orthank blog

Tag: jabol-bimber

CCCVI.

przez , 25.lut.2009, w Bez kategorii

            Gloin i
Jabol biegli ile sił w nogach, cały czas przed siebie, bojąc się czyhających
wszędzie wampirów. Natknęli się po drodze na kilka ciał, niedawno pozbawionych
krwi. Zatem inna grupka również musiała przeżyć, przynajmniej do jakiejś
chwili, bo skoro zaszła aż tak daleko, to o czymś świadczyło.


            Trochę
zwolnili przy ciałach, rozglądając się po okolicy, acz niestety Bimber wiele
nie widział w ciemności. Wypatrywali krwiopijców, lecz zamiast tego nagle
zostali zaatakowani przez rozszalałą kobietę. Nie miała ona żadnej broni
przeciw zarażonym wampiryzmem, miała jednak chęć walki aż do śmierci. Nie
interesował ją przeciwnik. Była przerażona, zrozpaczona, widziała jak jej męża
rozszarpały bestie spijając swymi szybko mlaskającymi jęzorami krew. Bolało ją
to. Bolał ją ten widok, ta śmierć, ale jeszcze bardziej bolało ją to, że w
pewien sposób cieszyła się, że to nie ją dopadli. Że mąż zostawił jej drogę
ucieczki, że się poświęcił dla niej. Cudownie, że dla niej. Wspaniale, że to
ona przeżyła. Wampiry ją zostawiły, ale nie na długo. Wiedziała, że nawet jeśli
teraz jej nie dopadną, zrobią to później. W jednej chwili inaczej spoglądała na
decyzję męża. Zazdrościła mu śmierci. On
już wszystko ma za sobą. Nie musi obawiać się strachu, nie boi panicznie się
śmierci, wie, co jest po drugiej stronie. A ja? Żyję, ale co to za życie. Nie
znam dnia ani godziny, oczekuję, a serce moje kołacze nieustannie i
nieustannie, jakby pukało do wampirzych bram i prosiło je o biesiadowanie. Czy
naprawdę poświęcił się dla mnie, czy może się poddał?


            Gdy
jednak zobaczyła dwóch osobników nie zastanawiała się. Zaatakowała, ale w
porównaniu z wiekowym, acz wciąż sprawnym krasnoludem nie miała szans. Gloin
jednym ruchem odepchnął ją tak mocno, że przez chwilę poszybowała w powietrzu
rozbijając sobie głowę o ścianę.


            Żyła.
Była świadoma, ale nie miała już sił nic zrobić. Mężczyzna i krasnolud uciekli,
a ona czekała na wampira. Nie musiała cierpieć długo. Niebawem zjawiło się
wokół niej kilkoro i zaczęło wbijać swe kły w jej ciało, zlizywać płynącą krew,
nakuwać żyły i tętnicę, by wyssać jej życiodajny płyn aż do ostatniej kropli. Najdziwniejsze jest to, że oni uśmierzają
mój ból.
Tyle, że jej umysł robił się coraz cięższy i cięższy. Myśli
kołatające się w głowie wyprostowały się, zniknęły, nie miały żadnego
znaczenia. Ani dom, ani rodzina, ani bogactwa, ani to czego pragnęła, czy
osiągnęła. Wszystko przemijało z minuty na minutę, z sekundy na sekundę. Nie
były już jej potrzebne bogactwa które gromadziła. Jeśli teraz będę czegoś potrzebować to… W końcu wyzionęła ducha.


            Jabol i
Gloin biegli dalej i dalej. Jakiś mężczyzna, który ukrywał się w korytarzu
zobaczył ich, ale się bał cokolwiek powiedzieć. Stał cicho ukryty i tylko
obserwował jak znikają w podziemiach. Stracił przy tym ostrożność, nagle poczuł
chłodną rękę na ramieniu, ale już było za późno. Delikatne kły wbiły mu się w
szyję, nacinając ją lekko. Szorstki język posuwał się po niej w górę i w dół,
spijając krew tak jak motyl spija nektar z kwiatu. Delikatnie, ale szybko i
stanowczo. Człowiek nie miał woli walki, poddał się wampirowi w zamian za
szybką i w miarę bezbolesną śmierć.


            Bimber
cały czas, gdy tylko poczuł się zagrożony chwytał Invidii. Nie było szans, by
krasnolud tego nie zauważył.


- Ten naszyjnik, chroni cię przed wampirami? – Zapytał w
końcu zaciekawiony.


- Mam taką nadzieje. – Westchnął woźnica, ale już żałował
tej odpowiedzi. Przed złem.


            W
Gloinie coś się zagotowało, coś pękło. Zazdrość. Chęć przeżycia, chęć
posiadania magicznego przedmiotu, który mógłby go uratować, który pozwoliłby mu
wytrwać do świtu. Rzucił się na Jabola. Nie ważne było to, czy zabije woźnicę,
czy nie, ważne było zdobycie Invidii. Jak
ją będę miał przeżyję! Taka gnida, taki pijak jest nikomu niepotrzebny, nie
zasługuje na ten przedmiot, na ten wspaniały artefakt! Ja go powinienem mieć!
Ja go chcę mieć!


            Bimber
choć pijany, jednak wciąż zachowywał resztki sprawnego umysłu. Początkowo
próbował się wyrywać i kopać przeciwnika, próbował go odepchnąć, ale gdy
zobaczył, do czego zdolny jest krasnolud, woźnica zdecydował. Nie wygram tej walki uczciwie. Postawił
na zbliżenie. Gloin dopadł go i wyrywał mu naszyjnik, trzymał w ręku Invidię i
próbował ją zerwać z szyi woźnicy, zupełnie nie zważał na ból, który ten mu
zadawał. Oto właśnie chodziło Jabolowi, choć dusił go jego własny naszyjnik,
jednak znalazł chwilę by wyciągnąć z kieszeni nóż i wbić go krasnoludowi prosto
w serce.


            Gloin
runął na podłogę martwy, ale wciąż trzymał Invidię i w końcu zerwał łańcuszek. Zabolało
to woźnicę, ale wystarczyło się schylić, by odnaleźć magiczny talizman, amulet
który tyle razy uratował mu życie, którego mu zazdroszczono. Próbował go
odnaleźć, lecz w tym momencie dopadły go wampiry. Dziesiątki, okrążyło go i
rozpoczęło swoją ucztę. Bimber jedynie zdążył wykrzyknąć – „Invidia”, ale już
jej nie odnalazł.

Komentowanie nie jest możliwe :, , więcej...

CCCV.

przez , 23.lut.2009, w Bez kategorii

            Zaryglowane
szczelnie drzwi były doskonałym zabezpieczeniem przed wampirami pragnącymi
dostać się do środka. Można było spać spokojnie, jednak do czasu. W pewnym
momencie Willi, woźnica Saligii, podszedł do halflinga Adama i ni z tego ni z
owego ugryzł go. Niziołek wpierw pomyślał, że miało to być śmieszne. No cóż, niektórzy mają głupkowate poczucie
humoru. Myślał, że się na wampira nabiorę!


            Walnął z
całej siły w atakującego, ten odskoczył na chwilę ale w nienaturalnie szybki
sposób wrócił, z jego oczu aż kipiała chęć pożarcia, a zęby mu się wydłużyły.


            Halfling
jedynie ryknął z przerażenia, a Willi skoczył na niego i zaczął wypijać jego
krew. Ralf zaczął się wydzierać przerażony, Gloin panikując zaczął otwierać
drzwi.


- Wampiry! Wampiry! Pomocy. – Wykrzykiwał krasnolud.

            Jabol
chwycił Invidię. Dyzio zaś rzucił w Williego butelką wódki. Pomogło. Wampir
rozsypał się w drobny proch.


            Montolio
chciał się zaśmiać, otworzył dziób, ale jak zobaczył wściekłego Kisjevczyka
znów się zamknął nie wydając z siebie żadnego dźwięku.


            Sytuacja
powoli wracała do normy, Adamowi pomogli wstać, wszyscy zaś, poza Gloinem,
który nadal próbował majstrować przy drzwiach, uspokajali się.


- Ciekawe kiedy go ugryzło. – Westchnął Ralf.

- Faktycznie, musiał się zarazić wampiryzmem, nigdy taki
nie był. – Potwierdził Enrico. – Zresztą jak widać nie potrafił się nawet
zachować.


- Być może wampir jest wśród nas. – Stwierdził Ralf.

- Jeśli bogowie są na tyle okrutni, to z pewnością tu
będzie, może nawet niejeden.


            Nie
musieli czekać długo. Coś niedobrego zaczęło się dziać z Adamem, który powoli,
acz skutecznie przeradzał się w wampira. Trzy butelki wódki święconej poleciały
w jego kierunku, na zawsze go unicestwiając.


            Gloin
jednak nie wytrzymał napięcia i otworzył zasuwę wybiegając na korytarz. Jabol
popędził za nim.


- Wampir jest w tym pomieszczeniu. – Westchnął Shivan,
jakby obudzony z letargu.


- Dwa zabiliśmy! – Ryknął Dyzio.

- Zaledwie wampirzątka. Nasza towarzyszka ukrywa coś
więcej niż nam się wydaje. – Stwierdził kapłan.


            Elwira
natychmiast przeobraziła się z potulnej, miłej kobiety w rządną krwi
wampirzycę. Była szybka, zwinna i miała tylko jeden cel, spróbować krwi. Była
też cwana, dlatego jako jedyna nie tylko dostała się do środka, ale długo też
nie została wykryta. Jak ten klecha mnie
wykrył?


            Lecące
butelki wymijała szybkimi ruchami. Brawo,
byle dalej!
I próbowała atakować.


            Saligia
i Ralf wybiegli z pomieszczenia. Dyzio widząc, że brakuje mu amunicji jedną
ręką chwycił Shivana, który zupełnie nie przejmował się wampirem i rzucił ostatnią
butelką w kierunku Elwiry, tyle, że w locie złapał ją Erlan.


- Nie będziemy tak marnotrawić cennych zapasów.

            Zdziwiło
to także i wampirzycę. Tyle, że mag miał wszystko pod kontrolą i puścił w jej
kierunku kulę ognia. Kobieta zaczęła się skręcać i wić, wrzeszcząc przy tym.
Mogła odskakiwać przed lecącym przedmiotem, ale fala ognia była nie do
uniknięcia. Dla wampira zaś była śmiertelna.


            Wtedy
trójka bohaterów ruszyła za resztą.

Komentowanie nie jest możliwe :, , więcej...

CCCIV.

przez , 22.lut.2009, w Bez kategorii

            Schodzili głębiej i głębiej, piwnice były
zdecydowanie bardziej rozległe niż powinny być. Zapewne „Od zmierzchu do świtu”
było jedynie przybudówką zbudowaną na starych ruinach, jakiejś twierdzy bądź
zamku, o którym nikt już nie pamiętał. Im głębiej wchodzili, tym budowla
zdawała się być masywniejsza, bardziej krasnoludzka. Owszem wszędzie panowała
ciemność, ale potężne kamienne, ciosane ściany mówiły same za siebie. W końcu
weszli do izby, z masywnymi drzwiami, obitymi żelazem, które dało się
zaryglować.


- Tu poczekamy do świtu. – Westchnął Dyzio. – Nie powinni
dostać się do środka, dzięki temu będziemy bezpieczni.


- Jak takie miejsce jak to może w ogóle istnieć!? –
Dopytywał się Gloin.


- Podziękuj bogom. – Westchnął Saligia.

- A jeśli nie wierze w ich istnienie? – Zapytał Erlan.

- To popełniasz błąd. – Odrzekł Enrico.

- W tym aspekcie się zgadzam, ale to nie wina bogów, że
Propolis istnieje, że wampiry istnieją. – Wtrącił się Shivan.


- Jak nie, jak tak? – Oburzył się Saligia. – Po pierwsze
musimy wiedzieć czym jest tak zwany wampiryzm. To choroba o magicznej naturze,
która przekształca ciało i sposób życia swojej ofiary, czyniąc ją istotą
zawieszoną między życiem a śmiercią. To choroba, którą stworzyli bogowie, po to
by się nad nami pastwić w swoich chorych gierkach i pokręconych umysłach.
Musicie zrozumieć, że jesteśmy jedynie pionkami w ich rękach, z którymi można
zrobić wszystko, zrzucić z Miscle, zniszczyć. W końcu zawsze będą kolejne.


- To bzdury. – Zaprotestował kapłan. – Całkowite niezrozumienie
idei…


- Idei? Co ty możesz wiedzieć o bogach, ponadto czego cię
nauczono. Ja przedstawiam jedynie fakty.


- Raczej ich interpretację. – Powiedział Shivan.

- Może ją wskazuję, ale jeśli bogowie pragnęliby
szczęśliwości, czemu tworzyliby wampiryzm? Czemu nie zmietli tego koszmarnego
miejsca z powierzchni Miscle? – Pytał Saligia zwracając się jednak do
pozostałych, wiedział, że kapłana nie przekona do swoich racji.


- Może właśnie po to nas tu zesłali? – Zapytał Shivan.

- Bzdury, jak mamy pokonać wampiry, gdy ledwo zipiemy. Nie
mamy szans na to.


- Albo wiary. – Westchnął kapłan. – Ja wyjdę z tego cało,
jeśli mój Pan tak zechce. I ci, którzy będą się trzymali blisko mnie, również
przeżyją.


- Jeśli tylko twój kapryśny pan tak zechce. A jak mu się
odwidzi? – Ironizował Henryk. – Ale to nie jest mój argument. Nie mam zamiaru
czepiać się słówek, moje argumenty są bardziej merytoryczne. Skoro Miscle jest
odbiciem Księgi Makr, ktoś musiał w niej wampiryzm wpisać, prawda? Możemy
twierdzić, że robili to bogowie chaosu, ale czemu pozostali nie zareagowali i
pozwolili takiemu wynaturzeniu istnieć?


- Niezbadane są wyroki bogów, i niezrozumiałe dla
śmiertelników jest ich postępowanie. – Powiedział Shivan. – Ani nasze oko, ani
nasze ucho nie są w stanie pojąć tego, co nam bogowie przygotowali, zarówno tu,
na padole, jak i w swoim królestwie. Jesteśmy zbyt ograniczeni by to zrozumieć.


- Czy jestem zbyt ograniczony, żeby zrozumieć śmierć? –
Zapytał Saligia.


- Tak. Ja również. Przynajmniej do momentu, gdy sam przez
nią nie przejdę, gdy jej nie doświadczę. Dopiero wtedy ją pojmę i zrozumiem.


- Pod warunkiem, że tam cokolwiek będzie. – Wtrącił się
Erlan, ale ani Shivan, ani Enrico zupełnie nie przejęli się tą uwagą.


- Wiara nie zastąpi wiedzy. Chęć życia w większości z nas
jest wielka, śmierć, czymkolwiek by nie była, skończy ten etap, a w najgorszym
przypadku skończy wszystko. Nic już nie będzie takie samo. – Zapierał się
Henryk. – Nic. Dlatego nie rozumiem bezsensownej śmierci. Po co mi dano życie,
skoro mają mi je odebrać? Mogliby mi w ogóle go nie dawać, nie męczyć mnie, nie
prosiłem się na ten świat, ale skoro już dano mi życie, oczekiwałbym od bogów
podstawowej uczciwości, a nie dziwnych zabiegów zależnych od ich widzimisie. Czy
lis złapany we wnyki błaga bogów o pomoc? Czy może czeka na swą śmierć? Czy
raczej woli odgryźć sobie nogę i żyć dalej, rezygnując z pełni swego
dotychczasowego życie, byleby przeżyć choć kolejny dzień. Byle nie zabrano mu
tego, co najcenniejsze. Wiesz, co zrobiłby lis?


- Wiem. Tyle, że kwestia wiedzy i wiary nie ma z tym
wiele wspólnego. – Odrzekł kapłan. – Nawet stawiając na wiedzę, nie starczy nam
życia by wszystko pojąć i zrozumieć. Im więcej będziemy wiedzieć o Miscle i
wszechświecie, tym więcej będziemy mieć pytań. Sami nie dojdziemy do poziomu
transcendencji. Powinniśmy zatem szukać nie tego, co skłóca wiarę i wiedzę, ale
co je łączy. Propolis na przykład. Ani wiara o tym nie mówi, choć też nie
zaprzecza, ani tym bardziej wiedza, choć ta raczej bagatelizowała legendę. Prawda?
Zaginione Miasto Wampirów, gdzie te spokojnie mogą się schronić przed światem,
który się na nie uwziął, przed Inkwizycją, przed łowcami głów czy zabójcami
potworów, nie wspominając już o przygodnych awanturnikach. Miasto gdzie mogłyby
spokojnie prowadzić swoją egzystencję, gdzie byłby dostatek, gdzie miast wody
płynęłoby mleko i miód. Czyż to nie cudowna wizja? Dla nich, oczywiście. Miasto,
które można by zaliczyć do tak dziwacznych i niewiarygodnych legend jak te o
wielkim skarbie Rypniewskiego, Księdze Makr czy grobie Arianki, nie wspominając
już o bogini uśpionej w Mere Gyrn. Religia tego nie przekreśla, ale nie podaje
też zbyt wiele faktów. A wiedza? Poza tym, że Rypniewski to postać historyczna
o reszcie nie wiemy nic.


            Dyzio
roześmiał się trochę. Skarb Rypniewskiego
już znalazłem, niestety ma właściciela. Księga Makr jest kolejna na tapecie,
potem pewnie ten grób. Tylko o co chodzi z Mere Gyrn?


- Jeszcze o Rotace nie zapominaj. – Wtrącił się
Kisjevczyk.


- A co to jest Rotaka? – Zdziwił się Shivan. Saligia w
sumie też wyglądał na zbitego z tropu.


- Taka legenda, ale widzę, że nie znacie. – W sumie też nie znałem, dopóki tam nie
dotarłem.


- Tyle, że Propolis – kontynuował Enrico – owszem może
nie był nigdy potwierdzony przez naukę, trudno jednak było to kwestionować. Tak
samo jak nikt nie kwestionuje istnienia wampirów. Problemem jest jednak to, po
co bogowie pozwolili istnieć temu miejscu. Po co je w ogóle stworzyli? Azyl dla
wampirów?


- Może to nie ich wina, a Mrocznych Elfów. – Wtrącił się
Ralf. – Może wykorzystali legendę, by ściągnąć wampiry i tym samym zabezpieczyć
sobie tyły. Wszyscy i tak o te mordy obwiniali Moredheli, którzy dzięki temu
zyskali spokój.


- Tyle, że to nie ma żadnego znaczenia. Skoro bogowie
zezwolili na istnienie tego czegoś, są winni. – Tłumaczył Saligia.


- W tej materii jednak się nie zgadzamy. Z tego, co
mówisz, bogowie musieliby interweniować i bawić się Miscle nieustannie, a przy kapryśności
i złośliwości, o jakie ich posądzasz, zapewne dawno by im się to znudziło. I
nie sądzę, by Miscle zostawili samą sobie.


- Daleko jeszcze do świtu? – Przerwał im Jabol.

- To może być nam trudno stwierdzić. – Westchnął Dyzio.

            Po tym
na długo zapanowała cisza.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , więcej...

CCCIII.

przez , 22.lut.2009, w Bez kategorii

            Podziemia
były bardzo rozległe, ale dość wąskie, wszystkie pomieszczenia, które się tam
znajdowały nie były w stanie pomieścić wszystkich uciekinierów. Trzeba było się
rozdzielić. Z jednej strony, zwiększało to szansę na przeżycie choć jednej z
grup, z drugiej każde kilka osób był zdanych tylko na siebie, zwłaszcza, że
Shivan, Erlan i Dyzio trzymali się razem, co specjalnie nikogo nie dziwiło. A
to przede wszystkim dwaj elfowie zdawali się być największą potencjalną obroną
przeciw wampirom.

            Tyle, że
w piwnicy nie było zbytnio miejsca do walki, owszem miejsce na starcie było,
ale ryzyko w bitwie było zbyt duże. Kisjevczyk nie zamierzał tracić
niepotrzebnie ludzi, lepiej było się ukryć. W każdej z sal, łatwiej było
atakować drzwi i tego, kto przez nie próbuje się dostać niż walczyć na
korytarzu z nadciągającą hordą, która potrafi zmienić trochę swój kształt,
zamienić się w nietoperze, przelecieć, nie wspominając już o szybkim
poruszaniu. Widziałem jak poruszał się
Ferve, widziałem tego wampira, który stworzył Seforę, no i pamiętam jak ona
sama wybiegła wtedy z domu, z jaką gracją i niesamowitym tempem. Stojąc i
czekając na nich, nie wygramy bitwy. Będziemy raczej jak owce prowadzone na
rzeź. Musimy się pochować. Może nas nie znajdą. Może będą uważniejsze, a przez
to wolniejsze wchodząc do środka, tak jak były gdy wchodziły na zaplecze. To
nasza jedyna szansa.

            Grupki
były kilkuosobowe. Do jednego z pomieszczeń, pełnego skrzyń z zrabowanymi
rzeczami, weszli Shivan, Erlan, Dyzio, Saligia, Ralf, Willi, Adam, Gloin,
Elwira i Jabol. Wszyscy pochowali się po kątach, poprzykrywali się płachtami,
acz każdy dzierżył w ręku butelkę wódki święconej.

            Mag
zastanawiał się przez chwilę. Czy to w
ogóle coś da? Pamiętam jak walczyliśmy z wilkołakiem, ten miał zmysł, dzięki
któremu wyczuwał ofiary, nawet jeśli ich nie widział. Wampiryzm to choroba tego
samego rodzaju. Nie zdziwiłbym się zatem, gdyby dawała podobne właściwości. A
to znaczy tyle, że całe to ukrywanie jest bez sensu.

            Nie
musiał czekać długo. Drzwi do środka otwarły się, a za nimi stanęła ciemna
postać, która jakby rozglądała się po wnętrzu. Nic więcej jednak nie czyniła.
Stała i wpatrywała się. Wszyscy w izbie starali się wstrzymać oddech. Bali się.
Strach paraliżował ich wolę walki. Chcieli jedynie przeżyć. Zazdrościli każdemu,
kto znajdował się poza tym zajazdem. Zastanawiali się czy wybrali najlepsze
kryjówki, czy ktoś nie ma bezpieczniejszej. Zazdrościli im, nawet nie wiedząc
dokładnie czego. Czuli bicie swego serca, nerwy, nawet jeśli byli opanowani i
czekali na wolę swego pana, to jednak nie potrafili całkowicie oddalić nerwów. Bali
się o swoje życie i siebie. Bali się śmierci. Pocili się. Kurczyli. Ale wampir
zupełnie nie reagował. Jedynie, co powoli zaczął zamykać drzwi, bardzo powoli.

            Erlanowi
się to nie podobał. Musi blefować. Nie
zamknie ich do końca, zostawi sobie wejście.
Jabol w tym czasie mocno
ściskał Invidię. Nagle jednak ciszę rozproszył skrzek.

- Łapska! Łapska! Łapska! – Wydarł się Montolio, a jego
głos w tej komnacie zdawał się być głośniejszy i bardziej doniosły. – Hahaha!

            Dalej
wszystko toczyło się błyskawicznie. Drzwi zaczęły się otwierać. Butelka z wódką
święconą poszybowała w wampira, ale ten odskoczył. Dokładnie tego się
spodziewał. Mag zamyślił się chwilkę. Jego
reakcja miała spowolnić naszą.

- Zabiję! – Wydarł się Kisjevczyk do gwarka, ptak aż się
spłoszył.

            Wampir
wchodził do środka. Adam i Willi zaczęli się w panice wydzierać. Erlan podniósł
ręce i wystrzelił z nich magicznym pociskiem, nie zabiło to wampira, ale na
chwilę go powstrzymał. Wtedy z ukrycia wybiegł Shivan i zaczął zbliżać się do
przeciwnika, ale ten jakby oparzony odskakiwał. Nie mógł się zbliżyć do
kapłana, właściwie to nie mógł w jego otoczeniu przebywać.

            Kryjówka
była spalona. Ale wampir, który koncentrował się na wyznawcy Morroua, nie
dostrzegł lecącej butelki. Rozbiła się mu na głowie a święcona wódka zaczęła go
wypalać.

- Uciekamy dalej! – Rozkazał Dyzio i wybiegł na korytarz.
Reszta podążyła za nim.

Komentowanie nie jest możliwe :, , więcej...

CCCII.

przez , 21.lut.2009, w Bez kategorii

            Jabol
Bimber pierwszy wszedł na zaplecze, chwycił pochodnię, która miał zamiar
odganiać potencjalne wampiry, ale nikogo nie było w środku. Dopiero po jakimś
czasie, zaczęli wbiegać kolejni i zajmować miejsca. Kładli się między
skrzyniami, starali się czymś przykryć, ukryć. Wchodzili nie tylko bocznymi
drzwiami, które odkrył woźnica, ale byli też tacy, którzy wbiegali przez
główne, obecnie zajęte ogniem.


            Nikt
jednak nie zamierzał podejmować walki. A przynajmniej do momentu, aż w środku
pojawił się Dyzio.


- Zamierzacie tak leżeć? – Zapytał. – Jeśli tak, to
wyjdźcie na zewnątrz, nie zabierajcie miejsca tym, którzy chcą przeżyć.


- Dobrze prawi! – Ryknął Saligia. – Słuchajcie go.

- To, że na razie tu nie ma wampirów to tylko
przypadek… W każdej chwili mogą się pojawić. – Mówił Kisjevczyk.


            W tym
czasie do środka wszedł Erlan, niezbyt słuchając wywodów swojego towarzysza,
podszedł do pierwszej lepszej skrzyni, otworzył ją, w środku była wódka. Ucieszył
się. Wyjął jedną butelkę, odkręcił i zaczął pić.


            Większość
zgromadzonych w środku była totalnie zdziwiona widząc, co się dzieje. Tylko
Jabol podbiegł do skrzyni, wyciągnął butelkę i zaczął pić. Potem spojrzał na
kotarę z tyłu, ktoś się tam ukrywał. Podszedł, trzymając ręką Invidię, odsunął
zasłonę i ujrzał kobietę o ciemnych włosach i oczach, wypudrowaną na biało, w
czarnym stroju, z obrożą z ćwiekami na szyi oraz ostry pomalowanymi wargami,
oczywiście na kolor czerwony. Dziewczyna trzęsła się ze strachu.


- Kim jesteś? – Zapytał woźnica.

- Elwira… pracuję tu. – Wymamrotała. – Ale oni… oni
są…


- Wampirami. – Westchnął Bimber. – Cóż, nie bój się, coś
się wymyśli.


            W środku
było coraz mniej miejsca, próbowano zabarykadować drzwi, ale próbował się przez
nie przecisnąć jeszcze jeden elf, Shivan. Całkowicie opanowany i spokojny,
jakby zagrożenie go w ogóle nie dotyczyło. Panie,
niech się dzieje wola twoja. Oto jestem, składam mój los na Twoim stole i
proszę jedynie o to, byś w swoim królestwie wspomniał na swego sługę.
Gdy
wszedł, udało się zabarykadować wejście.


- I tak się przedrą. – Westchnął do barykadujących.

            Jeden z
nich próbował walnąć kapłana, ale został powstrzymany.


- Jest ich coraz więcej i więcej, przybywają niewiadomo
skąd. – Zaczął mówić Shivan. – Wątpię, by ci, którzy zostali w środku przeżyli,
bądź mieli szansę przeżyć długo.


- I co teraz?! – Ryknął jeden z przerażonych gości. –
Zabiją nas!


- Dopiero gdy się tu dostaną. – Rzekł Dyzio. Jak pokonać wampiry! Jak pokonać te cholerne
wampiry! I przeżyć! Myśl intensywniej głupia pało! Gotr na pewno już miałby w
głowie plan. Nie, nie miałby go, skubany brodziasty już by coś robił, a ja
siedzę i debatuję.


- Co to za miejsce? – Zapytał Ralf.

- Patrząc na ilość wampirów, przychodzi na myśl tylko
jedna rzecz. – Dodał krasnolud Gloin. – Propolis.


- Hahaha! – Roześmiał się Montolio.

- Propolis? – Zapytał Willi, woźnica Enrico. – Nigdy o
tym nie słyszałem.


- Propolis nie istnieje! – Wydarł się halfling Adam. –
Nie istnieje! To mit!


- Najwidoczniej nie. – Westchnął Saligia. – Oto przed
nami proszę państwa Zaginione Miasto Wampirów, kraina mlekiem i miodem płynąca,
przynajmniej z ich punktu widzenia. Oto odkryliśmy tajemnicę znikania wozów na
szlaku Mrocznych Elfów. Cieszcie się wiedza.


- Propolis? – Zdziwił się Shivan. – Nie mogę w to
uwierzyć. To niemożliwe.


- A mówiłeś, że mamy odnaleźć Księgę Makr, wierz mi
Propolis to przy niej pikuś. – Odrzekł cicho Dyzio.


            Erlan
skończył pić, rzucił butelkę na ziemię i podszedł do ściany.


- Nawet nie ze złota… – Westchnął. – Strasznie przereklamowane
miejsce.


- Co robimy! One się próbują przedrzeć. – Wydarł się
jeden z blokujących drzwi.


- Przygotujemy się do kontrataku! – Ryknął Dyzio. – Macie
kołki osikowe… – Nie musiał czekać na odpowiedź. – Srebrne ostrza? – Znów odzew
był marny, ale tym razem nie zerowy. – Czosnek? – Ale on tylko odstrasza, nie zwalcza! Tyle, że nikt normalny nie
nosi ze sobą czosnku. Jakie są jeszcze
inne sposoby pozbycia się wampira.


- Możemy podpalić te skrzynie, po ich opróżnieniu. –
Zasugerował Erlan. – Utrzymując ogień będziemy bezpieczni.


- Tyle, że jak się wyrwie, to zginiemy, tak czy inaczej. –
Dodał Saligia.


- Przebijają się! – Wydzierał się mężczyzna przy
drzwiach.


- Jeśli ogień nie działa, to może wodę spróbować. –
Zasugerował Shivan.


- Wodę na wampira? – Zdziwił się Kisjevczyk.

- Mógłbym ją poświęcić.

- Dawać wodę! Dawać wodę! – Ryknął Dyzio.

            Tyle, że
w środku było jej jak na lekarstwo. Ale halfling Adam jako pierwszy rzucił się
na skrzynię i wyciągnął z niej butelkę wódki.


- Nie! – Ryknął Erlan.

- Nie! Zostaw to! – Wydarł się Jabol.

            Za
późno. Kapłan dostał do rąk kilka butelek i zaczął je święcić. Gdy skończył,
Dyzio wydał rozkaz sprawdzenia, ile warta jest wódka święcona. Mężczyźni,
którzy blokowali drzwi, odskoczyli od nich, a te rozwarły się i wampiry dostały
się do środka. Natychmiast w ich kierunku poleciały butelki, które rozbijając
się o nich, zadawały im niemiłosierny ból. Święcona wódka zadziałała, prawie
tak samo jak poświęcona woda, z tym, że gdy wampir się miotał, o wiele łatwiej
mógł zająć się ogniem, gdy zbliżył się i dotknął nieopatrznie pochodni.


- Znalazłem zejścia do piwnic! – Ryknął Enrico.

- Schodzimy! – Zadecydował Dyzio. – Weźcie tyle wódki ile
potraficie.


            Jedynie
Erlan i Jabol zrozumieli te słowa inaczej niż wszyscy.

Komentowanie nie jest możliwe :, , więcej...

CCCI.

przez , 21.lut.2009, w Bez kategorii

            To, co
zdziwiło Shivana to fakt, jak nagle zmieniło się nastawienie do jego osoby.


- Jesteś kapłanem, prawda? – Pytali niektórzy, choć
doskonale znali odpowiedź.


- Zrób coś… – Błagali inni.

- Hahaha! – Roześmiał się Montolio. – Łapska! Łapska! Łapska!

            Kapłan
chwilę się namyślał. Wampiry. Nieumarli,
nigdy w życiu z czymś takim nie walczyłem. Panie mój, daj mi siłę i mądrość,
bym mógł wykonać wolę twoją.


            Następnie
uklęknął i zaczął się modlić. Goście, którzy go otoczyli patrzyli nań z
wybauszonymi oczyma, tracąc nadzieję. Elf zamiast sprostać ich oczekiwaniom i
rozpocząć walkę, oddał się modłom i kompletacji. Rozczarowani, zaczęli
odchodzić, a gwarek jedynie się śmiał.


- Hihihi! Hahaha!

            Najdziwniejszą
rzeczą jednak było to, że wampiry w ogóle nie ruszały Shivana, omijały nie
tylko jego, ale też cały kilkumetrowy okrąg wokół niego samego. Tyle, że tego
prawie nikt nie zauważył. Wszyscy byli zajęci walką, albo raczej ratowaniem
swego życia.


            Dyzio
przeładowywał kuszę i strzelał. Nie dawało to wiele, owszem odrzucało wampira,
ograniczało mu ruch, ale nie zabijało. Gdybym
miał srebrne bełty, albo coś w tym stylu.
Dodatkowo cieknąca krew trochę
utrudniała mu prowadzenie walki, acz wampiry nie atakowały go zbytnio, starały
się koncentrować na łatwiejszych celach, tych, którzy poddali się strachowi,
zazdroszcząc innym jaj i woli przetrwania. Po co się męczyć, skoro można obrać
sobie łatwiejszy cel. W izbie było takich mnóstwo.


            Jabol
Bimber trzymając w ręku Invidię starał się schować gdzieś z boku i faktycznie,
żaden z przeciwników go nie atakował.


            Nie
licząc Shivana, jedyną osobą, która w ogóle nie przejęła się wampirami, był
Erlan, który dalej sączył kolejny trunek. Już dawno wypił więcej niż nakazywał
rozsądek, ale maga to nie obchodziło. Kurwa
gdzie ja jestem… Gdziekolwiek nie pójdę to syf… Ja pierdolę wampiry latają,
mordują, już nie można zrobić normalnej knajpy? Co za czasy! Koniec Miscle się
zbliża. Pierdolone smoki zniewalają i zmuszają do ciężkich robót, na
luksusowych okrętach morduje się pierworodnych, Altburg to jedna wielka
nierządnica, wszędzie kręcą się Iluminarowie. Czy ja kiedyś dożyję czasów, że
pójdę gdzieś i tam będzie normalnie, będzie wszystko w porządku i będzie można
spokojnie pić?
Wychylił kufel do końca.


- Kurwa… skończyło się. Barman… – Krzyknął. – Jeszcze
jednego. – Po tych słowach mu się odbiło.


            Wielki,
postawny mężczyzna stojący za barem, wziął butelkę wódki i zaczął zbliżać się
do czarodzieja. Ten szybko chwycił butelkę, ale barman złapał go za rękę i już
miał zamiar gryźć. Co za chuj! Pić nie
daje!
To zirytował Erlana. Rozbił butelkę na głowie atakującego, sam
odsunął się lekko, co jednak sprawiało mu sporą trudność, zważywszy na ilość
alkoholu, którą wypił od momentu wejścia do „Od zmierzchu do świtu”. Tyle, że
jeszcze wciąż potrafił rzucać zaklęcia. Włożył rękę do kieszeni, gdzie miał
małą kuleczkę siarki, wyciągnął ją i zaczął inkantację. Z rąk wyleciała mu kula
ognia, która trafiła w bar. Płomienie natychmiast zajęły drewno, butelki pod
wpływem gorąca zaczynały pękać, a alkohol jedynie wzmagał ogień. Barman
wydzierał się, gdy trawił go ogień.


- No i koniec picia… – Westchnął mag.

            Odwrócił
się, zobaczył salę, w której większość gości walczyła bądź uciekała przed
wampirami. Jeden wielki rozgardiasz. Przyjezdni nie próbowali uciekać na
zewnątrz, tam łatwiej było wampirom dopaść uciekiniera, starali się grupować, bezskutecznie
stawiać opór, tracili nadzieję, siłę i wolę walki. Zabijali się nawzajem, o
broń, o schronienie. Każdy myślał tylko o swoim życiu, starając się je uratować
za wszelką cenę. Zazdrościli innym miejsc, sposobów obrony, a to popychało ich
do morderstw i walk. W efekcie część gości została zabita przez innych, a nie
przez wampiry. Chaos. Jeden wielki chaos. Nie licząc oczywiście Shivana, który
zachował zimną krew i oddał się modłą. W
nieistniejącego boga! Zamiast pomóc innym, ten odstawia szopkę, cały klecha.

Elf chciał puścić kolejną kulę ognia, która puściłaby z dymem cały lokal. I
zaczął się do tego przygotowywać, dopiero Kisjevczyk podbiegł do niego i
przerwał mu.


- Nie! Nie rób tego. Póki jesteśmy w środku mamy większe
szanse. Na zewnątrz większość z nas zginie.


            W tym
czasie Jabol Bimber znalazł wejście na zaplecze. Kilka osób dostrzegło to i
rzuciło się za woźnicą.


- Trzeba się przegrupować! – Ryknął Dyzio. Oto nadszedł mój czas, Gotr byłby ze mnie dumny. – Wszyscy za mną! –
Wydarł się i pobiegł w kierunku zaplecza. Tam
będzie łatwiej walczyć.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , więcej...

CCXCIX.

przez , 18.lut.2009, w Bez kategorii

            Wszyscy zajęci
byli swoimi sprawami, większość nawet nie zauważyła, gdy minstrele zaczęli pogrywać
dość skoczne melodie. Większość tak jak Erlan, czy Bimber zajmował się piciem,
lub jak Dyzio, swoimi sprawami, np. grając w karty. Tylko nieliczni, jak Shivan
nie wiedzieli, co ze sobą zrobić, ale lokal ten działał od wielu lat, a jego
obsługa chciała by każdy czuł się weń dobrze i wracał w miarę możliwości. Po to
właśnie byli bardowie.


            Muzyka
jednakże była tylko wstępem, w pewnym momencie barman przemówił grubym głosem.


- Zapraszamy państwa na wieczorek artystyczny. Pamiętajcie
jedno, „Od zmierzchu do świtu” to jedyna, prawdziwa i niepowtarzalna kraina,
mlekiem i miodem płynąca. Nie żartuję.


            Większość
jednak zaczęła się śmiać.


- Mlekiem i miodem płynąca… Dobre.

- Wieczorek artystyczny… Też mi coś.

            Muzycy
grali zaś coraz głośniej i coraz skoczniej, kelnerki natomiast zgasiły część
świec, by nadać sali trochę więcej mroku. Kotara z boku zaczęła się rozsuwać, a
za nią ukazała się scena. Drewniana, prosta, po obu stronach znajdowały się
kawałki skał z wydrążonymi rowkami, z których zaczęło płynąć mleko (po lewej) i
miód (po przeciwnej). Wzbudziło to nieukrywany zachwyt. Ochom i achom nie było
końca, choć niektórzy cały czas traktowali to z przymrużeniem oka.


- Zawsze ten sam numer… – Powiedział Ralf.

- Która dziś? – Zapytał Kirsten.

- Co która? – Wtrącił Dyzio.

- Zobaczysz. – Odrzekł Saligia. – Patrz uważnie. Warto. –
Chyba, żeś nie tego…


            Muzyka
była coraz głośniejsza i intensywniejsza. Do dwóch minstreli dołączyło czterech
kolejnych, a na scenie pojawiła się kobieta w czarnym odzieniu, na wysokich
obcasach. Pochodziła z południa.


- Upadła Gwiazda Estelionu – ryknął barman – znaczy Gwiazda
Upadłego Estelionu, jak kto woli, przed państwem jedyna w swoim rodzaju,
piękność nad pięknościami, ponętna, zgrabna, o idealnie gładkiej skórze, zimna
acz gorąca, Salma!


            W sali
słychać było wiwaty, gwizdy i oklaski.


- Ona będzie śpiewać? – Zapytał Shivan na głos.

- Pojeb. – Odrzekł mu sąsiad.

            Ale
Salma nie zamierzała śpiewać. Prawdopodobnie nie miała tego w swoim
repertuarze. Powoli zaczęła przechadzać się po scenie, tak by ściągnąć na
siebie uwagę zdecydowanej większości męskiej publiki. Owszem byli tacy, którzy
jak Saligia patrzyli na nią tylko jednym okiem, a drugim wciąż grali w karty i
oszukiwali. Byli też tacy, jak Erlan, którzy nie odstępowali ani na chwilę
swojego trunku, albo też tacy jak Shivan, którzy czuli się sytuacją
skrępowaniu. Gorzej niż w „Luxurii”, tam
w burdelu przynajmniej był pożar.
Kobieta, gdy już widziała pożądanie w
oczach publiczności, gdy wyczuwała zazdrość tych, którzy stali daleko i nie
mogli jej dokładnie ujrzeć zrzuciła z siebie płaszcz, a gdy opadł na scenę
stała ubrana jedynie w ciemne majtki i biustonosz, a u szyi wił się jej
złocisty wąż. Gwizdy, oklaski, przepychanki. Wszystko miała pod kontrolą. Nie
musiała już robić nic więcej, była gwiazdą. Kopnęła tylko płaszcz, tak by
mężczyźni zaczęli go sobie wyrywać. Każdy z nich, albo prawie każdy, miał na
nią ochotę i byli zazdrośni o każdy najdrobniejszy gest z jej strony.
Uwielbiała to.


            Wąż
zaczął się wić po jej ciele, a ona zaczęła tańczyć. Spokojnie, tak by każdy
mógł widzieć ruchy jej bioder, by mogła wywoływać falowanie piersi, dotykać
swojego ciała. Gładkich nóg, rąk, brzucha… Nie tylko swoimi dłońmi, ale i
wężem.


            Shivan
starał się nie patrzeć na scenę, a jedynie skupić na modlitwie. Panie mój, zachowaj mnie od boskiej kary,
pomóż mi przeżyć życie godnie i nie wódź mnie na pokuszenie.
Erlan zamówił
kolejną butelkę. Dyzio nie mógł się skupić na grze, przegrał więcej niż chciał,
ale nie potrafił ani skończyć grać, ani skończyć patrzeć na Salmę. Saligia
lekko się uśmiechał, siedział tyłem do sceny. Zbyt dobrze znał to miejsce i
pokusę.


            Gdy
utwór się skończył, Salma podała węża jednemu z wielbicieli, a gdy muzycy znów
zaczęli grać, ponownie zaczęła tańczyć. Ale teraz bardziej żywo, co wprowadziło
publiczność w ekstazę. W pewnym momencie kobieta zeskoczyła ze sceny wprost na
jeden ze stołów. Dała się dotykać po nogach. Euforia sięgała zenitu, a tancerka
przeskakiwała ze stołu na stół, aż w końcu wylądowała przy barze, skąd wzięła
butelkę wina zaczęła tańczyć przed Jabolem.


            Wszyscy
mu zazdrościli, z drobnym wyjątkiem Erlana, który był zajęty piciem i Shivana,
który się modlił. Woźnica pocałował Invidię. Dzięki! A Salma zaproponowała mu picie. Bimber nie potrafił
odmówić. Kobieta otworzyła butelkę i zaczęła wylewać wino na siebie. Resztki
jej ubrania, zwilżone odsłaniały jeszcze bardziej jej ciało, a wino kapiąc po
nodze trafiało wprost do ust woźnicy. Piękna
kobieta i alkohol z niej spijany, czy może być coś piękniejszego? Niech mnie
kule biją, jeśli to nie jest kraina mlekiem i miodem płynąca.


            Tyle, że
nie wszyscy byli tak podekscytowani. Większość zazdrościła z całego serca
Bimbrowi, zabiliby go, byleby tylko znaleźć się na jego miejscu.


            Gdy
muzyka się kończyła, Salma zrzuciła z siebie resztki ubrania, wytarła się z
wina i oddała butelkę i „strój” Bimbrowi, sama zaś zniknęła za barem. W całej
izbie słychać było gwizdy, krzyki i brawa. Gwiazda Upadłego Estelionu odniosła
sukces, dokładnie taki jak planowała.

Komentowanie nie jest możliwe :, , więcej...

CCXCVIII.

przez , 17.lut.2009, w Bez kategorii

            Erlan pił trunek za trunkiem, barman wydawało się,
że nie nadąża nalewać, ale jakimś dziwnym trafem dawał radę, choć wyglądał na
zmęczonego. Dyzio zajął się grą w karty, Jabol Bimber, gdy tylko wszedł do
środka zajął się, podobnie jak mag, piciem, jedynie Shivan nie wiedział, co ze
sobą zrobić. Nie lubił takich miejsc jak to. Mam dziwne przeczucie… Próbował dokładnie oglądać salę, pytał
pracowników o to jak wyglądałaby obrona przed atakiem Mrocznych Elfów.


- Obrona… – Drwił wykidajło. – Obrona… Hmm… Głównie
manewr wycofania się na z góry upatrzone pozycje. Taki standardowy. Każdy na
swoją.


- Ten plan nie wygląda dobrze. – Mówił kapłan. – Mam wrażenie,
że w ogóle nie jest przygotowany i dopracowany…


- Chłopie, jak tu się pojawią Mroczne Elfy, to ciebie
pierwszego rzucę im na pożarcie, a sam odlecę stąd tak szybko jak tylko mogę.


- Odlecę? – Zdziwił się Shivan.

- To przenośnia jełopie. Przenośnia, takie kurwa
przekoloryzowanie paru słówek. Czy ja wyglądam na nietoperza? Albo na ptaka? Co
za debil mi się trafił… Jeszcze będzie pytał zaraz jak działa cep, bo
konstrukcja za trudna!


            Elf nie
miał zamiaru już dalej dyskutować z ochroniarzem. Wypatrzył pewnego mężczyznę,
który ewidentnie również nie potrafił się tu odnaleźć. Wokół niego leżało kilka
klatek z ptakami. Handlarz, zagadam go o
ziarno, może coś ciekawego ma jeszcze na sprzedaż?
Podszedł do niego,
przedstawił się. Kupiec miał na imię Luis.


- Mam trochę ziarna… Acz nie posiadam tak egzotycznych
ptaków jak pan.


- Gwarek. – Zaczął chwalić się kapłan.

- Ziarno! Ziarno! Ziarno! – Zaskrzeczał Montolio.

- Mam kilka mysikrólików, sikorki, wilgę, ale nic
nadzwyczajnego, przynajmniej na północy. – Marudził kupiec. – Na południu nikt
nie kupował kanarków czy papug, wie pan, woleli egzotyczne ptaki z północy, ale
teraz…


- Teraz? – Zdziwił się Shivan.

- Nie chcę panu smęcić…

- Wysłucham, jeśli taka potrzeba. – Stwierdził kapłan.

- No cóż, ale ostrzegałem. Jestem uchodźcą z Estelionu. Kilka
lat temu te trzy państwa miały jakąś przyszłość, współpracowały ze sobą. A
teraz? Moją rodzinę wymordowano, dom spalono, ja ledwo uciekłem i nie ma już
miejsca, gdzie mógłbym zaznać spokoju. Zazdroszczę tym, którzy pomarli, że
żyję. Zazdroszczę wszystkim w tym zajeździe, że potrafią się bawić. Jestem
cieniem dawnego ja, beznadziejnym, smutnym i żałosnym. Tak słabym, że nie
potrafię nawet targnąć się na własne życie, bo po co… Kupiec Estelioński, to
już nic nie znaczy. Nic. Gdy byłem młody, Zanzibar był potęga na południe od
Starego Świata, a dziś, to dzicz większa od Arabii. Oto, co zostało po
powstaniu Solbunara. Ziemie niczyje, nienawiść i wszechobecna zazdrość, która
pcha istoty ku złym czynom. Byłem tam raz, właśnie po okazy ptaków. I
żałowałem, że to zrobiłem. Okropne miejsce, odarte z iluzji cywilizacji. Dziś
tak samo wygląda Estelion. Hordy żołnierzy, którzy porzucili swoich monarchów
atakują bezbronnych mieszkańców. Wioski płoną. W miastach szerzy się
szabrownictwo, rabunek, mordy, lincze. Siły zbrojne trzech państw są tak
nadwątlone, że ledwo ochraniają monarchów. Co z tego, że zapanował pokój, co z
tego, że władcy Estelionu zastanawiają się jak żyć dalej, jak wszystko
naprawić, gdy są zamknięci w swoich pałacach, szczelnie odgrodzeni od ludu. Bogaci,
najedzeni, bezpieczni. Tak, zazdroszczę im. I nie tylko ja, wszyscy, którzy
przeżyli. Tyle, że za to bezpieczeństwo trzeba płacić, ale to nie królowie płacą
tę cenę, a zwykli mieszkańcy Estelionu. Pokój? Owszem, nie ma wojny, ale na
wojnie było lepiej niż teraz. Teraz panuje tam chaos, którego nikt nie potrafi
opanować. Na wojnie wiadomo, kto jest twoim wrogiem, kto jest zdrajcą a kto
bohaterem. A teraz? Każdy pilnuje swojego. Nie ma zasad. Coś masz, zazdroszczą
ci i możesz być pewien, że zazdrość spowoduje inne czyny. W najlepszym razie
cię okradną. To nie wrogowie zabili moją rodzinę, a mieszkańcy mojego miasta…
Których nie stać było na jedzenie, na chleb. Których nękały choroby, ale nikt
im nie pomagał. My żyliśmy w swoim azylu, pewni, że wszystko się ułoży. W końcu
wojna się skończyła. I się kurwa ułożyło… Tyle, że nie tak jak powinno.
Zazdrość, że nam się jakoś udało, zniszczyła nas. Zostawiłem wszystko, co
mogłem. Tylko tak uratowałem życie, tylko po co… Jedyne czego łaknę to
śmierci.


- Rzekłbym spokoju. Śmierć niekoniecznie musi ci go dać. A
co jeśli będziesz umierał niepogodzony sam ze sobą? – Zapytał Shivan.


- A kim ty jesteś?

- Kapłanem Morroua, pana śmierci.

- O kurwa… – Przeklął Luis i nie chciał już dalej
rozmawiać.

Komentowanie nie jest możliwe :, , więcej...

CCXCVI.

przez , 15.lut.2009, w Bez kategorii

            Gdy jechali już po drugiej stronie kanionu, zaczął
on się powoli rozszerzać i przekształcać w kotlinę Guria. Zarośniętą lasem,
pełną jezior, zieloną dolinę w większości zakrytą cieniem olbrzymich,
ośnieżonych szczytów, które wnosiły się z wszystkich stron. Idealny azyl, dla
kogoś, kto chciałby odciąć się od zewnętrznego świata. Samowystarczalny, a przy
tym szczelnie odgrodzony. Wymarzona forteca dla tajemniczych istot, jakimi były
Mroczne Elfy. Nie ulegało wątpliwości, że musiały polować w Gurii, stamtąd
czerpiąc zapasy swojego pożywienia.


            Jedyne,
co zmieniało ten idylliczny widok w koszmar, to stromy spad. Oblodzony, śliski,
pełen wystających skał. Ktokolwiek by został zrzucony z niego niechybnie by
zginął. No i jeszcze zimny wiatr szalejący po górach, pewnie omijał samą
kotlinę, ale wokół niej, było dość nieprzyjemnie. Jabol popijał kolejną
butelczynę wódki, żeby się rozgrzać, a jego pasażerowie w środku przykryli się
kocami. Chłód był zbyt dotkliwy, by móc zająć się czymś innym, jak tylko
szukaniem ciepła.


- Zaraz pewnie wyskoczy nam ten król elfów. – Stwierdził
Shivan.


- Słucham? – Zdziwił się Dyzio. – Przewidziałeś to?

- Nie… – Odrzekł kapłan. – Jedynie mam takie dziwne
przeczucie. Może nas nie napadną, może będą chcieli pobrać myto?


- Myto? Król Mrocznych Elfów pobierający myto za przejazd
po ziemiach, które uznał za swoje. – Ironizował Erlan. – No cóż, to by było
naprawdę dziwne, wręcz szalone. W sumie gdyby tak zrobił, nie zdziwiłbym się,
czemu nazywają go Rodrykiem Szalonym. Jedno jest pewne, jak już przejedziemy
góry, będziemy wiedzieć, czy Moredhele faktycznie są takie złe, jakie je
malują.


- Czy gorsze. – Dodał Kisjevczyk.

- Albo lepsze. – Odgryzł się mag.

            Dalej
znów wszyscy zakryli się kocami, by nie marznąć.


            Pod
wieczór, Bimber szukał miejsca w którym można by przenocować. Pasażerowi go
ponaglali, w końcu chcieli załatwić swoje potrzeby i rozprostować kości, a
nader wszystko rozpalić jakieś ognisko, by móc się przy nim ogrzać. Ale woźnica
się upierał, że zna jedno świetne miejsce. Nadszedł zmierzch i nic się nie
stało. Jechali dalej. Irytowało ich to jeszcze bardziej, zwłaszcza, gdy jakiś nietoperz
przypadkiem rąbnął w szybę wozu i spadł na śnieg. Z krzaków słychać było wycie wilków.
Nieprzyjemna aura, więc nikt specjalnie nie popędzał Jabola.


            W końcu za
zakrętem, z dala już od kotliny Guria, pojawiła się po prawej kolejna stroma skarpa.
To jedynie zirytowało Dyzia. Ile można. Okropne
te góry, wszędzie tylko przepaści.
Ale nie powiedział nic. Przykrył się kocem
i obserwował Montolia, który skrył się w rękach swojego pana i siedział wyjątkowo
cicho. Trzeba tego ptaka nauczyć kilku przydatnych
słówek.


            Jadąc
dalej, wóz zaczął zwalniać. Nie widzieli dokładnie, gdzie zamierza zatrzymać
się woźnica, ale gdy to zrobił i wyszli na zewnątrz, aż się zdziwili. Na środku
opustoszałego traktu znajdował się drewniany zajazd, przed którym stało siedem
innych wozów, należących do Gildii i innych przewoźników z Interii i Galonii.


- Co to jest? – Zdziwił się Dyzio.

- Miejsce naszego noclegu… – Westchnął Jabol. – O ile
oczywiście uśniemy. Ta knajpa nazywa się „Od zmierzchu do świtu” i głównie w
tych godzinach jest czynna. Znane i sprawdzone miejsce na tym trakcie. No i
jedyne, przez co tak popularne.


- Mają tu coś do żarcia? – Zapytał Shivan.

- Niewiele. Specjalizują się głównie w alkoholach. To nie
restauracja… Ale też nie zwykła mordownia. – Zapewniał Bimber, który zwolnił
konie i poszedł załatwić im stajnie.


            Shivan,
Erlan i Dyzio chwilę się wahali, ale w końcu weszli do środka.

Komentowanie nie jest możliwe :, , więcej...

CCXCV.

przez , 15.lut.2009, w Bez kategorii

            Im wyżej
jechali tym było zimniej, szczyty pokryte były śniegiem, a wokół drogi rosła
kosodrzewina. Z tym, że coraz częściej urywała się po prawej stronie, gdzie
widać było głęboki kanion, wewnątrz którego płynęła rzeka. Niektórzy to miejsce
nazywali Gurią, myląc to ze słynną kotliną. Owszem sama rzeka wypływała z
Gurii, ale rozstęp skał był na tyle bliski, że można było przerzucić coś z
jednego brzegu do drugiego. Sama kotlina, choć potężna, nie była tak ogromna
jak dolina skazańców, jedynie otoczona była zdecydowanie większymi górami i
większości nie była zamieszkana.


- Niebawem dojedziemy do mostu. – Poinformował ich Jabol
na kolejnym postoju. – Przejedziemy na drugą stronę. – Mówiąc to ściskał w ręku
Invidię. – Do tej pory nasza podróż odbywała się bez żadnych trudności, ale po
drugiej stronie kończy się Imperium i jego jurysdykcja. Jasne, tu trudno mówić
o tym, by macki cesarskich służb mogły zdziałać cokolwiek. Nie ma żołnierzy,
nie ma rozbójników, tylko trakt. Można by się zdziwić dlaczego? W końcu to
wręcz idealne miejsce na napady. Ale problem znajduje się po drugiej stronie
rzeki. Tereny sporne, po których grasują Mroczne Elfy. Zazwyczaj nie napadają
na podróżnych, ale likwidują oddziały zbrojnych. Choć krąży wiele opowieści o
zaginionych wozach. Dlatego doradzam wam wzmożoną czujność. W świecie Moredheli
nigdy nie wiadomo, co nas czeka. Możemy przejechać bez żadnych kłopotów, co mi
się już udało parę razy, ale możemy też zniknąć. Nikt nie wie dlaczego i jak
działają Mroczne Elfy, co powoduje, że napadają na podróżnych, a innych
puszczają bez kontroli. Jedno jest pewne, dopóty Moredhele nam się nie ujawnią
będziemy mieć spokój. Nie lubią obcych, nie utrzymują stosunków dyplomatycznych
z nikim od lat. Czy tolerują podróżnych, w większości przypadków tak. Ale
pamiętajcie jedno, to przedziwna ziemia, i nie wiem, czego tak na prawdę można
tam się spodziewać.


            Gdy już
wszyscy załatwili swoje potrzeby, wsiedli do wozu i ruszyli dalej, aż do
miejsca, gdzie gościniec prowadził do starego, drewnianego mostu, gdzie na
chwilę się zatrzymali. Poręcze były lekko spróchniałe, ale i tak wyglądały
całkiem znośnie w porównaniu do reszty. Jabol wyszedł z wozu i zaczął się
przyglądać kładce.


- Ilekroć tu przyjeżdżam to wygląda ona coraz gorzej. –
Westchnął. – No nic. Na trzeźwo nie przejedziemy. Przejdźcie na drugą stronę, a
ja jak się wprawię w odpowiedni nastrój to przejadę.


            Niespecjalnie
ich to zdziwiło. Most wyglądał jakby miał zaraz runąć. Dyzio podszedł do niego
i chwycił się poręczy, ale ta natychmiast zaczęła się chybotać.


- Nie demolujcie, zanim nie przejdziemy! – Ryknął Bimber
przerywając picie wódki.


            Za
późno. Fragment drewna został w ręce Kisjevczyka, reszta zaś rozpadła się i
poleciała w przepaść, prosto do rwącej rzeki.


- No to ładnie. – Powiedział Shivan.

- Hahaha! – Roześmiał się gwarek.

            Erlan
zaś nie widząc sensu by poddawać się strachowi, wziął linę, przewiązał się nią
i kazał Dyziowi trzymać drugi koniec. Mag pierwszy wszedł na most, który
trzeszczał i sprawiał wrażenie jakby lada chwila miał pęknąć. Ale elf się nie
poddawał, szedł dalej. W końcu kładka nie była zbyt duża. Po minucie ostrożnego
chodu był już po drugiej stronie. Odłożył swoje rzeczy i chwycił linę dając
znak, by inni również zaczęli się przeprawiać. Kolejny był Shivan, który idąc
zrobił jeden fałszywy ruch i poczuł jak pęka pod nim jedna belka. Wystraszony
kapłan zaczął biec i bardzo szybko znalazł się po drugiej stronie. Drewno
pękło, ale nie odpadło.


            Następny
przeprawił się Dyzio, który starannie obwiązał się liną, która trzymali
elfowie.


            Pozostało
jedynie czekać, aż Jabol przejedzie. A ten pił już drugą butelkę. Zbyt szybko i
zbyt łapczywie, bo może wystarczyłaby mu jedna. Gdy skończył, ledwo wdrapał się
na wóz, z tym, że od razu spadły mu lejce. Będąc pijanym zejście po nie i
ponowne wdrapanie się zajęło mu mnóstwo czasu, oczywiście po drodze się
wywalił. Gdy już jednak siedział u góry, ucałował Invidię i popędził konie, by
jechały szybciej niż zwykle. Pędem wjechał na trzęsący się most. Erlan, Shivan
i Dyzio zrobili jedynie wielkie oczy. Niewiele brakowało, a kładka by się
zawaliła, a ich woźnica z całym powozem runął w głąb kanionu. Jednak udało się
przejechać. Belki trzeszczały, ale wytrzymały. Pewnie jedna czy dwie pękła, ale
cały most jeszcze wisiał.


            Jabol zahamował.


            Dyzio
zaś zaciekawiony podszedł do mostu u chwycił drugą poręcz i lekko ją pociągnął.
Wystarczyło. Cała przeprawa zaklekotała i zaczęła się sypać. Nie było już
odwrotu. Znajdowali się w krainie w której grasowały Mroczne Elfy, a ostatni
most został zniszczony.

Komentowanie nie jest możliwe :, , więcej...

stat4u <!-- s4uext=s4upl(); document.write('stat4u') //--> stat4u

Blogroll

Kilka bardzo polecanych stron...