orthank blog

Tag: gniazdo-niegodziwosci

CCLXXVII.

przez , 24.sty.2009, w Bez kategorii

            Walter
Taube wrócił rano do swojej kajuty i wyjął z kieszeni wisior z czarną perłą,
który ukradł księciu Anatolijowi. Kryfstus
będzie zadowolony.
Wydłubał perłę, jak rozkazał mu klient i włożył ją do
małego metalowego pudełeczka, które następnie przytwierdził do nogi czarnego
gołębia, w klatce. Teraz wystarczyło jedynie wypuścić ptaka, by ten wrócił do
swojego pana. Jak zwykle poszło bardzo
łatwo.


            Trzymając
gołębia w ręku podszedł do okna i pozwolił mu wylecieć. Wrócił do stołu gdzie
została reszta wisiora i zastanawiał się, co z nim zrobić. Złoto, można przetopić, ale z drugiej strony lepiej byłoby komuś
wysłać, żeby mnie nikt z tym nie zauważył.


            Za
późno. W tym momencie otworzyły się drzwi, Shivan, Erlan i Dyzio wpadli do
środka. Taube trzymając wisior nawet nie miał jak się wymigać. Początkowo nie
zamierzał się przyznać, ale mag i Kisjevczyk kazali kapłanowi pilnować drzwi,
sami zaś związali delikwenta i zabrali się za przesłuchiwanie. Handlarz nie był
odporny na ból, bardzo szybko wyśpiewał wszystko, byle by go tylko nie bito i
nie przypalano. Opowiedział też, co się stało z perłą.


            Następnie
do kajuty poproszono Uwe i Rudolfa, który pracował dla Manfreda. Spisano
protokół, gdy Taube jeszcze raz wszystko powtórzył i przyznał się do winy, a
potem zwrócono księciu Anatolijowi jego wisior, acz bez perły. To oczywiście
jedynie go rozzłościło, a w zamian za nagrodę Erlan i Dyzio zgodzili się tę
perłę odnaleźć.


- Nie będzie problemu namierzyć tego ptaka. – Stwierdził mag
zbierając opadłe piórka z klatki. – No nic, Dyziek zwijamy się.


            Udali
się szybko do swoich kajut, spakowali się i wyszli na główny pokład, gdzie
czekał na nich już Shivan z Montolio, który tym razem był już przywiązany na
sznurku za nogę, by nie uciekł. Nie było już tej dużej nieporęcznej klatki.


- Oswajam go. – Stwierdził radośnie mag.

- Dobra, ale my musimy się już pożegnać. Miło było, ale
teraz ważna robota czeka. – Rzekł Dyzio.


- Idę z wami. Nie skończyliśmy rozliczenia z Manfredem,
nie pamiętacie? – Stwierdził kapłan.


- Teraz szukamy czegoś innego. – Powiedział Erlan.

- Poszukamy razem, musimy… Przekonacie się, zresztą
chyba nie zamierzacie iść na pieszo za tym gołębiem? Myślę, że nasz wspólny
przyjaciel von Zeppelin będzie bardzo zadowolony, gdy wypróbujemy jego maszynę.


            Erlan z
Dyziem wymienili się porozumiewawczo spojrzeniami. Przynajmniej na razie kapłan
zdawał się być przydatny, więc nie było powodu by się z nim żegnać. Jeszcze nie
teraz.


            Balthasar
von Zeppelin był zaś bardzo podekscytowany pomysłem. Nawet nie zamierzał się
pakować, od razu przystąpił do realizacji i odpalenia swojego dzieła. Jego
balon miał trochę inny kształt niż ten, który zbudował Luis deFévrier, przede
wszystkim był bardziej spłaszczony i wydłużony, a przy tym bardziej opływowy. No
i nie miał prowizorycznego kosza, a już faktycznie ukończone, całkiem luksusowe
siedzenie. Dużo gorzej było z silnikiem i sterownością, acz bardzo szybko udało
się wzbić w powietrze, przy czym baron cały czas wyciągał od Erlana uwagi na
temat dzieła konkurenta i skrzętnie nanosił je do swojego planu. Tyle, że balon
Zeppelina nie miał jeszcze wystarczająco wielkiej mocy by latać. Obliczenia
barona były złe, w efekcie po kilku minutach lotu koszyk zahaczył się o czubki
drzew, a wszystko zaczęło spadać, samo zaś pokrycie balonu zajęło się ogniem.


            Po
ugaszeniu pożaru, Erlan, Dyzio i Shivan ruszyli już na piechotę do najbliższej
drogi, zostawiając von Zeppelina samego. Dalej udało złapać im się powóz,
dzięki czemu zaoszczędzili trochę drogi, w końcu mag jednak stwierdził, że
dalej muszą iść piechotą.


            Znaleźli
się w lesie w bezpiecznej odległości od Altburga, acz na tyle blisko, by jego
mieszkańcom łatwo było się dostać do stolicy. Znajdował się tu mały drewniany
domek, oddalony od wioski i pozbawiony zabudowań gospodarczych. Budowla była
dość stara, ale mag wiedział, że to tu przyleciał czarny gołąb. Jego właściciel
grzebał coś przy grządkach, a obok pasł się świniak.


- Witajcie wędrowcy, w czym mogę pomóc. – Zapytał. Wiedział,
że wyczuli w nim czarodzieja, ale zdawał sobie sprawę, że nie wiedzą z kim mają
do czynienia. Mistrz Iluminarów uśmiechnął się. Oto ci, których przewidziałem, w końcu sami przyszli do mnie i odejdą w
pokoju.


- Jesteś magiem, prawda? – Zapytał Erlan.

- Jestem pustelnikiem. – Poprawił go Kryfstus. – Owszem znam
się trochę na magii, ale do Gildii mnie nie przyjęli. Uprawiam tu swój ogródek,
czyżbyście byli Inkwizytorami?


- Nie, nie musisz się tego obawiać. – Westchnął Dyzio. –
Ale mamy inną sprawę.


- Usiądźmy więc i pogadajmy. – Zaproponował Iluminar. –
Nazywają mnie Kryfstus, a raczej nazywali, rzadko mnie tu ktokolwiek odwiedza.


            Prosiak
tymczasem podszedł i łasił się do Erlana, jakby prosił o wysłuchanie.


- Śmieszny zwierzak… – Rzekł Shivan.

- Na twoim miejscu uważałbym, mój Paladyn wszystko
rozumie, jest bardzo inteligentny, to mój przyjaciel w mojej pustelni,
towarzysz, a nie zwierzak, który szuka trufli. – Westchnął Kryfstus. – Pochodzę
z Kisjeviu, u nas zwyczaj był taki, by goście również podali swoje imiona.


- Erlan. – Westchnął mag.

- Dyzio.

            Shivan
nie odpowiedział nic. Zrobił tylko wielkie oczy. No to ładnie.


- Ziarno! Ziarno! – Zaskrzeczał Montolio.

- Nasz kolega jest mało rozgarnięty i czasem zapomina jak
się nazywa. – Westchnął Dyzio. – Nie mówiąc już o tym, że nas nie rozróżnia.


- Sprawa jest taka – zaczął Erlan. – Wiemy, że przyleciał
do ciebie czarny gołąb.


- Tak, przyniósł mi czarną perłę. – Rzekł ze smutkiem
Kryfstus. Bardzo jej potrzebuję do mojej
nowej laski, zresztą nadchodzi czas, gdy opuszczę domostwo Harrada i wyruszę
dalej, te ziemie lada dzień może spotkać katastrofa, choć Saur twierdzi, że nie
wie, kiedy. Ciekawe dlaczego?
– Podziękujcie panu Taube, że odzyskał dla
mnie tę pamiątkę rodzinną. To dla mnie bardzo ważne. Jedyna rzecz, jaka została
po mojej tragicznie zmarłej matce… Moja rodzina wycierpiała dużo w czasach
Wielkiej Smuty… Zanudzam was, prawda?


- Nie, brzmi ciekawie. Też jestem z Kisjeviu. – Westchnął
Dyzio.


- Straciliśmy majątki, udało się uratować tylko kilka
pamiątek rodzinnych, najcenniejszą z nich była ta czarna perła, którą odkąd
pamiętam nosiła moja matka. Tyle, że królewscy zabrali nam ją, kilka tygodni po
jej śmierci. Kisjev potrzebował się dozbroić, stracił na tym prosty lud. Wtedy
to zaakceptowałem, tak miało być, ważne było dobro królestwa, dopiero parę lat
później odkryłem, że zrabowane przedmioty nie trafiły do armii lecz stały się
ozdobami królewskiego dworu, rozdawane bratom, kuzynom, wujom i tak dalej. Poczułem
się oszukany i zdradzony, no i wykorzystany. Chciałem tę pamiątkę odzyskać i
udało mi się namierzyć, kto to ma. Nie potrzebuję złotego wisioru, tylko czarną
perłę po mojej matce, a to, że posiadał ją książę Anatolij, bezprawnie,
zupełnie mnie nie interesuje. Chciwcy na pewno by mi tego nie oddali, wziąłem
to sam, a raczej pomógł mi pan Taube. Podziękujcie mu, otrzymałem przesyłkę. Wiem,
że bał się o tego gołębia, ale wszystko jest w jak najlepszym porządku.


- To chyba wszystko… – Stwierdził Erlan. Jednak Dyziek miał rację z tym gniazdem
niegodziwości, kolejny nas oszukał.


- No tak, Kisjevska szlachta. – Westchnął Dyzio. – Szkoda
gadać, to chyba faktycznie wszystko.


- To nie odzyskamy tego? – Zapytał Shivan.

- A więc to Anatolij was przysłał – rzekł smutno, prawie
z płaczem w oczach Kryfstus. – Chcecie mi to zabrać, prawda?


            Świniak
zaczął kwiczeć. Kłamie! Kłamie, nie
wierzcie mu! Czemu mnie nie rozumiecie! To on mnie uczynił tym kim jestem!
Pomocy!


- Nawet Paladyn rozumie jak smutna to sytuacja. –
Kontynuował Mistrz Iluminarów. Harrad
nigdy nie lubił takich scen, za to Saurowi z pewnością by się spodobała. Wiem,
że lubi manipulację, tak jak ja.


- Książę Anatolij nie powiedział nam całej prawdy, więc
myślę, że jego zlecenie nie jest ważne. – Westchnął Dyzio. – Zresztą jeśli ma
dotyczyć zabrania czegoś Kisjevczykowi to ja się na to nie piszę.


- Ja też pasuję. – Dodał Erlan.

- No ja się tam upierać nie będę. Zresztą to tylko
przedmiot, które książę na pewno tak bardzo nie pragnie. – Stwierdził Shivan.


- W takim  razie
dziękuję. I niech bogowie mają was w swojej opiece. – Oby, bo następnym razem jak się spotkam, nie będzie już tak przyjemnie.
Ja zaś wiem, że macie dużo więcej szczęścia niż sprytu i wykorzystam to, w
momencie gdy szczęście was opuści.


            Pożegnali się, a
następnie Shivan, Erlan i Dyzio ruszyli prosto do Altburga.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , więcej...

CCLXXVI.

przez , 22.sty.2009, w Bez kategorii

- To niebywałe! – Irytował się von Zeppelin. – Nie dość,
że mój wynalazek jest tu niedoceniany, to jeszcze zamykacie mnie z tymi
wszystkimi ludźmi w jednym miejscu!


- To dla pana dobra. – Westchnął Erlan. – Zgromadziliśmy
wszystkich pierworodnych w jednej kajucie. – Prawie wszystkich, poza Dyziem.


- Nie rozumiesz, moje odkrycie to przełom. Od setek lat,
ludzie, elfy i wiele innych istot marzyło by wzbić się w powietrze, ja jestem o
krok od stworzenia czegoś takiego, co powoli nam wszystkim latać dowoli.
Zrewolucjonizuje transport, zrewolucjonizuje życie. – Chwalił się Balthaazar.


- Luis deFévrier, mówi ci to coś? – Zapytał elf.

- Tak, Galończyk, gałgan jakich mało, ma podobną
obsesję… Załóżmy, że się ścigamy, kto pierwszy wzbije się w powietrze. Tyle,
że jego prototyp jest o kant rozbić…


- Jakby ci to powiedzieć, latałem na prototypie Luisa…

- Co!? Nie pochwalił się!? Jak to możliwe… Przecież myślałem,
że jestem bardziej! Latałeś?! – Irytował się von Zeppelin.


- Z drobną pomocą magii, ale nie w tym rzecz, lataliśmy i
to się liczy. – Westchnął. – A teraz zapraszam do komnaty.


- A moglibyśmy porozmawiać o tym prototypie Luisa?

- Może, kto wie, ale na pewno nie teraz. – Powiedział
elf.


            Reszta
pasażerów, acz równie niezadowolona, nie sprawiała większych trudności.
Najważniejsze było to, że Walter Taube również był pierworodny, więc teraz
wszyscy mieli go na oku.


            Ustalono,
że przynętą w polowaniu na Makata będzie Dyzio. Erlan i Shivan mieli pilnować
zgromadzonych pasażerów, a Ferver i Uwe starali się kontrolować resztę okrętu.


- A co jeśli Makat jest pierworodny? – Zapytał z
ciekawości kapłan.


- To proste zabiję wszystkich innych, a my zobaczymy, kto
zostanie. – Śmiał się mag.


            Kisjevczyk
zaś czekał w swoim pokoju, aż nadejdzie zmrok. Leżał w łóżku i udawał, że śpi.
Trzymał weń jedynie swą kuszę, gotową do strzału. I walczył ze snem. Czasem
tylko wewnątrz przez otwarte okno wlatywał nietoperz, Ferve sprawdzał, czy
wszystko gra.


            W końcu
jednak drzwi się otworzyły, a do środka wszedł osobnik ze sztyletem w ręku oraz
gazą ze środkiem usypiającym, gdy przypadkiem trzeba było wpierw ofiarę
oszołomić.


- Pierworodny – mamrotał – nastała twoja godzina… Makat
Becherot wypleni cały twój grzech, całą twoją zgniliznę moralną, całą marność
twego istnienia.


            Kisjevczyk
lekko podniósł nogę, i wystrzelił z kuszy. Bełt trafił w krtań obcego. Dyzio
wyskoczył z łóżka, wziął miecz, który leżał pod kołdrą i podszedł do osobnika.
Było zbyt ciemno, by widzieć jego twarz, ale dawny zwadźca wiedział, że trafił
zbyt dobrze. Jeden zabójczy strzał i jego przeciwnik się dusił. Właściwie nie
było już dla niego ratunku. Czemu oni
nigdy nie odpuszczą sobie mów przed wymierzeniem kary, dzięki temu mam czas na
działanie.
Nie było już nawet możliwości przesłuchania go.


            Gdy
pojawił się Ferve Kisjevczyk właśnie zapalał pochodnie, by zobaczyć twarz
mordercy. Wampir pomógł mu przeciągnąć ciało i zamknąć drzwi, choć krew
sprawiała, że zachowywał się dziwnie, jakby coś go skręcało, ale potrafił się
powstrzymać.


- Znasz go? – Zapytał Dyzio.

- Nie znam wszystkich pasażerów. – Westchnął wampir. –
Sprowadzę kapitana i twoich przyjaciół.


            Gdy już
przybyli Shivan, Erlan i Uwe, wszyscy jeszcze raz obejrzeli zwłoki. Zabójca już
nie żył.


- To Matthias. – Westchnął kapitan. – Pomocnik tego
słynnego kaznodziei, Kurta. Kto by pomyślał?


- Jedyne, co mnie ciekawi, to czy zabiliśmy prawdziwego
mordercę, czy jego narzędzie. – Stwierdził Shivan.


- Co przez to rozumiesz? – Zapytał kapitan.

- Nie wiem, czy Matthias działał sam, czy raczej na
polecenie swojego mistrza.


- Tego nie dowiemy się tym razem, wątpię by posunęli się
do kolejnych morderstw. Kurt miałby zbyt wiele do stracenia. – Rzekł Erlan. –
Ale jeśli twoja teoria jest prawdziwa, to Makat Becherot powróci za jakiś czas,
jak tylko Kurt znajdzie sobie innego ucznia.


- Ale to już nie będzie miało miejsca na „Kochanej Darii”
– westchnął Uwe – no i mogę powiadomić o tym innych kapitanów. Będzie łatwiej
złapać go na gorącym uczynku, ale wątpię by Kurt ryzykował pojawienie się
jeszcze raz na moim okręcie, więc właściwie sprawa zamknięta.

Komentowanie nie jest możliwe :, , więcej...

CCLXXV.

przez , 20.sty.2009, w Bez kategorii

            Ponownie
znajdowali się w kajucie kapitana, przeglądając listę pasażerów i rozprawiając
głośno.


- Coś musieliśmy pominąć. – Westchnął Erlan. San-Thor czy Gotr z pewnością by już
wiedzieli, a my będziemy błądzić jeszcze długo.


- Właściwie to ciągle stoimy w miejscu, nie wiemy ani co
dokładnie znaczy Makat Becherot, ani sposobu w jaki dobiera ofiary. –
Stwierdził Dyzio.


- Kat Herod. Ma Be. – Myślał na głos Shivan. – Gdybyśmy
wiedzieli, czy któryś z pasażerów był heroldem, albo coś w tym stylu. Którzy
mają imiona na M?


- Mara, Matthias, Mobotu wymieniać dalej? – Spytał
Kisjevczyk.


- Bez sensu, to nie tędy droga. – Przerwał im mag. –
Trzeba znaleźć powiązanie… Inga, Boruk, Herman i James, no i jeszcze
wyłamujący się ze schematu Joschka.


- Trzeba założyć, że Joschka to dodatkowy trup. –
Westchnął Dyzio. – Przynajmniej na razie, bo może ten cały Makat zmienił swoją
taktykę.


- Jedyne, co ich łączy to niegodziwości, Inga wyniosła i
rozpustna, podobnie jak James, Boruk, oszust i rozpustnik, a Herman? O nim nie
wiemy wiele. Może Makat morduje rozpustników? – Zapytał Shivan.


- Musi być jeszcze coś, co ich łączy. – Stwierdził Erlan.

- Jeśli porównamy Boruka i Ingę i coś znajdziemy to będzie
dobrze. – Odrzekł kapłan. – Pokaż listę.


            Shivan
podszedł do stołu i bardzo delikatnie czytał ankiety wypełnione przez dwójkę
pasażerów.


- Mężczyzna, kobieta… – Mówił na głos.

- A to ci podobieństwo… – Skomentował zgryźliwie Dyzio.

- Trudno znaleźć cokolwiek, co by ich łączyło. Już nawet
nie mówię o ankiecie – kontynuował Shivan – ale o samym sposobie bycia. Ankieta
ubezpieczeniowa to potwierdza. Jedyną rzeczą, na którą odpowiedzieli tak samo
jest kwestia pierworodności.


- Sprawdź pozostałych pod tym kątem. – Rozkazał Dyzio.

- To raczej przypadek…

- Sprawdź… Nie takie rzeczy się widziało… – Rzekł
Erlan.


- Joschka nie był pierworodny…

- To nikogo nie dziwi. – Odrzekł Kisjevczyk.

- O… Dziwne, Herman był. Podobnie jak i James.

- Więc mamy odpowiedź. Morderca zabija pierworodnych,
oczywiste i proste, że też od razu na to nie wpadliśmy. – Stwierdził ironicznie
Erlan.


- Nie sądzę by to było tak łatwe. – Rzekł Shivan. – Nie
mamy pewności, to może być zbieg okoliczności.


- Zróbmy listę wszystkich pierworodnych pasażerów. –
Zasugerował Dyzio.


            Nagle
usłyszeli pukanie do drzwi. Mag odtworzył i zobaczył księcia Anatolija.


- Jest kapitan? – Zapytał książę.

- Chwilowo nie. – Odrzekł mag. – Coś przekazać?

- Zostałem okradziony! – Zirytował się Kisjevczyk. –
Bardzo ważny klejnot rodzinny…


- Był ubezpieczony? – Zapytał Erlan.

- Owszem, ale co to zmienia? Zależy mi na tym by go
odzyskać.


- Taube jest pierworodny. – Wtrącił się Shivan.

- Zajmę się nim… – Odrzekł Dyzio wychodząc.

- Temu, kto mi go odda wypłacę sowitą nagrodę. – Dodał Anatolij.
– I pytanie, o co chodzi z tymi pierworodnymi.


- Istnieje wzór matematyczny, który wynalazł niejaki
półelf San-Thor, że prawdopodobieństwo bycia złodziejem jest większe w
zależności od pierworództwa. – Mówił mag.


- I on się sprawdza? – Zdziwił się Anatolij.

- Czasami. – Stwierdził Erlan. – A na jaką nagrodę można
liczyć, że się zapytam?


- Zależy, jeszcze nie zdecydowałem, ale z tysiąc złotych
koron na pewno. Weźcie się do roboty panowie, to dla mnie pilna sprawa. –
Westchnął Anatolij. – Tymczasem nie przeszkadzam.

Komentowanie nie jest możliwe :, więcej...

CCLXXIV.

przez , 19.sty.2009, w Bez kategorii

- Jest gorzej! – Ryknął zirytowany kapitan.

- Kolejny trup? – Dopytywał Erlan. Tego właśnie się spodziewałem.

- Baron von Zeppelin się skarżył, że od tego pożaru i
jego gaszenia zniszczyliśmy jego wynalazek! – Irytował się Uwe. – Będzie go
teraz suszył na pokładzie, co wprawia w irytację innych pasażerów?


- A co to majtałasy? – Zapytał Dyzio.

- Nie, jakiś latający balon, albo coś w tym stylu. –
Westchnął kapitan.


- No to ładnie… – Dodał Shivan.

- Plagiat… Jak ten koleś, co to wymyślił się nazywał? –
Dopytywał Kisjevczyk.


- Luis deFévrier. – Odrzekł czarodziej. – Tylko tyle?

- Nie, oczywiście, że nie. Kolejne morderstwo… Tym
razem podwójne.


- Podwójne!? – Zdziwił się Shivan. – I najważniejszy dla
pana był ten balon.


- Nic mi po zadawalaniu martwych, liczą się żywi. –
Tłumaczył Uwe.


- Dobra, kto zginął? – Zapytał w końcu Erlan.

- Boruk LaGrande. – Westchnął kapitan. – Teraz to już na
pewno będzie afera, reszta to były płoty, a on to dość słynny kanciarz. Ale
jest jeszcze coś, co lepiej powinniście zobaczyć.


            Po cichu
udali się do kajuty karciarza. Kapitan jeszcze ostrożniej niż zwykle ją
otworzył i wpuścił cała trójkę do środka. Wewnątrz oczywiście, jak zwykle
ciało, a raczej dwa nagie, męskie ciała leżały na łóżku.


- Ten drugi to Joschka. – Westchnął Uwe. – Jak widać,
kochanek Boruka… To wywoła skandal, jak tylko wyjdzie na jaw. Nie chcę by
wyszło to na „Kochanej Darii”. Tylko trzeba wymyślić, co z Borukiem.


            Shivan,
Erlan i Dyzio uważnie się rozglądali po izbie. LaGrande miał rozprute flaki,
znów krwią na ścianie zrobiono napis „Makat Becherot”. Mroczny rycerz ponownie
zaatakował, tyle, że Joschka był tylko zabity. Miał podcięte gardło i nic
więcej, jakby był dodatkową ofiarą, którą morderca zabił przy okazji.


- Panowie, to ma się skończyć! – Podniósł głos. – To już
jest przegięcie…


- Czy pan wie coś, czego my nie wiemy? – Zapytał Erlan.

- Nie. I skończcie z tym mordercą, albo ja skończę z
wami. Wydałem wam złodzieja, czekam na realizację waszej części układu.

Komentowanie nie jest możliwe :, , więcej...

CCLXXIII.

przez , 18.sty.2009, w Bez kategorii

            Przez cały dzień na „Kochanej Darii” panował istny
chaos. Pożar, polowanie na Sherstocka, czy wyciszane morderstwa nie wpływały na
komfort podróżnych. Kapitan robił wszystko, by rejs po Verhissenie przebiegał
miło i bez problemów, więc potrzebował jedynie kozła ofiarnego całego
zamieszania. Gdy tylko okazało się, że Shivan wypadł za burtę, udzielono mu
pomocy w wyjściu, osuszono, a następnie na górnym pokładzie, tak by wszyscy
słyszeli, Uwe zrobił mu wykład, jak powinien się zachowywać i że nie wolno
pływać sobie po Verhissenie.


            Przez
większość dnia, kapłan się już nie pokazywał, zamknął się w swojej kajucie, bo
i tak wszyscy zwracali na niego uwagę. Trudno mu było śledzić kogokolwiek,
zwłaszcza Waltera, nie mówiąc już o mordercy. Wyszedł dopiero wieczorem, na
kolację. Dosiadł się do Erlana i Dyzia.


- Nie powinieneś pływać w Verhissenie… – Westchnął Erlan.
– Nie zapoznałeś się z regulaminem? – I roześmiał się.


- Erlan mnie wrzucił… – Wymamrotał Shivan.

- Jasne, jasne i co jeszcze? – Zapytał Kisjevczyk.

- W każdym razie jak cały dzień próżnowałeś, my dziś
odwaliliśmy kawał dobrej roboty. – Westchnął mag. – Zgadnij, który z pasażerów
dziś nie tylko nie panikował, ale nawet nie pojawił się na pokładzie?


- Ferve? – Zapytał kapłan.

- Ma szczęście chłopak. – Rzekł Dyzio.

- Właśnie, Ferve. – Potwierdził mag. – Jest zatem
pierwszym podejrzanym… albo już nie żyje.


- Albo jedno i drugie.

- Okropność… – Wymamrotał kapłan.

            Po
kolacji postanowili się udać do imć Ferve’a. Poczekali trochę, by mieć pewność,
że inni pasażerowie ich nie śledzą, zwłaszcza, że po aferze z pływaniem, Shivan
stał się obiektem plotek wszelakich. Był na ustach wszystkich. Tym samym Uwe
osiągnął swój cel, całe zamierzanie z pożarem, Shertockiem nie wspominając
nawet o morderstwach, zostało zapomniane. Głównym tematem rozmów był szalony
kapłan, który nie potrafi się zachować, co bardzo rozbawiło Erlana i Dyzia.


            W końcu
zapukali do pokoju Ferve’a. Ten otworzył im bez problemu, był jak zwykle blady,
a co najważniejsze w jego kajucie było całkowicie ciemno. Nawet okna były
zabite deskami.


- Tak? – Zapytał.

- Chcieliśmy z panem porozmawiać. Możemy wejść do środka?
– Rzekł Erlan.


- Nie podoba mi się to… Wyczuwam coś… – Mamrotał pod
nosem Shivan.


- Panowie jest noc, więc proszę streszczajcie się. –
Odrzekł Ferve.


- On nie żyje! – Wykrzyknął Shivan.

- Co to za wariat? – Zapytał pasażer.

- Kapłan Morroua… – Odrzekł Dyzio.

- Ach tak… – Zatem
ma rację.
– Zapraszam do środka. Mam nadzieję, że mrok nie będzie wam
przeszkadzał za bardzo. Ulos już zaszło?


            Kisjevczyk
przeładował kuszę, mag zaczął szukać w kieszeniach składników do czarów. Gdy
już weszli do środka Ferve zamknął drzwi. Nie wiadomo kiedy, ale oderwał
błyskawicznie dechy z zabitych okien, tak by trochę światła nocy wpadło do
środka.


- Tak, nie żyję, przynajmniej z pewnego punktu widzenia i
przeszkadza wam to jakoś? Macie jakieś obiekcie? – Zirytował się. Wszędzie tylko wytykają cię palcami, żeś
inny, brak jakiejkolwiek tolerancji!


- Jesteś wampirem? – Zapytał Shivan.

- I co, spalisz mnie za to na stosie? Wbijesz mi kołek w
serce? Odetniesz mi głowę? Tylko dlatego, że jestem inny!? – Irytował się
Ferve.


- Muszę zabijać ożywieńców!

- O kurwa… – Przeklął Dyzio. – Gniazdo niegodziwości,
co my tu jeszcze znajdziemy.


- Ożywieniec to nie znaczy nieumarły! Zrozum, wampiryzm
to choroba, mam nadal swój umysł, powinieneś niszczyć ożywione szkielety, zombi
i tym podobne, to tacy jak wy rozszerzyli ten przykaz także i na nas, albo na
wilkołaki! Lepiej nas zniszczyć niż nam pomóc! Lepiej zgładzić niż zaakceptować
inność!


- Nie! – Ryknął zirytowany Kisjevczyk. – Chcecie się
zabijać, proszę bardzo, ale my stąd wyjdziemy. Dla nas ważniejsze są inne
pytania.


- I lepiej mów prawdę. – Westchnął Erlan. – Makat Becherot?
Mówi ci to coś?


- Kapitan mi coś wspominał, ale nie mam pojęcia co to… –
Rzekł wampir.


- Że co? Kapitan wspominał? On wie, że jesteś nie teges? –
Dziwił się Dyzio.


- Tak. – Odrzekł Ferve.

- Przestało mnie to już zupełnie dziwić. Uwe ciągle sobie
przypomina coś ważnego, gdy to odkryjemy lub jesteśmy blisko odkrycia. Nie
podoba mi się ten układ. – Stwierdził Erlan. – Więc nic nie wiesz o tych
morderstwach, zgadza się?


- Wiem tylko, że nie chcę tam wchodzić. Od lat piję krew
zwierzęcą i unikam widoku ludzkiej, elfiej i tak dalej. Zagłuszyłem pierwotny
głód, ale nie oznacza, że on się nie pojawi, gdy ją zobaczę. Gdybym to był ja,
nie zostałoby tam krwi, nie byłoby nią nic wymazane. Zbyt długo jej nie piłem,
by ją marnować. – Twierdził wampir. – Nie wiem, czy mi uwierzycie, czy nie, ale
staram się zachowywać przyzwoicie jak na wampira.


- Znałem dobrego wampira. – Stwierdził Dyzio. – Więc nie
zdziwi mnie to, jeśli to wampir byłby na tym okręcie najmniej niegodziwą
istotą.


- Od jak dawna pływasz… – Pytał Erlan, ale Ferve wszedł
mu w słowo.


- Po Verhissenie? To może ubiegnę wasze pytania. Jakieś
sto lat temu, coś mnie ugryzło i przeobraziłem się w wampira. Wiecie, od razu
jest głód i tym podobne, ale do krwi trzeba się przełamać. Potem smakuje i to
bardzo. – Kontynuował wampir. – Nawet się od niej uzależnia, ale jakaś cząstka
mnie pozostała i nie akceptowała takiego postępowania. Zacząłem szukać innych,
mi podobnych, by dowiedzieć się jak oni z tym żyją? Słyszałem wiele legend, w
tym tę o zaginionym mieście wampirów, o Propolis. Sama nazwa jest nawiązaniem
do ludzkich legend o raju, o krainie mlekiem i miodem płynącej, w Propolis
miałaby ponoć płynąć krew i nie pragnie się już nic więcej. Pięćdziesiąt lat
szukałem i nie znalazłem. W końcu poddałem się i zacząłem starać uniezależnić
od krwi, nie udało się od razu. Dlatego też pływałem po Verhissenie na różnych
okrętach. Wystarczyło w nocy wylecieć i znaleźć wieśniaka, z czasem krowę,
teraz poluję na dzikie zwierzęta lub to co, mi poda Uwe. Od dziesięciu lat nie
zabiłem żadnej inteligentnej istoty. Skryłem się tu, z dala od nienawistnych
spojrzeń, a kapitan ma z tego pewien pożytek. Morderstwa się czasem zdarzyły,
ja śledzę dla niego oprychów, którzy pływają na okręcie. Tym sam w nocy nie
musi mieć on żadnej ochrony. Nie napadli na nas zbójcy ani nikt. To moja
zasługa. Nie mam więcej nic do powiedzenia.


- Dlatego Uwe mówił, że to nie ty. – Stwierdził Dyzio. –
Przynajmniej w tej części nie kłamał.


- Dobra wychodzimy… Dziękujemy i nie przeszkadzamy
dłużej. A ty klecha przyjdź tu za kilka minut jak chcesz go koniecznie zabić!

Komentowanie nie jest możliwe :, więcej...

CCLXXII.

przez , 17.sty.2009, w Bez kategorii

            Wieść o Clemie
Sherstocku szybko się rozniosła. I to nie tylko za sprawą Eleonory von Balken. Dołączyli
się do niej i inni pasażerowie uskarżający się na uciążliwego złodzieja. Kapitan
Uwe przyciśnięty do muru przyznał, że Clem Shertock a i owszem, pływał tu sobie
wielokrotnie, ale nigdy nie sprawiał aż tak wielkich problemów. Teraz coś go
napadło i okradał w dużej ilości, oczywiście się do tego przyznawał. Uwe nigdy
wcześniej nie reagował na słynnego złodzieja z dwóch powodów, po pierwsze Clem
zachowywał się w miarę racjonalnie. Po drugie był doskonałą przykrywką dla
działalności złodziejsko-dywersyjnej Waltera Taube. Manfred nie spodziewał się,
że kapitan go zdradził, przynajmniej tak myślał Uwe. Ubezpieczyciel jak widać
nie ufał zbytnio nikomu, ale w pewien sposób akceptował historię z
Sherstockiem, słynnym złodziejem, który nie tylko okradł patrycjusza Altburga,
ale też przeprowadził brawurową akcję w czasie koronacji cesarza Kronberga i to
na oczach wszystkich zgromadzonych gości. I Uwe i Manfred zakładali, że z
Shertockiem nic nie zrobią, bo skoro nawet służby porządkowe Imperium dały
sobie z nim spokój, mimo olbrzymiej nagrody, którą wyznaczył cesarz, znaczyło
tyle, że Clem jest zbyt sprytny, by go załatwić.


            Ubiję skurwiela! Ubiję skurwiela! ­Dyzio
jednak uważał inaczej. Okręt nie był olbrzymi, Clem nie miał szans się gdzieś
schować, musiał być wśród pasażerów, prawdopodobnie obserwował ich, pewnie pod
przebraniem. Dziwne, zawsze się
przedstawiał?
Kisjevczyk chodził z przeładowaną kuszą gotową do strzału,
był wyraźnie zdenerwowany i wściekły.


- Nie sądzę by zabijanie go było dobrym pomysłem. – Rzekł
Shivan. – Dostał życie, i tylko pan mój Morrou powinien decydować o jego
śmierci.


- Pierdolisz… – Odgryzł się Dyzio dalej rozglądając po
okręcie.


- W pewnym sensie ma rację. – Stwierdził Erlan. – Ale nie
spodziewałem, że nasz kolega jest tak nieelfi. Moglibyśmy go złapać i torturować
latami, odcinać palce… Prawdziwy psychol z tego imć Shivana.


- Nie o to mi chodziło. – Powiedział kapłan. – Powinniśmy
go złapać i oddać w ręce sprawiedliwości.


- Praworządny się znalazł. – Zirytował się Dyzio. – Clem i
tak się im wywinie…


- A i jak go zobaczysz to strzelaj! Pamiętasz co miał
ostatnio… – Dodał mag.


            W tym
momencie podszedł do nich  pobity Clem
Shirtock.


- Panowie… Teraz zakumałem, czemu mnie pobiliście. Ale
ten sukinsyn zrobił to samo. – Rzekł młodzieniec.


- Jaka przykrość. – Powiedział rozdrażniony Dyzio.

- Tylko, że jak mnie kopał to popełnił jeden błąd.

- Błąd? – Erlan natychmiast podchwycił temat.

- Owszem, błąd. Miał na sobie damskie pończochy, prawie
nie widoczne, ale jak leżałem to je zauważyłem.


- Co za perwersja! No to ładnie… – Ekscytował się
Shivan. – Erlan miał rację jak wywiesił ten napis – „Gniazdo niegodziwości”. Jeszcze
nigdy nie byłem w takim miejscu!


- Mało gdzie byłeś, to i tak nie jest najgorsze. – Dodał Kisjevczyk.

- Nie kojarzę, co zrobił… – Zdziwił się  mag. A tak,
trzeba kapłana ściemniać.
– Elan?


- Potem ci opowiem, teraz ważne są te pończochy…

- To nie wszystko. – Powiedział Clem. – One wyglądały
toczka w toczkę, jak te które nosiła madame Oupskaya!


- Nie zgłosiła kradzieży. – Stwierdził Shivan.

- I łaziła po statku, była prawie wszędzie… Co za chuj!
To Shertock! – Ryknął Dyzio i poleciał do kajuty starszej pani.


            Erlan i
Shivan podążyli za nim. Gdy tylko dobiegli do drzwi, Kisjevczyk wywarzył je
kopnięciem i natychmiast nacisnął na spust. Bełt poszybował. Przeładował broń. I
kolejny raz wystrzelił. I jeszcze raz. I jeszcze raz. Czarodziej podszedł do
drzwi, podniósł ręce i poszybowała z nich kula ognia, która rozprzestrzeniła
się po kajucie.


- No to ładnie! Dobrze, że Montolio tego nie widzi! –
Mówił kapłan. – Pożar! Pomocy!


            Dyzio i
Erlan weszli do środka. Jednak nie było tam nikogo. Faktycznie zaś znajdowało
się tu dużo drogocennych rzeczy, ukradzionych, masa ubrań, farby jakich używali
artyści uliczni, masek, sztucznych nosów, peruk i innych specyfików, które
pozwalały ich właścicielowi zmieniać wygląd zewnętrzny.


- To on… Bez dwóch zdań. – Westchnął Dyzio.

- Idzie! – Usłyszeli ryk Shivana z korytarza.

            Kisjevczyk
i mag wyjrzeli na zewnątrz, nie przejmując się, tym, że coś płonęło. Madame
Oupskaya nawet nie udawała, już staruszki. Wyciągnęła a raczej wyciągnął swój
złoty pistolet i wystrzelił w framugę. Potem zaczął uciekać. Powstrzymany na
chwilę Dyzio ruszył za zbiegiem. Shivan podążył za nim, Erlan próbował biec,
ale zatrzymał go kapitan i kilku oficerów zainteresowanych pożarem.


            Shertock
uciekając zrzucał z siebie ubrania, które mu przeszkadzały w walce i bieganiu,
pół nagi wybiegł na górny pokład. Wiedział, że jego najlepszą obroną będzie
ucieczka. Nie chcę nikogo zabijać.
Nabierał rozpędu, zamierzał wskoczyć do rzeki, tam go już nie znajdą. Biegł,
gdy nagle na pokładzie pojawił się Kisjevczyk. Wycelował swą kuszę i
wystrzelił. Clem dostał w plecy, ale nie przestawał biec, pomimo bólu. Nie takie rzeczy mnie bolały! Najważniejsze
to nie przestawać biec!
Drugi bełt trafił go w nogę, ale w tym momencie
Clem podskoczył i przeleciał przez barierkę. W locie Dyzio trafił go jeszcze
trzy razy, w końcu złodziej runął w taflę wody i zniknął z pola widzenia. Nie
wiadomo, czy żywy, czy martwy.


            Dyzio
stał przy barierce i patrzył na wodę.


- Kurwa! – Klął. – Skurwiel uciekł!

            Podszedł
do niego Shivan.


- Uspokój się. Nie powinieneś poddawać się tak bardzo
działaniu negatywnych emocji. To nie jest dobre ani dla twojego zdrowia, ani
dla psychiki. – Kontynuował kapłan. – To, co zrobiłeś było złe, nie
powinieneś…


            Kisjevczyk
jednak nie zamierzał słuchać. Odłożył kuszę na bok i błyskawicznym ruchem
wrzucił Shivana do wody.


- Erlan! Co ty robisz! – Wydzierał się elf lecąc.

            Gdy już
był w wodzie, wyjrzał jedynie na górę, Dyzia już nie było.


- No to ładnie…

1 komentarz :, więcej...

CCLXXI.

przez , 16.sty.2009, w Bez kategorii

            Gdy następnego
ranka kapitan poprosił ich do swojej kajuty był już poważnie zdenerwowany. Shivan,
Erlan i Dyzio oczekiwali podświadomie informacji o kolejnym morderstwie.


- Kto? – Zapytał Kisjevczyk, nawet nie czekając na
reakcję Uwe.


- Nie podoba mi się sposób, w jaki do tego podchodzicie. Ludzie
giną! – Zirytował się kapitan.


- Dobrze, ale kto teraz? – Dopytywał Erlan.

- Tym razem James Hetfield. Niestety. Problem jest tym
większy, że jego śmierć mogą zauważyć inni pasażerowie, w końcu grał i mówił,
że będzie to robił do Mariendorfu. Nie chcę by wpadli w panikę, tym bardziej,
że wczoraj przepływaliśmy przez największe odludzie na wodnym trakcie. Nie ma
po co tu wysiadać… Mogą tego nie łyknąć.


- Zaraz, – zdenerwował się Shivan. – Człowiek zginął,
został zamordowany, a pana interesuje tylko i wyłącznie reakcja innych
pasażerów? I to jak pan, wytłumaczy im zniknięcie minstrela? A wyjaśnienie jego
śmierci.


- Nie będę za was odwalał brudnej roboty! – Oburzył się
kapitan. – Mieliście złapać mordercę i na razie słabo wam to idzie.


- Bo nie mamy punktu zaczepienia, poza tym tajemniczym
Makat Becherot. – Rzekł Erlan. Gdybyśmy
mogli poznać inne przypadki, może wyczulibyśmy w czym rzecz. Gotr pewnie miałby
jakiś pomysł, a San-Thor z pewnością od razu by znalazł jakieś powiązania. Niestety
jesteśmy zdani wyłącznie na siebie.


- Ale to nie wszystko. – Westchnął Uwe. – Mamy jeszcze
inny problem. Pani von Balken skarżyła się, że została okradziona.


- To już słyszeliśmy… – Stwierdził Dyzio. – Pierścień już
pan ma.


- Nie o to chodzi. Złodziej wszedł do jej kajuty,
sterroryzował ją i zabrał praktycznie wszystko. No i się przedstawił.


- Co zrobił? – Zdziwił się Shivan.

- Niech zgadnę. Clem Sherstock… – Wymamrotał Erlan.

- Tak, dokładnie to on. – Westchnął kapitan. – Znacie go?


- Zbyt dobrze… – Powiedział Kisjevczyk. – Tego pana
załatwimy gratis, jak tylko się nam nawinie.


            Po
dalszej rozmowie udali się do kajuty Hetfielda. Znów samo morderstwo
przebiegało bardzo podobnie, niewiele tu było różnic w porównaniu do tego, co
było wcześniej.

Komentowanie nie jest możliwe : więcej...

CCLXX.

przez , 15.sty.2009, w Bez kategorii

            Po
dalszych poszukiwaniach mordercy, oczywiście bezskutecznych, Dyzio jeszcze raz
udał się na spotkanie z kapitanem. Problemem cały czas był punkt zaczepienia. Przede wszystkim nie znam tych ludzi, trudno
znaleźć jednoznacznie kogoś, kto miałby motyw. Z drugiej strony, życie nauczyło
mnie już jednego, zakładanie, że zabójca ma motyw, niekoniecznie jest dobre. On
może mieć po prostu chęć mordowania, albo jeszcze gorzej, robi to w myśl
jakiejś swojej dziwnej ideologii, która tłumaczy jego działania.


- Mam jeszcze kilka pytań, o pasażerów. – Rzekł do
kapitana.


- Tak?

- Próbuję zrobić listę podejrzanych. Co może mi pan
powiedzieć o Jamesie Hetfieldzie?


- Irleńczyk. Minstrel szukający zarobku. Nie notowany na
listach pasażerów. – Westchnął Uwe. – Nie kojarzę kolesia. Poza tym, że dobiera
się do prawie wszystkich kobiet na okręcie, sprawia wrażenie rozpustnika.


- Balthasar van Zeppelin?

- Wynalazca. Szlachcic. Zadufany w sobie. No i
hazardzista.


- Czy Inga i Herman mieli jakieś długi? – Dopytywał Kisjevczyk.

- Nic mi o tym nie wiadomo.

- Dan? – Zapytał o kolejnego Dyzio.

- Pijaczyna, no i z tego, co mówi to zdrajca narodowy…

- Co za szemrane towarzystwo… Czy tu nie pływa nikt,
kto nie byłby normalny i porządny?


- Panie Erlanie…

- Dyziu. – Poprawił go Kisjevczyk.

- Znowu was pomyliłem? – Zdziwił się Uwe.

- Shivanowi zdarza się to prawie zawsze. – Roześmiał się
Dyzio.


- No nic. Ale proszę nie wysnuwać pochopnych wniosków,
wśród pasażerów jest wiele dostojnych osobników na przykład Ferve.


- Właśnie jest kolejny na mojej krótkiej liście. –
Zauważył Kisjevczyk.


- Wspaniały kompan, nie ma z nim problemów, płaci, prawie
nie je, prawie nie pije, a cały dzień przesypia. Prowadzi bardzo leniwy tryb
życia, właściwie pływa tu, bo nie chce mu się wysiąść.


- Nie mam już sił… Jest tu ktoś normalny?

- Shivan? – Zapytał Uwe.

- No cóż, na razie dam sobie spokój. – Westchnął Dyzio.

            Wyszedł
i zaczął szukać kapłana. Elf znów przebywał wraz z Walterem Taube na górnym
pokładzie, tym razem dopytywał go, jak dokładnie można oswoić gwarka i nauczyć
go mówić.


- Bo wątpię by gadał inteligentnie. – Stwierdził Shivan. –
Ale fajnie byłoby gdyby nauczył się odpowiadać na pytania, na przykład jak
powiem dwanaście razy dwanaście żeby odpowiedział sto czterdzieści cztery.


- Tak, jasne… – Odrzekł znudzony Taube.

- Musimy pogadać. – Przerwał im Kisjevczyk. – Na osobności…

- Oczywiście. – Odpowiedział Walter, który wyglądał na
zadowolnego.


            Szybko
opuścił taras, zostawiając elfa z klatką i Dyziem samych. Człowiek zaczął się
przyglądać ptakowi w klatce.


- Chyba ci sępa sprzedał.

- Sępa? – Zdziwił się Shivan. – To gwarek…

- A mówi?

- Jeszcze nie. – Odrzekł elf.

- I nie będzie, dla mnie to prawdziwy kisjevski sęp
pospolity z podpiłowanym ogonem i pazurami, nie wypuszczałbym go z klatki.
Zdarzało się, że w nocy potrafiły przegryzać dziobem grdykę. Okropność. –
Żartował sobie Dyzio, oczywiście Shivan nie potrafił tego wyczuć.


- No to ładnie… A Montolio sprawia wrażenie
wystraszonego…


- To gra pozorów. – Zapewniał Kisjevczyk. – To mała
krwiożercza bestia, uważaj na nią. Ale nie w tym rzecz, mam pewien pomysł.
Chciałbym rozwścieczyć mordercę i potrzebuję zrobić pewien napis, który chcę zawiesić
przy wejściu do jadalni oraz w kilku innych miejscach.


- Co to za napis? – Spytał się kapłan.

- Pomożesz?

- Oczywiście. – Potwierdził elf.

            Następnie
zabrali się do roboty. Kisjevczyk zorganizował trochę starych prześcieradeł
oraz farbę, a elf na każdym z nich napisał: „Gniazdo niegodziwości”. Następnie
porozwieszali to w różnych miejscach okrętu i obserwowali reakcję
współpasażerów.

Komentowanie nie jest możliwe :, więcej...

CCLXIX.

przez , 14.sty.2009, w Bez kategorii

            Po śniadaniu, gdy sprzątaczki zaczynały
czyszczenie kajut, okazało się, że kolejna osoba nie żyje. Kapitan bardzo
szybko znów wyciszył sprawę i poprosił Dyzia, Erlana i Shivana do feralnego
pokoju. Kapłan przytaskał ze sobą klatkę z gwarkiem, którego próbował oswoić,
co budziło jedynie śmiech i politowanie.


- Taube’go pilnowałem. – Stwierdził. – Nie widzę w tym
nic śmiesznego.


- Śmieszne, czy nie śmieszne, teraz to nie ma żadnego
znaczenia. – Westchnął Uwe. – Panowie, kolejna pasażerka, Inga nie żyje. I co
zamierzacie z tym zrobić?


            Miejsce
zbrodni wyglądało bardzo podobnie jak w przypadku kajuty Hemrana. Ktoś
zamordował Ingę w nocy, rozbebeszył ją, porozrzucał jej wnętrzności a krwią
zrobił napis Makat Becherot.


- Standardzik… – Westchnął Erlan.

- Okropność… – Wymamrotał Shivan.

- A mnie zastanawia jedno, skąd pan, panie kapitanie
wiedział, że może być więcej morderstw? – Zapytał Dyzio.


            Uwe
rozejrzał się, sprawdził, czy aby na pewno nikt niepowołany go nie słyszy i
rzekł.


- Wydaje mi się, że jest kilka kwestii, które pominąłem,
nie uznałem ich za istotne. Od kilku miesięcy na niektórych okrętach
kursujących po Verhissenie podobno pojawiały się identyczne problemy. Krążyły
plotki o tajemniczym mścicielu, który mordował niegodziwych.


- Inga była nieuprzejma, ale nie niegodziwa… – Dodał Elf.

- Była prostytutką, tyle, że bardzo luksusową. Prawdę
powiedziawszy, większość z pasażerów ma coś za pazurami. Mniejsze lub większe
grzeszki. – Westchnął Uwe.


- No to ładnie… – Shivan zrobił wielkie oczy.

- Chyba każdy coś ma? – Zapytał kapitan.

- Nie, kolega jest wzorem wszystkich cnót. – Ironizował Dyzio.

- Nie wzorem, ale chciałbym nim być. – Sprostował Shivan.
Wiem, że chciałeś mi dokuczyć, ale nie w
ten sposób, ja naprawdę się staram.


 – Nieważne. –
Westchnął Uwe. – Wracając do win moich pasażerów, nie o wszystkich wiem, na
przykład nie mam pojęcia, co złego uczynił Herman, poza obżarstwem, ale w końcu
to halfling. Wracając jednak do tematu, żaden z kapitanów nigdy nie złożył
oficjalnego zażalenia, krążyły tylko plotki. Gdy ginęli pasażerowie, jakoś nikt
specjalnie się tym nie przejmował, w księgach zawsze można napisać, że w nocy
opuścili pokład, co jest w pewnym sensie prawdą, gdy się robi zwałkę. W
papierach jest wszystko w porządku, a za okrętem nie idzie zła fama. Wszyscy są
zadowoleni, ale trochę się boimy. Sam nie wierzyłem w tego mrocznego rycerza, pogromcy
niegodziwości, aż do dziś. Gdy odkryliśmy drugie ciało… Na kartce jest to
samo, Makat Becherot.


- Tak musi się nazywać – stwierdził Erlan. – To nie jest
jego prawdziwe imię, tylko druga tożsamość, mściciel, morderca czy mroczny
rycerz, jakkolwiek go nazwiemy ma zapewne swoiste rozdwojenie jaźni. Nie
zdziwiłbym, gdyby nie kontrolował się dokładnie, gdy staje się Makatem.


- Jak von Trommler? – Zapytał Dyzio.

- Podobna logika, choć myślę, że przypadek inny. Wątpię
by był to wilkołak.


- Wilkołak? Jeszcze tego brakowało! – Wystraszył się Uwe.

- Nie, działałby inaczej. – Stwierdził mag.

- Może wampir? – Zasugerował Shivan.

- Raczej psychopata. – Westchnął Kisjevczyk. – Wampiry często
bywają ludzkie od ludzi… – Sefora.


- No to ładnie… – Kapłan wyglądał na zdziwionego.

- Znów zbaczamy z tematu. – Przerwał im kapitan. – Więcej
na temat morderstw nie wiem, ale przypomniało mi się, co dokładnie miał ukraść
Taube. Oczywiście coś dla siebie zawsze też podkrada, ale tym razem miał dwa
zlecenia.


- Zlecenia? – Zdziwił się Erlan.

- Taube słabo czyta, pomagam mu przeglądać listę
pasażerów, a tym, na których się połaszczy, wmawiam, że przydadzą im się
ubezpieczenia, w rezultacie Manfred traci pieniądze, a ja jakoś zachowuję
twarz. – Westchnął Uwe.


- Znaczy przychodzi sobie i czyta listę pasażerów? –
Pytał Shivan.


- Tak, jest publicznie dostępna. Każdy może ją przejrzeć.
Tylko trzeba umieć czytać. – Dodał kapitan.


- Niech nie będzie. Niech zostanie schowana. – Rozkazał mag.
– To pierwsze, a te dwa zlecenia?


- Jak zwykle się rozgadałem i zboczyliśmy z tematu. Więc,
pierwsze to oczywiście von Balken, sami się ubezpieczają i sami okradają,
Manfred nic im nie udowodnił. Drugą ofiarą Waltera miał być książę Anatolij.


- I pan się na to wszystko zgadza? – Dziwował się Shivan.
– Powinien pan przemyśleć swoje życie…


- No nie, znów kazanie. – Westchnął Erlan.

- Wczoraj cały dzień pilnowałem Waltera, żeby nic nie
ukradł. – Szczycił się kapłan.


- Nieważne. Dla mnie pilny jest ten morderca, a nie
złodziej. – Irytował się kapitan. – No i jeszcze von Balken płakała, że jakieś
elfidło ją znieważyło. Szpicel Manfreda twierdził, że to wina Erlana.


- Tyle, że on nie jest elfem. – Stwierdził Shivan.

- No tak, przez te łyse głowy, trochę mi się panowie
mylicie. – Westchnął. – No nic.


- Szpicel Manfreda? – Zapytał Dyzio.

- Jego detektyw, Rudolf. On miał złapać na gorącym
uczynku von Balken i złodzieja, tyle, że nie wie, kto nim jest. Wy jesteście
zasłoną dymną.


- Trochę to niegodziwe… – Westchnął Kisjevczyk.

- Krwiopijca, liczy, że nie odnajdziecie złodzieja, nim
zrobi to Rudolf i nic wam  wtedy nie
zapłaci. – Sugerował Uwe. – No i to chyba wszystko, rozgadałem się strasznie,
więc lecę dalej na obchód. I sprawię, by lista pasażerów nie była publicznie
dostępna.

Komentowanie nie jest możliwe :, więcej...

CCLXVIII.

przez , 13.sty.2009, w Bez kategorii

            Zadowolony
Dyzio wyłożył swoje karty na stół. Bogowie,
dobrze, że tu nie ma Gotra, ostatnio nie był zadowolony jak grałem.


- Bakarat. – Powiedział hrabia Balthasar van Zeppelin,
jeden z współgraczy.


            Był to
człowiek barczysty o ostrych rysach, ale jednocześnie bardzo rozkojarzony, a
przynajmniej sprawiał takie wrażenie. Jego największą siłą był jednak intelekt,
potrafił doskonale pamiętać ustawienia kart, a także reakcje innych. Sam starał
się też je symulować i udawać, a w trakcie gry zmieniać regułę. Kisjevczyk
właśnie nabrał się na jedną z nich. Spłukał
się biedaczek, ale może nie będzie grał z pozostałymi.


            Dyzio
zrobił wielkie oczy… Jak on mógł! Przecież
zachowywał się tak jakby blefował… Jedyny z nich, który nie oszukuje, a
jednak to ja zostałem ostatnim uczciwym, tyle, że odpadłem z gry. Erlan będzie
niezadowolony, gdy się dowie, że przegrałem wszystkie swoje i jego pieniądze.
Miały być bezpieczne, by ich nie przepił. Dobrze, że mieliśmy niewiele. Może
Shivan mi coś pożyczy, ale znając kapłanów, to pewnie powie, żeby nie…


            Pozostali
gracze specjalnie nie zwracali uwagi na to, że jeden z nich odpadł. Boruk
LaGrande uchodził za największego karciarza na całym Starym Świecie, w Galonii
był ścigany za oszustwa, podobno przyłapano go na kantowaniu podczas turnieju w
Satynowym Dworze. Inni twierdzili, że po prostu ograł zbyt dużo ważnych
osobistości, które nie zamierzały płacić. Jedynie Boruk wiedział jak wyglądała
prawda. Helmut Von Ziffer wraz z małżonką Angelą, także byli zawodowcami, jeśli
można było to tak nazwać. Większość swojego majątku zgromadzili dzięki kartom i
innym grom. Uwielbiali też ruletkę, obstawiali wyścigi a nawet walki. Widzieli niejednego
bankruta, większość sami stworzyli. Przy stole siedział jeszcze inny Kisjevczyk,
książę Anatolij Karpow, trzeci w kolejce do tronu w Maskbie, brat króla Dymitra
III. Dyzio od razu go rozpoznał. Co prawda dynastia Karpowów rządziła już
ładnych kilkadziesiąt lat, jednak wielu Kisjevczyków nie uznawało ich za
prawowitych władców. Krążyło wiele plotek o tym, kto usadził ich na tronie, a
rodzina królewska miała wielu wrogów w państwie. W Kisjeviu Anatolij z
pewnością nie podróżowałby bez obstawy. Tu miał tylko kilku żołnierzy, którzy w
dodatku trzymali się od niego z daleka, by nie utrudniać swemu panu życia. Dyzio
jednak czuł wobec zacnego rodaka pewien szacunek, obaj znajdowali się na
obczyźnie, acz książę o wiele gorzej posługiwał się imperialnym.


            Anatolij,
jak przystało na księcia, był bogato przyozdobiony, miał mnóstwo pierścieni,
oraz pewien wisior z czarną perłą. Ciekawe,
czy to ubezpieczył. Jakby się tu pojawił Clem, to Manfred byłby biedny.


- Grasz dalej? – Zapytał Boruk.

- Przegrał… – Powiedziała Angela. – Chłopcze masz
jeszcze coś do obstawienia?


            Dyzio
pokręcił głową. Spłukałem się. Całkowicie!
Znowu! Gotr mnie zabije…
I nagle bardzo posmutniał. Już mnie nie zabije. Już mnie nie opierdoli.


- Przepraszam. – Wstał odchodząc od stolika. – Miłej gry.

            Nie za
bardzo wiedział, co zrobić ze sobą. Chciał jeszcze w coś pograć, coś obstawić, ale
przypomniał sobie, co jest dla niego najważniejszym zadaniem. Shivan zajmuje się złodziejem, a my szukamy
mordercy. Tylko kto miałby motyw, by zamordować halflinga? Nie wiem przede
wszystkim czemu? Może o pieniądze poszło?
Rozejrzał się po pozostałych
pasażerach. Mobutu, wielki murzyn właśnie rozbił bank grając w ruletkę. Lady
Mara, zapaliła właśnie cygaro i dalej ogrywała innych w pokera. Nawet gdyby
Dyzio umiał grać w tę grę, unikałby tej kobiety. Przypadkiem widział jak w jej
bufiastych rękawach mignęły dodatkowe asy. Oszustka.
Ale mam dziwne wrażenie, że nie jedyna.
Boruk LaGrande czy Helmut von
Ziffer może nie oszukiwali w taki sposób, ale Kisjevczyk nie do końca wierzył w
ich szczęście. Van Zeppelin bez wątpienia blefował i szło mu to dobrze. Co za szemrane towarzystwo. Chyba, że komuś
dokładnie o to chodziło. By wyplenić to towarzystwo.


            Rozejrzał
się jeszcze raz po izbie. Wszystkich można byłoby uznać za śmietankę
towarzyską, nikogo przeciętnego, sama górna sfera lub osoby aspirujące. Pławili
się w luksusie, bawili, zupełnie nie przejmując całą Miscle. Nawet gdyby rzeka zamieniła się w krew, nie
zauważyliby, gdyby pojawiły się muchy albo komary, poszliby z tym do kapitana. Ile
ja przeszedłem odkąd wyruszyłem z Narshy.


            Już miał
wyjść, gdy zauważył jak sędziwa madame Oupskaya próbowała wejść do środka. Aż
żal mu się zrobiła utykającej staruszki. Widać, chodzenie sprawiało jej już
trudność, zresztą musiała się niedawno wywalić, Kisjevczyk zauważył zapudrowaną
szramę na jej policzku. Musiało boleć.


            W pewnym
momencie zauważył jeszcze jednego osobnika, nie wiedział, jak on tam wszedł i
kiedy. Był to Ferve. Bardzo blady i smutny człowiek. Sprawiał wrażenie jakby
się zgubił, jakby przyszedł nie na ten pokład. Cóż, kolejna ofiara.


            Potem
Dyzio wyszedł i wrócił do swojej kajuty. I
cały dzień nikogo nie znaleźliśmy, jutro dowiemy się, czy Herman to był
przypadek, czy może faktycznie idzie za tym coś więcej.

Komentowanie nie jest możliwe :, więcej...

stat4u <!-- s4uext=s4upl(); document.write('stat4u') //--> stat4u

Blogroll

Kilka bardzo polecanych stron...