orthank blog

Tag: lefevre

CCCXIV.

przez , 15.maj.2011, w Bez kategorii

Van
Halen wyszedł z izby w której mieli spać. Chciał odpocząć od Larandara i tych
ciągłych słownych utarczek, które z nim toczył. Nawet późnym wieczorem
niektórzy pracowali nad rozbudową osady. Więźniowie i skazańcy, przywiezieni ze
Starego Świata. To dobry pomysł, ale czy
oni są w stanie zbudować normalne społeczeństwo?


-
Szukasz kogoś? – Usłyszał głos.

Odwrócił
się i zobaczył LeFevre’a. Gustav nerwowo zaczął spoglądać wokół siebie.

-
Nikt nas nie widzi, spokojnie. – Zaśmiał się Iluminari. – Ale lepiej przejdźmy
do miejsca, w którym będziemy mogli spokojnie porozmawiać.

Nagle
przed nimi pojawił się portal magiczny. Pułkownik chwilę się wahał, ale w końcu
po geście Rajmondusa wszedł do środka.

Znaleźli
się w miejscu, które przypominało jakiś ciemny loch, lub piwnicę.

-
To miejsce bezpieczne. Nikt nas tu nie podsłucha. – Oznajmił Iluminari. –
Przejdźmy się.

Chodzili
praktycznie w kółko, to nie było dobre miejsce na spacery, w dodatku dość
chłodne. Van Halen nie miał pojęcia, czy są na Nowym Świecie czy może gdzieś w
podziemiach Satynowego Dworu, lecz ściany niczego mu nie przypominały. Sam zaś
bał się zapytać.

-
Jak się czuję brat Zeonos? – Zapytał w końcu pułkownik.

-
Dobrze, zajął się inną robotą. Chcę zaś wiedzieć, co dokładnie o waszych
poczynaniach i o tym, co znalazłeś?

-
Są głupi, nie podejrzewają mnie o nic, no może z wyjątkiem elfa. Ale to nie
jest przenikliwość, tylko jego wrodzona złośliwość. – Kłamał Van Halen. – To
istota, która sprzedałaby własną matkę, gdyby tylko coś się jej ubzdurało.
Teraz ma okres bycia paniskiem, mówi o tym, że służy królowi, ale to typowy
zdrajca. Choć nie polecam go przekupywać, nie warto.

-
No cóż. – Uśmiechnął się LeFevre. I kto
to mówi?
– Nawet nie zamierzałem, elfy są bardzo zdradzieckie. – Naigrywał
się, ale mówił to z pełną powagą. – To, co opowiesz, mi co dokładnie zaszło
między wami a Karmazynowmi?

-
A jeszcze nie wiesz? – Zdziwił się Gustav.

LeFevre
uśmiechnął się.

-
Wybacz, ale jesteście zbyt nudni, bym spędzał całe swoje życie na
podsłuchiwaniu was. Zresztą lepiej byście nie znali dnia ani godziny, wtedy mam
większą szansę, że was podsłucham. Ale akurat ostatnio miałem kilka swoich
spraw.

-
Ta Karmazynowa Republika to jakiś dziwny twór. Rządzi nimi Moredhel, niejaki
Trendil, chyba jest tu kimś w rodzaju przeora. Zarządza wioską i przy okazji
całą resztą. Inni go słuchają, nie ma przy tym gwardii ani nic takiego.
Akceptują jego władzę, ufają mu. On zaś jest spokojny i oddany sprawie. Wydaje
się, że wierzy w to, co robi. Trudno mi zrozumieć ich układy, bazuję tylko na
tym, co zostało przetłumaczone. Trzymają orków i podobno traktują ich jak
równych sobie. Mieszkają razem, bez podziału na dzielnice. Może dlatego, że to
małe osady, ale nie widać niesnasek. Możliwe, że boją się innych sił.

-
Republika to twór bardziej zorganizowany? – Zapytał LeFevre. – Czy tylko jedna
osada?

-
Mają dużo osad. Bardzo dużo, dostaliśmy mapy, także miejsc, które znajdują się
poza ich granicami. Aż do zachodnich brzegów i drugi kontynent.

-
Drugi kontynent? – Dopytywał się Iluminari. To
tam trzeba się udać. Sal-Sagoroth jest bezużyteczne.


-
Mówili, że mapy tamtych okolic są przestarzałe, ale topologia nie powinna się
zmienić. Nie wiedzą jednak, co tam żyje. Mówili coś o Amazonkach.

-
Ciekawe. – Amazonki były wspomniane na
mapie Janusa. To miejsce, do którego prowadzi nas Kalimahr.
– Trzeba
przejrzeć te ziemie, może znajdziemy tu coś ciekawego.

-
Na mapach znajdują się też lokacje dawnych miast.

-
Chętnie je przejrzę. – Oznajmił. Gdybym
chciał grzebać w przeszłości, dawno bym to zrobił. Te miasta są bezużyteczne w
porównaniu z tym, do czego prowadzi ta mapa. Ale lepiej byś sobie nie zdawał z
tego sprawy.
– Niektóre technologie może uda nam się odszyfrować i
wykorzystać.

-
Chciałbym jednak prosić o jakieś wsparcie, coś co pozwoliłby mi uratować się w
razie potrzeby. Miejsca, które odwiedzamy są bardzo niebezpieczne. – Mówił
przerażony Gustav.

-
Mam coś w sam raz dla ciebie. – LeFevre wyciągnął malutki wisiorek z jeźdźcem
na koniu. – Użyj w sytuacji beznadziejnej. – Pouczył go. – Ale pamiętaj,
zadziała tylko raz.

-
Co to jest? – Zapytał Van Halen biorąc to do ręki.

- Magiczny amulet. –
Uśmiechnął się Rajmondus. Kalimahra.

Komentowanie nie jest możliwe :, więcej...

CCLXXXIX.

przez , 03.kwi.2011, w Bez kategorii

Pięciu
mistrzów Iluminarich spotkało się jak w zwykle w swojej mrocznej sali
posiedzeń. LeFevre spojrzał na pozostałych. Dwóch nowych, wciąż byli zbyt
słabi, by podjąć jakąkolwiek własną inicjatywę, a jednocześnie zbyt
wystraszeni, by podążali za rosnącą ambicją. Wiedział jednak, że to stan
przejściowy. Pewnego dnia mogą okazać się zagrożeniem, mogą chcieć wystawić go,
tak jak on wystawił dwóch najsilniejszych konkurentów.

Anzelm,
wierny stronnik LeFevre’a, jak zwykle czekał na rozkazy. To był przebiegły i
chytry gracz, to nie ulegało wątpliwości. Ale to, co najbardziej się podobało
Rajmondusowi to fakt, że antyteokrata doskonale znał swoje słabości i unikał
niepotrzebnego ryzyka. Wychodził z założenia, że lepiej być służalczym wobec
LeFevre’a, niż zająć się podstępną walką z nim. Dzięki temu ich sztama była
nierozerwalna. Obaj mogli stracić zbyt wiele, gdyby jednemu z nich coś się
stało. Tak powinna działać cała rada, ale realia były inne.

Pozostał
jeszcze Iwan, ale on coraz gorzej się czuł. Zbędne kilogramy, nieumiarkowanie w
jedzeniu i piciu, plus wiek robiły swoje. Władca Kisjeviu zmagał się też z masą
innych własnych problemów, więc nigdy nie mógł w pełni angażować się w sprawy
zakonu.

A
to czyniło LeFevre’a nieformalnym liderem i władcą Iluminarich. Jego pozycja
była dużo silniejsza niż jeszcze niedawno Janusa, ale i wyzwania były dużo
ważniejsze.

-
Nasz czas nadchodzi. – Oznajmił. – Dziś nie będziemy mówić dużo o planach i
problemach. Dziś zajmiemy się zgłębianiem wiedzy.

-
Wiedzy? Mamy czytać książki? – Irytował się Iwan. – Wybacz, ale mam dużo innych
zajęć.

-
Nie słuchałeś. Mówię, że nasz czas nadchodzi. Nie czas Iluminarich, ten właśnie
przemija. Za kilka dni, wkroczymy w nową erę i po to jesteście mi potrzebni.
Coś o czym marzyliśmy od naszego powstania, materializuje się to.

-
Nie raz słyszeliśmy te zapowiedzi, może nie z twoich ust, ale… – Wtrącił się
Anzelm.

-
Niebawem okręty dopłyną do miejsca w którym musimy odprawić rytuał. – Oznajmił
LeFevre. – Przyzwiemy go z powrotem i zostaniemy jego kapłanami. Panowanie
Kompanii Chaosu skończyło się wraz z jego porażką, potem został zapomniany.
Jego prawdziwego imienia nigdzie nie zapisano i nikt go nie wymawiał.

-
I my go nie znamy. – Zauważył Iwan.

-
Słuszna uwaga. Jeszcze niedawno nie wiedzieliśmy, że istnieje. Teraz dotrzemy
do niego i uwolnimy go. – Uśmiechnął się Rajmondus. – Oczywiście będzie do tego
potrzebna krwawa ofiara, ale na tylu okrętach mamy dość osób, które można
poświęcić.

-
To znaczy, że żaden z nich nie dopłynie do ziem Moredheli? – Zdziwił się jeden
z dwóch młodszych mistrzów. – Myślałem, że to jest nasz cel.

-
Jeden z celów. – Poprawił go Anzelm. – Jeśli dobrze rozumuję, nie wszyscy
zginą.

-
Nie, nie wszyscy. – Przyznał LeFevre. – Na jednym z okrętów jest czwórka
śmiałków, która ma klucz do miejsca spoczynku Uroborosa.

-
Chyba nie zamierzamy go uwalniać? – Zapytał drugi z młodszych mistrzów. – Nie
po to uwalniamy…

-
My nie. – Przerwał mu Rajmondus. – Ale losy obu bogów są ze sobą nierozerwalnie
związane. Nie można uwolnić jednego bez drugiego. Ostatecznie tylko jeden z
nich zatryumfuje. Poprzednio był to Uroboros, ale teraz wszystko może pójść
zupełnie inaczej. Ze względu na klątwę Uroborosa. – LeFevre przerwał i wyjął
małe, zapieczętowane zawiniątko. – Zastanawialiście się czemu Uroborosa nie
uwięziono w morskich głębinach, prawda? Wiemy, że one były zajęte. Ale dlaczego
uwięziono go tam, gdzie go uwięziono? Tylko i wyłącznie za sprawą pewnych sił,
które są w stanie go okiełznać. Ten, kto posiądzie te siły, będzie mógł walczyć
z bogami, jeśli zajdzie taka potrzeba. Jednak powiedzmy sobie wprost, klątwa
Uroborosa sprawi, że wszyscy bogowie staną po naszej stronie. Uroboros jest dla
nich zbyt niebezpieczny.

Wszyscy
słuchali go z zainteresowaniem i patrzyli na zawiniątko.

-
Tak się składa, że udało mi się zdobyć jedyny prawdziwy zapis klątwy. Wielu
myślało, że znajdował się on w Księdze Makr, ale byli w błędzie. Rzeczywiście
znajdował się razem z nią przez pewien czas, ale Zigmar przeniósł Księgę Makr,
zostawiając to zawiniątko.

Następnie
LeFevre przełamał pieczęć.

- A teraz przeczytam
wam pełną treść klątwy.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , więcej...

CCLXXXVI.

przez , 31.mar.2011, w Bez kategorii

Van
Halen gonił uciekającego, przynajmniej do czasu, gdy tamten nie zamierzał z nim
walczyć. Dawno zgubił elfa i resztę, więc mógł spokojnie zaniechać pościgu. Ale
skoro złodziej się bał, nie mógł być groźny.

Jednakże
kapitan nie wziął pod uwagę jednej rzeczy, a mianowicie, iż bandyta ściąga go
na manowce. Wbiegli do dzielnicy, którą równie dobrze mogliby nazwać slumsami.
Tu Gustav zatrzymał się a z ruder zaczęli wychodzić do niego podejrzani
mężczyźni.

-
Szukam ambasady. – Zagadnął ich.

Ale
nie rozumieli.

-
Przepraszam, pomyłka. – Rzucił w unterdamskim.

Odwrócił
się i zaczął uciekać.

Tyle,
że tak daleko wbiegł w tą okolicę, że nie miał pojęcia jak stąd wydostać.
Zaczął się szybko wycofywać, potem odwrócił się i zaczął biec. Oczywiście kilku
lumpów pogoniło za nim. Pomagaj biednym,
ofiarą… Kurwa a tu ci wychodzi, że z kim przystajesz takim się stajesz!


Biegł
coraz szybciej i szybciej, a gdy tylko mógł skręcił w boczną alejkę. Potem
jeszcze raz i jeszcze raz. Miał nadzieję, że zgubił tych, którzy go ścigali.
Uspokoił się, odsapnął.

-
Kurwa mać, pojedź na wojnę i jeszcze cię zabiją. – Rzucił pod nosem.

Następnie
powoli zaczął się skradać, delikatnie rozglądając się czy za kolejnymi
budynkami nie czyha na niego niebezpieczeństwo.

W
jednej z bocznych uliczek dostrzegł coś, co go bardzo zaintrygowało. Dwóch
ubranych w ciemne stroje mężczyzn rozmawiało sobie i to w języku Imperium.
Wyglądali na kapłanów.

-
Bracie Zeonos. – Rzucił starszy. – Twoja misja jest dla nas kluczowa. Nadchodzi
czas w którym wszystko się zmieni. Siły które zostały uśpione obudzą się.

-
Tak jest mistrzu, wiem dokładnie co robić.

Młodszy,
ale nie młody, bowiem facet miał już czterdzieści sześć lat, ukłonił się nisko,
a potem zniknął gdzieś, jakby rozpłynął się w powietrzu. Jego mistrz odwrócił
się w kierunku Gustava.

-
O kurwa. – Przeklnął pod nosem kapitan. Widział
mnie!


-
Van Halen? – Zapytał mężczyzna.

Zdziwiony
oficer wyszedł zza zaułka.

-
Ale skąd?

-
Skąd cię znam? – Roześmiał się mężczyzna. – Pogadajmy w miejscu bardziej do
tego odpowiednim. Twoi podopieczni, bo przecież nie przyjaciele, z pewnością ci
o mnie mówili. LeFevre, mówi ci to coś?

-
Tak, już sobie przypominam.

-
Nie mam zamiaru wnikać w to, czy to prawda czy kłamstwa. Sam to powinieneś
rozstrzygnąć, w końcu jesteś inteligentny i nie dasz się łatwo oszukiwać. –
Uśmiechnął się Iluminari.

W
tym momencie otworzyło się przed nim magiczne przejście.

-
Zapraszam cię na podwieczorek do Satynowego Dworu, siedziby króla Georgesa. Jak
widzisz ja również mam koneksje.

Gustav
wahał się przez chwilę, ale w końcu przeszedł przez portal. Faktycznie znalazł
się w jakimś pomieszczeniu, które mogło być siedzibą króla Gaskonii i Galocji.
Nigdy wcześniej tu nie był, więc nie mógł mieć pewności. Przed nim stał suto
zastawiony stół, pełen przeróżnych mięsiw i wina. Po lewej stronie izby
znajdowały się olbrzymie okna, a przy ścianach ustawiono rzeźby i powieszono
obrazy ze wszystkich stron świata.

-
Zapewne twoi przyjaciele goszczą cię w podobnych luksusach, usiądź i jedz ile
dusza zapragnie. Nie częstuj się, jedz ile chcesz.

Van
Halen poczuł się lekko zmieszany. Czy on
czyta mi w myślach?
Jednak długo się nie zastanawiał, usiadł przy stole i
zaczął próbować.

-
Wiem, że lubisz słodkości. – Stwierdził Rajmondus, który usiał naprzeciwko. –
Podamy je trochę później.

-
Dobra, panie LeFevre, słyszałem, że jest pan… cóż niezłym chujem. Nie wiem, o
co poszło, ale gdzie jest kruczek?

-
Kruczek? – Zdziwił się Iluminari. – Nie ma żadnego kruczka, obrażasz mnie
twierdząc, że coś nie tak z tym jedzeniem.

-
Taa, jasne… jedzeniem. Wątpię by to była bezinteresowna rozmowa.

-
Nigdy czegoś takiego nie insynuowałem. – Oburzył się LeFevre. – Po pierwsze
chcę się zaprzyjaźnić.

-
Ta… – Odparł Gustav zajadając się. – Bardzo przyja..cielskie. – Mówił z
pełnymi ustami.

-
Po drugie możemy sobie pomóc. To, czego potrzebuję to informacje. Ty jesteś
blisko, więc mógłbyś mi pomóc. Ja wtedy z pewnością mógłbym tobie pomóc.

-
Chcesz, żebym szpiegował?! – Zirytował się Van Halen.

-
Można to tak nazwać, ale chcę tylko byś obserwował to co się dzieje wokół
ciebie i słuchał. Ja tylko czasem zadam ci jakieś pytanie, bądź o coś poproszę.

-
To szpiegowanie. I zdrada! – Oburzył się Gustav. – Bardzo niebezpieczna rzecz.
Co proponujesz?

-
Co chcesz? – Uśmiechnął się LeFevre.

-
Pięćdziesiąt tysięcy złotych koron, w drobnych, żeby nie rzucało się w oczy! –
Zaproponował Gustav.

-
Zgoda. Ale taka kwota będzie się rzucać w oczy.

Van
Halen zdziwił się taką odpowiedzią. Za
mało zażądałem.


-
Ale to jeszcze nie wszystko.

-
Jeszcze drugie pięćdziesiąt tysięcy? – Uśmiechnął się Iluminari.

-
Nie, nie jestem aż tak pazerny. – Wyczuł mnie.
– Chodzi o pewne przedmioty. Po pierwsze chciałbym dostać zbroję ze złota. Albo
nie z platyny, ładnie wygląda a nie jest taka drogocenna, nikt jej mi nie
rozkradnie. I chciałbym jeszcze jedną rzecz. Płynę statkiem, ale niestety
traktują mnie jak sługusa. Chciałbym dostać lepsze żarcie, ale tak żeby nikt o
tym nie wiedział.

-
Nie ma problemu. – Odparł LeFevre. – Dam ci magiczny worek, w którym zawsze
znajdziesz coś dobrego do zjedzenia. Tylko dla ciebie. Resztę też dostaniesz

-
W takim razie umowa stoi. – Nie wiem, co
im przeszkadza w tym LeFevrze?


Gdy
skończyli obiad i kolację, a LeFevre poopowiadał mu trochę o ciemnych sprawkach
Larandara, Mirak, Briga i Ishet, pożegnali się. Gustav dostał kilka worków
pełnych złotych i srebrnych monet. Dopiero wtedy zrozumiał, że nie wie jak się
z tym wszystkim zabierze.

-
Jak się pojawię, w ambasadzie od razu będzie to podejrzane. – Stwierdził.

-
Mogę cię przenieść do dowolnego miejsca. – Zasugerował Iluminari.

-
Może do portu, tam się kręci dużo osób.

Portal
się otworzył. Gustav pożegnał się ze swoim nowym zleceniodawcą i szybko
przeszedł przez magiczne przejście. Pech, a może LeFevre chciał, że w dokach od
razu jeden z worków zahaczył o coś i zaczął się pruć. To wystarczyło, monety
zaczęły się wysypywać na ziemię, a zaraz zbiegł się tłum, który zaczął to
wszystko rozkradać. Zrozpaczony Gustav z ledwością uratował swą platynową
zbroję i magiczny worek. Tych, którzy go okradali było zbyt dużo, by mógł z
nimi walczyć. Chwycił też garść monet w rękę i uciekł. Kurwa, po co było być chciwym… W drobnych monetach? Co mnie
podkusiło!


Uciekł jak najszybciej
z portu i dopiero wtedy podliczył srebrne korony. Miał ich dokładnie dwanaście.

Komentowanie nie jest możliwe : więcej...

CCLXVIII.

przez , 06.mar.2011, w Bez kategorii

Tajne miejsce
spotkań Iluminarich jak zwykle było ciemne. Pięciu Wielkich Mistrzów zasiadło
przy małym, okrągłym stoliku i rozmawiało.

W
ciągu pół roku doszło dwóch nowych członków, ale to pozostała trójka ich
wybrała. I postawili na takich, którzy nie będą im zagrażać. Dwaj nowi
mistrzowie byli wręcz wystraszeni, gdy mieli do czynienia z LeFevre’m, Anzlemem
czy Iwanem. Dlatego na posiedzeniach siedzieli cicho, rzadko się odzywając nie
pytani. A nikt ze zgromadzonych nie miał potrzeby ich pytać o cokolwiek.

-
Przygotowania do inwazji na Królestwo Moredheli idą pełną parą. – Referował
Iwan. – Widziałem niedawno wszystkie raporty różnych krajów. Wyślemy tam
niebotycznej wielkości flotę. To będzie największa operacja wojskowa od czasów
Pierwszej Wojny, a może nawet od czasów Kompanii Chaosu.

-
Możliwe, ale jest dużo ważniejsza niż Pierwsza Wojna. – Odparł LeFevre. –
Zwłaszcza, że musimy przepłynąć przez ocean.

-
I głębiny. – Uśmiechnął się Anzelm. – To, co się tam znajduje, zmieni rozkład
wszelkich sił na Miscle i w Panteonie. Nadchodzi czas, by uwolnić dawno
zapomnianego boga.

Mówiono,
że Pierwsza Wojna była po części także walką bogów. Ale druga miała ich
dotyczyć jeszcze bardziej, właśnie dzięki działalności Iluminarich. Żadnemu z
nich nigdy wcześniej nie przyszło do głowy, by mogli zjednoczyć wszystkie
państwa Starego Świata, w tym także Kongregację, dzięki jej cichemu wsparciu,
by wykonali największą misję, jaką zamierzyło sobie bractwo. Kongres okazał się
być nie tylko sukcesem, ale i najlepszym pomysłem, jaki mógłby przyjść im do
głowy. Gdy nastąpi nowa wojna bogów, to Iluminari zyskają potężnego sojusznika
i staną się największymi beneficjentami, tego, co się wydarzy.

-
Miscle czeka mnóstwo ofiar. – Uśmiechnął się Iwan. – W ciągu ostatnich
miesięcy, walki nabrały tempa. Zmienili się tylko wrogowie, ale reszta nie ma
znaczenia. Kisjev pomógł rozgromić Drugie Imperium, ale sami wiecie, na
ziemiach Imperium stosowaliśmy taktykę spalonej ziemi. Ginęli też cywile. Czas
renegatów ostatecznie się skończył.

-
Zostaje jeszcze sprawa Bożych Marchii. – Oznajmił Anzelm.

-
Obecnie są one naszym głównym wrogiem. – Zauważył LeFevre. – Powstrzymują nas
przed realizacją głównego celu.

-
Dlatego Marchie muszą upaść. – Powiedział kapłan. – Chcę byśmy to
przegłosowali.

Anzelm
jako pierwszy podniósł rękę. Zaraz po nim uczynił to Iwan, a następnie LeFevre.
Dwóch pozostałych Wielkich Mistrzów właściwie mogło już nie podnosić rąk, ale
oczywiście to zrobili.

-
Jeszcze dziś ściągnę większość naszych sił do Festung Zigmar. – Rzucił
przywódca Bożych Marchii. – To będzie najcięższa bitwa tej wojny.

-
Nie wiesz jakie będą kolejne, gdy już uwolnimy naszego pana. – Poprawił go
Iwan.

-
Nie wiem. Ale tę będą długo wspominać. Obie strony się wykrwawią. Obiecuję wam
to.

-
Czy dobrze rozumiem? – Zapytał jeden z dwóch nowych Wielkich Mistrzów. – Chcemy
poświęcić Boże Marchie? Po tych wszystkich przygotowaniach, po tej wieloletniej
walce?

-
Nie chcemy, ale musimy. – Odparł Anzelm. – Myślisz, że mi to przychodzi łatwo.
Ja to wszystko stworzyłem. I ja to wszystko zniszczę. Chcę tylko, by cena,
którą zapłacą za zniszczenie, była olbrzymia.

-
Musimy to zrobić. Boże Marchie odegrały swą rolę. Podobnie jak Drugie Imperium.
– Dodał Rajmondus. – Wyszło lepiej niż się spodziewaliśmy. Skoro jednak
jesteśmy bliżej naszego celu niż kiedykolwiek wcześniej, nie potrzebujemy
utrzymywać dawnych przysiółków. To, co nas nie wzmacnia, jest tylko ciężarem,
którego musimy się pozbyć.

-
Cel jest najważniejszy. – Dodał Iwan. – Jak przywrócimy do życia naszego pana.

-
Uwolnimy go. – Poprawił go LeFevre.

-
Jak go uwolnimy – kontynuował król Kisjeviu – wszystko, co istnieje nie będzie
miało już takiego znaczenia. Czas Trzeciej Ery dobiega końca. My rozpoczniemy
Czwartą Erę, a nasz Pan zasiądzie w Panteonie, niszcząc pozostałych bogów.

-
Tak oto klątwa Uroborosa się wypełni. – Uśmiechnął się Anzelm. – Pozostanie już
tylko jeden bóg.

-
I pięciu jego kapłanów. – Dodał LeFevre.

Następnie cała piątka
zaczęła się modlić do swojego, nowego boga, który wciąż jeszcze nie mógł
wysłuchać ich modlitw.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , więcej...

CCLI.

przez , 12.lut.2011, w Bez kategorii

Koronacja
odbyła się w ostatni dzień roku. Uroczystość zorganizowano wyjątkowo skromnie.
Pojawiły się wątpliwości, kto powinien zasiąść na tronie, lecz w praktyce
Ferdynand nie miał kontrkandydatów. Jemu samemu zaś zależało by szybko wrócić
do Kongresu. Sprawy państwowe nie mogły czekać w nieskończoność, nie można było
ich przeciągać.

Jednak
najwięcej kontrowersji budził wybór imienia, a raczej numerku po nim. Ferdynand
określił się mianem pierwszego króla o tym imieniu, co wywołało falę protestów
wśród dawnych zwolenników Frontu. Uznał tym samym dynastię Rassarów, za legalną
władzę. Zakończył też książęcą linię Hossenów, która obecnie stała się kolejnym
tytułem króla. Może kiedyś nawet cesarza.

Pogrzeb
Uthera był publiczny, koronacja Ferdynanda jednak przebiegała w ciszy i
spokoju. Nowy władca nawet nie wydał uczty na swoją cześć i nie zaprosił
koronowanych głów na jakieś oficjalne przyjęcie. Tłumaczył, że uroczystości
będą miały miejsce, gdy zakończy się żałoba. I zima. I wojna. Ale o tych
ostatnich wolał nie mówić głośno.

Podczas
koronacji towarzyszyli mu tylko najbliżsi współpracownicy oraz najważniejsze
osoby w państwie. Nawet nie zaproszono ambasadorów. Zamieniono uroczystość w
urzędniczą ceremonię.

-
Ale i tak się wzruszyłem. – Rzucił pilnujący porządku sierżant Gustav Van
Halen.

-
Nasz Ferdynand królem, nie może być. – Dodał kapitan Ragnev Kleb.

Potem
Gerhard III obwieścił.

-
W obliczu Zigmara jesteś prawowitym dziedzicem jego tronu i tylko przed nim
odpowiadasz. Niech żyje król!

-
Niech żyje król! – Odpowiedzieli wszyscy na sali.

Chwilę
później dzwony w całym mieście zaczęły bić, a zaraz potem w całym królestwie, a
przynajmniej tam gdzie było to możliwe.

W
Altburgu na specjalne polecenie nowego króla wydano specjalne racje żywnościowe
dla biednych i głodnych mieszkańców. Przynajmniej w ten jeden dzień nie mogli
narzekać. Ferdynandowi zależało na tym, by nikt z nich nie odszedł z pustym
brzuchem.

Gdy
już oficjalnie Ferdynand I zasiadł na tronie, natychmiast skończył z uroczystym
tonem.

-
Panie i panowie, przypominam, wciąż nosimy żałobę po naszym królu i moim
poprzedniku. Ale ważniejsze jest to, że wciąż mamy pełne ręce roboty. Kongres
nie może dłużej czekać.

W
ostatnich dniach Ferdynand nie miał sił się nim zajmować. Przez kilka dni
trwały poszukiwania ambasadora Duraka, okazało się jednak, że DeMenace nie
zabił go, tylko sprawił, iż lemurianin stał się niewidzialny. Odkrył go
przypadkiem Erlan, gdy się zdenerwował, gdy zauważył, jak wino znika mu samo z
dzbanka. Zresztą trzeba było też oficjalnie podać przyczynę śmierci DeMenace’a.
Dobrze, że zmiennokształtny zdecydował się współpracować. Nikt nie mógł
przecież wątpić w słowo króla. Zresztą Henryk XI bardzo chętnie opowiadał o
tym, jak był terroryzowany przez swego byłego, zwyrodniałego doradcę, którego
nie mógł się pozbyć przez te wszystkie lata.

Larandara
bawiło tylko to, jak zachowywali się pozostali Iluminarowie. Musieli
przedefiniować swoje role na Kongresie, a to nie było im na rękę.

Gdy
komnata królewska została już prawie pusta, Ferdynand poprosił elfa, Ishet,
Miraka i Briga o krótką audiencję bez światków.

-
Musicie opuścić Altburg, wyślę was z kolejną misją, kto wie czy nie
najważniejszą w jakiej uczestniczyliście.

-
Najważniejszą? – Zdziwiła się chłopka. – Pewnie znowu coś dziwnego spotkamy.

-
Udacie się do Wału Rassara.

-
Znowu? – Wymsknęło się Mirakowi.

-
W towarzystwie kapitana Silberberga i jego kompanii. Pojawiły się tam całkiem
spore siły Drugiego Imperium i prawdopodobnie będzie tam sam Janus. –
Kontynuował król.

-
Kolejny Iluminari… – Wymamrotał Brig.

-
Mam nadzieję, że tego się nie boisz tak bardzo? – Zapytał elf.

-
Nie. Tego nie, nie tak panicznie. Zresztą nie może mi zrobić gorszych rzeczy
niż DeMenace.

-
Chcę byście wyruszyli bezzwłocznie. Obeznali sytuację i zaprowadzili porządek
jeśli trzeba. Sytuacja jest naprawdę poważna. Sam zaś postaram się ruszyć coś z
Kongresem, może teraz będzie łatwiej.

Król
wyciągnął list, przełamał pieczeń. I podał im.

-
To są najnowsze dane. Resztki naszych sił błagają byśmy przyszli im z pomocą.

Zaraz
po audiencji, cała czwórka udała się do swojej twierdzy i zabrała się za
pakowanie. W międzyczasie podstawiono im karetę. Znowu spadł śnieg, więc droga
dojazdowa będzie utrudniona.

Gdy
już zbierali się do wyjazdu, do izby wbiegł Hakirus.

-
Jest sprawa. – Rzucił.

-
My akurat się zbieramy, więc chyba musi poczekać. – Stwierdził elf.

-
Właśnie w tym jest sprawa. Usłyszałem, że się zbieracie, więc z pewnością
potrzebujecie kogoś biegłego w magii.

-
Erlan nie chce jechać. – Powiedział Bregsorn.

-
Tak się składa, że ja chcę. Właściwie to nawet muszę. Naknociło się z
klamkami… Zresztą nieważne. – Mówił Hakirus.

-
Potrzebujesz prysnąć tak? – Zapytał Mirak.

-
Acha. Możemy to tak nazwać. – Przytaknął stary mag.

-
Trudno, ale wątpię czy dobrze wspominasz Wał Rassara. – Zastanawiał się głośno
elf.

-
To tam go porwali? – Zapytała Ishet.

-
Mniejsza o przeszłość, teraz mi to już nie przeszkadza. – Zaręczał czarodziej.
– Im szybciej się zabierzemy tym lepiej.

Nie
mogli się z nim nie zgodzić. Dopiero na dziedzińcu zdziwili się skrzyń ze sobą
taszczył stary mag.

-
Część z nich możemy spalić i wyrzucić jak tylko wyjedziemy z Altburga. –
Poinformował ich czarodziej.

-
Serio? – Rzuciła Ishet. – A nie lepiej wrzucić do rzeki?

-
Nie, bo zamarzła. A tego dziadostwa trzeba się szybko pozbyć.

Elf
jedynie pokręcił głową. Lecz w tym momencie ujrzał kolejnego jeźdźca, który
pojawił się na dziedzińcu. Jego koń był trupio blady, właściwie nawet to
martwy. Szybko rozpoznali, kto na nim jechał. LeFevre.

-
Nie gadaj, że chcesz się do nas dołączyć. – Zagadnął go fechmistrz.

-
Nie. Wracam do siebie i chciałem się pożegnać. Odkąd zaciukaliście DeMenace’a
Kongres zamienił się w nudną debatę polityczną. Zupełnie mnie to nie
interesuje. Wciąż nie mogę uwierzyć, że on nie żyje. – Skomlał fałszywie
Rajomondus. – Ale słyszałem, że jedziecie do Wału Rassara.

-
Tak, z tajną misją, tylko nie wiem gdzie na dworze królewskim są takie
przecieki, że każdy o tym wie. – Stwierdził Mirak.

-
Mnie nie pytajcie, ja nie rozpowiadałem… osobiście przynajmniej. – Tłumaczył się
Hakirus.

-
Spotkacie się z Janusem, to wielki członek mojego bractwa. Jeśli uda się wam z
nim porozmawiać pozdrówcie go ode mnie. – Kontynuował Iluminari. – On jak mało
kto wpłynął na historię Imperium, to dzięki niemu plac Kronberga ma taką nazwę
a nie inną.

-
Słucham? – Zdziwił się Brig.

-
Kłamie, nie słuchaj go, on kłamie. – Powiedziała Ishet.

-
Nie, chciałem tylko wam powiedzieć, kim jest nasz wspólny przyjaciel. A raczej
czym się zajmował w trakcie Wojny. Wtedy nosił inne imię… Korel Drow, jeśli
dobrze pamiętam. Jak znajdziecie chwilę poczytajcie kroniki o tym, co robił w
Altburgu. Z pewnością przypadniecie sobie do gustu.

Po tych słowach LeFevre
odjechał zostawiając ich z pytaniami.

Komentowanie nie jest możliwe :, więcej...

CCXLII.

przez , 29.sty.2011, w Bez kategorii

Dziesiątego dnia
Kongresu Larandar podchodził już do wszystkiego z dużo większym spokojem. Na
razie jednak wszystko szło może nie dobrze, ale przynajmniej spokojnie. Elfa
niezbyt interesowały ustalenia i polityczne gierki. Wiedział, że Ferdynand
przynajmniej stara się nad tym panować. Nie widział powodu, by nie wierzyć w
umiejętności arcyksięcia. Starał się mu pomagać w miarę jak mógł, obserwować
tych, których kazano i czuwać nad całością.

Gdy
tak sobie przechodził korytarzem w sekcji mieszkalnej, zdziwił go śmiech,
którego dawno nie słyszał ale znał ten głos.

-
A dostanę osiołka?

Elf
myślał, że się popluje ze złości. Niemożliwe!
Przecież…
Dopiero potem sobie uświadomił, co się mogło stać. Odwrócił się
i zobaczył LeFevre’a prowadzącego Randala.

-
Szukam komnat króla Edmunda – zagadnął Iluminari – mam dla niego prezent.

-
To? – Zdziwił się fechmistrz wskazując na halflinga.

-
Nienawidzę tego elfa, jest taki wredny i wpierdala się w nieswoje sprawy.
Zamień go w jakieś gówno albo szczynki. – Mówiła kopia Randala.

-
Co zamierzasz z tym czymś zrobić? – Zapytał fechmistrz LeFevre’a.

-
To drobny prezent, który powinien rozweselić naszych gości… Waszych –
poprawił się. – Mówiłem, że zrobiłem wiele kopii tego dzieła.

-
Działa? – Zdziwił się Larandar. – To raczej podróbka…

-
Skąd wiesz, kto stworzył oryginał. – Odparł szyderczo Rajmondus.

-
Co ty sugerujesz? Że Randal był twoim szpiegiem? Że podrzuciłeś go…

-
Nic nie sugeruję. – Rzucił Iluminari.

Elf
żałował, że nie potrafi czytać jego myśli. Nie miał pojęcia, czy LeFevre
zagrywa się z niego, czy mówi prawdę. Jednak chyba bardziej zależało mu na tym,
by propagować tę szaleńczą wizję. Nie
mogę się tym zajmować, stracę wyczucie spraw najważniejszych.


Opuścił
LeFevre’a tak szybko jak tylko mógł. Próbował znaleźć któregoś ze strażników
królewskich czy książęcych, ale znanego sobie, by mógł go potem rozliczyć.
Trzeba było przeprowadzić śledztwo, kto dostał kopię Randala i co się z nią
dzieje. I złapać wszystkie, by nie narobiły problemów. Ten konus to jeden wielki problem, nawet po śmierci!

Gdy
jednak elf przemierzał korytarz, zauważył jedną dziwną rzecz. Dwóch magów,
którzy majstrowali coś przy drzwiach. Niespecjalnie go to zdziwiło, do momentu
w którym zauważył, że wykręcili oni złotą klamkę. W jej miejsce włożyli inną,
która wyglądała bardzo podobnie, ale nie była złota. Fechmistrz zatrzymał się, ukucnął starając się
udawać, że zawiązuje buta, i cały czas patrzył, co robią czarodzieje. Ci
niespecjalnie przejmowali się kimkolwiek. Odchodząc od drzwi, rzucili jedynie
czar dzięki któremu klamka wydawała się złota. Oni zaś podeszli do kolejnego
pokoju i zabrali się za wykręcanie.

Elf
wstał, pokręcił głową. Eh, magowie.

Następnie
udał się do pokoju Hakirusa tak szybko jak mógł. Miał szczęście, że mag akurat
tam przebywał. Fechmistrz wszedł do środka i zaczął się rozglądać.

-
O… – Zdziwił się czarodziej. – Szukasz czegoś?

-
Tak. Kradniecie złote klamki?

-
Acha. – Przyznał mag. – I sztućce.

Larandar
zajrzał do skrzyń, które stały pod ścianą i zdziwił się ile tego nakradli.

-
Jak zamierzacie to wynieść?

-
Skrzynie do Gildii. Ten wyjazd na który się chciałeś załapać. – Uśmiechnął się
czarodziej.

-
Jasne. – Też mi ochrona.

Elf nie mógł uwierzyć w
to co widział. Ale wpierw musiał załatwić sprawę konusów, dopiero potem
rozliczy się z Gildią. Trzeba ich
sposobem wziąć.

Komentowanie nie jest możliwe :, , więcej...

CCXXXIX.

przez , 24.sty.2011, w Bez kategorii

Dwa
pierwsze dni Kongresu minęły bez większych ekscesów, wyjąwszy oblanie winem
króla Maropoko, czego niechcący dokonał ambasador Durak. Akurat postanowił po
raz pierwszy pojawić się na posiedzeniu, gdy przypadkiem wpadł na monarchę z
Estilionu. Po tym incydencie lemurianin nawet nie próbował opuszczać kantyny,
nie licząc oczywiście powrotów do swojej komnaty.

Larandar
starał się nadzorować bezpieczeństwa, Mirak pilnował magów i w szczególności
Hakirusa, Ishet zaś próbowała nieodstępować ambasadora Kakofonu. Jedynie Brig
nie wiedział, co ma ze sobą zrobić. Pałętał się. Nawet Gustav Van Halen biegał
tu z jakimiś zadaniami.

Krasnolud
chciał rano zjeść coś i pomóc elfowi, ale gdy tylko weszli do kantyny okazał
się, że jest tam Peter DeMenace.

-
Znowu mam biegunkę… – Rzucił tylko Brig i wybiegł, nawet nie czekając na
reakcję Larandara.

Po
śniadaniu w kantynie, gdzie od rana urzędowali Erlan, Durak i Ishet, krasnolud
wyszedł na korytarz i zmierzał w kierunku pokoi, gdy przed jednymi z drzwi
zauważył Hakirusa.

-
O dobrze, że jesteś Bregsorn. Czekałem na ciebie.

-
Na mnie? – Zdziwił się krasnolud.

-
Acha. No może szukałem, bo ponoć robisz tu włamy.

Brig
myślał, że zapadnie się pod ziemię, zwłaszcza że inne osoby na korytarzu się na
niego obejrzały.

-
Testuję zabezpieczenia, ale mniejsza o to. – Przerwał by czarodziej nie wkopał
go jeszcze bardziej.

-
Chciałbym byś się włamał do tych drzwi pod którymi stoję. Są zabezpieczone
najnowszym czarem, jaki przywieziono mi z Gildii. – Mówił dumnie Hakirus.

Krasnolud
spojrzał na korytarz. Wciąż kręciły się tu jakieś istoty. Kilka z nich z
zainteresowaniem przyglądało się sprawie, oczywiście niby przypadkiem.

-
Czyj to pokój?

-
Mój. – Stwierdził mag. W końcu nie
dbałbym o zabezpieczanie innych.


-
Dobra. – Brig wręcz podniósł głos. – Testowo włamię się do tego pomieszczenia.
Mam nadzieję, że to będzie dla mnie bezpieczne.

-
Tak, absolutnie bezpieczne. – Zaręczał Hakirus.

Bregsorn
jednak nie był tego taki pewien. Mam
nadzieję, że nic mi nie wyrośnie.
Nacisnął klamkę. I nic. Zajrzał przez
dziurkę od klucza. Włożył tam wytrych. Zamek należał do bardzo prostych.
Wystarczyło tylko podważyć i zadziałało. Ponownie nacisnął klamkę i otworzył
drzwi. Hakirusa w ogóle to nie zdziwiło, zatem haczyk musiał być gdzieś
indziej. Krasnolud wszedł do środka i nic. Pewnie
o wyjście chodzi.
Wziął jakąś księgę i wyszedł.

-
Coś lipa z tymi zabezpieczeniami.

-
Ależ skąd. One są trochę innego rodzaju. – Tłumaczył czarodziej. – Użyliśmy
magicznych pająków, by zrobiły niewidzialną sieć na drzwiach.

-
O ja… – Krasnolud złapał się za głowę. – Niewidzialną? I?

-
I wystarczy drobny czar, by znaleźć intruza.

Czarodziej
zaczął szukać w księdze odpowiedniego zaklęcia, tymczasem Bregsorn przejechał
ręką po twarzy i ciele, jakby szukał tej pajęczyny i wytarł się w ubranie maga.

Wtedy
mniej więcej czar zadziałał. Cała sieć pająka zaczęła się świecić czerwonym
światłem, tyle że wiele jej fragmentów znajdowało się nie na krasnoludzie a na
Hakirusie.

-
Chyba nie zadziałało. – Ironizował Brig.

-
Mogłem potem ci powiedzieć… Na innych zadziała.

-
Tak? Rozejrzyj się wokół.

Pół
korytarza próbowało powstrzymać uśmiechy. Nie było szans na utrzymanie tajemnicy.

Krasnolud
nie miał zamiaru znęcać się dłużej nad nieudanym czarem przyjaciela. Poszedł
swoją drogą, gdy nagle zza zaułka wyłonił mu się DeMenace. Brig pobladł i
obrócił się o sto osiemdziesiąt stopni. Nie miał ochoty spotykać się z tym
Iluminarim nigdy więcej. Przyśpieszył kroku.

-
O Hakirus. – Zwrócił się do maga.

I
nie pytając nic próbował wejść do jego pokoju. Tym razem się poparzył, bo
czarodziej eksperymentował z pajęczyną. Gorzej, że lord Peter się zbliżał. Brig
pobiegł do korytarzem dalej i skręcił w prawo, przy pierwszym możliwym
zakręcie.

Dopiero
potem usłyszał kroki za sobą. Odwrócił się ukradkiem. DeMenace! Kurwa śledzi mnie! Przyśpieszył kroku, prawie biegł. Za kolejnym
zakrętem zobaczył jakieś drzwi, które się powoli zamykają. Dobiegł tam czym
prędzej, schował się w środku i trzymał mocno klamkę.

-
Co tu robisz? – Zapytał LeFevre, który mieszkał w tym pokoju.

-
O jak tu czysto… – Zdziwił się krasnolud. – Śledził cię jakiś koleś.
Podejrzany…

-
Czekam na Petera DeMenace’a, pewnie o niego ci chodzi.

Brigowi
aż dygotało serce.

Klamka
zaczęła się otwierać.

-
To ja nie będę wam przeszkadzał! – Krzyknął krasnolud i czmychnął do szafy.

Rajmondus
lekko się zdumiał, ale nic nie powiedział. Gdy do środka wszedł Irleńczyk,
tylko rzucił.

-
Mamy towarzystwo, ale imperialne metody szpiegowania pozostawiają wiele do
życzenia. Schował się w szafie i myśli, że jak będzie cicho, to go nie
wykryjemy.

Peter
spojrzał złowieszczo na szafę. Krasnolud się spocił ze strachu. Potem przestał
cokolwiek słyszeć. Zdziwiło go to trochę. Może
już sobie poszli.
Otworzył lekko drzwiczki i wyjrzał. Obaj Iluminari
siedzieli przy stoliku i rozmawiali. Wyglądało jakby się kłócili, bo trochę
gestykulowali. Brig jednak zaszył się głęboko w szafie i nie zamierzał się
ruszać. Ogłuszyli mnie, skubańcy.

Dopiero
po jakimś czasie drzwi się otworzyły a za nimi stał LeFevre.

-
Możesz już wyjść.

-
Nic nie słyszałem… – Tłumaczył się krasnolud.

-
A to ci dopiero nowina. Nie jestem z Gildii bym nie wiedział jak działają moje
czary, a teraz wynocha, bo mam do przyszykowania pewien prezent. – Uśmiechnął się
tajemniczo Iluminari.

Bregsorn wyszedł.
DeMenace’a już nie było w izbie. Na korytarzu również, ale najlepsze było to,
że znów normalnie słyszał.

Komentowanie nie jest możliwe :, , więcej...

CCXXXVII.

przez , 21.sty.2011, w Bez kategorii

Główna
sala obrad składała się z dwóch części. Na dole ustawiono olbrzymi stół, przy
którym siedzieli wszyscy monarchowie i debatowali. Był okrągły, tak by nikt nie
musiał się czuć mniej ważnym. To dość standardowa taktyka. Choć i tak problemem
stało się, które delegacje obok siebie siedzą. Ale jakoś to przeszło. Pomijając
fakt, że przedstawiciele Narshy i Kakofonu ani razu nie pojawili się jeszcze w
sali obrad.

Na
piętrze znajdowała się antresola wokół wszystkich ścian. Stworzono doskonały
taras obserwacyjny i wiele osób, towarzyszących delegacjom, faktycznie stało tu
i obserwowało cała salę. Z góry było widać lepiej wszystkie potencjalne
machloje. Kręcili się tu też żołnierze różnych państw, oraz Hakirus, który
starał się spoglądać na całą izbę i ogarnąć wszystko.

Zaczepił
go Mirak.

-
Zabezpieczałeś komnatę LeFevre’a? – Zapytał.

-
Tak jak wszystkie inne. Dokładnie tym samym czarem.

-
Acha… – Odparł młodszy czarodziej.

-
Czemu pytasz?

-
Bo nie udało mi się do niej włamać. Pewnie użył jakiegoś dodatkowego czaru.

-
Z pewnością nie sforsowałeś zabezpieczeń Gildii. – Chwalił się Hakirus.

-
Ja nie, ale Brig urzędował po komnatach króla Edmunda.

Starszy
czarodziej się zaczerwienił ze wstydu.

-
Ale jak?

-
Zabezpieczyliście tylko drzwi. Tylko, nawet nie całą framugę. Do LeFevre’a nie
można się dostać ani przez okno, ani nawet wrzucić czegoś przez kominek. Jak
nic używa własnych czarów.

-
Zaraz się tym zajmiemy. – Starszy czarodziej wyglądał na głęboko dotkniętego.

-
Pytam, bo z Iluminarimi to nie przelewki. Bez obrazy, ale nie wiem, czy cała
Gildia sobie z nimi poradzi. – Próbował go udobruchać Mirak. – A krąży ich tu
kilku.

-
Wytropiłem na razie dwóch. – Uśmiechnął się starszy mag.

-
Dwóch? – Zdziwił się młodszy czarodziej. – Tylko dwóch?

-
Acha. Mam czar, który wykrywa wszystkich magów i kapłanów, którzy są w
obiekcie. Poza tymi, którzy się do tego przyznali, a jest ich tu paru, udało mi
się wykryć jedynie dwóch. LeFevre’a i DeMenace’a.

-
Na pewno nie wykryłeś nikogo w bliskim otoczeniu króla Iwana? – Zapytał.

-
Nie.

Hakirus
wskazał palcem władcę Kisjevu.

-
Widzisz tego grubasa. To ten cały ich król. Siedzi tutaj i jest wyraźnie
znudzony, tym co się dzieje. Nie zadał ani jednego pytania i nie odezwał się
ani razu, z jednym drobnym wyjątkiem. W trakcie przerwy zagadnął króla Uthera o
Sorrou. Jakaś polityka, nie podsłuchiwałem dokładnie. Ale poza tym, jest
jedynym władcą, który sprawia wrażenie, że nie ma nic do powiedzenia i ugrania.
Jego doradcy są równie niemrawi.

-
Może ich Iluminari nie dojechał? – Zastanawiał się Mirak.

-
Albo nie chce się ujawnić. Lub co gorsza, planują jakiś szwindel.

-
A to ci nowina. Myślałem, że zobaczymy tu przynajmniej trzech mistrzów. –
Młodszy czarodziej wciąż nie mógł w to uwierzyć. – Ale przynajmniej wiemy, że
Iwan osobiście jest niegroźny. – Pomijając
oczywiście jego brata Wasilija.


Jakby
na zawołanie ambasador Kisjeviu wszedł na salę obrad i przysiadł się do swojej
delegacji. Zamienił słówko ze swoim bratem.

-
Możesz ich podsłuchać? – Zapytał Mirak.

-
W tej chwili nie. Skończyły mi się składniki.

-
A tak z ciekawości, masz jakiś plan awaryjny na Iluminarich?

-
Acha. – Uśmiechnął się Hakirus, a następnie wyciągnął z kieszeni słoik pełen
pcheł. – Magiczne. Wypuszczone rzucają się na przeciwnika, gryzą go i nie
pozwalają mu skoncentrować się czarze. Genialne i proste.

-
A czy działa na Iluminarich? Wybacz, ale w przypadku LeFevre’a jestem bardzo
nieufny. Boję się, że koleś jest przepakowany.

-
Nie podoba mi się twoje nastawienie. Zbytnio przesadzasz jeśli chodzi o niego.
To tylko Iluminari. Owszem to kłamca, intrygant, który…

-
Kontynuuj. – Usłyszał głos Rajmondusa za sobą.

Hakirus
odwrócił się.

-
O, pan LeFevre, w końcu się spotkaliśmy.

-
Zastanawialiśmy się nad tym, czy można cię pokonać za pomocą magicznych wszy. –
Rzucił Mirak.

-
Pcheł. – Poprawił go starszy czarodziej, który natychmiast ugryzł się w język.

-
Znaczy, ja mówiłem, że nie. Że sobie poradzisz. Hakirus zaś był pewien swego
rozwiązania.

-
To tylko teoretyczne rozważania. – Tłumaczył się starszy czarodziej.

-
Jest tylko jeden mały problem, oczywiście teoretyczny. – Odparł LeFevre. –
Magiczna pchła musi wpierw dopaść swą ofiarę, musi dotrzeć do jej ciała, ale
jeśli ktoś używa magicznej ochrony, to jest całkowicie bezużyteczna. Więc
myślę, że, tylko teoretycznie, wygrał pan Mirak. Tak przy okazji, to Raal
prosiła przekazać wam swoje pozdrowienia.

-
Dziękuję bardzo. – Ukłonił się młodszy czarodziej.

-
Widzę, że Gildia wchodzi ci w krew. Włamywanie się do cudzych komnat, będziesz
dobrym mistrzem Altburskiej Gildii. Kiedyś. – Rzucił Iluminari i zostawił ich
samych.

-
Nie wiem o co mu chodziło. – Powiedział Hakirus.

- A ja się zastanawiam,
czy on przypadkiem nie ma twoich składników potrzebnych do podsłuchiwania, bo
chyba z nich skorzystał.

Komentowanie nie jest możliwe :, , więcej...

CCXXXIII.

przez , 17.sty.2011, w Bez kategorii

Człowiek
taki jak Rajmondus LeFevre przeżył niejedną porażkę. I nie załamywał się nimi.
Jego siła tkwiła nie w tym, że celebrował swe zwycięstwa, że wykańczał swych
wrogów, ale że zawsze widział pozytywne aspekty tego, co się wydarzyło.
Pozytywne dla siebie. Każdą porażkę da się przekuć w sukces na co najmniej dwa
sposoby. Pierwszym LeFevre się brzydził. Chodziło o propagandę. Ta jednak
wymaga robienia wokół siebie wrzawy i to jest ostatecznie zgubne i
niebezpieczne. Kłamstwo potrafi działać, ale podstawowa zasada kłamcy polega na
tym, by nigdy, przenigdy nie uwierzyć we własne kłamstwa. Trzeba doskonale
wiedzieć na czym się stoi, jak jest zbudowana rzeczywistość, jak rozstawione są
siły. Propaganda może ostatecznie obrócić się przeciw osobie kłamiącej, gdyż
sygnały jakie ona odbierze mogą być przez nią tworzone. Byli tacy, którzy wpadli
w sidła własnych podstępów. Wielcy oszuści i szalbierze, którzy potrafili
omamić prawie każdego. Ale nie potrafili jednej rzeczy. Kłamać.

Druga
możliwość była bardziej wysublimowana. Trzeba umieć spriorytetyzować swoje
zadania i cele. Mniejsze należy odpuścić, a nawet poświęcić, by móc osiągnąć
większe. Można też wyolbrzymiać swoje porażki, wtedy przeciwnicy mogą się
zgubić. Łyknąć kłamstwo. Ale on sam musi wiedzieć, jak nieistotne były to
zadania. Tak jak i to. Kongres Altuburski się odbędzie, a sam LeFevre się na
niego wybierał.

-
Wybaczcie bracia, zawiodłem. – Kajał się przed czterema pozostałymi wielkimi
mistrzami.

Znajdowali
się w ciemnym pomieszczeniu, przy małym okrągłym stoliku. Siedzieli na przeciw
siebie. Wszyscy. Tu właśnie się spotykali. W ich tajnej kwaterze. I tu
rozmawiali o losach Miscle.

-
W tej sytuacji choroba mojego króla nie ma sensu. – Stwierdził Peter DeMenace. –
Irlenia nie wycofa się w ostatniej chwili z Kongresu.

-
Ależ może. Irlenia jest wyspą, nie musi brać udziału. – Próbował mu przerwać
LeFevre.

-
Wszyscy musimy dbać o swoje strefy wpływów. Kisjev również się wybierze. –
Dodał najgrubszy z mistrzów.

-
Tylko my zostajemy poza, prawda? – Zapytał Anzelm II. – Nie dziwi mnie to.

-
Iluminari i tak osiągnęli bardzo dużo. – Powiedział Janus. – Jestem z tą
organizacją od samego początku.

LeFevre
spojrzał na Moredhela ze skrywaną wrogością. Janus jest tym, co nas trzyma na uwięzi. I tak udało się go trochę
zblokować, jednak on wciąż chciałby rządzić organizacją samodzielnie. Zapomina
jednak, że Iluminari to już nie zakon, a coś co się rozrosło bardziej niż on to
potrafi pojąć.


Rajmondus
nie lubił tych spotkań. Często były dla niego stratą czasu. Mistrzowie musieli
znaleźć wspólne cele i podzielić się strefą wpływów. Tylko po to została
powołana rada. By nie walczyli ze sobą, jak miało miejsce w przeszłości. Faktem
jest, że za wszystko odpowiadał Janus, on to zorganizował i był pierwszym
wielkim mistrzem. Ale z czasem w organizacji zaczęli pojawiać się inni, ambitni
i potężni magowie. Moredhel nie mógł się z nimi równać. W ostatniej chwili
mianował swego konkurenta drugim wielkim mistrzem, pełnoprawnym. I to był
strzał w dziesiątkę. Uchronił siebie, a swego oponenta skazał na śmierć przez
zdrady i spiski. Tylko nie wziął pod uwagę tego, że ustanowił precedens, który
się rozwinie.

Po
dziesięciu latach istniało już siedmiu wielkich mistrzów, jednak byli oni zbyt
słabi by rozwijać organizację. W dodatku zaczęli toczyć walki między sobą.
Wtedy Janus przeprowadził kolejną rewolucję. Zaproponował radę. Co z tego, że
mistrzowie są równi sobie, skoro podporządkowują organizację tworząc własne
państwa i ostatecznie Iluminari na tym tracą? Wszyscy musieli działać razem,
dla wspólnego celu. A celem tym była władza i potęga. Nią jednak nikt nie lubi
się dzielić. Dlatego powstał podział na strefy wpływów. Wyznaczone ponad
granicami państw, dotyczyły bardziej rzędów dusz.

Tak
właśnie działali Iluminari od siedemdziesięciu lat. Wielcy mistrzowie się
zmieniali w tym czasie. Niektórzy jak Anzelm byli zdolni, ale w pewien sposób
przeciętni. Janus chciałby, by inni byli tacy jak on. Może nie tak bardzo
wpatrzeni w LeFevre’a, ale mniej ambitni, potrafiący zadowolić się tym, co
osiągnęli.

Elf
w pewien sposób obawiał się dwóch, którzy mocno rozwinęli organizację i
wszystko, co było z nią związane. Dwóch ludzi, którzy nie przepadali za sobą,
ale wciąż potrafili usiąść przy jednym stole i rozmawiać. Lub knuć. Rajmondus
LeFevre i Peter DeMenace. Obaj równie potężni i równie chorobliwie ambitni. Ich starcie byłoby ciekawe, ale jednocześnie
oznaczałoby kres Iluminrich. Musiałbym stanąć po stronie jednego z nich,
inaczej obróciłby się po zwycięstwie przeciw mnie. A nawet jeśli bym ja tego
nie zrobił i tak miałbym wroga. Na zwycięzcę musiałaby czekać pułapka. Musiałby
zapłacić za swe zwycięstwo życiem. Zupełnie jak przeklęty Uroboros.


-
Co się stało, to się nie odstanie. – Powiedział piąty z mistrzów. – Kisjev zamierza
ugrać jak najwięcej na Kongresie. I myślę, że czas naszych rozbiorów Imperium
ostatecznie nastąpi.

-
Chcesz nas tam wprowadzić? – Zapytał Anzelm. – Czy może mamy zakłócić przebieg.

-
Pozwólmy toczyć się losowi jego ścieżkami. – Zaproponował Peter. – Możliwości stworzą
się przed nami same. Będzie trzeba je umieć wykorzystać.

LeFevre spojrzał na
DeMenace’a. Nie potrafił się z nim nie zgodzić. Dokładnie tak samo rozumowali.
I dlatego tak bardzo go nienawidził.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , więcej...

CCXXXI.

przez , 16.sty.2011, w Bez kategorii

Georges IV po
porannym śniadaniu najczęściej bawił się ze swoimi dziećmi w ogrodzie. Zresztą chciał
wykorzystać dobrą pogodę, póki nie spadną śniegi i jeszcze jest w miarę ciepło.
Dość częstym elementem tych jego ogrodowych poranków, była wizyta u Raal.
Kiedyś spotykał smoczycę co najmniej raz dziennie, ale teraz potrafił jej
unikać nawet tygodniami. Zwłaszcza gdy LeFevre wysnuł mu jakąś straszliwą
wizję.

Tym
razem jednak Raal postanowiła sama zaczepić króla. I położyła się spać bardzo
blisko miejsca, gdzie monarcha zwykł jadać śniadanie.

Władca
Gaskonii i Galocji zauważył ją. Gdy skończył jeść, rozkazał sługom, by go
zostawili. Co mogło mu grozić przy smoczycy. Zresztą nie lubił, by te rozmowy
ktoś podsłuchiwał. No bo i jak to mogło być, że król potrzebuje smoka, by
rozwiązać problem i to nie siłowo? Doradcy ludzcy byli na dworze lepiej
widziani, a przynajmniej lud się temu nie dziwił. Ale słuchać jaszczura, bo
mądrze prawi? I to jeszcze w kraju, w którym powstała pieśń o Adlibie, wielkim
pogromcy czarnego smoka, bestii chciwej, pazernej, złośliwej i mściwej. Która
wyruszyła w pogoń za rycerzem, z jakiegoś błahego powodu. Choć historia o
Adlibie była raczej uważana za mit, bądź bajkę dla dzieci, nikt nie traktował
jej jako opowieści opartej na faktach, jednak była dość powszechnie znana.
Jedna z niewielu, która przetrwała Wojnę. Nikt już nie pamiętał ani autora, ani
pierwowzorów postaci, mówiono o niej opowieść ludowa. Ale sprawiało to, że
poddani niechętnie słuchaliby o tym, że ich władca radzi się u smoka. Więc
Georges IV udawał, że tego nie robi.

Podszedł
do Raal. Smoczyca spała, bądź przynajmniej chciała na taką wyglądać. Poklepał
ją po boku.

-
Ach mój król. – Westchnęła.

-
Najwspanialszy z władców Miscle, sól tej ziemi i światłość tego świata. –
Dodała zaraz druga głowa.

Georges
nigdy nie wiedział, czy ona mówi to z sarkazmem, czy z oddaniem, czy może
zawsze powtarza na wszelki wypadek tę samą formułkę.

-
Czym mogę ci pomóc panie.

-
Niczym. – Odparł władca. – Zobaczyłem cię, postanowiłem cię odwiedzić. Jak się
czujesz?

-
Bywało lepiej. – Odparła.

Nie
lubiła tego pytania. Zwłaszcza gdy przypominała sobie o skrzydle. Jak miała się
czuć, jak smok, który prawdopodobnie bez pomocy ludzi nie dożyłby dorosłości?
Może wtedy nie cierpiałaby. Może nie inne smoki nie zostawiłyby jej samej w
okolicach Parravorne’u, bo mogłaby z nimi odlecieć.

-
Ale dziś mam dla mojego króla niespodziankę.

Podniosła
zdrowe skrzydło, a tam spali Brig, Ishet, Larandar i Mirak.

Georges
trochę się zirytował.

-
Zdrajcy? Ujęłaś szpiegów, którzy chcieli mnie zabić!?

-
Nie.

Król
poczuł przez chwilę przerażenie. Czy
możliwe, że i ona stanęła przeciw mnie?


-
Nie szpiegów mój panie, a posłańców, którzy zrobią wszystko, by przekazać ci
list od ich władcy osobiście. To list, którego nikt poza tobą nie może
przeczytać.

Promienie
Ulos obudziły cała czwórkę. Wstali i szybko zaczęli się kłaniać przed władcą.

-
Ani ja, ani żaden inny doradca. To informacje tylko dla ciebie, mój panie. –
Kontynuowała smoczyca. – I nikt nie ma prawa ich znać. Nikt.

Larandar
nie czekał długo. Podał tylko list królowi, a ten wziął go.

-
I jak go przeczytasz, podejmij samodzielnie decyzję. Nie pytaj o zdanie nikogo.

Chciała
też dodać coś więcej, ale ugryzła się w język.

-
To ty jesteś władcą panie i to ty podejmujesz światłe decyzje. – Dodała druga
głowa.

Czwórka
posłańców ukłoniła się przed władcą, a ten skłonił się nisko i odszedł. Nie
wiedział, co powiedzieć. Schował tylko list głęboko w kieszeń. Nie zamierzał o
nim mówić nikomu.

Gdy
odszedł, Raal już w języku Imperium, zwróciła się do swych gości.

-
Zrobiłam tyle ile mogłam. – Powiedziała. – Reszta w rękach bogów.

-
Gdy dotrzemy do Altburga, udam się do Shlayan i poproszę, by przysłali kogoś do
ciebie. – Rzekł elf. – Nie wiem, czy mnie posłuchają i czy pomogą, ale
przynajmniej tyle możemy dla ciebie zrobić.

-
Wszystko jest w rękach bogów. – Stwierdziła druga głowa.

Następnie
pożegnali się ze smoczycą i wrócili do swoich komnat, by w łóżkach sobie
wypocząć.

Dwa dni później
powiadomiono ich o audiencji na królewskim dworze. Gdy zjawili się, musieli
jeszcze raz przeżyć cały, męczący ceremoniał, a potem Georges IV potwierdził,
że przybędzie na Kongres Altburski. Larandar żałował tylko jednego, że w
momencie gdy władca to ogłaszał, nie było na sali LeFevre’a. Chciałbym zobaczyć jego minę.

Komentowanie nie jest możliwe :, , więcej...

stat4u <!-- s4uext=s4upl(); document.write('stat4u') //--> stat4u

Blogroll

Kilka bardzo polecanych stron...