orthank blog

Tag: elfi-faszyzm

CDLI.

przez , 19.lip.2009, w Bez kategorii

            Kryfstus
był zmęczony. Nie spał całą noc. Zbyt wiele rzeczy ostatnio nie dawało mu
spokoju. Brakowało mu z pewnością raportów Sherstocka. Może należy go odmienić? Tylko gdzie ja tego kundla znajdę? Cały
czas męczyła go też wizja kości i przyszłej konfrontacji. Najgorsze jest to, że kiedyś wróżyłem po to, by zmieniać przyszłość,
dziś stałem się niewolnikiem swoich czarów. Nawet nie próbuję się im
przeciwstawiać, zwłaszcza gdy widzę, że coś może się nie udać. Może należałoby
skończyć z tym uzależnieniem?
Kolejnym problemem był Saur, który od
dłuższego czasu w ogóle przestał się interesować czymkolwiek. Może w końcu znalazł, to czego szukał?
Ale miało to i inne konsekwencje, Korel Drow, Cień, który go zastępował, wolał
widzieć zakon bardziej utemperowany. Niestety to samo dotyczyło Iluminarów. Ich
nową rolą była pomoc Cieniom, byli tylko zwykłymi kolaborantami, a nie
partnerami. Sen o wielkości, który ongiś zrodził się w umyśle Harrada, a potem
rozwijał w Kryfstusie, musiał zmierzyć się z twardą rzeczywistością. Idea
jednego, globalnego państwa, królestwa Mrocznych Elfów stawała się coraz
bardziej realna. Stary Świat, nawet za czasów Zigmara nie był tak jednolity.
Jedynie Kompania Choasu była większa obszarowo. Moredhelom udała się
niesamowita sztuka, o której przez tysiące lat marzyło wielu przywódców,
szaleńców czy dowódców. O podboju całej planety. Rodrykowi brakowało już bardzo
niewiele. Kto wie, gdyby wytrzymał jeszcze z dwieście lat, a przygotowania
trwały tak jak dotychczas, Mroczne Elfy nie miałby żadnych problemów z
podbojem. Teraz zaczynał im doskwierać brak żołnierzy, a również w samym
królestwie Mroczne Elfy były już zmęczone wojną. Wcześniejsze nie drenowały tak
obywateli, tej Rodryk oddał się bez reszty i wbrew woli doradców podwyższył
nawet podatki. Tyle, że sytuacja Moredheli i tak była nieporównywalnie lepsza
niż wszystkich podbitych ras. Kryfstus zdawał sobie sprawę, że są one poddawane
eksterminacji. Tylko, czy to ma być
wybicie całego gatunku, czy tylko niepokornych jednostek? Zastanawiam się, czy
nie wykopuję dla siebie grobu, walcząc po stronie kogoś, kto po wojnie uzna
mnie za istotę niegodną życia.
Te wątpliwości były coraz większe. Póki Saur
pilnował spraw, wszystko wyglądało inaczej, ale Korel nawet nie próbował
ukrywać pogardy wobec Iluminarów. Nie raz przypominał, że większość członków
tej organizacji to skrzywieni psychicznie frustraci pozostający na obrzeżach
magii. Kryfstus w duchu przyznawał mu rację. Starałem się oczyścić nasze szeregi, ale nawet ci pomyleńcy mają swoją
wartość i nie da się ich tak łatwo zastąpić. Zwłaszcza, że umiejętności
magiczne nie są tak powszechne jakbyśmy chcieli. Choć z drugiej strony, gdyby
każdy był magiem, nie bylibyśmy w żaden sposób unikalni, ważniejsi i lepsi.


            Jedzenie
stygło, a przywódca Iluminarów siedział przy stole nieruchomo i rozmyślał.


- Będziesz to jeszcze jadł? – Zapytał Xantos.

- Ach… – Kryfstus wyrwał się z rozmyślań. – Zjem. – Chyba nie masz zamiaru dojadać z mojego talerza?

- To dobrze, bo już muchy zaczęły latać. Przez to
towarzystwo, które mieszka na przeciwko mam dość owadów. Te brudasy w ogóle się
nie myją.


- Skaveny? Ich kultura jest odmienna od tego, co znamy. –
Tłumaczył mistrz.


- Bracie, ja rozumiem, że Moredhele potrzebują
sojuszników i że część z nich to mięso armatnie, ale ostatnio poczytałem trochę
dzieł Rodryka na temat orków. Dziwne, że tego nie tłumaczą na języki
staroświatowe.


- To proste. Niektóre orki umieją czytać. Mroczniaki wolą
więc przemilczeć tę kwestię, póki ich potrzebują. – Ciekawi mnie, czemu nie dostrzegasz, że nas traktują tak samo. Dali ci
tu fuchę, gdyby nie ten Lord Skeritt byłbyś panem tych ziem i widzę, że w dupie
ci się poprzewracało!
– Wybieram się dziś do Bulda-Baru, gdzie do czasu
rozpoczęcia ofensywy będę stacjonował.


- A kiedy nastąpi ofensywa? – Zapytał się Xantos.

- Wiem tylko, że lada dzień. Moredhele przyślą tu
orkijskie posiłki i jakiegoś dowódcę. Potem wraz z Lordem Skerittem uderzycie
na Carton. Rozkazy są jasne, z osady ma nie pozostać kamień na kamieniu. Wybić
wszystkich.


- A Dzigbad? – Zapytał.

- Zrób z nim, co chcesz, o ile ci Skerrit pozwoli.

- Pozbyłbym się tego szczura, straszliwie zdradziecka
istota. – Mówił Xantos.


- Co mówiłeś? – Kryfstus znów się zamyślił. Czemu mój brat nie dorównuje mi
intelektualnie? Choć może to i lepiej, bo pewnie dawno by się mnie już pozbył.
Tak jak ja wyrolowałem Harrada.

Komentowanie nie jest możliwe :, , więcej...

CDL.

przez , 19.lip.2009, w Bez kategorii

            Nad
ranem Shivan i kilku pomagających mu ochotników skończyło grzebać ciała.
Najgorzej oczywiście było z tymi, których wyciągnięto z pieca. Normalnie kapłan
uznałby, że spalenie jest dopuszczalną formą pochówku, acz w tym przypadku
uznał, że inni mogą mieć wobec tego obiekcje. I trudno było się im dziwić.


            Przed
świtem zmarła też ostatnia z osób, które wyciągnięto żywe z pieca. Nikogo nie
udało się uratować. Przybyli za późno.


            Nie
licząc barona, nikt z sił Moredhelskich nie pozostał przy życiu, przynajmniej w
granicach Hassan. Kilka osób, w tym kwatermistrz, uciekło na pustynię.
Wiedzieli, że Magistrat ich odnajdzie i przesłucha. Nie liczyli na karę, bo
trudno było ich winić za niedopatrzenia dowództwa. El-rand zaś był w dość
nieciekawej sytuacji. U obu stron czekał go sąd polowy, zwłaszcza, że to on
przyjął na służbę trzech szpicli i z tego nie mógł się wykpić. W sumie uznał,
że Sojusz wcale nie jest takim złym wyjściem, bo może w zamian za informacje,
które miał o Mrocznych Elfach, darują mu część win i pozwolą żyć? Tylko jak długo? Przecież Moredhele ich
niebawem zgniotą.


            Hassan
trzeba było opuścić. Utrzymanie placówki nie miało sensu. Żołnierze Magistratu
mogli tu wrócić lada chwila z posiłkami i uzbrojeniem, które łatwo poradziłoby
sobie z bandą wyzwolonych więźniów.


            Shivan
krzątał się przez całą noc starając wszystko ogarnąć. Tuż przed samym świtem
rozpoczęto wymarsz. Niektórzy mówili, że to marsz żywych, ocalonych. Wielu z
nich faktycznie miało wrażenie, jakby dostali druga szansę. Wielu zadeklarowało
się przyłączyć do wojsk Sojuszu, ale nie to cieszyło kapłana. Wszyscy, jak
jeden mąż, byli gotowi opowiadać o okropnościach szykowanych przez Mroczne
Elfy, a także tłumaczyli czym naprawdę są obozy pracy. A może raczej obozy
zagłady. Ta informacja musi trafić do wszystkich, nie po to, by nienawidzili
Moredheli, ale by tak łatwo nie oddawali im swojego życia.          


            Erlan
był cały nieszczęśliwy, gdyż nie dość, że ranny nie mógł chodzić, to jeszcze
nie było nikogo, kto podałby mu alkohol. Inną sprawą było to, że w twierdzy nie
było już nic, co można by wypić. Mroczne Elfy unikały trunków, zwłaszcza na
wojnie, twierdziły, że za bardzo osłabia to umysł. Inną rzeczą, którą zwłaszcza
podczas obecności tutaj, udało się Shivanowi zauważyć był fakt zakłamania i
knucia intryg przeciw sobie. Może dlatego
nie piją alkoholu? By się z nikim nie spoufalać?
Najbardziej dziwiło go
podejście Mithrabiela do Saura i Korela. Gdyby zdarzyła się sposobność Cień,
nie bacząc na koszty strąciłby ich ze stołków i sam je zajął. Ciekawe, czy na Rodryka też tak czekają? I
czy on jest królem dziedzicznym, czy doszedł po trupach do celu?


            Kisjevczyk
również legł na wozie. Głównie dlatego, że chodzenie w jego obecnym stanie było
ciężkie. Najlepiej mu się leżało. Jego białe poroże przypominało trochę te
należące do bydła afrykańskiego. Szerokie, grube, długie i zaostrzone rogi,
całość ważyła z piętnaście kilogramów, a może nawet więcej, ale nie to było
najgorsze. Skierowane pod kątem sześćdziesięciu stopni w przód, trochę za mocno
przenosiły środek ciężkości Dyzia, przez to nie potrafił się z nimi poruszać.
Nawet jak udało mu się utrzymać równowagę, zazwyczaj się gdzieś zahaczył. Niech mi to zdejmą?


            Marsz
wyruszył przez pustynię. Shivan znalazł woźnicę, który kierował ich powozem, on
sam siedział z przodu i patrzył się, starając wszystko ogarnąć. Niezbadane są wyroki boskie, tajemnicze są
ścieżki, którymi mnie prowadzisz Panie. Nie chodziło o informacje, tylko o ten
obóz. Czy jeden obóz cokolwiek zmieni w czasie tej wojny? Kilkaset istnień
uratowanych, wiele przedłużonych. Czy ratowanie choćby jednej istoty przed
śmiercią jest tak ważne? To ty jesteś władcą życia i śmierci i nikt inny nie ma
prawa o tym decydować. Nikt. Czy taką lekcję powinienem otrzymać? Zgadzam się,
wiedziałem o tym, ale może masz rację, że nie zdawałem sobie sprawy. Oto
różnica między poznaniem prawd a zrozumieniem. A najgorsze jest przy tym, że w
końcu kogoś zabiłem. I wiem, że uratowałem tym życie innych, ale ostatecznie
niewiele różnię się od moich wrogów. Może w tym tkwi właśnie sekret tej nauki,
nie w ocaleniu, ale cenie jaką każdy z nas zapłacił. Może my, wyznawcy Morroua
powinniśmy być bardziej jak Shlayanie, kategoryczniej podchodzić do zadawania
śmierci, nawet we własnej obronie.


            Odwrócił
się i spojrzał na marsz żywych. Byli głodni, zmęczeni, brudni, ale prowadziła
ich nadzieja i emanowała od nich radość życia, jakiej chyba nigdy nie widział
pośród tłumu. A może mam za mały umysł,
by to wszystko pojąć.

Komentowanie nie jest możliwe :, , więcej...

CDXLIX.

przez , 19.lip.2009, w Bez kategorii

            Plan
kwatermistrza był prosty, trzeba było tylko wykorzystać więźniów do walki i
wywołać jeszcze większy chaos w Hassan, pokonać Moredheli i uciec. W sumie jak
na zaimprowizowany pomysł wydawał się całkiem przemyślany, a przynajmniej nie
widać było innej, sensownej alternatywy.


            Tyle, że
był to jedynie zarys, dalej trzeba było improwizować w mniejszym stopniu. Erlan
siał postrach na dziedzińcu, Shivan udał się do portalu, a Dyzio pobiegł do
więźniów. El’Hawnai trzymał się z boku, pilnując przy tym pleców maga.


            Gdy
Kisjevczyk dotarł do komnaty, w której trzymano więźniów zastrzelił strażników.
Otworzył drzwi i wszedł do środka. Dopiero wtedy ujrzał jak stłoczono tu ludzi,
krasnoludów i jeszcze kilku innych osobników. Większość pomimo zmęczenia stała.
Nie było miejsc siedzących. Musiałem
przeoczyć jakiś transport. Jest ich więcej niż przyjechało w dzień. Z drugiej
strony, skoro spalarnia działa cały czas musieli wymyślić nowy sposób
transportu więźniów. Albo co gorsza, ci już nie byli potrzebni Mithrabielowi
więc od razu ich tu przeniesiono, bez zbędnych ceremonii.
Wielu innych
pojmanych leżało jeden na drugim, kilku prawdopodobnie umarło. W komnacie
panowała straszna duchota.


- Morderca… – Wykrzyknął ktoś.

            Dopiero
wtedy zorientował się, że są tu także jego podopieczni. Rozejrzał się jeszcze
raz. Byli tu przedstawiciele praktycznie wszystkich krajów i wszystkich warstw
społecznych Starego Świata. Mężczyźni, kobiety, dzieci. Jedynie nie było
starców. Nie biorą ich, gdyż nie uznają
ich za zagrożenie i wiedzą, że raczej mało prawdopodobne by byli w stanie się
rozmnażać. Pozwalają im umrzeć w samotności, tam gdzie ich zostawiono. Wszędzie
tak robili.


            Część
więźniów jednak burzyła się przeciw niemu. Pamiętali jak brutalnie zabił
jednego z nich. Ja też tego nie zapomnę,
ale może próbuję się tłumaczyć przed samym sobą, jednak El’Hawnai miał rację.
Zaoszczędziłem mu gorszego losu.


- Jeśli chcecie żyć, chodźcie ze mną! – Krzyknął.

- Moredhel! Zabójca! – Wydzierał się ktoś.

- Tylko ja mogę was uratować… Inni zaprowadzą was
wprost do spalarni.


            Ale nikt
mu nie wierzył. Wystarczyło tylko parę osób, które miało o nim złe zdanie, by
cały tłum, a przynajmniej ci którzy go i ich rozumieli, wrogo nastawił się
przeciw Dyziowi.


- Nie wierzycie mi? – Dziwił się. Dopiero wtedy
przypomniało mu się, że wciąż wygląda jak Moredhel. Golił się po kilka razy
dziennie, by nie było widać zarostu. Uszy też pielęgnował.


            Spojrzał
na nich, uśmiechnął się i ściągnął uszy.


- Jak widzicie nie jestem Mrocznym Elfem. Ba nawet nie
jestem elfem. Przybyłem tu z przyjaciółmi w imieniu Sojuszu, możecie się do nas
przyłączyć, albo pójść własną drogą. Tyle, że teraz potrzebuję pomocy tych,
którzy mogą walczyć. Musimy pokonać Moredheli. Inaczej wszystkich nas zabiją.


            Więźniowie
byli zdezorientowani.


- Moredhelska sztuczka! – Krzyknął ktoś. – Nie wierzcie
mu!


            Dyzio
spojrzał na nich z rozdziawionymi ustami. Pogięło
was?! Zabiją was jeśli tu zostaniecie!
Dopiero wtedy zrozumiał ideę obozu
zagłady. Mroczne Elfy nie chciały by ktokolwiek się o nim dowiedział. Wolały
eksterminować większe ilości wrogów po cichu, robiąc z tego tajemnicę.
Spalarnia nie była najefektywniejszym sposobem wymordowywania ludności, ale
likwidacji zwłok. Ktoś mądry doszedł do wniosku, że można od razu zrezygnować z
procesu zabijania i palić więźniów żywcem. Szybciej i ekonomiczniej. Nie
marnowano na nich sił czy kul. A informacje o tajemniczych obozach pracy, w
których można żyć pomimo wojny sprawiały, że wielu wchodziło do pieca z własnej
woli, z nadzieją, bez obawy, że cokolwiek złego im się stanie. Bali się
niezwyciężonych Moredheli więc woleli pogodzić się z ciężkim, acz pewnym losem.
Tyle, że to była ułuda. Kłamstwo. Kisjevczyk poczuł, że robi mu się niedobrze. Moredhele kłamały od samego początku,
przygotowywały się do wojny od wielu lat. Jeśli stary Rassar twierdził, że
Kronberg miał na ich punkcie świra, znaczy, że dał się zwieść. Jak praktycznie
wszyscy. Nawet cesarz nie pojął prawdziwej skali działania Mrocznych Elfów i
ich prawdziwych planów. Oni nie chcą tylko podbić Miscle, oni chcą mieć ją
wyłącznie dla siebie. Bez innych ras.


            Więźniowie
się irytowali. Na korytarzu słychać było kroki. Dyzio wyszedł na zewnątrz
wycelował i gdy tylko pojawił się strażnik, nacisnął spust. Tyle, że broń nie
wypaliła. A jednak trzeba to dziadostwo
ładować, tylko jak! Czemu nikt mnie tego nie nauczył!


            Strażnik
zauważył Kisjevczyka zdjął karabin z pleców i wycelował w niego. Dopiero wtedy,
ktoś z tłumu, kto widział całą sytuację, zrozumiał, że Dyzio miał rację.
Wybiegł i stanął na drodze kuli ratując tym samym swego wybawcę. Nie trzeba
było już czekać na reakcję tłumu. Głównie mężczyźni różnych ras, ale też parę
kobiet wybiegło atakując wszystkich żołnierzy Moredhelskich jakich tylko
zauważyli na swej drodze. Rozpoczęło się powstanie.


            Tymczasem
Shivan dopiero zaczął odkrywać swoje nowe moce, którymi obdarował go Morrou.
Zrozumiał, że w praktyce ogranicza go tylko wyobraźnia. Charyzmaty działały jak
czary, tylko nie potrzebował żadnych składników, nie musiał kontrolować magii,
nie musiał znać zaklęć. Wystarczyła wiara i modlitwa z prośba do boga. Ktoś kiedyś powiedział, że wystarczy
odrobina wiary by móc przesuwać góry. I faktycznie, nawet wiara tak niewielka
jak ziarnko gorczycy daje mi niewyobrażalne zdolności.
Jedną z nich była
bilokacja. Kapłan tylko pomyślał przez chwilę o baronie i zmaterializował się
przy nim, podczas gdy ciało dalej biegło w kierunku portalu. Zatem mogę odseparować na jakiś czas ciało
od duszy i przebywać świadomie w dwóch miejscach. No to ładnie…


- Nie zauważyłem jak wszedłeś. – Powiedział El-rand. – Co
tu u licha się wyprawia.


- Powstanie, panie baronie.

            Tymczasem
dobiegł już do portalu. Strażnicy kazali mu się zatrzymać, gdy ich nie
posłuchał zaczęli do niego strzelać. Podniósł rękę, a kule zatrzymały się w
powietrzu i pospadały na ziemie.


- Niesamowite… – Powiedział.

            Baron
spojrzał na niego ze zdziwieniem.


- Co jest takiego niesamowitego?

- Trochę się w tym wszystkim gubię, będzie lepiej jak
zaraz do pana przyjdę jak tylko wysadzę portal.


- Zwariowałeś? – El-rand podbiegł do niego. – Masz gorączkę?

            Chciał
dotknąć ręką jego czoła, ale Shivan był widmowy. Był niczym duch.


- A! – Zaczął się wydzierać.

            Strażnicy,
którzy strzelali w ciało kapłana byli przerażeni, nie mniej niż ich dowódca.
Owszem zdawali sobie sprawę z istnienia magii, ale niektóre sztuczki były
przerażające. Bez broni nie czuli się bezpieczni. Kapłan podniósł ręce i
poleciała z nich kula ognia wprost w portal. Potem zaczął ciskać piorunami, tak
by przejście się zawaliło.


- Jesteś aresztowany panie baronie. – Stwierdził duch. Ciekawe czy widmo też nam tak robi? – W imieniu
sił Sojuszu zatrzymuję cię jako więźnia. Zostaniesz osądzony przez sąd wojenny
za zbrodnie, które tu popełniano i tolerowano, a jeśli elfy z Shadowsil zgłoszą
taki zarzut, to także i za zdradę.


- Kurwa mać… Niedobrze ze mną… – Może to sztuczka Mithrabiela? Otruł mnie albo rzucił jakiś urok?

            El-rand
zemdlał, gdy zobaczył, że do jego komnaty wchodzi ciało Shivana i razem łączą
się w jedną całość.


            Na
dziedzińcu zaś trwała walka. Erland starał się rzucać kule ognia gdzie tylko
mógł, ale czuł, że kończą mu się kuleczki siarki. Zrobił sobie przerwę.
Otworzył ostatnią butelkę i zaczął pić.


- Magiczny napój – krzyknął jakiś Mroczny Elf – tankuje nim
swoje siły!


            Strzelec
wykorzystał chwilę i trafił kulą w butelkę. Rozprysła się, a kawałki szkła
poraniły w twarz elfa. Maga to jedynie zirytowało.


- Ja pierdolę! Kurwa! Nienawidzę Moredheli!

            Tym
razem sięgnął do kieszeni po kawałek metalu. W sam raz by z jego rąk mogły
wydobywać się pioruny. Teraz nie koncentrował się już na budynkach, ale na
żołnierzach, którzy w niego strzelali. Wyrządzili
mi straszliwą szkodę! Chce mi się pić!


            Żołnierze
jednak zaczęli się przegrupowywać. Nie mieli zamiaru dać się łatwo wystrzelać.
Rozumieli, że ich przeżycie zależy od tego, czy uda się ściągnąć maga. No i gdzie są Cienie, gdy są potrzebni.


            Nie
trzeba było czekać długo. Czterech czerwonych pojawiło się w towarzystwie Mithrabiela.


            W tym
momencie na  dziedziniec wybiegli też więźniowie. Nie mieli
broni, ale było ich dużo. Byli tłumem, gotowym do walki i tratowania wroga.
Kisjevczyk wystrzelił z karabinu, trochę odrzucało, ale rozwalił nim głowę
przywódcy Cieni, który nie spodziewał się ataku niemagicznego. Czerwoni zaś
zaczęli puszczać w tłum stożki lodu, ale niewiele to dawało. Nawet gdy zabiło
kilkanaście osób, biegło na nich ponad tysiąc ochotników. Nie było szans
wszystkich zlikwidować. A czar ochronny mógł sprawić, że utrzymają się przy
życiu, że nikt im nie zada ciosu, ale nie gwarantował tego, że nikt ich nie
zwiąże.


            Kisjevczyk
podbiegł go maga i kwatermistrza.


- Moja robota dobiegła końca. – Rzucił El’Hawnai. – Dalej
musicie radzić już sobie sami.


- Uciekasz z pola walki? – Zdziwił się Dyzio. – Prawie wygraliśmy.

- Nadal nic nie rozumiesz. Nienawidzę Moredheli i będę
ich nienawidzić do końca mych dni. Ale pewnych rzeczy nie pokonam… Daj mi
odejść. – Bym do nich dołączył i zdał
raport. Wciąż mają moją rodzinę. Nie mam wyboru…


            Kisjevczyk
nie oponował. Patrzył tylko jak kwatermistrz odchodzi, ucieka.


- Mógłbyś walczyć… – I zginąć. To by uśmierzyło twój ból.

- Och Dyziek, masz jeszcze te butelki wódki, co je
kupiłeś? – Zapytał Erland.


- Widzę, że zdrowie dopisuje. – Zażartował sobie. –
Zostały w Minas Ramis. Ale my musimy załatwić jeszcze jedną rzecz.


            Ostatnią
grupę poprowadzono do pieca kilkanaście minut zanim mag zaczął rozwalać Hassan.
Wielu z nich zrzuciło już swoje stare łachmany, pełni nadziei byli gotowi, by
się przemyć. Łaźnia parowa i inne luksusy, po tej tułaczce i ciężkich warunkach
zdawało się być całkiem miłą odmianą. Kto wie, może nawet początek dobrej
współpracy.


            Mężczyzna,
który podpisał się na liście zostawiając swój medalion, który dostał od ojca,
rodzinną pamiątkę, podszedł do jednego z żołnierzy, konwertyty.


- Po myciu będzie kolacja? – Zapytał.

- Tak, oczywiście, stół właśnie jest nakrywany. – Skłamał
z uśmiechem na twarzy żołnierz.


- A wiadomo, co będzie?

- Skromnie, niestety. Ale mamy wyśmienitego kucharza.
Soczysta pieczeń z wielbłąda, kasza kuskus i wino.


- Dziękuję.

            Uradowany
mężczyzna praktycznie sam wbiegł do pieca, myśląc tylko o przyszłej kolacji.
Wokół niego gromadziło się coraz więcej osób.


- Gorąco tu. – Powiedziała jakaś kobieta. – Te kratki
trochę mnie parzą. No i na złączeniach są dziury.


- Starają się jak mogą, ale kolacja będzie wyśmienita. –
Pocieszył ją mężczyzna. – Może nie kawior, ale z pewnością po takiej łaźni to
będzie nam smakować.


            Czekali
tam kilkanaście minut. Kolejnych więźniów przybywało, robiło się coraz
ciaśniej. W końcu ktoś krzyknął.


- Zamknąć wrota.

            I drzwi
zaczęły się zamykać.


- Zaraz będzie para. – Cieszył się mężczyzna wciąż myśląc
o pieczeni.


            Tyle, że
miast pary, jak tylko zamknęły się grodzie, odkręcono też kurek gazu. Ogień
zaczął buchać. Coraz mocnie. Czasem ocierał się o czyjeś stopy. Płomienie coraz
częściej przechodziły przez kratkę. Więźniowie zaczynali krzyczeć.


- Coś się chyba zepsuło. W ogóle nie ma wody?

            Im było
cieplej, im więcej płomieni przedostawało się na ich poziom mężczyzna tracił kolejne
złudzenia. Podbiegł do drzwi. Walił w nie z całych sił, ale one również były
gorące.


- Pomocy! – Krzyczał.

            Nie było
jednak reakcji.


            Wyjrzał
przez dziurkę w grodziach. Ujrzał żołnierza, który obiecał mu kolację. Stał i
patrzył na piec. Śmiał się. Okłamał
mnie…


            Krzyki
zaczynały już słabnąć, gdy do środka weszli pijany Erlan i Dyzio oraz kilku
więźniów, którzy pobiegli za nimi. Zdziwionych żołnierzy udało się zabić bardzo
szybko. Cieni zresztą również. Byli zbyt zmęczeni pracą od samego rana, by
walczyć. Wszyscy oni czekali na koniec zmiany, ale ta nie nadchodziła.


- Otworzyć drzwi! – Krzyknął Dyzio.

            Powstańcy
natychmiast zaczęli wykonywać rozkazy.


- Może jeszcze kogoś uratujemy.

- Nie mają tu czegoś do picia? – Irytował się mag.

            Wtedy
ujrzeli jeszcze dwóch brakujących czerwonych Cieni. Ci jednak zdawali sobie już
sprawę z powagi. Czekali na dogodny moment by uderzyć. Jeden z nich użył
magicznego miotacza kolców. Z jego dłoni leciały setki małych, zaostrzonych
odłamków metalu, które lecąc z olbrzymią prędkością trafiały kolejnych
powstańców. Drugi wyciągnął swój miecz.


- Z mieczem na strzelaninę… – Śmiał się Kisjevczyk.

- Już go załatwię. – Mówił Erlan.

            Cień
jednak zakręcił mieczem nad głową i potem puścił go w kierunku maga. Magiczna
broń wirowała i trafiła elfa w nogę, a potem jeszcze w rękę. Elf padł na
podłogę ranny, a miecz zakręcił i wrócił wprost do ręki właściciela. Strzały
oczywiście nic mu nie robiły. Dyzio miał jeszcze jeden pomysł, bardziej
ryzykowny. Miał ze sobą wziętą z magazynu bombę. Podpalił szybko lont i rzucił
w kierunku Cieni. Tak jak się spodziewał, nie wiedzieli jak się obronić. Tego z
miotaczem przygniotło. Nie mógł się ruszać. Dyzio nie wiedział, czy żył. Drugi,
owszem, acz nabił się na kawałek metalowej rurki i krwawił. Uciekały z niego
wszystkie siły.


            Kisjevczyk
podbiegł do niego. Łatwizna. Spojrzał
Moredhelowi w oczy. Ten był spanikowany. Bał się śmierci. Podniósł tylko szybko
rękę. Nie mógł sobie przypomnieć żadnego skomplikowanego czaru.


            Ale
istniał pewien nieskomplikowany. Wymyślił go jeden z Cieni, który onegdaj
znajdował się w potrzebie. To była idealna sytuacja by go użyć. Nie trzeba było
się długo koncentrować.


            Dyzio
chciał odstrzelić głowę wrogowi, gdy nagle poczuł straszliwy ból głowy. Tak
mocny, że upadł na ziemię i zaczął się skręcać z bólu. Coś mu rosło… Rogi.


            Gdy już
przestało, miał dwa, metrowe białe rogi wyrastające z głowy. Nie potrafił się z
nimi poruszać. Jak wstał, to od razu tracił równowagę, albo się o coś zahaczał.


            Potem
ujrzał widmowego Shivana, który się pojawił pośród nich.


- Tttt…ty nie żyjesz? – Zapytał przerażony.

            Ale kapłan
tylko otworzył magicznie drzwi pieca.


- Żyję. I testuje nowe moce.

            Ze
środka wyszło o własnych siłach siedem osób. Reszta, nawet jak jeszcze żyła,
znajdowała się w ostatniej fazie agonii. A nawet ci, których uratowano, nie dotrzymali
do świtu.        

1 komentarz :, , więcej...

CDXLVIII.

przez , 17.lip.2009, w Bez kategorii

            Kurwa… Nie mogę już… Erlan czuł, że
aż ręce mu drżą. To przez te nerwy… Mam
już dość tych skurwieli. Sami powinni się w piecu smażyć.


            Była noc.
Kolejna zmiana wciąż prowadziła następne partie więźniów na spalenie. Nikt z
uwięzionych nawet nie zorientował się, co im groziło. System działał bez
zarzutu, poza faktem, że rano trzeba będzie wynieść mnóstwo popiołu. Mag
jedynie się tylko bardziej irytował z tego powodu. On akurat miał teraz wolne,
mógł spać i odpoczywać, zanim znów zabierze się do pracy, ale nie mógł przestać
myśleć. Nie mógł zasnąć. W końcu udał się do kuchni, zakradł się tam, ale nie
znalazł nic, co by go interesowało. Moredhele,
a alkoholu nie piją, boją się, że im się jęzory rozwiążą? Czy może, że to niby
sfermentowane i niedobre? Ale baron nie jest Mrocznym Elfem. Na pewno ma gdzieś
ukryte zapasy.
Erlan wpadł na pomysł, by magią wyczuć miejsce ukrycia
alkoholu. Okazało się, że miał rację El-rand chował kilka butelek wina w
biblioteczce, schowane między książkami. Prawdziwy
elf nie mógłby sobie odpuścić dobrego wina.


            Czarodziej
nie zważając na nic włamał się do biblioteki. Drzwi były zamknięte na klucz,
ale magicznie można było otworzyć zamek. 
Potem dorwał się do butelki i prawie jednym haustem wypił pół. Wypiję tylko jedną. Tyle, że pierwsza
została opróżniona w kilka minut. Suszyło
mnie, to normalne na pustyni.
Odłożył pustą butelką. Trochę mało, nic w końcu mi się nie stało. Nawet nie zorientował
się jak sięgnął po drugą. Potem trzecią i czwartą… No dobra, starczy mi, bo zaczynam odczuwać problemy… Zostały
tylko dwie butelki. Erlan wyszedł z biblioteczki, ale na korytarzu poczuł, że
musi zawrócić. Wypicie piątej było już dla niego ciężkie, musiał się po drodze
wypróżnić, podszedł na półkę z dziełami Rodryka i wszystkie zmoczył. Niech ma chuj to na co zasługuje. Szóstą
butelkę zabrał ze sobą. Zejście po schodach było już dla niego problemowe. Teraz się spokojnie położę, kurwa ale znów z
tymi gnidami będę musiał spać.


            Po
drodze dwa razy się wywalił, oczywiście robił wszystko by chronić ostatnią
butelkę. Potem wpadł na strażnika, który od razu zainteresował się jego stanem.


- Pieprzony Moredhel! – Ryknął do niego mag. – Skurwielu jebany!
Pal się!


            Strażnik
trochę się zdziwił, ale Erlan sięgnął do kieszeni i wyciągnął z niej kuleczkę
siarki. Miał ich w zapasie kilkanaście. Żołnierz, którego trafiła kula ognia
biegał po Hassan krzycząc i błagając o pomoc. Mag nie zareagował tylko
chybocząc się ledwo na nogach wyszedł na dziedziniec.


- Pierdolone Morczo.. Mor… Moczy… Skurwiele!
Nienawidzę was! – Wydzierał się.


            Od razu
zaalarmowało to straż.


- Pozabijam Moredheli! – Ryczał zapijaczonym głosem.

            Potem
zaczął ciskać kulami ognia, gdzie tylko popadnie. Żołnierze, którzy przybiegli
najpierw próbowali go uspokoić, ale gdy zaczęły w nich lecieć kule ognia od
razu uznali, że trzeba ściągnąć maga. Pijany nie wiedział wszystkich, ale i tak
spowodował olbrzymie zamieszanie.


            Jeden z
żołnierzy stojących zza czarodziejem wycelował karabin. Pijany mag nie pomyślał
nawet o żadnym czarze ochronnym. Wystarczyło tylko nacisnąć spust i problem by
się rozwiązał. Tyle, że spust w pistolecie nacisnął ktoś inny. Martwy Moredhel
padł na ziemię. Za nim stał Kisjevczyk z pistoletem.


- Dyziek! – Ucieszył się Erlan. – Stary druhu! – I rzucił
się na niego starając się go ściskać. – Uratowałeś mi życie! Teraz kurwa… Moredhele…


            Z
pomiędzy płonących budynków wyłonił się Mithrabiel. Kisjevczyk strzelił do
niego, ale czary zabezpieczały go przed bronią niemagiczną. Gdy Erlan próbował
inkantacje do magicznej kuli ognia, Cień okazał się szybszy i rozproszył
zaklęcie.


            Tyle, że
po drugiej stronie placu pojawił się jeszcze ktoś. Shivan. Podniósł dłoń i
nagle zerwał się bardzo silny wiatr. Tak silny, że przewróciło Cienia.


- Co to za czar? – Zapytał Dyzio.

- Dar od Morroua. – Odrzekł cicho kapłan.

            Erlan
podszedł do drugiego przyjaciela i zaczął go ściskać.


- Shivan…

- Jest gorzej niż myślałem. – Dodał gwarek.

- I co teraz? – Zapytał Kisjevczyk.

- Improwizacja. Widzę, że nic nie przygotowaliście. –
Usłyszeli jeszcze jeden głos. To był kwatermistrz El’Hawnai.

Komentowanie nie jest możliwe :, , więcej...

CDXLVII.

przez , 16.lip.2009, w Bez kategorii

            Moredhelski
strażnik stojący przy piecu spoglądał do środka przez otwór drzwiach. Główna
komora znajdowała się poniżej, a jeszcze niżej spadał popiół, skąd w dzień go
skrzętnie wynoszono. Mroczny Elf dał znać towarzyszom, by przykręcili kurek z
gazem. Jedną z pierwszych rzeczy, po przejęciu Hassan, którą zbudowali
Moredhele, był odwiert doprowadzający gaz do wielkiego pieca. Sam piec miał
trzy poziomy oraz gigantyczny komin.


            Gaz prawie
całkowicie zakręcono. Wtedy żołnierze otworzyli drzwi. W środku znajdowało się
kilka zwęglonych szkieletów, bo trudno to było nazwać ciałami. Mięśnie, skóra,
ubrania, włosy, w większości spaliły się. Czasem zdarzyło się, że Mithrabiel
odkrajając coś z trupa za bardzo naciął skórę i potem drobne cząstki zwłok,
wpadały do popiołu, ale były to pojedyncze przypadki. Pozostawał problem, co
zrobić ze szkieletem, ale do tego, poza nadzorowaniem konstruowania i zasilania
gazem pieca, potrzebni byli Cienie. Jeden z nich podszedł do drzwi, spojrzał na
osmalone kości. Gdy pierwszy raz utylizował resztki, zrobiło mu się niedobrze,
ale teraz zdążył już przywyknąć. Podniósł ręce i rozpoczął inkantację czaru.
Wszystkie resztki rozsypały się w drobny pył. Aura przyspieszonego czasu.
Potrafiła skutecznie obrócić w niwecz każdą rzecz, była więc idealnym rozwiązaniem
na likwidację niebezpiecznych odpadów. Faktem jest, że społeczeństwo Moredheli
produkowało różne substancje, które były groźne dla środowiska, ale o ich
likwidację nie dbano. Zwłaszcza teraz, wystarczyło wylać to w którymś z dawnych
miast Starego Świata. Gorzej jednak było ze zwłokami, te mogły się rozkładać
tam byle gdzie, ale masowe groby działały zbyt mocno na wyobraźnie. To czego za
wszelką cenę chciał uniknąć Magistrat Wojenny to totalna nienawiść wobec
Moredheli. Gdyby niektóre z ich praktyk stałyby się wiedzą powszechną,
prawdopodobnie wszystkie rasy obróciły się by przeciw nim. Lwy wolały tego
uniknąć. Likwidowano ciała, likwidowano szkielety, nie było dowodów. A że ktoś
zniknął? W czasie wojny to normalka.


            Gdy piec
został oczyszczony, Cień dał znać dowódcy zmiany. Ten natychmiast rozpoczął
akcję. Wraz z kilkunastoma żołnierzami poszedł do sali, w której stłoczono nowo
przybyłych więźniów. Większość z nich była wymęczona i przerażona.


- Spokojnie. – Krzyknął jeden z elfów. – Mieliśmy drobne problemy
techniczne, przepraszamy za opóźnienie.


            Potem
przetłumaczono to na kilka języków. Pojmani trochę odetchnęli z ulgą. Następnie
poproszono pięćdziesiąt osób, by poszło z żołnierzami, pod pretekstem
załatwienia pewnych formalności. Wprowadzono ich do sali, gdzie znajdowały się
stoły i księgi. Poproszono o zdeponowanie wszystkich rzeczy cennych, ważnych
oraz wpisanie się na listę. Mroczne Elfy były bardzo miło nastawione do
więźniów, co zupełnie dziwiło tych ostatnich. Ci przedziwni wrogowie, pełni
gniewu i nienawiści, byli zwykłymi istotami, które niewiele różniły się od
innych, tylko znalazły się po przeciwnej stronie barykady. Pojmani robili się
coraz bardziej ufni. Oddawali swoje rzeczy, nie chcąc sprawiać Moredhelom
problemów. Potem, gdy już nistoty wpisały się na listy, zaprowadzono je do izby
z piecem. Drzwi były otwarte. Mroczne Elfy zapraszały wszystkich do środka,
chętnym tłumacząc, że to odkażenie po podróży. Polecono im zdjąć brudne stroje.
Tuż przed wejściem znajdował się kosz. Część z więźniów faktycznie się
rozbierała, licząc, że po wyjściu dostanie nowe ubrania. Inni mimo wszystko
woleli na razie się ze swymi łachmanami nie rozstawać. Moredhele nie sprawiali
przy tym nikomu problemów. Zapraszali tylko pojmanych do wewnętrznej komory
pieca.


            W środku
znajdowała się metalowa krata, o dość małych oczkach. Była solidna, można było
na niej stać, palce się nie wkręcały w dziury. Było trochę za ciepło, ale po
tych wszystkich niewygodach i nerwach można było to wytrzymać. Gdy już wszyscy
znaleźli się w środku, zamknięto drzwi. Zaryglowano je z zewnątrz. Brudne
rzeczy od razu zaniesiono piętro niżej, wrzucając od razu do ognia. Tak samo
jak i większość cennych rzeczy, które po przejrzeniu przez kwatermistrza, do
niczego nie były Mroczniakom potrzebne. Metal, czy monety, zostawiano, można to
było na coś przerobić. Ale różnej maści drewniane wisiorki, spinki czy inne
ozdóbki, które kobiety dostały od swoich ukochanych, może i były ładnymi rękodziełami,
ale nie było dla nich miejsca w świecie Moredheli. Nistoty nie miały prawa nic
tworzyć. W końcu, według najnowszych teorii Magistratu, były nie tylko
pozbawione intelektu, ale i duszy, nie mówiąc już o wrażliwości. Jedynie
Korrianie inaczej podchodzili do sztuki, dla Lwów była ona zbędna i należało ją
zetrzeć z powierzchni Miscle. Dlatego pierwsza wylądowała w piecu wraz z resztą
pamiątek.


            Dopiero
potem odkręcono gaz.


            Wewnątrz
robiło się coraz cieplej. Płomienie zaczęły wyłazić wyżej, dosięgać także
osoby, które stały na górnej półce. Metalowa krata nagrzała się, zaczęła
więźniów parzyć do po nogach. Matki brały dzieci na ręce, same starając się
stać na jednej nodze. Inni próbowali walić w drzwi. Błagając, by otworzono. Bo
było za gorąco.


            Tyle, że
nikt nie odpowiadał.


            Słabsi
padali z powodu duchoty. Można było im zazdrościć, byli tymi szczęśliwszymi,
nie zdawali sobie sprawy, gdzie się znaleźli. Mroczne Elfy jedynie dalej
podkręcały gaz. Słychać było coraz donioślejszy krzyk skazańców. Ogień żarzył
się, w końcu i niektóre ciała zaczynały płonąć. Odgłosy cierpienia ustawały. Z
minuty na minutę, wewnątrz było coraz mniej żywych więźniów.


            Gdy w
końcu hałasy prawie umilkły, Moredhel który pilnował wejścia zaczął zaglądać do
środka. Czekał na moment w którym wszystkie ciała będą zwęglone i proces będzie
można zacząć od początku.


            Każdy
kolejny rozruch musiał być jednak szybszy. Gdy otworzono drzwi, znów wszędzie
leżały zwęglone ciała. Cień sprawił, że się rozpadły, potem magicznie ochłodził
metalową kratę.


            Kilka
minut później kolejna pięćdziesiątka ludzi, krasnoludów, halflingów, nawet
kilku elfów i jeszcze przedstawicieli innych ras, pełna nadziei zrzucała swe
łachmany do kosza. Moredhel zapraszał ich do środka, mówiąc, że już nic im nie
grozi. A potem zamknięto ponownie drzwi i po kilku minutach słyszał walenie
pięściami w metalowe zamknięcie. I błagalny krzyk z prośbą o wypuszczenie. W
tym czasie liczył sobie upływający czas. Czekał, aż hałas zacznie się
zmniejszać. Wtedy będzie już łatwiej.

Komentowanie nie jest możliwe :, , więcej...

CDXLVI.

przez , 15.lip.2009, w Bez kategorii

            „Elfi
faszyzm” mimo wszystko na długo pozostawał w umyśle. Shivan widział w nim wiele
teorii, które choć nie podobały mu się, coś w sobie miały. Przychylał się ku
temu, że wnioski były zbyt daleko powysuwane, jak choćby ten z bezpieczeństwem
w osadach jednorasowych. Faktycznie, zazwyczaj było w nich dużo więcej zaufania
do współmieszkańców, ale raczej wynikało to z ich wielkości, niż kwestii
wspólnotowej. Z drugiej strony, większość złodziei preferowała napadanie na
osoby innej rasy. Może to kwestia jeszcze
jakiś innych czynników, może faktycznie rasowych.
Wieczorem zaś kapłan
sięgnął po kolejną lekturę, tym razem autorstwa króla Rodryka. Książka „O
pochodzeniu nistot” była napisana już w zupełnie inny sposób. Nawet nie
próbowała dowodzić swoich kontrowersyjnych tez, podawano je jak pewnik. Może
dla Moredheli było to normalne, ale dla Shivana, raczej śmieszne. W jednym
rozdziale autor udowadniał, że ludzie muszą pochodzić od małp, gdyż gdy trwała
kampania w Kitaju, w opuszczonych miastach zalęgły się potem małpy czerwone,
które rzekomo umiały obsługiwać wszystkie ludzkie przedmioty. To zdaniem autora
był koronny dowód, że człowiek nie mógł powstać w sposób naturalny. Był
wybrykiem natury, być może efektem nieudanych eksperymentów na małpach, albo co
gorsza mutacją. Kapłana to głównie śmieszyło. Ale przynajmniej teraz wiemy, co się stało z Władcami Demonów i całą
wschodnią cywilizacją. Nie zniknęła ot tak sobie. Mroczne Elfy wcześniej ich
dopadły.
Dalej w księdze pisano o tym, jak bogowie dla zabawy ulepili
halflingów z gliny. Krasnoludy według innej z teorii były omyłkowo ożywionymi
fragmentami skał, na które spadła iskierka życia. W dalszej części Shivan czuł
się coraz bardziej zirytowany. Rodryk, jeśli to on był autorem, acz kapłan
wątpił w to, by władca osobiście mógł napisać tyle książek, dochodził do
wniosku, że „w porównaniu z Moredhelami bogowie muszą być porąbani, bo musieli
stworzyć nistoty, tylko z czystej zawiści wobec swojej niedoskonałości względem
ideału, jakim niewątpliwie są Mroczne Elfy”. To już zakrawało na herezję, ale
autor dalej brnął w uznawaniu bogów za istoty stojące na niższym stopniu
rozwoju niż Moredhele. Podstawowym dowodem było to, ze Mroczniaki nigdy nie
popełniły takiego błędu, jakim było stworzenie niestot. Shivan nie wytrzymał i
zamknął księgę. Rozumiem wiele, ale ta
treść to czysta nienawiść wobec wszystkiego, co obce i nieposkromione.


            Długo
nie mógł przez to zasnąć. Gdy w końcu udało mu się, śniły mu się koszmary. Nad
ranem jednak pamiętał jeszcze jeden sen. Morrou, który obiecał dać mu nowe
charyzmaty. Czy to też mi się tylko
przyśniło?


            Po
śniadaniu udał się do gabinetu El-randa, gdzie segregował pocztę. Potem
ogłoszono alarm związany z nowym transportem. Przez portal na dziedziniec
wjechało kilkanaście ciężarówek pełnych nistot.


- Gdzie oni się pomieszczą? I jak ich wyżywimy? – Pytał,
bardziej samego siebie.


- Moredhele nie martwią się o wyżywienie więźniów. –
Odrzekł baron. – To nawet nie jest kalkulowane.


            Kapłan
czasem tylko zerkał przez okno, patrząc na to, co się dzieje na dziedzińcu.
Więźniów ustawiono, posegregowano, policzono. Kilku żołnierzy chodziło z
notesami i coś sobie zapisywali. Potem kwatermistrz El’Hawnai w towarzystwie
Dyzia wybrał kilkanaście osób do prac przy szambie. Zaciągnięto je do stolika,
wypalono im znamiona, numery na ramieniu, tak jak robi się to niewolnikom i
zapisano w księgach.


            Następnie
pojawił się Mithrabiel, który wybrał sobie kilkanaście osób, które zaciągnięto
do jego kwatery.


            Resztę
zapędzono do piwnic. Stłoczono w jednym miejscu i na razie kazano czekać. Po co oni wszyscy są tu ściągani?


            Tymczasem
Cień zajmował się produkcją ingrediencji potrzebnych do czarów magicznych. Z
tych, których wybrał, spuszczał krew, pakował ją do małych ampułek. Rozcinał
ich ciała, wyjmując różne organy – serce, mózgi, wątroby, czasem kości. Czasem
obdzierał niektórych ze skóry, innym tylko wyrywał włosy lub paznokcie. I
szykował zamówienie jakie złożono w Świątyni Zakonu.


            Ciała
zaniesiono do pieca, by spłonęły.


            Magiczne
składniki zapakowano na jeden wóz i wysłano do Sal-Sagoroth, skąd miały być
dalej rozdystrybuowane. Shivan jedynie patrzył przez okno i widział tylko część
z tych zdarzeń. Resztę jednak sobie dopowiedział. Nikt nie powinien być panem życia i śmierci. Nikt, prócz Morroua. Z
drugiej strony wiedział, że jeszcze nie nadszedł czas by zaprotestować. Ale nadejdzie, niebawem. I cały, pełen
nienawiści system Moredheli upadnie i zapłaci, za swą krótkowzroczność i zło,
które wyrządzili. Bogowie nie będą długo tolerować takiego zwyrodnienia.
Każdy
więzień mógłby dodać jedną rzecz – „o ile istnieją”.

Komentowanie nie jest możliwe :, , więcej...

CDXLV.

przez , 14.lip.2009, w Bez kategorii

            Najgorsze
zajęcie w obozie przypadło Dyziowi. Z drugiej strony, przynajmniej tu mógł się
czuć bezpiecznie, żaden szanujący się Moredhel nie zwracał na niego uwagi,
przez to też nie zauważył braku aury. Kisjevczykowi przypadło nadzorowanie więźniów
w obozie, którym wyznaczono „zaszczytną” funkcję sprzątania nieczystości.
Hassan było starą budowlą, jej twórcy nie mieli pojęcia o miejskiej
kanalizacji, fekalia wylewano wprost do fosy, która była połączona kanałem z
rzeką. Tyle, że gdy spłonął las Jai-Pur, a okoliczny teren zamienił się w
pustynię, nie było już mowy o odpływaniu nieczystości. Późniejsi mieszkańcy,
czyli pustynne elfy, zakopywały swoje odchody na pustyni, tworząc tymczasowe
latryny poza terenem twierdzy. Moredheli to nie zadawalało. Ich samych, może
nie było zbyt dużo, ale więźniów, których tu sprowadzono liczono w dziesiątkach
tysięcy. Produkowali mnóstwo odchodów, Dyzia już po paru minutach mdliło. Jedno gówno można wytrzymać, jak się w nie
wpadnie, ale to? Co ci ludzie jedzą?


            Fekalia
nie miały jak spływać, było ich za dużo. Przymusowi pracownicy codziennie
czyścili dolne poziomy, wynosząc wiadrami odchody na przygotowane poletka,
gdzie suszyły się na słońcu. Potem zbierano je i dorzucano do wielkiego pieca,
a resztę zasypywano popiołem. Jedyne z czego mógł się cieszyć Dyzio to fakt, iż
jego podopieczni nie mieli jak uciec. Zamek był otoczony magiczną tarczą,
niewidzialnym murem, który wytyczono w granicach pustyni, tam gdzie ludziom i
więźniom innych ras wolno było pracować. Trzeba tylko było pilnować by robili
swoje. Jak powiedział kwatermistrz, wystarczyło złożyć obietnicę, że ci, którzy
będą wykonywać swoje obowiązki nie zostaną zastąpieni innymi. Kisjevczyka
trochę to zdziwiło, ale wolał nie dopytywać.


            Przy
okazji oglądał też sobie całość obozu. Moredhele nie mieli zbyt dużo czasu, by
zmienić go na swoją modłę. Dodali jakieś rury, czegoś szukali głęboko w glebie,
zainstalowali piec, zbudowali wysoki komin. Mała
namiastka Sal-Sagoroth. Ciekawe co oni tu produkują? I czy nie można tego
normalnie wytworzyć, ręcznie, a nie od razu fabrycznie.
Jednak najbardziej zdziwiła
go spiżarnia. Mała, w praktyce nie było tu wiele pożywienia. Dla garstki
Moredheli starczyłoby na długo, ale dla kilku tysięcy więźniów? Stanowczo za
mało. Może karmią ich resztkami?
Jednak sam zdawał sobie sprawę, że prawdopodobnie ani baron, ani Mroczne Elfy
nie przejmują się zbytnio losem pojmanych. Nawet ci, którzy pracowali,
wyglądali na zabiedzonych. Głodnych, brudnych i wystraszonych. U niektórych przez
skórę widać było kości, wyglądali jak chodzące szkielety. Jak można kogokolwiek doprowadzić do takiego stanu? Po pracy,
zobaczył racje dzienne więźniów. Czasami gwarek więcej dostawał.


            Jednak
nie to było najgorsze. Nie smród, nie robota, a to w jaki sposób na niego
patrzono. Pełen nienawiści, ale i goryczy. Bali się go, jednak gdyby tylko
przełamali swój strach, rozgnietliby go. Możliwe, że nawet zjedli. Byli
przecież wygłodzeni, a on, wyglądał na zadbanego. Owszem codziennie rano golił
się, by nie uchodzić za pół elfa, nie mył się specjalnie, by było czuć od niego
swąd fekaliów, dzięki temu inni żołnierze go unikali. Tak jak, poradził mu El’Hawnai.
Ale dla więźniów zapach nie miał żadnego znaczenia.


- Skubany Moredhel… – Mówili o nim za plecami.

- Morderca! – Dodawali

- Oprawca… – Wtórowali inni.

            Złorzeczyli
mu. Choć ukrywali swe gesty. Liczyli, że nie zna języków, na przykład
kisjevskiego. Jeden starszy mężczyzna, bardzo chudy, przynajmniej teraz,
ilekroć przechodził obok nowego zarządcy, nisko mu się kłaniał, robiąc
służalcze gesty.


- O żeby cię piekło pochłonęło… – Mówił przy tym,
zupełnie jakby go pozdrawiał. – Niech twoi potomkowie nigdy nie zaznają
spokoju, za twoje zbrodnie…


            Dyzio
nie wiedział jak zareagować. Dla pracowników przymusowych, nie było różnicy czy
ktoś był Moredhelem, czy konwertytom. Dla nich wszyscy byli Mrocznymi Elfami,
złem. Nawet do głowy im nie przyszło, że ich oprawcą mógłby być człowiek.
Kisjevczyka trochę to bolało. Z jednej
strony niby Moredhele i cała ich nienawiść, z drugiej tym samym im odpowiadamy.
Ale czy istnieje inna droga?


            Ale
najbardziej go zabolało, gdy El’Hawnai przyszedł na inspekcję. Akurat jeden z
pracowników nie domagał. Normalnie Dyzio kazałby go odnieść do baraków, w
których spano, ale kwatermistrz nie był tak wyrozumiały.


- Zastrzel go. – Rozkazał. – Inaczej będzie się tylko
męczył.


            Kisjevczyk
zdawał sobie sprawę z tego, że musi wykonać rozkaz. Nie miał wyboru. El’Hawnai
go testował, w bardzo ciężki sposób. Nie jest żadnym honorem strzelić w głowę
cierpiącemu, jego śmierć przez to nie będzie ani trochę bardziej heroiczna. Mało
tego, ten strzał spowoduje, że niczym nie będzie się różnił od Moredheli. Oni
też tylko wykonywali rozkazy. Większość z nich miało w nosie inne rasy. Z drugiej strony przyszliśmy tu zinfiltrować
obóz. A może po coś więcej? Tyle, że jeśli się zbuntuję teraz nic nie osiągnę.


            Kwatermistrz
się niecierpliwił.


- Strzelasz czy nie?

            Dyzio
popatrzył na niego pytająco. Elf nie okazywał po sobie emocji. Poddano go podobnemu wyborowi, teraz
obserwuje mnie i patrzy jak mnie niszczy. Zastanawia się pewnie, gdzie popełnił
błąd i czy teraz wybrałby inaczej. Może zależy mu, bym zabił, bym go tym samym
wytłumaczył.
Gdyby to zależało ode
mnie, nie strzeliłbym… Ale misja… Nie mogę narazić Shivana i Erlana. Tylko,
czy faktycznie jestem panem życia i śmierci.


- I? – Irytował się El’Hawnai.

            Kisjevczyk
przestał rozmyślać. Wyjął pistolet, w który go wyposażono i strzelił ledwo
żywemu mężczyźnie w głowę. Jeden strzał. Szybka śmierć.


- Dobrze się spisałeś. Nie mogłeś mu lepiej pomóc. –
Stwierdził El’Hawnai. – Widzę, że jesteś roztrzęsiony. Pierwszy trup?


- Tak. – Skłamał Dyzio. Pierwszy, którego zabiłem bez sensu, z zimną krwią, nie w walce. Stałem
się właśnie tym, z czym walczyłem.


- Przywykniesz do tego. Do wszystkiego można się
przyzwyczaić. – I zostawił go samego z więźniami.


            Ci nawet
nie mieli siły spojrzeć na Kisjevczyka. Bali się go. I z całego serca
pogardzali nim.

Komentowanie nie jest możliwe :, , więcej...

CDXLIV.

przez , 13.lip.2009, w Bez kategorii

            Po
śniadaniu Shivan zajął się segregowaniem poczty barona El-randa. Większość
dotyczyła spraw wojskowych, komendanci innych placówek wymieniali się
spostrzeżeniami o ruchach wroga. Tym
razem tym mianem określają naszych, dziwne uczucie.
Cała korespondencja
była pisana na specjalnej maszynie, a pod papierem, znajdowała się kalka,
dzięki czemu od razu powstawało kilka kopii. Zdumiewające. To przesyłano w formie raportów do Kwatery Głównej
Magistratu Wojennego w Sal-Sagoroth, tam dane zbierano, agregowano i rozsyłano
ważniejszym dowódcom – w tym arcygenerałowi Neramowi i królowi Rodrykowi.
Pozostałe kopie, które nie trafiały do stolicy, rozsyłano do okolicznych
placówek, tak by każdy z dowódców miał ogląd na całość sytuacji. Wtedy nawet
coś, co pozornie może nie wyglądać na podejrzane, jest zupełnie inaczej
analizowane, w pełniejszym kontekście. Trzeba
przyznać, że sprytne.
Jedyne, co dziwiło kapłana to fakt, że formalnie
rzecz biorąc, te przesyłki krążyły przez pół Miscle, nim dotarły na miejsce.
Pobliskie obozy nie były połączone ze sobą portalami, więc każdy ważny list,
informację czy rzeczy wysyłano wpierw do centrum pod Sal-Sagoroth, skąd
wysyłano z powrotem do placówki, niejednokrotnie znajdującej się nie cały dzień
drogi od miejsca pierwotnego. Tyle, że tak było bezpieczniej no i szybciej.
Shivana interesowało jednak, po co Moredhele używają prawdziwych posłańców i
kurierów, do przekazywania rozkazów i przesyłania innych przedmiotów.


- Jeszcze się nie zorientowałeś!? – Śmiał się baron. – To
proste… Bardzo proste. Nie dajemy wrogowi nawet kawałka wiedzy, by mógł dojść
jak wygląda przesyłanie informacji. Widzą posłańców, którzy przenoszą dane i
czasem nawet na nich napadają. Gdy nabiorą już wiarygodności do tych danych i
przechwycą kolejnego posłańca, zaczną wpadać w pułapki. Dalej zabawa jest
jeszcze lepsza, zaczynamy sugerować ich, że mają szpiega w swoich szeregach…
Sam wiesz, nie potrafią zgadnąć, która pizda zdradziła, w rezultacie zaczyna
panować tam chaos. To niejednokrotnie lepsze od likwidacji przeciwnika,
ośmieszamy go, niszczymy morale. Sam wiesz, no.


            Drzwi do
komnaty otworzyły się, samoistnie. Baron natychmiast wstał. Do środka wszedł
dumnym krokiem Cień, mistrz Mithrabiel w towarzystwie dwóch innych zakonników
ubranych w czerwone habity. Obaj mieli też dziwne miecze przypięte do swych
pasów.


- Nowe rozkazy przyszły. – Rzekł surowo Cień. – Poza mną,
w obozie zostanie dwóch braci do obsługi pieca, oraz sześciu zbrojnych.


- Zbrojnych? – Zdziwił się El-rand. – To Cienie?

- Nigdy nie widziałem czerwonych… – Wyszeptał Shivan.

- To nowa jednostka. – Zwrócił się do swych towarzyszy. –
Dziękuję, wracajcie na posterunek, demonstracja siły odniosła skutek.


            Baron
usiadł.


- Komendancie, nie poleciłem panu spocząć. – Powiedział Mithrabiel.

- Przepraszam… – Zaczerwienił się El-rand, podnosząc z
miejsca.


            Machnięciem
ręki Cień zamknął drzwi.


- Nowy adiutant?

- Tak, jest.

- Mam nadzieję, że rozgarnięty. – Stwierdził Mithrabiel i
spojrzał na gwarka, ale nic nie powiedział. – Arcygenerał Neram i jego
ekscelencja Rodryk wrócili wczoraj do Sal-Sagoroth. Wojna na Starym Świecie
weszła w fazę realizacji operacji „Pogorzelisko”. Zbieramy siły przed
uderzeniem. Na północy w ciągu tygodnia zostanie zamkniętych dziesięć obozów,
nie zostaną stworzone nowe, musimy przejąć ich zadania, przynajmniej do czasu
skończenia kampanii w Arabii.


- Znaczy, będziemy mieć więcej… – Mówił baron.

- Może opanowałeś moredhelski, ale twój sposób mówienia
jest mało informacyjny. – Rzucił chłodno Cień. – Myślę, że to co mówię jest
zrozumiałe.


- Tak, jest. – Potwierdził El-rand.

- Tak, jest. – Dodał Shivan. No to ładnie, teraz będę poznawał plany wojenne, to się Lokka-Thon
ucieszy.


- Arcygnerał i król osobiście dogadują kwestię kampanii
arabskiej, nasi sojusznicy już gotują się do wojny. Fimirowie, orkowie i
gobliny są gotowe do wymarszu. Lord Skeritt wypełnia nasze zamówienia na
zatrutą broń, jego Skaveni również wesprą nas w wojnie. Tymczasem siły
królewskie zbierają się pod Sal-Sagoroth. Atak nastąpi lada dzień. –
Kontynuował Mithrabiel.


- A Cienie? – Zapytał cicho baron.

- Zbierają się w Bulda-Barze, wraz z Iluminarami. To
tyle, ile powinieneś wiedzieć. Korel Drow zakazał informowania Magistratu o
szczegółach, podobno ustalono to podczas narady z jego ekscelencją, arcygenerałem
i pierwszym ministrem.


- A ci czerwoni? – Znów El-rand bał się zadać zbyt
szczegółowego pytania.


- Nowa formacja wśród Cieni. Wojownicy. Kształcił ich
Korel Drow, wykorzystywał do walki na froncie północnym. Są doświadczeni, teraz
gdy Saura nie ma Korel trochę reorganizuje zakon, na własną modłę.


- A co się stało z Saurem? – Zdziwił się baron.

- Nic, komendancie. – Odrzekł Mithrabiel. – Zajmuje się
swoimi sprawami i nie chce, by mu przeszkadzano.


- On szuka Księgi Makr… – Wyszeptał Shivan. Wszystko się zgadza, po to byliśmy
potrzebni.


- Co powiedziałeś? – Zapytał Cień.

- Przepraszam, wyrwało mi się. – Odrzekł zakłopotany
kapłan.


- Skąd ci to przyszło do głowy? Księga Makr? – Zapytał ostrym
tonem Mithrabiel. Skubany, jeśli ma
rację, to faktycznie można zrozumieć, czemu Saur zostawił zakon w rękach
Korela. Tylko, czy Korel wie, co knuje Saur? Jeśli nie, można się z nim
sprzymierzyć i razem obalić Saura. A jeśli tak? To czy zdaje sobie sprawę, że
potem nie będzie Najwyższemu Cieniowi do niczego potrzebny? No poza pilnowaniem
dyscypliny w zakonie.


- Iluminarowie, których spotkałem, o tym coś wspominali.
Ktoś im kazał tego szukać. – Mówił Shivan. – Wydawało mi się, że to takie
głupie, ludzkie gadanie.


- Ludzie… Nie należy im ufać. – Splunął na podłogę
Cień. – W każdym razie tę informację o Księdzę Makr zachowajcie dla siebie.
Będzie niedobrze, dla was, jeśli ktoś jeszcze się o tym dowie, zrozumiano?


- Tak, jest. – Odpowiedzieli.

- Koniec odprawy. – Powiedział Mirthrabiel. Drzwi się
otworzyły, a on jak gdyby nigdy nic, odwrócił się na pięcie i wyszedł.


            Dopiero,
gdy wrota się zamknęły, baron spoczął. Widać było, że trochę się denerwował,
zdradzały to krople potu, których normalnie nie było widać u elfa urodzonego w
tym klimacie.

Komentowanie nie jest możliwe :, , więcej...

CDXLIII.

przez , 12.lip.2009, w Bez kategorii

            Poranek
nie należał do przyjemnych, zwłaszcza dla Erlana. Obudził się z bólem głowy, w
dodatku spał na jakiś niewygodnych deskach, gdzie go rzucono. Kurde, trzeba zapić… Wstał,
wyprostował się. Dopiero wtedy przypomniał sobie, gdzie jest. Jesteśmy Mrocznymi Elfami? Czy jak to
okropne ptaszysko to mówiło?


            Zamiast
śniadania zaprowadzono, go na plac, gdzie zakuto go w dyby.


- Żartujecie sobie? Nic nie zrobiłem. – Fala, nowych biją, chyba o to chodzi.

- Za picie na służbie. Z rozkazu kwatermistrza. Nic
osobistego. – Rzekł Moredhel, który trzymał bat.


- A szczać na służbie wolno? – Irytował się mag. Mógłbym go rozwalić. Ale z drugiej strony
nie mogę narażać misji… I może nie będzie już łeb mi tak napierdalał.


            Rozpięto
mu szaty, odsłaniając plecy.


- Pożałujecie tego skurwiele… – Wyrwało się magowi.

            Nikt
jednak nie reagował. Gdy kat podniósł bicz w powietrze, usłyszał krakanie
kruków. Zdziwił się. Rozejrzał w koło, nigdzie nie widać było ptaków. Ale coś
nadal krakało i się śmiało. Prosta
sztuczka, nauczę cię jak mnie puścisz. I jeszcze dasz coś do picia.


            Żołnierz
trochę się zdziwił, ale natychmiast zaczął wykonywać polecone mu zadanie.


- Raz…

- Skurwiel…

- Dwa…

- Chuj…

- Trzy…

- Zabije cię dupo!

- Cztery…

- Pierdolona cipa! – Wydzierał się mag.

            Ale
zamilkł. Starał się skoncentrować. Zgotuje
ci coś takiego chuju pierdolony, że nigdy już nikogo w życiu nie uderzysz!
Nawet nie usiądziesz! Wbije cię jakiegoś bolca w dupsko!
Pocieszał się
planowaną zemstą, czując ból. Jeszcze
tylko trzy… Dwa… Jedno… Kurwa więcej niż dziesięć! Twoja matka gnido cię
nie pozna!


            Po
skończonej każe, pomogli Erlanowi wstać. Nawet wytarli mu plecy i trochę je
opatrzyli. Po cholerę? Mogliby choć nie
zgrywać takich przyjacielskich, skurwiele.


            Następnie
mag udał się na śniadanie wraz z wszystkimi innymi żołnierzami. Nie widział
jedynie Dyzia, Shivan natomiast jadł z oficerami. Klecha zawsze wie jak się urządzić… Pewnie komuś dał dupy, albo co,
mam nadzieję, że nie zachował się jak chorągiewka i nie zdradził. Ostatnio tak
samo było, nas złapali, a on się w Cienia bawił. Może to faktycznie Moredhelski
szpieg?


            Potem
zobaczył, co im podano. Zielonkawa breja z kawałkiem dziwnego chleba. Spróbował…
Od razu poszukał kubka, by czymś to zapić. Niestety miast alkoholu podano im
jakiś kompot.


- Co to jest? Odchody Rodryka? – Zapytał.

- Okraszki. – Odrzekł jakiś Moredhel.

- Krasnolud smakuje lepiej… – Wymamrotał mag.

            Mroczny
Elf parsknął śmiechem.


- Nie brzydziłeś się jeść krasnoluda? – Zapytał rozbawiony.

- Opowiem ci, jak się napijemy, to nie jest historia,
którą można by opowiadać na trzeźwo… – Mówił Erlan.


- Uważaj z piciem. Nigdy nie wiadomo, kiedy twój język
palnie jakieś słówko za dużo. A tu każdy ma coś, do ukrycia. – Odrzekł żołnierz.


            Czarodziej
wrócił do jedzenia. Czyli nici z picia.


            Po
śniadaniu dowiedział się, że przydzielono go do jednej z najgorszych robót w
obozie. Ponoć była tylko jedna gorsza, ale znaleźli do niej „ochotnika”. Nawet
nie pytał, co mogło być gorsze.


            Dali mu
łopatę i wiadra, oraz taczkę. Wraz z kilkoma innymi Moredhelami czyścił dolne
poziomy wielkiego pieca. Kończyło się to właściwie na jednej, acz wyjątkowo
monotonnej czynności, wywożeniu popiołu poza granice Hassan. I tak przez cały
dzień. Erlana to jedynie irytowało. Tyle
lat nauki magii i do łopaty mnie kurwa wzięli. Rasa panów? Rasa skurwieli
chyba…
Marudził co najwyżej pod nosem, acz wykonywał swoje obowiązki, tak
by nie zwracać uwagi na siebie. Uznał, że póki, co trzeba zająć się infiltracją
i poznaniem sposobu działania wroga. Jedyne, co go dziwiło to fakt, że
praktycznie w ogóle nie widział tu nistot. Dziwne,
w końcu to przecież obóz pracy.


            Wysypał kolejne wiadro
popiołu na pustyni. Ciekawe, co oni tu
produkują?
Potem łopatą wyrównał hałdkę, i zauważył w niej jakiś dziwny
przedmiot. Schylił się, podniósł go. To było ludzkie, zwęglone ucho.

Komentowanie nie jest możliwe :, , więcej...

CDXLII.

przez , 11.lip.2009, w Bez kategorii

            Kwatermistrz
El’Hawnai był pustynnym elfem. Nie lubił, gdy nazywano go konwertytom, nie
lubił też obozu w Hassan. Jak na ironię losu, jego przodkowie osiedli tutaj,
pozostawiając nomadzki tryb życia. Potem przyszły Mroczne elfy.


- Co mu jest? – Zapytał gdy żołnierze zdejmowali z wozu
Erlana.


- Udar. – Rzekł Dyzio.

            El’Hawnai
podszedł do maga i powąchał go.


- Udar… Czy ten baran nie wie, że na służbie się nie
pije? Co za durni nam tu wysyłają! Jak wytrzeźwieje, wytłumaczyć mu, co jest
zakazane, a co nie a potem dziesięć batów! Czemu jeszcze nikt konia nie
oporządził? Ile to zwierze ma stać w uprzęży!?


            Podwładni
natychmiast zaczęli uwijać się, nawet nie czekając na dalsze polecenia
kwatermistrza. Jedynie Kisjevczyk nie wiedział, co powinien robić.


- Pójdziesz ze mną. – Rzekł do niego El’Hawnai.

            Udali
się do spiżarni, mały, prawie pozbawiony światła w środku budynek u na uboczu.
Dyzio nie czuł się tu komfortowo, wiedział, że elf widzi dużo więcej.
Kwatermistrz złapał go za ucho i oderwał mu je.


- Co to jest? Nie jesteś Mrocznym Elfem. Nie jesteś nawet
zwykłym elfem!


            Drugą
ręką złapał za broń człowieka.


- Nie próbuj. Gdybym chciał bójki, załatwiłbym to na
zewnątrz. Więc?


- Nie chcę umierać… – Wymamrotał Dyzio udając
załamanego.


- Weź się w garść chłopie i powiedz o co chodzi? Jakim
cudem udajesz Moredhela?


- Wzięli mnie za elfa. Kilka tygodni temu. Mroczne Elfy
zabiły wszystkich, którzy nie byli elfami. Elfom pozwolono przyłączyć się do
Rodryka… Skoro szczęście mi sprzyjało, postanowiłem się zgłosić. Nie wiem,
jakim cudem, ale mnie nie wykryto…


- Musisz mieć mnóstwo szczęścia młodzieńcze. Jak się
nazywasz?


- Dyzio… – Odrzekł.

- Twoją aurę widać z daleka, a raczej jej brak. Dziwne,
że nikt się nie zorientował. Zabiją cię, jeśli wyjdzie, że nie jesteś elfem.
Trzymaj się na uboczu, zawsze znajdę ci jakieś samotne zadania. Zresztą mam
jedno, sprawi, że inni będą się trzymać od ciebie z daleka… I od dziś jesteś
El’Hawnak.


- Dziękuję, proszę pana. A mogę spytać dlaczego?

- Jestem pustynnym elfem, który się tu urodził. To ci
musi wystarczyć.


            Historia
El’Hawnaia bolała zbyt mocno, by ją komukolwiek opowiedzieć. Wciąż nawiedzały
go koszmary, wciąż nie mógł uwierzyć, że dokonał takiego wyboru. Jeśli ktoś
nienawidził Moredheli bardziej niż on, musiał już dawno zagotować się z
nienawiści. Kwatermistrz z obrzydzeniem patrzył na to, co się tu działo, na
zwyczaje, ale największą pogardę żywił do El-randa i mu podobnych. Tych, którzy
sami stali się konwertytami, z własnego wyboru, dla własnych zysków. El’Hawnai
nie miał takiego wyboru. Gdy Mroczne Elfy przybyły do Hassan, obwieściły, że
zajmują cały zamek. Potem spytano, kto ma zamiar przyłączyć się do poddanych
prawdziwego przywódcy elfiej rasy. Zgłosiło się dwóch czy trzech. Resztę
zmuszono. Kilku grożono śmiercią, ale El’Hawnaia to nie przekonało. Wolał
umrzeć, niż podporządkować się najeźdźcom. Potem żołnierze Rodryka uznali, że
rodziny tych, którzy się nie zgodzą, zostaną zabite w całości. Kwatermistrz
mógł pogodzić się z własną śmiercią i był gotów zginąć za swe przekonania, ale
śmierć najbliższych, w tym siostry z dziećmi… Nie potrafił wydać na nich tego
wyroku. Stał się jednym z żołnierzy Magistratu, ale każdego dnia pluł sobie w
brodę. W pokoju, który dostał, po modernizacji zamku, pierwszą rzeczą którą
zrobił, to wywalił lustro. Nie mógł spoglądać w odbicie swej własnej twarzy.
Brzydził się jej, siebie i swojego wyboru. Miał za złe tym, którzy dokonali go
z własnej i nie przymuszonej woli, ale rozumiał też tych, którzy chcieli tylko
i wyłącznie przeżyć. Czy byli rozgrzeszeni? Tego nie wiedział. Może było za
wcześnie, by to roztrząsać. Widział tylko jedno, że kiedyś, gdy wiatr historii
się znów zmieni, elfy zapłacą za to wysoką cenę. Wszystkie elfy. Oczywiście,
pod warunkiem, że wiatr nie zmieni się za późno.

Komentowanie nie jest możliwe :, , więcej...

stat4u <!-- s4uext=s4upl(); document.write('stat4u') //--> stat4u

Blogroll

Kilka bardzo polecanych stron...