orthank blog

Tag: kongres

CCCXV.

przez , 15.maj.2011, w Bez kategorii

Wbrew
obawom Larandara Kongres Kontynentalny przebiegał bardzo sprawnie. Wicekról
William musiał wyciągnąć wnioski z Kongresu Altubrskiego, na którym choć go nie
było, z pewnością dokładnie mu go zrelacjonowano.

-
Panowie i panie. – Rzucił na samym początku. – Czas to najcenniejszy z naszych
zasobów, a my musimy się dogadać. Mamy czas do końca roku, potem ograniczymy
sobie posiłki i wolny czas. Racje będą zmniejszane dzień w dzień, aż dojdziemy
do porozumienia.

Wywołało
to pewne oburzenie, ale protesty na nic się zdały. Mieli dokładnie dwa dni na
normalne obrady, potem słabsi delegaci będą odpadać.

-
Chce nas oszwabić. – Mówiła cicho Ishet.

-
Nie wiem, do czego on dąży, ale to jest człek, który łatwo się nie podda. –
Powiedział jej Brig.

Krasnoludowi
zrobiło się bardzo głupio, najchętniej wyszedłby z budynku obrad i wrócił do
Miami. Dopiero w chwili przerwy poprosił na chwilę chłopkę, maga i elfa na
słówko.

-
Pewnie wiecie, że książę William, cóż okazał mi gościnę podczas rejsu. Trochę
sobie pogadaliśmy, popiliśmy. Wiem, wiem za dużo.

-
Do czego zmierzasz? – Zapytał czarodziej.

-
Mają romans! – Krzyknęła chłopka.

-
Ty i książę… – Parsknął śmiechem fechmistrz.

-
Chciałbym, by to było tak proste. Ale nie… – Czerwienił się krasnolud. –
Chodzi o to, że mogłem chlapnąć trochę za dużo. Byłem mocno wstawiony, nie wiem
dokładnie o co mnie wypytywał, i nie pamiętam, co powiedziałem.

-
No nie! Zdrajca w drużynie! – Oburzyła się chłopka.

-
Miałem chwilę słabości…

-
Nie pij tyle. – Pouczył go mag.

-
Zobaczcie jak książę, przepraszam wicekról pije alkohol. Tylko zamacza usta, a
te zamaszyste ruchy… On nie wypił nawet toastu na otwarciu. Dopiero teraz to
widzę. Wycyckał mnie w prosty sposób. Myślałem, że to młodziak.

-
No nic, – odparł ponuro Larandar. – Nic teraz z tym nie zrobimy, ale lepiej
założyć, że William wie więcej o nas niż my o nim. I że może to wykorzystać.

-
Mógł już nas wykorzystać. Po przerwie mamy przedstawiać porozumienie z
Republiką. – Powiedział Mirak. – Nie wiemy, co mówią o nas w kuluarach.

-
Błagam, tylko nie mówcie o mojej wpadce pułkownikowi. Nie chcę od niego słyszeć
żadnej tyrady.

-
Należy ci się. – Pomstowała chłopka.

-
Na to przyjdzie czas później. – Przerwał jej elf.

-
Wiem, głupio się zachowałem. Przepraszam.

-
Zostawmy to na razie. – Larandar nie zważał na krasnoluda. – Musimy ustalić
jedno, czy William działa sam w swoim interesie, czy jest kolejnym pomiotem
Iluminarich.

-
Wspominał tylko, że jego szkolenia doglądał Peter DeMenace. – Rzekł smutno
Bregsorn.

-
Przy odrobinie szczęścia nastawił go przeciw LeFevre’owi. – Marzył elf.

-
Wątpię. – Stwierdził czarodziej. – Logiczniej założyć, że nawet jeśli nie
współpracują wprost, to i tak Iluminarowie mogą manipulować Williamem. Ale
jeśli pamiętacie te insynuacje Van Halena o tym, że ktoś jest szpiegiem, to
myślę, że wicekról mniej lub bardziej świadomie, wyśpiewał wszystko LeFevre’owi.
Gustav musiał wyczuć, że Irlenia wie za dużo, dlatego siedzi cicho i pewnie
szuka szpiega.

-
I załatwi go tak jak tego sabotażystę w Miami. – Wtrąciła się chłopka. – Po cichu
i bez świadków. To do niego podobne.

Brig
westchnął głęboko i spuścił głowę.

-
Ale namieszałem.

-
Pułkownik ma swoje wady i zalety. – Przyznał elf. – Trudno mi go rozgryźć. On
sam milczy o tym, co zrobił, a opowiada dużo o rzeczach, których nie zrobił.
Może źle go oceniłem i to przemyślana strategia, właśnie związana z jakimś
szpiegowaniem. – Zamyślił się chwile. Albo
jakiś przekręt.
– Lepiej będzie jak pułkownik dowie się o tej wpadce od
nas. Przynajmniej nikogo nie ukatrupi.

-
Tylko powiedzmy mu o tym po Kongresie. – Zaproponował mag. – Na razie niech
pozostanie czujny.

Gdy
wrócili do izby w której odbywała się dyskusja, Larandar przedstawił założenia
porozumienia z Karmazynową Republiką.

-
Ona jest teraz częścią Imperium. Atak na nich oznacza wypowiedzenie wojny nam. –
Mówił fechmistrz.

-
To ładnych sobie sojuszników obraliście. Dzikusów! – Zirytował się William. –
Król Ferdynand pewnie się by przekręcił, gdyby się o tym dowiedział! Zdrada!
Każdy kto wchodzi w konszachty z Moredhelami, nie powinien mieć prawa głosu w
tym miejscu! Obrażacie to zgromadzenie! Ale czego się spodziewać, po elfie…
Przybłędzie z południa.

Larandar
tylko spuścił głowę. Ulryku daj mi siłę.
To nie jest walka, do której jestem przygotowany.
Wiedział, że nie będzie
mógł używać oręża, został tylko język. Panie
spraw, by moje słowa były ostre i przenikające.


-
Nie przybyliśmy tu by mordować Mrocznych Elfów, ale by rozbić ich armię. –
Oznajmił spokojnie.

-
Szkoda ci twoich ziomków? – Parsknął wicekról. – Nie dziwię się, czego
spodziewać się po elfie. Pierwsze co zrobił, to zaczął knuć… A podobno ten
wasz stary klecha odpowiada za wyniszczenie części naszej armii. Nasze wojska
mordują nasłane przez Mroczniaków bandy, a wy się z nimi układacie.

-
Także i my mamy problem z drzewcami. – Oznajmił fechmistrz. – One nie są…

-
Znów bronisz swych ziomków. Przyznaj się do zdrady. Mroczne Elfy i w ogóle
wszystkie elfy powinny zostać pozbawione jakichkolwiek praw! Nie można wam
ufać! Nie można respektować żadnych umów z tą tak zwaną Republiką! – Wydzierał się
William. – Zetrzemy ją w drobny mak!

Niektórzy
przedstawiciele innych koloni zaczęli mu wtórować i bić brawo.

-
Jeśli Imperium chce zmienić sojusznika, proszę bardzo! Ale to oznacza wojnę
totalną! I nie tylko tu!

Mirak,
Brig, Ishet i Gustav spoglądali na siebie nerwowo. Nie wiedzieli jak pomóc
fechmistrzowi. Jedynie LeFevre spokojnie siedział i uśmiechał się. Elf spojrzał
na niego. Skurwiel, nie udało się
zniszczyć Imperium po dobroci, to znalazł inny sposób. Nawet jak tu wybuchnie
wojna, nie zdołamy ostrzec Ferdynanda.
Gdyby tylko mógł, podszedłby do
Iluminariego i zaczął go dusić. Ale to
niewiele da.


Rajmondus
zaś bawił się sytuacją w najlepsze. Wchodził sobie w umysł fechmistrza i igrał
z jego emocjami. Złością i wściekłością, która go zalewała. Bezradnością,
której nie potrafił poskromić. I to wszystko musiał w sobie tłumić, by zachować
normy politycznej debaty.

-
Traktowali nas jak zwierzęta! Teraz jest czas odwetu! – Napawał się swoim
tryumfem wicekról. – Czy ktoś jeszcze wątpi, że Republikę trzeba zetrzeć w proch?

Fechmistrz
chciał już coś powiedzieć, ale William wszedł mu w słowo.

-
I ma ku temu jakieś przekonywujące argumenty. A nie pierdoły o kobietach i
dzieciach…

Na
sali zapanowała cisza. W tym momencie spokojniutko wstał LeFevre.

-
Cieszę się, że w końcu zaczęliśmy mówić o argumentach. – Powiedział spokojnie. –
Gaskonia i Galocja przyłączyła się do krucjaty w konkretnym celu. Chcemy
zapewnić sobie bezpieczeństwo od Moredheli. Dzikusy nas nie interesują. Można
ich wybić, na wszelki wypadek, ale na razie nie stanowią dla nas problemu. Ta
Republika to kilkaset osad, prymitywnych, zacofanych. Oni nie potrafią
wykrzesać magii, oni nie pamiętają swoich technologii. To nie jest przeciwnik z
którym chcemy walczyć. Nie z powodu, kobiet i dzieci. Jesteśmy dumnymi
wojownikami, honorowymi.

-
Oj, bo jeszcze uwierzą. – Wymsknęło się Mirakowi.

-
Ciszej, bo mógł słyszeć. – Spanikowała Ishet.

-
I nie chcemy walczyć z dzikusami! Szkoda naszej energii. – Kontynuował LeFevre.

Spojrzał
na salę. Wszyscy go słuchali. To on tu rządził, nie Larandar i nie William. DeMenace dobrze wyszkolił szczeniaka, ale
trzeba go ustawić do pionu.


-
Oczywiście jeśli taka wola tchórzliwych dowódców, możemy wyrżnąć dzikusów. Tu i
teraz! Ale Gaskonia i Galocja chce walczyć z prawdziwym wrogiem! Jeśli
niebezpieczni Moredhele gdzieś są trzeba ich dopaść! Za wszelką cenę! I nie
mamy czasu zajmować się płotkami!

Wiele
osób na sali nie mogło wyjść ze zdziwienia.

-
W co on pogrywa? – Zastanawiał się Brig.

-
Widać nie jest tylko lepszym magiem, ale i politykiem niż nasi. – Rzucił niby
smutno Gustav. Dobrze, że stoję po
właściwej stronie.


-
Gaskonia i Galocja podąży na zachód i na południe, szukając wrogów! Co zrobi
reszta, nas nie obchodzi.

-
Imperium również będzie ścigało prawdziwe zagrożenie. – Oznajmił Larandar.

-
Ale co jeśli ta Republika to pułapka? Podstęp? – Zastanawiał się głośno
William. – Nie powinniśmy ich zostawiać na tyłach.

Jego
ton złagodniał. Arogancki młodzian nie chciał się przyznać do błędów, ani
tchórzostwa. Wolał zmienić front w bardziej neutralny sposób.

-
To jest prawdziwy problem. Czy można im zaufać? – Zastanawiał się głośno
LeFevre i spojrzał na Larandara. – Potrzebujemy tylko i wyłącznie kogoś, kto za
nich zaświadczy. Kogoś, kto zagwarantuje, że są pokojowo nastawieni.

W
głowie elfa kłębiły się różne myśli. O co
chodzi temu draniowi? On mnie wystawia, tylko do czego?


-
Czy ręczysz za nich? – Zapytał fechmistrza.

Ten
chwilę się zastanawiał. Mam wątpliwości,
ale po tym co widziałem… Choć widziałem już tyle rzeczy. Czy to może być kolejna
sztuczka LeFevre’a? A może teraz się mną bawi.


I
bawił się. Obserwując jak elf się miota, Rajomondus doznawał wręcz pewnej
mentalnej ekstazy. To mu się podobało.

-
Ręczę. – Oznajmił w końcu, trochę niepewnie, Laradnar.

-
Głową? – Zapytał prawie natychmiast Iluminari.

Elf
gniewnie spojrzał w oczy czarnoksiężnikowi. Ty
chuju, o to ci chodziło. Wystarczy, że dokonasz jakiejś prowokacji i będę
musiał się poddać egzekucji.


- Głową! – Ryknął elf. Oby to nie był mój ostatni, życiowy błąd!

Komentowanie nie jest możliwe : więcej...

CCXLVIII.

przez , 03.lut.2011, w Bez kategorii

Formalnie
nie powinni nosić ciężkiej broni. Larandar sam pilnował by przestrzegano tego
przepisu, ale jednocześnie musiał go złamać. Kazał sprowadzić swój magiczny
miecz, zapakował go w futerał, w którym normalnie trzymano instrumenty i
zamierzał z nim udać się do komnaty, w której miało odbyć się spotkanie.

-
Jest problem! – Wbiegła do jego pokoju Ishet.

-
Co się stało? – Mam teraz inne problemy
na głowie.


-
Durak…

-
Upił się, czy co?

-
Jejku! Zniknął! – Panikowała kobieta. – Siedział w kantynie, pił i zjadał
ciasteczka i rozpowiadał o Moredhelach. No i zaczepił go… ten Irleńczyk.
Peter DeMenace. Powiedział, że nie życzy sobie wojny z Mroczniakami i sprawił,
że ambasador zniknął!

-
Zniknął?

-
Tak! – Mówiła spanikowana kobieta.

W
tym momencie, do komnaty wszedł Mirak.

-
Jeszcze tu jesteś? Ile mamy czekać. – Dopytywał czarodziej.

-
DeMenace zaczął rozrabiać. – Rzucił tylko Larandar. – Myślę, że Ishet pójdzie z
nami. Nawet lepiej, by nikt jej nie widział bez lemurianina.

-
LeFevre sprawiał wrażenie, że wojna z Moredhelami mu odpowiada. – Zdziwił się
mag.

-
Nigdy nie wiesz, co łazi po głowie Iluminarom. Może dlatego Brig się ich tak
panicznie boi. – Rzucił fechmistrz. – Dobra zbieramy się.

Cała
trójka szybko wyszła z komnaty i udała się do kryjówki. Tam rozmawiali chwilę,
Ishet jeszcze raz wyjaśniła, co się stało z Durakiem. Właściwie mógł znajdować
się gdziekolwiek, pod warunkiem, że wciąż żył.

Koło
południa pojawili się w komnacie DeMenace z Henrykiem XI oraz król Uther i
arcyksiążę Ferdynand. Wymienili uprzejmości. Służba przyniosła im jakiś
poczęstunek. Oczywiście zgodnie z wymogami, Uther dostał własny, przygotowany
przez własnego kucharza i podany przez własnego kamerdynera, a Henryk dostał to
samo przygotowane przez swoich podwładnych. Jedynie, co ustalono, to że menu
było takie same, ale prawdopodobnie dlatego, że ustalali to kucharze, a nie
władcy. Tym pierwszym przyświecał cel, by przebić konkurenta smakiem, a nie
sprzeciwiać się za wszelką cenę.

I
Ferdynand i Uther czasem sobie podjadali przygotowane kanapki. DeMenace
spróbował tylko jedną. Nie miał na więcej ochoty. Władca Irlenii zaś ani nie
jadł, ani nie pił.

-
Kongregacja jest naszym wrogiem. – Mówił Henryk. – Atak na Mroczniaki to
samobójstwo. To ich ziemia, o której nie wiemy kompletnie nic. W dodatku tylko
ich rozzłościmy, a jednocześnie odsłonimy się Kongregacji.

-
Kongregacja powstała jako sojusz przeciw Moredhelą. Nie wejdą z nimi w ligę, by
kogoś atakować. – Oburzył się Rassar.

-
Czasy się zmieniają. – Dodał Peter. – Nie powinniśmy ufać dawnym bohaterom.
Zwłaszcza jeżeli są jaszczurami.

-
Dochodzimy do jakiś rasistowskich… – Próbował wtrącić się Ferdynand.

-
Niewiele wiesz o świecie. – Przerwał mu DeMenace. – Tak zwane jaszczurki,
sprowadziły na Miscle co najmniej jedną zagładę. I to one najbardziej zyskały
na drugiej. Sądzisz, że przez przypadek.

-
Nie powinniśmy mieszać upadku Kompanii Chaosu z Wojną. – Oburzył się Uther. –
Zresztą w obu przypadkach to właśnie te jaszczurki odegrały kluczową rolę, po
właściwej stronie.

-
Właściwej to dobre słowo. – Kontynuował Iluminari. – Bo nic nie znaczy. Może
spróbujecie naszych kanapek? – Zapytał, bawiąc się nożem. – Właściwej, nie
zwycięskiej i nie dobrej. Właściwej dla nich. Zniszczyli wspaniałe, funkcjonujące
państwo.

-
Wspaniałe? – Parsknął śmiechem Ferdynand. – Próbujesz powiedzieć, że Hegemonia
była wielka i wspaniała?

-
Przynajmniej nie próbuję opowiadać banialuk, którymi karmi się małe dzieci. –
Odparł DeMenace. – Kompania nigdy nie była idealna, ale to był złoty okres w
historii Miscle. Daleko nam do tamtego rozwoju. Druga Era to najlepszy czas
jaki dano naszym rasom. Szkoda, że został źle wykorzystany.

-
Źle wykorzystany? – Uther myślał, że zaraz coś go trafi.

-
Jak widać dzieli nas bardzo wiele. – Stwierdził Henryk. – Ani historii nie
pojmujemy tak samo, ani…

-
Zamilcz. – Pouczył go Iluminari. – Coraz bardziej mnie nudzi twoje smęcenie.
Nie masz argumentów, się nie odzywaj.

Ferdynand
z Utherem spojrzeli na siebie.

-
Dlatego przegrywacie. – Kontynuował DeMenace. – Bawicie się w gierki, a wiecie,
kto rządzi Irlenią. Czemu nie próbujecie się ze mną układać? Jak długo chcecie
ciągnąć tę nudną grę w Kongres. Chyba nie macie jaj, by coś osiągnąć.

-
Mówisz do króla, nie zapominaj się. – Pouczył go arcyksiążę.

-
Spierdalaj. To nie jest król – spojrzał na Henryka. – Tylko moja marionetka. A
to – spojrzał na Uthera. – Nie wiem, ale ciekawie byłoby go wydać ludowi. Niech
go osądzą.

-
Chyba nie dojdziemy do porozumienia. Nie w taki sposób! – Zirytował się Uther.

-
W sumie masz rację. – DeMenace się zamyślił. – Strasznie nudna ta rozmowa. I
szkoda na nią czasu.

Następnie
błyskawicznie rzucił nożem w kierunku władcy Imperium. Ostrze wbiło się w
gardło. Król złapał się za nie i zaczął się dusić.

-
O kurwa! – Zdenerwował się Ferdynand podrywając się z miejsca.

Wyciągnął
nóż i próbował tamować krwotok.

-
Teraz przynajmniej będzie ciekawie. – Uśmiechnął się Peter. – Zaraz wszyscy się
dowiedzą, jak kanclerz zabił swego władcę, by tylko dostać się na tron. Słowo
jednej osoby przeciw słowu dwóch? Jesteś skończony Ferdynandzie.

Larandar
słysząc to zastanawiał się jak zareagować. Chyba
wiem, czemu Brig się tak bał tego typka. To taki mniej przyjemny, mniej
pokrętny i bardziej nieprzyjemny LeFevre.
Nie było sensu czekać dłużej.
Otworzył drzwi i wybiegł wprost na Iluminariego.

-
Stój! Mylisz się!

-
Gdzie? Ja? – Zaśmiał się DeMenace. – Wliczyłem te kilka trupów, które zaraz
stworzę. Ja kreuję rzeczywistość.

Henryk
XI wstał i odsunął się pod ścianę.

Peter
prawie dokładnie w tym samym momencie wyczarował kulę ognia. Każdy w izbie
poczuł jej żar na swojej skórze.

Mirak
próbował zaatakować magicznie przeciwnika. Larandar rzucił się na niego z
mieczem. Starali się nie zważać na swój ból. Ishet wybiegła z komnaty.
Ferdynand klęczał przy umierającym królu. A DeMenace jedynie się śmiał.

Czary
Miraka były błyskawicznie blokowane.

-
Gdzieś ty się uczył magii… W Bestwince? – Naigrywał się Peter. – A nie, tam
ponoć wszystko jest cacy. Tak, wiem o was dużo więcej, niż wam się wydaje.

Kolejna
kula ognia zajęła całą komnatę. Larandar musiał zamknąć oczy i atakować na
ślepo.

Ciało
Miraka runęło na ziemię. Oddychał, ale w ogóle nie reagował na bodźce
zewnętrzne.

-
A jakby tu się elfa pozbyć? – Zastanawiał się głośno Peter.

Dał
nawet się uderzyć. Tylko po to, by fechmistrz mógł poczuć furię zdenerwowanego
maga!

Tymczasem
Ishet wbiegła do kantyny.

-
Szybko… pomocy! – Krzyczała zdyszna do Erlana.

Ten
jednak nie reagował. Pił.

Chłopka
nie miała czasu na przekonywanie go. Chwyciła jego gadającą butelkę i uciekła. Alkoholik ruszy za mną.

Arcymag
zerwał się na równe nogi, ale Ishet była dużo szybsza.

-
Co ty robisz, głupia babo! Puść mnie! Przewrócisz się i coś mi się stanie! –
Wydzierał się Szef. – W ogóle mnie nie słuchasz!

-
Shivan! Ukradli Szefa! – Wydzierał się pijackim głosem Erlan.

Kapłan
szybko do niego dobiegł.

-
Ciszej trochę, zaraz to załatwimy.

-
Co za czasy! Żeby butelki kraść! I to do połowy puste! A było siedzieć z tym
zapijaczonym lemurianinem… – Irytował się Erlan.

Gdy
chłopka wbiegła z Szefem do komnaty, król Uther już nie żył. Ogień go dobił.
Larandarowi też niewiele do śmierci brakowało. Różne przedmioty zaczęły lecieć
w jego stronę i wbijać się w jego ciało. Najbardziej wystawał żyrandol. Elf
ledwo oddychał.

-
A o to chodzi! Trzeba było tak od razu. – Rzucił Szef i wyrwał się Ishet.

DeMenace
próbował go atakować magicznie, ale nie odnosiło to żadnych skutków. Butelka
podbiegła do niego, wskoczyła mu na nogi, potem się wdrapała aż do szyi,
zaczepiła swoimi nóżkami o kołnierz i zaczęła delikatnie uderzać łapkami w
twarz Iluminariego.

-
Mam nadzieje, że nie chcecie go przesłuchiwać!

Uderzała
coraz mocniej i mocniej, a twarz DeMenace zamieniała się coraz bardziej w
miazgę. W końcu padł na podłogę.

W
tym momencie do izby weszli Erlan i Shivan.

-
No to ładnie… – Stwierdził kapłan widząc pobojowisko.

-
Lepiej niech ktoś idzie po Shlayan. – Rzucił arcymag.

Spojrzał
na rannego księcia, który ze smutkiem klęczał przy ciele swego króla. Spojrzał
na ciało Miraka.

-
Kradzież umysłu. Banalnie prosty czar. Dziwne, że ktoś to jeszcze stosuje.

Czarodziej
się ocknął. Próbował się podnieść.

Potem
arcymag spojrzał na Henryka XI, który zmienił postać.

-
Jestem zmiennokształtnym. Byłem zmuszony. – Tłumaczył się.

- Na razie musimy
ustalić, co tu dokładnie zaszło. – Stwierdził kapłan. – Potem ustali się plan
działań naprawczych.

1 komentarz :, , , , więcej...

CCXLVII.

przez , 02.lut.2011, w Bez kategorii

Powoli
zbliżał się koniec roku. Ten czas standardowo poddani Imperium mieli zazwyczaj
bardziej wolny. Kiedyś niektórzy spędzali te dni z rodziną, lecz widmo głodu
mieszało wszystkim szyki. W dodatku, choć wielu gości czuło się już zmęczonych
trwającym prawie dwa tygodnie Kongresem, nadal nie widać było żadnych ustaleń.
Nie istniało nic, co mogłoby połączyć Stary Świat.

Król
Uther ogłosił trzy dni przerwy w naradach. Oczywiście spotkało się to z bardzo
ostrym sprzeciwem ze strony Henryka XI, który stwierdził, że taka przerwa to
marnotrawienie ich czasu.

Przed
arcyksięciem Ferdynandem piętrzyły się nierozwiązane problemy. Z jednej strony
ambasador Durak zaczął rozpowiadać o rychłym ataku Mrocznych Elfów. Podobno
arcymag Narshy zabrał go do krainy Mroczniaków. Nikt nie wierzył w plotkę, ale
zdenerwowanie robiło swoje. To akurat podobało się kanclerzowi. Zagrożenie ze
strony Moredheli, według słów Larandara było całkowicie nierealne, ale z drugiej
strony, stało się pierwszym tematem, który powoli wprowadzał inny podział.
Władcy, którzy nie wychylali się, zwłaszcza z Unterdamu czy Estilionu, mocno
poparli Duraka. Nawet lemurianin zdawał sobie sprawę, że to jak Rodryk ich
potraktował, nie wynikało z jego dobrej woli. W przypadku kolejnego starcia
Kakofon może mieć mniej szczęścia. I choć Henryk XI twierdził, że prawdziwym
wrogiem jest Kongregacja, to tracił większość sojuszników. Nawet przedstawiciel
Dark Water przyznał, że lepszy byłby atak prewencyjny na ziemie Moredheli.
Oczywiście Irlenia zaprotestowała przeciw takiemu stanowi rzeczy, twierdząc, że
nie należy wywoływać wilka z lasu.

Z
drugiej strony LeFevre zaczął także interweniować. Próbował naciskać na
władców, jakby chciał przywołać ich do porządku.

Arcyksiąże
wezwał do jednego z pokoi Larandara, Miraka i Briga.

-
Rozumiem, że Ishet pilnuje Duraka? – Zapytał siadając przy stole.

Na
twarzy kanclerza widać było zmęczenie. Nie należał on do ludzi, którzy dużo
odpoczywali, ale Kongres powoli go wyniszczał. Chroniczne niedospanie, stres,
to wszystko odbijało się w wyglądzie Ferdynanda. I jeszcze zima i brak słońca.
Wyglądał trochę jak chodzący trup, względnie cień człowieka z którego powoli
ktoś wysysał życie.

-
Tak. – Przyznał Larandar.

Książę
wyciągnął kartkę.

-
Udało mi się zaaranżować spotkanie między królem Utherem i Henrykiem XI. Jutro
w towarzystwie moim i Petera DeMenace’a. Król Irlenii ostatecznie przystał na
to, by jutrzejszy dzień stał się tylko dniem rozmów w kuluarach.

Jednocześnie
pisał coś na kartce.

-
Chciałbym byście zagwarantowali, że nikt nam nie przerwie tej rozmowy.

Potem
skinął palcem, by podeszli i pokazał kartkę. Było tam napisane: „Nie ufam
DeMenace’owi, potrzebuję wsparcia”.

-
Za pozwoleniem – rzucił Brig. – Wasza wysokość, ale lepiej będzie, jeśli wyjdę.
DeMenace ma na mnie zły wpływ.

-
Boisz się go? – Zapytał elf.

-
Panicznie. – Odparł krasnolud.

Nikt
jednak nie potrafił wyczuć czy to prawdziwy sarkazm, czy tylko udawany.

-
Nie będę tego słuchał dłużej. – Powiedział krasnolud. – Powiem tylko co myślę o
DeMenacie i wychodzę.

Ferdynand
nie wiedział jak zareagować. Pokazał ręką, by zachowali spokój.

-
Odbiło ci!? – Krzyknął. – Wytłumacz się i znikaj!

-
Przeprasza wasza wysokość, – kajał się Bregsorn. – DeMenace to… – Jak tu nie powiedzieć Iluminari…
Zombie. W ogóle nie śpi. I mam wrażenie, że zaraził zombiactwem króla Henryka
XI. W dodatku… DeMenace to chyba licz, który kontroluje inne zombie.

Elf
próbował się nie roześmiać. Jeśli LeFevre
to podsłuchuje, to musi mieć niezłą zabawę.


-
Widziałem tylko, że król Henryk w ogóle nic nie je, ani nie pije. I w obecności
DeMenace zachowuje się służalczo. Dlatego myślę, że to animowany zombie. Lepiej
będzie jeśli nie będzie ich dotykać…

-
To wszystko, co masz do powiedzenia? – Zapytał Ferdynand ostrym tonem.

-
Tak, wasza wysokość. Zombie to poważna choroba.

-
W takim razie, panie Bregsorn, proszę stąd natychmiast wyjść i nie pokazywać mi
się na oczy w najbliższym czasie. Zombie, też mi coś!

Gdy
krasnolud wychodził, książę rozrysował na kartce schemat komnaty, w której będą
prowadzone rozmowy. Zaznaczył też miejsce, w którym mają się ukryć.

-
Poczęstujcie się tym. – Powiedział pokazując im plan.

Spojrzeli
na nie, a Mirak potraktował polecenie bardzo dosłownie. Wziął kartkę i zaczął
ją jeść.

-
Wyśmienite, dawno takich pychotek nie jadłem.

-
A jak tam sprawa z Randalami? – Zapytał książę.

-
Wyłapaliśmy wszystkie. – Oznajmił fechmistrz. – Przynajmniej te o których
wiemy.

-
Sprawdzamy – mówił jedząc papier Mirak – różne czary na nich. Odporne bydlaki.

-
No nic, mam nadzieję, że boicie się tych zombie. – Uśmiechnął się książę. –
Myślę, że wszystko ustalone. Dopilnujcie by jutro magia była w pogotowiu.

Nie mówił ani o
Hakirusie, ani o Gildii. Chodziło mu dokładnie o arcymaga.

Komentowanie nie jest możliwe :, więcej...

CCXLIV.

przez , 30.sty.2011, w Bez kategorii

Przez te dziesięć
dni, które trwał Kongres, Brig nie mógł się odnaleźć w pałacu. Larandar często
spotykał się z arcyksięciem i prowadził własne obserwacje, Ishet pilnowała
Duraka, a Mirak wspomagał Hakirusa w jego legalnych działaniach. Dla krasnoluda
nie było właściwie nic do roboty, poza obserwowaniem. Trochę zajęło go
poszukiwanie kopii Randala, ale tym i tak głównie zajmowali się strażnicy.

Bregsorn
zastanawiał się nawet, czy nie przyłączyć się do Duraka i Erlana, wystartować z
nimi w zawodach picia. Lubił czasem się znieczulić, zapomnieć o świecie i oddać
się przyjemnemu nałogowi. Nie podobało mu się tylko to, że potem musiał
trzeźwieć, co bywało bolesne. Jednak przed zabawą na koszt króla powstrzymywała
go jedna osoba, Peter DeMenace. Irleński szlachcic znając prawdziwe oblicze
lorda, nie chciał się na niego nawet natknąć. Raczej wątpliwe, by Iluminari coś
mu zrobił, ale z drugiej strony, lepiej nie ryzykować.

Tyle,
że problem zaczął pojawiać się sam. Gdy Brig wszedł do kantyny i zobaczył DeMenace’a,
szybko odwrócił się i chciał wyjść, gdy nagle usłyszał głos Hakirusa.

-
Bregsorn, już wychodzisz?

Brig
zatrzymał się. Odwrócił tak, by przypadkiem nie złapać kontaktu wzrokowego z
DeMenacem i spojrzał na Hakirusa. Czego
waść ode mnie chcesz?


-
Szukałem… ale tu nie ma. – Rzucił tylko.

-
Kogo szukałeś? – Zaciekawił się mag, który podszedł do krasnoluda. – Bo wiesz,
jest sprawa.

-
Shlayan. – Powiedział Bregsorn. – Mam nawrót problemów gastrycznych… Muszę
lecieć.

I
wybiegł z komnaty, ale Peter podążył za nim. Krasnolud nie wiedział jak
zareagować. Skręcił w pierwsze odwidlenie w prawo, ale Iluminari cały czas za
nim podążał. Brig przyśpieszył kroku. DeMenace również.

-
Stój. – Krzyknął w końcu lord.

-
E? Do mnie mówisz? – Próbował zgrywać głupka krasnolud. – Ja…

-
Bregsorn. Ten głupi szpieg, który nie potrafi, podsłuchiwać… – Śmiał się.

Następnie
podszedł do Briga i swoją ręką dotknął jego szyje. Po krasnoludzie przeszły
dreszcze, zwłaszcza gdy zobaczył długie, ostre pazury Iluminariego, niegodne członka
królewskiego dworu.

-
Pozwól na chwilkę.

-
Oczywiście. – Wycedził spanikowany szlachic.

DeMenace
zaś otworzył magiczne przejście w ścianie i przeszli do pokoju obok.

-
Tu nikt nam nie będzie przeszkadzał. Twoi przyjaciele zabezpieczyli drzwi,
zapomnieli o ścianach. – Mówił Peter. – A mnie zastanawia jedno, jakim cudem
się tu znalazłeś. Czy nie powinieneś sczeznąć w kopalniach?

-
Nie udało się. – Odparł Brig.

-
Mniejsza o to. Interesuje mnie tylko komu teraz służysz, bo nie można dwóm
panom służyć. – Iluminari próbował przesłuchać zdenerwowanego krasnoluda, ale
wciąż pytania które zadawał, nie miały dla niego żadnego znaczenia. Chciał
tylko sprawić, by rozmówca nie czuł się komfortowo.

-
Właściwie…

-
Słucham? Chcę wiedzieć, czy jesteś szpiegiem, czy zdrajcą. A może tym i tym? –
Zaśmiał się DeMenace.

-
Służę jednemu panu. – Wycedził nerwowo Brig. – Mojemu bogu, Marenamowi.

-
Widzę, że wciąż nie potrafisz sobie dobrać przyjaciół i panów. Są potężniejsi
bogowie, zwłaszcza tacy, o których nigdy nie słyszałeś.

-
Chodzi o tego w wiosce driad?

To
zainteresowało Iluminariego. Takiej odpowiedzi się nie spodziewał. Przybliżył
się do krasnoluda, złapał go za szyję i spróbował przeniknąć do jego umysłu.
Nie potrzebował zadawać ani pytań, ani odpowiedzi. Dostał wszystko na tacy.

-
Teraz jesteś szpiegiem. – Roześmiał się DeMenace. – Twoi przyjaciele nie
wiedzą, że wyznaczono za ciebie głowę w Unterdamie, prawda? Nikt tego nie wie.

Krasnolud
zbladł i spanikował.

-
To by skompromitowało także księcia. – Uśmiechnął się Iluminari. – Skoro mu
służysz, nikt nie uwierzy, że to był przypadkowy pojedynek.

-
Ale to był przypadkowy pojedynek! Nie miałem pojęcia kim był ten młokos!
Chciałem tylko być dżentelmenem…

-
A skończyłeś jak zwykły rzezimieszek. – Parsknął DeMenace. – Dziedzic rodu
Bregsornów… Dobrze, że twoi rodzice o tym nie widzą. Zakało… Splamić honor
tylu pokoleń. Ale możemy pójść na układ.

-
Nie chcę iść na żadne układy…

Iluminari
tylko zacisnął dłoń wokół szyi krasnoluda. To nie była siła fizyczna, to magia
go dusiła.

-
Nie skończę z twoim marnym życiem, nie bój się. Ale będziesz błagał, by je
zakończyć. Wpierw jednak pogrążysz swoich przyjaciół. Chyba, że pójdziesz na
układ. Służ mnie. Chcę wiedzieć wszystko, o czym gadacie z LeFevrem. I chcę
wiedzieć pierwszy o czwartym kawałku mapy, jak go znajdziecie.

-
Ale gdzie mamy go znaleźć…

-
Sam was znajdzie. LeFevre to przewidział. – A
może zaplanował. Teraz wiem o co mu chodziło z tym Kongresem. Wystawił nas. Ale
jeszcze nie jest za późno, tym razem się przeliczył.
– I to całkiem
niedługo. Wtedy dostarczysz mi te cztery kawałki.

-
Nie wiem, co to za mapa, to jakiś skarb? Weź to sobie, tylko mnie zostaw!

-
Próbujesz grać niepokornego? – Zdziwił się Iluminari. I ponownie wniknął w
umysł krasnoluda. On nie wie, co to. – Tylko mnie nie zawiedź, bo pożałujesz.

Potem
DeMenace zniknął, zostawiając przerażonego krasnoluda w cudzej komnacie. Brig
podszedł do drzwi. Były zamknięte na klucz. Musiał czekać na powrót
właściciela.

- No to mnie
załatwił… – Przeklął pod nosem.

Komentowanie nie jest możliwe :, więcej...

CCXLII.

przez , 29.sty.2011, w Bez kategorii

Dziesiątego dnia
Kongresu Larandar podchodził już do wszystkiego z dużo większym spokojem. Na
razie jednak wszystko szło może nie dobrze, ale przynajmniej spokojnie. Elfa
niezbyt interesowały ustalenia i polityczne gierki. Wiedział, że Ferdynand
przynajmniej stara się nad tym panować. Nie widział powodu, by nie wierzyć w
umiejętności arcyksięcia. Starał się mu pomagać w miarę jak mógł, obserwować
tych, których kazano i czuwać nad całością.

Gdy
tak sobie przechodził korytarzem w sekcji mieszkalnej, zdziwił go śmiech,
którego dawno nie słyszał ale znał ten głos.

-
A dostanę osiołka?

Elf
myślał, że się popluje ze złości. Niemożliwe!
Przecież…
Dopiero potem sobie uświadomił, co się mogło stać. Odwrócił się
i zobaczył LeFevre’a prowadzącego Randala.

-
Szukam komnat króla Edmunda – zagadnął Iluminari – mam dla niego prezent.

-
To? – Zdziwił się fechmistrz wskazując na halflinga.

-
Nienawidzę tego elfa, jest taki wredny i wpierdala się w nieswoje sprawy.
Zamień go w jakieś gówno albo szczynki. – Mówiła kopia Randala.

-
Co zamierzasz z tym czymś zrobić? – Zapytał fechmistrz LeFevre’a.

-
To drobny prezent, który powinien rozweselić naszych gości… Waszych –
poprawił się. – Mówiłem, że zrobiłem wiele kopii tego dzieła.

-
Działa? – Zdziwił się Larandar. – To raczej podróbka…

-
Skąd wiesz, kto stworzył oryginał. – Odparł szyderczo Rajmondus.

-
Co ty sugerujesz? Że Randal był twoim szpiegiem? Że podrzuciłeś go…

-
Nic nie sugeruję. – Rzucił Iluminari.

Elf
żałował, że nie potrafi czytać jego myśli. Nie miał pojęcia, czy LeFevre
zagrywa się z niego, czy mówi prawdę. Jednak chyba bardziej zależało mu na tym,
by propagować tę szaleńczą wizję. Nie
mogę się tym zajmować, stracę wyczucie spraw najważniejszych.


Opuścił
LeFevre’a tak szybko jak tylko mógł. Próbował znaleźć któregoś ze strażników
królewskich czy książęcych, ale znanego sobie, by mógł go potem rozliczyć.
Trzeba było przeprowadzić śledztwo, kto dostał kopię Randala i co się z nią
dzieje. I złapać wszystkie, by nie narobiły problemów. Ten konus to jeden wielki problem, nawet po śmierci!

Gdy
jednak elf przemierzał korytarz, zauważył jedną dziwną rzecz. Dwóch magów,
którzy majstrowali coś przy drzwiach. Niespecjalnie go to zdziwiło, do momentu
w którym zauważył, że wykręcili oni złotą klamkę. W jej miejsce włożyli inną,
która wyglądała bardzo podobnie, ale nie była złota. Fechmistrz zatrzymał się, ukucnął starając się
udawać, że zawiązuje buta, i cały czas patrzył, co robią czarodzieje. Ci
niespecjalnie przejmowali się kimkolwiek. Odchodząc od drzwi, rzucili jedynie
czar dzięki któremu klamka wydawała się złota. Oni zaś podeszli do kolejnego
pokoju i zabrali się za wykręcanie.

Elf
wstał, pokręcił głową. Eh, magowie.

Następnie
udał się do pokoju Hakirusa tak szybko jak mógł. Miał szczęście, że mag akurat
tam przebywał. Fechmistrz wszedł do środka i zaczął się rozglądać.

-
O… – Zdziwił się czarodziej. – Szukasz czegoś?

-
Tak. Kradniecie złote klamki?

-
Acha. – Przyznał mag. – I sztućce.

Larandar
zajrzał do skrzyń, które stały pod ścianą i zdziwił się ile tego nakradli.

-
Jak zamierzacie to wynieść?

-
Skrzynie do Gildii. Ten wyjazd na który się chciałeś załapać. – Uśmiechnął się
czarodziej.

-
Jasne. – Też mi ochrona.

Elf nie mógł uwierzyć w
to co widział. Ale wpierw musiał załatwić sprawę konusów, dopiero potem
rozliczy się z Gildią. Trzeba ich
sposobem wziąć.

Komentowanie nie jest możliwe :, , więcej...

CCXLI.

przez , 27.sty.2011, w Bez kategorii

Nie
tylko narady i ucztowanie stanowiły nieodłączny element Kongresu, równie ważne
okazały się tak zwane rozmowy kuluarowe. Ale w nich uczestniczyli tylko
najważniejsi rozmówcy. Choć Ferdynad musiał przyznać, że chyba nie zawsze
dobiera ich dobrze.

Gdy
udało mu się wyciągnąć na spotkanie w cztery oczy, z królem Georgesem IV,
okazało się, że pomimo całego swojego przepychu, to całkiem miły facet.

-
Ładny kongres, ładny. Tylko mało tu atrakcji. – Skarżył się król.

-
To niestety robocze spotkania, nie chcemy by trwały dłużej niż powinny. –
Tłumaczył arcyksiążę. – Atrakcje nas rozpraszają. Ich im mniej, tym szybciej
dojdziemy do porozumienia.

-
Dla mnie i moich żołnierzy, nastała era pojednania z Imperium. – Rzucił król.

Ferdynand
nie wiedział jak zareagować. Pamiętał doskonale wiele innych sytuacji, więc te
słowa zbiły go z tropu.

-
Co przez to rozumiesz, wasza królewska mość.

-
Kurtyzany. Ślicznie się wpasowują w naszych poddanych. To dopiero przyjaźń
między narodami.

Kanclerz
nie zareagował. Więc o to chodzi.
Szpiedzy dobrze mi donieśli, Georges IV jest głównie zainteresowany damami do
towarzystwa.


-
Myślę, że jeszcze nie znaleźliście naszych największych skarbów w tej materii. –
Stwierdził tajemniczo.

To
zainteresowało rozmówcę.

-
Specjalny towarek? No, no… Gdzie ją można dostać?

-
O tym jeszcze pomyślę. Ale wpierw chciałbym byśmy porozmawiali szczerze. –
Sugerował Ferdynand.

-
Nic, za darmo, co? – Uśmiechnął się Georges.

-
Takie życie. Mogę zacząć?

Monarcha
przytaknął.

-
Co sądzisz o królu Iwanie? – Zapytał.

-
Grubas i nie dba o paznokcie. Widziałem, że je obgryza. To oburzające, jak ktoś
taki może być królem. No i te włosy, niemodne i co drugi dzień tłuste. Perukę
by nosił. Prostak i tyle, typ tyrana, który zmusza swoich podwładnych do jakiś
głupot, zamiast inspirować ich do przestrzegania ceremonii i pielęgnowania
sztuk. – Odparł władca Gaskonii i Galocji. – Ale rozumiem, że pytanie za
pytanie. Spałeś z tym towarem?

-
Nie. Nie spałem. To świeżynka.

-
Dziewica? – Zdziwił się Georges.

-
To kolejne pytanie. Potwierdzam, to dziewica, ale teraz ja mam dwa. Wiem, co
sądzisz osobiście o Iwanie, ale jednocześnie poparłeś jego propozycję, by
przeciwstawić się Kongregacji. Niekoniecznie w postaci wojny, ale mówiłeś
dokładnie to samo co Iwan. Dlaczego?

-
Dlaczego? – Król się trochę zadumiał. – Ciężkie pytanie, ciężkie. Nie wiem
dlaczego. Uther chce pokoju, Henryk wojny. A ja nawet nie wiem, gdzie jest ta
cała Kongregacja. Próbowałem sprawdzić na mapie i nie znalazłem. To jakieś zadupie.
Skonsultowałem to z moimi doradcami, nie chcemy się wychylać. To propozycja
środka, czyli umiarkowana. Odrzucamy skrajności.

Ferdynand
właściwie już wiedział wszystko, co chciał. Nawet nie przypuszczał, że władca
sąsiedniego kraju nie ma pojęcia o istnieniu Tarcylu, południowego kontynentu. Ale
wszystko wskazywało na to, że faktycznie w tej materii osobą decyzyjną był
LeFevre. Niedobrze, bo ta cała
umiarkowana propozycja nie jest taka umiarkowana. To dążenie do wojny i
odcięcie się od Kongregacji i sojusz przeciw niej. Iluminari doskonale wiedzą,
że wojna będzie następstwem. Musimy znaleźć, coś innego co nas połączy.


-
Drugie pytanie jest takie, może być jutro?

Georges
przez chwilę zawahał się.

-
Ta dziewica? – Zapytał nieśmiało.

Kanclerz
przytaknął.

-
Oczywiście, niech będzie jutro.

Ferdynand
się uśmiechnął. Mam nadzieję, że Van
Halen znajdzie mi jakąś ładną i jej nie popsuje.


Rozmowa dalej musiała
się toczyć, ale miała być tylko kurtuazją, by Georges nie wyczuł, o co w niej
chodziło. Prawdopodobnie nie spowiadał się z wszystkiego LeFevre’owi, a ten zajmował
się własnymi sprawami i nie kontrolował wszystkiego. Arcyksiążę wiedział, że
król Uther podobną rozmowę prowadził z władcą Irlenii, choć tam spodziewał się
podobnego skutku. Również rozmawiano z osobą niedecyzyjną. Jednak najbardziej
ciekawiła go konwersacja królów Iwana i Edmunda. Ten ostatni obiecał zjeść dziś
kolację wraz z Utherem i Ferdynadnem. Trzeba
przyznać, że relacje z Interią nigdy nie układały się nam aż tak dobrze. I
nawet nie popsuło ich Drugie Imperium.

Komentowanie nie jest możliwe : więcej...

CCXLI.

przez , 26.sty.2011, w Bez kategorii

Drzwi
do komnaty LeFevre’a udało się Mirakowi sforsować. Gorzej, że za nimi
znajdowała się ściana. Nie wiem jak Brig
się tam włamał?
Mag w końcu dał sobie spokój. Lepiej nie kusić
Iluminariego.

Poza
tym miał jeszcze kilka innych rzeczy do załatwienia. Przede wszystkim musiał
się dowiedzieć od Hakirusa jak można czmychnąć z zamku na dzień lub dwa. Sam
czarodziej tego nie planował, ale Larandar twierdził, że być może będzie musiał
się skontaktować z bosmanem. Elf był dość tajemniczy, ale działo się tu dużo
dziwnych rzeczy.

Ishet
zniknęła gdzieś z Durakiem, co zdziwiło Miraka, gdy wszedł do kantyny. Za to
siedział tam inny stały bywalec, Erlan, a tym razem towarzyszył mu także
Shivan. Ucieszyło to młodego czarodzieja, gdyż obecność tych dwóch elfów
wiązała się z jego drugim zadaniem. Przysiadł się do nich.

-
Mam nadzieję, że nie przeszkadzam. – Rzucił grzecznie.

-
Nie, skąd, tylko siedź cicho. – Nabijał się Erlan.

-
Mam taki mały problem…

-
Już przeszkadzasz. – Stwierdził ponuro arcymag.

-
Problem to złe słowo, lepsze jest wyzwanie. – Pocieszał go kapłan. – Ale jak
mały to sobie z nim poradzisz.

Mirak
trochę się wahał, w końcu wyciągnął trzy skopiowane kawałki mapy. Erlan
popatrzył na to, Shivan również spojrzał z pewnym zaciekawieniem.

-
Moredhelski. – Rzucił kapłan.

-
Tyle to już wiem. – Odparł młody mag. – Wiecie, co to jest?

-
Mapa. Czego to teraz uczą… – Ironizował Erlan.

-
To wiem, ale czego.

-
Nigdy tam nie byłem, ale jeśli to mapa Moredheli, to musisz ją odwrócić. –
Zasugerował Shivan.

Przekręcił
mapę do góry nogami. Napisy nadal nic im nie mówiły.

-
Mroczne Elfy inaczej w ukierunkowują mapy, dokładnie na odwrót niż my. –
Ciągnął kapłan. – Dokładnie tak jak wyglądały mapy z czasów Drugiej Ery.
Kompanii Chaosu. – Poprawił się, gdyż nie wiedział, czy jego rozmówca wie o
czym mówi. – Dopiero teraz możesz dopasować to do naszych map, choć zakładam,
że to ich kontynent.

-
Ich kontynent? – Zdziwił się Mirak. – Wiem, że przypłynęli zza morza. Ale skąd
dokładnie, to nie wiadomo.

-
Ich państwo rozciągało się na dwóch kontynentach. – Przyznał Erlan. –
Przynajmniej w czasach, gdy my tam byliśmy. Nie wiem, co się stało tam po
Wojnie. Czasami mnie korci by tam się przenieść i zobaczyć, jak teraz to
wygląda.

Młody
czarodziej jednak nie słuchał ich dokładnie. To czego szuka LeFevre znajduje się u Moredheli na ich kontynencie.
Nigdy nie przypuszczałem, że ta zaraza może się tam jeszcze czaić. Ale może ci
Iluminari wcale nie są tacy źli. LeFevre raczej nikomu nie służy, więc może
pokona naszych prawdziwych wrogów?


-
Dzięki. Na razie muszę lecieć.

Chciał
jak najszybciej porozmawiać z Larandarem. Elf miał rację. Shivan i Erlan byli
skarbnicą wiedzy, tylko trzeba było umieć z niej skorzystać.

Pobiegł
do sali obrad, szybko wbiegł po schodach na antresolę i znalazł tam Hakirusa.

-
Widziałeś gdzieś może Larandara?

-
Ostatnio nie. – Przyznał stary czarodziej.

-
W każdym razie, mam jeszcze do ciebie jedno pytanie. Larandar zastanawiał się,
czy jest możliwość, by na noc zniknąć z zamku.

Hakirus
uśmiechnął się.

-
Codziennie wieczorem kursuje kareta do Gildii. Przewozi nam nowe instrukcje i składniki
do czarów. – Uśmiechnął się mag. – Wszystko można zaaranżować. Ale chciałem się
pochwalić tym, co dziś znalazłem.

-
A co znalazłeś? – Zapytał Mirak.

-
Słuchałem obrad. Król Iwan trochę dziś mówił o tym, że Kongregacja jest
zagrożeniem i proponował embargo. Ostro i stanowczo, ale bez wszczynania wojen.

-
Lubię go. – Stwierdził tylko młodszy mag.

-
Po raz pierwszy się odezwał. Nie ma żadnego doradcy. A potem poparł go król
Georges IV. I tu jest najlepsze. LeFevre spojrzał na Iwana… I Iwan użył
czaru! To jest nasz brakujący Iluminari! Mamy dowód!

-
Raczej się tego spodziewaliśmy. – Uśmiechnął się Mirak. – A jakim cudem twój
czar nie wykrył go wcześniej?

-
Nie używał magii.

-
Czyli nie wykryłeś magów, którzy nie używali magii. – Złapał się trochę za
głowę. – A kapłanów? Jak wykryłeś kapłanów?

Milczenie musiało
oznaczać jedno. Nie wykrył ich. A to z kolei mogło znaczyć, że Iluminarich w
zamku jest znacznie więcej, tylko nie zdążyli się jeszcze ujawnić.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , więcej...

CCXL.

przez , 25.sty.2011, w Bez kategorii

Mało kto w ogóle
zdawał sobie sprawę, jak trudno jest zachować dobre imię Gildii Magów. Hakirus
należał do tych nielicznych. Gdy przybył z Grosshafen już na stałe do Altburga
(oczywiście pomijając kilkuletni wyjazd do Kongregacji), sam musiał zmierzyć
się z tym, co o Gildii słyszał. A nie były to dobre słowa. Nie chodzi tu o
umiejętności, a raczej o to, że od lat magów raczej kojarzono coraz bardziej z
szemranym środowiskiem. Teraz Hakirus doskonale zdawał sobie sprawę, że to była
sprawka Iluminarich, a raczej tego, że niektórzy spotkali ich na swojej drodze
i na tej podstawie oceniali wszystkich czarodziei. To było niesprawiedliwe i
krzywdzące dla Gildii. I nie tylko dlatego, że taki LeFevre czy DeMenace byli
zdecydowanie potężniejsi.

Druga
sprawa to powszechny brak szacunku dla magów i notoryczne mylenie ich z
cyrkowcami. Głównie wynikało to z tego, że ludzie mieli o Gildii wydumane
mniemanie i przychodzili do niej z niesamowitymi życzeniami w stylu: chciałbym
byście ożywili mi mamę, żonę, córkę, brata, wujka czy nawet psa, albo by
sprawili, aby gruszki sąsiada zamieniły się w wierzby. Niektórzy chcieli by
magowie odkryli dla nich zakopany gdzieś skarb, albo nawet sprawili, by taki
skarb sam się zakopał w ich ogródku. Nic z tego nigdy nie wychodziło. Za to,
gdy ktoś przyszedł i poprosił o sztuczne ognie z okazji urodzin dziecka czy
ślubu, takie czary najczęściej wychodziły i nie czyniły nikomu krzywdy. Ale to
powodowało, że wielu kojarzyło Gildię przede wszystkim ze sztuczkami i
oszustwami. Niektórzy nawet szli o krok dalej i nazywali ją Gildią Szwindli i
Przekrętów. Coś w tym było. Hakirus kiedyś bardzo się tym irytował, zwłaszcza
że w Grosshafen opowiadano mu o tym, że niektórzy starzy magowie lubią zabawiać
się z młodszymi uczniami i że na tym polega szkolenie. Wówczas młody czarodziej
trochę się bał dołączyć do takiej organizacji, ale gdy się przełamał okazało
się, że ona była zupełnie czymś innym niż mu się to wydawało.

Sam
zaproponował jedną ważną zmianę w statusie Gildii, by uporządkować pewne
sprawy. Założono tajną radę czarów niemagicznych, czyli wszelkiego rodzaju prób
ominięcia prawa, wliczało się w to złodziejstwo, morderstwa, stręczycielstwo,
pranie brudnych pieniędzy, przemyt, paserstwo i kilka innych mniejszych
przestępstw. Okazało się, że większość Gildii i tak się zajmowała tym wcześniej,
więc razem mogli jedynie sobie pomóc. Działał to do czasu, w którym Hakirus
szybko musiał opuścić Altburg, oficjalnie pod pozorem zwiedzania Uniwersytetów
Kongregacji. Nieoficjalnie okazało się, że w czarach niemagicznych także trzeba
być wyjątkowo ostrożnym, bo inaczej można dać się złapać.

Teraz
jednak po latach, rada czarów niemagicznych nadal istniała, ale kompletnie nie
kontrolowała wszystkich przekrętów. I to najbardziej przerażało Hakirusa. Gdyby
mógł sam zająłby ochroną Kongresu z tego względu, że nie mógł w pełni ufać
towarzyszom z Gildii. A co jeśli okradną
któregoś z królów, albo wymuszą jakiś haracz?
Niestety niektórzy z
czarodziejów zupełnie nie mieli bladego pojęcia o tym jak działa świat poza ich
czterema ścianami i wypuszczeni do istot, potrafili zachowywać się dziwnie.

Dlatego
tak ważne były wszelkie zabezpieczenia. Więc czarodziej nie bał się korzystać z
każdej pomocy, jaką mógł dostać. A tylko jedna istota w całym zamku zdawała się
być nie tylko potężna, ale i nie tak podstępna, choć miała problemy z
trzeźwością.

Wszedł
do kantyny.

Pod
jednym ze stołów zauważył ambasadora Duraka. Leżał nieprzytomny. Ishet miała
nietęga minę, a obok niej stało wiadro. Jedynie Erlan wyglądał jak zwykle, bo
zaczerwienione oczy to u niego norma. Zresztą pasowały mu do ubrania.

-
Co jest? – Zapytał Hakirus.

-
Ambasador to słaby zawodnik. Nie wytrzymał całej nocy. – Rzucił Erlan.

-
Ja… – Odbiło się chłopce. – Spasowała… częśniej.

Czarodziej
spojrzał na nią. Przydałoby się jej kilka godzin w łóżku. Podobnie jak
lemurianowi.

-
Mam pewien problem, z jednym czarem i zastanawiam się, czy mógłbyś mi pomóc?

-
Oczywiście, ale wiesz nie ma nic za darmo. Taki świat. – Odparł elf. – Są dwie
ceny, albo mnie przepijesz… Albo powiesz mi co się dzieje na Kongresie.

Hakirus
odetchnął z ulgą. Na tę drugą był przygotowany.

-
Generalnie król Georges IV z Gaskonii wyciągnął Kongregacji to, że po Wojnie
nie pomagała w odbiciu naszych ziem. My ich uwolniliśmy spod jarzma Rodryka, a
oni nas potem opuścili. Wtórował mu król Henryk XI z Irlenii, mówiąc, że wielu
przedstawicieli Kongregacji służy w renegackich bandach. Lokka-Ton próbował
protestować, ale na niewiele się to zdało. Okrzyknięto go kłamcą i zdrajcą i
grożono wojną.

-
Wojną? A to się Shivan wnerwi.

Czarodziej
nie znał na tyle wspomnianego kapłana, ale trudno mu było sobie wyobrazić go w
nerwach. Zwłaszcza jak widział gdy wczoraj elf załamał się, gdy jego suchy
chleb posmarowano masłem. Swoją drogą
niezłe towarzystwo. Jeden nie tyka nic poza alkoholem, a drugi tylko chleb i
woda.


-
To tylko groźby.

- Dobra, pokaż mi ten
swój czar, znudziła mnie ta polityka.

Komentowanie nie jest możliwe :, więcej...

CCXXXIX.

przez , 24.sty.2011, w Bez kategorii

Dwa
pierwsze dni Kongresu minęły bez większych ekscesów, wyjąwszy oblanie winem
króla Maropoko, czego niechcący dokonał ambasador Durak. Akurat postanowił po
raz pierwszy pojawić się na posiedzeniu, gdy przypadkiem wpadł na monarchę z
Estilionu. Po tym incydencie lemurianin nawet nie próbował opuszczać kantyny,
nie licząc oczywiście powrotów do swojej komnaty.

Larandar
starał się nadzorować bezpieczeństwa, Mirak pilnował magów i w szczególności
Hakirusa, Ishet zaś próbowała nieodstępować ambasadora Kakofonu. Jedynie Brig
nie wiedział, co ma ze sobą zrobić. Pałętał się. Nawet Gustav Van Halen biegał
tu z jakimiś zadaniami.

Krasnolud
chciał rano zjeść coś i pomóc elfowi, ale gdy tylko weszli do kantyny okazał
się, że jest tam Peter DeMenace.

-
Znowu mam biegunkę… – Rzucił tylko Brig i wybiegł, nawet nie czekając na
reakcję Larandara.

Po
śniadaniu w kantynie, gdzie od rana urzędowali Erlan, Durak i Ishet, krasnolud
wyszedł na korytarz i zmierzał w kierunku pokoi, gdy przed jednymi z drzwi
zauważył Hakirusa.

-
O dobrze, że jesteś Bregsorn. Czekałem na ciebie.

-
Na mnie? – Zdziwił się krasnolud.

-
Acha. No może szukałem, bo ponoć robisz tu włamy.

Brig
myślał, że zapadnie się pod ziemię, zwłaszcza że inne osoby na korytarzu się na
niego obejrzały.

-
Testuję zabezpieczenia, ale mniejsza o to. – Przerwał by czarodziej nie wkopał
go jeszcze bardziej.

-
Chciałbym byś się włamał do tych drzwi pod którymi stoję. Są zabezpieczone
najnowszym czarem, jaki przywieziono mi z Gildii. – Mówił dumnie Hakirus.

Krasnolud
spojrzał na korytarz. Wciąż kręciły się tu jakieś istoty. Kilka z nich z
zainteresowaniem przyglądało się sprawie, oczywiście niby przypadkiem.

-
Czyj to pokój?

-
Mój. – Stwierdził mag. W końcu nie
dbałbym o zabezpieczanie innych.


-
Dobra. – Brig wręcz podniósł głos. – Testowo włamię się do tego pomieszczenia.
Mam nadzieję, że to będzie dla mnie bezpieczne.

-
Tak, absolutnie bezpieczne. – Zaręczał Hakirus.

Bregsorn
jednak nie był tego taki pewien. Mam
nadzieję, że nic mi nie wyrośnie.
Nacisnął klamkę. I nic. Zajrzał przez
dziurkę od klucza. Włożył tam wytrych. Zamek należał do bardzo prostych.
Wystarczyło tylko podważyć i zadziałało. Ponownie nacisnął klamkę i otworzył
drzwi. Hakirusa w ogóle to nie zdziwiło, zatem haczyk musiał być gdzieś
indziej. Krasnolud wszedł do środka i nic. Pewnie
o wyjście chodzi.
Wziął jakąś księgę i wyszedł.

-
Coś lipa z tymi zabezpieczeniami.

-
Ależ skąd. One są trochę innego rodzaju. – Tłumaczył czarodziej. – Użyliśmy
magicznych pająków, by zrobiły niewidzialną sieć na drzwiach.

-
O ja… – Krasnolud złapał się za głowę. – Niewidzialną? I?

-
I wystarczy drobny czar, by znaleźć intruza.

Czarodziej
zaczął szukać w księdze odpowiedniego zaklęcia, tymczasem Bregsorn przejechał
ręką po twarzy i ciele, jakby szukał tej pajęczyny i wytarł się w ubranie maga.

Wtedy
mniej więcej czar zadziałał. Cała sieć pająka zaczęła się świecić czerwonym
światłem, tyle że wiele jej fragmentów znajdowało się nie na krasnoludzie a na
Hakirusie.

-
Chyba nie zadziałało. – Ironizował Brig.

-
Mogłem potem ci powiedzieć… Na innych zadziała.

-
Tak? Rozejrzyj się wokół.

Pół
korytarza próbowało powstrzymać uśmiechy. Nie było szans na utrzymanie tajemnicy.

Krasnolud
nie miał zamiaru znęcać się dłużej nad nieudanym czarem przyjaciela. Poszedł
swoją drogą, gdy nagle zza zaułka wyłonił mu się DeMenace. Brig pobladł i
obrócił się o sto osiemdziesiąt stopni. Nie miał ochoty spotykać się z tym
Iluminarim nigdy więcej. Przyśpieszył kroku.

-
O Hakirus. – Zwrócił się do maga.

I
nie pytając nic próbował wejść do jego pokoju. Tym razem się poparzył, bo
czarodziej eksperymentował z pajęczyną. Gorzej, że lord Peter się zbliżał. Brig
pobiegł do korytarzem dalej i skręcił w prawo, przy pierwszym możliwym
zakręcie.

Dopiero
potem usłyszał kroki za sobą. Odwrócił się ukradkiem. DeMenace! Kurwa śledzi mnie! Przyśpieszył kroku, prawie biegł. Za kolejnym
zakrętem zobaczył jakieś drzwi, które się powoli zamykają. Dobiegł tam czym
prędzej, schował się w środku i trzymał mocno klamkę.

-
Co tu robisz? – Zapytał LeFevre, który mieszkał w tym pokoju.

-
O jak tu czysto… – Zdziwił się krasnolud. – Śledził cię jakiś koleś.
Podejrzany…

-
Czekam na Petera DeMenace’a, pewnie o niego ci chodzi.

Brigowi
aż dygotało serce.

Klamka
zaczęła się otwierać.

-
To ja nie będę wam przeszkadzał! – Krzyknął krasnolud i czmychnął do szafy.

Rajmondus
lekko się zdumiał, ale nic nie powiedział. Gdy do środka wszedł Irleńczyk,
tylko rzucił.

-
Mamy towarzystwo, ale imperialne metody szpiegowania pozostawiają wiele do
życzenia. Schował się w szafie i myśli, że jak będzie cicho, to go nie
wykryjemy.

Peter
spojrzał złowieszczo na szafę. Krasnolud się spocił ze strachu. Potem przestał
cokolwiek słyszeć. Zdziwiło go to trochę. Może
już sobie poszli.
Otworzył lekko drzwiczki i wyjrzał. Obaj Iluminari
siedzieli przy stoliku i rozmawiali. Wyglądało jakby się kłócili, bo trochę
gestykulowali. Brig jednak zaszył się głęboko w szafie i nie zamierzał się
ruszać. Ogłuszyli mnie, skubańcy.

Dopiero
po jakimś czasie drzwi się otworzyły a za nimi stał LeFevre.

-
Możesz już wyjść.

-
Nic nie słyszałem… – Tłumaczył się krasnolud.

-
A to ci dopiero nowina. Nie jestem z Gildii bym nie wiedział jak działają moje
czary, a teraz wynocha, bo mam do przyszykowania pewien prezent. – Uśmiechnął się
tajemniczo Iluminari.

Bregsorn wyszedł.
DeMenace’a już nie było w izbie. Na korytarzu również, ale najlepsze było to,
że znów normalnie słyszał.

Komentowanie nie jest możliwe :, , więcej...

CCXXXVIII.

przez , 22.sty.2011, w Bez kategorii

Stary kapłan
Morroua, elf, ubrany w czarny prosty strój, wyglądał trochę jak Iluminari, ale
pomimo posępnego wyglądu, emanował od niego spokój. Choć był w biegu, nie widać
było po nim zdenerwowania. Tylko załatwiał kolejne sprawy.

Larandar
trochę bał się do niego podejść. W końcu Shivan był bohaterem z czasów Wojny,
żywą legendą, wciąż jeszcze w pełni aktywną. Już miał go zaczepić, gdy wiekowy
elf, o długich, siwych rozpuszczonych włosach znikł mu z widoku, kierując się
ku kantynie.

Fechmistrz
postanowił pójść za nim.

W
izbie Ishet ledwo trzymała się na swoim krześle, Durak już leżał na stole.
Kapłan zaś kierował się ku swemu przyjacielowi, Erlanowi który siedział
samotnie przy stole pod stałą. I mówił do siebie. Dopiero wtedy Larandar
zauważył, że jest tam jeszcze ktoś. Jakaś mała butelka, która łazi po stole. Zabawy magów, nigdy tego nie zrozumiem.
Przysiadł się do Ishet.

-
No, no, kogoż to moje stare oczy widzą? – Zagadnął Erlana Shivan.

Arcymag
wstał, popatrzył na przyjaciela.

-
Testuję trunki, czy nie są zatrute. – Zaczął się tłumaczyć.

-
No to ładnie, dobrze, żeś nie popadł w alkoholizm.

Obaj
elfowie uściskali się po przyjacielsku. Potem kapłan przywitał się z Szefem.

-
Kopę lat… – Wymamrotał Shivan.

-
Kopa to sześćdziesiąt, chyba pamięć ci już szwankuje, staruszku. Jak nic
demencja. – Odparła butelka.

-
Nic się nie zmienił. – Powiedział Erlan siadając. – Wciąż ta stara, do połowy
wypita, irytująca butelka.

-
Nawet nie wiesz ile razy ten wariat się do mnie dobierał! – Oburzył się Szefo.

-
No to ładnie.

-
Myślę, że powinniśmy wypić za spotkanie po latach.

Erlan
wstał i krzyknął.

-
Trzy wódki, mogą być krasnoludzkie.

Larandar,
który im się przyglądał, tylko się zdziwił.

-
Wiesz, że od wielu lat nie piję w ogóle alkoholu. – Powiedział Shivan.

-
Tak, wiem tylko chleb i woda. Cóż, skoro nie chcesz pić ze mną, wypiję za
ciebie. Ale przynajmniej będzie, że ci postawiłem, będziesz mi kiedyś winien. –
Oznajmił arcymag.

-
Lepiej powiedz mi jak tam twoje zdrowie? – Zapytał kapłan. – Nie wyglądasz zbyt
dobrze.

-
To od alkoholu. – Kłamał czarodziej. – Utrzymuję się przy życiu głównie dzięki
magii, ale prawdę mówiąc już powoli mi się nawet nie chce. Myślę, że dożyłem
swego kresu.

-
Albo dopiero początku. – Pocieszał przyjaciela Shivan.

-
Dalej wierzysz w te głupoty. Na starość byś zmądrzał.

-
Wkrótce przekonasz się, kto ma rację. – Odparł tylko uśmiechnięty kapłan.

-
Czuję się już zmęczony życiem. I muszę używać magii, by opóźniać skutki
starości. Ale mam w pamięci nauczkę Bromanna, dlatego nie zamierzam żyć
wiecznie. – Mówił smutno elf. – Lepiej wybrać czas samemu i on właśnie
nadchodzi. Nigdy nie sądziłem, że dożyję takich czasów, ale najlepsze lata mam
już za sobą. I przygody i wszystko. A najbardziej wkurza mnie to, że jestem tu
dla nich legendą. Na Narshy jest pod tym względem jeszcze gorzej. Wszyscy chcą
bym ich popierał, ale nikt nie traktuje mnie już poważnie. Nie mam wpływu na
to, co się dzieje. Ale najlepsze jest to, że już nawet nie chcę mieć. Chciałbym
móc wstawać rano i nie czuć bólu w korzonkach czy łupania w kręgosłupie.
Chciałbym wstać i być wypoczęty, pełny sił. Wiem tylko, że to już nie wróci.
Też tak masz?

-
Objawy są podobne. Też łaknę już śmierci, ale z innego powodu. Pragnę tam
wrócić, tęsknię za tamtym światem. Może spotkam tam Dyzia. – Odpowiedział
kapłan.

-
Za ułudą. Pytałem poważnie. – Irytował się arcymag otwierając kolejną butelkę.

-
Wydaje się, że i moja podróż dobiega końca, ale jeszcze nie tutaj. Jeszcze nie
teraz. Po Kongresie chcę się udać do Mere Gyrn, zobaczyć jak się miewa Jeanny.

-
Pojebało cię kompletnie na starość. – Parsknął śmiechem Erlan. – Tylko nie
wyobrażaj sobie, że ty i ona… że przez ciebie rzuciła się do tego jeziora.
Dawno przyjechałeś?

-
Nie przyjechałem. – Wzruszył ramionami kapłan. – Przyszedłem na piechotę z
Interii.

-
Sam? – Zdziwił się czarodziej.

-
Tak.

Larandar
w końcu nie wytrzymał. Przestał podsłuchiwać z daleka i podszedł do nich.

-
Przepraszam panów, jak mniemam arcymag Erlan i Shivan, słynni bohaterowie?

-
Nie, pomyłka. – Odparł czarodziej.

-
I jeszcze ja! Szefo! – Awanturowała się butelka. – Jestem najważniejszy, bo ja
tu rządzę.

-
Jestem Larandar, pracuję dla arcyksięcia Ferdynanda, zajmuję się ochroną.
Kanclerz prosił, by się z panami zapoznać.

-
Jak będzie się coś działo, to pomożemy. – Rzucił mag. – Nie jesteśmy tu po to,
by wszystko wypić.

-
A to ci nowina. – Skomentował to Shivan.

-
Mogę się dosiąść? – Zapytał fechmistrz.

-
Tylko stawiasz kolejkę. – Odparł Erlan.

-
Czy dobrze słyszałem, że pan przyszedł z Interii?

-
Nie pan, tylko Shivan. I tak, przyszedłem sobie. Odwykłem trochę od śniegu,
więc sandały okazały się złym pomysłem i chyba sobie trochę nogi odmroziłem,
ale poza tym taka podróż jest bardzo zdrowa.

Larandar
nie miał pojęcia co powiedzieć.

-
A nie było tam przypadkiem przedstawicieli Drugiego Imperium? – Zapytał w
końcu.

-
Byli. Pogadałem z nimi trochę i mnie puścili.

Fechmistrz
nie mógł w to uwierzyć. Oni tam mordowali kupców, zawracali wszystkich, którzy
zmierzali na Kongres czy do Imperium, a ten elf sobie przeszedł.

-
Dlatego jak się go słucha, trzeba pić. Na trzeźwo nie da rady. – Rzucił Erlan.
– Ale spoko, nie takie rzeczy robiliśmy. Pamiętasz jak wdarliśmy się do
Sal-Sagoroth?

-
Gdzie? – Zapytał Larandar.

-
Stolicy Mrocznych Elfów. – Odparł Shivan. – Musiałem udawać jednego z nich, bo
Erlan i Dyzio zostali pojmani.

-
Ale nieźle ci to szło. – Zaśmiał się arcymag. – Wojna, to były czasy.

-
Jesteście bohaterami… – Rzucił tylko fechmistrz.

-
Byliśmy. – Odparł Erlan. – Teraz jesteśmy starymi dziadami, którzy albo smęcą
jak ten ramol – wskazał kapłana – albo piją na umór.

-
Bohaterem był Dyzio. – Powiedział Shivan. – Dziś to głównie jego się pamięta,
on zabił największego z wrogów, Rodryka. Naszych czynów już nikt nie pamięta
dokładnie. Ani tych, których pozbawiliśmy życia. Zostali zapomnieni, więc nie
byli ważni.

-
Kojarzysz może Kryfstusa? – Zapytał Erlan. – Szef Iluminarów.

-
Iluminarich? – Zdziwił się Larndar. – O nim nigdy nie słyszałem.

-
Utopiłem go. Niechcący, ale utopiłem. Zabiłem też Clema Sherstocka.

-
Tego słynnego dobroczyńce? – Zapytał fechmistrz.

Erlan
prawie się popluł. Shivan parsknął śmiechem.

-
Albo masz niezłe poczucie humoru, albo nie wiesz, co mówisz. – Zaśmiał się
kapłan. – Ja rozwaliłem Saura, ale pewnie nigdy o nim nie słyszałeś.

Larandar
tylko pokręcił głową.

-
Dyzio to był bohater. – Wspominał Shivan.

-
I świetny kompan. Pił, potrafił się bić i żadna nie potrafiła się mu oprzeć. –
Dodał Erlan. – Szkoda, że był tylko człowiekiem i tak szybko musiał odejść z
tego świata.

-
Ale przynajmniej nie bał się śmierci. W końcu już raz umarł.

Fechmistrz
zrobił tylko wielkie oczy.

-
Razem z Dyziem…

-
I ze mną! – Krzyknął Szefo.

-
Byliśmy w zaświatach, to dopiero wyprawa, Wojna przy tym to pryszcz.

Erlan
tylko postukał się w czoło.

-
Demencja starcza. – Rzucił pod nosem.

-
Zamknij się i rób pompki! – Wykrzykiwała butelka.

Larandar
patrzył na nich z coraz większym zdziwieniem. To może ja sobie pójdę. Jak to ma być nasza nadzieja przed Iluminarami,
to chyba bardziej wierzę Hakirusowi, on przynajmniej stąpa po tym świecie.


-
Wspaniałe historie. – Rzucił fechmistrz. – Ale może znacie, coś co mnie
ostatnio nurtuje. Chodzi o wierzenia driad. Obserwowaliśmy je jakiś czas temu i
nie mam pojęcia, do kogo się modliły.

-
Do zapomnianych bogów. – Odparł Shivan.

-
Kolejny objaw choroby umysłowej. Tym razem zbiorowej. Praktyki religijne. –
Stwierdził przekąśliwie Erlan.

-
Zapomnieni bogowie, nic mi nie mówi. – Stwierdził tylko Larandar.

-
To stara historia, z czasów Uroborosa i Kompanii Chaosu. Podobno Uroboros
wezwał iluś mniejszych bogów na pomoc, a ci obiecali się stawić na jego
zawołanie. Jednak gdy nastał czas, nie zjawili się. Uroboros sam musiał stawić
czoła Hegemonii. A potem rozliczył się ze zdrajcami. Przeklął ich i sprawił, że
zapomnieli o tym kim są.

-
A co jeśli powiedziałbym wam, że spotkałem jednego z nich? – Zapytał fechmistrz.

-
Kazałbym ci się leczyć. – Rzucił arcymag. – Ale obawiam się, że może być za
późno.

- Jeśli spotkałeś, to
myślę, że będziemy mogli o tym porozmawiać, za jakiś czas. – Odparł kapłan. –
Jak już wszystko się uspokoi.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , więcej...

stat4u <!-- s4uext=s4upl(); document.write('stat4u') //--> stat4u

Blogroll

Kilka bardzo polecanych stron...