rzucając się do ucieczki.


            Dyzio
nie czekał zbyt długo, pobiegł za przyjacielem. Tymczasem Korrianie powoli
dochodzili do siebie. I zaczęli strzelać.


- Zawiadomić Cieni. – Krzyczał jeden do kamienia dalekowidzenia.
– Sytuacja awaryjna.


            Shivan
znalazł się w miejscu, które wyglądało jak skład amunicji. Spoglądał na
pistolety, karabiny i inne rzeczy, którymi mordowali wrogów Moredhele, ale nie
do końca wiedział jak działają. Trochę bał się ich używać, za to szybko
spostrzegł coś, co zachowywało się analogicznie do krasnoludzkich ładunków
wybuchowych. Kilka bomb z lontami. Wziął je. Przydadzą się, by zamaskować naszą ucieczkę. Następnie odwrócił się
i poszedł szukać przyjaciół.


            Erlan i
Dyzio uciekając przed ścigającymi ich Korrianami rozdzielili się. Magowi było o
wiele łatwiej, wystarczyło zatrzymać się i co pewien czas rzucić kulę ognia,
niestety powoli kończyły mu się kuleczki siarki, więc wiedział, że niebawem
będzie musiał improwizować. Dobrze, że
klecha gdzieś sobie polazł, pewnie by się śmiał z mojej magii.
Elf po raz
kolejny żałował, że nie tylko nie przepisał sobie wszystkich czarów z Gildii w
Altburgu, ale co ważniejsze nie nauczył się ich. Niektórych błędów nie da się już naprawić. Nawet zakładając, że książę
Dominicjan jeszcze żyje, to wątpię by Gildia jeszcze istniała.


            Najgorzej
miał Kisjevczyk. Korrianie strzelali do niego, a on nie miał jak się bronić.
Wiedział tylko, że gdyby stanął i zaczął wymachiwać mieczem, nawet nikogo by
nie drasnął. Mogli go bez problemu zastrzelić z odległości. Uciekał więc, przed
siebie, nie zastanawiając się dokąd biegnie. W końcu znalazł się w miejscu,
które mógłby nazwać chlewem, ale miast świń znajdowały się tu klatki z
przeróżnymi bestiami. W jednej z nich był też beholder. O nie, tylko nie to. Wielka, niebieska, latająca kula o średnicy
dwóch metrów, z jednym gigantycznym okiem, oraz olbrzymim, pełnym zębów otworem
gębowym spoglądała na niego, śliniąc się. Moredhele wbiegli do izby. Dyzio
zamknął na chwilę oczy i wziął głęboki oddech. Otworzył je. Wrogowie powoli
zbliżali się do niego.


- Nie zrobisz tego! – Ryknął jeden z nich. – Strzelać!

            Otworzyli
ogień.


            Dyzio
dał susa i był już przy klatce. Stwór spoglądał na niego dziwnie, jakby patrzył
na ofiarę. Ślinił się. Kisjevczyk podniósł szybko miecz i uderzył w nim w
zapięcie klatki. Zaiskrzyło. Pociski świstały wokół niego. Uderzył ponownie. I
ponownie. I jeszcze raz. Coś trzasnęło. Ale nie pękło. Beholder zaś zareagował,
zaczął napierać swym cielskiem na drzwi. Te w końcu się otworzyły. Dyzio chciał
uciekać, stwór wisiał w powietrzu tuż przy nim otwierając swą paszczę. Ja pierdolę! I gdyby Moredhele przestali
strzelać, potwór pożarłby Kisjevczyka, ale jeden z nabojów zranił bestię. Ta
wydała przerażający ryk. Mężczyzna poczuł tylko, jej ślinę i niedojedzone
fragmenty jakiejś istoty na sobie. Potwór był jednak rozdrażniony i zaczął
napierać na strzelających Mrocznych Elfów. Ledwo zipiący Dyzio, podszedł do
kolejnej klatki i uwolnił drugiego, mniejszego, czerwonego beholdera. Tym razem
stał do klatki bokiem, więc stwór też poleciał wprost na Korrian. Teraz trzeba znaleźć innych i się wycofać.


            Shivan
poprosił jeszcze raz swego pana o pomoc, dzięki temu dziwnym trafem znalazł
Erlana, a gdy szukali wyjścia, otworzył drzwi wprost do „chlewika”, w którym
słychać było krzyki beholderów. Przez drzwi wpadł zdyszany Dyzio.


- Zamknijcie je! – Krzyczał.

- I co teraz? – Zapytał Erlan.

- Musimy jak najszybciej wrócić do centrum z portalami i
wrócić do Arabii. – Zadecydował kapłan. – Obecnie wiemy o wrogu więcej, niż
przekazał nam Amos.


- Będą nas ścigać. – Rzekł mag. – Nie poddadzą się tak
łatwo.


- Demony, Moredhele, pół Kaszkientu, jaka różnica? –
Śmiał się Kisjevczyk.


- Zamkniemy za sobą portal. – Rzekł Shivan pokazując
bombę. – Tylko mamy niewiele czasu, wezwali prawdziwych Cieni.

Komentowanie nie jest możliwe :, więcej...

CDI.

przez , 31.maj.2009, w Bez kategorii

- Ja bym tam nie wchodził. – Nalegał Korrianin. – To
człowiek. Może przenosić jakieś zarazki, brudne to, nie wiadomo czym się żywi.
Podobno zjadają swoich zmarłych.


- Gdzie o tym słyszałeś? – Zdziwił się Shivan.

- Przeczytałem w „Ludzie są głupi” Jego Ekscelencji
Rodryka.


- A więc to prawda… – Mruknął od niechcenia kapłan. –
Niemniej jednak mój mistrz, Saur, żąda wydania tego eksponatu, do badań.
Możliwe, że ciało ludzkie przyda się na składniki do jakiś niecnych czarów. –
Roześmiał się Shivan.


- Hahaha! – Dodał Montolio.

- A to co za ptaszysko? – Zapytał Korrianin.

- Nie wyczuwasz magii, prawda?

- Nie, mistrzu Rodryku. – Powiedział uniżenie Moredhel.

- On ma tylko ptasią powłokę, ale to magiczna zabawka,
nazywa się Okiem Saura. Mój pan doskonale widzi, co tu się dzieję, ale mało kto
o tym wie i zwraca na to uwagę.


            Korrianin
pobladł.


- Tak, oczywiście już prowadzę do celi. Mam nadzieję, że
twój pan nie będzie zły, iż postępowaliśmy zgodnie z procedurami. Nie mieliśmy
wyboru.


- Nie zajmuj mi już więcej czasu, myślisz, że ja się nie
brzydzę człowiekiem? – Zrugał go Shivan. Fajnie
jest czasem pobyć Mrocznym Elfem.


            Natychmiast
ruszyli do celi. Drzwi były metalowe, bez żadnego otworu, wewnątrz nie było w
ogóle światła. Dyzia zamknięto tam i nie karmiono, ani nie pojono, bano się go.
Pracujący w centrum Moredhele od lat nie widzieli żadnej nistoty, co trochę
wzbudziło w nich niepokój i panikę.


- Wyłaź! – Ryknął Korrianin, a potem zwrócił się do
Shivana. – Nie wiadomo jak zareaguje, może być niebezpieczny, w końcu oni nie
różnią się od zwierząt zbyt wiele. I to zwierzęta są tymi lepszymi.


            Przeładował
broń. Kapłan podniósł rękę.


- Nie obawiaj się, moja magia nas obroni. – Powiedział
spokojnie elf.


            Kisjevczyk
wyszedł z celi, rozejrzał się i ucieszył, gdy ujrzał przyjaciela. Chciał coś
powiedzieć, ale Shivan tylko wyciągnął dłoń.


- Udawaj, że się dusisz. – Powiedział spokojnie w języku
imperialnym.


- Co? – Zdziwił się Dyzio.

- Udawaj, że się dusisz! – Powtórzył głośniej elf
ściskając dłoń.


            Kisjevczyk
chwycił się za gardło, zaczął dyszeć i szaleć.


- Widzisz, jedno proste zaklęcie i człowiek leży. –
Zwrócił się Shivan do Korrianina, zluzował rękę i dał Dyziowi znak, by udawał
wymęczonego. – Czy to bydle miało ze sobą jakieś rzeczy?


- Bydle? – Zdziwił się dawny zwadźca.

            Shivan
tylko podniósł rękę i znów w powietrzu zaczął udawać, że dusi przyjaciela, a
ten od razu podłapał sztuczkę.


- Miało. – Potwierdził Korrianin.

- Daj mu je, zabieramy je do Świątyni.

- Tam jest miecz.

- I co mam go nieść? Brzydzę się rzeczy, które
wyprodukowali ludzie i im podobni. Niech sam to niesie, mnie nie zagrozi.


- Tak jest, mistrzu.

            Kilkanaście
minut później, Dyzio obładowany swoimi rzeczami szedł przed Shivanem, który co
pewien czas udawał, że przeszkadza mu ludzki smród. Nikt z Korrian nie śmiał
zatrzymywać Cienia, więc szybko wyszli z budynku. Lecz zamiast udać się do
wyjścia z centrum, schowali się między drzewami.


- Mistrz magii? – Zdziwił się Dyzio. – Czy ja o czymś nie
wiem?


- Zamknij się bydlaku… – Odrzekł Shivan. – No dobra,
nikt nas nie słyszy. To była jedna możliwość, jak widać zadziałała. Teraz
będzie trochę trudniej musimy znaleźć Erlana.


- On też tu jest?

- Niestety. – Potwierdził kapłan.

- A ciebie czemu nie złapali?

- Dowiedziałem się, jednej ciekawej rzeczy. Otóż
Moredhele żyjąc tu od lat, będąc jedynym szczepem elfów, nie potrzebowały
zmysłu aury i zapomniały o nim. Przynajmniej w większości. Dlatego nie złapano
nas od razu. Erlan miał mniej szczęścia ode mnie, ale nasz przyjaciel, ten
świecący, dał mi pewno zaklęcie, które sprawia, że nie można odczytać mojej
aury. Twojej również. Przynajmniej już teraz.


- Mojej? – Zdziwił się Kisjevczyk.

- Tak, odtąd jesteś członkiem zakonu Cieni, tak jak ja. –
Kapłan podał mu czarny habit. – Mój rozmiar, musisz się jakoś w to wbić. Mam tu
jeszcze gliniane elfie uszy, przymocuj to sobie. I się ogól.


- Ale wiesz, taki zarost parodniowy dobrze działa na
wszystkie białogłowe, nawet tu się za mną oglądały.


- Chyba z obrzydzenia. Oni tu nie lubią innych ras. Tu w
ogóle nie ma przedstawicieli innych ras, dziwne prawda? – Mówił Shivan. – A i
nie zatnij się, bo będzie głupio wyglądało.


- Nigdy nie goliłem się własnym mieczem. – Powiedział Dyzio
przytykając ostrze do twarzy. – Dziwne uczucie.


- Nie wiem i wątpię, bym się kiedykolwiek dowiedział. A
teraz daj mi chwilę.


            Elf
ukląkł na ziemi i zaczął się modlić. Prosił swego pana, by ten wskazał mu
budynek, w którym przetrzymywano Erlana. Kapłan doskonale wiedział, że czasu
mają niewiele. Nie wiadomo, jak długo uda im się zwodzić Moredheli.

Komentowanie nie jest możliwe :, więcej...

CD.

przez , 31.maj.2009, w Bez kategorii

            Gdy
przechodzili do Świątyni Cieni, Erlana na placu nie było. Shivan starał się
odnaleźć przyjaciela, acz nie mógł się zbytnio rozglądać, by Yriel nie
zauwazył. Weszli do środka, hol był pokaźny i urządzony w stylu nieznanym
kapłanowi. Wszystko sprawiało wrażenie uporządkowania i przestronności.


- Windy, pewnie nie widziałeś nigdy takiej. – Roześmiał
się stary Cień.


            Podeszli
do jednej z nich, otworzyli drzwi i weszli do środka.


- Windy, dla Moredheli? – Nie mógł się nadziwić Shivan. –
No to ładnie.


- Kilka lat temu zaczęto je montować w niektórych
nowoczesnych budynkach, ale nawet Saurowi się spodobało, więc mamy i tu.
Niektórzy mówią, że my Cienie nie idziemy z postępem, a mało kto wie, że winda
osobowa to nasz wynalazek. – Chwalił się Yriel.


- Fascynujące, czuje się dowartościowany wiedząc, że to
wszystko to dzieło kogoś z nas.


- Co wiesz o Cieniach? Ogólnie pytam.

- Niewiele, mój stary mistrz był raczej zamknięty w
sobie, głównie mówił mi o bogach, no i bił księgą po łbie, mówiąc, że nigdy nie
miał tak głupiego ucznia. – Rzekł smutno kapłan. Brat Johan pewnie się teraz w grobie przekręca. Czasami chciałbym się
dowiedzieć, czy faktycznie nie żyje, tak jak zostało to przewidziane.


- Nie przejmuj się. – Rzekł starzec. – Każdy z w życiu
wiele przeżył, wy w Światłach przynajmniej trochę pamiętaliście swoich
rodziców, my już nie za bardzo. Tyle, że teraz nie ma już Karmazynowych i nie
ma Świateł, są tylko i wyłącznie Cienie. Poroszę o to, byś pomagał w świątyni u
mnie, jest wiele rzeczy, do których doszedłem, a które chciałbym komuś
przekazać. Zapisanie ich nie zagwarantuje, że zostaną one kiedykolwiek przeczytane.
Biblioteka Cieni, a w zasadzie obie wielkie biblioteki są już przeładowane
tomami, nikt nie jest w stanie tego, co w nich zapisane pojąć.


- Obie?

            Winda
się zatrzymała.


- Jesteśmy na miejscu. – Rzekł Yriel otwierając drzwi. –
Obie, jedna jest tu, druga w Sanacjum, ale czym ono jest dowiesz się w swoim
czasie, cierpliwości.


            Następnie
poddano Shivana intensywnemu doszkalaniu. Dano mu strój Cieni, niekoniecznie
szyty na miarę, acz pasujący. Podcięto włosy, kazano się wymyć, przedzielono
komnatę i dano przepustkę. Inny stary Cień zaczął mu wykładać bardzo skrótowo
historię powstania królestwa, o tym jak Rodryk doszedł do władzy, a także
historię, rolę i podział zakonu Cieni. Wspomniał też ogólnie o Magistracie, ale
nie wyrażał się o nich zbyt pochlebnie. Jeszcze mniej mówił o Korrianach,
których uważał za fanaberię pierwszego ministra. Kapłan starał się wszystko
zapamiętać, zadawał dużo pytań i udawał cały czas naiwnego, co działało bardzo
dobrze na starych zakonników, którym nie dane było nigdy się wybić. Przy tym
młodziku mieli szanse realizować swe ambicje, byli kimś.


            Wieczorem
Shivan wrócił do swojej komnaty, gdzie już ustawiono figurkę Karatha. Elf
podziękował tym, którzy urządzili mu izbę, a gdy został sam zaczął się modlić. Panie, ratuj. Nie wiem, co mam teraz czynić.
Gdy pogrążył się w modłach, stracił rachubę czasu. Dopiero po jakiejś godzinie
z letargu wybudził go głos.


- Wstań i otwórz okno.

            Shivan
nie wiedział, kto to mówi. Czuł się trochę dziwnie. Dopiero potem dojrzał widmo
zmory, które znajdowało się w tym pokoju.


- Czy tu znajdę Księgę Makr? – Zapytał kapłan.

- Nie. – Odrzekło widmo. – Teraz czas, byś wrócił na
Stary Świat, tu jest zbyt niebezpiecznie.


- Nie wykryli mnie. – Rzekł Shivan.

- To stan przejściowy. Oni żyją tu w swoim świecie, w
którym aura nie była elfom do niczego potrzebna. Większość z nich zapomniała o
tym zmyśle, dlatego was nie dostrzegają. Ale nie wszyscy, im dłużej tu jesteś
tym bardziej narażasz się na niebezpieczeństwo. Mam dla ciebie dar. – Podał mu
pergamin.


            Kapłan
spojrzał na nie.


- To czary… – Westchnął. – To nie dla mnie.

- Owsem, dla ciebie.

- Ukrycie aury, swobodne spadanie? – Dziwił się Shivan.

- Nie wyjdziesz przez główne wejście. Nie o tej godzinie.
– Mówiło widmo. – Udasz się do centrum Korrian, gdzie znajdziesz swoich
przyjaciół. Kapłani czasem dostają dar, dzięki któremu mogą rzucać czary.
Ciebie też to dotyczy.


- Mam wyskoczyć przez okno i rzucić na siebie czar? –
Dziwił się elf. – No to ładnie. A myślałem, że już gorzej być nie może.


- Nie masz czasu na rozmyślanie. – Rzekło widmo i
rozpłynęło się w powietrzu.


            Kapłan
podszedł do okna, wyjrzał przez nie. Znajdował się na wysokości ósmego piętra,
a na dole znajdował się kamienny bruk. No
to ładnie, jak to nie zadziała, to tej nocy będę w królestwie Morroua.

Komentowanie nie jest możliwe :, , więcej...

CCCXCIX.

przez , 30.maj.2009, w Bez kategorii

            Świecili
mu po oczach, mrużył je, ale to niewiele dawało. Źródło, które nazywali lampą
elektryczną, było na tyle silne, że najchętniej odwróciłby głowę. Gdy tylko
próbował, bili go i ustawiali we właściwej pozycji. Tak wyglądało
przesłuchanie. Korrianie nie przejmowali się tym, że szpieg mógłby nie przeżyć.
Chcieli go złamać, ale zdawali sobie sprawę, że niektórzy mogą być zbyt oddani
temu, co robią, by się sprzedać. Nienawiść innych ras, wobec Moredheli była
wielka i potrafiła motywować.


- Powiedz jeszcze raz, jak znalazłeś portal?

- Mówiłem, przechodziłem sobie drogą, gdy nagle z portalu
wyszły Mroczne Elfy. Nie zareagowały, to zobaczyłem skąd przyszły… Przelazłem
do środka… – Tłumaczył Erlan.


- Wyszkolony mag, biegle władający językiem moredhelskim,
w dodatku elf, przechodzi na drugą stronę i kręci się po Sal-Sagoroth. Przez
przypadek? – Zirytował się Korrianin. – Powiesz mi wszystko o swojej bandzie,
albo zrobimy się nieprzyjemni.


- Mojej bandzie? – Zdziwił się mag. Oni chyba myślą, że jesteśmy bardziej zorganizowaną grupą.

- Twojej zasranej bandzie! – Ryknął Korrianin.

            Stojący
przy drzwiach Cień podniósł ręce, by być gotowym na ewentualny atak magiczny ze
strony przesłuchiwanego.


- Więc nigdy nie myśleliśmy, że tu się znajdziemy.
Byliśmy poszukiwaczami przygód, wpierw dowodził nami Gotr, krasnolud.


- Krasnolud… – Powtórzył Moredhel z obrzydzeniem. –
Dowodził wami? Chyba niewiele wtedy zdziałaliście.


- W rzeczy samej, mieliśmy problem w dotarciu do
Altburga. Byliśmy tylko poszukiwaczami skarbów, nic więcej, złodziejami,
bandytami i hienami cmentarnymi, acz niegroźnymi. – Zarzekał się elf.


- Kłamiesz! – Ryknął Korrianin. – Chyba nie wiesz z kim
masz do czynienia. Nie wiem jak twoja szajka przedostała się do naszego kraju i
ilu was tu jest, ale i tak wszystkich was złapiemy i wybijemy.


- Nie kłamię, mówię prawdę. A mam pytanie, ktoś mówił, że
inne rasy, tfu nistoty już wymarły. Czy jesteśmy w przyszłości? Wiecie portale
przenoszą nas w przeszłość?


- Koniec gierek. – Zirytował się Moredhel.

            Podniósł
rękę. Dwóch innych Korrian założyło zaczepy z kabelkami na więźnia i odsunęło
się.


- A teraz powiedz mi, gnido, co wiesz o piorunach.

- O piorunach? – Zdziwił się Erlan. – O magicznych mogę
poopowiadać, ale chodzi ci o te w chmurach?


- Tak, o te naturalne, jak powstają.

- No cóż, w chmurach. Niektórzy twierdzą, że to bogowie
ciskają, ale ja w to nie wierzę. Jakiś naturalny proces. – Tłumaczył elf. – Po co
te pytania?


- Opisz mi ten naturalny proces. – Mówił Korrianin,
zupełnie bez jakichkolwiek emocji.


- Proces, no tak, nie mam pojęcia. Wątpię by ktokolwiek
miał.


- Powiedz jak powstają! – Podniósł głos przesłuchujący.

- Stary, pogrzało cię, skąd ja mam to wiedzieć. Nie wiem.

- Znaczy nie chcesz powiedzieć, tak?

- Nie mam pojęcia jak powstają pioruny! – Wydzierał się
Erlan.


            Korrianin
uśmiechnął się pod nosem i nacisnął jeden z przycisków na biurku. Przez kabelki
popłynął prąd, który zaczął kopać przesłuchiwanego elfa.


- Kurwa, co to jest! – Wydzierał się. – Ja pierdolę!
Głupi chuju!


- To wiesz jak powstają pioruny, czy wolisz mi
opowiedzieć o swojej szajce?


- Zrozum nie ma żadnej szajki… Znalazłem się w
niewłaściwym miejscu o niewłaściwej porze, to wszystko. Nie moja wina, że się
wplątałem w kabałę. A co to było, czym mnie potraktowaliście?


- Pioruny. – Uśmiechnął się przesłuchujący. – Widzę, że
jesteś bardzo lojalny wobec swego wywiadu. Spróbujemy jeszcze kilka sztuczek,
potem podamy ci serum prawdy.


- Czemu od razu tego nie zrobicie. – Parsknął śmiechem
Erlan. Dziwi jacyś.


- Dla twojej informacji – wtrącił się Cień. – To nie jest
takie serum jakie znacie w swoim zacofanym świecie, to nasz wynalazek, mojego
zakonu. Odczytamy wszystkie twoje myśli, nie ukryjesz przed nami niczego, tylko
jest jeden mały problem, zginiesz przy tym, a mógłbyś się nam przydać w Starym
Świecie.


            Cień
wyjął z kieszeni mały słoiczek z dziwnymi, patyczkowatymi owadami w środku.


- Nosiciela pierwotnego traktują łagodnie. – Roześmiał się.


- Będziesz współpracował? Powiesz nam wszystko o swoim
wywiwadzie? – Zapytał Korrianin.


- Nie pracuję dla żadnego wywiadu… – Zaprzeczył Erlan.

            Moredhel
znów nacisnął guzik i popłynął prąd. Przesłuchiwany zaczął się wydzierać. Tym
razem dłużej.

Komentowanie nie jest możliwe :, więcej...

CCCXCVIII.

przez , 28.maj.2009, w Bez kategorii

- Tu nie wolno wchodzić! – Ryknął wiekowy Cień
spoglądając na Shivana, który próbował wejść do zakrystii świątyni.


            Elficki
kapłan zatrzymał się starając się wyglądać na bardziej zdezorientowanego, niż
faktycznie był.


- Przepustkę poproszę. – Powiedział Cień.

- Właśnie z tym mam problem, bo jej nie mam.

- Pokaż choć swoje dokumenty…

- E, no… – Kręcił Shivan.

- I co to za strój? Skąd żeś się urwał!? – Irytował się
stary Cień.


- Mógłbym rzecz, że z prowincji, ale to by było mało
powiedziane. – Mój klasztor był na
uboczu, ale wątpię byś zrozumiał, o czym mówię. Zwłaszcza, że nie chciałbym, by
tak się stało.


- Jesteś jednym ze konwertytów ze Świateł, co?

- Właściwie to po raz pierwszy przybyłem do stolicy,
wcześniej nie miałem okazji mieszkać w mieście, to wszystko mnie przeraża.
Miałem się zgłosić w świątyni Cieni…


- Jak masz na imię chłopcze? – Zapytał Cień.

- Nazywam się… – Zamyślił się chwilę. Jakie są imiona Moredheli? – Rodryk.
Wiem, wiem, niektórzy dziwnie reagują na to imię.


- Jestem brat Yriel. Zanim zdecyduję, co będzie z tobą
dalej, chcę ci zadać parę pytań. Wyglądasz mi na przerażonego i zagubionego,
cóż pamiętaj chłopcze życie jest bezwzględne i trzeba siłą brać, to co się mu
należy. Gdybyś nie był Cieniem, zmiażdżyłbym cię. – Ale jesteś w moim zakonie i musiałbym za to odpowiedzieć. – Ile masz
lat?


- Trzydzieści jeden. – Powiedział zgodnie z prawdą
Shivan.


- I rodzice nazwali cię Rodryk… Przyjechałeś z
prowincji i dziwisz, się, że nistoty i inni dziwnie reagowali na twoje imię.
Albo masz nie po kolei w głowie, albo nie wiem, gdzieś się uchował.


- To było odelfie…

- Widzę. Myślałem, że po Karmazynowych słuch już zaginął,
ale widzę, że jeszcze niektórzy z nich uchowali swoich adeptów, powiedz mi
jeszcze jedno, jaka jest twoja profesja, bo mniemam, że nie szkolono cię według
reguł zakonu Cieni? – Pytał Yriel.


- Jestem kapłanem boga śmierci… – Powiedział uradowany
Shivan.


- Tak? – Zdziwił się Cień. – To gdzie masz insygnia
Karatha!?


- Karath… – Wymamrotał elf. On nie jest bogiem śmierci, on był jednym z demonów Morroua, jeszcze
przed Kompanią Chaosu. Potem stał się pomniejszym bóstwem Chaosu, oni muszą go
uznawać za pana życia i śmierci, ale nie pana Panteonu.
Uśmiechnął się. –
Po to mnie tu przysłano, bym skończył szkolenie.


- Bez dokumentów i niczego? – Dziwił się Cień.

- Właśnie, w tym jest problem. Przechodziłem przez
portale, mojemu mistrzowi nie chciało się korzystać z innych form transportu i
mi tego też odradzał. Zwierząt nie lubił, a innym formom, pozbawionym magii nie
wierzył.


- Dziwisz się? – Roześmiał się Yriel. – Kto, kto pozostał
ze Świateł i widział upadek ich plugawego państwa, mógłby wierzyć w
niezawodność techniki… Ona stała się przyczyną ich upadku. Ale akurat kolej
jest bezpieczna.


- Właśnie bardzo żałowałem, że nie mogłem jej dotknąć z
bliska. – Stwierdził Shivan. – Wygląda wielce interesująco, ale kto wie, może
taka była wola mojego Pana. Po drodze spotkałem, coś przedziwnego, kilka
portali było niezabezpieczonych i z odległych krajów przedarła się grupa ludzi!
Napadli mnie, zabrali mi dokumenty!


- Ludzie tutaj… – Powtórzył to z obrzydzeniem Yriel. –
Głupie Lwy nie zabezpieczyły wszystkich przejść, skaranie bogów z tym
Magistratem! Jeszcze jedna rzecz mnie frapuje, Rodryku, co to za ptaszysko?


- Nie wiem właśnie dokładnie, mój nauczyciel jednak
powiedział, że pewnego dnia mi się przyda. Nie wiem, o co mu chodziło.


- Wysłał cię do Świątyni Cieni, czy do jakiejś świątyni? –
Zapytał starzec.


- Miałem to na kartce. – Rzekł cichutko Shivan.

- Nie chcesz może zostać żołnierzem? – Ironizował Yriel. –
Cóż, Świątynia Cieni to ten olbrzymi budynek przy placu, tam pójdziemy. Obecnie
nie pełni roli religijnej, to nasze centrum, nawet ktoś ze Świateł powinien to
wiedzieć, no tak, ale ty już urodziłeś się po schizmie, więc możesz takich
rzeczy nie wiedzieć. Swoją drogą twoi rodzice mieli wiele tupetu, by cię tak
nazwać.


- Zginęli… – Powiedział cicho elf.

- Była wojna, co poradzić. Wielu wtedy zginęło.

- A mam jeszcze dwa pytania. Rozmawiałem z żołnierzami po
tym napadzie, kazali mi się zgłosić w centrum Korrian, ale wpierw wolałem się
tu odmeldować. Gdzie jest to centrum i co się tam robi? No i czemu mówili o nas
per Ciernie?


- W Magistracie lubią umniejszać naszą rolę, stąd ta
nazwa. A centrum Korrian, nieprzyjemne miejsce, jest na wschód od stolicy.
Wpierw jednak musimy ustalić, co możesz im powiedzieć. – Roześmiał się Yriel. –
Chodźmy.

Komentowanie nie jest możliwe :, , więcej...

CCCXCVII.

przez , 27.maj.2009, w Bez kategorii

            Sal-Sagoroth,
stolica Królestwa Mrocznych Elfów, dla osób postronnych była trudnym do
ogarnięcia miastem. Pierwsze, co rzuciło im się w oczy to brak przedstawicieli
innych ras. Całe miasto, wraz z pobliskimi zabudowaniami, koszarami, a także
podziemnymi częściami zamieszkiwało ponad dwa miliony Moredheli, tyle, że ani
Erlan, ani Shivan nie byli w stanie tego pojąć. Dla nich było to ogromne, wręcz
niekończące się, przedziwne miejsce. Na próżno mogli szukać murów miejskich i
bram, te owszem, kiedyś odgradzały najstarsze części stolicy, ale teraz w
większości je wyburzono. Kto mógłby atakować Mroczne Elfy na ich własnym
terenie. Im głębiej szli w kierunku centrum, tym budynki były wyższe, niektóre
nawet kilkunastu piętrowe. Ulice były czyste, w porównaniu z tym, co znali ze
Starego Świata, nikomu nie przyszło do głowy, by śmieci, czy ścieki wyrzucić
przez okno. A nawet gdyby przyszło, służby porządkowe, zapewne zajęłyby się
delikwentem.


            Nikt nie
zwracał uwagi na dwóch przybyszy, którzy wyglądali raczej na obdartusów.
Faktycznie stroje mieszkańców były inne, lepiej uszyte, staranniej skrojone,
wręcz maszynowo. Wszystko produkowano masowo, owszem każdy mógł wybrać ubiór
jaki mu się podobał, ale każdemu z tych strojów brakło swoistej iskry
indywidualności.


            To,
czego początkowo nie rozumieli przybysze, to ruch miejski, był on całkowicie
zorganizowany. Niektórzy przemierzali się tu na bicyklach, inni mieli własne
automobile, acz byli to zazwyczaj bogacze. Czasem ktoś używał koldłanów, jak
nazywano zimnokrwiste jaszczury, acz oczywiście starsi obywatele unikali tej
nazwy. Twierdzili, że to zwykła nowomoda, nawet nie zastanawiając się skąd to
słowo pochodzi. Większość mieszkańców podróżowała po mieście omnibusami,
których sieć była chlubą stolicy. I chlubą pierwszego ministra. Alsan Korr,
odkąd zaczęła się wojna, formalnie już zarządzał całym państwem, z wyjątkiem
dziedzin, które interesowały zakon Cieni. Król i Magistrat Wojenny byli zajęci
podbojem, a to pozwoliło ministrowi przekształcić państwo na swoją modłę. Jego
służby specjalne, tak zwani Korrianie, choć byli powszechnie nienawidzeni, a
także brali udział w wojnie, przynajmniej w części, kontrolowały coraz więcej
aspektów życia, ale niechęć wobec nich nie przeradzała się w niechęć wobec
Alsana. Jeszcze przed wojną nie był zbyt popularny, ale teraz, gdy mieszkańcy
mieli okazję skosztować jego rządów, szanowali go. Wielu liczyło, że zostanie
następnym królem, ponieważ Rodryk nie zostawił następcy. Tyle, że nikt,
zwłaszcza sam Korr nie mówili o tym głośno.


- Że też nie ma tu jakiegoś centrum. – Westchnął Shivan. –
Powinien być rynek, albo jakiś wielki plac.


- Tu wszystko jest powalone. – Potwierdzał Erlan. – A widziałeś
tamten budynek, wygląda jak piramida odwrócona do góry nogami. Utrzymują go za
pomocą magii.


            I znów
usłyszeli klakson omnibusu, który ich mijał.


- Wszyscy tu pędzą. Nikt nie ma czasu na spokojne
oglądanie miasta. – Marudził kapłan.


- Oni tu mają wszystko o wiele bardziej uporządkowane,
każdy pełni swoją rolę.


- Musimy znaleźć centrum Korrian, pewnie jakiś plac się
tak nazywa.


- Gdy mówimy w innym języku, niektórzy z mijających
dziwnie się na nas patrzą. – Zauważył mag.


            Niebawem
doszli do tak zwanego placu Trzech Świątyń. Nazwa była raczej historyczna,
znajdowały się tu kompleksy Cieni, z wielkim budynkiem zwanym potocznie Wierzą
lub Świątynią.


- Widzisz te znaki na świątyniach? – Zapytał Shivan.

- Co z nimi nie tak? – Odrzekł mag.

- Zgadnij, kogo oni wyznają.

- Jak dla mnie wyglądają na utrapionych, jakby wyznawali
Morroua, i spokojnych, jakby wyznawali Shlayę. – Stwierdził czarodziej.


- Bzdura, to znaki bogów Chaosu. Pytanie tylko, czy tu
znajdziemy tych Cieni, lub Cierni. Wejdę do jednej z nich, a ty spróbuj się
kogoś spytać o tych Korrian.


            Rozdzielili
się. Kapłan wszedł do pierwszej z budowli, a mag podszedł do jakiegoś z
przechodniów.


- Szukam centrum Korrian. – Powiedział.

            Mężczyzna
tylko zrobił duże oczy i rzucił się do ucieczki.


- Nie należał do kumatych… – Westchnął pod nosem Erlan.

            Podszedł
do kolejnej osoby, która na to samo pytanie odwróciła się i odeszła. Dziwne? Czyżbym użył jakiegoś złego słowa?
Muszę się dowiedzieć kim są ci Korrianie.


            Zaczepił
następną osobę.


- Muszę pilnie skontaktować się z Korrianami…

- Zatem się odwróć. – Odrzekł obcy i odszedł.

            Erlan
spojrzał za siebie, szło ku niemu dwóch funkcjonariuszy w ciemnych mundurach. No i chyba mam, co chciałem.


- Pójdziesz z nami. – Powiedział jeden z nich.

- Jego aura, jest jakaś dziwna. On nie jest jednym z nas.
– Dodał drugi. – Nie próbuj żadnych sztuczek, jesteś aresztowany, nie masz
szans w tym miejscu.

Komentowanie nie jest możliwe :, więcej...

stat4u <!-- s4uext=s4upl(); document.write('stat4u') //--> stat4u

Blogroll

Kilka bardzo polecanych stron...