orthank blog

Tag: miersdorf

XLII.

przez , 13.cze.2010, w Bez kategorii

            Piątego dnia po
pogrzebie, Godryk wieczorem pojawił się jeszcze w Miersdorfie. Przybył, by załatwić
niedokończone sprawy. Od razu udał się do domu Gűnthera, który natychmiast
wyrzucił żonę z izby i szczelnie pozamykał wszystkie okna.

            -
Mniemam, że wypełniłeś swoją misję? – Zapytał Zigmarianin.

            -
Owszem. Nie wszystko poszło zgodnie z planem, ale… – Zaczął szef straży. Na
jego twarzy dało się zauważyć zdenerwowanie. Nigdy wcześniej nie wystąpił
przeciw baronowi, nie próbował nim manipulować, czy skłaniać go do czegokolwiek.

            -
Powiedz mi tylko, to co powinienem wiedzieć, oficjalnie. Cała reszta niech
pozostanie między tobą a Zigmarem. – Nakazał mu kapłan.

            Gűnther
spojrzał na niego z niedowierzaniem. Sprytne
posunięcie. Wpierw wciągasz mnie w bagno, a potem umywasz ręce. Chyba trochę
żałuję swojego wyboru.


            -
Koradiel okazał się zdrajcą. Pomógł Randalowi czmychnąć z więzienia, w czym
pomogli mu także jego nowi kompani, czyli elf Larandar, oraz dwoje ludzi: Mirak
i Ishet. Schronili się w domku starego elfa. Pokłócili się. Zabili go i spalili
domostwo. Jednak Randalowi to było mało. Wrócił do Miersdorfu po raz ostatni i
dokonał najbardziej zuchwałego czynu w swojej karierze. Włamał się do
posiadłości barona i porwał mu córkę. Być może ją zgwałcił, nie znaleziono
fizycznego dowodu. – Oszczędziłem jej
tego, to przecież dziecko.
– Potem ją rozciął jej brzuch, wyciągnął
flaki…

            -
Oszczędź mi brutalnych szczegółów. I tak czasy nie należą do przyjemnych. – Pouczył
go Godryk.

            -
Przepraszam. W każdym razie, Randal splugawił ciało i uciekł.

            -
Rozumiem, że został pojmany?

            -
Uciekł. Wraz ze swoimi towarzyszami. Nie udało się nam go porwać. – Pewnie gdy mordowałem Koradiela i córkę
barona, znajdował się już bardzo daleko.


            -
Zatem Zigmar ukarał brak zaangażowania barona. Znajdziemy winnego, jeśli okaże
skruchę. – Powiedział oschle kapłan, jakby sam w to nie wierzył.

            -
Baron wynajął łowców nagród. Ruszą w pościg i pojmą całą czwórkę. –
Poinformował szef straży.

            -
Muszę go jeszcze dziś nawiedzić. Na pewno czuje ból, potrzebuje wsparcia. – Poopowiadam mu jakieś bzdury o wiecznym
życiu i krainie wiecznej szczęśliwości, gdzie jego córka już czeka na niego.

– Czy jest jeszcze coś, co powinienem wiedzieć.

            -
Nie. To wszystko. Poza tym, że baron jest bardzo wściekły i załamany. Pała
nienawiścią i chęcią zemsty. Chciał nawet rzucić wszystko i ruszyć w pogoń, ale
udało mi się go powstrzymać.

            -
Dobrze się spisałeś. Pewne ofiary są konieczne, jeśli chcemy by nastało
Imperium Zigmara. W imię Zigmara odpuszczam ci grzechy, odrzuć poczucie winy,
zrobiłeś to, co musiałeś. Z tego punktu widzenia jest to słuszne. – Potem zapukał
w stół po trzykroć, tak jak nakazywał ceremoniał.

Gűnther
uklęknął i ucałował kapłana w rękę.

- Dziękuję. –
Powiedział wstając. – Już mi lepiej. – Dawno
nie mordowałem dzieci. A nigdy wcześniej tak brutalnie.

- Jutro po
nabożeństwie żałobnym i pogrzebie wracam na Sobór. Chciałem wiedzieć, co się
dzieje z Drugim Imperium.

- Ogłosili
niepodległość. Cały południowo-zachodni obszar Imperium jest pod ich władaniem.
Wysłali posłańców do Interii z prośbą o traktat graniczny i pokojowy.

- Interia go
podpisze. Będzie się bała, że wojna przeniesie się na ich stronę. – Powiedział smutno
Godryk.

- To nie
wszystko. Codziennie ogłaszają kolejne edykty, rządzą samoistnie, w ten sposób
atakują króla Uthera, nie podnosząc miecza. Uderzają w jego dumę i chcą, by to
on uderzył pierwszy. – Mówił szef straży.

- Jeśli tego
nie zrobi, okaże się za słaby na zasiadanie na tronie. To początek końca
Rassarów. – Uśmiechnął się kapłan. – W ciągu pięciu lat skończy się ta
przeklęta dynastia. Ale Imperium Zigmara nastanie dużo wcześniej.

- Coś na
Soborze ustalono? – Gűnther próbował złapać współspiskowca za język.

- Nic, o czym
mógłbym głośno mówić. Poza tym, że będzie się działo. I nie chodzi o Front. Anzelm,
ten biskup o którym mówiłem, on ma charyzmę jakiej jeszcze nie widziałem. On
poprowadzi nasz lud do zwycięstwa. On przeprowadzi reformację, w dużo większym
stopniu niż Elessar. Oby Zigmar obdarzył Anzelma długim życiem.

- On planuje
schizmę? Czy co? – Szef straży doskonale wiedział, że kapłan wie więcej, niż
mówił.

- Krucjatę. I to zarówno tą przeciw niewiernym, innowiercą jak i tym,
którzy zwątpili. Nie obawiaj się, ty już przysłużyłeś się Zigmarowi i służ mu
wiernie, a zostaniesz nagrodzony.

Komentowanie nie jest możliwe : więcej...

XLI.

przez , 13.cze.2010, w Bez kategorii

            Larandar wciąż
zastanawiał się nad jednym. Po co to robią. Od samego rana całą trójka była
podenerwowana, czekała na zaplanowane zadanie. Szalone. Coś, czego nigdy
wcześniej nie robili. Nie musieli uciekać. Nie groziło im niebezpieczeństwo. Więc po co nam ten konus? Po co go ratować?
Zgodnie ze słowami kapłana miał być dla nich ważny. Miał zmienić ich
przyszłość. Dopiero nad ranem elfa olśniło. On już to zrobił. Niezależnie, czy
stary mnich kłamał, by uratować życie jednej istoty, czy mówił prawdę, coś się
zmieniło. Przestali myśleć o ucieczce i o sobie, zaczęli myśleć o osiągnięciu
czegoś. Nie przez wycofanie się, skrycie, ale działanie. I to jeszcze tak
zuchwałe. W całym swoim życiu Larandar jeszcze nic podobnego nie planował.
Odbicie więźnia z aresztu.

            A
szczęście do nich się w końcu uśmiechnęło. Nad rankiem znaleziono ciało
Helmuta. Morderca znów zaatakował.

            -
Myślałam, że to ten zmutowany dzieciak jest mordercą. – Westchnęła Ishet.

            -
I nizioł się pomylił. – Dodał Mirak. – Mówił przecież, że zabójca tym razem
zaatakuje Gűnthera.

            Niewiele
mówiąc udali się na nabożeństwo za wszystkich zabitych. Godryk wznosił modły do
Zigmara, by pomógł szybko rozwiązać sprawę i wspomógł ukaranie winnych. Potem
rozpoczęły się uroczystości pogrzebowe. Prawie wszyscy zostali, ale trójka
przyjezdnych wycofała się. Nie wyglądało to podejrzanie, w końcu nie należeli
do osób bliskich zmarłym, a wystarczająco ich uszanowali uczestnictwem w
nabożeństwie.

            W
miastach, czy nawet na wsiach, ale przed Wojną, pogrzeby urządzali tylko
nieliczni kapłani. Najczęściej zajmowali się tym wyznawcy Morroua, boga
śmierci, w końcu to ich domena. Inne religie koncentrowały się bardziej na żywych,
nie przywiązywały zbytniej uwagi do rytuałów pogrzebowych. Zresztą słudzy Pana
Zaświatów też nie przestrzegali jakiś ceremonii, raczej preferowali proste
nabożeństwa. Inaczej było z wielkimi ludźmi, królami, cesarzami, bogaczami, tam
raczej nie dopuszczano ani wyznawców Morroua, ani Shlayi. Głównie dlatego, że
liczyła się oprawa. W przypadku Rassarów nie raz pogrzeby stanowiły
najdonioślejszą chwilę podczas ich panowania. Poddani wylegali na ulicę, by
obserwować kondukt żałobny, który przechodził przez całe miasto, a za całą
oprawę odpowiadali Zigmarianie. Z czasem kapłani ci, zaczęli rozbudowywać ceremoniarz,
ale też go upraszczać i ujednolicać. Początkowo chciano, by każdy wielki
pogrzeb był inny, unikalny, niezapomniany, ale wiele się zmieniło, gdy Wielkim
Teokratą został Elessar Wspaniały zwany także Starym. Na tronie Najwyższego
Kapłana Zigmara spędził prawie sześćdziesiąt lat, najdłużej z wszystkich
pontyfikatów po Wojnie, choć i zapewne przed nią, niewielu mogło się poszczycić
dłuższym panowaniem. Elessar nie tylko twardo rządził całym klerem, ale też
umocnił pozycję Zigmarian, a na dodatek rozpoczął małą reformację, mającą na
celu przekształcenie się w religię uniwersalną. Z natury rzeczy przez
tysiąclecia choć próbowano zaszczepiać tą wiarę w innych państwach, zawsze
kończyło się to niepowodzeniem. Wielki Teokrata zrozumiał, że nie stanie się to
do momentu, kiedy wierni wybierają boga w zależności od potrzeb. Chcą prosić o
plony to idą o Sol. Chcą kogoś pochować idą do Morroua. Błagają o uzdrowienie,
idą do Shlayi. I tak dalej. Bóstwo patriotyczne, zwłaszcza w kraju Rassarów
okazało się być zbędne. Zbyt mocno wiązało się z przeszłością. Teokrata
doskonale to rozumiał i widział też, że to może się obrócić kiedyś przeciw
Zigmarianom. Gdy któryś z kolejnych cesarzy zapragnie skończyć z przeszłością,
spróbuje wprowadzić Imperium w nową erę. Pomimo Wojny ani zakony, ani struktury
religijne niewiele się zmieniały. Odtwarzały, to co istniało wcześniej.
Wszystkie skostniały. Nie potrafiły udzielić odpowiedzi na pytania istot
żyjących po Wojnie. Elessar doskonale to widział, a Zigmar bądź inni bogowie,
dali mu na tyle długie życie, że mógł spokojnie wprowadzać zmiany. Najpierw
jedynie obserwował i rozmawiał. Zaczął prowadzić politykę ekumeniczną, próbował
konsultować wiele spraw z innymi wyznawcami. Nie zamierzał ich niszczyć, czy
atakować wprost. Bał się gniewu bogów. Chciał jedynie zrozumieć, czego wyznawcy
oczekują od innych religii, po co przychodzą do kościołów i czym są ich
problemy. Dopiero potem rozpoczął proces otwierania Zigmarian na świat.
Rozumiał, że nie dożyje chwili, w której wyznawcy Zigmara będą dominującym
wyznaniem na Starym Świecie, acz wiedział, że to jest możliwe. I to bez
podbojów. Bez narzucania siłowego. Wystarczyło sprawić, by jeden kapłan Zigmara
w danej wiosce, nie tylko mógł odprawić każdy rytuał, ale by zrobił to tak, by
wierni nie chcieli korzystać z usług wyznawców Sol, Morroua czy wielu innych
bogów. Dlatego przejmowano święta. Choćby Gulę, która przed Wojną, ale i po
niej, nie była popularna w Imperium. Tak też stało się z pogrzebami. Wygrywał
ceremoniarz, co zwłaszcza na wsiach się wszystkim podobało. Zresztą kapłan
musiał być też obecny na stypie, siedział blisko rodziny, by wspierać ją
duchowo i zabawiał towarzystwo.

            Pogrzeb
sprawił, że Miersdorf zamarł. W końcu nie często chowano więcej niż jedną osobę
na raz. A cztery? W dodatku niespokrewnione. To przyciągnęło prawie wszystkich,
z wyjątkiem kilku strażników i Randala, który siedział w zamknięciu.

            Larandar
zajrzał jeszcze raz pod dom wynalazcy. Nawet szyld zdjęto. Edmund zamykał
interes.

            -
Załamał się chłopak. – Stwierdził pod nosem, a potem zwrócił do swoich
towarzyszy. – To, co teraz zrobimy, będzie najbardziej dziką akacją w jakiej
uczestniczymy. Jesteście na to gotowi?

            Potwierdzili.

            -
No nic. Zaczynamy akcję. – Westchnął pod nosem. Wciąż nie mogę uwierzyć, że to robimy, że się zgodziłem.

            Zakradli
się pod barak, w którym uwięziono niziołka. Elf stanął tuż przy drzwiach, po
upewnieniu się, że w środku jest jeden strażnik. Jeden powinien być tu i jeden przy bramie. Mirak jeszcze raz
sprawdził czar w księdze, a Ishet trzymała w ręku opuszczone gniazdo os. W
środku nie znajdował się ani jeden owad. Wraz z magiem schowała się pod oknem,
i zapukała w nie. Strażnik musiał wyjrzeć, ale ponieważ nikogo nie zauważył,
otworzył je. Wtedy chłopka wstała i wrzuciła gniazdo do środka. Czarodziej
natychmiast rozpoczął inkantację.

            -
O kurwa! – Krzyknął zezłoszczony strażnik, gdy zorientował się, co wpadło do
środka. – Ale skurwielstwo!

            Wtedy
zadziałał czar. Wewnątrz baraku słychać było bzyczenie. Mężczyzna wolał nie
ryzykować. Nikt normalny nie będzie wchodził do środka, więc mógł zostawić
halflinga, najwyżej nie przeżyje. Strażnik wybiegł na zewnątrz, lecz gdy tylko
otworzył drzwi, podhaczył go elf. Zbrojny runął na ziemię jak długi. Tylko na
chwilę. Larandar ogłuszył go jednym ciosem, a potem zaciągnął do środka.
Dziwnie się czuł, słysząc to bzyczenie. Spojrzał na niziołka, który próbował
jedną ręką się bronić od owadów, których nie widział, ale które doskonale
słyszał.

            -
Konus lubisz pszczółki?

            -
Pszczółki i kwiatki? – Zastanowił się przez chwilę. Pewnie odpowiedziałby tak,
ale to bzyczenie mu przeszkadzało. – Nie!

            -
Gdzie chowają kluczę do twojej klatki? – Zapytał elf.

            -
O? Co? O co chodzi?

            -
Możesz tu zostać, jeśli o mnie chodzi. Albo możesz uciekać z nami.

            -
Zastanówmy się, czy mi się to opłaca. – Gdyby
one nie bzyczały, a bzykały.
– Tak! Są na biurku. – W sumie łatwo się domyśleć, ale czego po elfie się spodziewać.

            Larandar
podniósł klucze, otworzył zamek i wyciągnął niziołka, który z nieufnością cały
czas szukał tu owadów.

            Tymczasem
Mirak podszedł do strażnika przy bramie.

            -
Nieszczęście! – Krzyknął. – Nizioł się wyrwał i gwałci wszystkie kobiety! Nikt
go nie może powstrzymać. Gűnther kazał ściągnąć wszystkich strażników.

            -
O kurwa! Randal przegiął! Jeśli tylko zrobi coś mojej…

            Nie
dokończył. Odwrócił się od maga, który dotknął go i usztywnił. Dwa czary w jednej potyczce, zbliżam się do
mistrzostwa.


            Potem zagwizdał, dając
znak swoim przyjaciołom, że droga wolna. Brama Miersdorfu była otwarta, cała
czwórka szybko przez nią przeszła i szybkim krokiem skierowali się na północ.
Byle jak najdalej stąd. I jak najszybciej. Zanim skończy się pogrzeb i stypa.

Komentowanie nie jest możliwe : więcej...

XL.

przez , 11.cze.2010, w Bez kategorii

            Gűnther wraz z Godrykiem
wyszli z domu barona. Kapłan jeszcze zatrzymał na chwilę szefa straży.

            -
Jutro odprawię nabożeństwo żałobne. – Poinformował. – Tak jak planowaliśmy. Na
wieczór planujesz powiesić Randala?

            -
Tak. Przegiął.

            -
Myślisz, że to on odpowiada za zbrodnię? – Pytał Godryk.

            -
Chuj wie. Ale ta mała gnida nie zasługuje na to by żyć.

            -
Wyjeżdżam pojutrze na Sobór Frontu. – Poinformował Zigmarianin. – Szykuje się
więcej niż baron myśli.

            -
Dlaczego mu nie powiedziałeś? – Zapytał Gűnther.

            -
Nie mam nic do barona, ale zapomniał się. Gdyby nie Front, nie byłoby nas
tutaj. Nadchodzi czas, gdy wszyscy jak jeden mąż będziemy musieli odpowiedzieć
przed Zigmarem, nie będzie innych bogów. Dlatego mam jeszcze jedną propozycję
nie do odrzucenia.

            -
Tak? Zamieniam się w słuch.

            -
Musimy przywrócić barona Zigmarowi. Nie zrobi tego po dobroci. Ale też musimy
pozbyć się Koradiela. Elf i Shlayanin. W Miersdorfie nie ma miejsca dla takich.
Nadchodzi zmierzch innych bogów, pozostanie jedynie Zigmar. Ongiś pojawił się w
czasach chaosu i podbojem wprowadził porządek, łącząc plemiona i państewka w
Imperium. Gdy powróci, rozprawi się z innowiercami i ich żałosnymi bożkami.

            -
Wierzysz w to? – Zapytał Gűnther.

            -
To już się zaczęło. To zostało przewidziane. Wątpisz w potęgę Zigmara?

            -
Nie. Tylko czasem w jego kapłanów. Rozumiesz o co mi chodzi.

            -
Tak. Rozumiem. Nie mamy mocy. Ale mało kto o tym wie. Ale nie wszyscy.
Widziałem Anzelma w akcji. On ma siłę większą niż jakikolwiek inny kapłan. On
jest wybrańcem Zigmara i mu służy.

            -
On dowodzi Frontem? – Dopytywał szef strażników.

            -
Chciałbym by odpowiedź była tak prosta. Frontem nikt nie dowodzi. Front
istnieje i działa. Wiesz, że jestem Frontystą, a nie tylko ich sympatykiem.
Wiesz czym się to różni?

            -
Nie. – Odparł Gűnther.

            -
Sympatyk nie ma w sobie siły by działać. Członek działa zgodnie z sumieniem,
ale nikt mu nie mówi, co ma robić. Nie mam przełożonych. Jedynie identyfikuję
się z Frontem. Front to reformacja Zigmarian. Kto jest ważniejszy, Teokrata na
usługach uzurpatora, czy bóg, który stworzył Imperium?

            Strażnik
zamyślił się chwilę. Znał odpowiedź, ale nie chciał jej udzielać wprost.
Wiedział, że Godryk trochę nim manipuluje. Zdanie to było bowiem prawdziwe ale
tylko z pewnego punktu widzenia. Owszem Zigmar stworzył Imperium i jest bogiem,
ale urodził się jako normalny człowiek. Dopiero potem rozpoczął tworzenie
podwalin swojego państwa, nawet nie określał go mianem Imperium. Rozpoczął erę
podbojów, ale jej nie zakończył. Zbudował fundamenty, ale to przez pierwsze
wieki istnienia Imperium państwu nadano kształt. Może dlatego skostniało przez
tysiące lat nie rozwijając się zbytnio. Rassarowie wpadli w pułapkę, próbując
odtworzyć coś, co i tak by upadło, a jednocześnie próbując to reformować.
Przynajmniej próbowali, ich poprzednicy przez setki lat niewiele zmienili. Wierzyli,
że Zigmar patrzy na nich z góry. Człowiek, który z pasją zdobywał siłę i
potęgę, osiągnął niebywałe zwycięstwo, czuł się związany swym tronem jak
kajdanami. W końcu je odrzucił. Zostawił. I wyruszył w samotną podróż, z której
jego ciało nigdy nie powróciło. Stał się bogiem. Wielu twierdzi, że to dzięki Księdze
Makr. Jednak zwolennicy Frontu woleli tego nie mówić głośno. Twierdzili, że
Księga Makr jedynie przypomniała mu kim jest. Że zazdrośni bogowie, bali się go
i postanowili się go pozbyć. Zesłali go na Miscle, jako człowieka, lecz nikt
się nie spodziewał, co uda mu się zdziałać. W końcu wrócił do Panteonu, lecz
zamiast rozprawić się z innymi bogami, czekał na dobrą chwilę, by się ich
pozbyć. By stać się bogiem jedynym. A ci, którzy będą go wspierali, będą mogli
liczyć na jego łaskawość. Przez setki lat wierzono, że Zigmar osobiście
nadzorował każdą bitwę i wspomagał swych potomków. Jeśli pokona innych bogów,
nastanie nowe królestwo. Jedno wielkie Imperium. Które zmiecie uzurpatorów z powierzchni Miscle raz na zawsze.

            -
Masz wątpliwości? – Zapytał Godryk.

            -
Nie. Dobranoc, muszę jeszcze zajrzeć do Edmunda. – Pożegnał się Gűnther.

            Gdy
dotarł do domu wynalazcy, ten nie był zachwycony późną porą, ani tym bardziej
informacjami, jakie mu przekazano.

            -
Baron nie może tak przerzucać mnie do innych zajęć. – Irytował się.

            -
Może. Nie jesteśmy już oprychami. – Czego
wielu z nas niestety żałuje.


            Edmund
nie chciał dać za wygraną, ale ostatecznie wiedział, że musi się zgodzić.
Inaczej Kohert mógł go wyrzucić z wioski, lub zabić. Wszyscy doskonale
pamiętali go jako herszta, który trzymał żelazną dyscyplinę w swojej bandzie. Gűnther
zaś zawsze był jego prawą ręką i tym, który wymierzał kary. To człowiek, który
nie miał żadnych skrupułów by zabić kogoś z kim spędził połowę swego życia,
komu ufał i kogo lubił. Dlatego wynalazca wziął kilka butelek wina i poszedł
się upić. Kurwa, pieprzony piekarz! Teraz
będę musiał zapierdalać.


            Szef
straży wyszedł na zewnątrz i wracał do domu, gdy został zaatakowany od tyłu
przez Helmuta. Młodzieniec był zrozpaczony.

            -
Nie zabierzesz mi pracy ojca! Nie zabierzesz nam tego! Ja będę wynalazcą!

            Szalał. Robił hałas. I
w dodatku uderzał celnie. Gűnther zawsze miał go za przygłupa, ale widział, że
chłopak jest całkiem sprawny. Mógłby
kogoś zabić, zwłaszcza we śnie.
Strażnik dobył miecza i szybko wytrącił
sztylet z rąk syna wynalazcy. Jeśli go
zabiję, będę wiedział, że nie zabił go morderca. Pytanie czy to on, czy zginie
jeszcze ktoś? Jeśli pojawi się kolejny trup, będzie można pozbyć się Koradiela
następnej nocy. Jeśli nie, również, bo mamy jeszcze podejrzanych.
Choć
dzieciak, próbował w niego walić pięściami, mężczyzna nie reagował. Tylko
uśmiechnął się pod nosem, wspominając dawne czasy, kiedy to wraz z hersztem
Edwardem potrafili wymordować całą wioskę. Może nie całą, głównie mężczyzn,
starców i niektóre dzieci. Resztę dało się wykorzystać. Trochę mu brakowało
tego okresu. O wiele dzikszego, acz bardziej emocjonującego. Jednym ciosem
zabił Helmuta. Dzieciakowi brakowało doświadczenia, stał się łatwą ofiarą. Jedyne co mi pozostało, to jeszcze
zmasakrować zwłoki, by wszyscy uwierzyli w mordercę.

Komentowanie nie jest możliwe : więcej...

XXXIX.

przez , 11.cze.2010, w Bez kategorii

            W
domu barona Koherta dało się zauważyć przepych i blichtr. Jego właściciel,
krępy, łysiejący mężczyzna o siwej, równo przyciętej bródce i białawych
resztkach włosów uwielbiał luksusy i sobie ich nie żałował. Podobnie jak swojej
rodzinie, czy bliskim przyjaciołom. Przy suto nakrytym stole siedział także Gűnther
oraz Godryk, Zigmarianin i bliski przyjaciel rodziny. To on w dużej mierze
pomógł baronowi stać się tym, kim jest. Odrzucić drogę przestępcy i zbudować
małe imperium, gdzieś na odludzi.

            Po
kolacji Edward odprawił rodzinę zostawiając jedynie swoich przyjaciół.

            -
Panowie, dostałem dziś dwa niepokojące listy. – Zaczął. – Pierwszy z południa.
To pieprzone Drugie Imperium. Coś kombinują i mają zamiar niebawem coś ogłosić.
Gorzej, że chyba wiem, do czego zmierzają. Znaleźli jakąś moredhelską
zabaweczkę i użyli jej. Wytłukło to oddziały straży królewskiej i chłopów w
kilkunastu wioskach.

            -
Co to za broń? – Zapytał szef strażników.

            -
Nie wiem dokładnie. W każdym razie Edmund się nie spisał. Mając tyle czasu i
zasobów, mógł odkryć jakąś broń Mroczniaków, ale nic mu nie wyszło. Zdegraduj
go. Potrzebujemy młynarza, prawda? I piekarza?

            -
Obu. – Przyznał Gűnther.

            -
Doskonale. Połączymy te funkcję, a my musimy znaleźć kogoś, kto zostanie
wynalazcą. Ale nie jest to konieczne teraz. – Mówił baron. – To Drugie Imperium
coś planuje i lepiej byśmy zabezpieczyli nasze łupy. Nie wiadomo, co będzie
dalej. Zazdroszczę im trochę. Znaleźli moredhelską broń i ją wykorzystują, na
większą skalę niż my planowaliśmy.

            To
Godryk zasugerował kiedyś baronowi, wówczas jeszcze hersztowi, by stać się
poważanym obywatelem. Rassarowie od wielu lat próbowali rozszerzyć zasięg
swoich wpływów, chętnie przejmowali nowe ziemię, a tamtejszym watażkom nadawali
do nich tytuły, jednocześnie darując wszelkie przewinienia. Kohert wiedział, że
jest ustawiony do końca swoich dni, ale przede wszystkim myślał o swoich
dzieciach, zwłaszcza najmłodszej córeczce, oczku w jego głowie. Jednak
zamierzał dokonać jeszcze zuchwalszej rzeczy, nie tylko stać się prawdziwym
szlachcicem, ale dzięki technologii Mrocznych Elfów, wyrobić sobie chody na
królewskim dworze. Może kiedyś zostanę
kanclerzem?
Tyle, że teraz te marzenia, nie wyglądały już tak realnie.

            -
I postanowili wykroić sobie swój własny kawałek Imperium. – Kontynuował. –
Wierzę, że im się to uda. W dużej mierze także dzięki drugiemu listowi.
Ferdynand II został powstrzymany przez powódź. Chcąc pokazać, że dba o swój
lud, zaciągnął swych wojów do pomocy i ratowania dobytków chłopów. Z drugiej
strony nie chce przeprawiać się przez wezbraną rzekę, ale trzyma Imperium w
szachu. Rassarowie są zbyt słabi by walczyć na dwa fronty. Uther niebawem
będzie musiał wybrać kogoś, z kim będzie pertraktował i pozwoli mu oddzielić
się od państwa. Jeśli tego nie zrobi, może utracić dużo więcej. Może nawet
wszystko.

            -
To by było dobre. – Rzucił Zigmarianin.

            -
Dobre? – Zdziwił się baron.

            -
Ci przeklęci uzurpatorzy nie zasługują na to by żyć.

            -
Lubię cię Godryku, ale zamknij się jeśli masz mi pieprzyć głupoty Frontu. –
Zirytował się Edward.

            -
Panie baronie, przepraszam. Więcej nie będę.

            -
Nie darzę wielką miłością Rassarów. Na razie przeżyłem pięciu. I chyba
najlepiej wspominam ostatniego cesarza.

            -
Kronberga? – Cicho zapytał kapłan. – Żaden z Rassarów nie był prawdziwym
cesarzem. Nie z linii krwi.

            -
A kto jest? Hossenowie z północy? Dziś to, że Ferdynand II jest potomkiem
Zigmara to dogmat, a nie dowód. Ostatnim cesarzem był Pnerb. – Poprawił go
Edward. – I nic tego nie zmieni.

            Pnerb
Słabowity lub też Pnerb Chorowity, ojciec obecnego króla, chciał pokazać swoją koncyliarność
wobec Frontu i zrzekł się tytułu cesarza, obwieszczając, wszem i wobec, że prawdziwymi
cesarzami byli jedynie potomkowie Zigmara. Niewiele to dało. Jako król nadal
pozostał znienawidzony, mimo swoich prób działania dla dobra kraju. Rassarowie
nie potrafili zjednać sobie społeczeństwa, może dlatego, że należeli do ludzi
zawziętych i nieustępliwych, a przy tym lojalnych tak wobec swoich przyjaciół
jak i przekonań. Przez to trudno przychodziły im jakiekolwiek zmiany. Mało
tego, od pięćdziesięciu lat starali się nie używać armii, po to powstała straż
królewska (pierwotnie cesarska), by pokazać ich inne oblicze. Każde pojawienie
się armii oznaczało umacnianie pogłosek o tym, że są tyranami. Dlatego też
Uther zwlekał z działaniem. Wysyłał niewielkie siły przeciw Drugiemu Imperium,
bojąc się otwartej wojny. W szachu trzymał go nie tylko Ferdynand II na
północy, ale i Front. I to tego wroga młody król bał się najbardziej.
Fundamentaliści dawno już przeniknęli do stolicy. Gdy tylko mogli siali tam
zamęt, a odesłanie sił, jedynie by ich zachęciło do dalszych prób walki.

            -
Jednak nie możemy liczyć na to, że te ziemię zajmie Uther. Musimy w miarę
wcześnie opowiedzieć się po stronie zwycięzcy, a nawet dobrze byłoby pomóc w walce.
Gdyby tylko Edmund nie był takim głąbem! – Zirytował się baron. – Potrzebuję wszelkich
informacji o Drugim Imperium.

            -
W wiosce mamy troje uchodźców z Duskandale. Mam ich na oku. – Dodał Gűnther. –
Skurwiele, ale ich przesłuchałem. Niestety stchórzyli na tyle wcześnie, że
niewiele wiedzą. Sugerowali jedynie, że jakiś kutas, który rządzi Drugim
Imperium to Moredhel.

            -
Moredhel? – Powtórzył baron. To by wiele
wyjaśniało. Przynajmniej skąd mają broń i zasoby. Może to jakiś potomek
Rodryka? Skubany, zrealizował mój najlepszy pomysł, który wydawał mi się
nierealny.
– Dowiedz się jak ten kutas się nazywa i jak podchodzi do ludzi.
Skoro to Mroczniak, możemy nie mieć wyboru jeśli chodzi o strony. A dwa, mógłby
się wkurwić, że okradliśmy jakiś ich skarbiec. Tym bardziej zlikwiduj jutro zakład
Edmunda. Dobra, mamy jeszcze coś? – Zapytał.

            Jego
towarzysze jednak nie odpowiedzieli.

            - Cóż, muszę tę
informację przekazać dalej. Jutro wyślę posłańca z odpowiedziami, więc
skończcie pić i zajmijcie się swoimi sprawami.

Komentowanie nie jest możliwe : więcej...

XXXVIII.

przez , 10.cze.2010, w Bez kategorii

            Po
krótkiej wizycie u Randala, należało tam sprowadzić starego Shlaynina. Kapłan
chętnie zajął się niziołkiem, który jakby trochę się uspokoił. Cała trójka zaś
nie miała ochoty patrzeć na odciętą rękę i marudzenia halflinga. I tak przybyli
za późno, by go ocalić. Gorzej, że strażnicy mówili coś o rychłej egzekucji.

            Jednak
została jeszcze kwestia feralnego wynalazcy i podejrzenia, że to za jego
sprawką, coś omamia mieszkańców. Demon lub czarna magia, względnie jakiś
artefakt, który pcha ich do zbrodni. Osobiście
w nic takiego nie wierzę. Znaczy nie w istnienie, ale w to, że jest to właściwe
rozwiązanie tej sprawy. Z mojego doświadczenia życiowego widzę, że tu,
podobnież jak w miastach panuje kolejne stadium upadku. Tu wszyscy mają pewne
bezpieczeństwo, więc korzystają z niego. Kosztem innych. Zupełnie jak ten głupi
konus, przekonany, że wszystko mu wolno, że może sięgnąć po to, co sobie
zamarzy. Nie zważa przy tym na nic. Żadne normy, czy odczucia innych. Chce psa
i na tym się koncentruje. Podobnie jest z tymi zabójstwami. Myślę, że komuś
sprawia to przyjemność i tyle. Moim zdaniem to jest właśnie najsmutniejsze, bo
oni robią to, czego ja się boję. Pójść za tym, czego pragnę, ba pragnąć czegoś
więcej niż przeżyć. Mają marzenia, proste, chore i zwyrodniałe. Ale podążają za
nimi i realizują je. My patrzymy tylko przez pryzmat tego, co znaliśmy.
Nieustannego niepokoju i cieszenia się z tego, że udało się przeżyć. Po części
zazdroszczę tym wszystkim mieszkańcom Miersdorfu. Chciałbym móc myśleć, że coś
mogę zrobić. Móc planować, a nie reagować. Móc realizować swoje zamierzenia.
Niech będą proste, acz nie zwyrodniałe. Gorzej, że im tylko takie na myśl
przychodzą. To niestety znów smutne odbicie naszego świata.


            Larandara
z rozmyślań wyrwała dopiero Ishet.

            -
Boję się tego jego syna. Dziwny jest.

            -
Sprawdzimy ich magicznie. – Zaręczał Mirak.

            -
Dziwne, że ostatnio tego nie zrobiłeś. – Odparł elf.

            -
Teraz potrafię wyczuć magię.

            -
Tak śmierdzi? – Zapytała chłopka.

            -
Nie…

            -
Śmierdzi, śmierdzi. – Dodał Larandar. – Czuć nawet na dworze.

            -
To zależy od czaru. Nie wiem jakich przy was używano czarów. – Irytował się
mag.

            -
Może usztywnienia? – Elf nie mógł się opanować przed kolejnym sarkazmem.

            -
Teraz mam nowe możliwości. W tym wyczucie magii. Chodzi o magiczne wyczucie. W
sumie – zastanowił się chwilę Mirak – jakby powiedzieć to do waszych prostych
umysłów. Faktycznie chodzi o smród.

            -
Fuj… magowie! – Wymsknęło się Ishet.

            Larandar
prawie się zaśmiał.

            -
Smród magiczny. Niewyczuwalny dla nosa. Potrzeba czaru, by sprawdzić, że ktoś
używa magii. Tyle. Proste. Nie rozumiem, po co ta dyskusja.

            -
Bo założyłeś jedną rzecz. Że ktoś używa magii. – Mówił elf. – A co jeśli nie
używa jej teraz? To też wyczujesz.

            -
Odpowiadając na twoje pytanie powiem: tak. Wyczuję, że nie używa. Czuję, że wy
nie używacie.

            -
Bo się myliśmy. – Dodała chłopka.

            -
Nieważne… – Pokręcił głową Mirak. – Wyczuwam, że ktoś używa albo nie używa
magii. Jak się postaram. Natomiast, mniemam, że chodziło ci o sytuację w
której, ktoś kto potrafi używać magii akuratnie jej nie używa. Skoro ta
sytuacja jest tak trudna do opisania językiem, myślisz, że jest łatwa do opisania
magią? – Nie mogę im przecież powiedzieć,
że się nie da. Znów będą śmiać się z magii.


            -
Czyli nie umiesz? – Zapytał elf.

            -
Przyznaj się. – Nalegała kobieta. – My też nie umiemy, to nie taki wielki
wstyd.

            -
Umieć to umiem, ale nie mogę tego wykonać. Ten czar jest w tej księdze. –
Otworzył na pierwszej lepszej stronie. – O tutaj. Widzicie ostatnio go nawet
sprawdzałem. – Jakie szczęście, że nie
umiecie czytać.
– Tylko jest jeden mały problem. Składniki. Nie mam ich pod
ręką, ani w zasięgu.

            -
Co to za składniki? – Zapytał Larandar.

            -
Mąka, jajka, cukier, mleko, masło, drożdże, ciutka soli i oleju troszkę. –
Odpowiedziała Ishet. – Nie wiem, czy wyjdzie z tego ten czar, ale drożdżówka na
pewno.

            -
Nie! Nie! Nie! – Irytował się mag. – Składniki są takie. Sztabka złota, garść
szparagów, dziesięć gwoździ z Kisjeviu, kwiat lotosu, likier waniliowy, cynamon,
porcelana, liść baobabu i siedem łusek smoka. – Spojrzał do księgi. – Piszą, że
zamiast łusek smoka można użyć dziewięciu łusek wyverna.

            Ishet
z Larandarem spojrzeli na siebie zdumieni.

            -
Trochę kosztuje ten czar. – Westchnął w końcu elf.

            -
No i nie zawsze jest sens by go używać. Wielu magów łatwo poznać.

            -
Po zapachu? – Zapytała chłopka.

            Mirak
złapał się tylko za głowę. I ruszyli ku zabudowaniom wynalazcy. Gdy weszli do
środka, Edmund od razu zabrał się do roboty.

            -
Zagadajcie go. – Mruknął pod nosem czarodziej.

            -
Szukam broni palnej. – Rzucił głośno elf. – Chciałbym by to było coś lepszego
niż arkebuz. Są drogie i pochodzą z północy. Wie pan, nie wiadomo, co ci
przeklęci Rassarowie z nimi robią.

            -
I kto to mówi. Elf?! – Zdziwił się wynalazca. – Mów dalej.

            -
Moredhele mieli fajne gnaty. Chciałbym coś w tym stylu.

            -
Nie zajmuję się bronią zbytnio. I nie wynajduję rzeczy na zamówienie. –
Tłumaczył się Edmund. – Moje dzieła są jak poezja.

            -
Do kitu? – Wymsknęło się Mirakowi.

            -
Nie. Powstają w wyniku natchnienia. Pomysłu, a nie zamówienia. Są wierszokleci
i są poeci. Ze mną jest tak samo. Należę do tej drugiej grupy.

            -
Wierszokleci i poeci. Ci pierwsi przynajmniej zarabiają, a wyniki pracy porównywalne.
– Kontynuował mag. Tu nie wyczuwam żadnej
magii. Żadnych talizmanów niczego. On pilnuje magazynu przedmiotów, które
zgromadzili po Moredhelach i próbuje odgadnąć ich funkcję. Na tym się jego rola
kończy. Tylko czy ktokolwiek, poza przyjezdnymi wierzy, że tu jest inaczej? Tu
chyba każdy został postawiony w jakiejś roli, ale nie potrafi się odnaleźć. Są
niedostosowani do życia w społeczności i komuś puściły nerwy. Nizioł miał rację
mówiąc, że to bandyci, którzy wybrali zwykłe życie. W tym jednym nie kłamał. A
ten cały baron chce się wkraść w łaski tego, kto zgarnie te ziemię, odda mu
zorganizowaną wioskę, może miasteczko. Tylko zapomniał, że jego podwładni wcale
tak łatwo nie zrezygnują z dawnych przyzwyczajeń. Tych morderstw będzie więcej,
czy tego chcą czy nie. Możliwe, że one są niepowiązane ze sobą przez konkretną
osobę. Możliwe, że następują gdy pojawi się ktoś w okolicy, by znaleźć winnego.
A możliwe też, że zleca je sam baron, by zasiać lęk wśród swoich podwładnych.
Potem pewnie wiesza gości.
Podszedł do leżącej na półce moredhelskiej maszyny
do pisania. – Co to jest?

            -
Miało grać. – Skłamał wynalazca. – Nie dokończyłem tego.

            -
Grać? – Zdziwił się mag. – Tak jak ten samograj?

            -
Muzykograj. – Poprawił go Edmund. – Widzisz ten czarny wałek. Tam miały się
zapisywać dźwięki w zależności od klawiszy. To miał być muzykograj uczący się,
pozwalający tworzyć i komponować. Kiedyś takie coś będzie w każdym oratorium.

            -
Czyli broni nie znajdę tak? – Zapytał jeszcze raz Larandar. – Robi pan tylko
grające gówna, które nie działają?

            -
Nie tylko. Ale głównie. Muzyka, jest taka poetycka. Wymaga natchnienia. –
Kłamał wynalazca. Kurwa, co za natręci.

            -
A może wynalazłby pan coś do czyszczenia stajni albo sieni. Zawsze się
nabrudzi, żeby nie trzeba było zamiatać.

            -
Dobra, mam pomysł na nowe urządzenie grające, wiec proszę byście sobie poszli.

            Pożegnali
się i wyszli. Gdy zamknęły się drzwi, Edmund przestał pracować. Mirak tylko
rzucił:

            - Nic nie znalazłem. I
jestem pewien, że nie używał magii. To tylko ploty.

Komentowanie nie jest możliwe :, więcej...

XXXVII.

przez , 07.cze.2010, w Bez kategorii

            Gűnther
przypilnował by nikt mu nie przeszkadzał, gdy będzie przesłuchiwał nizioła.
Znaczy nikt postronny, kilku strażników już czekało obok, by pomóc swojemu
szefowi, gdyby zaszła taka potrzeba.

            -
Karle mam dla ciebie propozycję nie do odrzucenia. Przyznaj się i wydaj swoich
przyjaciół, a zginiesz szybko. Może nawet nie na szubienicy.

            -
A kto będzie mnie wieszał? Ty? – Parsknął śmiechem Randal. – Pewnie zawiążesz
sznurek na supeł i nic z tego nie wyjdzie. Będziesz pośmiewiskiem. Zobaczysz.
Wielkim pośmiewiskiem! – Potem znów zaczął się śmiać. – Przewidziałem to!

            -
Chciałem z tobą rozmawiać po dobroci. Ale widzę, że się nie da.

            -
Z tłumokiem się nie da. Trzeba mieć trochę oleju w głowie, a nie kozie bobki.
Chłopie ty nie masz jaj! W ogóle! Sam się przyznaj i powieś, będzie mniejsza
kompromitacja. Przynajmniej żona będzie mogła legalnie zarabiać na puszczaniu
się. Zarobi krocie w porównaniu z twoją skromną pensyjką a i tak będzie
zadowolona.

            -
Skończyłeś? – Pytał szef strażników. Powiedz
jeszcze coś o mnie lub mojej żonie, a będziesz błagał, by się odbyła dziś
egzekucja.


            -
Nie. Ale dobrze, że pytasz. Choć gadanie z tobą nie należy do rzeczy
przyjemnych. – Randal wstał, podszedł do krat i zwrócił się do strażników. –
Wiecie jak żona Gűnther osiągała zadowolenie, po stosunku z mężem? Szła do
obory, smarowała swoje genitalia śluzem z pochwy krowy i wchodziła do zagrody
byka. Dopiero wtedy mogła coś poczuć. Wiecie, on ma tak małego, że dżdżownica przy
nim jest gruba i nie jest tak sflaczała.

            -
Sam się o to prosiłeś. – Mruknął szef strażników odwracając się.

            -
Błagam, nie ściągaj spodni przy wszystkich, nie zabijaj nas śmiechem. Jesteś
głupszy niż to normy przewidują, a twoja żona to zdzira. Ja już ją pieprzę
jedynie w dupę, by się nie zarazić jakimś syfem. Ale fajnie się z byczkiem
jebała, widziałem to. Śmieszne. Krówki. Mhm. Mnie się podobają, ale krówki, nie
byczki. A tobie co? Dżdżownice, bo ci imponują długością? Czy może wolisz
gąsieniczki?

            Gűnther
 podniósł rozpalony nad węglem pogrzebacz
i podniósł go.

            -
Do chrzanu lepiej sobie przywiąż. Może żona się nie skapnie! – Śmiał się
Randal.

            -
Złapać go.

            -
Kurwa, na żartach się nie znasz? – Spanikował Randal. Dopiero wówczas zrozumiał
w jakiej sytuacji się znalazł.

            -
Spokojnie, to nie potrwa długo.

            Gűnther
położył nad ogniem swój miecz. Strażnicy otworzyli drzwi do aresztu, złapali
niziołka, ściągnęli mu koszulę, dowódca podszedł do niego i zaczął go okładać
pogrzebaczem.

            -
Przyznaj się! – Ryczał uderzając.

            -
Nie spałem z twoją żoną! – Krzyczał Randal. – To prawda! Ona spała ze mną! Ona
jest facetem! Ty chuju! Ty pedale! Ty cioto! I nie powiem kto u was jest…
Ała! Wiadomo kto jest większą ciotą! Kto daje dupska! Ała! Zginiesz marnie!
Niebawem pożałujesz! Będziesz następny! Jeśli tylko mnie dotkniesz jeszcze raz!
Będziesz następny!

            -
To właśnie chciałem usłyszeć. Jutro zginiesz. – O ile dożyjesz jutra. – Albo za to, że mi groziłeś, albo, że kogoś
na mnie nasłałeś.

            -
Jutro będę tańczył na twoim grobie franco! Zobacz coś mi zrobił! – Irytował się
niziołek, który na całym ciele miał ślady po gorącym pogrzebaczu.

            Gűnther
nic nie odpowiedział. Podszedł jedynie do miejsca, gdzie leżał jego miecz. Był
ciepły. Jeszcze nie tak gorący jak chciał, ale wystarczająco.

            -
Martwię się o ciebie Randal. – Powiedział smutno. – Bardzo się martwię.
Chciałbym cię czymś nakarmić, ale nie mam nic. Podam ci jednak pomocną dłoń. –
Uśmiechnął się.

            Podszedł
do halflinga i odciął mu prawą rękę. Kopnął ją na podłogę. A do krwawiącego
kikuta przyłożył podgrzany miecz.

            -
Widzisz jak dbam o ciebie? Żebyś się nie wykrwawił. – Śmiał się z niziołka. –
Mogłem ci odciąć język. Ale sam wiesz, nie jestem jakimś skurwielem.

            Strażnicy rzucili
Randala na ziemię. Siedział wyjątkowo cicho. Oni zamknęli drzwi, a Gűnther uznał,
że na razie podejrzanego może zostawić. Interesowało go tylko, czy faktycznie w
nocy do niego przyjdą. Oby. Przynajmniej
koszmar się skończy.

Komentowanie nie jest możliwe :, więcej...

XXXVI.

przez , 06.cze.2010, w Bez kategorii

            Koradiel
tak jak zapowiedział, pojawił się następnego dnia w Miersdorfie. Zasmuciły go
wieści o kolejnej śmierci. Jako Shlayanin i wyznawca Urlyka w jednym, nie
podobało mu się mordowanie niewinnych, zwłaszcza w tak obrzydliwy, brutalny i
zwyrodniały sposób.       - Mam dla ciebie
księgę magiczną. – Uśmiechnął się mówiąc do Miraka. – Poprzedni właściciel
zginął podczas deszczu po Wojnie.

            -
Podczas deszczu? – Zapytała Ishet. – Serio padało?

            -
Chętnie bym z wami porozmawiał, ale wiecie, źle mi się stoi. Wiek robi swoje. –
mówił stary elf. – Gdybyście mogli przyjść do mnie…

            -
To raczej niemożliwe. Ale chętnie porozmawiamy z tobą u nas w zajeździe. –
Zaproponował Larandar.

            Mirak
wziął księgę i zaczął ją oglądać.

            -
Dziękuję. – Wymamrotał pod nosem. To była jego pierwsza magiczna księgą, czuł
ogarniającego go podniecenie i zapominał o prawie całym świecie.

            -
O to miłe. – Odpowiedział stary elf.

            -
Że mag podziękował? – Zadrwiła chłopka.

            -
Nie, że mnie zapraszacie. Znaczy, to że podziękował to też.

            -
Dziwne, żeby czarodziej dziękował. – Ironizował Larandar. – Koniec świata się
zbliża.

            -
Z niektórych rzeczy lepiej sobie nie żartować, młodzieńcze. – Pouczył go
Koradiel. – Jak już przyjdzie, nie będzie możliwości odwołania.

            I
poszli do zajazdu razem. Oczywiście Johan nie był zadowolony z kolejnego
gościa.

            -
I to jeszcze elf! Dobrze, że się jeszcze tu szczury nie zalęgły. – Marudził pod
nosem, ale kuśtykając i tak przyniósł zamówienia.

            -
Pamiętasz Wojnę? – Zapytał Larandar gościa.

            -
Chyba wam o tym mówiłem. Aż tak z pamięcią to jeszcze źle nie jest. –
Ironizował stary kapłan. – Pamiętam. Choć prawdę mówiąc chciałbym o niej
zapomnieć. Ale sami wiecie, nie da się. Minęło już tyle lat. Ponad sto
siedemdziesiąt. I wciąż wszędzie widzimy pozostałości. To jest tragiczne. Wielu
myślało, że wtedy przyjdzie koniec świata. Zwłaszcza gdy byliśmy w Wayland. To
nie armię walczyły ze sobą, a całe cywilizacje. Cały Stary Świat, a raczej to,
co z niego pozostało. Kobiety, dzieci, starcy, garstka mężczyzn, trochę
wojowników, mnóstwo chłopów, szlachty i rzemieślników.

            -
Szlachty. – Podkreśliła to słowo dumnie Ishet.

            -
A z drugiej strony cały koszmar ówczesnego świata. Gobliny, orki, Moredhele.

            -
Elfy. – Dodała zadowolona.

            -
Mroczne Elfy. – Poprawił ją Larandar.

            -
Wtedy nikt na to tak nie patrzył. Wy spoglądacie na tę historię z perspektywy,
a ja tam byłem. Widziałem umierającą nadzieję. Widziałem tych, którzy stali i
oczekiwali na bój, bo front był za daleko od nich. Tych, którzy zginęli nim
zdołali podnieść miecz. I ogień spadający z nieba. Bogowie musieli się na nas
nieźle wkurzyć. – Ciągnął kapłan. – Wtedy wszyscy zwątpiliśmy. Myślałem, że to
będzie koniec. Że ześlą boską armię i wymordują pozostałych przy życiu. Miscle
się kończyła. Kilku kapłanów i wiernych pod wodzą Shivana rozpoczęło modły.

            -
Może to on wywołał ten ogień? – Zapytała kobieta.

            -
Wątpię. Nie wiem, czy przypadkiem nie przebłagał on bogów. Trudno mi to
stwierdzić. Ale gdy walka tam trwała, myślałem, że niewiele czasu nam zostało.
Wojna skończyła się prawię zaraz po tej bitwie. Zginął Rodryk i państwo
Moredheli upadło. Przestało stanowić zagrożenie. Nawet nie musieliśmy zbytnio
prowadzić walki wyzwoleńczej. Ich twierdze padały. Stracili jakiekolwiek zaopatrzenie
i komunikację. Nie potrafili się odnaleźć i zorganizować. I jeszcze zaczęło
padać.

            -
Padać? – Pociągnął temat Larandar. – Podobno padało przez siedem lat?

            -
Gdzieś tyle. Gdy spadły te ognie na Miscle, nie tylko strawiły główne siły
Mroczniaków, ale przede wszystkim sprawiły, że woda w oceanach i morzach zniknęła.
Z Arabii do Altburga można było dojść suchą stopą. Przynajmniej zanim nie
zaczęło padać. Potem te siedem lat okazało się jeszcze gorszych niż wojna.
Nieustanne powodzie, głód, zarazy. I rosnące zdziczenie obyczajów. Wtedy
narodził się współczesny świat, nie w Wojnie, a w deszczu. Gdy skończyło padać,
oceany wróciły do swych dawnych form, ale Miscle zostało całkowicie zniszczone.
Brakowało pól uprawnych, dróg, miast. Wszędzie tylko pozostały rzeczy po
Moredhelach. A każdy kto miał wystarczająco dużo siły starał się nachapać jak
najwięcej mógł.

            -
Byli tacy, którzy próbowali odkrywać technikę Mrocznych Elfów? – Zapytał Mirak.

            -
Owszem, że byli. Moredhele – ciągnął starzec – przewyższali nas technologicznie
o setki lat. Nie potrafiliśmy zrozumieć jak wytwarzają swe karabiny. Zresztą
ich arkebuzy i tak, pomimo wieku są sprawniejsze od naszych. Obecnych. Ale
wyobraźcie sobie gorszą sytuację. Wielkie miasto, a tam nie ma kowala. Bierze
się dzieciaka, który gdy Wojna wybuchła miał z siedem lat, wówczas już
młodzieńca i każe mu się nauczyć obsługiwać warsztat. To był dużo większy
problem po Wojnie. Jak ktoś się na czymś znał, starał się nauczać i przekazywać
wiedzę. A wszystko, co pochodziło od Mroczniaków, było przeklęte. Nawet jeśli
mogło przysłużyć się odradzającemu się społeczeństwu. Wiele ich skarbów
zmarnowano, zakazano, albo zniszczono. Dopiero teraz patrzy się na to inaczej.

            -
Edmund. – Wyszeptał Larandar. – On próbuję odkryć tajniki technologii
Mroczniaków.

            -
A na tyle słabo ją rozumie, że niewiele mu wychodzi. – Dokończył czarodziej.

            -
On próbował różnych rzeczy. Bardzo różnych. – Mówił Koradiel. – W tym paktów z
demonami. Zyskanie sławy wynalazcy to jego pasja od lat.

            -
Czy on mógł stać za tymi zabójstwami? – Zapytał elf.

            -
Tego nie wiem. I szczerze wątpię. Ale powiem tylko tyle, że uwolnił zło.
Gorsze, niż możecie sobie wyobrazić.

            Larandar
zamknął na chwilę oczy. Przypomniał sobie Johana traktującego niemiło gości. I
niziołka zabawiającego się z psem. I młynarza. I kolejne trupy. Przypomniał
sobie też uchodźców z Duskandale. I wiele innych trupów, które widział po
drodze. Co może być gorsze od tego obrazu
bezradności?


            -
Możesz nam powiedzieć, kogo podejrzewasz? – Zapytał Mirak.

            -
Nikogo. Poza fałszywym kultem. Ale mogę wam powróżyć. – Póki jeszcze mogę. Widziałem, że będę jedną z następnych ofiar.

            -
Powróżyć? – Zapytała Ishet. – Czy wrócę do Bestwinki? Czy ją odbudują? Czy
będzie bezpiecznie?

            Starzec
wyjął karty i rozłożył je na stole.

            -
Ogień. Trawiący wieś. Miersdorf nie doczeka wiosny. – Powiedział oschle. Ale karty mówią mi to od kilku tygodni.
Śmierć. I trójka śmiałków.

            -
Zginiemy!? – Spanikowała chłopka.

            -
Tego nie widzę. Widzę tylko kogoś niewielkiego wzrostu, kto odgrywa istotną
rolę w waszym życiu. I w życiu Imperium. Nie wiem, czy dobrą, czy złą, ale
ważną. I widzę, że jest zagrożony.

            -
Nizioł? – Zdziwił się Mirak.

            -
Nie mam zamiaru ratować tego pieprzonego konusa. – Zirytował się Larandar.

            -
Dziwne, ale wszystkie karty dotyczące tej osoby są związane ze zwierzętami.
Koń, kot, pies? Dziwne… Nie mam pojęcia, co on zrobi, ale wpływa też i na
was. Bez niego stracicie swoją szansę. Na lepsze życie. Bardzo dobre.

            -
Słucham? Chcesz, byśmy ratowali nizioła? – Nie mógł uwierzyć mag.

            -
Bzdura! Takiego bełkotu to dawno nie słyszałem. – Wtrącił się Johan.

            -
Jest tam coś o Bestwince? – Dopytywała Ishet.

            -
Ale jeśli w to wierzycie, pośpieszyłbym się na waszym miejscu. Gűnther na
Randala zagiął swój parol. – Śmiał się karczmarz. – I dobrze. Jednego chuja w
wiosce mniej.

            Mirak
spojrzał na Ishet, a potem Larandara. Kobieta również spojrzała na elfa.

            -
Musicie żartować! Żartujecie prawda?

            Potem złapał się za
głowę. I jak tu nie myśleć o końcu
świata.

Komentowanie nie jest możliwe : więcej...

XXXV.

przez , 05.cze.2010, w Bez kategorii

            Spodziewali się,
że noc może okazać się ciężka. Zamknęli się dobrze w swoim pokoju,
zabarykadowali także okna, choć niezbyt im się to podobało. Woleliby spać przy
otwartym. Cokolwiek wydarzyło się w tym pomieszczeniu, śmierdziało tu moczem. Czy to mógł zrobić ten pieprzony konus?
Jeśli tak, to ma tak napieprzone w tym łbie, że lepiej dla niego, byśmy się już
nigdy nie spotkali.
Najgorsze, że wiedzieli, iż muszą na noc wystawić
straż. Nie przed złodziejem, a jakimś zabójcą. Kolejnym psychopatą w tej
miejscowości. A myślałem, że wsie są
dzikie albo odludzia.


            Gdy
Ishet pilnowała, nawet miała wrażenie, że coś łazi po Miersdorfie, na szczęście
nie zbliżało się do zajazdu, więc nie było potrzeby budzenia pozostałych.

            Gűnther
także nie mógł spać. Zastanawiał się bardzo długo, czy niziołek miał rację z
tym młynarzem, czy tak sobie to tylko powiedział. Miał nawet ochotę pójść
sprawdzić, w nocy co się dzieje. Najgorsze
to jeśli faktycznie ten Randal nauczył się kontrolować mordercę? Może za pomocą
jakiejś magii albo przedmiotu? Musi być coś, co sprawia, że mogą się
komunikować.


            Nad
ranem pół wioski przyszło pod dom młynarza. Wszyscy czekali, aż on sam wstanie,
względnie jego żona. Im dłużej nic się nie działo, tym bardziej się irytowali.

            -
On powinien wstać z samego rana. I do roboty. A czemu nie wstał?

            Dopiero
Gűnther rozkazał wejść do środka strażnikom. Żonę właściciela związano i
zakneblowano w łóżku, mężczyzny zaś w ogóle nie było. Przeszukano całe domostwo
i nic. Dopiero potem ktoś poszedł do wiatraka, gdzie młynarz urzędował, mieląc
ziarno na mąkę. Z pozoru nic się nie działo. Strażnicy jednak wdarli się do
środka. Mąką była zakrwawiona, a ciało mężczyzny zmielone. Prawdopodobnie
wcześniej ktoś go zabił.

            Szef
strażników się wściekł. Cholerny Randal
miał rację. Tylko, czy strzelał, czy faktycznie coś wie.


            Gűnther
wyszedł na zewnątrz zdenerwowany. Baron
nie będzie z tego powodu szczęśliwy, już domagał się ukarania winnych.
Spojrzał
na Larandara, Ishet i Miraka. Jakbym
wiedział, kto morduję dałbym mu szansę. A tych sukinkotów powywieszał. W końcu
to obcy i jeszcze jeden z nich to elf.


            -
Widzę, że konus miał rację. – Zaczepił go elf.

            -
I? – Przyszedłeś tu się nade mną pastwić,
czy co? Wiem, że kurwa ma rację. Nie musisz mnie o tym informować.


            -
I pomyślałem sobie, że może moglibyśmy sobie odejść.

            -
Nie. Nikt nie opuści wioski, dopóki nie rozwiążę zagadki. Nadal jesteście
podejrzani.

            -
Przecież to nielogiczne. – Irytował się Mirak.

            -
Nie wiadomo, czy morderstwa są powiązane. – Pewnie,
że są, ale baron liczy na pokazówkę, a ja muszę utrzymać tę cholerną
społeczność w ryzach. Jak zaczniemy się mordować i sądzić, to Miersdorf się
rozpadnie. Załatwię winnego, a potem urządzę pokazowy proces. Są cztery głowy
do powieszenia.


            Zostawił
ich, nie chciał już więcej z nikim rozmawiać. Musiał jeszcze raz tylko
przycisnąć Randala, choć wątpił by ten coś wiedział.

            Cała
trójka miała smutne miny. Chcieli jak najszybciej zostawić tę miejscowość.
Mieli już dość.

            -
Myślę, że to mógł być ten Helmut. – Stwierdziła Ishet.

            -
A co, też masz umiejętności widzenia? – Zapytał mag. – Jak nizioł?

            -
Nie! – Oburzyła się. – Znaczy nie mam. I nie jak on. Tylko nie podobają mi się
tacy mutanci. Oni zawsze są dziwini. U nas w Bestwince… nie było takich. Ale
w sąsiednich wioskach. Jak się zdarzali. To dzieci mordowano, a matki
wypędzano.

            -
Z tego, co widziałem, to wynalazca nie ma żony. – Zauważył elf.

            -
Wynalazca? – Zdenerwował się mag. – Oszust.

            -
Nie mów tak głośno, bo jego syn cię zabije. – Powiedziała kobieta.

            - Nie wiem, ale myślę,
że faktycznie można to sprawdzić. – Zasugerował Laradnar. – Znaczy tego
wynalazcę. Właściwie to nic innego do roboty nie mamy.

Komentowanie nie jest możliwe : więcej...

XXXIV.

przez , 03.cze.2010, w Bez kategorii

            Gűnther
znaleźli, tak jak się tego spodziewali, w baraku. Zastanawiał się właśnie jak
przesłuchać niziołka, który właściwie chętnie odpowiadał na każde pytanie.
Tyle, że mówił to, co mu ślina na język przyniesie i gubił się w zeznaniach.

            -
Twierdzisz, że to baron Kohert kazał zabić Kalsberga?

            -
Tak, zawsze miał na niego chrapkę. Lubił chłopców. I chłopów. W sumie w jego
wieku, już niedowidział, więc liczyła się tylko dupa. – Opowiadał Randal, tak
podekscytowany, że aż czasem ciekła mu ślina z ust.

            Larandar,
Ishet i Mirak weszli do środka.

            -
Chcieliśmy z panem porozmawiać. – Zaczepił szefa straży mag.

            -
O złoczyńcy przyszli mnie odwiedzić. Oni tu sprowadzili pecha. Ściągnęli na nas
fatum, na niebie pojawiają się dziwne znaki… A nie to sufit jest brudny.
Ciekawe kto zabrudził. I czym? – Spojrzał na czarodzieja. – Oj nieładnie,
zboczku mały! Celowałeś?

            -
Widzę, że nizioł nadal szaleje?

            -
A tak, nie zważajcie na niego uwagi. – Odparł Gűnther.

            -
Chcieliśmy dostać się do naszej kwatery. Prawdę mówiąc nie mamy nawet gdzie
spać. Johan mówił, że tylko pan może nam otworzyć. Rozumiem, że sprawdziliście
pokój.

            -
Ha! Chcą prysnąć. Ja bym ich zamknął. I przesłuchał. – Sugerował Randal. – No tak,
ale nie jestem szefem straży. Woleli zrobić nim jakąś dupę wołową, niż kogoś
mądrego i rozsądnego. Ale trudno, jaki pan, taki kram.

            -
Zamknij się! – Zirytował się dowódca. – Albo zajmę się tobą tak, że jeszcze to
popamiętasz!

            -
Rozumiem spuścić majtałasy i pokażesz mi swoją fujarę… Ale będę miał ubaw. I
tak już pół wioski o tobie słyszało, a drugie pół jeszcze nie spało z twoją
żoną.

            W
izbie zapanowała konsternacja. Gdyby nie było świadków Gűnther prawdopodobnie
skopałby niziołka, a może nawet go zabił. Miał go już dość. Tyle, że ten pajac doskonale wie, że
przegina i jak teraz zginie, będzie to wskazywało na mnie. Chuj pierdolony.


            -
Myślę, że na razie przesłuchanie skończone. – Oznajmił. – Pójdę z wami i
jeszcze raz przejrzę sobie ten pokój. Ostatnio był tam straszny syf.

            -
Bo weszły tam służby porządkowe. – Dodał halfling. – Wiecie ludziska i elfidła,
jak taki buc jest szefem straży, to różne rzeczy się zdarzają. W ogóle dziwi
mnie, że koleś nic nie robi w sprawie morderstw. Zamiast chronić młynarza przed
niechybną śmiercią, albo przynajmniej dbać o cnotę swojej żony. Przecież pół
wiochy ją rypało.

            -
Zamknij się!

            -
A co nie prawda? Może zaprzeczysz, że spałem z twoją żoną? – Drwił z Gűnthera
nizioł i sprawiało mu to nieziemską radość. – Mówiła mi, że jeszcze takiego
ogiera w życiu nie miała, a najbardziej to obrzydzają ją flaki. Zwłaszcza
jeden. Ponoć korzeń chrzanu lepszy. Nadal nie wierzysz? A wiesz, że ona ma
pieprzyk tuż nad cipką, po prawej stronie?

            -
Może poczekamy na zewnątrz. – Zasugerował Larandar.

            Cała
trójka powoli wycofała się z baraku. Inni strażnicy woleli także unikać
spojrzenia swojego szefa.

            -
Zmyślasz! – Przeładował kuszę.

            -
Nie lizało się cipki żony, to się nie wie. Sprawdź. Potem pogadamy. A jutro
przyjdziesz mnie błagać o to, bym zdradził ci, kto zginie następny… I lepiej
przyjdź jutro.

            Dowódca
straży zrobił się jedynie czerwony i wyszedł na zewnątrz.

            -
Kurwa. Zabiłbym drania gdybym mógł.

            -
Można go spokojnie zabić, jeśli okaże się, że nie ma racji z tym młynarzem. –
Zasugerował elf. – Nie sądzę, by ktoś za nim specjalnie tęsknił.

            -
Gorzej, że muszę poczekać, co z tym młynarzem. Jeśli postawię tam straże, mogę
spłoszyć mordercę i nie wiem, czy ten pieprzony Randal wie co mówi, czy kłamie.

            -
Gorzej, że jeśli młynarz zginie, a nizioł nie go tylko trafił przypadkiem?

            -
Jest jeszcze jedna możliwość. – Dodał Mirak. – On z więzienia decyduje, kto ma
zginąć, a ktoś inny wykonuje rozkaz. Może ten psychol to szef szajki.

            -
Aresztujcie wszystkich niziołków. – Zasugerowała Ishet. – Pewnie są umaczane.

            Dowódca
pokręcił jedynie głową. Nie wiem, co z
tym zrobić.
Potem odprowadził całą trójkę do zajadu i zaprowadził ich do
pokoju. Otworzył drzwi, wewnątrz wszystko było porozrzucane. Nikt nawet nie
próbował tu rzeczy przeszukać, tylko jak najwięcej nabałaganić i poniszczyć. Pieprzony Randal! Gűnther nie miał
ochoty niczego tu szukać. Zwłaszcza, że na podłodze znajdowały się ślady krwi,
a smród z łóżka mógł jedynie sugerować, co tu wyczyniał niziołek. Pożegnał się
i zostawił ich.

            Załamani, zabrali się
za porządkowanie. Larandar najbardziej się ucieszył, gdy znalazł kawałek mapy.
Cały i bezpieczny. Dobrze, że ci idioci
nic z tym nie zrobili.

Komentowanie nie jest możliwe : więcej...

XXXIII.

przez , 01.cze.2010, w Bez kategorii

            Shivan
i Erlan nie byli jedynymi elfami, którzy wpłynęli na młodzieńcze życie
Larandara. Istniał jeszcze jeden, o którym jednak nie należało wspominać.
Historia się go wyparła, dużo bardziej niż Rodryka. Ebedriel zapisałby się w
historii, gdyby tylko jego imię nie było zakazane. Jeszcze pięćdziesiąt lat
temu obowiązywał edykt cesarski, który nakazywał śmierć tym, którzy o nim mówią
lub się na niego powołują. A najgorsze
jest to, że on nic złego właściwie nie zrobił.
Upomniał się o prawa elfów,
o to, że nie są winne Wojny. Miał rację, ale wszystko wymknęło mu się spod
kontroli. Wielu jego rodaków stanęło za nim, zaczęło się organizować wokół
niego. I tak powstała elfia enklawa w Imperium. Gorzej, że cesarz kazał ją
spacyfikować. Elfowie uciekli, rozpierzchli się, ale też zaczęli walczyć.
Zorganizowali powstanie, które ostatecznie upadło. Niestety. Jednak nie przegrana najbardziej bolała Larandara, a to,
że ten ruch zatracił to, o co walczył. Może nie wprowadzono na nowo niewolnictwa
dla tej rasy, czy nie propagowano łowów, ale to i tak istniało już bez
Ebedriela. Za to na nowo odżyła nieufność i nienawiść, zwłaszcza do tych z
elfów, którzy przypadkiem znajdowali się na wyższym stanowisku. Nie słuchano
ich, często nawet specjalnie degradowano, a inni nie mieli szans na awans.

            Ebedriela
skazano na śmierć, przypisując mu czyny których nie popełnił. Wycięto go także
z historii i niewiele o nim mówiono. Większość elfów już o nim zapomniała, albo
nie chciała pamiętać. W końcu wszystko o co walczył, przegrał. Ale dla
Larandara ta historia miała jeszcze jedno dno. I chyba więcej niż jedno. Po pierwsze jego wuj brał udział w
powstaniu. Oczywiście zginął. Po drugie, te wszystkie elfy, które walczyły,
miały nadzieję mówić o lepszym jutrze i poświęcić się dla niego. Przestały
uciekać. Stawiały czoła rzeczywistości. Miały odwagę. Jak mało kto. A po trzecie pozostał jeszcze ten nieszczęsny Janus. On idealnie wpasowuje się w tę historię.
Zwłaszcza to, że ukrywa swe elfie korzenie. W dodatku moredhelskie. Czy tylko
tą drogą można podnieść czoło i nie wstydzić się tego kim się jest, niezależnie
od rasy?


            Musieli
odnaleźć Gűnthera i przekonać go, by pozwolił im wrócić do pokoju, gdzie
znajdowały się ich rzeczy. Cała trójka miała już serdecznie dość Miersdorfu.
Najchętniej nawialiby stąd. Znów
uciekać… Chciałbym stanąć i stawić czoła przeciwnością, ale gdy patrzę na to
wszystko, ręce mi opadają. Czuję jedynie odrazę wobec tej wioski i tych
degeneratów. Mam wrażenie, że oni sobie na to zasłużyli. I jeszcze wkurzają
mnie tym, że muszę udowadniać, że czegoś nie zrobiłem.


            Dopiero
wtedy zauważyli przechadzającego się przez osadę starego elfa, podpierającego
się laską. Larandar zauważył, że inni nie reagują na starca jakoś nerwowo czy
pogardliwie. Znali go. Podświadomie
zapragnął z nim porozmawiać. Dawno nie widział nikogo ze swojej rasy. Z wyjątkiem tego Jargusa.

            -
Nowi? – Zapytał ich. – Czy przejezdni?

            -
Przymusowo zatrzymani. – Odparł Mirak.

            -
Niech Shlaya ma was w swojej opiece. Dawno przybyliście? Z północy? Czy z
południa? – Dopytywał Koradiel.

            -
 Dwa dni temu. – Odpowiedział Larandar. –
Z południa.

            -
Uciekacie przed Drugim Imperium?

            -
Czym? – Zdziwił się elf.

            -
Chyba chodzi mu o czarnych. – Dodała Ishet.

            -
Możliwe. Dopiero dziś dostałem informację. – Mówił starzec. – Dzieje się i to
dużo. Na południu jacyś najemnicy i renegaci połączyli swe siły i ogłosili
powstanie Drugiego Imperium. Myślałem, że może coś wiecie. Niebawem mają
koronować namiestnika, tylko tyle słyszałem.

            -
Mówiłeś coś o północy. – Dopytywał mag. – Czy król wysyła armię przeciw tym
powstańcom?

            -
Tego się spodziewam. Słyszałem tylko, że książę Ferdynand II zmobilizował swoje
siły i jest gotowy w każdej chwili wyruszyć…

            -
Ale on nie jest przypadkiem szefem tych Separatystów? – Zdziwił się Larandar.

            -
Dlatego młodzieńcze czasem warto dać komuś skończyć. – Pouczył go Koradiel. – Ferdynand
szykuje się na Altburg. Czeka nas wojna, może nie na dniach, ale wisi już w
powietrzu.

            -
Jak na Shlayanina nie wydajesz się tym poruszony. – Zauważył czarodziej.

            -
Widzę, żeś spostrzegawczy młodzieńcze. Jesteś kapłanem albo jakimś alchemikiem?

            -
Magiem. – Odparł.

            -
Początkującym. – Wymsknęło się Larandarowi.

            -
To i tak był komplement. – Dodała Ishet.

            -
Widzę, że nie doceniają jeszcze twojej wiedzy. Pewnie brakuje ci ksiąg. Mam
jakąś starą, mnie już nie będzie potrzebna. – Kontynuował starzec. – Przyniosę ci
ją, jak tylko przyjdę tu jeszcze raz. Pewnie jutro albo pojutrze.

            -
Dziękuję. Ale nie skończyłeś z tymi Shlayanami. – Przypomniał się Mirak.

            -
Ach tak. Wiecie, pamięć nie ta. Ach tak. Nie zawsze byłem Shlayaninem. Kiedyś
wyznawałem innego boga. Nie mówię tu o potędze czy prestiżu, ale innym
podejściu do życia. I do walki. Urlyka. Jednego z dwóch bogów wojny. Wiecie
czym się różnią dowódcy walczący w imię Urlyka od tych, którzy walczą w imię
Myrnamen? – Zapytał.

            -
Nie. – Odpowiedzieli mu chóralnie.

- Wyznawca
Myrnamen stanie do walki w pierwszym szeregu. Odda z siebie wszystko. Jeśli
trzeba przeleje swą krew. Będzie dzielnym i bohaterskim wojem, ale wierzy w to,
że bogini doda mu sił. Natomiast ci, którzy walczą w imię Urlyka, nie zawsze
podnoszą broń. Nie prowadzą żołnierzy do boju w pierwszej linii, ale też nie
wymagają od nich takiego bohaterstwa i poświęcenia. No może z wyjątkiem
krasnoludów, ale to inna sprawa. Wyznawca Urlyka przede wszystkim koncentruje
się na strategii. Nie prosi boga o siłę dla siebie, ale o ocalenie swej
jednostki, o zminimalizowanie strat. Ale co to ma do mnie? Ja byłem wyznawcą Urlyka.
I w trakcie Wojny zrozumiałem. Widziałem jak upada Armenger. Walczyłem tam. Ani
bohaterstwo, ani strategia nie zdały egzaminu. Miasto było nie do uratowania. Podobnie
z Waylandem. Obie te filozofie padły, choć bogowie podarowali nam zwycięstwo.
Wtedy zrozumiałem, że wyznając swoją religię będę musiał walczyć dalej, ale to
nie jest minimalizowanie strat. By je zminimalizować muszę służyć innym, a kto
służy lepiej niż wyznawca bogini miłosierdzia?

            Cała
trójka nie wiedziała, co odpowiedzieć.

            -
Cóż, dziękuję wam za rozmowę. – Pożegnał się. – Dziś mam jeszcze kilka spraw do
załatwienia, ale jak wrócę, mam nadzieję, że znajdziecie chwilę by porozmawiać
jeszcze ze starym Koradielem.

            Uśmiechnął się do nich
i poszedł swoją drogą. W całej tej wiosce sprawiał wrażenie obcego. Nie
dlatego, że był elefem, ale dlatego, że emanowała z jego twarzy dziwna radość i
spokój.

Komentowanie nie jest możliwe : więcej...

stat4u <!-- s4uext=s4upl(); document.write('stat4u') //--> stat4u

Blogroll

Kilka bardzo polecanych stron...