orthank blog

Tag: ksiega-makr

DXXVI.

przez , 16.paź.2009, w Bez kategorii

            Była
noc. Ale wciąż było jasno. Żar tlił się w dolinie, choć tych, którzy
przeżyli  najbardziej cieszyło to, że
wszystko się powoli uspokajało. Nawet ziemia się mniej trzęsła. Jedynie
pojawiały się wstrząsy wtórne.


            W obozie
Sojuszu wstępnie oszacowano, że zginęło od połowy do dwóch trzecich tych,
którzy brali udział w wojnie. Trudność w oszacowaniu strat polegała głównie na
tym, że nawet pierwotna liczba walczących była tylko i wyłącznie przybliżeniem,
nikt nie wiedział na ile dokładnym.


            I choć
bitwa ustała, nie słychać było odgłosów radości. Nadzieja też się gdzieś
ulotniła. Nikt też nie zdawał sobie sprawy jak bardzo dotkliwe straty ponieśli
Moredhele, acz ci siedzieli cicho. Także opanował ich strach i przerażenie.


- Czy to już koniec Miscle? – Szemrali między sobą.

- Nie. – Odpowiadał im Shivan. – Jeszcze nie koniec. Co
najwyżej jego początek.


- Początek? – Pytał wystraszony Skerrit. – A kiedy będzie
koniec?


            Kapłan
zastanawiał się chwilę. Za rok? A nawet
mniej?
Nie wiedział tylko, czy powiedzieć to wprost. Lecz nagle dziwnie się
poczuł. Jakby cały świat się zatrzymał w miejscu. Czyżbym znowu umarł?


- NIE. – Odparł głos Morroua. – BITWA TOCZYŁA SIĘ
RÓWNOLEGLE W DWÓCH MIEJSCACH. NA MISCLE I W PANTEONIE. UDZIELILIŚCIE NAM
WSPARCIA MODLITWĄ. POSTANOWILIŚMY ODŁOŻYĆ KONIEC MISCLE NA TERMIN, KTÓREGO NIE
POZNA, ANI NIE SPODZIEWA SIĘ ŻADEN ŚMIERTELNIK.


- Czyli więcej niż rok? – Pytał kapłan.

- MOŻE.

- Więcej niż dwa lata?

- WIĘCEJ NIŻ TWOJE ŻYCIE. – Odparł bóg. – UZNALIŚMY TEŻ
OSTATECZNIE, ŻE WASZA WINA ZOSTAŁA ODKUPIONA, A ZADANIE WYKONANE.


- Co było istotą naszego zadania, panie? Księga Makr?

- ZMIANA W RÓWNOWADZE, KTÓRA OBOWIĄZYWAŁA W PANTEONIE. TO
DOPIERO POCZĄTEK DROGI, SKUTKI DOPIERO NASTĄPIĄ. I TO ONE ZMIENIĄ MISCLE, O
WIELE BARDZIEJ NIŻ MOŻESZ TO SOBIE POJĄĆ. TYLE, ŻE TO BĘDZIESZ MÓGŁ JUŻ
OBSERWOWAĆ Z MOJEGO KRÓLESTWA.


- Ile życia mi jeszcze pozostało? – Pytał elf.

- NA TO PYTANIE JUŻ RAZ CI ODPOWIEDZIAŁEM. DLACZEGO NIE
SŁUCHASZ?


            Kapłan
próbował odpowiedzieć, ale bóg zniknął. Czas wrócił do normy. Do swego
koszmaru. Wayland dalej płonęło. I nie trzeba było mieć specjalnych zdolności,
by odczuć wszechobecne przygnębienie i smutek.

Komentowanie nie jest możliwe :, więcej...

DXIV.

przez , 16.wrz.2009, w Bez kategorii

            Szefo
zaprowadził ich nad rzekę, przedziwną, oddaloną od Panteonu, której wody były
ciemne. Na brzegu stała łódź wiosłowa.


- Raz, dwa, raz, dwa – mówił. – Wsiadamy! I płyniemy! Do
łodzi już!


            Trzech
mężczyzn wykonało polecenie, a butelka sama wskoczyła do środka i usadowiła się
na samym początku.


- Wiosła w dłoń! – Rozkazała.

- Coraz mniej mi się to podoba… – Marudził Kisjevczyk.
– Chyba jesteśmy w piekle…


- Nie gadamy, wiosłujemy! – Ryknął na niego Szefo. –
Chyba, że będą potrzebne innego rodzaju argumenty.


            Szef
wyciągnął bat, nie wiadomo skąd, w końcu nie miał kieszeni, z drugiej strony
był awatarem, który doskonale zdawał sobie sprawę ze swych mocy. Trzasną biczem
w powietrzu.


- No już! Ruszać się! Ruszać! Nie płyniemy w smole! Raz,
dwa, raz, dwa. – Popędzał swych „podwładnych”, a oni nawet nie próbowali się
buntować. Każda, najmniejsza wątpliwość spotykała się bowiem z reprymendą. –
Nie myślimy, wiosłujemy! Szybciej, szybciej! To nie jest marsz ślimaków! Raz,
dwa, raz, dwa, energicznie i rytmicznie, raz, dwa, raz, dwa. Przecież sie nie
męczycie, czemu się tak obijacie?


- Nie możemy płynąć dzięki myślom? – Zapytał nieśmiało
Shivan.


- Tępak! Kapelan a mózgu ma mniej niż zwykłą półlitrówka!
– Ironizował szef. – No, nie mówiąc już o niezwykłej! Nie myśl, bo ci to nie
wychodzi, wiosłuj, to twoje przeznaczenie. Filozofować się zachciało!? To jest
wojsko, a nie szkółka dla niewiniątek! Wiosłuj!


            Kapłan
już nawet nie próbował się wychylać. Butelka szybko ich sterroryzowała i
podporządkowała swojej woli.


- Wiosłujemy dalej, raz, dwa, raz, dwa…

            Nawet
nie starali się protestować. Nie miało to sensu. Wiosłowali jak tylko szybko
mogli, rytm ustalał szef i co chwilę starał się go zwiększać. Rzeka powoli zaś
zmieniała kształt, w końcu wpłynęła do jakiejś jaskini, gdzie musieli się
schylać, by nie zahaczyć głową o strop.


- Nie obijać się! Wiosłować! – Pokrzykiwał Szefo, a jego głos
odbijał się echem w jaskini. Znów zamachnął się batem.


            W końcu
dopłynęli do niewidzialnej ściany, miejsca, za którym nie było już nic.
Widnokrąg się urywał, a napierając ręką nie można było przeniknąć niewidzialnej
bariery.


- Nie zwalniamy, wiosłujemy! Szybciej! Szybciej!
Energiczniej!


            Ale łódź
stała w miejscu.


- Co jest? – Zirytował się awatar.

- Nie możemy płynąć dalej… – Wymamrotał przestraszony
Dyzio.


- Nie możemy, czy nie chcemy? – Zapytał Szefo.

- Dopłynęliśmy już do końca… – Dodał Shivan.

- A rzeczywiście. Słabo ten koniec oznaczony. –
Odpowiedziała butelka. – Cóż, możecie iść dalej.


            Popatrzyli
się na siebie. Pierwszy wstał elf, poruszał się chybocząc łodzią.


- Tylko nas nie wywal! – Ryknął na niego szef.

            Kapłan
dotknął ręką bariery i nic. W żaden sposób nie mógł jej pokonać. Ani
charyzmatami, ani myślą, ani siłą.


- Klucze Chaosu. – Wyszeptał Lando. – Zostały trzy,
prawda?


            Shivan
uśmiechnął się. Wszystko poszło zgodnie z
planem, zgodnie z boskimi zamierzeniami, nawet Lando działał tak, jak oni tego
chcieli.
Podał klucze dwóm ludziom, sam zaś swoim dotknął bariery i
przeszedł przez nią. Potem zrobił to Lando. Dyzio został ostatni, wahał się
chwilę.


- No cóż, – spojrzał na Szefa. – Żegnaj.

            Butelka
popatrzyła na niego dziwnie.


- To komu ja teraz będę dowodzić? – Zapytała. – Idę z
tobą.


- Ale ja teraz będę rządził. – Odpowiedział Dyzio.

- Nie, nie, nie! Będziesz moim zastępcą.

            Po tych
słowach wskoczyła mu na ramię, a Kisjevczyk podszedł do bariery, otworzył
przejście magicznym kluczem i udał się z powrotem na Miscle.


            By żyć.

            I
umrzeć.

Komentowanie nie jest możliwe : więcej...

DXIII.

przez , 14.wrz.2009, w Bez kategorii

            Znów
byli w Panteonie. Znów znajdowali się w atrium, ale teraz wyglądało ono
inaczej. Shivan jednak nie mógł się skupić na miejscu, ciągle myślał o tym, co
się stało z Saurem. Z tym, jak łatwo go zabił. Jak bez zawahania się odebrał mu
życie. I tym, jak zawiódł Dyzia, który nie chciał szczycić się morderstwem, a
bohaterstwem, mimo, że czyn właściwie pozostawał ten sam. Tylko z powodu
reszty, która i tak z punktu widzenia bogów nie była istotna, żywi inaczej
zapamiętywali niektóre wydarzenia. Mógł zarzucić Kisjevczykowi próżność i
pychę, ale tu, stojąc przy Ariance, czuł jedynie jak bardzo zawiódł swego
przyjaciela, robiąc mu tę maleńką przykrość.


- Przepraszam. – Powiedział.

            Dyzio
jednak go nie słuchał. Spoglądał na atrium.


- Więc to jest bitwa bogów? – Wyszeptał.

            Jeden ze
słoni leżał połamany nieopodal żółwia, dysk na pozostałych trząsł się. Czasem
ktoś na nim wylądował. Następowały erupcje wulkanów, a świat się trząsł. Wiele
budynków, które nawet wytrzymało inwazję Moredheli nie mogło się oprzeć tym
niszczycielskim siłom. Runęło.


            Bogów
nie było widać. Jedynie czasem, coś runęło gdzieś. Kręgi, w których zasiadali
były połamane, nie było też w ogóle widać budynku Panteonu, atrium rozszerzyło
się, zdawało się nie mieć końca. Jednak najbardziej przerażającym widokiem były
demony i wszystkie inne siły, ułożone w dwóch rzędach na przeciwko siebie. W
jednym wszystkie stwory, potępieńcy, ożywieńcy, byli ciemni, wręcz czarni.
Zdeformowani. I bardzo brzydcy. Czasem coś ściekało z ich ciał. Patrząc na
nich, Shivan i Dyzio odczuwali nie tylko strach, ale i obrzydzenie. Armia
Chaosu. Armia Ciemności. Twarze, które dało się dostrzec, były obrzydliwe,
powykrzywiane i nieludzkie. Nie dlatego, że należały do istot martwych, tylko
do jakiś bestialstw. Niektórzy, byli wręcz cieniami, odbiciami istot żywych.
Wszyscy nosili też  ciemne stroje,
zniszczone i odrażające. Jak łachmany nakładane trędowatym. Niewiele też od
nich się różnili, poza tym, że byli potworniejsi. Mieli też broń, najgorszą
jaką można było sobie wyobrazić.


            Ci z
drugiej strony należeli do przeciwnego obozu. Mieli jasne szaty, piękne twarze
i byli dobrze zbudowani. Mężczyźni, kobiety, demony o pięknych ludzkich
kształtach z wspaniałymi białymi skrzydłami. Awatarowie. I nikt z nich nie był
uzbrojony w jakąkolwiek broń. Stali i samą swoją obecnością kalali wroga i jego
plugawe plany. Ścierali się, choć nie dotykali. I biły od nich pioruny, a każdy
z nich uderzał w innym kierunku, zadając nieodwracalne szkody miejscu, w które
trafił. A gdy spadały na dysk, Miscle zatrzęsła się po raz kolejny. Oceany
wznosiły się w powietrze, olbrzymie fale zalewały ląd niszcząc wszystko, co
napotkały na swej drodze. Nie tylko budowle padały. Także góry zmieniały swe
miejsce. I nikt z żyjących nie potrafił nic pojąć, ani zrozumieć. Ci, którzy
przeżyli, byli wystraszeni, przerażeni. Nie ważne po której stronie się
opowiadali. W tej chwili każdy z żyjących był sobie równy. Każdy ocierał się o
śmierć.


            A dusze
czekały u bram Domu Umarłych w nadziei, że Morrou w końcu otworzy im drzwi i
pozwoli zasnąć. Póki nie przeszły przez bramę, nie mogły zaś opuścić ciał i wszyscy,
którzy ginęli na Miscle, leżeli w agonii, czekając na wybawienie. Niektórzy próbowali
się dobić, ale nie mogli. Ciała mieli martwe, ale dusze nie były od nich odseparowane.
Czuli ból, z którego nie mogli się wyzwolić.


- Dyziek przepraszam za Saura! – Wymamrotał w końcu
Shivan.


- Nie ma sprawy. – Odparł przerażony Kisjevczyk. – Co tu
się wyrabia?


- Wojna bogów… To czego starałem się uniknąć. – Odparł smutno
Lando.


- Koniec Miscle wcale nie musi zatem nastąpić w ciągu
roku. – Dodał kapłan. – Wystarczy jeden porządny piorun, by nasz dom przestał
istnieć.


- TO SZALEŃSTWO, KTÓREMU MUSZĘ ZAPOBIEDZ. WYPEŁNILIŚCIE
SWOJĄ MISJĘ. – Powiedziała Arianka. – SPRAWILIŚCIE, ŻE RÓWNOWAGA BĘDZIE
ZACHOWANA, A SKORO TAK, TO MOIM ZADANIEM JEST BY SIĘ ONA ZIŚCIŁA.
ZABEZPIECZYLIŚCIE TEŻ KSIĘGĘ MAKR, ZATEM WASZA KARA ZOSTANIE WAM DAROWANA. WRACAJACIE
NA MISCLE, BY UMRZEĆ NORMALNIE. JESTEŚCIE TERAZ WOLNI.


            I po
tych słowach zniknęła.


- Nic już nie będzie takie same. – Wymamrotał Shivan. –
Gdy dochodzi do wojny bogów wiele rzeczy zmienia swe właściwości, powstają też
magiczne przedmioty o niespotykanych właściwościach.


- Serio? – Zdziwił się Kisjevczyk. – Same z siebie, czy
trzeba im pomóc?


- Tego nie wiem, nikt z żyjących nie widział czegoś
takiego.


- Cóż, trzeba sprawdzić samemu. Erlanowi też coś od życia
się należy. – Roześmiał się Dyzio i wyciągnął ostatnią butelkę wódki, którą
miał przy sobie i rzucił ją w kierunku walczących bogów.


- Powinniśmy znaleźć wyjście. – Przerwał im Lando.

- Nic się nie stało. – Kisjevczyk nawet nie zwrócił uwagi
na ostatnią wypowiedź. – Myślałem, że dostanę niekończącą się butelkę, albo
coś, co wyleczy maga? A tu nic. Widzisz, chyba te przedmioty powstają same z
siebie.


- Nie gadamy, wychodzimy! – Usłyszeli. – No już, już.

            Przez
chwilę zastanawiali się skąd dochodzi piskliwy głosik.


- No co jest chłopaki? Widzę, że na oko, to dyscypliny to
wam brakuje! Raz, raz!


            Dopiero
wtedy spojrzeli niżej. Stała tam buteleczka, z nóżkami i rączkami, oraz
twarzyczką (z nosem, ustami i oczami). Wielkością nie różniła się od zwykłej
butelki wódki, tylko gadała, łaziła i była bardzo energiczna.


- Dyscypliny brakuje! Widzę, że rozumu też! Baczność i do
szeregu! Kolejno odlicz!


- Kim ty jesteś? – Zapytał zdziwiony Kisjevczyk.

- No to ładnie, Dyziek, coś ty stworzył… Nie wiem, co
będzie z Erlanem, jak to wypije.


- Szefem! Ja tu jestem szefem! – Wydarła się na nich
butelka. – Co za tępaki! Liczyć nie umieją! Do trzech odliczyć! Raz, dwa, trzy!
Tak trudno zapamiętać? Ale mi się oddział trafił.


            Szefo
podszedł do Shivana, który również był trochę zaskoczony, tym, co widział.


- Co to jest! Kapelan? Tylko czemu Morroua! Czemu właśnie
jego? Czy to ma być wojsko, czy zakład pogrzebowy? Czemu nie dali mi kapłana
Myrneman albo Urlyka, ale nie same najgorsze plugastwo, jeszcze wrogów będzie
kazał nam chować! A co tu masz? Ptaszka? Co to ma być? Cyrk, czy wojsko!


- Przepraszam, ale…

- Kto ci dał prawo głosu! – Butelka wydarła się na
kapłana. – Tysiąc pompek! No już! Migiem! Migiem!


- No rób… Szefo karze. – Roześmiał się Dyzio.

- A ty zgrywus! Już cię będę miał pod swoją opieką!
Zobaczymy, czyś taki hardy, bo na razie to ostryś tylko w gębie! Brzuszki
robimy! Raz, dwa, raz, dwa, i zwiększamy tempo!


            Gdy
trwała wojna bogów, Dyzio i Shivan wykonali polecenia Szefa, nie wiedzieli kim
lub czym dokładnie jest, ale jedno zdawało się być jasne. Skoro Księga Makr
została zamknięta, to potrzebowali pomocy by wrócić na Miscle jako
śmiertelnicy. A ich nowy przyjaciel zdawał się tą pomocą być. Może to jakaś personifikacja, któregoś z
bogów?
Zastanawiał się elf.


- Cisza! Nie myślimy! – Skarcił go Szefo.

            Gdy już
skończyli karne ćwiczenia, ustawili się w szereg i odliczyli. Potem butelka
wyznaczyła kierunek.


- Nie gadamy, maszerujemy, raz, dwa, raz, dwa…

Komentowanie nie jest możliwe : więcej...

DXII.

przez , 13.wrz.2009, w Bez kategorii

            Prag. Pomyślał Shivan i chwilę później
już tam był. Sam. No tak, czego się
spodziewałem, teraz trzeba Dyzia sprowadzić.
Pomyślał o miejscu, w którym
znajduje się Kisjevczyk i natychmiast się tam znalazł.


- O jesteś. Na chwilę gdzieś zniknąłeś. – Zdziwił się
człowiek. – Albo mam zwidy.


- Byłem daleko stąd.

- Ale przecież nigdzie nie wychodziłeś?

- W jakim miejscu na Miscle chciałbyś się znaleźć? –
Zapytał Shivan. – Dowolne miejsce.


            Kisjevczyk
trochę się zamyślił. Że też Moredhele
tyle zniszczyli, przez to nie mam pojęcia, gdzie się udać. Może gdzieś, gdzie
mnie nigdy nie było? A może do domu wuja Olega?


            Zamyślił
się chwilę i znalazł się w Kisjevie. W zgliszczach, zarośniętych krzakami,
łopianem i pokrzywami. Moredhele, jeśli tu dotarły, musiały być tu przynajmniej
rok wcześniej. To, że nie było domu, nie dziwiło Dyzia, ale to, że wioska już
nie istniała zasmuciło go. Altburg. Zniknął
stamtąd jeszcze szybciej. Sorrołgrad. Tu
było tak jak wspominał Gorm, domy zostały, trochę zniszczył je wiatr i pogoda,
ale wszędzie leżały rozkładające się trupy. Mieszkańców zabiło zatrute powietrze.
Kisjevczyka zaś ogarniał coraz większy niepokój. Szukał miejsca spokojnego,
gdzieś gdzie mógłby na chwilę zapomnieć o wojnie, czy o tym, że umarł. Żyjąc
widział zniszczenia, ale uciekał i nie widział tego, co zostało po nich. Dom Gottlieba. Tak jak się spodziewał.
Kolejne puste domostwo. Psy dawno gdzieś wywędrowały, o ile przeżyły. Nawet
much nie było już tak wiele, choć czasem jeszze zostały.


- Tu jesteś… – Usłyszał głos elfa. – Znikasz i
pojawiasz się w różnych miejscach zanim zdążę się tam znaleźć. Chyba nie ma
sensu oglądać wszystkich miejsc, które dotknęła wojna. Nawet teraz będzie to
dla nas bolesne.


- Masz rację. – Odrzekł smutno Dyzio. – Dokąd teraz?

- Pomyśl o Prag. Nie jest całkowicie zniszczone. –
Pocieszył go kapłan.


            W
odstępie kilku chwil obaj znaleźli się w tym mieście. Zaiste, nie było zrównane
z ziemią. Moredhele uznały, że może stać się z czasem ich własnym grodem, więc
jedynie przetrzebiono ludność. W jednym z domów zbudowano wielki piec, w którym
palono zwłoki, a potem popiół używano jako wypełniacz w nowych budowlach. Prócz
starych budynków, wielu zniszczonych, nie odbudowywanych, w centrum wznosiły
się nowe wysokościowce należące do Magistratu Wojennego i Korrian. Lokalni
przywódcy pławili się w luksusie, podczas gdy rdzenna ludność stała na poziomie
niższym niż niewolnicy. Uznawano ich za bezduszne zwierzęta, z którymi można
było robić wszystko. Kobiety i mężczyzn selekcjonowano hodując sobie ich
potomstwo, dobierając je tak, by najlepiej przydało się do pracy. Tworzono nowy
rodzaj człowieka, poddanego, biernego i pracowitego. Liczono, że może król
Rodryk w swojej łaskawości pozwoli takim istotom chodzić po Miscle i wykonywać
najcięższe prace. Jednak to nie było wszystko, by zapewnić sobie rozrywkę,
organizowano tu pokazy ludzkich rytuałów godowych, jak to nazywano. Miało to
podkreślić, jak barbarzyńską byli oni rasą i jak dziki był onegdaj Kisjev.
Przypominało to trochę walki niewolników, ale połączone było też z gwałtami.
Mężczyzną dawano miecze, by się tłukli, a zwycięzca musiał wziąć sobie siłą
młodą kobietę. Nie tylko ją gwałcić, ale i torturować. Czasem dostawał kobietę
w ciąży i wpierw musiał zabić dziecko innego samca. Mroczniaki nie miały
zamiaru tego oglądać, to było ohydne i przeznaczone dla niższych ras.
Pokazywano to ludziom, wmawiając im, jak wiele dobra uczynił dla nich Rodryk,
gdyż w końcu skończyły się ich dzikie czasy. Moredhele dopiero oglądały reakcję
publiczności. Tych, którzy skandowali, że to kłamstwa i nieprawda, wieszano
publicznie, za głoszenie herezji. Pozostałych łamano psychicznie, wielu z nich
choć jeszcze pamiętało czasy sprzed wojny, zaczynało wierzyć w historie,
którymi karmiły ich Mroczne Elfy. Upodleni ludzie, według Korrian, mieli być
potulniejsi i czuć wyższość swoich panów. Buntów w Prag nie odnotowano, ale
może dlatego, że nikt nie próbował narażać całego miasta, zwycięstwo zdawało
się być nierealne, a skoro nie wymordowano wszystkich, to nie było tak źle.


- Okropność. – Stwierdził Dyzio. – Skąd wiedziałeś, że
tutaj.


- Przeczytałem w Księdze Makr. – Odparł kapłan. – Zresztą
stare proroctwo mówi: „A gdy pojmali Ariankę, na wieki ją zakneblowali i
powlekli kryształową trumną. Pochowano ją w czeluściach kisjevskich, w miejscu
do którego nie można dojść, ale z woli bogów nie odkryje go żadna żywa istota”.


- To jak mamy to odnaleźć?

- Dyziek, nie zapominaj, że nie jesteśmy obecnie żywymi
istotami. Jesteśmy awatarami. Zobacz!


            Shivan
rozejrzał się po Prag. Zobaczył zrujnowaną świątynie Złotoboga z której zostały
jedynie nawy boczne, pozbawione choćby dachu i odbudował ją. Myślą. W jednej
chwili.


- O kurwa… Też tak mogę?

- Jasne. Ale może nie przesadzajmy z tym, dobra? –
Zaproponował kapłan.


            Kisjevczyk
zastanawiał się, co może zrobić. Muszę
wymyślić coś większego niż Shivan, coś co zadziwi nawet mnie.
Wtedy obaj
poczuli wielkie trzęsienie ziemi. Wiele budynków runęło. W mieście zrobiło się
wielkie poruszenie.


- Dyziek!

- To nie ja! – Tłumaczył się. – Nie myślałem o czymś
takim.


            Trzęsienie
się powtórzyło. Tumany kurzu wzbiły się w powietrze, ziemia trzęsła się jeszcze
przez dobrych kilka minut. Gdy przestała Dyzio spojrzał na budynki Moredheli,
stały jeszcze. Jedna myśl i zaczęły się przewracać. Nagle ludzie, którzy
wbiegli na ulice, przestraszeni trzęsienia, gdy tylko zauważyli, co się dzieje,
wpadli w euforię. Radości nie było końca. Moredhele dostały w końcu, nie ważne,
że nie przez ludzką siłę.


- To moja zasługa. – Pochwalił się dumny Kisjevczyk. –
Teraz mogę wrócić i pokonać Rodryka, sam!


- Mamy misję do wykonania. Mamy przywrócić równowagę, a
to oznacza, że musimy uwolnić Ariankę.


- Uwolnić? – Dziwił się Dyzio.

- Nie przeczytałeś nic z Księgi Makr, prawda?

- Skąd mogłem wiedzieć, że będę umiał ją przeczytać.
Nawet nie próbowałem.


- Oj Dyziek, Dyziek… – Pokiwał głową elf. – Pozwól, że
zrobię ci małe kazanie. Warto choć wiedzieć dlaczego i kogo uwalniasz. Arianka
to bogini sumienia i pokory. Dlatego została zamknięta w trumnie. Jej głos
irytował bogów jeszcze w czasach Kompanii Chaosu, ona mówiła o nieprawościach,
ona mówiła o powinnościach. Nikt jednak nie reagował. Aż do czasu Uroborosa.
Gdy już go załatwiono, pozostała Arianka i jej wyrzuty, których nie dało się
zagłuszyć. Zakneblowano ją, ale nic to nie dało. Zrzucono ją na Miscle,
zamykając w ziemskiej powłoce, ludzkiej powłoce, ale stała się jeszcze większym
strapieniem i dla bogów i dla żyjących istot. Każdy, kto ją spotkał, nie mógł
zapomnieć o wszystkich krzywdach, jakie uczynił. Czekano, aż umrze, ale po stu
latach ona wciąż żyła i nie starzała się. Nie mogła też nic powiedzieć. W końcu
wielcy magowie i kapłani, przemogli się, pojmali ją i pochowali żywcem w
trumnie. Bogowie zaś dopomogli przenosząc grób dużo głębiej, tak, by nikt go
nie odnalazł. Nikt żywy. A ponieważ nikt, kto nie jest żywy nie może go
otworzyć, pozostaliśmy tylko my.


- Znaczy, grobu otworzyć i znaleźć nie może nikt żywy i
nikt, kto nie jest żywy. – Powtórzył Dyzio.


- Albo na odwrót. Ktoś nieżywy i żywy jednocześnie. Czyli
ktoś pomiędzy. Nie do końca żywy i nie do końca nieżywy.


- Czyli my. – Wyszeptał Kisjevczyk. – Dziwne, kto by
pomyślał.


- Bogowie pomyśleli. Po to była potrzebna kara i
możliwość odkupienia. Inaczej albo byśmy wrócili na Miscle, albo zostali w
Panteonie.


- A ta gadka o końcu świata? – Zapytał człowiek.

- Obawiam się, że to niezależna kwestia, na którą niestety
możemy nie mieć wpływu. Tym bardziej jednak potrzebujemy Arianki.


- Bo to bogini sumień. – Załapał Dyzio. – Jeśli ktoś może
poruszyć bogów, to ona. Tylko gdzie ją znaleźć.


- Jesteśmy we właściwym miejscu, musimy tylko myśleć
kreatywnie.


- Nie wyczytałeś z Księgi Makr dokładnej lokacji?

- Nie. Raczej wątpię by została tam zapisana.

- A nie możemy pomyśleć grób Arianki? – Zdziwił się
Kisjevczyk.


- Spróbuj. – Zaśmiał się kapłan.

            Dyzio
zrobił, co mu polecono. Zdumiał się jednak, gdy miast przenieść się w inne
miejsce w myślach znalazł odpowiedź. „Prag”.


- Rzeka! – Wpadł na pomysł Kisjevczyk. – Nie można dojść,
jedyne miejsce, gdzie nie można tu dojść to rzeka. Bo trzeba dopłynąć.


            Obaj
chwilę później znajdowali się nad brzegiem rzeki. Miała rwsity nurt. Dyzio nie
myśląc wiele wskoczył do niej.


- Zimna! – Krzyknął.

            Shivan
stojąc na brzegu, zanurzył rękę i rzekł.


- Nie jest zimna. To tylko twoja myśl. Spróbuj w myślach
ją podgrzać, względnie zapomnieć o cieple. – Pouczył przyjaciela.


            Nagle
rzeka zaczęła się gotować, ryby wypływały na powierzchnię, podobnież jak raki i
żaby. Wszystko oparzone. A działo się tak na całym biegu rzeki. Gdzieś w
oddali, blisko ujścia, rybacy zakładali sieci i poczuli, jak woda się gotuje.
Przerażeni zaczęli uciekać z krzykiem.


- Dyziek! Nie tak! – Zirytował się Shivan. – Jak tak
dalej pójdzie, to koniec świata będzie niepotrzebny… Roku Miscle nie
przetrzyma. Schłodź to!


            Dosłownie
sekundę później rzeka była skuta lodem.


- No to ładnie. – Elf złapał się za głowę. – Dyziek czy
mógłbyś przestać myśleć?


- Nie!

- Nie?

            W
oddali, jedyny rybak, któremu nie udało się wyjść z gotującej wody, teraz
błagał swych towarzyszy, aby rozkuli jego nogi z lodu. Ten zaś jak nagle się
pojawił, nagle też stajał, nie pozostawiając po sobie ani jednej kry.


- Dlaczego nie? – Pytał elf.

- Wiesz, boje się nie myśleć, bo ktoś kiedyś powiedział,
myślę więc jestem. A teraz sam wiesz jak jest. Mógłbym zniknąć!


- No dobra… – Odparł bezradnie Shivan. – Postaraj się
tylko kontrolować swe myśli, dobrze? – Może
nie wymyślisz nic głupiego.
– Nie myśl, czy ci ciepło, czy zimno, ani o
tym, że potrzebujesz powietrza. I w ogóle płyń za mną.


            Tak jak
się spodziewali, w mule znajdowało się przejście do podziemnej jaskini, a dalej
już całego podziemnego systemu korytarzy i pieczar. Miejsca, do którego nie
dotarła wcześniej żadna żywa istota.


- Ciemno tu… – Stwierdził Dyzio.

- Wyobraź sobie, że widzisz doskonale w ciemnościach.

- Ale niesamowite, działa! – Uradował się Kisjevczyk. –
Długo będziemy szli tak tym korytarzem?


- Nie mam pojęcia.

            Pomimo
ciemności mogli dostrzec nie tylko swą trasę ale także i to, co znajdowało się
wewnątrz skał. Gdy Dyzio zauważył jakąś skamielinę, wyciągnął ją sobie.


- Zobacz, jakie śmieszne, taki dziwny, kamienny ślimak.

- Jak to wyciągnąłeś? – Zapytał zdziwiony elf.

- Tak. – Po tych słowach człowiek włożył rękę w ścianę. –
Myślisz, że możemy tak przejść na skróty i ściany się nam nie zatrzasną?


- Jak o tym nie pomyślisz to się nie zatrzasną.

- Dziwne, prawda? – Pytał Kisjevczyk. – Ile można osiągnąć
jedynie myślą. A swoją drogą skąd to wiesz?


- Proste. Nie czułeś zimna, dopóki nie pomyślałeś, że
możesz je czuć. Zatem jak pomyślisz na przykład o głodzie, poczujesz się
głodny. I tak z wszystkimi rzeczami, możesz spróbować?


- Może lepiej nie. Ale tędy są skróty. Pomyślałem o nich
i wiem, że są tędy.


            Dyzio
wszedł w skalną ścianę, a kapłan podążył za nim. Weszli do olbrzymiej pieczary,
którą oświetlały magiczne świece zawieszone w powietrzu. Wewnątrz także znajdowało
się mnóstwo demonów. Cała armia, ta sama, która według legend spustoszyła
Lagon. Tyle, że nie były to legendy, obaj doskonale o tym wiedzieli, zwłaszcza
tutaj. Nie dość, że widzieli te potwory, to potrafili odczytać także ich
przeszłość. Mało tego, w środku był jeszcze ktoś. Cień, który za stworzenie tej
siły, za sprowadzenie jej na Miscle odpowiadał. Saur. Przywódca zakonu, który
klęczał przed kamiennym katafalkiem, na którym znajdowała się kryształowa
trumna, wewnątrz której spoczywała zakneblowana Arianka.


            Saur
lekko odwrócił się w kierunku przybyłych. Nie pojawili się oni magicznie. Nie
weszli też wejściem, wyszli ze ściany, z boku. Demony bez problemu ich załatwią. Podniósł rękę i wskazał palcem
nowoprzybyłych. Nie musiał dodawać nic więcej.


            Armia
odwróciła się i skierowała swe oczy ku awatarom. I poczuła strach. Istoty żywe
rzuciłyby się na nich niewiele myśląc, ale nie demony, one widziały więcej. I
czuły więcej. Gdy Shivan tylko podniósł lekko swą dłoń, armia rozproszyła się,
a demony rozpierzchły opuszczając swego pana. Nie próbowały walczyć.


- No to ładnie… – Wyszeptał kapłan.

- Daj mi zabić tego kolesia? Sławny jest? – Pytał Dyzio.

- Nie wiem, kto to. Dla mnie wygląda na uczniaka.

            Kisjevczyk
wyciągnął swój miecz. Saur się rozprostował i odwrócił. Dyzio zamachnął.


- Dyziek! – Zawołał elf. – Patrz!

            I
pstryknął palcami w kierunku Moredhela. Cień się rozleciał, a jego szczątki
rozsypały w pył. Pozostało po nim jedynie ubranie.


- Kurwa! Ja to miałem zrobić! Zaraz chyba polecę zabić
Rodryka! – Wydzierał się. – Albo ożywmy tego.


- Nie będziemy nikogo ożywiać. Ani zabijać.

            Dyziowi
nie spodobało się to, ale co mógł zrobić. Przez chwilę pomyślał, że może Saur
się zacznie składać.


- Dyziek! Jak myślisz głośno to pamiętaj o czym myślisz! –
Pouczył go kapłan.


- W ogóle to z tobą nie ma zabawy. Co mi z takich
opowieści, nawet ten gnom nie miałby jak tego pokoloryzować. Zabili Saura.
Nawet go nie dotknęli, bo się rozleciał. A że pół świata wcześniej gnojek
zniszczył, nie ma znaczenia. Był przecież słabiutki.


            Podeszli
do trumny. Wyjęli jeden z kluczy chaosu i otworzyli ją. Arianka spała, gdy
Ksiejvczyk dotknął ją, była zimna. Zasmucił się.


- Ona nie umarła. – Pouczył go elf. – Myśl pozytywnie.

            I
pomyślał. Zobaczył uśmiech na jej twarzy, a potem jej policzki nabierały barw.
Wracała do życia. Pomogli wyciągnąć jej knebel, a ona wstała, by chwilę później
wyjść z trumny.


- MIELIŚCIE CHRONIĆ KSIĘGĘ MAKR, NIE RATOWAĆ MNIE. –
Powiedziała. – NIE ZAPOMNIELIŚCIE CZASEM O SWOJEJ MISJI?


- Nie. – Odparł Shivan. – Pani, gdzie Księga Makr będzie
bardziej bezpieczna jak nie w miejscu, w którego nie znajdzie żadna żywa
istota, a którego nie otworzy żadna nieżywa.


            Po tych
słowach zniknął na chwilę.


- To klecha, wielmożna pani – tłumaczył go Dyzio – manier
to on nie zna, ale zagadkami gada.


            Gdy elf
wrócił, trzymał w ręku Księgę Makr, którą złożył w grobie Arianki. Zamknęli
trumnę, zużyli kolejny z kluczy chaosu. Pozostały jeszcze trzy. Ciekawe po co?


- KSIĘGA MAKR JEST JUŻ BEZPIECZNA. POZOSTANIE TU, AŻ DO
KOŃCA ŚWIATA.


- I nikt już jej nie odnajdzie, i nikt już jej nie
otworzy. – Dodał kapłan.


- ALE MISCLE NIE JEST BEZPIECZNA. TROCHĘ SIĘ
SPÓŹNILIŚCIE.


            Poczuli
kolejne wstrząsy. Ziemia znów się zatrzęsła.


- Trzęsie się cała planeta, prawda? – Zapytał Kisjevczyk.

            Nikt mu
jednak nie odpowiedział. Wszyscy wiedzieli, że ma rację.


- ZATEM WRACAMY DO PANTEONU. TERAZ JA MAM MISJĘ DO
WYKONANIA. – Powiedziała bogini i cała trójka zniknęła z jej mogiły.

1 komentarz :, , więcej...

DXI.

przez , 12.wrz.2009, w Bez kategorii

            Nagle
znaleźli się znów w atrium, gdzie najwidoczniej dobiegła końca narada bogów.


- PODJĘLIŚMY DECYZJĘ W WASZEJ SPRAWIE. – Oznajmił im
Morrou. – ZOSTANIECIE UKARANI ZA WTARGNIĘCIE DO PANTEONU.


- No to ładnie… – Wyszeptał Shivan.

- To niesprawiedliwe. Nie prosiliśmy się tu… –
Zirytował się Kisjevczyk. – Przynajmniej odwołajcie koniec świata… – Błagał.


- CISZA. – Uspokoił ich pan śmierci. – JESZCZE NIE
SKOŃCZYŁEM CZYTAĆ WYROKU.


- Przepraszamy. – Odparli.

- ZUPEŁNY BRAK POSZANOWANIA BOGÓW. – Marudził Grungr. –
NA MISCLE JEST TO SAMO. ROK TO ZA DŁUGO.


- TWOJE SEPARATUM ZOSTAŁO ODNOTOWANE. – Odpowiedziała Shlaya.
– WOLA WIĘKSZOŚCI BYŁA JEDNAK INNA.


- WIĘKSZOŚCI, NIE WSZYSTKICH. – Dodała Sortek. – BO WSZYSTKICH
TU NIE MA! NIE MAMY PRAWA MORALNIE PODEJMOWAĆ ŻADNYCH DECYZJI.


- DOPÓKI NIE WRÓCI TU UROBOROS. – Wtrącił się Chostek.

- DALSZA DYSKUSJA JEST I TAK JAŁOWA. – Przerwał im
Morrou. – W KOŃCU WSZYSTKO JUŻ ZOSTAŁO POWIEDZIANE, PO CO JESZCZE RAZ SIĘ
SPALAĆ? WRACAJĄC DO WYROKU, ZOSTANIE WAM ODEBRANE ŻYCIE WIECZNE, TO ZNACZY, ŻE
PRZESTANIECIE ISTNIEĆ. TAK JAK MISCLE.


            Kisjevczyk
spuścił głowę.


- WDARLIŚCIE SIĘ TU NIE WIEDZĄC, CO CZYNICIE, ZOSTAWIAJĄC
ŚLADY, NARAŻAJĄC KSIĘGĘ MAKR NA ZNALEZIENIE. WRÓCICIE NA MISCLE, BY TAM UMRZEĆ.


            Nawet
Shivan był poruszony.


- OD WYROKU JEDNAK MOŻECIE SIĘ WYKUPIĆ. NIM WRÓCICIE NA
MISCLE JAKO ŚMIERTELNICY, MOŻECIE WRÓCIĆ PO KSIĘGĘ MAKR I UKRYĆ JĄ W NOWYM
MIEJSCU, NIEDOSTĘPNYM DLA NIKOGO Z ŻYWYCH. JEŚLI PRZYWRÓCICIE RÓWNOWAGĘ
ZOSTANIE WAM TO TAKŻE DOBRZE ODCZYTANE. CZY PRZYJMUJECIE WYROK?


- Tak. – Odrzekł Shivan. Ta historia o Zigmarze była potrzebna do tego wyroku, wiem, Panie, że
chciałeś mi coś przekazać. Tylko co? Pokładasz we mnie wiarę, mam nadzieję, że
nie zawiodę.


            Dyzio
spojrzał na przyjaciela i także potwierdził przyjęcie wyroku.


            Nie
minęła chwila i znów byli na Miscle. Stali naprzeciwko Księgi Makr i spoglądali
na nią. We dwójkę. Erlana nie było pośród nich, a Montolio nadal sprawiał
wrażenie martwego.


- Wróciliśmy… – Ucieszył się Dyzio. – I wszystko
wróciło do normy.


- Prawie. – Odparł Shivan. – Nadal nie żyjemy. Musimy
tylko ukryć gdzieś Księgę Makr. I przywrócić równowagę. O to moim zdaniem
chodzi, to jest cel naszego wyroku i naszej misji, równowaga w Panteonie, o to
chodziło od samego początku.


- Wcześniej równowagę sprowadził Zigmar? – Pytał retorycznie
Kisjevczyk. – Więc powinniśmy znaleźć kogoś, kto się stanie bogiem. Lub uwolnić
Uroborosa.


- Niezupełnie, ale wydaje mi się, że dobrze myślisz. –
Odpowiedział kapłan. – Uroboros to jedno, ale bogów było więcej. Zapomniani
bogowie. Oni gdzieś tu muszą być, ale też i dwójka innych. Jeanny to córka
Marenama, ale też bogini, która nie zasiada w pierwszym kręgu. Znajdziemy ją w
Mere Gyrn, przynajmniej według legend, ale to nie ona zmieni równowagę sił w
sposób znaczący. Zagłosuje jak jej ojciec. Potrzebujemy odnaleźć Ariankę.


- Tylko gdzie ją znaleźć? – Zapytał się Dyzio. – W Rotace
jej nie ma, to wiem na pewno.


- Tego jeszcze nie wiem. Bardziej mnie niepokoi to, że
nie mam pojęcia ile mamy czasu. – Zamyślił się chwilę. – Ale jestem głupi. –
Puknął się w głowę. – Powiedz mi Dyziek gdzie my jesteśmy?


- W domu Jinna?

- A co leży przed nami?

- Księga Makr, którą mamy ukryć.

- Póki nie jesteśmy znów żywi, ani w pełni martwi –
kontynuował kapłan – możemy umysłem sterować wiele. Przynajmniej tak było w
Panteonie, tak też jest z Księgą Makr.


            Spojrzał
na nią. Otworzyła się, a strony zaczęły przeskakiwać.


- Widzisz? Zaraz będziemy wiedzieć, gdzie podziała się
Arianka.


- Szukano jej przez tysiące lat, a my znajdujemy w ciągu
minuty. Czasami zadziwiam sam  siebie. –
Roześmiał się Kisjevczyk.


            Spojrzał
na księgę. Faktycznie, była otwarta na stronie w której znajdował się opis
ustanowienia grobu Arianki. Miejsce ich nowego celu.

Komentowanie nie jest możliwe : więcej...

DX.

przez , 11.wrz.2009, w Bez kategorii

            Najgorsze
w tym wszystkim było to, że stracili rachubę czasu. Siedzenie w celi sprawiało,
że coraz bardziej im się nużyło i odczuwali znudzenie. W końcu Dyzio wyjął swą
oryszalkową kulkę i zaczął nią rzucać.


- Jakaś zabawa. – Tłumaczył się.

            Potem
trafił w Montolia, ale ptak nie zareagował. Nadal sprawiał wrażenie martwego.


- Zdechł… – Powiedział Kisjevczyk. – Otworzyłeś księgę
i zdechł.


- On żyje. To my jesteśmy martwi. – Poprawiał go Shivan,
ale sam nie wiedział po co.


- Ech, ciężki z ciebie kompan. Zabawy dziś tu nie będzie,
ale nie czekajmy jak na wyrok. Zróbmy coś, nudzi mi się.


- Skup się. Pomyśl o czymś przyjemnym.

            Dyzio
usiadł przy jednej ze ścian. Uśmiechnął się, już miał zamiar się rozmarzyć.


- No to ładnie… – Przerwał mu Shivan.

- Czytałeś moje myśli?! – Zirytował się Kisjevczyk.

- To ty myślisz strasznie głośno, zbereźniku, a to co
chciałeś mieć przed oczami sprawiało wrażenie, że pojawia się w izbie. –
Tłumaczył kapłan. – Nie wiem, jak to działa.


- Dobra, już mi przeszło. Coraz mniej mi się tu podoba. –
Westchnął ze znudzeniem.


            Dopiero
potem przypomniał sobie o butelkach alkoholu. Przynajmniej będzie przyjemnie. Wypił jedną. Drugą. Trzecią. I nic,
ani sikać mu się nie chciało, ani nie siekło go to, a smak, cóż, jak się pije
wódkę normalnie to z każdym łykiem smakuje lepiej, tu tego się nie dawało
odczuć. Ale co było innego do roboty?


- Spróbowałbyś choć jedną, potem mógłbyś opowiadać ileś
wypił.


- Wolę wino. – Odparł Shivan.

- Ile razy w życiu będziesz mógł pić wódkę bez
konsekwencji? Golnij sobie. Zostały mi jeszcze cztery.


            W końcu
elf się złamał. Razem opróżnili trzy kolejne butelki.


- Tę ostatnią zostawmy dla bogów, gdyby chcieli. –
Stwierdził Kisjevczyk.


- PO CO? – Zapytał Morrou.

- Cały czas tu jesteście, panie? – Zdziwił się Shivan.

- NIE MA MNIE TU. NADAL TRWA DYSKUSJA, ALE MOJE OKO JEST
WSZĘDZIE. – Nie widzieli jego ciała, słyszeli tylko jego głos. – CZAS CZY
MIEJSCE NIE GRAJĄ ROLI. MOGĘ BYĆ TAM I ROZMAWIAĆ Z WAMI, A JEDNOCZEŚNIE
SPOGLĄDAĆ NA MISCLE, PRZYJMOWAĆ KOLEJNYCH ZMARŁYCH DO MEGO KRÓLESTWA I ROBIĆ
JESZCZE INNE RZECZY.


- Jedno mnie zastanawia, panie. – Powiedział elf. –
Zigmar, nigdzie go nie widziałem. Gdzie on jest? I czy rzeczywiście stał się
bogiem? Zajął miejsce między wami w Panteonie?


- DUŻO PYTAŃ, DUŻO WĄTPLIWOŚCI, MAŁO KONKRETÓW. WCIĄŻ
WIESZ ZA MAŁO I NIE ROZUMIESZ, STĄD PYTANIA.


- Przepraszam. – Skajał się Shivan.

- NIE PRZEPRASZAJ. BĄDŹ CIERPLIWYM. BYĆ MOŻE NIEKTÓRE
RZECZY POZNASZ SAM. POSZUKIWANIE WIEDZY NIE JEST WYSTĘPKIEM. GRZECHEM MOŻE BYĆ
WYKORZYSTANIE WIEDZY, BĄDŹ SPOSÓB JEJ ZDOBYCIA. ZIGMAR ZAŚ TO DŁUGA HISTORIA.
DLA NAS JEDNAK WAŻNE JEST TO, GDZIE JĄ ZACZĄĆ, A NALEŻAŁOBY TO ZROBIĆ W MIEJSCU,
GDZIE SIĘ ONA SKOŃCZYŁA. O ZIGMARZE NA MISCLE NAPISANO WIELE POEMATÓW, HISTORIE
PRAWDZIWE I FAŁSZYWE WYMIESZAŁY SIĘ. W KOŃCU JEDNAK ODNALAZŁ ON KSIĘGĘ MAKR,
PODOBNIE JAK WY ZNALAZŁ SIĘ W NASZYM KRÓLESTWIE. TO BYŁ CZAS, W KTÓRYM WIELE
SIĘ ZMIENIŁO. KOMPANIA CHAOSU. UROBOROS. TO BYŁY SETKI LAT NA MISCLE, DLA NAS
TO BYŁA WCIĄŻ NOWA SYTUACJA. PRAWDĄ JEST, ŻE PO UPADKU HEGEMONII BYLIŚMY
SŁABSI. NIE TYLKO O UROBOROSA, ALE TEŻ I ARIANKĘ. POTRZEBOWALIŚMY KOGOŚ, KTO BY
SIĘ ZAJĄŁ LUDŹMI, SPRAWIŁ, BY ICH SERCA NIE OSTYGŁY, BY NIE CZULI SIĘ
OSAMOTNIENI. POTRZEBOWALIŚMY CUDÓW I OBJAWIEŃ, W KOŃCU RELIGIJNOŚĆ UPADŁA WRAZ
Z KOMPANIĄ CHAOSU. TO BOGOWIE JĄ STWORZYLI. TO BOGOWIE POZWOLILI JEJ ISTNIEĆ. I
TO BOGOWIE ZNISZCZYLI TYCH, KTÓRZY KOMPANIĘ POKONALI. NIE POTRZEBOWALIŚMY BY
CHAOS ZNÓW SIĘ ODRODZIŁ, BY ICH WYZNAWCY ODTWORZYLI KOMPANIE. POTRZEBOWALIŚMY
NOWEGO BOGA, ALE NIE MOGLIŚMY GO STWORZYĆ. ZIGMAR POJAWIŁ SIĘ SAM. DZIELNY.
BOGOBOJNY. ODDANY. MĘŻNY. WALECZNY. OSTATECZNIE TEŻ I MĄDRY. BYŁ IDEALNYM
KANDYDATEM.


- By stać się bogiem? – Zdziwił się Dyzio.

- BY STAĆ SIĘ BÓSTWEM WYZNAWANYM NA MISCLE. NIE MÓGŁ STAĆ
SIĘ BOGIEM. BYŁ ŚMIERTELNIKIEM. NIE MÓGŁ TEGO PRZESKOCZYĆ.


- Był. Ciągle mówicie o nim w czasie przeszłym, panie. –
Zauważył Shivan.


- CIERPLIWOŚCI. NIE MÓGŁ STAĆ SIĘ BOGIEM, ALE MÓGŁ STAĆ
SIĘ OBIEKTEM KULTU, MÓGŁ STAĆ SIĘ ZALĄŻKIEM NOWEJ RELIGII. WIELU WYZNAWANO
BOWIEM BOGÓW, KTÓRZY NIMI NIE BYLI. DZIŚ TAKICH JAK KTULUS CZY PRAXIS UZNAJE
SIĘ ZA LEGENDY O ZAPOMNIANYCH BOGACH. ONI NIGDY NIE BYLI BOGAMI. NIE BYŁ NIM
TEŻ ZIGMAR, CHOĆ Z PUNKTU WIDZENIA MISCLE, MÓGŁ ROBIĆ WSZYSTKO, CO MY. BYŁ
MARTWY, TAK JAK WY. WPŁYWAŁ NA BITWY, OBJAWIAŁ SIĘ. KSZTAŁTOWAŁ SWE WYZNANIE.
OPIEKOWAŁ SIĘ TYMI, KTÓRZY WZNOSILI DO NIEGO MODŁY. ZAJĄŁ MIEJSCE POŚRÓD NAS I
BYŁ DOBRYM PRZYJACIELEM ORAZ MĄDRYM KOMPANEM. JEGO PUNKT WIDZENIA ZAWSZE BYŁ
INNY, BLIŻSZY ISTOTOM ŚMIERTELNYM. ROZUMIAŁ JE LEPIEJ NIŻ MY. DLATEGO, ŻE NIE
TYLKO POTRAFIŁ DOSTRZEC PEŁEN OBRAZ RZECZYWISTOŚCI, ALE TEŻ MIAŁ WIELKIE
ZDOLNOŚCI EMPATYCZNE. POTRAFIŁ WCZUĆ SIĘ W OSOBĘ, KTÓRA NIE UMIE ODERWAĆ SIĘ OD
BŁĘDNEGO RELATYWIZMU.


- Zatem był idealnym kandydatem, by stać się pełnoprawnym
członkiem Panteonu, ale nie bogiem.


- MUSICIE WIEDZIEĆ JEDNO. GDY DOCHODZI DO STARCIA BOGÓW,
LICZY SIĘ KAŻDY DEMON I AWATAR. NAWET W TEJ MATERI ZIGMAR BYŁ PRZYDATNY.


- Co zatem z nim się stało. – Zapytał Dyzio.

- NAJPROŚCIEJ MÓWIĄC ZNUDZIŁO MU SIĘ. PO KILKU TYSIĄCACH
LAT JEGO DUSZA NIE PRZESZŁA PRZEZ PRAWDZIWĄ ŚMIERĆ, STAWAŁ SIĘ CORAZ BARDZIEJ
APATYCZNY I SMUTNY. CHCIAŁ UMRZEĆ, BY SIĘ ODRODZIĆ WE WŁAŚCIWY SPOSÓB. MIAŁ TĘ
WIEDZĘ, ŻE NIE BAŁ SIĘ ŚMIERCI. ŁAKNĄŁ JEJ. A JEGO FUNKCJE CORAZ BARDZIEJ GO
NURZYŁY I DOKUCZAŁY MU. CIĄGŁE MODLITWY WZNOSZONE DO NIEGO. NIEUSTANNE
BŁAGANIA, PROŚBY I PRETENSJE. NIE POTRAFIŁ NAD TYMI GŁOSAMI PRZEJŚĆ DO PORZĄDKU
DZIENNEGO I ZAJĄĆ SIĘ NIMI PÓŹNIEJ. WCIĄŻ PAMIĘTAŁ JAKIE NA MISCLE MA ZNACZENIE
CZAS. ZMĘCZYŁ SIĘ ROLĄ, MIAŁ JEJ DOŚĆ. W KOŃCU ZDECYDOWAŁ SIĘ ODEJŚĆ. OPÓŚCIŁ
PANETON. WRÓCIŁ NA MISCLE. POZBAWIONY WSZELKICH MOCY. STARY, BARDZO STARY,
PRZEMĘCZONY I GŁODNY. WRÓCIŁ DO NAS JESZCZE SZYBCIEJ NIŻ ODSZEDŁ, ALE JUŻ NIE
STAŁ SIĘ RÓWNY MIĘDZY NAMI, A RÓWNY W DOMU UMARŁYCH. GDY UMRZECIE, BĘDZIE MOGLI
GO SPOTKAĆ. UCIESZY SIĘ, NIEWIELU BOWIEM DOŚWIADCZYŁO TEGO, CO ON, NIEWIELU
PRZESZŁO PRZEZ KSIĘGĘ MAKR.


- Zatem to odwrócenie się od kapłanów Zigmara to nie
przypadek? Nie ma jak się do nich odezwać? – Zastanawiał się Shivan.


- STRZEŻCIE SIĘ TYCH ZIGMARIAN, KTÓRZY MAJĄ MOC. NIE
POCHODZI ONA BOWIEM OD ICH BOGA. CÓŻ, WYTRZYMAJCIE JESZCZE TROCHĘ, CHYBA
DOCHODZIMY DO POROZUMIENIA W WASZEJ SPRAWIE.


            Głos Morroua znikł.
Dyzio i Shivan zostali znów sami, jeszcze bardziej zagubieni. Byli jedynymi
istotami, które poznały koniec historii Zigmara i to ich w pewien sposób
przeraziło.

Komentowanie nie jest możliwe :, więcej...

DIX.

przez , 10.wrz.2009, w Bez kategorii

            Postaci
pojawiały się na chwile migały i znikały, trwało to tak długo, że Kisjevczyk
zaczął się irytować, ale bał się nawet pomyśleć czegokolwiek na ten temat.
Starał się koncentrować na oczekiwaniu i tym, co nastąpi, na niewiadomym, niż
wyczekiwaniu, kiedy to się zacznie, bądź raczej kiedy bogowie się zbiorą.
Wiedział, że bez problemu mogą czytać mu w myślach, wolał więc przynajmniej tu
im nie podpadać. Nie było potrzeby ryzykować. W końcu Morrou wyprowadził ich na
środek, gdzie nagle pojawiła się bariera, która odgradzała dwóch śmiertelników
nie tylko od dysku, ale i od reszty zgromadzonych. To był ich proces. Reszta
bogów nagle się pojawiła, właściwe to była już obecna, tylko zmaterializowała
się kompletnej, o ile można było tu mówić o materii. Raczej ich reprezentacje zdawały
się być wyraźniejsze a obecność skoncentrowana.


            Shivan
spoglądał na dziewięć kręgów, nie były zajęte, prawie jedna trzecia miejsc była
wolnych. Jakby reszta zapomniała przyjść. Zapomniani
bogowie, niektórzy w nich wierzą, choćby driady.
Wielu z obecnych kapłan z
łatwością dopasowywał, brakowało też bogów Chaosu, ale to go nie dziwiło. Co
dziwne nie było także Zigmara.


            Mareman,
Roknard, Enreh, Vernera, Ironia, Esmeralda, Urlyk, Myrneman, Sol, Lingir,
Darnan, Grungr, Karens, Lasriel, Insimillion, Bulgog, Ixil, Radogost, Besbok,
Złotobóg, Chostek i Sortek stali w pierwszym rzędzie, a Shlaya i Morrou
znajdowali się w kręgu. W dalszych ośmiu rzędach znajdowali się kolejni bogowie
według starszości. Ale nawet ci obecni, byli podzieleni na obozy. Chostek i
Sortek prezentowali frakcję gadzich bóstw, która co pewien czas wspominała
tylko Uroborosa. Lingir przewodził bogom krasnoludzkim, których zazwyczaj
wspierał także Insimillion, gnomi bóg opowieści. Niektórzy bogowie, jak Bulgog,
Pan Rogów, wyznawany przez minotaury, czy owadopodobny Ixil, albo Złotobóg, znany
także jako kisjevski pan dostatku, Esmeralda, Roknard, czy Ironia nawet nie
próbowali się z nikim przymierzać. Znali własne rację i tylko ich się trzymali.
Radogost, bóg zimy czy Besbok, bóg lata, nie dość, że trzymali sztamę, o czym
nader często zapominali ich wyznawcy, to jeszcze aktywnie wspierali Maremana,
stojącego na czele frakcji bóstw naturalistycznych, do której należeli też
Enreh czy Sol, no i Shlaya, ale ona formalnie stała wyżej. W końcu była
pierworodną córką Morroua. Koligacje rodzinne wliczały także Vernerę, drugą
żonę Pana Panteonu i matkę Myrneman, co sprawiało, że bogowie ci mieli dość
znaczący głos. Urlyk zaś prawie zawsze głosował tak jak Myrneman, choć
zajmowali się tym samym, woleli konkurować otwarcie, na równych zasadach.


- KSIĘGA MAKR ZOSTAŁA ODNALEZIONA. – Zaczął Urlyk.

- ZNOWU? NIEDAWNO PRZECIEŻ ZIGMAR… – Odrzekł Ixil, bóg
owadów.


- NIEDAWNO – przerwał mu Morrou – WEDŁUG NASZYCH MIAR,
NIE MISCLE. GDY ZIGMAR PRZYBYŁ DO PANTEONU ROZPOCZYNAŁA SIĘ TRZECIA ERA, TERAZ
TEN CZAS SIĘ KOŃCZY. WIEM, ŻE WIELU Z WAS ZAPOMNIAŁO JUŻ O MISCLE, KOMPANIA
CHOASU NADWYRĘŻYŁA NASZĄ CIERPLIWOŚĆ. NIEMNIEJ JEDNAK NIE MOŻNA ZAPOMNIEĆ O
WSZYSTKIM I ZAŁOŻYĆ, ŻE KSIĘGA MAKR NIE ISTNIEJE. WCIĄŻ MOŻNA JĄ ODNALEŹĆ I
WEJŚĆ TU.


- SELKAR, EIWECH I TARANTIV – wtrąciła się Vernera, pani
mądrości i wiedzy – ZSYŁAJĄ SNY SWYM WYZNAWCĄ. JEŚLI WYKORZYSTAJĄ KSIĘGĘ MAKR, BĘDĄ
MOGLI PRZEPROWADZIĆ ATAK W SPOSÓB DOTYCHCZAS NIE SPOTYKANY. ŚMIERTELNICY ZAJMĄ
NASZĄ OBECNOŚĆ, GDY ZBIORĄ SIĘ SIŁY CHAOSU I SPRÓBUJĄ PRZEJAĆ PANETON.


- RÓWNOWAGA MIĘDZY ŻYCIEM A ŚMIERCIĄ ZOSTAŁA ZACHWIANA. –
Dodał Morrou. – NIE TYLKO PRZEZ ZIGMARA, TERAZ MAMY TRZECH KOLEJNYCH, KTÓRZY
NIE ŻYJĄ ALE NIE UMARLI ORAZ JEDNEGO, KTÓRY OBUDZIŁ SIĘ ZE ŚMIERCI.


- LANDO ZADZIAŁAŁ. – Dodała Shlaya. – TAK, JAK
PRZEWIDZIELIŚMY. TEN, KTÓRY OBUDZIŁ SIĘ ZE ŚMIERCI JEST CHAOSEM, ZBURZYŁ
NATURALNY PORZĄDEK. WCZEŚNIEJ NIKT TEGO NIE DOKONAŁ.


- NIKT NIE PRÓOWAŁ TAK WYKORZYSTAĆ KLUCZY CHAOSU. – Rzekł
Insimillion. – NIKT NIGDY WCZEŚNIEJ, ANI NIGDY PÓŹNIEJ, DOSŁOWNIE NIKT, PRÓCZ
LANDA. TERAZ NIE TYLKO MY WIEMY, ŻE MOŻNA OSZUKAĆ ŚMIERĆ, ODKĄD LANDO ROZPOCZĄŁ
SWĄ WOJAŻ NA MISCLE, JUŻ JAKO AWATAR, WIEDZĄ O NIM WSZYSCY POZOSTALI BOGOWIE.
ŚMIERĆ ŚMIERTELNIKÓW PRZESTAŁA MIEĆ ZNACZENIE. PORZĄDEK MISCLE UPADŁ. MOŻE
NADSZEDŁ CZAS, BY NIE TYLKO SKOŃCZYĆ NOWĄ ERĘ, ALE ROZLICZYĆ MISCLE.


- TO SPRAWI, ŻE BOGOWIE CHAOSU STRACĄ NAD NAMI PRZEWAGĘ. –
Zaśmiał się złowieszczo Grungr. – ZAWSZE MOŻNA POTEM STWORZYĆ NOWY ŚWIAT,
LEPSZY.


            Kilku
bogom spodobała się wizja końca Miscle, pomrukiwali między sobą,
porozumiewawczo.


- SPÓJRZCIE NA DYSK. – Powiedział Bulgog. – CO WIDZICIE?
CZY NIE JEDNO WIELKIE PAŃSTWO. CO WAM TO PRZYPOMINA? MNIE KOMPANIE CHOASU, A ŻE
RZĄDZI NIĄ RODRYK, A NIE TEN, O KTÓRYM ZAPOMNIANO, MA NAM ZMYDLIĆ OCZY. KTO
RZĄDZI RODRYKIEM? KTO NIM STERUJE?


            Nad
dyskiem pojawił się obraz dwóch Moredheli, Alsana Korra oraz Saura. Bogowie
zatrzymali się nad tym drugim, Cieniem, który w towarzystwie armii demonów
klęczał przy jakimś grobie.


- WIECIE CZYJ TO GRÓB. – Kontynuował Bulgog. – WIECIE TEŻ
KOGO WYZNAJE SAUR, A JEŚLI JESZCZE TEGO NIE WIECIE, TO SPÓJRZCIE W DUSZĘ TEGO
MROCZNEGO ELFA. CZY WIDZICIE TAM OBJAWIENIA? CZY WIDZICIE RĘKĘ TARANTIVA?


- TARANTIV NIE STWORZY NOWEJ KOMPANII. – Zaprotestował Roknard.

- TO NIE JEGO CEL. – Wtrącił się Złotobóg. – SPÓJRZ NA
SIEBIE I NA MNIE. TY JESTEŚ BOGIEM ZŁODZIEI, JA BOGACZY. PAMIĘTAJ, ŻE NIM
POWSTAŁA KOMPANIA CHOASU KRĘGI BYŁY INACZEJ UŁOŻONE, A MY BYLIŚMY BLIŻEJ
KUSICIELI, BLIŻEJ MROKU. CZY SIĘ TAK ZMIENILIŚMY? CZY RACZEJ ZMIENIŁO SIĘ NASZE
MIEJSCE? MYŚLĘ, ŻE TEGO WŁAŚNIE CHCĄ TARANTIV, EIWECH CZY SELKAR. WRÓCIĆ DO
PANTEONU I ZAJĄĆ TU MIEJSCE POŚRÓD NAS. JEŚLI POTRZEBUJĄ KU TEMU WOJNY BOGÓW,
NIE POZOSTAŁO IM NIC INNEGO NIŻ JĄ WYWOŁAĆ.


- ZATEM BY NIE DOPÓŚCIĆ DO WOJNY – odezwała się Sol –
CHCECIE ZNISZCZYĆ MISCLE? NIE BĘDZIE O CO WALCZYĆ PRAWDA? GDY WYPEŁNI SIĘ
KSIĘGA MAKR, BĘDZIEMY MIELI SIŁY PRAWIE WYRÓWNANE. POZOSTANIE STAGNACJA DO
KOŃCA KOŃCÓW.


- CHYBA, ŻE KTOŚ ZMIENI FRONT. – Roześmiała się Ironia. –
JEŚLI TARANTIV OBIECAŁBY MI MIEJSCE POZA PIERWSZYM KRĘGIEM, CZEMUŻ MIAŁABYM
NADAL WAS POPIERAĆ?


- ZATEM TO PRZESĄDZONE. CZAS MISCLE DOBIEGŁ KOŃCA. –
Powiedział Radogost. – ODKĄD ODSZEDŁ ZIGMAR, NIE MAMY PRZEWAGI. LANDO I TYCH
TRZECH KOLEJNYCH JEST ZBYT NIEBEZPIECZNYCH.


- A GDZIE JEST TEN TRZECI? – Zapytał Besbok.

- ZAWIESZONY. – Odparł Morrou. – GDYBY LANDO GO TU
WPROWADZIŁ, DOSZŁOBY DO JESZCZE WIĘKSZEGO ZAMIESZANIA, TRZECI JEST NIEWIERZĄCY.


- NIEWIERZĄCY PRZESZEDŁ PRZEZ KSIĘGĘ MAKR? – Zdziwiła się
Esmeralda. – MISCLE ZASŁUGUJE NA NATYCHMIASTOWY KONIEC.


- Czy oni mówią o końcu świata? – Zapytał przerażony
Kisjevczyk.


- Tak. – Odparł Shivan. No to ładnie, siedzimy sobie i patrzymy jak Miscle lada chwila się
skończy.


- Musimy coś zrobić. – Powiedział Dyzio i podniósł rękę. –
Czy będę mógł być jak Zigmar i przez jakiś czas bawić się dyskiem, a dopiero
potem go zniszczycie?


- Chcesz tu zostać? Ale byłbyś w wewnętrznym kręgu. –
Zaczął mówić głośno Shivan. – Choć z drugiej strony może dzięki temu przewaga
by się zmieniła?


- GDYBY UROBOROS TU BYŁ! – Powiedziała Sortek. – NIE DOSZŁOBY
DO ZNISZCZENIA MISCLE!


- GDYBY TU BYŁ UROBOROS. – Dodał Chostek. – NIE OBAWIALIBYŚMY
SIĘ WOJNY BOGÓW. ZDRADZILIŚMY GO I UKARALIŚMY TYCH, KTÓRZY POZOSTALI MU WIERNI.
GDYBY NIE ZIGMAR, TRZECIA ERA SKOŃCZYŁABY SIĘ DUŻO WCZEŚNIEJ.


- DUŻO W NAS STRACHU I POCHOPNYCH MYŚLI. – Stwierdziła Vernera.
– DAJMY MISCLE JESZCZE PEŁEN ROK, WTEDY ZADECYDUJEMY CZY NADSZEDŁ JUŻ JEJ CZAS.


- TROCHĘ MAŁO CZASU DO NAMYSŁU. NIE DAWAJMY CHAOSOWI
PRZEWAGI. – Protestował Złotobóg. – TYDZIEŃ WYSTARCZY.


- ROK. – Stwierdził Morrou spoglądając porozumiewawczo na
Shlayę.


            Przez
chwilę bogowie myśleli. Trwało głosowanie, potem bogini przemówiła.


- ROK. TAK ZOSTAŁO POSTANOWIONE. ANI MNIEJ, ANI WIĘCEJ.

            Nad
dyskiem pojawiła się klepsydra, która miała odmierzać upływ czasu.


- TERAZ ZAJMIJMY SIĘ TYMI, KTÓRZY WDARLI SIĘ DO PANTEONU
NIE UMIERAJĄC. – Oznajmił Morrou. – CZY MACIE COŚ NA SWOJĄ OBRONĘ?


- Nie. – Odparł Shivan. – Stoimy przed waszym obliczem,
tacy jacy jesteśmy. Możecie zrobić z nami wszystko. Możecie też okazać nam
łaskawość i dać nam możliwość naprawy naszych błędów. Z pewnością istnieje
sposób na przywrócenie równowagi, którą zakłóciliśmy.


- SPROWADZIĆ UROBOROSA. – Zaproponowała Sortek.

- COŚ JESZCZE? – Zapytał Morrou elfa i człowieka.

            Pokiwali
tylko głowami. Nie wiedzieli, co odpowiedzieć. Bogowie przecież mogli doskonale
czytać w ich myślach czy duszach.


- ZATEM NIE JESTEŚCIE NAM POTRZEBNI. PRZYNAJMNIEJ DO
CZASU, GDY NIE POSTANOWIMY, CO Z WAMI ZROBIMY.


- JA BYM ICH ZRZUCIŁ NA MISCLE, ZA ROK. – Zaproponował Grungr.
– NIECH ZWIASTUJĄ KONIEC ŚWIATA.


- ICH PRZYSZŁOŚĆ OMÓWIMY BEZ NICH. – Zaproponowała Shlaya.
– I TAK SĄ WYSTARCZAJĄCO PRZERAŻENI TYM, CO USŁYSZELI I ZOBACZYLI.


            Obaj zniknęli. Znaleźli
się w jakimś innym pomieszczeniu, czymś na kształt celi, ale bez okien, bez
drzwi. Dziwne, że było tam jasno.

Komentowanie nie jest możliwe :, więcej...

DVIII.

przez , 09.wrz.2009, w Bez kategorii

Bogowie nie należą do cierpliwych, nie czekają, to na
nich się czeka. Tak to wyglądało, nawet tu, gdzie śmiertelnicy nie mają
dostępu, ale z drugiej strony wygląda to już inaczej. Jeden dzień, tysiąc lat,
w Panteonie to właściwie żadna różnica, podobnie jak przestrzeń, tak i czas
płynie tu inaczej, nieliniowo. W jednej chwili, na Miscle mogą minąć wieki, a
tu nie wydarzy się nic. Równie dobrze, może być na odwrót.


            Dyzio
spotkał Shivana, gdy ten wraz z Morrouem udawał się do miejsca, w którym mieli
spotkać się bogowie. Zebranie było ustalone, czas niby też, ale żaden z nich
nie przywiązywał do tego zbytniej uwagi. Ważne było tylko to, by obaj
śmiertelnicy zjawili się w porę, reszta nie miała żadnego znaczenia.


            Miejsce
spotkania znajdowało się atrium Panteonu, które z wewnątrz nie wyglądało
okazale, ale gdy się przeszło przez drzwi prowadzące na zewnątrz, zdawało się
być wspaniałym dziedzińcem. W dodatku okrągłym, choć ze środka wyglądało
kwadratowo. Kształt tu również nie miał znaczenia. Atrium składało się z
dziewięciu rzędów, które niczym dziewięć kręgów okalały wewnętrzną arenę. Na
samym środku znajdował się wielki żółw, na którym stały cztery miniaturowe
słonie, a na ich grzbietach leżał półwypukły dysk reprezentujący Miscle. Widać
było wszystkie miasta, wszystkie kontynenty, krainy geograficzne, a nawet
wojska. Wszystko w maluteńkiej skali.


            Myrneman
i Morrou zostali z tyłu, pozwalając swym podopiecznym podejść do dysku.


- Fascynujące… – Wymamrotał Dyzio. – Idealne odwzorowanie.

            Kisjevczyk
nie mogąc się powstrzymać dotknął obszaru reprezentującego ocean. Nie dość, że
był mokry, to jeszcze woda ta była słona. Elf zaś przyglądał się państwu
Moredheli i obu kontynentom, które zajmowali.


- No to ładnie… – Wyszeptał. – Nawet w snach nie wyobrażaliśmy
sobie jak potężni są.


            Dyzio
spojrzał na Sal-Sagoroth. Wielkie, potężne miasto, wokół którego widać było
unoszący się dym.


- Niesamowite.

            Potem
schylił się lekko i dmuchnął z całej siły. Dym się rozproszył.


            Zupełnie
nie wiedzieli skąd pojawiła się kolejna postać. Obaj jednak szybko go
rozpoznali, głównie dzięki zbroi. Urlyk, trochę przypominał krasnoluda, dzięki
swej brodzie.


- MACHNIJ RĘKĄ NAD DYSKIEM I ZOBACZ, CO ZROBIŁEŚ.

            Kisjevczyk
trochę się wystraszył, ale zrobił, to co mu polecono. Ujrzał Sal-Sagoroth,
widziane z powietrza. Noc była spokojna, a gęsty dym zasłaniał gwiazdy i
księżyce. Nagle nie wiadomo skąd zerwał się wicher, tak wielki, jakiego dawno
tu nie notowano. Orkan zrywał dachówki, łamał drzewa, mieszkańcy wpadli w
panikę, budzili się w nocy. Dym się rozproszył, ale szkody były jeszcze
większe.


- Przepraszam… – Wyszeptał Dyzio.

- ZIGMAR PRZEZ WIELE LAT TAK SIĘ BAWIŁ. – Dodał Morrou. –
NIE MÓGŁ SIĘ OD TEGO ODERWAĆ, PATRZYŁ NA MISCLE I WSPIERAŁ SWYCH POTOMKÓW I
SWOJE IMPERIUM.


- Dlatego nigdy nikt go nie najechał? – Spytał Shivan. –
Aż do czasu Moredheli?


- DOKŁADNIE. – Wtrącił się Urlyk. – OBSERWOWAŁ KAŻDĄ
BITWĘ, A POTEM MÓWIONO, ŻE POMAGAŁ SWYM KAPŁANOM, ZSYŁAJĄC JAKIŚ CUD.


            Kisjevczyk
trochę rozochocony zastanawiał się chwilę, gdzie znajduje się Arabia, ale jego
wzrok samoistnie się na nią nakierował. Spojrzał na Cichlasomę i stacjonujące
tam wojska Mrocznych Elfów, dotknął palcem okolicę. Ziemia zaczęła się wyginać.
Potem zwrócił się ku rzece, przytrzymał jej nurt trochę palcem, tak by się
rozlała, a potem machnął ręką, by spojrzeć na swoje dzieło. Wielkie trzęsienie
ziemi i powódź, które nawiedziły tą okolicę zadały Mroczniakom straty większe
niż jakakolwiek wcześniej kampania w tej wojnie.


- TO NIE JEST HONOROWA WALKA.

            Dyzio
zmieszał się trochę. Chciał coś odpowiedzieć, ale rozumiał słabość swojego
myślenia. Co z tego, że Moredhele nie walczyły honorowo, skoro zarzut padł
wobec niego.


- Przepraszam. – Powiedział jedynie spuszczając głowę.

- W TYM MIEJSCU MOŻNA PILNOWAĆ, BY NIC NIE PRZERWAŁO
HONOROWEJ WALKI. – Dodał Urlyk. – ANI DESZCZ, ANI ŻADNE INNE ZAKŁÓCENIE.


- Czy Zigmar sprawiał, że walka nie była równa? – Zapytał
Shivan.


- ZIGMAR. – Westchnął Morrou. – Z NIM WIĄŻE SIĘ WIELE
HISTORII, ROBIŁ WIELE DZIWNYCH RZECZY, ŻE TAK POWIEM.


- I ZAISTE, SPRAWIAŁ, ŻE IMPERIUM W WALKACH ZAWSZE MIAŁO
ŁATWIEJ, A JEGO PRZECIWNIKÓW DOSIĘGAŁO FATUM. – Dodała Myrneman.


- SIEDZIAŁ TU I WYMYŚLAŁ, JAK MOŻNA IM ZASZKODZIĆ. –
Śmiał się Urlyk. – W KOŃCU I TO GO ZNUDZIŁO. ILEŻ MOŻNA BEZCZYNNIE NA TO
PATRZEĆ, TYSIĄC LAT? DWA? CZTERY?


            Inni
bogowie cały czas byli nieobecni. Pojawiali się tylko na chwilę, by zaraz
zniknąć. Przewijali się tylko przez atrium, jakby czekali na rozpoczęcie obrad.


            Shivan
jeszcze spoglądał na dysk i na krainy z których przybyli Moredhele. Zastanawiał
się, czy kiedyś ktoś się tam uda, były to bowiem nowe ziemie, które sprawiały,
że znana mu Miscle wciąż skrywała przed nim mnóstwo tajemnic. Rodził się w nim
duch odkrywcy. Zaczął zastanawiać się nad sekretami, podniósł rękę.


- NIE. – Zatrzymał go Urlyk. – NIE SZUKAJ TEGO, CO NIE
JEST PRZEZNACZONE DLA TWOICH OCZU.


- NIE, PÓKI NIEUMARŁEŚ. – Wtrącił się jeszcze jeden bóg.
Enreh, pan lasów, od którego unosił się zapach żywicy. – NIE BAWCIE SIĘ TYM, TO
NIE JEST ZABAWKA.


- KAŻDY RUCH – dodał Morrou – NAWET TEN NAJMNIEJSZY NA
MAKIECIE MA SWE KONSEKWENCJE NA MISCLE. NIE ZAPOMINAJCIE O TYM.


- A czy można zmienić bieg historii? – Zapytał z
ciekawości Dyzio.


- A NIE LEPIEJ TWORZYĆ HISTORIĘ? – Odpowiedział Enreh. –
POWINNIŚCIE WRÓCIĆ, SKĄD PRZYSZLIŚCIE. I ZAPRAWDĘ POWIADAM WAM, NAWET JAK
OPOWIECIE, CO WIDZIELIŚCIE, NIKT WAM NIE UWIERZY. ALE NADAL BĘDZIECIE MOGLI
TWORZYĆ HISTORIĘ, WPŁYWAĆ NA LOSY PLANETY. SIEDZĄC TU I ROBIĄC MAŁY RUCH JEST
TO ZAUWAŻALNE, WY MOŻECIE WIĘCEJ, CHOĆ NIBY MNIEJ.


- Nie możemy wywoływać trzęsień ziemi, czy przenosić gór.

- GDYBYŚ MIAŁ CHOĆ ODROBINĘ WIARY, NAWET TAK DROBNĄ JAK
ZIARNKO GORCZYCY – wtrącił się Mareman – Z ŁATWOŚCIĄ PRZENOSIŁBYŚ GÓRY.


- Zatem widząc to wszystko, moglibyśmy – zamyślił się
Shivan.


- WIARY. – Dodał Morrou. – NIE WIEDZY, TYLKO WIARY.
POZNAJĄC NAS NA ZAWSZE ZATRACILIŚCIE SWĄ WIARĘ.


- DZIĘKI NIEJ TU WESZLIŚCIE. – Powiedziała Myrneman. –DZIĘKI
NIEJ PRZESZLIŚCIE PRZEZ KSIĘGĘ MAKR.


- Ale jak się umiera, to by tu trafić nie trzeba wierzyć,
prawda? – Zapytał z ciekawości Dyzio.


- NIE. – Roześmiał się Morrou. – JAK SIĘ UMIERA, OD RAZU
TRAFIA SIĘ DO DOMU UMARŁYCH, DO MOJEGO KRÓLESTWA TUTAJ. I NIE MA SIĘ NA TO
ŻADNEGO WPŁYWU. A TERAZ ZAJMIJCIE SWE MIEJSCA, BĄDŹMY GOTOWI NIM PRZYBĘDĄ
POZOSTALI.

Komentowanie nie jest możliwe : więcej...

DVII.

przez , 07.wrz.2009, w Bez kategorii

            Gdy
Dyzio otworzył drzwi i wszedł do środka od razu był prawie cały mokry. Tu nie
tylko padało, tu wszędzie był jeden wielki ocean. Kisjevczyk runął do wody. To pewnie kraina tego boga od wody,
Marenama.
Dopiero wtedy przypomniał sobie o swej bezcielesności, umysłem
wzbił się ponad powierzchnię, całkowicie suchy i doleciał do drzwi, wyszedł
przez nie, ale na korytarzu już nie zauważył Landa. Cóż spróbujemy następne, gorzej chyba być nie może.


            Kolejne
drzwi, które go zainteresowały miały miłe dla oka symbole. Wewnątrz znajdował
się wielki ogród, raj z zieloną trawą i wspaniałymi drzewami pełnymi soczystych
owoców. Wszędzie było też pełno zwierząt wszystkich gatunków, nawet lwy, a małe
lwiątka pasły się razem z cielakami. W strumyczkach pływały przeróżne rybki.
Dyzio podszedł do wody, zamoczył w niej rękę, ale zwierzęta nie uciekały. Wręcz
wpływały mu na rękę, tuliły się, były pełne ufności i jakiegoś niesamowitego
ciepła.


- Co maleńka, nie boisz się?

            Nie. Usłyszał w swojej głowie. Ryby
przecież nie mogły mówić, ale tu mogły wyrażać swe myśli. Istniało ich
jestestwo i dawało o sobie znać.


- Niesamowite. Czy na Miscle w ogóle występowałyście?

            Tak. Ale daleko, na kontynentach Zachodnich,
gdzie pełno jest Mrocznych Elfów. Przynajmniej teraz.
Kisjevczyk złapał się
za głowę. Nie mogę, gadam z rybą!
Zwierzątko znów na niego popatrzyło, jakby umiało czytać w jego myślach. Jestem molinezją. Odparło dumnie. Dyzio
zostawił je, czuł się tu taki spokojny i szczęśliwy zarazem. Mógłbym tu zostać i codziennie odkrywać coś
nowego.
Zastanawiał się, czy podejść do innego zwierzęcia i nie spróbować
porozmawiać, ale kwiaty urzekły go swoim pięknem. Nigdy wcześniej nie widział
na Miscle czegoś podobnego, nie w takich barwach. One tu nie przekwitały, nie
miały pełnej wegetacji, nie było tu uschniętych liści. Tylko te zdrowe,
przepięknie zielone. Drzewa wyglądały podobnie, jedyne, co je różniło, to
wspaniałe owoce, wszystkie idealnie dojrzałe, soczyste. Pragnął zerwać jeden z
nich, ale trochę się bał. To nie był jego ogród, nie chciał podpaść jego
właścicielom.


- TO NIE TWOJE MIEJSCE, PRAWDA? – Usłyszał głos.

            Odwrócił
się. Ujrzał przepiękną kobietę, której uroda przysłaniała wszystko, co widział.
Miała wspaniałe blond włosy, idealne kształty, niebieskie oczy i była
całkowicie naga. Bogini.


- TAK, NIEKTÓRZY TEŻ MNIE TAK NAZYWAJĄ. – Roześmiała się.
Z jej twarzy, poza pięknem biło jeszcze coś. Ciepło i dobro, miłosierdzie, od
którego trudno było się odwrócić.


- Shlaya… – Wymamrotał Dyzio.

- TWOJA BOGINI CZEKA W INNYM POMIESZCZENIU. –
Odpowiedziała.


- Przepraszam, że tu wtargnąłem. – Zaczął się tłumaczyć.

- ŻYCIE TU WYGLĄDA INACZEJ, PRAWDA?

- Owszem, nie spodziewałem się czegoś takiego. –
Wymamrotał trochę onieśmielony.


            Na
drzewie pojawił się wąż, który wił się wokół owocu.


- Pani… – Zaczął przemawiać trochę sycząc. – Gość zaraz
stąd odejdzie, a my niczym go nie poczęstujemy? Może jeden skromny owoc?


            Shlaya
zerwała czerwone jabłko z drzewa, ale nie podała go Kisjevczykowi.


- JEŚLI ZJESZ JE CAŁE, NIE BĘDZIESZ JUŻ CHCIAŁ JEŚĆ NIC,
CO ZRODZIŁA MISCLE, BO NIC TAM NIE BĘDZIE CI SMAKOWAŁO.


            Zawahał
się. Chciał spróbować tego przepięknego owocu. Już wcześniej o tym myślał, ale
teraz, gdy mu to zaproponowano, nie mógł o tym zapomnieć.


- A mogę tylko spróbować? – Pytał zaciekawiony.

- A BĘDZIESZ MIAŁ SIŁĘ, BY SIĘ OPRZEĆ? BY ZOSTAWIĆ
RESZTĘ?


- To może ty pani, zjedz wpierw połowę. – Zaproponował. –
I dajmy kawałek też wężowi. Dla mnie zostanie tylko resztka.


- MĄDRE POSUNIĘCIE. PODYKTOWANE PRZEZ SERCĘ.

            Ugryzła
owoc. Dała też wężowi, który go ugryzł, a potem dała Dyziowi. Spróbował maleńki
fragment, a czuł się niesamowicie. Nie pragnął reszty, potrafił się
powstrzymać, choć go ciągnęło.


- RESZTA BĘDZIE CZEKAĆ NA CIEBIE, GDY TU WRÓCISZ. GDY
ZNAJDZIESZ SIĘ W KRAINIE MORROU’A W NORMALNY SPOSÓB. PRZYWITAMY TAM CIEBIE, NIM
ZAŚNIESZ. A TERAZ CHODŹMY DO TWOJEJ PANI.


            Shlaya
wyprowadziła go na korytarz, a następnie udali się do komnaty Myrneman. Wyglądało
to jak jedna wielka zbrojownia, w której znajdowały się dwie siostry
bliźniaczki. Myrneman i Wyrmidia.


- A więc są dwie. – Wymamrotał Kisjevczyk.

            Shlayi
jednak już nie było. A jego bogini podeszła do niego, a raczej przesunęła się w
powietrzu. Jej bliźniaczka zrobiła to samo, razem stały się jedną i tą samą
postacią.


- Bogini… – Wyszeptał. – Bądźże pozdrowiona. Czy raczej
boginie.


- TU NAWET BYCIE BLIŹNIAKIEM ZNACZY COŚ INNEGO, NIŻ TO CO
ZNASZ Z MISCLE. – Odpowiedziały. – TAK JAK I STAWIANIE SIĘ JEDNYM. TYM SIĘ
JEDNAK NIE PRZEJMUJ. CZEKA CIĘ TERAZ POTYCZKA ZUPEŁNIE INNEGO RODZAJU. POKAŻ MI
SWÓJ MIECZ.


            Kisjevczyk
wyjął broń magiczną, którą nosił ze sobą od czasu przygody w Ascedii i podał ją
swej bogini. Ta wzięła ją do ręki i podniosła ponad głowę błogosławiąc.


- BROŃ TA ZADA TERAZ OBRAŻENIA TAKŻE TYM, NA KTÓRYCH
DZIAŁA TYLKO MAGIA. I NIE BĘDĄ TO LEKKIE URAZY. UŻYWAJ JEJ MĄDRZE.


- Znaczy, że wrócę na Miscle, pani?

- JAK MYŚLISZ, PO CO TU WAS ŚCIĄGNIĘTO?

- Nie mam pojęcia. – Odpowiedział bezradnie. – Myślałem,
że mieliśmy chronić Księgę Makr, że to było naszym przeznaczeniem.


- KSIĘGA MAKR CHRONI SIĘ SAMA. CI, KTÓRZY MOGĄ JEJ
ZAGROZIĆ, BĘDĄ MUSIELI SIĘ ZMIERZYĆ Z JEJ OBROŃCAMI. TO CZEGO OCZEKIWAŁEŚ
ZAPEWNE SIĘ STANIE, ALE W SPOSÓB INNY, NIŻ CI SIĘ WYDAWAŁO. A TERAZ CHODŹMY,
BOGOWIE CZEKAJĄ.

Komentowanie nie jest możliwe : więcej...

DVI.

przez , 06.wrz.2009, w Bez kategorii

            To było jak wizyta w podziemiach, w wielkiej
pieczarze, w której trudno było zlokalizować źródło światła, ale ono gdzieś się
znajdowało, w dodatku padało tak, że wszytko doskonale było widoczne. Dopiero
wtedy Shivan zorientował się, że dotychczas choć wszystko widział, było jasno,
nigdzie jednak nie padały cienie, nie odbarwiały się przedmioty w zależności od
natężenia światła. Dziwne, bardzo dziwne.
Sama pieczara była olbrzymia, dużo większa niż Panteon z zewnątrz. Mało tego,
sprawiała wrażenie, że nie ma końca, tylko początek tu przy ścianie.


            Z
podłoża wystawały katafalki, miliardy kamiennych katafalków na których były
złożone ciała wszystkich ras, wszystkich pokoleń, wszystkich, którzy pomarli.
Nie rozkładali się, jedynie leżeli, jakby zapadli w wieczny sen. Wieczne odpoczywanie, racz im dać Panie, a
światłość wiekuista niech im świeci.
Leżeli spokojnie, jakby spętani
magicznym snem, jakby nieobecni, nie oddychali, u niektórym może coś się śniło,
innym nie.


            Kapłan
rozejrzał się. Spoglądał po ciałach, niektóre osoby nawet znał. Fingofil. Inne rozpoznawał, ale dopiero
teraz dowiedział się, że umarli. Stary brat
Johan, zupełnie tak jak w przepowiedni, pewnie zmarł w ciągu roku odkąd
opuściłem klasztor. Gdy przyszły Mroczne Elfy.
Nie czuł jednak smutku, choć
miał ochotę obudzić starego mentora. Chciałbym
ci powiedzieć, byś wstał i poszedł ze mną na spotkanie z naszym panem, na
bezpośrednie spotkanie.
W jeszcze innym miejscu zobaczył ciało Kryfstusa.
Jego prawdziwe ciało. Czy to możliwe, że
to on? Że w końcu go pokonaliśmy?


            Potem
zaś ujrzał nową sekcję, w której w szybkim tempie przybywała katafalków.
Wyrastały one z podłoża, jeden po drugim, zapełniając całe połacie pieczary,
która jednak dalej się rozszerzała. Na wyrostkach prawie natychmiast pojawiały
się śpiące ciała. Setki śpiących ciał. Wojna
trwa i oto jej pokłosie.
Odwrócił się i ujrzał leżącego wojownika. Gaupewulf, więc Armenger już padł.


            Dopiero
potem ujrzał postać, która niczym pasterz pośród swej trzody przemierza tę
krainę umarłych. Wyglądała trochę jak mężczyzna w średnim wieku, z wysokim
czołem i siwymi włosami, ale nie była przedstawicielem żadnej ze znanych ras,
choć miała rysy wszystkich. W zależności jak się na nią patrzyło, jak chciało
się ją zobaczyć. Shivan nie musiał pytać się, z kim ma do czynienia. Padł na
twarz.


- Oto jestem, mój Panie. – Odparł. – Wybacz, że stojąc u
progu twych drzwi nie zakołatałem, tylko wszedłem do środka, niczym złodziej.


- TO TAKŻE TWÓJ DOM. – Odparł bóg. – WSTAŃ, NIE WIELU MA
SPOSOBNOŚĆ ZE MNĄ POROZMAWIAĆ, WYKORZYSTAJ TO.


- No to ładnie… – Wymamrotał Shivan wstając, o dziwo
nie musiał się wyprostować. Tylko pomyślał o tym i już stał. Jeszcze muszę się przyzwyczaić.


- DO BYCIA MARTWYM? NADEJDZIE TWÓJ CZAS, CIERPLIWOŚCI.
WPIERW BĘDZIECIE MUSIELI ODPOWIEDZIEĆ, ZA WTARGNIĘCIE TUTAJ.


- Czy to nie była Twoja wola, panie? – Zapytał z
przerażeniem kapłan.


- NIEZBADANE SĄ WYROKI BOSKIE, CZYŻ NIE? NAJGORSZE JEST
TO, ŻE NAWET ROBIĄC COŚ PO NASZEJ MYŚLI ROZLICZAMY CIĘ Z TEGO. KARY JEDNAK SIĘ
NIE OBAWIAJ, BĘDZIE ADEKWATNA DO ZARZUTU.


            Shivan
nic nie odpowiedział. Zawiodłem cię, o
Panie, przepraszam.


- SKĄD WIESZ, ŻE TO NIE KARA JEST TYM, CZEGO OD CIEBIE
OCZEKUJĘ? POWIEDZIAŁEM CI, PRZECIEŻ, NIEZROZUMIESZ MOJEGO ROZUMOWANIA. DALIŚMY
WAM ŻYCIE, STWORZYLIŚMY WAS, DALIŚMY WAM TEŻ COŚ, CZEGO NIE MAMY. CIAŁO Z KRWI
I KOŚCI, KTÓRE MOŻEMY TYLKO PRZYBRAĆ NA JAKIŚ CZAS, ALE TO NIGDY NIE BĘDZIE TO
SAMO. JESTEŚCIE JAK MOTYLE, KTÓRYCH LARWY, GĄSIENICE LEDWO ŁAŻĄ PO ZIEMI I
ZJADAJĄ ROŚLINY. ŚWIATA POZA NIMI NIE WIDZĄ, NIE POTRAFIĄ SPOJRZEĆ DO GÓRY, W KOŃCU
STAJĄ SIĘ WIĘKSZE I CORAZ MNIEJ RUCHLIWE, AŻ W KOŃCU ZAMYKAJĄ SIĘ W KOKONIE,
OPUSZCZAJĄ STARE CIAŁO I WYCHODZĄ Z NOWYM. LEPSZYM. ŁADNIEJSZYM. POZBAWIONYM
WIELU OGRANICZEŃ. LATAJĄ, NIE SĄ ZALEŻNI OD ZIEMI. Z WAMI JEST TAK SAMO.
DOSTALIŚCIE CIAŁA, W KTÓRYCH SIĘ ROZWIJACIE, KAŻDY NA SWÓJ SPOSÓB, SZUKACIE
DROGI DALEJ, BOICIE SIĘ JEJ. BOICIE SIĘ PRZEISTOCZENIA, OPUSZCZENIA CIAŁA.
NOWEGO ŻYCIA.


- Zatem po śmierci ciało już mi nigdy nie będzie
potrzebne?


- STARE NIE. NOWE, MOŻE KIEDYŚ. NAWET JA TEGO NIE WIEM.

- Nie wiesz? – Powiedział przerażony Shivan.

- PO KOŃCU KOŃCÓW NADEJDZIE I CZAS DLA NAS, DLA BOGÓW, BY
JEDEN Z NAS ROZLICZYŁ POZOSTAŁYCH. NAJWIĘKSZY, NAJWAŻNIEJSZY I JEDYNY. TYM
JEDNAK SIĘ NIE PRZEJMUJ, TO NIE TWOJA DZIAŁKA.


- Mówiłeś, że nastanie życie wieczne, nowe życie. Czy ono
wygląda tak jak tutaj? – Wskazał miliardy ciał, a raczej ich reprezentacji.


- ICH CZAS JESZCZE NIE NADSZEDŁ. ONI DOPIERO, CO POMARLI,
DOPIERO W NASZYM ZNACZENIU, NIE WASZYM. TYSIĄC LAT TO NIEWIELE WIĘCEJ NIŻ
CHWILA, PRZYNAJMNIEJ Z NASZEJ PERSPEKTYWY. POTEM SIĘ OBUDZĄ. W ZALEŻNOŚCI NA CO
ZASŁUŻYLI TAM TRAFIĄ, I ILE MUSZĄ TU POLEŻEĆ TAKŻE OD NICH ZALEŻAŁO. JEDNI
ŚNIĄ, INNI NIE. CI, KTÓRZY ŚNIĄ MAJĄ NAJGORZEJ, ALBOWIEM MUSZĄ PRZEŻYWAĆ
JESZCZE RAZ SWOJE ŻYCIE NA NOWO I NA NOWO. CIĄGLE OD POCZĄTKU, NIE W CAŁOŚCI,
AŻ DO MOMENTU, GDY ZRUMIEJĄ, CO UCZYNILI. AŻ BĘDĄ W STANIE PRZED KAŻDYM CZYNEM
ZNAĆ JEGO KONSEKWENCJE. PORÓWNANIE DO MOTYLA JAK WIDZISZ JEST TU JAK
NAJBARDZIEJ NA MIEJSCU, GĄSIENICĄ SIĘ JEST NA MISCLE, POCZWARKĄ TUTAJ, MOTYLEM
W INNYCH KOMNATACH.


- Aż tak trudno jest się nauczyć tego wszystkiego? –
Pytał z zainteresowaniem kapłan.


- JEST ZBYT WIELE ZGUBNYCH DRÓG, CHOĆBY RELATYWIZM,
DZIĘKI KTÓREMU NIE CHCE SIĘ DOSTRZEGAĆ WŁASNYCH BŁĘDÓW. LEŻA TU TACY, KTÓRZY
ODPOWIADAJĄ ZA MORDY, GWAŁTY CZY WOJNY, ALE JEST TEŻ WIELU, KTÓRZY WCIĄŻ NIE
MOGĄ POJĄĆ PROSTRZYCH SPRAW. KTÓRZY DBALI O SWYCH BLISKICH, JEDNOCZEŚNIE ICH
KRZYWDZĄC. KTÓRZY KOCHALI JEDYNIE W SŁOWACH, PODPIERANYCH CZYNAMI DLA
USPOKOJENIA SUMIENIA. BO CZY JEDZENIE JEST NAJWAŻNIEJSZE? CÓŻ CI PO ŻOŁĄDKU,
GDY CIERPI DUSZA? JEST TU WIELU TAKICH, KTÓRZY NADAL NIE WIDZĄ, ŻE MAJĄ
SKRZYDŁA I MYŚLĄ TYLKO O TYM, CO BYŁO NAJWAŻNIEJSZE NA MISCLE. JEST TU WIELU
TAKICH, KTÓRZY GROMADZILI SWE SKARBY, JEDNAK NIC Z TEGO IM SIĘ NIE PRZYDAŁO I
NIE PRZYDA. I WIDZĄ SWOJE ŻYCIE, SPOGLĄDAJĄC NA NIE, WIDZĄ UTRACONE CHWILE.
CZASEM NAWET MIŁOŚĆ, KTÓRA MOGŁA ODMIENIĆ ICH ŻYCIE, A KTÓRA ODRZUCILI, BYLE
ZDOBYĆ GARŚĆ ZŁOTA. JEST TEŻ TU WIELU TAKICH, KTÓRZY WIDZĄ TYCH O KTÓRYCH
ZAPOMNIELI, KTÓRYCH SKRZYWDZILI, ODRZUCILI, A NIE ZDAWALI SOBIE O TYM SPRAWY.
NIE WIDZĄ TYLKO SWOICH CZYNÓW, ALE I KONSEKWENCJE. I NIE TYLKO CZYNÓW, A
KAŻDEGO SŁOWA, KAŻDEJ MYŚLI, BOWIEM ŚNI IM SIĘ JAK TA MYŚL KIEŁKOWAŁA I CZYM
SIĘ STAŁA. JAK JEDNO KŁAMSTWO ZMIENIŁO BIEG WYDARZEŃ, ILE OSÓB PRZEZ NIE
CIERPIAŁO, ILE OSÓB, ZUPEŁNIE NIEZALEŻNYCH OD PIERWOTNEJ SYTUACJI, CZEGOŚ PRZEZ
TO NIE OSIĄGNĘŁO, KOGOŚ NIE POZNAŁO. TYLKO DLATEGO, ŻE KILKA SŁÓW POTRAFIŁO TAK
MOCNO SKŁÓCIĆ. WIDZĄ ZATEM TU NIE TYLKO SWÓJ BŁĄD, NIE TYLKO JEGO KONSEKWENCJĘ,
ALE I DROGĘ, KTÓRA DO NIEGO DOPROWADZIŁA. POWOLNĄ, ACZ KOMPLETNĄ, PEŁNĄ
RELATYWIZMU, KTÓRYM SIĘ UMACNIAŁA. SĄ TEŻ I TACY, KTÓRZY CHCIELI DOBRZE,
CHCIELI NAPRAWIAĆ NIESPRAWIEDLIWY ŚWIAT, A JESZCZE BARDZIEJ GO PORANILI. MÓWI
SIĘ, ŻE ZBŁĄDZIĆ NAJŁATWIEJ JEST PRZEZ DOBRE INTENCJE. I TO CHYBA PRAWDA,
SPOJRZYŻ NA NICH WSZYSTKICH I ZOBACZYSZ CHWAŁĘ, ZOBACZYSZ MARZENIA, W KTÓRYCH
NIE MA ZNISZCZENIA, NIE MA ZGLISZCZ, TO TYLKO ŚRODKI BY JE OSIĄGNĄĆ.


- Mogę zobaczyć, co oni widzą? – Spytał zaciekawiony
Shivan.


- OCZYWIŚCIE, O ILE MASZ WYSTARCZAJĄCO ODWAGI.

            Kapłan
podszedł do jednego z ciał. Mężczyzny, dotknął ręką jego czoło i zobaczył, to
co widział ów człowiek. Wspaniałą przyszłość, z kobietą którą kochał, z która
miał dzieci, które były bezpiecznie. Czuł narastające emocje i kołatanie serca,
czuł jak mężczyzna pożądał tej kobiety, zgubił gdzieś miłość. Nie pamiętał o
uczuciu, a pożądanie w nim narastało, narastała też frustracja. Godziny
spędzone w samotności. Rozmyślania o niej. Samogwałt. Rosnąca nienawiść do jej
ukochanego. Shivan nie dostrzegał już piękna, nie dostrzegał już uczucia, tylko
narastającą furię. To nie była miłość, tylko zauroczenie i pożądanie, które nie
zostało zagłuszone, które narastało, niczym narośl rakowa, które wyniszczało
duszę mężczyzny. Kapłanowi było coraz trudniej to wytrzymać. Rozumiał dlaczego
nie mają tu ciał. Żadne ciało nie wytrzymałoby takich emocji, tyle cierpienia. Serce
by pękło. Gdy jednak pozostawała sama dusza, sam umysł, było inaczej, wszystko
można było znieść, acz była to katorga. Konieczne
oczyszczenie przed dalszą egzystencją, przeistoczenie.
Ujrzał wtedy nóż
leżący na stole. Myśl. Jedną, krótką, acz zabójczą. Myśl, która w końcu
przybrała realne kształty. Stała się morderstwem. Zabójstwem kochanka tej
dziewczyny. Wtedy było najgorsze, przynajmniej z tego, co już ujrzał. Co poczuł.
Żal, smutek, rozpacz, uczucie straty, bezradności, opuszczenia, zawiedzenia. Nie
był już w umyśle mężczyzny, ale jego tak zwanej ukochanej. Kapłan chciał już
zabrać rękę, nie mógł tego wytrzymać. Nie było tu żadnych pozytywnych emocji. Brakowało
chwil uspokojenia, jedynie nawroty smutku i cierpienia. Skumulowane. Czy to
była miłość? Potem ujrzał mężczyznę, który zdesperowany wziął kobietę siłą. Zgwałcił
ją. Tę, którą rzekomo kochał. Której kiedyś chciał dać wszystko, wspaniały dom.
Nie widział już miłości, jej tu nigdy nie było, tylko ułuda. Dziewczyna bowiem
była ładna, gdy była młoda, gdy była zakochana. Ujrzał ją starszą, styraną
życiem, zmęczoną, smutną. Bitą. I jeszcze raz ujrzał dom marzeń, a potem dom, w
którym żyli. Obrazy się nakładały. Były coraz intensywniejsze i coraz
boleśniejsze. Głodne, chore dzieci. Alkohol. Przemoc. Za każdym z tych czynów
szły myśli. Małe dziecko płakało, gdy ojca bolała głowa, więc dostało tęgie
lanie. Nigdy nie miało potem już sprawnej lewej ręki, a gdy elf poczuł ból
matki, aż wrzasnął. Obrazy szły dalej.


            Shivan
nie wytrzymał w końcu, zdjął rękę. Nie mógł już na to patrzeć, nie mógł tego
odczuwać. Nie chciał tego przeżywać. Co
musi się dziać z tymi, którzy popełnili większe zbrodnie.


- Starczy mi.

- W TEN SPOSÓB ŚWIAT WIDZIMY MY. PEŁNIEJ, ROZUMIESZ? W
MODLITWACH PROSICIE O RÓŻNE RZECZY, ALE RZADKO KIEDY MYŚLICIE, CO Z TEGO
WYNIKNIE. TU WIDZIAŁEŚ PRZYKŁAD. MÓGŁBYŚ DOTYKAĆ KOGOKOLWIEK, HISTORIE ZAWSZE
BĘDĄ PODOBNE. GDZIEŚ NA POCZĄTKU JEST TYLKO MYŚL, PEŁNA NADZIEI, KTÓRA ZAMIENIA
SIĘ W ŻAR, SPALAJĄCY WSZYSTKO, CZEGO SIĘ DOTKNIE. CZY INTENCJA NIE BYŁA DOBRA?


- Zatem czy miłość naprawdę jest najważniejsza?

- OWSZEM JEST, ALE TYLKO I WYŁĄCZNIE DOBRZE ROZUMIANA. POTRAFICIE
ROZRÓŻNIĆ DOBRO OD ZŁA, ALE NIE CHCECIE TEGO ROBIĆ, UNIKACIE TEGO.


- Znajduje się masa tłumaczeń, wszystko, tylko nie
właściwa ocena. Tu można się tego nauczyć, prawda?


            Zamyślił
się chwilę. Starał się przypomnieć swą podróż, odkąd wyruszył z klasztoru.
Spotkał morderców, istoty, które tak bardzo starały się przeżyć, że zapominały
o innych, a tym, którzy lepiej się zakamuflowali zazdrościli. Hedonistów, gniewnych,
leniwych, opuszczonych, zapomnianych.


- Oni wszyscy myśleli tylko o sobie.

- I TO W BARDZO KRÓTKOWZROCZNY SPOSÓB. NIE ZAKŁADALI, ŻE ŻYCIE
TO NIE KRES EGZYSTENCJI, ALE TEŻ NIE MYŚLELI O SWEJ ŚMIERCI. NIE BYLI NA NIA
GOTOWI.


- Czy zatem wszystkie to obrządki, związane z ciałem mają
jakikolwiek sens?


- CIAŁO TO POWŁOKA, KTÓRĄ TRZEBA ZRZUCIĆ, BY ŻYĆ WIECZNIE.
Z PROCHU POWSTAŁO I W PROCH SIĘ OBRÓCI. JEST ZWIĄZANE Z ZIEMIĄ, POWINNO WIĘC
STAĆ SIĘ JEJ CZĘŚCIĄ.


            Shivan
jeszcze raz spojrzał na ten ogrom ciał. Z jednej strony było to wspaniałe, z
drugiej przerażające. Gdy żył na Miscle, miał tak wiele pytań do swego Pana,
teraz nie potrafił z siebie wiele wykrzesać, to wszystko go przerastało.
Najbardziej zaś przerażało go leżenie i wspominanie wszystkich swoich błędów i
ich konsekwencji.


- Chciałbym umieć ich unikać.

- MÓWISZ TAK, PONIEWAŻ ZOBACZYŁEŚ KONSEKWENCJE
KRÓTKOWZROCZNOŚCI. MINIE WIELE CZASU NIM NAUCZYSZ SIĘ ICH UNIKAĆ, TO NIE JEST
MOŻLIWE, PÓKI SIĘ ŻYJE. TAK JAK CI MÓWIŁEM, EGZYSTENCJA TO COŚ WIĘCEJ NIŻ TYLKO
STĄPANIE PO MISCLE. TO DOPIERO POCZĄTEK, Z KTÓRYM KAŻDY MUSI SIĘ ZMIERZYĆ. BEZ
WYJĄTKU. DOPIERO POTEM PRZYJDZIE DO NAS.


- A ja?

- JESZCZE NIE UMARŁEŚ WE WŁAŚCIWY SPOSÓB.

- Skąd będę wiedział, który jest właściwy.

- BĘDZIESZ WIEDZIAŁ. ZAPRAWDĘ POWIADAM CI, SAM GO SOBIE
WYBIERZESZ. I TO BĘDZIE MĄDRY WYBÓR, ALE NIE NASTĄPI TO W NIEDALEKIM CZASIE,
MYŚLĄC W KATEGORIACH ELFA.


- Zatem wrócę na Miscle?

- DWA RAZY. PO TO WAS TU CHCIELIŚMY. – Odrzekł tajemniczo
Morrou. – CHODŹMY, BO NA NAS JUŻ CZEKAJĄ.


            Shivan
jeszcze raz spojrzał na tę salę. Wiedział, że już nigdy tu nie wróci,
przynajmniej nie w ten sposób, w jaki przyszedł teraz. Najbardziej niesamowite w
tym wszystkim było to, że w tej pieczarze wszyscy byli równi. Moredhele i orki,
ludzie i gnomy, elfy i krasnoludy i wszystkie inne rasy, nawet takie, których
nie potrafił nazwać. Przedstawiciele obu płci, wszystkich narodów, wszystkich
stanów, wszystkich wieków leżeli razem i zupełnie niczym się nie różnili. Niech odpoczywają w pokuju.

Komentowanie nie jest możliwe : więcej...

stat4u <!-- s4uext=s4upl(); document.write('stat4u') //--> stat4u

Blogroll

Kilka bardzo polecanych stron...