orthank blog

Tag: mittelberg

LVIII.

przez , 03.lip.2010, w Bez kategorii

            W
nocy miasto zapłonęło. Część z niewolników zdecydowała się na odwet. Rozpoczął
się pogrom w Mittelbergu. Straży, która nie miała doświadczenia bojowego, nie
udało się powstrzymać rozwścieczonych, potężnych gladiatorów, więc niebawem
miast bronić miasta, rzucili się do ucieczki.

            Larandar
doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że na dłuższą metę walka w mieście to
śmierć. Od areny różniła się tylko tym, kogo na drugi świat zabierze się ze
sobą.

            W
czwórkę opuścili miasto nim doszło do eskalacji konfliktu. I nawet w ich leśnym
obozie, gdy spojrzało się w kierunku miasteczka widać było blask i płomienie.
Elf nie był dumny z tego, co osiągnął, ale rozumiał, że tylko w ten sposób mógł
się wydostać. I jeszcze prawdopodobnie doprowadzić do zamknięci areny. Nawet
jeśli za przywódcę buntu niewolników uzna się Pihura czy Wulfgara, to właśnie
Larandar zasiał ziarno, które do tego doprowadziło. Stał się prowokatorem.

            Powoli
zbierali się do drogi. Chcieli wyruszyć z rana, nim dojdzie do jakieś
ewentualnej pogoni, acz patrząc na Mittelberg wydawało się to mało
prawdopodobne.

            -
Tym razem przedobrzyliśmy. – Stwierdził Mirak.

            -
Idziemy we właściwym kierunku. – Zaśmiał się elf.

            -
Następny przystanek to Wał Rassara i Zakazane Królestwo. – Pouczył ich stary
mag. – To ziemie dużo bardziej cywilizowane, tak przynajmniej było parę lat
temu. Tam działa władza królewska, a to dużo. Nie ma działających band, z
którymi mieliście problemu, nie ma też niewolnictwa.

            -
Brzmi jak ziemia obiecana. – Dodał młodszy z magów. – Musi być gdzieś haczyk.

            -
To ziemia królewska. – Mruknął smutno elf. – Pewnie będzie wam tam lepiej. – Niż mnie.

            -
Tym się nie przejmuj. – Pocieszał go Hakirus. – Nie obowiązują już królewskie
edykty, które kazały mordować elfów, czy zniewalać ich. Obecnie będziesz
traktowany jak pełnoprawny obywatel.

            -
To w czym tkwi haczyk?

            -
To inne życie. W państwie prawa masz dużo więcej obowiązków, a mniejszą
wolność. Regularnie ściągają z ciebie podatki. Haracz, tylko inaczej nazwany.
Trzeba szukać innych rozwiązań. Znaleźć się w szarej strefie.

            -
Szarej strefie? – Zapytał zdziwiony Mirak. – To jakiś czar?

            -
Nie. To nie czar. – Roześmiał się starzec. – Raczej dowód kreatywności. Szukasz
luk w prawie i wykorzystujesz je. Działasz pół legalnie. Tak, by nawet jak
złapią cię jakieś służby, to przymykają oczy, bo nie wiedzą jak zareagować.

            -
Czyli kombinujecie i oszukujecie ile wlezie, tak? – Podsumował elf.

            -
Ja raczej nazwałbym to kreatywną księgowością. Wszystko mamy w księgach, a
każdy należny według nich pieniądz został odprowadzony do królewskiej kasy. Tak
trzeba żyć w państwie Rassarów.

            -
Dobra, będziecie dalej smęcić, czy idziemy? – Zirytowała się Ishet. – Pospać nie
dają, ciemna godzina, a budzą by słuchać jakiś głupotek.

            -
To nie głupoty. – Przerwał jej starzec. – Nauka życia.

            -
A myślałam, że się pan magią zajmuje, a tu nauczyciel. I to życia. No proszę.

            Nic
już nie odpowiedzieli, tylko wstali i ruszyli dalej. W ciszy. Po drodze
spotkali jedynie mężczyznę, który z całym dobytkiem i rodziną na wozie jechał
na południe. Wyglądał na uchodźcę.

            -
Witaj podróżny. – Zaczepił go elf. – Co się stało? Uciekacie przed czymś?

            -
Witajcie podróżni. I radzę wam dobrze, zmieńcie kierunek. Pakujecie się w
kolejne nieszczęście.

            -
Co się stało? – Próbował przycisnąć go Hakirus.

            -
Książę Ferdynand. Wdarł się od północy do Zakazanego Królestwa i kieruje się
wprost na stolicę. Idzie wojna od północy! Koniec państwa Rassarów! Koniec
Imperium! – Panikował.

            Przez chwilę nie
wiedzieli, co mu odpowiedzieć. Zwłaszcza, że zbyt dobrze rozumieli, co się
działo na południu. On jednak nie czekał. Ruszył dalej. Widać bardziej bał się
tych z północy, niż zagrożenia z południa. Względnie nie wiedział, co go tam
czeka.

Komentowanie nie jest możliwe : więcej...

LVII.

przez , 02.lip.2010, w Bez kategorii

            Nad
areną zasiadły setki osób, różnych płci i ras. Większość z nich biesiadowała,
piła, jadła i czekała na możliwość zrobienia zakładów. Na trybunie panowała
gęsta atmosfera, upalny dzień, mnóstwo zgromadzonych widzów, z których
niektórzy popalali fajki. Wszyscy zaś czekali na wyjście gladiatorów. Na arenie
jednak wciąż było pusto. I dopiero po trzecim gongu, gdy publiczność zaczynała
się irytować, wyszedł Pihur.

            Co
z tego, że zazwyczaj opowiadał, co się będzie działo, że się starał. Że
próbował budować atmosferę. Z góry nikt tego nie zauważał. Nawet powielanego
przez echo głosu nie dawało się zrozumieć. Ale dla widzów ten lemurianin miał
inne znaczenie. Zapowiadał, że niebawem się zacznie. Napięcie rosło. Czekali,
aż na arenę wyjdą gladiatorzy.

            W
końcu wyszło ich ośmiu, w tym Wulfgar i Sebes, oraz potężny Zygfryd i dzika
kobieta z północy Gretchen. Z góry jednak nie dostrzegano ano płci, ani zarysów
twarzy. Tam każdy z wojowników wyglądał okazale. Uzbrojony, silny, dobrze
zbudowany, gotowy do walki. Przyboczni zarządcy podzielili się na dwie grupy i
obrzucali się wyzwiskami. Tak to miało wyglądać. I zazwyczaj tak było. Każda
większa walka zaczynała się od przedstawienia, miało one nadać pewien humor,
rozbawić widzów. Dla nich to widowisko to zabawa, sposób na zrelaksowanie się i
możliwe, że zarobienie pieniędzy. Ci, którzy znajdowali się na dole widzieli to
zupełnie inaczej.

            Na
arenie nikt nie spoglądał na górę. Nie dość, że znajdowało się tam Ulos, które
mogło świecić po oczach, to jeszcze traciło się czas i koncentrację potrzebną
na walkę. Co z tego, że walczących znało się długo, skoro nawet w ćwiczeniach
nie starali się pokazać pełni swoich sił i umiejętności. Wielu z nich trzymało
pewne chwyty specjalnie na tę okazję. Każdy o tym wiedział. Każdy z nich
rozumiał zasady walki.

            Stanęli
w dwóch czwórkach. Tak miało wyglądać starcie na początku. Jedna grupa przeciw
drugiej. Ale przeżyć mógł tylko jeden. A nawet to nie oznaczało wolności, tylko
dalsze trwanie. Spokój do następnej walki. Sojusz na początku to najlepsze
rozwiązanie, bo pozwala eliminować przeciwników niższym nakładem sił, które
można zaoszczędzić na przyszłość. Rok wcześniej w podobnej walce brał udział
Zygfryd, ale wtedy walczyło przeciw niemu więcej słabych. Barbarzyńca dokładnie
pamiętał sekret swego sukcesu. Zdradę. Nie próbował walczyć po stronie grupy w
której się znalazł, ale obrócił się przeciw niej. W ciągu kilku minut zostało
tylko pięciu walczących, ale on zrobił coś innego. Pozbył się najgroźniejszego
przeciwnika, ciosem w plecy. Niehonorowe, ale by przeżyć, czasem trzeba sięgać
po takie metody.

            Stanęli
na przeciw siebie. Odgrażali się. Podgrzewali atmosferę. Lecz żaden z nich nie
zamierzał zaatakować pierwszy. Sprawiali wrażenie, że się boją. Spluwali sobie
pod nogi, Sebes nawet odwrócił się na chwilę, by pokazać gołe pośladki
przeciwnikom, ale nie dochodziło do walki.

            Na
górze początkowo panowało zainteresowanie i oczekiwanie. Ale szybko przerodziło
się w zniecierpliwienie i rezygnację. To miała być walka gladiatorów a nie jakieś
przedstawienie. Pojawiły się głosy niezadowolenia.

            -
Walczcie! – Krzyczeli z góry.

            Niektórzy
rzucali kamieniami, jedzeniem lub tym, co akurat mieli pod ręką.

            Pihur
uśmiechnął się pod nosem. Plan zaczął działać. Wyszedł na arenę. Z góry nikt
nie widział jego twarzy, więc nie musiał ukrywać uśmiechu, wystarczyło, że robił
nerwowe ruchy, podnosił ręce do góry i krzyczał. Nieważne co, ważne, by
wyglądało, że się przejął. Podszedł do barbarzyńców, i próbował na nich
krzyczeć. Oni jednak odrzucili broń. To wywołało irytację na górze. Lemurianin
zdawał się denerwować, dwoić i troić, w końcu w zamierzonym afekcie uderzył w
twarz Wulfgara. Barbarzyńca zamachnął się, ale zarządca czmychnął. Zaczął
uciekać, a jego podwładny pogonił za nim. Bez broni.

            Zainteresowało
to widzów z góry, ale wciąż raczej nie sprawiali wrażenia zadowolonych. W końcu
ktoś opuścił kratę odcinającą obecnych na arenie od podziemi przewidzianych dla
niewolników. Pihur spojrzał jeszcze raz na górę. Po tylu latach mnie wystawili. Wcale się dla nich nie liczyłem. Teraz
już nie mam wątpliwości. Zrobiliśmy dobrze. Pożałują za to, że mnie zdradzili.


            Rzucił
się na ziemię i udawał, że płacze, choć w praktyce turlał się ze śmiechu.
Wulfgar udał, że go kopnął i podszedł do pozostałych, a następnie zabrali się
za grę na piasku.

            Na
widowni większość zgromadzonych już wstała. Żądali krwi. Żądali walki. Igrzysk!
A nie niewolników, którym się nie chciało walczyć.

            W
końcu ktoś musiał podjąć decyzję o wprowadzeniu zwierząt na arenę. Obłaskawiono
tłum. W końcu już wszyscy wiedzieli, że nikt z gladiatorów nie przeżyje tego
dnia. Zginą wszyscy. Rozpoczęto przyjmować zakłady, który zginie pierwszy,
który ostatni. Najwięcej osób uważało, że pierwszy odpadnie lemurianin. Nie
miał przy sobie nic do obrony, w dodatku brakowało mu krzepy.

            Z
dołu Pihur widział, że przygotowano wilki. Czekały już przy głównym wejściu,
acz wciąż ograniczała je krata. Doskonale.
Niech skończą zakłady.


            Dopiero,
gdy zaczęto podnosić kratę, barbarzyńcy przestali grać. Podnieśli swą broń i
spokojnie zajęli się zbijać się w grupę, by łatwiej się bronić. Pihur starał
się szybko do nich dobiec.

            Bestie
powoli wdzierały się na arenę. Głodzono je, bito, dlatego aż paliły się do
ataku. Traktowały gladiatorów jak zwierzynę, ale same były myśliwymi i
kierowały się zapachem. Dlatego miast się rzucić na przeciwnika, powoli się
skradały.

            Lemurianin
się zdenerwował. Wyczuły coś?

            Na
szczęście na górze, nikt tego nie zauważył. Czekano z niecierpliwością, aż coś
zacznie się dziać. Aż rozpocznie się walka.

            Zwierzęta
zaś podchodziły powoli, nie szarżowały, szczerzyły jedynie kły i warczały. Gdy
znajdowały się wystarczająco blisko, a Pihur widział, że krata wciąż pozostaje
podniesiona, krzyknął.

            -
Teraz!

            Na
górze nikt tego nie słyszał. Ot jakieś echo niezidentyfikowanego okrzyku. W
dodatku zagłuszone przez obserwujących. Siedzieli i już liczyli swe przyszłe
zyski.

            Słowa
zarządcy zupełnie nie zmieniły sytuacji, acz tylko pozornie. Barbarzyńcy nadal
stali i czekali, na wilki. Jednak tuż przed nimi, w wykopanym rowie, zakrytym
deskami i przysypanym piaskiem czekali wszyscy pozostali gladiatorzy i
niewolnicy. Pierwszy z nich lekko klapę podniósł Hakirus. Wraz z Mirakiem
przygotowali pewien czar, który miał zmienić układ sił. Mgłę. Nagle arena
przestała być widoczna dla wszystkich znajdujących się na górze. Nikt nie
dostrzegał ani zwierząt ani walczących. Wywołało to wrzawę i powszechne
oburzenie. Wiele osób podchodziło do metalowej kopuły i dziwiło się, spoglądając
na dół.

            -
Skąd tam mgła? Może to kurz? – Pytali i przekrzykiwali się nawzajem.

            Dopiero
wtedy rozpoczęła się właściwa akcja. Część łuczników zaczęła strzelać do góry.
Na ślepo. Acz strzały czasem trafiły kogoś z widzów. Oburzenie sięgnęło zenitu.
W całej ponad stuletniej historii walk gladiatorów w Mittelbergu nie zdarzyła
się taka sytuacja.

            Na
dole zaś odrzucono już klapy. Część niewolników zaatakowało zwierzęta. Część
chroniła najsłabszych i najstarszych. Niektórzy strzelali na ślepo w górę, a
Larandar trzymając miecz, krzyknął donośnie.

            -
Do ataku!

            I
pierwszy poleciał ku bramie. Trzeba było do niej dotrzeć nim zostanie
zamknięta.

            Chaos
okazał się być dobrym sprzymierzeńcem. Zanim z góry przyszło polecenie, by
zamknąć bramę, elf i kilku barbarzyńców już tam było. Nie patyczkowali się.
Atakowali ile sił w rękach. Mieszkańcy Mittelbergu nie mieli żadnych skrupułów.
Larandar sam zabił dwóch strażników. Jeden z nich błagał o litość, wspominając
coś o dzieciach. Elf nie miał jednak czasu na dyskusje. Zbyt dobrze znał życie.
Gdyby go oszczędził, musiałby go związać, pojmać, co wcale by go nie ocaliło.
Nie miał zamiaru ryzykować, że zostanie zaatakowany od tyłu. Jednym ciosem
ściął mężczyźnie głowę. Przez chwilę zastanawiał się jak szybko i łatwo mu to
przyszło. I skąd miał w sobie tyle sił. Może
to dzięki nerwom? Może dzięki boskiej interwencji? A może w końcu zacząłem
wierzyć we własne możliwości?


            Gdy już zabezpieczono
wejście, elf puścił przodem Wulfgara i innych, by wbiegli po schodach na górę.
Musieli zaatakować Mittelberg, by wyrwać się stąd. Sam Larandar wrócił po
Miraka, Ishet i Hakirusa. Musieli przeczekać. Przyczaić się i jak najszybciej
razem opuścić miasto.

Komentowanie nie jest możliwe : więcej...

LVI.

przez , 29.cze.2010, w Bez kategorii

            Pod
wieczór ostatniego dnia przed walką na arenie, Hakirus, Mirak i Larandar
siedzieli razem studiując księgi magiczne. Ishet już spała. Młody mag starał
się chłonąć wiedzę od swego nowego nauczyciela, a elf uważnie ich obserwował. Ciekawe, czy kiedyś nauczę się czytać.

            -
Dobra, dziś już się więcej nie nauczymy. – Stwierdził stary czarodziej. – Te czary
do leczenia będą dla nas jutro najważniejsze.

            -
Do tego potrzebujecie jakiś materiałów? – Wtrącił się Larandar.

            -
Materiałów? – Zastanawiał się chwilę starzec. – Składników, to tak. I czaru.

            -
Widziałem kiedyś Shlayan, nie potrzebowali niczego. Podchodzili do ludzi i
uzdrawiali. Zastanawiam się, czemu wy tak nie potraficie.

            -
Magia i charyzmaty kapłańskie działają trochę inaczej, choć bywają pochodną tego
samego. Mistycznej energii uwolnionej przez bogów, która pozwala nam
kształtować rzeczywistość. Zmieniać ją.

            -
Zmieniać ją? – Zaciekawił się Mirak. – Znaczy mógłbym zmienić przeszłość?
Sprawić, żeby Wojna nie miała miejsca?

            -
Tego nie wiem. – Odparł rozradowany Hakirus. – Wiem, że istnieją teorie i
sposoby magiczne, które pozwalają na odczytanie przyszłości oraz poznanie przeszłości.
Nawet bardzo odległej. Nawet przez doświadczenie jej, jakby przeniesienie się w
czasie. Ale nie słyszałem by komukolwiek udało się zmienić historię. Zresztą
doprowadziłoby to do paradoksu. Wyobraź sobie, że udaje ci się cofnąć w czasie
i powstrzymać Rodryka. Wojna nie wybucha. Imperium nadal rządzą potomkowie
Zigmara, Front nie powstaje, Kongregacja się nie zawiązuje.

            -
Wspaniale. – Rozmarzył się młody mag.

            -
Tak. Tylko jest jedna drobna sprawa. – Kontynuował starzec. – Załóżmy, że
spędzasz następne dziesięć lat życia na znalezieniu sposobu na cofnięcie się w
czasie. Odkrywasz go. Zmieniasz rzeczywistość. Budzisz się w innej
teraźniejszości. Tylko nigdy nie znalazłeś się w Mittelbergu. Nigdy nie wpadłeś
na pomysł, by zmienić historię i nigdy nie odkryłeś tego sposobu. Więc tego nie
zrobiłeś. Paradoks. Dlatego pewnie nie można zmienić przeszłości, choć bardzo
by się ją chciało. Można zaś zmienić coś innego, jej postrzeganie.

            -
Ale to nie tłumaczy mojego pytania. – Przerwał rozmyślania elf.

            -
Owszem. Magowie i kapłani korzystają w gruncie rzeczy z tego samego,
dodatkowego zmysłu, który pozwala im kształtować świat. My, czarodzieje,
używamy tego jak narzędzia. Dlatego potrzebujemy przepisów, ceregieli,
składników. Dzięki temu jesteśmy precyzyjni.

            -
Jasne. – Powiedział cicho Larandar starając się nie zdradzać ironii. Precyzyjne usztywnianie. Wystarczy dotknąć.
Tylko trzeba uważnie przeczytać instrukcję.


            -
Kapłani starają się raczej czuć tę moc, nie kontrolują jej, ufają bogom i są
nimi ograniczeni. Nie mówię, że to źle, czy dobrze, ale sami wiecie, niezbadane
są wyroki boskie. Czasem, jak Zigmar, bogowie potrafią mocno testować swych
wiernych, odmawiając im zdolności. Dlatego kapłani są prawie rękami bogów i
mogą wykonywać rzeczy większe, jeśli mają wystarczająco dużo szczęścia. Dlatego
wole zwykłą magię. Przygotowujesz się. Znajdujesz czar, masz składniki i sprawiasz,
by działał. – Hakirusa przepełniała duma. – Wiem, że obecnie nasza Gildia nie
odzyskała swojej świetności, ale pracujemy nad tym.

            -
Jesteś czarodziejem z Gildii? – Zdziwił się Mirak. Że też wcześniej o to nie spytałem.

            -
Tak. Gildii z Altburga. Choć przyznam, że niewiele mogę wam powiedzieć o
przeszłości. Kilka lat temu wyruszyłem w podróż do Kongregacji i nadal nie
uzyskałem odpowiedzi na nawet najważniejsze pytania. Według części zapisków nazywała
się Altburską Gildią Magów, a innych Imperialną Gildią Czarodziei. Nie wiem,
czy to były dwie organizację współpracujące, zwalczające się, czy tylko różne
nazwy w pewnych okresach historycznych. Zastanawiałem się, czy przypadkiem nie działało
to tak, że część Gildii pełniła faktycznie rolę miejską, a część ogólnokrajową,
imperialną. Inaczej wydaje mi się, że nie miałoby to sensu.

            -
Gildia upadła w trakcie Wojny prawda? – Zapytał Larandar.

            -
Tak. Ale…

            -
Acha. – Wtrącił się elf. Czyli były obie.
Pewnie się zwalczały. Eh, magowie.


            -
Ale odtworzył je Erlan, przynajmniej na początku. Potem zajął się swoimi
sprawami, rzadko opuszcza Narshę. Wiele o nim słyszałem, acz nigdy go nie
widziałem. – Opowiadał Hakirus. – No nic, ale myślę, że powoli trzeba się kłaść
spać. Mam do was jeszcze jedno pytanie. Zastanawialiście się, co zrobicie z
wolnością?

            -
Nie. – Odparł Mirak. – Uciekaliśmy z południa, od wojny.

            -
I ciągle wpadamy w jakieś tarapaty. – Dodał Larandar. Osobiście mam już tego dość.

            -
Spędziłem wiele czasu w Kongregacji i trochę zapomniałem jak dzikie jest
Imperium, zwłaszcza poza Zakazanym Królestwem. Niewiele nam brakuje, by tam
dotrzeć, ale nie chciałbym wpaść w kolejne kłopoty. – Zwłaszcza, że w Wale Rassara ongiś narozrabiałem, ale może nie
pamiętają.
– Potrzebuję kogoś, kto pomoże mi dotrzeć do Altburga, będzie mi
przyjacielem ale i ochroną w drodze. Informację, które przewożę z Kongregacji
są dla Gildii bardzo ważne. Zapłacimy wam.

            -
A jakaś zaliczka? – Zapytał elf. – I ile dostaniemy później.

            -
Nie będzie dużej zaliczki. Mam trochę forsy na drobne wydatki. Resztę się
skombinuję. Zaś w stolicy dostaniecie pięć tysięcy złotych koron. To dobry
pieniądz w tamtym miejscu. Gildia prowadzi pewne interesy, dzięki którym jest
bogata. – Starzec uśmiechnął się tajemniczo. – Bardzo bogata.

            -
To znaczy, że co musielibyśmy zrobić? – Dopytywał młody czarodziej.

            -
Wyrwać się jutro i przeżyć. A potem uciec. Walkę i zemstę zostawimy innym. –
Kontynuował Hakirus. – Więc jak.

            -
Pięć tysięcy mówisz? – Zawahał się chwilę elf. Nie mam zamiaru robić wszystkiego dla pieniędzy, zwłaszcza tych, które
nie mają wielkiej wartości. Ale w stolicy nigdy nie byłem. To niezłe wyzwanie,
zwłaszcza, że i tak powoli zaczynam sam siebie zadziwiać.


            -
Rozumiem, że będę mógł się w tym czasie u ciebie dokształcać? – Zapytał Mirak.

            -
Oczywiście. – Potwierdził starzec.

            -
To jeszcze musimy się Ishet zapytać. – Podsumował elf.

            - Pewnie powie, że nie.
Ale i tak pójdzie z nami. – Uśmiechnął się młody czarodziej. Kto wie, może przyjmą mnie do Gildii? Może
pewnego dnia zostanę arcymagiem? Chcę tam iść. Chcę spróbować. I to jest
wspaniałe uczucie, kiedy widzę ścieżkę, która się przede mną rozpościera. A ja
muszę mieć jedynie siłę by nią podążać.

Komentowanie nie jest możliwe : więcej...

LV.

przez , 28.cze.2010, w Bez kategorii

            Do
późna w nocy, starannie układano plan. Nie wszyscy, tylko ci, którzy
najbardziej się na tym znali. Pihur, większość jego barbarzyńców, Hakirus. Nie
mogło też zabraknąć Larandara, Miraka i Ishet, acz ta ostatnia jakoś specjalnie
nie wierzyła w powodzenie akcji. Zresztą, jak sama przyznawała, niezbyt ją to
interesuje.

            -
W Bestwince to jak chciało się wyjść, to się wychodziło. A jak się kiedyś
pewien sąsiad zatrzasnął w chlewiku, to krzyczał, by go wypuszczono, a jak nikt
nie zareagował, to próbował rozwalić ścianę przy oknie. Gdy rozwalił, ktoś
przyszedł i mógł wyjść drzwiami. Czyli wniosek jest prosty, za słabo krzyczał.

            Niestety
inni nie podzielali jej opinii o próbie dogadania się z tymi na górze.

            -
Są skrajnie zdeprawowani. – Mówił o nich Pihur. – Pławią się w bogactwie,
rozkoszach cielesnych i delektują nieszczęściem innych. Boją się własnej
śmierci, acz uwielbiają patrzeć jak inni ją zadają. Zwłaszcza, gdy ktoś błaga o
życie.

            Hakirus
z Mirakiem nabijali się trochę z lemurianina, który tak szybko zmienił front.
Zrozumiał, że jeśli chce nadal pozostać zarządcą, musi podążać za swymi
podwładnymi. Gdyby mógł, pewnie by się przefarbował, acz wolał nie niszczyć
sobie futra.

            Rankiem
następnego dnia zebrał wszystkich na apelu.

            -
Piątego dnia od dziś odbędzie się święto końca roku. I wielka walka
gladiatorów. Musimy być do tego przygotowani. Wielu z was zginie. Wielu nigdy
nie opuści tych podziemi. Jeśli ktoś ma wątpliwości, może powiedzieć to teraz.
Jeśli nie, to ja wam powiem. Walcząc normalnie na arenie, zginą tylko ci,
którzy zostaną wylosowani. To jednak was nie ocali. Jedynie przedłuży waszą
bytność tutaj. O dni, tygodnie, miesiące. Może nawet lata. Dlatego pytam was
wprost, chcecie tego? Czy chcecie podjąć ryzyko i zawalczyć o swoje.

            Większość
nie odpowiedziała. Inni jeszcze wciąż dziwili się przemianie zarządcy.
Niektórzy nawet sądzili, że może miał on brata bliźniaka, który go teraz udaje,
gdyż sam stary lemurianin mógł zostać zabity podczas negocjacji z
niezadowolonymi. Teorie spiskowe rodziły się same, acz nikt nie miał odwagi
zapytać o nie wprost.

            W
końcu na środek wyszedł Hakirus.

            -
Pihur ma rację. Nie osiągniemy wiele godząc się na walkę, zresztą chcieliśmy
jej uniknąć. Wątpliwości zawsze będą, ale zadam wam pytanie. Co jest waszym
marzeniem? Przeżyć kolejny dzień? Czy może żyć wolnym. I móc podążać za
kolejnymi marzeniami, powoli je realizować. Mnie życie nauczyło wiele. Miałem
możliwości nachapania się, ściągnięcia do siebie ile tylko mogę. Lecz szybkie
zdobywanie dóbr czy innych rzeczy, których pragnąłem wcale nie dało mi
szczęścia. Sprawiło tylko, że pragnąłem więcej. Mam już sześćdziesiąt lat i w
tym wieku wiem jedno. Nie liczy się to, by zrealizować jak najwięcej marzeń,
ale by za nimi podążać. By je realizować. Po kroku. I móc cieszyć się każdą
chwilą, która przybliża nas do celu. Dopiero wtedy, gdy go osiągniemy będziemy
usatysfakcjonowani. Ale nie nim, a drogą, którą przeszliśmy. Marzenia mają
jeden mały problem, na początku drogi wyglądają wspaniale, ale gdy je
osiągniemy, rzadko są tym, czego się spodziewaliśmy. Jeśli zgubimy jeszcze
dobrą drogę, nie zyskamy na nich nic. Ale jeśli pójdziemy właściwą ścieżką,
nawet jeśli nie dojdziemy, będziemy mogli być dumni z tego, co osiągnęliśmy.

            Dzięki
tej mowie większość słuchaczy zaczęła ziewać. Larandar jedynie pokręcił nerwowo
głową. Co oni robią. Wyszedł na
środek.

            -
Nie jestem dobrym mówcą.

            -
To prawda. – Potwierdziła Ishet.

            Przez
chwilę elf nie wiedział, co powiedzieć, ale Mirak zaczął kręcić ręką,
zachęcając go, by kontynuował.

            -
Więc… E… Powiem w prostych żołnierskich słowach. – Trochę się denerwował.
Nie przywykł do wypowiedzi publicznych, zwłaszcza motywujących innych do walki.
– Narzucono nam zasady, w których nie ma ani prawa, ani sprawiedliwości. Sam
jestem na bakier z prawem, a niesprawiedliwość ciągnie się…

            -
Miały być proste żołnierskie słowa. – Upomniała go Ishet. – Ale przynajmniej
nie kłamie, mówcą to on nie jest.

            Larandar
się trochę zmieszał.

            -
Mniej pompatycznie. – Rzucił cicho Mirak.

            -
Znacie cenę. Śmierć poniesie więcej z nas, niż normalnie zginęłoby na arenie.
Może nawet zginiemy wszyscy. Ale będziemy walczyć o sprawę. O wolność. O lepszą
przyszłość. A gdy wyrwiemy się stąd, skopiemy tyłki tym na górze. Ugrzęźliśmy w
czarnej dupie, ale to koniec! Czas stanąć do walki i dumnie ruszyć po swoje! Do
boju! – Podniósł rękę do góry.

            -
Do boju! – Ryknął Wulfgar.

            -
Do boju! Kurwa! Do boju! – Wydzierał się Sebes.

            Elf
popatrzył na zgromadzonych. Duch walki ogarniał coraz więcej z nich. Podnosili
ręce. Wiwatowali. Krzyczeli. Odgrażali się. Na koniec Pihur zabrał jeszcze raz
głos.

            - No dobra. A teraz do
roboty. Czeka nas mnóstwo przygotowań!

1 komentarz : więcej...

LIV.

przez , 24.cze.2010, w Bez kategorii

            Morowe
nastroje dało się zauważyć od samego rana. I tym razem ogarnęły prawie
wszystkich. Nawet zarządca sprawiał wrażenie podłamanego, acz jak się po
śniadaniu okazało, zupełnie z innych powodów. Zebrał wszystkich i powiedział.

            -
Wielu z was nie zdaje sobie sprawy z tego, jak płynie czas. Dla nas tu każdy
dzień jest prawie taki sam. Na górze wygląda to inaczej. Mają pory roku,
miesiące, lata. I część z was pewnie doskonale wie, jak świętuje się ostatnie
dni roku. Zwłaszcza w Mittelbergu.

            Nie
musiał nic więcej mówić. Każdy potrafił wydedukować resztę.

            -
Dlatego, jak co roku, będziemy musieli zorganizować mini igrzyska.

            Patrząc
na miny przybocznych, oni doskonale wiedzieli, że znów będą musieli ginąć.

            -
Sugeruję więc, byśmy rozpoczęli losowanie.

            Nikt
jednak nic nie odpowiedział. Pihur miał przy sobie worek pełen białych i
czarnych kul. Kolejność pojedynków musiał ustalić później, ale w tego typu
walkach i tak zazwyczaj przeżywali jedynie najsilniejsi z najsilniejszych, więc
wyciągnięcie czarnej oznaczało dla większości śmierć. Kilka osób wyciągnęło
czarne, kilka białe.  Na jednych twarzach
rysował się smutek, na innych pewne zniechęcenie. Wiedzieli, że tym razem się
im udało. Być może ostatni raz.

            Gdy
lemurianin podszedł do Wulfgara, ten jedynie splunął do worka.

            -
Najpierw ty, zarządco. – Powiedział drwiąco.

            -
Nie muszę, znasz reguły.

            -
Reguły przestały obowiązywać. Jak wszyscy, to wszyscy. – Upierał się
barbarzyńca.

            Nieoczekiwanie
poparli go inni. Pihur przez chwilę wahał się, co zrobić, potem lekko otworzył
worek i włożył doń rękę. Udawał, że losuje, ale oszukiwał. Grał na czas.
Podrzucał kulki, starając się wmówić innym, że je miesza, a gdy przekonał się,
że wyciągnie białą, wyjął ją i pokazał wszystkim.

            -
Musicie zrozumieć, to święto się zbliża. Ci na górze, żyją według zasady
pamiętaj aby dzień święty świecić. Nie odpuszczą nam. Potem będzie lepiej.

            Sam
jednak w to nie wierzył. Ostatnia walka sprawiła, że zaczął się bać, a
wystąpienie Wulfgara jedynie unaoczniło mu, jak słabą ma tu władzę. Barbarzyńca
nic nie mówiąc włożył łapę do worka i wyciągnął czarną kulę.

            -
Kurwa! – Ryknął tak głośno, że słowo to odbiło się echem od ścian areny.

            Potem
dalsze losowanie przeszło bez większych przeszkód. Przygotowanie do święta
końca roku, oznaczało zaś, że każdy będzie musiał ćwiczyć sobie sam, w czasie,
gdy nie przygotowywano areny. Lemurianin wydał polecenia i udał się do swego
gabinetu.

            Larandar
podszedł do Wulfgara i zapytał.

            -
Co by się stało, gdyby na arenie nikt nie walczył?

            -
Wypuszczą zwierzęta. Zginą wszyscy, bo będą je wypuszczać aż do skutku. Nawet
jak coś zabijemy, i tak wyślą kolejne.

            -
Czyli podniosą bramę, prawda? – Dopytywał elf.

            -
Co ci łazi po głowie? – Zdziwił się barbarzyńca.

            -
Ucieczka.

            -
Nawet jeśli przedostaniemy się przez kratę, będziemy potrzebowali czasu i siły,
by wydostać się na górę i prawdopodobnie walczyć ze strażą miejską. – Marudził Wulfgar.
– To się nie uda.

            -
Nie uda się w taki sposób, że wszyscy stąd uciekniemy. – Wtrącił się Mirak.

            -
W ogóle się nie uda. – Dodała Ishet.

            -
Wielu z nas zginie, podczas dywersji i próby ratowania się. – Kontynuował młody
mag. – Ale ci, którzy dotrą na górę, będą wolni. I będą w stanie pomóc tym,
którzy zostali na dole. To oznacza wolność, której inaczej tu nie dostaniemy.

            -
Szanse powodzenia są niewielkie. – Kontynuował Wulfgar.

            -
Ale mamy coś czego się nie spodziewają. – Wtrącił się Hakirus. – Magię.
Ograniczoną składnikami, ale magię. Możemy ich trochę zmylić i wystraszyć.

            -
To już w ogóle się nie uda. – Powiedziała chłopka. – Chcecie wnerwić tych z
góry, weźcie łuki i do nich strzelajcie. Jak paru zginie odechce się im oglądać
walk niewolników. Ważne są proste rozwiązania. Oglądają bo czują się
bezpieczni. Jak kilku zabijecie, to nie będzie to już popularna rozrywka. Ale
kto by mnie tam słuchał.

            -
Ja. – Rzekł Larandar. – Strzelanie w widzów to bardzo dobry pomysł, ale widzę,
że razem możemy zdziałać znacznie więcej niż mi się wydawało. Musimy tylko
chcieć.

            -
Nie przekonacie Pihura. – Rzucił smutno barbarzyńca.

            -
To się jeszcze zobaczy. Pogadajmy z nim.

            Ishet,
Mirak, Hakirus, Larandar i Wulfgar zostawili resztę gladiatorów, którzy zastanawiali
się nad planem elfa i ruszyli do zarządcy. Ten już zajadał się ciastkami i
popijał wino, a na stole miał jeszcze winogrona.

            -
Czy wszyscy wiedzą jak dokładnie wygląda rozdział dóbr? – Zapytał Larandar. –
Może czas zmienić zarządcę?

            -
O co chodzi? – Zdenerwował się lemurianin.

            -
Nie będziemy walczyć podczas święta. – Odparł Wulfgar.

            -
Musicie wyjść na arenę. Musicie. Dzień święty święcić. Jeśli odmówię, obetną
nam żywność. Będziemy głodować. Chcecie tego?

            -
Nie. – Odparł barbarzyńca.

            -
No o widzisz, dlatego musicie wyjść na arenę i stanąć do walki. – Tłumaczył Pihur.
Wam już kompletnie odjebało. Chcecie bym
przez was osiwiał?


            -
To właśnie planujemy. – Stwierdził ze złowieszczym uśmiechem Larandar. – Tylko nie
zamierzamy walczyć z sobą. A ze zwierzętami.

            -
I będziemy strzelać do ludzi na górze! – Dorzuciła Ishet. – Niech mają. Chcą
śmierci, niech giną.

            -
Nie przeżyjecie tego. – Odparł Pihur. – Nie wiecie na co się porywacie.

            -
Wiemy. – Dodał Hakirus. – Plan nie jest jeszcze kompletny, no i jest dość
ryzykowny. Dlatego chcemy wiedzieć, czy możemy liczyć na bezwarunkowe wsparcie
zarządcy, czy potrzebujemy innego?

            -
O… – Zdziwił się lemurianin. – Widzę, że jesteście mocno zaangażowani. Jak
chcecie to osiągnąć.

            -
Tak. – Odpowiedział Mirak i usztywnił zarządcę. – Magią.

            Pihur nic nie
odpowiedział. Nie mógł. Ale do czasu aż czar przestanie działać, miał czas do
namysłu. A raczej zaakceptowania buntu i pokierowania nim.

Komentowanie nie jest możliwe : więcej...

LIII.

przez , 23.cze.2010, w Bez kategorii

            Ten
pojedynek na arenie odbił się na psychice wszystkich pozostałych gladiatorów.
Nie tylko tych nowych. Zrozumieli, że powoli stary porządek, w którym Pihur
mógł chronić swoich podopiecznych odchodzi w przeszłość. Droga awansu przez
przypodobanie się zarządcy przestała istnieć. Owszem można nadal wierzyć, że
coś to pomoże, ale fakty wskazywały coś zupełnie innego. Fakty oraz określane
na ich podstawie prawdopodobieństwo stanowiły domenę Miraka i to o wiele
bardziej niż magia. Czarów nie rozumiał. Posiadał pewne zdolności, ale ich nie
czuł, potrafił je wykorzystywać, jednak wciąż nie było to dla niego naturalne.
W dzieciństwie słyszał wiele o magach, główne legend i baśni, gdzie często
odgrywali oni złą rolę. Mieli straszyć dzieci, musieli odpowiadać za wszelkie
nieszczęścia, w efekcie nikt ich nie szanował i nie znał. Na wioskach bano się
wędrujących czarodziei, zresztą po Wojnie nie pozostało ich wielu. Moredhele, a
dokładniej ich zakon Cieni, składający się z magów i kapłanów, albo przeciągali
tych, którzy potrafili się posługiwać magią na swoją stronę, albo likwidowali,
rozumiejąc zagrożenie. Zresztą Mirak nie raz słyszał historię, o jakiś
ześwirowanych czarnoksiężnikach, którzy jeszcze przed Wojną potrafili
uprzykrzyć życie całej wioski lub nawet mniejszej mieściny. Dlatego swe
zdolności, gdy zostały wykryte przyjął bez entuzjazmu. Gdyby nie to, że urodził
się na zdominowanym przez bandy renegatów południu, prawdopodobnie starałby się
zaczepić przy jakiejś uczelni. Swego czasu bardzo interesowały go poczynania
Uniwersytetu w Altburgu, który powoli stawał się ważnym ośrodkiem akademickim
na terenach Imperium. Coś się w końcu ruszało. Ale to było dziesięć lat temu,
gdy jeszcze uznawano go za młokosa. Pochodził z Pilsheimu, w sumie niewielkiego
miasteczka, najbardziej znanego z ruin. Przed Wojną znajdował się tam jakiś zamek,
hrabiego bądź kogoś innego. I chodź Mroczne Elfy oszczędziły miejscowość, to i
tak popadła w ruinę. Trudno się dziwić. Mniej więcej co trzy lata była
zdobywana przez kolejną bandę, która miała nadzieję urządzić się tu na lata.
Mówiono nawet o pewnej klątwie Pilsheimu, wedle której każdy kto zdobędzie te
ziemie, stanie się słaby. Sprawdzało się. A właśnie takie podejście do
przepowiedni, religii i magii, fascynowało młodego chłopaka. Z prostej
przyczyny, nie potrafił tego pojąć. Od młodzieńczych lat, starał się spoglądać
na Miscle swoim chłodnym okiem, starając się zrozumieć panujące tu zależności. Kiedyś
nawet stwierdził, że cała przyroda działa w określony sposób, jak idealna
maszyna, tylko nikt jeszcze jej nie pojął do końca. I pewnie nie pojmie, dopóki
nie zrozumie magii.

            Ojciec
Miraka, Arthur był szewcem i nie podobało mu się podejście syna. Uważał, że na
takim rozmyślaniu i analizowaniu wszystkiego, daleko nie zajdzie.

            -
To bzdury, których nie uda się zamienić na chleb. – Mawiał.

            Oczywiście
syn nie zgadzał się z ojcem. Twierdził, że widzi świat szerzej.

            -
Tato, – mówił. – Jaka jest różnica między wojownikiem a strategiem? Ten
pierwszy może zastraszyć wroga, a także zgnieść go, tylko gdy mówimy o
konkretnej osobie. Gdy mamy wroga nieosobowego, czyli całą armię, potrzebny
jest ktoś, kto tę armię rozbije. I nie siłą swoich pięści, a zdolnościami swego
umysłu.

            Arthur
oczywiście wtedy wybuchał jedynie śmiechem i mówił.

            -
Za dużo baśni synu, za dużo. Czas wielkich armii przeminął. Czas wrogich
organizacji również. Dziś każdy jest twoim wrogiem, musisz mieć zawód, by sobie
poradzić i krzepę, by móc się bronić. A może nawet kogoś napaść.

            Te
słowa przypomniały się Mirakowi zaraz po walce, gdy zrozumiał, że nie może
zakładać, że pewnego dnia nie trafi na arenę. Ale Hakirus przypomniał mu
jeszcze jedno wydarzenie. Gdy przypadkiem do Pilsheimu trafił pewien stary
czarodziej, który odkrył potencjał u młodzieńca. Wielu pewnie skakałoby ze
szczęścia, czując się wybrańcami losu. Niestety w takich mieścinach nie patrzono
na czary przychylnym okiem. Od razu stał się obiektem plotek, a wszystkie
dziewczyny omijały go z daleka, bojąc się, by nie rzucił na nie uroku. Małe
mieściny miały to do siebie, że mieszkańcy akceptowali tam bardzo wiele
dziwnych zachowań, dopóki je znali. Bali się obcych, a Mirak przez magię nagle
się nim stał. Zresztą stary Arthur także się bardzo zmartwił „nieszczęściem”
syna i starał się mu szybko znaleźć jakiś uczciwy zawód. Ten okres nie był
dobrym wspomnieniem. Codzienne zmiany i nowe pomysły, byle tylko chłopak nie
myślał i nie zajmował się magią.

            Potem
przyszło najgorsze. Kolejna banda, która stwierdziła, że Pilsheim jest dobrym
miejscem na ich siedzibę, tylko trzeba podporządkować sobie tamtejszych
mieszkańców. Przygotowali się do ataku dużo gorzej niż poprzednicy, szybko
zostali odparci. Rozgoryczeni zaatakowali w nocy ponownie, tym razem starając
się nie zdobyć mieścinę, a ją zniszczyć. Zginęło bardzo wiele osób, które nawet
nie próbowały się bronić. W tym cała rodzina Miraka, rodzice, rodzeństwo.
Ucieczka z osady wydawała mu się naturalna, chodziło o oderwanie się od
wspomnień. Znalezienie sposobu, by żyć dalej, normalnie. Bez sennych koszmarów,
które go nawiedzały przez wiele lat. Czasem jeszcze mu się zdarzały, ale na
szczęście bardzo rzadko. Kiedyś śniło mu się nawet, że rozmawiał przez sen z
ojcem. To nie był zwyczajny sen. Mirak miał wówczas wrażenie, że wszystko
dzieje się naprawdę, ale też doskonale wiedział, że śni. Jakby znajdował się na
innym poziomie świadomości. Arthur wydawał się być dużo bardziej roztropny,
jakby bogatszy o wiedzę. Powiedział wówczas synowi, by przede wszystkim zaczął
żyć dalej. Przeszłości już nie zmieni. Powinien o niej pamiętać, ale ona nie
może determinować jego wyborów. Młody mag bardzo długo nie potrafił pojąć tego,
co się wydarzyło. Są dwie opcje. Albo
faktycznie mój ojciec powrócił w jakiś sposób z 
zaświatów, o ile to w ogóle jest możliwe, by przekazać mi przesłanie.
Pożegnać się. Sprawdzić, czy dam sobie radę. Albo to jakaś projekcja mojego umysłu.
Działanie podświadome, ukazujące precyzyjną analizę zdarzeń i sugerujące
najlepsze rozwiązanie.
Wierzył w siłę swego umysłu i często to
wykorzystywał. Widział, że gdy śpi, jego ciało nadal pracuje, a także w pewien
sposób myśli. Okazało się to być bardzo przydatne przy rozwiązywaniu problemów
matematycznych, podczas prób kształcenia. Nie raz potrafił głowić się nad
jakimś problemem pół dnia i nic nie wymyślił. Ale gdy robił to wieczorem,
często zasypiał z danym zadaniem, bardzo często rano miał już rozwiązanie. Nie
wiedział skąd. Wstawał i wiedział, co zrobić. To jest fascynujące. Prawie tak samo jak z tym snem i moim ojcem.
Oczywiście istnieje pewne niezerowe prawdopodobieństwo, że za to odpowiada
magia.
Ale to już przerastało jego możliwości. By być pewnym, że istnieje coś takiego jak siła umysłu, musiałbym na
jakiś czas odizolować się od swoich zdolności. Ale to jest raczej nie możliwe.

Skoro tego nie potrafił osiągnąć, zaczął szukać drogi odwrotnej, sposobów na
wykorzystanie umiejętności. Z tym szło niestety gorzej. Większość czarodziei
trzymało się raczej w większych miastach, a dotarcie do nich stanowiło niestety
problem. Głównie ze względów bezpieczeństwa. Zresztą poprzedni mistrz, ten w
Duskandale, i tak miał być trzecim. Mirak powoli tracił nadzieję, że uda mu się
kiedykolwiek rozwinąć swoje zdolności, ale na jego drodze pojawił się Hakirus. Chciałbym wierzyć, że w jakiś sposób mój
tata spogląda na mnie, nie wiem skąd, ale stara się poprawić mój los, zsyłając
mi możliwości. To czy je wykorzystam zależy ode mnie. Podobnie jak i to, czy je
dostrzegę. Chciałbym by mi się przyśnił jeszcze raz, tak jak kiedyś. Ale bym
mógł z nim spokojnie porozmawiać, by odpowiedział mi na wszystkie moje pytania.
I by mnie wysłuchał. Najgorsze, że nawet jeśli to by się zdarzyło, obudziłbym
się następnego dnia i nie wiedział, czy to faktycznie coś mistycznego i
niesamowitego, czy jedynie kolejna projekcja mojego umysłu, która ma na celu
poprawienie mojego nastroju i nic więcej.


            A
nastrój ostatnio faktycznie miał podły. W dodatku jeszcze udzielił mu się
ogólny marazm, który panował wśród współwięźniów. Od przybycia do Duskandale
wiele się zmieniło w jego życiu. To, że nie podróżował sam, akurat mu się
podobało, ale to, czego doświadczał, przerażało go. Larandar kiedyś wspominał, że za jego młodości opowiadano sobie
historię o bohaterach z czasów Wojny. O Shivanie czy Erlanie. Zastanawiam się,
jak oni by poradzili sobie z takimi problemami. I z czym musieli się mierzyć
wcześniej. Wątpię, by brali udział w jakiś walkach gladiatorów, a nawet jeśli
to jak by sobie poradzili?


            Już
zamierzał kłaść się spać, gdy leżący obok elf wstał i obudził Ishet, a potem
zwrócił się do Miraka.

            -
Będziesz mi potrzebny.

            -
Ja? – Zdziwił się mag.

            -
Ten system musi mieć jakąś słabość. Chcę sprawdzić wytrzymałość kopuły. Chcę
się do niej dostać i sprawdzić, co z nią możemy zrobić.

            -
Ale ona jest bardzo wysoko. Bardzo, bardzo! – Spanikowała Ishet. – Nie
podskoczysz. Latać też pewnie nie potrafisz. Jak to elf.

            -
Nie, nie potrafię latać.

            -
O jejku, elf a latać nie potrafi. W Bestwince to były takie małe elfy ze
skrzydełkami, one to latały. Ale gryzły, niestety.

            -
To chyba komary były. – Odparł Larandar.

            -
Możliwe. – Wzruszyła ramionami. – To co planujesz?

            -
Wdrapać się na górę, przewiążę się liną i chciałbym byście mnie asekurowali.
Jeszcze nie wiem jak, ale w najgorszym przypadku łapcie.

            -
Chyba mam lepsze rozwiązanie. – Wtrącił się Mirak i natychmiast zaczął
przeglądać księgę. – Szkoda, że tu jest tak ciemno, ale jestem przekonany, że
miałem czar na piórospadanie.

            -
Na co? – Zdziwił się elf.

            -
Usztywnienie. – Dodała Ishet. – Spadasz, on usztywnia cię w locie i nic ci się
nie dzieje. Sprytne.

            -
Prawie. Chodzi o to, by spowolnić czas spadania, wbrew fizyce. Efekt jest taki,
że lądujesz na ziemi, jakbyś lądował na czymś miękkim. Prosty czar, na pewno
się uda.

            -
Na pewno nie wyjdzie, ale kto by mnie słuchał. – Wyrwało się chłopce.

            -
Poradzisz sobie? – Zapytał Larandar.

            -
Jasne. Zaufaj mi tylko. – Zaręczał Mirak.

            -
Aha. – Wymagasz ode mnie czegoś bardzo
trudnego, zaufania. Obawiam się, że nie mam wyjścia, więc postaraj się mnie nie
zawieść.


            Potem,
w trójkę ruszyli na arenę, po drodze zabierając jeszcze pochodnię, by mag mógł
spokojnie przeczytać zaklęcie z księgi.

            -
Gotowe. – Powiedział, gdy już je wymówił.

            Elf
podszedł do ściany. Wypolerowano ją kiedyś, choć kamień nadal pozostał
chropowaty, to jednak brakowało tu miejsc do zaczepienia się, do wstawienia
dłoni czy nóg. Na szczęście najgorzej było na samym dole, gdy już po kilku
próbach udało mu się odbić od ziemi, szło mu zdecydowanie lepiej. Te pierwsze
próby, powiązane z obsunięciami, przekonały go, że czar działa. Albo wysokość jest na tyle niska, że nic mi
się nie stało, choć znając moje ostatnie umiejętności do pakowania się w
kłopoty, na pewno by mi się coś stało.
Gdy szło mu coraz lepiej, coraz
mocniej zastanawiał się, co chce osiągnąć. Uwieszę
się i co mam czekać do rana?


            -
Jejku, żeby tylko nie spadł. – Mówiła pod nosem Ishet.

            -
Spoko wodza, nad wszystkim panuję.

            -
Akurat.

            -
Ciszej. Rozpraszacie mnie. – Zdenerwował się elf.

            -
Koncentruj się na ścianie, nie na nas. – Pouczył go mag. – Inaczej zwiększasz
prawdopodobieństwo…

            Nie
musiał kończyć dalej. Elf runął na ziemię. W dodatku z normalnym, grawitacyjnym
tempem. Poobijał się i ledwo wstał, łapiąc się za plecy.

            -
Nie zadziałało… – Rzucił nerwowo, starając się opanować ból.

            -
Właśnie nie wiem dlaczego. – Zdziwił się Mirak. Otworzył księgę i jeszcze raz
zaczął czytać przepis na ten czar. W końcu zrobił się czerwony. – Aha, trzeba
było dotknąć. – Dodał przyciszonym głosem, przepełniony wstydem.

            - Kurwa. – Próbował
podnieść głos elf. Gdyby tylko mógł, uderzyłby człowieka, ale teraz zbyt mocno
go wszystko bolało. Zaufaj magowi. Cóż
trzeba znaleźć inny sposób. Pewnie i tak by mnie nie złapali.

Komentowanie nie jest możliwe : więcej...

LII.

przez , 22.cze.2010, w Bez kategorii

            Trzy
kolejne dni okazały się dla Larandara i Ishet ciężarem trudnym do wytrzymania.
Zwłaszcza chłopka nie dawała rady, ale i elf miał powody do narzekania. Sebes
nie tylko należał do osób nieugiętych, ale też sadystycznie podkręcał śrubę do
granic możliwości. Więc, jeśli ktoś mógł znieść więcej, musiał to znosić.

            Gdy
następnego dnia, Pihur ogłosił, że ćwiczenia będą skrócone, gdyż po południu ma
się rozegrać walka, wszyscy nowi rekruci odetchnęli z ulgą. Gorzej, że od
samego rana lemurianin chodził podenerwowany. Hakirus powiedział Mirakowi, że
jeszcze nigdy nie widział tak wściekłego zarządcy. Coś musiało się stać.

            Po
śniadaniu zebrał wszystkich w sali i oznajmił.

            -
Tym razem ma być tylko jedna walka. Ale chcą dwóch osiłków. Ponoć to jakiś
specjalny pokaz, zamknięty.

            Rozpoczęło
się szemranie. Larandar i jego towarzysze jeszcze nie zdawali sobie sprawy z
tego, że tym razem ich to jeszcze nie dotyczy. Gorzej zachowywali się
przyboczni Pihura. Doskonale wiedzieli, że to z nich będzie pochodził ten który
zginie. Zarządca przyniósł worek, do którego wrzucił kilka czarnych kul, oraz
dwie białe. Potem zaczął chodzić wokół swoich barbarzyńców i kazał im je
losować. Czarne odkładali na bok, a sam lemurianin nieustannie kontrolował
ilość pozostałych w worku. W razie czego miały zostać tam dołożone kolejne.
Pierwszą białą wyciągnął Fanfryd. W furii od razu rzucił swoją kulą o ziemię,
tak mocno, że się rozwaliła. Nikt na to nie zareagował. Postawny mężczyzna
zrozumiał, że dla niego to może być koniec. Śmierć zajrzała mu w oczy. Pihur
zaś nie przerywał losowania. Podchodził do kolejnych ze swoich podwładnych i
kazał im losować. Kilku następnych mężczyzn odetchnęło z ulgą. Widząc, że w
środku pozostały jedynie dwie kule, w tym jedna biała, zarządca policzył ile
jeszcze losowań musi przeprowadzić i dołożył tyle czarnych. Nie miało to jednak
żadnego znaczenia, gdyż następny losujący Slovaislav z Kisjeviu od razu
wyciągnął zły los. Również się wściekł.

            Potem
wszyscy się rozeszli. Sebes od razu zgromadził swoich podopiecznych i przymusił
ich choćby do skróconego treningu. Ciężko było im się koncentrować na
ćwiczeniach, co jedynie irytowało barbarzyńcę, który nie raz pozwolił sobie na
użycie swego bata, choć właściwie nie miał takiej potrzeby.

            Po
południu Pihur rozkazał wszystkim wyjść na arenę i ładnie ją przygotować.
Grabili śmieci, wyrównywali piasek, a potem wszyscy zgromadzili się przy
wejściu, oczywiście po stronie wewnętrznej. Nie wszyscy widzieli, co się dzieje
na arenie, ale każdego to interesowało.

            -
Za niska jestem. Nic nie widzę. – Mamrotała pod nosem Ishet. – Nie to, żeby wzrok
nie ten.

            -
Nie masz czego żałować. – Odpowiedział jej Mirak, który sam niewiele widział.

            -
Na razie stoją i nic. – Relacjonował im Larandar.

            -
Dziwne. Nigdy wcześniej nie wymagano od nas takich walk. – Dziwił się Hakirus. –
Albo coś się kroi na górze, albo to jakaś specjalna okazja.

            Elf
zastanowił się przez chwilę. Może dlatego
chcą tylko dwóch walczących, by pokazać, że to nie jest jakiś normalny proceder.


            Niebawem
z góry spuszczono kratę, tak by nikt z zamkniętych w podziemiach nie mógł wyjść
na arenę.

            -
Zły znak. – Mamrotał pod nosem stary mag.

            -
Zły? – Dopytywał Mirak.

            -
Zazwyczaj tego nie robią, chyba, że zamierzają wypuścić zwierzęta.

            -
Zwierzęta? – Zdziwiła się Ishet.

            -
Te których nie widziałaś. – Dodał elf.

            -
Zwierzęta to złe słowo. – Sprostował Hakirus. – Dobre to bestie. Małe, albo
duże, wredne, z setką pazurów i zębów, gotowe by rzucić ci się do szyi i zabić.

            -
Ojejku! – Spanikowała chłopka.

            Usłyszeli
u góry gong. Walka miała się zacząć. Jedynie Larandar widział coś kontem oka,
ale postawniejsi barbarzyńcy mu zasłaniali. Dwóch walczących zmierzyło się z
sobą. Broń zaczęła szczękać. Jedno uderzenie. Drugie. Trzecie. Czwarte.

            -
I kto wygrywa? – Zapytała Ishet.

            -
Na razie pewnie nikt. – Powiedział ze smutkiem w głosie elf. Nie, żeby się
przejmował. Powoli zaczął pojmować miejsce, w którym się znaleźli. Od przybycia do Duskandale wiele się
zmieniło. Wcześniej nie raz unikałem kłopotów, ale teraz muszę się z nich
wydostawać. I przymusowy pobyt w Moraven zdaje się być dość miłym przeżyciem.
Wpierw chcieli nas zabić, bo jesteśmy obcy, a teraz czekamy w kolejce na
śmierć. Jak zwierzęta w dżungli, albo zabijasz, albo zabijają ciebie.


            -
Siły są zbyt wyrównane. – Dodał Hakirus. – Podobnie jak i umiejętności. Zbyt
wiele ćwiczyli razem. Ta walka może trwać długo, aż któryś osłabnie. Albo aż
znudzą publiczność.

            -
Znudzą publiczność? – Zdziwił się elf.

            -
Publika pragnie krwi. Chciałaby któryś z nich stchórzył, uciekał, błagał o
litość, a drugi dobił go. By walczyli nieszablonowo. Wbrew regułą. A oni wolą
zasady pojedynku, w sposób zachowawczy.

            -
Znali się prawda? – Stwierdził Mirak.

            -
Nawet więcej. – Niespodziewanie wtrącił się Wulfgar. – Złamali jedną niepisaną
regułę, o której zarządca nigdy nie wspomina. Zaangażowali się.

            -
W walkę? A mówicie, że nie widać. – Zdziwiła się Ishet.

            -
Nie w walkę. Nie ma tu wielu kobiet. Niektórzy radzą sobie inaczej. A niektórym
z niektórych się to podoba i poza rżnięciem się w dupę opowiadają sobie
pierdoły o miłości.

            -
Facet z facetem? – Oburzyła się chłopka. – W Bestwince byłoby to nie do
pomyślenia.

            -
A nizioł i jego zwierzęta to co? – Dodał Mirak.

- Zrozumcie,
oni nie byli parą. Tylko ich grupa jest mocno związana ze sobą. – Ciągnął barbarzyńca.
– Szkoda mi ich.

I to było
widać. Choć niekoniecznie po nim, kilku oprychów Pihura wyraźnie przeżywało ten
pojedynek, zdecydowanie bardziej niż każdą inną walkę.

            -
To dlatego walczą tak spokojnie. – Stwierdził Hakirus.

            -
Dlatego pewnie zginą obaj. – Rzucił smutno Wulfgar.

            Jakby
na potwierdzenie jego słów, komuś na górze znudziło się oglądanie facetów mizdrzących
się do siebie i ocierających lekko mieczami. Podniesiono przeciwległą kratę, a
na arenę wpuszczono wilki.

            -
Zawsze tamtędy wpuszczają zwierzęta? – Dopytywał Larandar.

            -
Tak. Wtedy, gdy walka zrobi się zbyt nudna. – Odpowiedział mu Wulfgar.

            -
Dobrze wiedzieć.

            Zwierząt było kilkadziesiąt.
Wygłodniałych. Maltretowanych. Wściekłych. Rzuciły się na dwóch mężczyzn. Kilka
z nich poległo, ale w końcu dopadły dwóch walczących. I zagryzły.

Komentowanie nie jest możliwe : więcej...

LI.

przez , 21.cze.2010, w Bez kategorii

            Pihur
patrzył na wszystko z innej perspektywy. Jego rasa należała do długowiecznych,
może nie tak bardzo jak krasnoludy czy elfowie, ale dwieście lat właściwie
znajdowało się w jego zasięgu. Urodził się tuż po wojnie, nawet nie pamiętał
kiedy dokładnie trafił do Mittelbergu. Najął się wówczas jako zarządca
gladiatorów. Odpowiadało mu to. Nie musiał wiele pracować. Niestety, gdy siły
Rassarów dotarły do miejscowości, oficjalnie skończyło się niewolnictwo, a co
za tym idzie także i walki. Nikt nie miał prawa zmuszać nikogo do wojowania na
arenie. Jednak mieszkańcy znaleźli na to sposób. Zrezygnowali z organizacji,
zrzucając w podziemia pojmanych niewolników. Oni sami w zamian za żarcie
musieli organizować walki. Nikt ich nie zmuszał. Czysty układ, zgodny z prawem.
Trzeba było jedynie od czasu do czasu zrzucić kilku nieszczęśników. Pozostała
jedynie kwestia zorganizowania ich od środka. Lemurianin już nie pamiętał, czy
zgłosił się sam, czy go wrobiono. Nie ważne. Stał się tym, który nad wszystkim
trzymał pieczę, zarządzał. To dzięki niemu się to wszystko kręciło, doskonale
zdawał sobie z tego sprawę. Ale potrzebował też pomocników.

            Mirak
po śniadaniu zgłosił się do biur Pihura. Od razu zauważył różnicę. Znajdowały
się tu między innymi świeże owoce, trunki, wszystko, co mogło złagodzić trud
walk na śmierć i życie. Lemurianin od samego początku zaczął kontrolować dostęp
do żywności i kontakty z górą, które odbywały się przez spuszczaną z góry
windę.

            -
Nowy skryba, tak? Zaprowadźcie go do tego drugiego.

            Jeden
z barbarzyńców zaraz wyprowadził maga z pomieszczenia i zaciągnął go, do
innego, wyglądającego na magazyn. Kilka osób zajmowało się katalogowaniem
przedmiotów, głównie różnego rodzaju broni. Sprawdzali, które są uszkodzone,
które do czego się nadają, a pewien starszy mężczyzna. Miał siwe włosy,
średniej długości, rozpuszczone, siwy, acz ciut ciemniejszy wąs, oraz lekki
zarost, również doskonale ukazujący jego wiek.

            -
Nowy pomocnik. – Rzucił pomocnik Pihura.

            -
Nazywam się Hakirus. – Przedstawił się. – Jestem tu głównym skrybą. Podobno
umiesz pisać.

            -
Tak, oczywiście. Jestem Mirak. – Przedstawił się młody mag. – Param się też
trochę magia. Może się to przyda.

            -
Naprawdę? – Zadrwił starzec. – To pokaż nam może jakąś sztuczkę.

            Czarodziej
nie zastanawiał się długo. Spojrzał na barbarzyńcę i go dotknął. Mężczyzna
został usztywniony. Wywołało to pewne zdziwienie.

            -
Mało praktyczna, ale może być. Teraz udowodnij, że potrafisz pisać.

            Podał
mu księgę i pióro z kałamarzem. Sam zaś zajrzał do jednej ze skrzynek. Mirak
jedynie zauważył, że starszy mężczyzna, znalazł jakiś kawałek metalu i schował
go do kieszeni, mając nadzieję, że nikt tego nie zauważył.

            Potem
Hakirus obłagodził zezłoszczonego barbarzyńcę, gdy czar przestał działać, a po
kilku godzinach pracy ogłosił przerwę. Wszyscy jego towarzysze opuścili ten
fragment korytarzy, poszli załatwiać swoje sprawy. Starzec jednak został,
czegoś szukał.

            -
Widziałem jak kradłeś. – Stwierdził Mirak. – Pihur wie, że to robisz?

            -
Nie wie. I lepiej dla ciebie, żeby się nie dowiedział.

            -
Czy to groźba? – Zapytał czarodziej. Jedno
usztywnionko i zobaczymy, kto tu jest mistrzem.


            Hakirus
mu jednak nie odpowiedział. Zaczął coś mamrotać pod nosem i nagle w ciemności
pojawiły się ogniska.

            -
Ty też jesteś magiem… – Wymamrotał młodzieniec.

            -
Tak. I to cholernie dobrym. – Przynajmniej
według własnych kryteriów.
– Tylko brakuje mi kilku ingrediencji. Zamierzam
się stąd zabrać, ale potrzebuję trochę czasu, by opracować odpowiedni czar.

            -
Nie potrafisz się tak z siebie przenieść? – Zapytał Mirak.

            -
Nie jestem tkaczem magii. A dostęp do czarów, jak i składników jest tu
wyjątkowo ograniczony. W najgorszym przypadku skontaktuję się z moimi
przyjaciółmi z Gildii w Altburgu, oni powinni mnie uwolnić.

            -
Czy mógłbym ci towarzyszyć, jako czeladnik bądź uczeń.

            -
Więc nie jesteś doświadczonym magiem, co? – Zaśmiał się Hakirus.

            -
Nie. Właściwie to dopiero miałem zacząć szkolenie, ale Drugie Imperium…

            -
Drugie Imperium? – Zaciekawił się starzec. – Nigdy o nich nie słyszałem. Nie
siedzę tu jakoś długo, więc?

            Mirak
streścił mu wszystko, co wiedział na ich temat, a także opowiedział trochę
swoje przygody.

            -
Jak widzisz, głównie zajmujemy się uciekaniem.

            -
Może czas, by uciec jeszcze raz, ale tym razem sprawić, by to był cel. –
Zasugerował mu stary czarodziej. – A wojnami na górze się nie przejmuj. Zawsze
były i będą. Odkąd pamiętam, ciągle słyszałem jakieś wieści o wojnach. Póki nie
dotyczy cię to osobiście nie ma co się przejmować. Chyba, że możesz zyskać.
Ostatnie kilka lat spędziłem w Kongregacji i powiem ci jedno, oni mieli rację
budując nowy porządek po Wojnie. Straciliśmy prawie dwie setki lat, może
właśnie jest nam potrzebna kolejna wojna, która nas zmobilizuje.

            Mirak spojrzał na
starego maga z niedowierzaniem. On się w
ogóle tym nie przejął. Wszystko rozpatruje tylko w kategorii korzyści. Może tak
właśnie trzeba?

Komentowanie nie jest możliwe : więcej...

L.

przez , 21.cze.2010, w Bez kategorii

            Jedynie Mirakowi
się upiekło. Dzięki temu, że umiał czytać i pisać, oraz sprawiał wrażenie
skryby, został jednym z urzędników Pihura. Elf nie miał wyboru. Lemurianin jak
tylko ocenił jego tężyznę fizyczną, uznał, że musi walczyć na arenie.

            -
Jak się dobrze sprawisz, może kiedyś trafisz do moich przybocznych. –
Powiedział mu. – Musisz tylko dostatecznie długo pożyć.

            Gorsze
wieści miał dla Ishet. Nie potrzebował do niczego żadnych kobiet w jej wieku.

            -
Cóż, przyznam tylko, że arena to twoje przeznaczenie.

            Potem
faktycznie udało im się znaleźć miejsce, w którym mogli spędzić spokojnie noc.
W wydrążeniach dawnej kopalni, choć było ciemno i duszno, to jednak znajdowało
się tam dostatecznie dużo miejsca, by każdy mógł znaleźć sobie własny kąt.

            Nad
rankiem wszyscy poszli do większej izby, gdzie rozdawano jedzenie. Niewiele,
ale zawsze. Oczywiście nadzorowanie nad rozdziałem sprawował Pihur. Larandar
nawet zauważył, że lemurianin, jak i jego podopieczni dostają dużo lepsze
kąski, ale wiedział, że nie może nic na ten temat mówić. Pewnie skończyłoby się
to jakąś jatką, lub czymś gorszym.

            Potem
nowych gladiatorów zaciągnięto na arenę. Wraz z Ishet i jeszcze sześcioma
innymi ludźmi trafił pod opiekę Sebesa. Postawny, szczerbaty mężczyzna ze
złamanym nosem nie sprawiał wrażenia miłej osoby. Chłopka wręcz się go bała.

            -
I co? Walczyć się wam zachciało? Pihur nie powiedział wam o jeszcze jednej
zasadzie. Niepisanej. Nie musicie brać udziału w ćwiczeniach.

            -
Uf, to dobrze. – Wymsknęło się Ishet.

            -
Możecie trafić na arenę bez przygotowania.

            -
Ale jesteśmy na arenie. – Szczebiotała, próbując zamaskować swój strach.

            -
Znajdujemy się na arenie. – Poprawił ją Sebes. – Ale nie jesteście na niej. Gdy
nad kopułą zgromadzą się tłumy, wtedy będziecie na arenie. I tam pewnie
zginiecie. A teraz na kolana!

            Zdziwieni
rekruci nie wiedzieli jak zareagować. W końcu pierwszy z nich faktycznie rzucił
się na piach.

            -
Co jest! – Ryknął zdenerwowany barbarzyńca. – Ogłuchliście kurwy?

            Pozostali
szybko uklękli na piasku.

            -
A teraz żreć piach! Już!

            Uwielbiał
się znęcać nad innymi. Dlatego tak chętnie brał nowych do szkolenia. Nie tylko
musiał im wpoić zasady walki, ale też odpowiednio wyćwiczyć ich posłuszeństwo. Gdy
podopieczni zaczęli już połykać piasek, krztusząc się przy tym, roześmiał się.

            -
To dla was nauczka. Tak smakuje śmierć na arenie. Jak masz szczęście giniesz
szybko, ale to mają nieliczni. Inni padają na piach. On włazi wam w usta, a wy
go łykacie. Wiecie dlaczego? Bo dzięki temu liczycie, że to on was załatwi.
Szybciej. I mniej boleśnie. Że się dzięki niemu przekręcicie. Tak śmierć, to
jedyna droga ucieczki przed areną. Żreć!

            Historia
Sebesa nie różniła się specjalnie od wielu innych gladiatorów. Miał pecha, że
dopadli go łowcy niewolników i sprzedali. Dopóki nie znalazł się na dole, nawet
nie wiedział, co się kroi. Dopiero w tym podziemnym świecie, musiał nauczyć się
walczyć o przetrwanie. I stał się brutalnym, ale też podporządkowanym,
sadystycznym zbirem. Ćwiczył dużo i stał się jednym z ulubieńców Pihura. To
było coś. Dzięki temu nie tylko ćwiczył innych, ale miał gwarancję, że nie
będzie musiał walczyć z silniejszym na arenie. Sam jednak wiedział, że siła
przychodzi z czasem. Że musi ćwiczyć. Nim jeszcze się wybił, zdarzyło mu się
raz walczyć z jednym z faworytów lemurianina. Nikt nie sądził, że tamten
przegra. W końcu to on uczył Sebesa. Ale popełnił jeden drobny błąd. Ćwicząc
innych walki, zrobił dokładnie to, co mu przykazano. Przygotował swych
podopiecznych jak najlepiej. Przekazał im wszystko, co umiał. W rezultacie
podczas prawdziwej walki, nie potrafił ich w żaden sposób zaskoczyć. A że sam
nie ćwiczył zbyt dużo, łatwo został pokonany przez młodzieńca, który zajął jego
miejsce. Barbarzyńca nie zamierzał popełniać błędu swego mistrza. Chciał, by
jego uczniowie bali się go na tyle, by nigdy nawet nie próbowali go zranić. To co, że walka będzie nieciekawa, najwyżej
Pihur postawi ich przeciw komuś innemu.


            -
No już starczy! – Ryknął. – Jak ktoś chce popić, to mogę mu dać swoje szczyny!

            Nikt
się jednak nie zgłosił.

            -
Nim zaczniecie walczyć, musicie nabrać trochę krzepy. – Oznajmił. – Wstawać!

            Wykonali
rozkaz.

            -
A teraz za mną.

            Weszli
do środka. W jednym z tuneli znajdowały się ciężkie bele z mocowaniami. Kazał
każdemu wziąć jedną na plecy.

            -
A teraz biegiem! Na arenę, a tam w kółeczko!

            Larandar
z trudem udźwignął swój kawałek. Ishet od razu się przewróciła. Elf próbował
jej pomóc wstać, ale od razu dostał batem po rękach od Sebesa.

            -
Nie powiedziałem, że można komuś pomagać! Jak nie da rady, niech zdycha tu i
teraz. Wracać do ćwiczeń!

            Spanikowany
zostawił przyjaciółkę i zrobił, co mu rozkazano. Barbarzyńca zaś spojrzał na
wiekową kobietę i roześmiał się szyderczo.

            - Długo tu nie
pociągniesz. Zastanów się, czy nie warto zginąć w nocy. Na swoich warunkach.
Mogę ci pokazać jak się podcina żyły.

Komentowanie nie jest możliwe : więcej...

XLIX.

przez , 20.cze.2010, w Bez kategorii

            Ci, którzy
próbowali protestować, zostali pobici. Dopiero jakiś czas później przez drugą
bramę wyszło kilkunastu barbarzyńców z północy. Silnych, muskularnych mężczyzn,
doświadczonych w bojach i walkach, dobrze uzbrojonych.

            -
Mam złe przeczucie. – Wyszeptał mag.

            -
Rozumiem, że sobie z nimi nie poradzimy. – Odparł elf. Pewnie dlatego, tamci tylko kradli jedzenie.

            -
Zabiją nas… Bandyci… – Panikowała Ishet, która już odzyskała przytomność.

            Za
postawnymi gladiatorami szedł lemurianin. Stwory te zamieszkiwały Kakofon,
gdzie po setkach lat niewoli udało im się odzyskać niepodległość od Irlenii.
Prawdopodobnie należeli do nielicznych mieszkańców Starego Świata, którzy nie
czuli odrazy i nienawiści do Moredheli. Traktowali ich jako tych, którzy
pokonali ich znienawidzonego wroga. Owszem mieli świadomość tego, że pewnie
sami padliby ofiarą Rodryka, ale bogowie zdecydowali inaczej. Lemurianie byli w
całości zarośnięci futrem, chodzili lekko przygarbieni, posiadali ogony, a ich
pyski bardzo przypominały lemury. Stąd prawdopodobnie ich nazwa.

            -
Nazywam się Pihur. – Oznajmił wszystkim, a potem wyciągnął z kieszeni
ciasteczko i zaczął je jeść. Uwielbiał słodycze, nie mógł długo bez nich
wytrzymać. Zresztą to się dało po nim zauważyć. Jak na przedstawiciela swojej
rasy, miał wyjątkowo duży brzuch, co utrudniało mu poruszanie. – Jestem tu
zarządcą. – Kontynuował. Od
siedemdziesięciu lat.
– Samozwańczym. I mam dla was propozycję nie do
odrzucenia. Albo przystąpicie do naszej organizacji, akceptując nasze reguły,
albo macie wybór. Walka teraz lub przy najbliższej okazji na arenie. Moi
przyjaciele aż się palą do niej. – Wskazał na barbarzyńców.

            -
Bardzo mili. – Wymsknęło się Mirakowi.

            -
Zamknij zasraną jadaczkę kurwo! – Ryknął Wulfgar. – Nie dostałeś jebanego
pozwolenia na pierdzielenie!

            -
Dobrze powiedziane. – Odparł lemurianin. – Ostro i dosadnie. Musicie zrozumieć,
że nikt z nas nie znalazł się tu z własnej woli. Jakieś pytania, czy chcecie
dokonać wyboru?

            -
Chciałbym poznać te reguły, którym mam się poddać. – Odważnie zagadnął
Larandar.

            -
Nie wychylaj się… Bo ten milutki z futerkiem nie jest chyba tak miły. –
Marudziła pod nosem Ishet.

            -
Milutki z futerkiem? – Zdziwił się Pihur. – Nikt mnie jeszcze tak nie nazwał.
Milutki to jestem. Jak chcę. Reguły są bez znaczenia, nie macie na nie żadnego
wpływu. Zazwyczaj ich nie zdradzam przed. Musicie zrozumieć, będąc tutaj
niebawem czeka was wyzwolenie. Na arenie. To jest jedyne wyjście. Chcecie
reguł? Proszę bardzo. Jako zarządca im nie podlegam, tylko je ustanawiam. I ja
tworzę hierarchię. Stoję na samej górze, a poniżej mnie są moi pomocnicy. I ich
należy słuchać. Ja ustalam stanowiska i przyporządkowuje innych, i nikt o tym
nie rozmawia. Nie dyskutuje się na temat moich decyzji. Nie rozmawia się o
nich. Tylko przyjmuje. Kolejna zasada jest taka, że każdy ma prawo odmówić
walki raz. Ja decyduję kto walczy. Wybieram albo karnie, albo przechodzimy do
losowania. Mogę zwolnić z losowania, jeśli uznam, że ktoś jest nam przydatny,
nie nadaję się lub ostatnio często walczył. Czyli zasady ustalam ja, podobnie
jak walki. Młodzi, czyli wy, na arenie nie wylądujecie przez cztery tygodnie,
chyba, że podpadniecie. Zasada jest prosta, większość z was, zginęłaby bardzo
szybko, a tym na górze chodzi o ciekawe walki. Dlatego pierwszy dzień macie na
rozpoznanie miejsca, znalezienie sobie sypialni oraz przedstawienie mi powodów,
dla których miałbym was nie wysyłać na arenę. Od jutra rozpoczynacie trening. Tam
zasady są proste. Nie zadawać pytań. Żadnych kłamstw. Żadnych tłumaczeń. Ufać i
podporządkować się tym, którzy treningi przeprowadzają. Jedna walka na raz.
Walka trwa aż do skutku. Jeśli ktoś mówi stop, to się ją kończy. Jeśli ktoś się
nie rusza, to się ją kończy. A na arenie, w czasie prawdziwej walki nie ma
żadnego zmiłuj się. Tam walczymy na śmierć. Byle nie wysłali nam zwierząt.

            -
Zwierząt? Klątwa niskopiennego? – Zapytała Ishet.

            -
Nie, pewnie tych, które widzieliśmy schodząc tutaj. – Odparł elf.

            -
Nie widzieliście wszystkich. – Zaśmiał się Pihur. – I nie chcecie ich zobaczyć.
I jak podobają się wam zasady?

            -
To jakiś podziemny krąg… – Wymamrotał Mirak.

            -
Rozumiem, że je przyjmujecie. Czy ktoś woli ponieść śmierć teraz, lub spróbować
swego szczęścia przy następnej walce na arenie?

            Wszyscy
zgromadzeni siedzieli cicho. Byli przerażeni. Dopiero teraz zrozumieli gdzie
się znaleźli.

            -
Przyjmujemy. – Odparł Larandar. – Rozumiem, że nie ma możliwości wywalczenia
sobie wolności.

            - Wolności? – Zaśmiał się
lemurianin, w czym towarzyszyli mu jego barbarzyńcy. – Spójrz nad siebie.
Znajdujemy się pod kopułą. Stąd nie ma wyjścia. Nie ma ucieczki. Jest tylko
jedno sprawiedliwe rozwiązanie. Śmierć.

Komentowanie nie jest możliwe : więcej...

stat4u <!-- s4uext=s4upl(); document.write('stat4u') //--> stat4u

Blogroll

Kilka bardzo polecanych stron...