orthank blog

Tag: dzigbad

DXXXII.

przez , 21.paź.2009, w Bez kategorii

 
            Lord
Skerrit ucieszył się, gdy dołączył do niego Shivan.


- Wszystko przeorganizujemy. – Mówił. – Wszystko.
Zebrałem dawnych mieszkańców Dzigbadu.


            Wśród
obecnych, elf spostrzegł Ann i Aska, którzy, przynajmniej obecnie, także służyli
Morrouowi. Rozpoznał także kilka innych osób, lecz ich imion nie potrafił sobie
przypomnieć.


- Zaczniemy od budowy świątyni…

- To nierozsądne. – Stwierdził Shivan. – Musimy naprawić
studnię i zbudować palisadę, chroniącą nas przed piaskiem, potem zaś odbudować
spichlerz. Wtedy można myśleć o czymś innym.


- Nieźle się targujesz. Zgoda. – Odparł skaven. – Ale tak
łatwo nie dam się zbyć. Dodatkowo wybudujemy jeszcze kapliczkę Morrouwi i
nazwiemy miasto Morroubadem, albo jakoś tak. A potem, jak już to będzie
funkcjonować, zbudujemy tak wielką świątynie, że wszyscy będą do niej
pielgrzymować, by zobaczyć chwałę naszego pana.


- Lepiej będzie pójść tam i zobaczyć, co zostało. –
Stwierdził kapłan. – Dopiero potem zaczniemy planować, to najrozsądniejsze wyjście.


- Łatwo ci mówić. Nie mam tyle życia, co ty. A chcę
tworzyć wielkie rzeczy. – Mówił Skerrit. – No, nic nie ma czasu do stracenia
idziemy!


            Wszyscy
podnieśli swoje tobołki i ruszyli w kierunku dawnego Dzigbadu. Nawet sam władca
skavenów wziął torbę i ruszył na piechotę.


- No to ładnie… – Rzucił pod nosem kapłan. – Widzę, że
zaszły pewne zmiany?


- A, że nie ma lektyki? – Spytał szczur.

            Elf
przytaknął.


- Cóż. Wiele się nauczyłem, od ludzi, elfów czy gadów. W
czasie wojny zniknął podział na kasty, nie było szlachetnie urodzonych i im
podległych. U gadów w ogóle tego nie ma. Sprawdziło się to, tak będzie lepiej.
Zresztą jak mamy tworzyć nowy Morroubad, jako wspólnota gdzie skaveni i inne
rasy żyją razem, musimy pożegnać dawne zwyczaje. A jak mam innym pokazać, że
jestem równy, skoro bym ich wykorzystywał?


- Jest gorzej niż myślałem… – Wtrącił Montolio.

- Jak chcesz być równy, skoro nimi rządzisz?

- Na wszystko potrzeba czasu, także na transformację. –
Kontynuował Skerrit. – Nie da się tak od razu. Podoba mi się system władzy w
Reptilium, gdzie każdy znajduje swoje miejsce, może się rozwijać i służy
społeczeństwu. Taką chciałbym sprawować władzę, a potem gdy przejdziemy ten
okres przemian, przekazać ją komuś innemu. Dlatego potrzebuję pomocników. Zaangażowanych
i takich, którym będę mógł ufać. Byłbyś doskonałym szarym prorokiem.


- Szarym prorokiem? – Zdziwił się Shivan. – No to
ładnie…


- Hahaha. – Śmiał się gwarek.

- Szary prorok to…

- Nie musi być wyznawca Krwawego Szczura. To przede
wszystkim najważniejszy doradca duchowy i naukowy, sumienie wspólnoty, jej
powiernik. Ktoś, kto przede wszystkim musi służyć, a nie posługiwać. To ktoś,
kogo wszyscy słuchają i szanują, jak Queezika. – Kontynuował Lord.


- Nie wiem, czy to najlepsze rozwiązanie. – Zastanawiał
się elf. – Nie chciałbym cię rozczarować.


- Ja wiem, że tak. Ask, chciał tę funkcję, ale on nie
jest gotowy. Mimo, że twierdzi inaczej. Ty mówisz, że nie masz kwalifikacji, i
to chyba najlepiej świadczy, że poważnie podchodzisz do tej propozycji. I wiesz,
że to ciężki chleb. Jeśli odmówisz, pewnie Ask zostanie szarym prorokiem, a my
będziemy tylko oglądać konsekwencję.


- Czy to funkcja dożywotnia? – Zapytał elf. Sprytne, niby taki przyjacielski, a jak
trzeba to kombinuje.


- Tylko jeśli będziesz w stanie do końca swych dni pełnić
tę funkcję dobrze. W każdym momencie będziesz miał prawo odejść, by zająć się
czymś innym.


- W takim razie znalazłeś nowego szarego proroka. –
Uśmiechnął się elf.


- Zabiję… – Dodał Montolio.

            I razem
szli w kierunku pustynnej osady, by rozpocząć nowe życie.

Komentowanie nie jest możliwe : więcej...

CDLXXI.

przez , 01.sie.2009, w Bez kategorii

            Prace
nad „Śmiercią codzienną” Kryfstus skończył już dawno, ale lubił wracać do swej
magicznej księgi. Poza Saurem i nim samym, nikt o niej nie wiedział. Była jego
polisą, zabezpieczeniem przed śmiercią. Zabawne,
jak wiele osób zginęło, bym mógł osiągnąć to, co pragnąłem.
Teraz był już
pewien, że potrafił przenieść duszę w inne ciało, gdy poprzednie umarło.
Pamiętał doskonale pierwsze ofiary, swego mistrza Harrada, którego sam namówił
do eksperymentu. Jeszcze nie tak dawno wykorzystał pewnego paladyna, który
próbował go zabić. Samą naturę czaru znał od wielu lat, tylko nie był pewien,
czy zadziała ona w praktyce tak, jakby sobie tego życzył. Ostatnie eksperymenty
robił jeszcze w Sherstock Woods. Teraz, gdy całe dnie spędzał w Bulda-Barze,
mógł sprawdzać swoje magiczne pomysły do woli. Moredhele dostarczali mu osobników,
którzy i tak przeznaczeni byli do wymordowania, choć wielu z nich starano się
wcześniej wykorzystać. Zwłaszcza Cienie, które przyzwyczaiły się do pracy z
Iluminarami, chętnie korzystały ze sług innych ras. Z takim służącym można było
zrobić wszystko, nawet zabić, gdy ktoś miał na to ochotę. A wciąż przybywało
kolejnych, oddziały wojska coraz lepiej wyłapywały mieszkańców coraz to
odleglejszych ziem, przygotowując je pod przyszłą kolonizację. Cienie,
Magistrat i Korrianie już zaczynali zastanawiać się nad zagospodarowaniem
terenów po wojnie. Planowano budowę nowych miast, rewitalizację tych, których
nie zniszczono, przygotowywano teren pod linie kolejowe. Galmai-tor,
Gil-Gamesz, czy Brak, które były najbardziej znanymi fortecami Moredheli na
Starym Świecie już połączono nie tylko koleją, ale też i słupami
telegraficznymi. Dla Kryfstusa było to dziwne, ale Lwy wolały nie używać
kamieni dalekowidzenia, woląc wspierać wynalazki. Swoją drogą dziwne, że nie ma linii do Sal-Sagoroth, ale teraz już
wiem, że znajduje się ono na innym kontynencie. Po co zatem te gierki?


            Gdy
patrzył na zgliszcza, które pozostały po Dzigbadzie, wolał mieć swą księgę przy
sobie. Wystarczył jeden oszalały
uchodźca, by zginąć zupełnie bez sensu.
Ale na to, Kryfstus był już
przygotowany.


            Przemierzając
dopalające się domostwa, użył netów, magii, dzięki której mógł zobaczyć
przebieg przeszłych wydarzeń. Spojrzeć na wydarzenia wczorajszego dnia.
Widział, jak zamordowano mu brata, ale zupełnie go to nie ruszało. I tak by zginął, odkąd osiągnąłem
nieśmiertelność. Teraz jestem pewien, że nikt mi nic nie zrobi.


- Twój brat okazał się nic niewartym człowiekiem. –
Przerwał mu rozmyślania Korel Drow.


            Potężny
Moredhel, któremu odcięto jedną dłoń, teraz zastępował Saura. I to on sprowadził
tutaj Iluminara.


- Masz coś, na wytłumaczenie swojej porażki?

- Dwóch Cieni także zginęło. – Tłumaczył się Kryfstus.

- Arcygenerał Neram nie jest zadowolony z tego, że
musieliśmy rozpocząć ofensywę wcześniej. On starał się powstrzymywać króla
przed zbyt pochopnymi ruchami, a my co zrobiliśmy? Jego ekscelencja Rodryk nie
będzie tak wyrozumiały jak ja jestem. Więc?


- Owszem. Nie będzie. – Co nie znaczy, że ty jesteś wyrozumiały. Dużo bardziej wolałem Saura,
ty nawet nie próbujesz udawać, że mną gardzisz, a sam wiesz jak słabym jesteś
magiem. Gdy Saur wróci, pójdziesz w odstawkę.
– Całą winę należy zrzucić na
barki trzech mąciwodów. Shivan, elf, kapłan Morroua, Dyzio, Kisjevczyk,
najemnik i kobieciarz i Erlan, elf, mag i pijak. Całą trójkę już powinniście
dobrze znać, to oni przedostali się do Hassan, gdzie dokonali dywersji, z tego,
co wiem, to oni także odpowiadają za terror w waszej stolicy. Teraz zniszczyli
nasz wspólny posterunek w Dzigbad.


- Rozumiem, że nagrody za ich głowy zostały już
wyznaczone? – Zapytał retorycznie Korel. – Cóż każdego dnia będą podwajane, a
informację o tym rozwieszane wszędzie, gdzie się da. W końcu, ktoś ich wyda. W
międzyczasie pomyślimy o polowaniu na nich.


- To nie będzie potrzebne. – Rzekł Kryfstus. – Oni
przyjdą do nas sami i to już niebawem. Przewidziałem to.


- Twoje przewidywania na razie nie przydały się nam na
wiele. – Powiedział Moredhel. – Cóż masz dwa tygodnie. Gdy już rozgorzeje
walka, będzie nam łatwiej na nich polować, o ile sami nie wpadną w nasze ręce.


- A gdzie jest Saur? – Zapytał Iluminar. – Dawno go nie
widziałem.


- Jest bardzo zajęty.

- Zatem znalazł jeden z artefaktów, których szukał? Może
nawet któregoś z bogów? – Próbował wyciągnąć informacje Kryfstus.


- Spotkanie skończone. Odmelduj się w Baar-Tyr jak już
tam dotrzesz.


            Cień nie miał zamiaru
rozmawiać z przywódcą Iluminarów. Obaj zajęli się własnymi sprawami.

Komentowanie nie jest możliwe :, więcej...

CDLXX.

przez , 31.lip.2009, w Bez kategorii

            Nie
ulegało żadnym wątpliwością, to co nadciągało na Dzigbad to była armia,
bynajmniej nie taka, która zamierzała się przyłączyć do sił tu stacjonujących,
a raczej obrócić wszystko, co znajdzie na drodze w pył. Xantos i Cienie, którzy
mu towarzyszyli nie tylko wysłali prośbę o posiłki, ale przede wszystkim
zdążyli zawiadomić o zdradzie Skerrita. Dlatego nastawienie armii, bo trudno to
było nazwać hordą, goblinoidów było tak bardzo agresywne. Zabawne było to, że w
końcu Stary Świat zaczął się bronić przed Moredhelami w ich własny sposób,
zdradą.


            Shivan,
Erlan i Dyzio przerwali fetę.


- Ewakuować się! – Wydzierał się mag.

- Jest gorzej niż myślałem. – Dodał Montolio.

            Kapłan
zaś podszedł do leżącego Lorda, by zdać mu ogólny ogląd sytuacji.


- Powinniśmy opuścić miasto. Są zbyt dobrze uzbrojeni,
przygotowani do bitwy, a my oddaliśmy im dwa najlepsze posterunki obronne
praktycznie za darmo.


- A nie powinniśmy złożyć modłów dziękczynnych Morrouowi?
Ask mówił… – Zapytał skaven.


- Nie słuchaj Aska w tej materii. On jest teraz podobnym
poziomie jak Queezik, dopiero poznaje religię. Raczej pytaj mnie lub Ann. A
Morrou nie jest bogiem wojny, tylko śmierci. Sugeruję byśmy zatem jego materię
zostawili mu, przynajmniej na razie. Powinniśmy jak najszybciej rozpocząć
ewakuację.


            Skerrit
natychmiast przekazał swoim podwładnym, co mają robić. Sam zaś poprosił o
szybkie spotkanie z Queezikiem, Shivanem, Erlanem, Dyziem i Lokutusem.


- Powinniśmy walczyć tu tak długo, dopóki uchodźcy nie
będą bezpieczni. – Powiedział reptilion. – Wielu z nas tu zginie, ale
przynajmniej mieszkańcy ocaleją.


- Na jakiś czas. – Dodał Erlan.

- Nasze rozkazy od Moredheli mówiły, że niebawem
rozpocznie się wielka ofensywa, mieliśmy dołączyć do tej armii. – Powiedział Queezik.


- Z raportów wynika, że jest ich tysiące. Gobliny, orki,
hobgobliny, czarne orki, a nawet urukowie. Mają też kilka trolli. – Przedstawił
najnowsze doniesienia Skerrit.


            W tym
momencie na Dzigbad zaczęły spadać pierwsze pociski z katapult. Także te
zapalone.


- Alarm! Szykować się do obrony! – Krzyknął Queezik.

- Jakie są rozkazy, generale? – Zapytał Dyzia Lokutus.

- Łłł…łucznicy. Obrona w mmm…mieście.

            Potem
zdenerwowany Kisjevczyk zaczął coś mazać na piachu. Queezik tylko patrzył ze
zdziwionymi oczyma, starał się pojąć choć trochę taktyki. Może nie była ona
najwyższych lotów, w końcu Dyzio o niej miał dość blade pojęcie, ale Lokutus
świetnie rozumiał główne zamysły, resztę dopowiadał sobie sam.


            Wielu
mieszkańców nie mogło zrozumieć, że nie może brać ze sobą wielu rzeczy, tylko
to, co mogli unieść, przede wszystkim zapasy. Choć postanowiono, że miast do Al’Hady,
część z nich zostanie w Cartonie, a resztę poprowadzą do Armengeru, które
znajdowały się bliżej, droga dla nich, także dzieci i osób starszych musiała
być ciężka. Gdyby nie skaveni, troglodyty i minotaury, z pewnością oponowaliby
bardziej, ale tak bali się na tyle obcych stworów, że wykonywali potulnie
rozkazy.


- Kto jest w stanie w walczyć, niech się do nas dołączy.
Powstrzymamy wrogów tak długo jak się da! – Zaapelował do mieszkańców Shivan.


            Niektórzy
z nich się zastanawiali. Wielu wolało zostać z rodzinami, ale byli też tacy,
którzy postanowili ratować innych. Wśród nich był też Belg, niegdysiejszy wyzwoliciel.
Teraz stanął przed kolejną szansą by walczyć, nie tyle z wrogiem, co z własnymi
słabościami. Poza mieszkańcami, do walki przyłączyli się także najemnicy,
którzy akuratnie przebywali w Dzigbadzie, a także Bernard.


- Po bagnach i beholderze, nie mam już nic do stracenia. –
Mówił.


            Wrogowie
byli wyposażeni w machiny oblężnicze, które tym razem do niczego się nie
przydały. Oba zamki opuszczono, gdy rozpoczęto świętowanie, więc stały się
łatwym łupem dla goblinów i orków. Oprócz nich, w armii atakującej Dzigbad
znajdowały się także hobgobliny, te zazwyczaj uznawano za najprzyjemniejsze dla
innych ras. Być może ze względu na maniery, ale i kształt. Były wyższe,
bardziej wyprostowane, a także dużo czystsze. Niektórzy nazywali je nawet
przyjaznymi goblinami, zazwyczaj były dość pokojowo nastawione, co nie oznacza,
że niegroźne. Wojna jednak wszystkich stawiała po którejś ze stron. Zupełnie
inaczej było z orkami czarnymi, niektórzy twierdzili, że była to kasta zwykłych
orków, masywniejszych, większych i brutalniejszych. Inni twierdzili, że to
tylko podgatunek, który powstał z czasem. Praktycznie nie znani poza południem,
acz o ich okrucieństwie krążyły legendy.


            Za to
katapulty i balisty sprawdzały się bardzo dobrze. Dzigbad płonął nim goblinoidy
zaczęły forsować palisadę. Nawet nie próbowały przechodzić przez bramę, za
długo by to trwało. Rozwalały wszystko, co było na ich drodze.


- Dobrzy bogowie… – Przeklął któryś z najemników.

- O Moredhelach można powiedzieć wiele, – rzucił stary
mag, który był wśród nich – ale na pewno nie są minimalistami.


            Shivan,
który znajdował się przy Skerricie również dziwił się ogromem liczby przeciwników.
Wydawało mi się, że jest ich dużo, ale
nie sądziłem, że tyle.


- Zastanawia mnie jedno, czy naszą akcją przyśpieszyliśmy
plan Mroczniaków, czy tylko dobrze się wpasowaliśmy. – Rzucił.


- Kto to może wiedzieć. Nigdy nie traktowali nas jak
równych sobie. – Żalił się skaven. – A znaleźliście tę księgę, której
szukaliście?


- Nie tym razem. Widocznie musi być gdzieś indziej.

            Dyzio
wydał rozkaz by zaczęto strzelać. Reptiliony i troglodyty nie miały broni
miotanej, skaveny zazwyczaj używały dmuchawek, ale najemnicy i mieszkańcy posiadali
trochę łuków. Właściwie nie trzeba było celować. Wystarczyło posłać strzałę na
tyle silnie, by się w kogoś wbiła. Ilość goblinoidów była tak duża, że trzeba było
umieć chybić.


            Dopiero
potem zawiązała się walka. Wielu z atakujących w ogóle nie posiadało broni.
Może i uformowano z nich armię, ale nadal stanowili dzicz, którą rzucono do
walki, bez większego przeszkolenia, nie mówiąc o strategii. Podbój był realizacją
prostego planu, zalać Dzigbad żołnierzami. Szli dość gęsto, nawet jeśli coś ich
zatrzymywało to nie na długo. Nawet gdy któryś z nich padał, reszta
rozdeptywała jego ciało, tak, że sępy nie miały potem tu czego szukać.


            Najbardziej
zadowolone z walki były troglodyty. Może nie lubiły tak bardzo goblinów jak
krasnoludów, ale tych im nikt nie bronił zjadać. Niektóre z nich tylko
spoglądały na Dyzia, jak nie widział to ogłuszały gobliny i wrzucały je do
worków. Zapasy żywności na później.


            Minotaury
także starały się wykazać jak tylko mogły. Były nowym nabytkiem Sojuszu, w
dodatku podobnie jak skaveni, zmienili stronę, acz dopiero po kapitulacji, więc
starały się walczyć jak najbliżej mogły nowego generała, by pokazać mu się z
jak najlepszej strony. Nie miały swojego sierżanta, Dyzio dowodził nimi
bezpośrednio.


            Queezik
cały czas spoglądał na Lokutusa. Reptilion od lat zajmował się wojskowością,
doskonale się na tym znał, był przygotowany do tego, a odkąd jego ojciec zajął
się formowaniem Sojuszu, młodemu jaszczurowi przypadało coraz więcej ciekawych
zadań, dzięki temu zdobywał doświadczenie. Drugą ważną cechą, acz nie jego
charakteru, a raczej gatunku, był brak nadmiernej ambicji. Reptilioni nie
uważali, by pogoń za stanowiskami była ważna, raczej starali się jak najlepiej
spełniać powierzone im rolę. Podobnie zresztą postępowało wiele innych gadów w
Reptilium, poza troglodytami, które w ogóle nie posiadały żadnych ambicji,
które pchałyby je na przód. Wręcz przeciwnie, pasowało im tak jak jest, a każde
zamiany przyjmowały dość niechętnie, zwłaszcza te ostatnie, które wiązały się z
ograniczeniami. Jedynymi ambitnymi przedstawicielami państwa gadów były smoki,
acz one właściwie pełniły tam tylko i wyłącznie rolę rezydentów. Reszta ich nie
interesowała. Co najwyżej to, który ma większą grotę, więcej skarbów i inne
smocze sprawki. Queezik zaś nie potrafił tego zrozumieć. Odkąd pamiętał, jego
pan, Lord Skerrit, za wszelką cenę chciał by skaveni stali się bardziej ludzcy,
albo elficcy. Prorok razem ze swoim władcą studiowali zachowania obywateli
Dzigbadu i starali się je zrozumieć, albo tłumaczyć na własne. Zawsze jednak
ważne było, by wypaść jak najlepiej, nie by wykonać pracę najlepiej jak się da,
ale by zostać docenionym i nagrodzonym, a w końcu samemu wymagać od innych i
nagradzać. Skerrit nie miał nigdy takich zapędów, zawsze rządził klanem, teraz
nawet trzema, ale Queezik musiał wywalczyć swoją pozycję, ciężką pracą. Zawsze
był prawą ręką swego pana, teraz gdy pojawił się Shivan, wypracowany przez lata
status został zakłócony. Co prawda, kapłan nie zajął jego miejsca, ale niejako
zdegradował pozycję władcy skavenów. Widząc to prorok starał się znaleźć
nowego, bardziej niezależnego władcę, który miał większą władzę. Shivan jakoś
nie sprawiał wrażenia by był zainteresowany rządzeniem, drugiego elfa, owszem
uznawano za bohatera, ale jego nawet teraz interesował tylko i wyłącznie
alkohol. Pozostał Dyzio, który rządził gadami, więc skaven obserwował przede
wszystkim Lokutusa starając się robić to samo, ale tak by być od niego lepszym,
i lepiej dostrzeganym przez Kisjevczyka.


            Erlana
zaś cieszyło to, że do świętowania w mieście przyniesiono tyle alkoholu. Część
butelek wrzucał do swojego wora, ale niektóre od razu otwierał. Co z tego, że
obok trwała bitwa, go to zupełnie nie interesowało. Jakie marnotrawstwo, muszę coś z tym zrobić, bo reszta rzuciła się
tylko i wyłącznie na żarcie.


            Najgorsze
jednak było to, że jakakolwiek próba walki wręcz z goblinoidami z góry była
skazana na niepowodzenie. Można było pociągnąć wielu z nich ze sobą, troglodyty
liczyły zabitych w setkach, ale na polu bitwy niewiele to zmieniało. Na każdego
zabitego goblina przypadało dwa lub trzy kolejne. Rządne krwi. Niektóre z nich
podnosiły broń umarłych towarzyszy, bądź wrogów i były jeszcze bardziej
niebezpieczne. Tyle, że obrońców było coraz mniej. Skavenów, minotaurów, ludzi,
nawet reptiliony i troglodyty padały. Nie można było powstrzymać wroga.


            Widząc,
co się dzieje Dyzio ogłosił powolny odwrót.


            To
jeszcze bardziej zachęciło goblionoidów do napierania na małą linię obrony.


            Cały
Dzigbad już w praktyce płonął. To czego nie podpalili jeszcze wrogowie,
podpalili skaveni. Zauważyli bowiem jedną rzecz, że wielu z atakujących bało
się kontaktu z ogniem, choć na trochę można było ich odstraszyć.


            Jednak
osada była nie do uratowania. Opuszczono ją, by walczyć dalej już na pustyni.
Dopiero tam widać było ogrom wrogiej armii. Strzały z łuków już dawno się
wyczerpały. Kisjevczyk miał jeszcze cztery, ale wiedział, że szkoda by je teraz
wykorzystać. To były jego specjalne strzały, na specjalną okazję. Pociski
Erlana również nie czyniły zbyt wielu szkód wrogom. Owszem zabijały, nawet
wielu, ale co z tego, gdy zaraz przybywali kolejni.


            Obrońcy,
jak i uciekający mieszkańcy, powoli tracili wszelką nadzieję. Wtedy mag, który
podróżował z najemnikami stanął na piasku i zaczął odmawiać inkantację. Jego
pomocnik mówił, że próbują wywołać horror bitewny. Magiczną istotę, zwaną też
żywiołakiem strachu. I choć starzec coś narzekał, że mu nie wyszło, z piasku
zaczęły wychodzić półprzeźroczyste ni to duchy, ni to szkielety, gotowe na jego
rozkazy. Siłą horrorów bitewnych, były emocje przede wszystkim strach, a
najlepsze było w nich to, że one samego wzbudzały, więc bardzo szybko stawały
się potężniejsze i mogło być ich więcej. Gdy ruszyły na armię wrogów, ci nie
mieli szans. Nie mieli nikogo, kto byłby w stanie walczyć z takim
przeciwnikiem, może gdyby mieli dobrych magów, ale gobilinoidy były przede
wszystkim mięsem armatnim, nie było mowy o obronie przeciw czarom.


            Dopiero
potem, któryś z nich wpadł na pomysł by zacząć wypuszczać strzały. Pierwsze
przeleciały przez horrory, ale któryś z łuczników zobaczył, że dzięki temu
można atakować uciekających. Inni się przyłączyli do niego. Jeden z nich trafił
maga, który kontrolował horrory, a te natychmiast wypadły z rytmu, zaczęły
działać bardziej chaotycznie. Orkowie zrozumieli, że to stwory kontrolowane.
Praktycznie wszyscy zajęli się strzelaniem do czarodzieja, który nie miał szans
tego przeżyć. Żywiołaki pochłaniały go zbyt mocno, by mógł myśleć o obronie.


            Gdy
zginął, horrory rozpłynęły się w powietrzu.


            Ale
gobliny bały się ruszyć dalej. Strach oraz wielu martwych zrobiło swoje.


            Wtedy
Shivan wykorzystał jeszcze jedną sztuczkę, którą już raz wypróbował. Stanął na
pustyni i wezwał wielki wiatr, który ochraniał tył uciekających przed
pościgiem. Niczym burza piaskowa zacierająca wszelkie ślady.


            Druga
bitwa o Dzigbad została przegrana, ale przynajmniej udało się uratować
większość mieszkańców. Spojrzał na uciekających. Mnóstwo skavenów, trochę
minotaurów, przerzedzone gadzie oddziały Dyzia. Z osób, które znał brakowało mu
Belga i Bernarda. O innych, którzy zostali w miasteczku wiedział już wcześniej.
A sama osada, podobnie jak i pamiętnik Landa, przestała istnieć.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , więcej...

CDLXIX.

przez , 31.lip.2009, w Bez kategorii

            Radości
było co nie miara. Lord Skerrit, choć ranny, od razu rozkazał przygotować
wielką fetę na cały Dzigbad, w której mieli uczestniczyć nie tylko skaveni, ale
też reptilioni, troglodyty, mieszkańcy, a nawet minotaury, które teraz bardzo
chętnie przystałyby do zwycięzców. Sam niestety musiał leżeć i czekać, aż zagoi
się rana.


            Shivana
uwolniono z magicznej klatki. Erlan został obwołany bohaterem, który pokonał
Iluminariego i zakończył tym samym całą bitwę. Dyziowi było trochę przykro, że
pomimo iż to on prowadził całe główne natarcie, nikt nie doceniał jego roli.
Ale najbardziej przykro było troglodytom, którym zabroniono jeść pozostałych
przy życiu minotaurów. Czuły się trochę oszukane. Nie mogły pojąć, jak można
nie tylko jeńców nie zjeść, ale ich karmić i to przy jednym wielkim stole.


            Skaveni
zaś byli bardzo szczęśliwi, wielkim zwycięstwem jakie odnieśli. Mówili między
sobą, że to przede wszystkim zasługa Morroua, dlatego od razu postanowili
uczcić swego nowego boga składając mu rozmaite dary, najczęściej rzeczy
zrabowane z zamku Xantosa.


            Wykorzystując
całe to zamieszanie, Shivan, Erlan i Dyzio wzięli łopaty i udali się do miejsca
pod zamkiem Skerrita, gdzie miał znajdować się grób Landa. Nie bacząc na nic,
zabrali się za rozkopywanie.


- No to ładnie… – Powiedział pod nosem kapłan. – Groby się
zakopuje, a nie rozkopuje.


- Mmm…myślicie, że coś z tego www…wyjdzie?

- Sherstock. – Stwierdził Erlan.

            Im
głębiej kopali, tym bardziej byli niecierpliwi. Nic nie było widać. Sama
ziemia, ciało się rozłożyło. Włącznie z łachmanami i kośćmi.


            Gdzieś w
oddali słychać było bicie bębnów?


- To szczury tak świętują? – Pytał mag.

- Nie mam pojęcia. – Odparł Shivan.

            Czuli
coraz większy niepokój. Może to nie był ten grób. W końcu Dyzio trafił szpadlem
na małą tubkę. Odkopali ją. W środku znajdowały się zwoje, jeszcze nie
zbutwiałe. Pamiętnik Landa. Cel wyprawy. Ciekawe
czy Elwood po tym wszystkim jeszcze oczekuje naszego powrotu? I czy jeszcze
żyje.


            Z
ciekawości otworzyli go i zaczęli przeglądać. Pisany ręcznie, zazwyczaj w
niewygodnych warunkach, był ciężki do odczytania.


            Tymczasem
bębny uderzały coraz mocniej i mocniej. A za nimi w powietrzu zaczęły latać
płonące kamienie i zapalające beczki. To był atak.


            Jedna z
nich trafiła w grób. Shivan, Erlan i Dyzio odskoczyli. Wokół nich wszystko
zaczęło płonąć. Gorący olej zajmował się ogniem, ale wcześniej poplamił też
Landowy pamiętnik. Nie zdążyli go uratować. Jedynie kilka fragmentów. Reszta
spłonęła, nim zorientowali się, co się dzięje.


            Wszystko
na marne. Cała wyprawa na marne.


- Kurwa! – Wydzierał się Erlan.

            Dyzio
tylko spuścił głowę. Andadriel, Jasiek,
Joe, Liukas, San-Thor, Gotr i wielu innych. I wszystko na marne.


            Wybiegli
z terenu zamku, kierując się do Dzigbadu. Na południowym trakcie ujrzeli tylko
olbrzymią armię goblinów i orków, która nie zamierzała połączyć się z siłami
Xantosa i Skerrita. Wyraźnie atakowała osadę. Zatem Cienie musieli dać znać innym o zdradzie Skerrita.


- Szybko! – Rzucił Shivan. – Nie damy rady z nimi wygrać.
Za dużo ich!


            I
pobiegli do fetujących.

Komentowanie nie jest możliwe :, więcej...

CDLXVIII.

przez , 30.lip.2009, w Bez kategorii

            Dyzio po raz pierwszy w swoim życiu dowodził
oddziałem wojsk Sojuszu. Został samozwańczym generałem, który przewodził
jednostce reptilionów i troglodyt. Pierwsza odprawa trochę go przeraziła,
zwłaszcza, gdy przyszedł z jednym ze skavenów do obozu, tylko po to, by pokazać
swoim podwładnym, kogo nie należy jeść. Lokutus i inne reptiliony przyjęły to
jak pewnik, ale troglodyty były mocno zawiedzone. Widać było to po oczach tych
jaszczurów. Trzeba było zatem uważać i wzmocnić środki ostrożności.


            Po
odprawie, wsiadł na jedną z troglodyt, dwie inne, na których wcześniej jechali
Shivan i Erlan, teraz robiły za osobistą ochronę dowódcy, szły więc tuż obok
niego. Reszta ustawiła się w szyku i tak przemaszerowali przez Dzigbad.
Wystraszeni mieszkańcy się pochowali, żaden z nich nie widział w życiu tak
potężnych jaszczurów.


- Smoki. – Mówili między sobą.

            Armię
Dyzia było nie tylko widać w całej miejscowości, ale też jej przemarsz było
słychać. To była część planu.


            Xantosa
wyrwano z jego prac. Jeden z minotaurów poinformował go o oddziale wroga.


- Mają emblematy Sojuszu.

- Ciekawe czy zaatakują nas czy szczury. – Stwierdził
Iluminar. – Ogłosić alarm.


            Oddział
Sojuszu nie zatrzymując się przeszedł przez Dzigbad, zatrzymując się dopiero na
rozdrożu między oboma zamkami a traktem na południe. Tu Kisjevczyk zszedł ze
swej troglodyty i czekał, obserwował reakcję przeciwników. Minotaury kręciły
się po murach, uważnie obserwując, co się dzieje. Po drugiej stronie skaveni także
byli widoczni, jeszcze wsmarowywali trucizny w swe miecze, noże i halabardy.
Nikt jednak nie atakował. Każdy liczył, że może jednak nie dojdzie do bitwy,
albo przynajmniej zaatakowana zostanie druga strona.


            Dyzio
wiedział, że na wojnie ważną cechą jest cierpliwość. W walce z Moredhelami, ci,
którzy koniecznie rwali się do przodu, przegrywali niedoceniwszy przeciwnika.
Teraz w podobnej sytuacji znajdował się Xantos, który nerwowo chodził po
dziedzińcu, czekając na jakieś informacje. Sam bał się podejść do muru, jeszcze
ktoś by go ustrzelił. Najgorsze jednak było to, że wyprostowane troglodyty były
wyższe niż zapora. Iluminara irytowało to, bał się przyznać, ale odczuwał
niepokój. Jestem czarodziejem, nie
wojownikiem. Gdyby tu był mój brat, on lepiej czuje się na wojnie.


            W końcu
zdenerwowany mag uznał, że lepiej będzie zawiadomić Kryfstusa o wszystkim. Tak
na wszelki wypadek. Może zdecyduje się
przybyć z odsieczą. Dodatkowy sojusznik zawsze się przyda, nie wiadomo, kiedy
mi te przeklęte szczury pomogą.


            Gdy
zniknął w swoim zamku jedna z troglodyt dała znak Lokutusowi. Ten podszedł do
Dyzia i poinformował go o tym. Kisjevczyk podszedł wraz z troglodytami do bramy
i zapukał.


- W imieniu Sojuszu przejmuję ten zamek. – Rzekł w
imieniu dowódcy Lokutus. -Poddajcie się, a wasze życie będzie oszczędzone.


            Minotaury
trochę wahały się, co zrobić. Formalnie rządził przecież Xantos. Owszem, ich
ciężkie topory były gotowe do walki, acz jaszczury wyglądały groźnie i
złowieszczo. Co gorsza, zamek mógł nie być dla nich przeszkodą, a siły
Iluminariego były niewiele więsze.


- Natychmiast otwierać! – Ryknął jeszcze raz jaszczur.

            Ale nie
było reakcji. Przywódca minotaurów pobiegł do zamku po Xantosa.


- Ddd..do ataku! – Wrzasnął Dyzio.

            Troglodyty
zaczęły walić potężnymi łapskami w bramę. Raz, drugi, trzecie. Zaczęła się
wyginać, ale wciąż  się trzymała.  Inne zaczęły atakować mur i znajdujących się
na nich minotaurów. Zrzucały je, odłupywały kawałki muru, którymi rzucały w
zamek. Część reptilionów po swoich większych kuzynach wlazła na mur, gdzie
rozgorzała już walka. Wtedy troglodytom udało się rozwalić bramę. Kisjevczyk ze
swoim mieczem w dłoni poprowadził resztę swojej drużyny. Kto by pomyślał, że tak łatwo forsuje się zamek.


            Ktoś
próbował opuścić kraty, ale troglodyty złapały je i wyrwały.


            Xantos
wyszedł na balkon, widząc, co się dzieje szybko pomyślał o jakimś czarze, który
mógłby użyć. Chmura cebulowa, która pojawiła się wokół głównej bramy nie była
widoczna, ale intensywny zapach i pieczenie oczu dawały się we znaki zarówno
minotaurom, jak i jaszczurom o człowieku nie wspomniawszy. Z piwnic zaś zaczęły
wychodzić skaveny. Iluminar popatrzył na nie. Głupie szczury, zamiast zaatakować od tyłu, wyszły mi na dziedziniec.
Cóż, przynajmniej będą moją ochroną.


            Skavenów
było coraz więcej, ale jakoś nie zabierały się do bitwy. Ustawiały. Może lepiej czują tą cebulę.            Gdy już zebrała się ich spora
grupka, ruszyły do ataku, a część pod wodzą Skerrita i jakiegoś ubranego na
czarno elfa zaczęła wchodzić do środka. Skubańcy,
zabrali się za szabrownictwo, pokażę im potem, jak już ta bitwa się skończy.


            Tyle, że
ci, którzy pobiegli w kierunku walczących, zaczęli atakować od tyłu minotaurów.


- Co! – Ryknął Iluminar. – Zdrada!

            Wybiegł
z balkonu, wprost do swego gabinetu, a potem na korytarz.


            Dyzio,
reptiliony, troglodyty i skaveny radziły sobie całkiem dobrze z minotaurami.
Pokonywanie kolejnych wrogów zajmowało im coraz mniej czasu, mieli zdecydowaną
przewagę liczebną, a także wzięli przeciwników w krzyżowy ogień. Pierwsza bitwa, którą dowodzę, i proszę od
razu wygrana.
Najlepsze było to, że troglodytom pozwalano zjadać ciała
minotaurów, dzięki temu gady były wyjątkowo chętne do walki. Uczucie to również
udzielało się reptilionom, a skaveni wciąż nie mogli uwierzyć, że w pierwszej
bitwie można wygrać. Ich morale dzięki temu wzrosło, byli podekscytowani i
bardziej słuchali rozkazów Kisjevczyka, niż Queezika, który cały czas starał
się patrzyć, co robi Lokutus, by nie odstawać za bardzo jako przyboczny
„generała”.


            Na samym
końcu z piwnic wyszedł Erlan.


- Moja głowa, ale mnie od tej bitwy wszystko boli.

            Nie
zastanawiał się, zbyt długo. Miał uzupełnione kulki siarki i od razu zaczął
rzucać kule ognia, gdzie tylko mu się podobało.


            Xantos
na korytarzu spotkał Skerrita i Shivana.


- Poddaj się. – Krzyknął władca skavenów. – Zaoszczędzimy
tym samym życie naszych poddanych.


- Zdrajca. – Przeklął Xantos.

- Tak, jesteśmy Mrocznymi Elfami. – Wtrącił się Montolio.

- Co?! – Ryknął Iluminar.

- Zabiję! – Usłyszeli głos Dyzia.

            Shivan
zastanawiał się chwilę jak poradzić sobie z przeciwnikiem, nagle jednak poczuł,
że znajduje się w lustrzanej klatce. Widział tylko i wyłącznie swoje odbicie i
nie potrafił się ruszyć w żadną ze stron.


            Na
zewnątrz wyglądało to trochę inaczej. Klatka była nie widoczna. Skerrit
zdziwiony próbował go dotknąć, ale niewidzialna bariera ograniczała mu dostęp
do kapłana. Wziął swoją laskę i rzucił się na Xantosa. Ten jednak miał pod ręką
sztylet, którym zranił skavena, a ten padł na podłogę. Dopiero wtedy ujrzał
dwóch Cieni, zapewne przysłanych na prośbę Kryfstusa.


- Ważne, że o czasie. – Rzucił pod nosem. – Wychodzimy.

            Trzeba
było wspomóc minotaurów, których prawie już nie było. Armia Dyzia już właściwie
świętowała sukces. Największe spustoszenie na dziedzińcu robił obecnie Erlan, który
niszczył wszystko, co tylko zobaczył, chwiejąc się przy tym. W końcu nie
wytrzymał, zmęczył się i wyciągnął butelkę wina, która natychmiast zaczął pić. Trzeba się trochę odświeżyć po dobrze
wykonanej pracy.


            Xantos i
Cienie wyszli na zewnatrz, natychmiast zaczęli rzucać magicznymi pociskami w
armię Dyzia.


- Ściągnijcie jeszcze pijaka. – Rzucił Iluminar.

- Kogo nazwałeś pijakiem!? – Zirytował się mag. Co za bezczelność. Kurwa wpierw sukinsyn się
doczepił jak rzep psiego ogona do Moredheli, skurwił się cham i prostak, a
teraz się do mnie dopierdala.


            Nie
doczekał się jednak odpowiedzi. Zezłoszczony nawet nie puścił jednej kuli
ognia, a cała chmarę, grad ognia w troję wrogów. Cienie, ani brat Kryfstusa nie
byli przygotowani na zmasowany magiczny atak. Niebawem nie było nawet, co po
nich zbierać.


            Widząc,
co się stało, przywódca ostatnich broniących się minotaurów podniósł swój topór
wysoko w powietrze, a następnie rzucił na ziemię. Inne zrobiły to samo. Poddały
się. Bitwa o Dzigbad była skończona.

1 komentarz :, , więcej...

CDLXVII.

przez , 30.lip.2009, w Bez kategorii

            Był to
ostatni dzień roku, ale w Dzigbad zupełnie nikt się tym nie przejmował. Może
brak władz, może brak szlachty, a może właśnie widmo wojny sprawiało, że
mieszkańcy nie mieli ochoty do świętowania. Dyzio i Erlan po śniadaniu opuścili
gospodę i udali się do zamku Skerrita, gdzie przebywał Shivan. Po drodze z
ciekawości podeszli tylko do czterech świątyń. Krwawy Szczur został już
wyrzucony, obecnie w tej opuszczonej mieścinie znajdowały się dwie świątynie
poświęcone Morrouowi.


- Skubany klecha. – Mówił pod nosem mag.

            Shivan
zaś, cały poprzedni dzień spędził ze Skerritem i skavenami opowiadając im o
swoim bogu, a także mówiąc im o wojnie, Moredhelach i wielu innych rzeczach.
Wydawało mu się, że będąc zmęczonym szybciej zaśnie. I rzeczywiście, acz
ponownie męczyły go koszmary. Beholder
pomieszał mi w głowie, to jego wina.


            Po
śniadaniu, które zjadł w towarzystwie Lorda Skerrita, udał się z nim do
biblioteki, gdzie zaplanowana była narada wojenna. Skaveni nie lubili się z
Xantosem i jego minotaurami, a po nawróceniu się, zaczęto nawet zastanawiać się
nad zmianą frontu, zwłaszcza po wysłuchaniu potworności o Mrocznych Elfach.


- Zlokalizowaliśmy już ten grób. – Powiedział władca
skavenów.


- Dziękuję bardzo. Zajmiemy się Iluminarem, a potem reszta.

- A potem?

- Tego jeszcze nie wiem. – Odrzekł kapłan. – Prawdę
mówiąc nie mam pojęcia, gdzie pośle mnie mój Pan. Widać przybyłem tu dla was,
ale czego jeszcze mam dokonać nie wiem.


- Zostań tu z nami. – Zasugerował Skerrit. – Wybudujemy
tu tak wielką świątynie Morroua, że na całej Miscle nie będzie większej.
Stworzymy tu ważne centrum religijne, rozbudujemy wszystko. Tylko musimy pozbyć
się tych Iluminarów.


- Boję się, że wojna wcześniej, czy później nas tu
dosięgnie. A ja szukam czegoś konkretnego, nie wiem, czy znajdziemy to w tym
grobie, czy raczej kolejną wskazówkę, bądź fałszywy trop.


- A co to jest, może mógłbym pomóc? – Zapytał skaven.

- Księga Makr.

- Mam wiele ksiąg, może się gdzieś u mnie wala. – Odrzekł
uradowany i podszedł do półki, by przejrzeć swój dobytek.


- To nie jest księga, którą się trzyma w bibliotece. To
legendarna księga, dzięki której stworzono świat, to księga Bogów, a nie nas.


- To dlaczego jej szukasz? Dla swojej chwały? Czy dla
chwały Morroua?


- Nie dla chwały. Chcę ją obronić przed Mrocznymi Elfami.
– Mówił kapłan.


- Mogę ci dać wielu skavenów do pomocy, będziemy walczyć
w imię Morroua u twego boku.


- Jednej rzeczy, której się nauczyłem w tej podróży to
fakt, że niczego nie można zaplanować. Przybywam do miejsca, za mało je
poznaję, by móc dokładnie opracować schemat działania. Potem improwizujemy,
więc przyszłość zostawmy na później. – Odpowiedział elf.


            Drzwi do
komnaty się otworzyły. Wszedł przez nie Queezik, tym razem ubrany na czarno, od
wczoraj był jednym z kapłanów Morroua, choć dopiero dokształcał się religijnie.


- Panie, są już wszyscy.

            Kilka
chwil później siedzieli już w komnacie, gdzie odbywała się narada wojenna.


- Zamek Xantosa jest strzeżony z wszystkich stron, mur
jest o wiele większy od naszego, i nowszy, trudniej się po nim wspinać. W
najniższych miejscach ma trzy metry wysokości. Nie wiemy dokładnie ilu jest
minotaurów w środku, ale poza nimi powinien przebywać tu jedynie Xantos. Tylko
on zna magię, reszta to wojownicy. – Powiedział Queezik.


- W otwartej walce wielu z was zginie. – Rzekł Shivan.

- Może mamy wątłe ciała, ale mamy wielkiego ducha.
Zresztą zadajemy ciosy o wiele śmiertelniejsze niż pozornie się wydaje. –
Kontynuował Skerrit. – Smarujemy ją truciznami, to daje bardzo dobre skutki,
zwłaszcza gdy planujemy w czasie pierwszej bitwy się wycofać.


- Wycofać? – Zdziwił się Erlan, który od rana nic nie
zjadł, za to znów dużo wypił.


- Taktyka walki. – Powiedział Queezik. – Atakujemy wroga,
ranimy go a potem dajemy czas truciznom i chorobom by zadziałały. Pierwszą
bitwę przegrywamy, druga odbywa się, gdy przeciwnik jest osłabiony. Wtedy
wygrywamy.


- Obawiam się, że Xantosa musimy sprzątnąć od razu.
Inaczej zwali nam się tu z Moredhelami, Cieniami, Iluminarami bądź innym tałatajstwem.
– Rzekł Shivan. – Od tego zależy cały plan.


- Iii… będzie trudno fff…forsować mur. – Włączył się
Kisjevczyk. – Ggg…gdybyśmy mieli ttt…tajne przejście.


- Tajnego przejścia nie ma. – Odrzekł Skerrit. – Ale jest
jawne, podziemne.


- Jedynej rzeczy, której potrzebujemy to dywersja, na
czas aż zaatakujemy od wewnątrz. – Stwierdził Queezik. – Jak będziemy atakować
z zewnątrz i znajdziemy się w środku, wytną nas jak…


- Myślę, że mam armię, która dokona dywersji. – Stwierdził Shivan.

Komentowanie nie jest możliwe :, więcej...

CDLXVI.

przez , 29.lip.2009, w Bez kategorii

            Uznali,
że nie ma sensu wracać do Skerrita, przynajmniej w nocy. Byli zmęczeni i
głodni, zostali na noc w zajeździe, gdzie pojawili się kolejni gości.
Najemnicy, którzy zmierzali do Al’Hady by przyłączyć się do sojuszu.


            Erlan
oczywiście się napił przed snem. Ale najgorzej noc spędził Shivan, dręczyły go
koszmary. Beholder może nie skrzywdził go fizycznie, ale powyciągał wszystkie
obawy z zakamarków jego duszy. Gdy tylko kapłan zasnął, to wszystko zaczęło
wracać i męczyć go. Całą noc się rzucał i budził wielokrotnie. Nad ranem
wyglądał na zmarnowanego.


            Jedynie
Dyzio jakoś się trzymał. Po dotarciu do zamku Skerrita, Queezik zdziwił się, że
weszli głównym wejściem.


- Myśleliśmy, że i wy zginęliście. – Stwierdził prorok.

            I
natychmiast pobiegł poinformować o tym swego pana. Na reakcję Skerrita nie
trzeba było czekać długo. Prawie natychmiast postanowił wyprawić ucztę, a przy
okazji śniadanie, na cześć tych, którzy powrócili.


            Zasiedli
w komnacie pełnej skavenów, przy jednym wielkim stole. Jadła tam podawane, nie
wyglądały najlepiej, sprawiały wrażenie zapiekanych odpadków, zapach niektórych
z nich również był odrzucający.


- Powinniśmy choć spróbować, by nie urazić gospodarza. –
Powiedział Shivan.


            Choć
nikomu się to nie podobało, nikt nie zamierzał się kłócić. Usiedli po prawej
stronie Lorda. Służba, oczywiście skaveni, nałożyła im trochę potraw na miski.


- Smacznego. – Stwierdził Skerrit. – Widzę, że udało wam
się przetrwać? To sukces.


- Myślę, że znaleźliśmy źródło problemu i zostało
zlikwidowane. To był beholder. – Stwierdził Shivan.


            Dyzio
zaczął jeść palcami, coś co wyglądało na jakiś kawałek pieczeni. Nie jest złe, pod warunkiem, że nie wiem, co
to jest.
Skerrit wziął nóż i widelec i delikatnie odkroił sobie kawałeczek
i włożył go do ust.


- Myślałem, że ludzie jedzą sztućcami. Wydawało mi się to
takie ludzkie. – Mówił przywódca skavenów.


- Nie wszyscy. – Powiedział kapłan. – Tylko ci z
wykwintnymi manierami.


            Erlan,
który jadł jakąś maź łyżką, wyciągnął ze swoich rzeczy butelkę wódki i
pociągnął sobie z gwinta.


- Większość elfów używa kubków. – Powiedział cicho Shivan.
– Ludzie zresztą też, ale nie wszyscy.


- A kieliszki? Do alkoholu? – Zapytał Lord. – Dziwne, że
nie używacie.


- Widzę, mój panie, że preferujesz bardzo wykwintne
maniery. – Rzekł kapłan.


- Owszem. Staram się zrobić wszystko, by pchnąć moją rasę
do przodu. Skaveni budzą odrazę i obrzydzenie, nie zasługujemy na to. Nie
jesteśmy wcale gorsi, czy bardziej zacofani od elfów czy ludzi. Nasze zwyczaje
może są inne, ale chętnie się dostosujemy. Trzeba tylko trochę pracy w to
włożyć. Niestety nie ma wielu chętnych, którzy chcieliby nam pomóc. Trochę
poczytałem w książkach, mamy bogatą bibliotekę, o zachowaniach innych ras.
Staram się tego uczyć i wprowadzać w życie, nie tylko u siebie, ale też u
innych.


            Erlanowi
w tym czasie się odbiło, a Dyzio schylił się pod stół, by pociągnąć sobie łyka
wódki. Nie ufał temu jedzeniu, odkąd byli w Arabii prawie zawsze przepłukiwał sobie
żołądek po każdym posiłku. Już raz wystarczająco go tutejsze jadło zatruło.


- Widzę, że ci panie doskonale idzie. – Stwierdził Shivan.
– Ale jedno mnie dziwi, czemu w dążeniu by być bardziej cywilizowanym, nie
odrzucicie jakiś starych rytuałów religijnych, którymi brzydzi się cały
cywilizowany świat? Chyba chcielibyście dołączyć i w tej materii do
cywilizowanych ras.


- Tak? – Zdziwił się Skerrit. – A co twoim zdaniem
powinniśmy zrobić?


- Nie słuchaj go… – Mówił z pełnymi ustami Erlan. – To klecha!

- Odstawić kult Krwawego Szczura w zapomnienie. –
Kontynuował kapłan.


- I kogo wyznawać?

- Jest wielu bogów, ja bym proponował Morroua. Jest
najbardziej rozpowszechniony we wszystkich rozwiniętych społecznościach. To nie
tylko bóg śmierci, ale też Pan Panteonu, czyli najważniejszy bóg, dla
najważniejszych ras.


- No, no. – Westchnął Lord drapiąc się po głowie. –
Queezik każ sprowadzić Aska, a potem razem z nim i z panem…


- Shivanem.

- Shivanem spotkamy się w mojej bibliotece. Musimy omówić
kwestię nawrócenia się. – Rozkazał Skerrit i wrócił do jedzenia.


            Kapłan
tylko uśmiechnął się lekko i zabrał się za jedzenie. Osiągnę tutaj dużo więcej niż się spodziewałem.

Komentowanie nie jest możliwe :, więcej...

CDLXVI.

przez , 29.lip.2009, w Bez kategorii

            Wylądowali
w rozległych bagniskach, gdzieś daleko od Dzigbadu. Jeśli mieli szczęście, były
to bagna za Carton, gdzie żyli Fimirowie, ale nikt z nich nawet nie zakładał,
że to tu. Mogli być wszędzie, w dowolnym miejscu Miscle.


- No to ładnie… – Powiedział Shivan otrzepując się z
błota.


- Kkk…kolejny portal? – Zapytał Dyzio.

- Aleście się ubłocili, normalnie wstyd z wami
gdziekolwiek pójść. – Mówił mag.


            Cały
teren, gdziekolwiek się tylko spojrzało, porośnięty był niewielkimi krzakami,
wszędzie zaś znajdowało się cuchnące błoto. Przejścia nie było widać, musiało
znajdować się gdzieś nad nimi, w końcu spadli tutaj. Tyle, że teraz było
zamknięte i nikt nie wiedział jak się stąd wydostać.


            Chwilę
kłócili się na temat tego, którędy powinni ruszyć dalej, ale szybko okazało
się, że nie są sami. Wokół nich pojawiły się jakieś dwumetrowe, w połowie
rozwinięte żaby. Nazywali się ryksanami, względnie ropucholudźmi, prymitywna
kultura, przy której krasnoludy ściekowe czy snotlingi zdawały się być
inteligentnym i rozwiniętym społeczeństwem.


            Ryksanie
natychmiast zaczęli łapać całą trójkę w sieci i szturchać ich kijami, które z
zaostrzonymi krańcami miały przypominać dzidy. Shivan, Dyzio i Erlan próbowali
się trochę opierać, ale płazów było za dużo. Poza bokami, atakowały też z dołu,
wciągając pod wodę. Zresztą było ich tak dużo, że trudno było z nimi walczyć.
Siatki, kujące kije, torfowisko, smród, setki wrogów, skończyło się tym, że
cała trójka nawet nie zorientowała się, kiedy została pojmana i zaniesiona do
czegoś, co przypominało wioskę ropucholudzi.


            W
centralnym miejscu znajdował się ołtarz.


- O Shivan tak bardzo chciał zobaczyć się z bogami… –
Ironizował mag.


            Resztę
trudno było nawet nazwać lepiankami. Raczej norami, w których sypiali ryksanie.
Dziwne było to, że zorganizowali się w ten sposób, wyglądało jakby w ich
społeczności dokonał się postęp, teraz byli kimś w rodzaju religijnych fanatyków,
którzy polowali w imię swego bóstwa.


            Kapłana
zabrano przed ołtarz, resztę rzucono na gdzieś z boku. Ropucholudzie zupełnie
się nimi nie interesowali. Kumkali starając się przywołać swe bóstwo, całkowicie
oddając się rytuałowi.


- Cicho… – Usłyszeli jakiś szept Dyzio i Erlan.

            Próbowali
się odwracać, ale trudno było im to zrobić. Jakiś umorusany mężczyzna podszedł
do nich i przeciął więzy.


- Jemu już nie pomożemy. – Stwierdził. – Musimy się
ratować.


- Ale… – Zaczął Erlan.

- Cicho.

            Mężczyzna
uciekł, Kisjevczyk i elf po chwili namysłu ruszyli za nim. Dopiero na jakimś
drzewie usiedli spokojnie i chwilę porozmawiali.


- Nazywam się Bernard. – Powiedział obcy. – Spędziłem tu
kilkanaście lat, zazwyczaj wpadają tu pojedynczy wędrowcy. Przez to nie ma
szans ich uratować. Ryksan jest za dużo.


- Nie wchodzą na drzewa? – Odrzekł Erlan.

- Nie. Unikając bagien, jesteśmy w miarę bezpieczni.

- Mmm…musimy urrr…ratować… – Wtrącił się Dyzio.

- Nie uratujemy go… Już po nim.

- Rykasanie go zabiją? – Spytał mag.

- Ryksanie. – Poprawił mężczyzna. – Nie. Ich przywódca,
potwór. On ich musiał ucywilizować.


- Magią pokonamy wszystko. – Ucieszył się Erlan. – Czyli czekamy
na kolesia, spuszczamy mu łupnia i wracamy do domu. Proste. – Westchnął mag. –
Musimy tylko wcześniej się czegoś napić.


            Shivan
spędził ten czas na modlitwie. Skupiony widział, że ropucholudzie zupełnie nie
reagują na żadne bodźce. Dopiero potem ujrzał wielką latającą kulę, która
szybowała ponad bagniskami. Beholder.
I to całkiem spory. Jedno wielkie oko o żółtym kolorze, setki macek
wyrastających z głowy i jeszcze więcej zębów w olbrzymiej paszczy. Przerażający
widok. No to ładnie.


            Potwór
podleciał do Shivana i spojrzał na niego.


- Teraz będzie najgorsze. – Powiedział na drzewie
Bernard.


- Zje go? – Wystraszył się Erlan.

- Przeglądnie…

            Beholdery
były magicznymi stworami, dzikie, które dorastały do takiej wielkości jak ten,
były wręcz niepokonane, także ze względu na swą magię. Stwór spojrzał na
Shivana.


- Teraz zobaczymy, co kryjesz w najdalszych zakamarkach swojej
duszy. – Roześmiał się.


            Jedno
oko wpatrywało się w oczy elfa. Więzy, które otaczały kapłana same opadły, a on
wstał. Jak bezwolna marionetka w rękach człowieka. Shivan czuł jak myśli
kołaczą mu się w głowie. Wracały te sprzed wielu lat, jakby ktoś wszystko, co
było w jego umyśle przeglądał, jakby się tym żywił. I szukał wszystkiego, co
wywoływało strach i ból, czy cierpienie. I dzielił się tym z elfem, który na
nowo musiał przeżywać wszystko, co go bolało. Każdą porażkę, każde
niepowodzenie, każdy koszmar, każdy ból, każdą stratę, każdą obawę. Shivan
dyszał coraz głośniej, próbował się łapać za głowę, chciał uciec, ale nie mógł.
Ciało odmawiało mu posłuszeństwa.


- On go chyba nie zje. – Powiedział Bernard. – Zamieni go
w swego sługę. Tak jak ryksan. Wyślę go gdzieś, by sprowadzał mu ofiary.
Zniewoli go, ale da mu siłę umysłu, która jest ponad wyobrażenie. Tyle, że
będzie to już jego sługa.


            Erlan
spojrzał na wystraszonego mężczyznę. Cieszył się, że to nie jego złapało. Ale
przynajmniej teraz rozumiał całą historię o Nieumarłym Rycerzu, o której trochę
opowiadano w Dzigbad. To nie był mag, który zwariował, to był mag, który
przetrwał kontakt z Beholderem. Kto wie, czy te ciała, które zostawały na placu
faktycznie były ciałami. Tylko Shivan mógł wiedzieć, czy było tyle grobów.
Jeśli Rycerz miał podobne moce i mógł umysłem zniewalać innych, zarówno jego
pancerz, jak i ciała mogły być formą iluzji. A prawdziwe ciała lądowały tutaj.


            Shivan
wydzierał się. Krzyczał. Płakał z bólu. Pot lał mu się twarzy. W końcu Erlan
nie wytrzymał. Wyjął kulkę z siarki i rzucił kulę ognia wprost na beholdera.


            Ten
jedynie się roześmiał. Ogień wystraszył ryksan, oparzył kapłana, który cierpiąc
katusze psychiczne zupełnie tego nie zauważył, ale nie uczynił żadnej krzywdy
potworowi. Nie działała na niego żadna broń niemagiczna, a i opierał się
magicznym. Stwór zostawił Shivana, który odetchnął z ulgą i padł na ziemię
nieprzytomny. Oko beholdera widziało teraz kolejne ofiary. Bernard zostawił
wszystko i zaczął uciekać z krzykiem. Erlan miotał kolejne pociski magiczne,
próbując jakiś, który mógłby przebić osłonę potwora, ale nic nie dawało
rezultatów. Dyzio spojrzał na swój miecz. Mógł mu odcinać maski, o ile to
zadziała, ale to trwałoby dość długo. Wtedy przypomniało mu się jeszcze coś.
Widmo Zmory. I jego strzały. Czy były tylko magiczne? Może boskie? Nawet jeśli to magia Księgi Makr, jak twierdzi Erlan, to i
tak powinna być mocniejsza niż ten potwór.
Wyciągnął jedną ze strzał i
wystrzelił.


            Potwór
runął w bagna. Erlan zaczął miotać w niego kulami ognia, które tym razem
działały. Ryksanie rzucili wszystko i zaczęli uciekać. Bez siły umysłu, która
ich zniewoliła nadal byli dzikimi stworami, które potrafiły czasem używać
przedmiotów.


            Później
poczekali tylko, aż Shivan dojdzie do siebie. W czwórkę byli uratowani od
potworów, ale nadal znajdowali się na bagnach.


- Wiesz, gdzie możemy się znajdować? – Zapytał Shivan.

- Ogólnie rzecz biorąc gdzieś na bezludziu między
Kisjevem a Kitajem. – Odrzekł Bernard. – Wiele lat temu próbowałem znaleźć nowy
trakt handlowy, wszyscy wpadliśmy w łapy tych potworów.


- Czyli w sposób niemagiczny by wrócić do Arabii potrzeba
nam kilku miesięcy, może nawet lat? – Zapytał Erlan. – Wracamy do miejsca,
gdzie wpadliśmy.


- Umiesz uruchomić ten portal? – Zapytał kapłan.

- Tego nie wiem. Nie wiem nawet czy jeszcze działa, ale
myślę, że tak.


            Gdy
wrócili do miejsca, gdzie wylądowali spojrzeli jeszcze raz na niebo. Ściemniało
się. Ale nie było widać nic, co by sugerowało, że mogą wrócić do Dzigbad. Mag
starał się wyczuć portal, na szczęście nadal się tu znajdował. Jeśli otwiera się z jednej strony, to trzeba
go jakoś otworzyć.


- Umiecie latać? – Zapytał.

- Znowu piłeś? – Zdziwił się Shivan, ale natychmiast
dodał. – To żart.


- Czyli nie. – Stwierdził mag. – Zatem trzymajcie się
mnie.


            Złapali
się go, a on zaczął lewitować. Dyzio chciał coś powiedzieć, ale stwierdził, że
nie czas. Myślałem, że tylko Shivan umie
wyczyniać dziwne rzeczy.
Wisieli w powietrzu ponad bagnem, a Erlan cały
czas koncentrował swoje myśli na komnacie, w której znajdował się portal. Musi tam być coś, co będę w stanie poruszyć.
Karta! Ta, która leżała na stoliku,
nagle zaczęła się poruszać i lecieć w kierunku dywanu, na który opadła. Było to
bardzo męczące dla maga, jego umysł już wysiadał. Ale gdy karta upadła na
dywan, portal otworzył się po jakimś czasie. Tak jak przewidział. Karta zmaterializowała
się nad nimi, a Erlan wzbił się w górę, by przejść przez magiczne przejście.
Byli już wewnątrz gdy się zatrzasnęło.


            Nie
udało im się wrócić do miejsca skąd zaczęli wędrówkę. Byli gdzieś na pustyni. Przynajmniej Arabia.


- To Dzigbad! – Rzucił uradowany Shivan. – Widzę dwa
zamki.


            Przynajmniej
odległość była satysfakcjonująca. Spojrzeli tylko na siebie. Wszyscy byli ubłoceni
i przemoczeni, a nad pustynią zachodziło Ulos.

Komentowanie nie jest możliwe :, więcej...

CDLXV.

przez , 28.lip.2009, w Bez kategorii

            Udostępniono
im całe dolne skrzydło zamku, w którym rzekomo straszyło. Skaveni nie byli
chętni w mówieniu, co dokładnie ich tak przerażało, jedynie z półsłówek udało
się odgadnąć, że ci, który podążali tymi korytarzami znikali.


            Widać
przerażało ich to tak bardzo, że nie tylko nie zapuszczali się w tę część
zamku, ale przede wszystkim, zrobili z niej śmietnisko.


- Odpady skavenów! – Irytował się Erlan. – Czemu one tego
nie jedzą!


- Głównie odchody. Nie będą jadły tego dwa razy. –
Odrzekł kapłan starając sobie zasłonić nos.


            Kisjevczyk
nic nie powiedział. Ale czuł, że zbiera mu się na wymioty. Odór był trudny do
wytrzymania.


- Gdyby to nie była pustynia, można by tu wlać wodę i to
przemyć. – Stwierdził Shivan. – Nic dziwnego, że skaveni tu nie przychodzą,
może zdychają od tego smrodu.


            Najgorsze
było to, że wszędzie było ciemno, a obaj elfowie nosili sandały. Podnieśli spody
swoich szat, niestety dla maga to było za dużo i się przewrócił.


- Hahaha. – Roześmiał się Montolio.

- Skurwysyn! – Ryknął Erlan wstając.

            Shivan i
Dyzio starali się trzymać od niego z daleka. Na szczęście dla nich, skaveńskie ekskrementy
znajdowały się tylko na pewnym odcinku korytarza. Dalej, pomijając oczywiście
nieprzyjemną woń, było już dużo lepiej. Dyzio niósł wysoko pochodnię, by
oświetlała im drogę.


- Ppp…podziemia jak za sss…starych dobrych cz…

- Czasów. – Dokończył Shivan.

            Przy
jednej ze ścian zauważyli coś dziwnego. Wyglądało to na rękę ludzką, tylko
wyrzeźbioną z kamienia. Była wyprostowana, jakby prosiła by coś jej dać, jakby
żebrała. Kapłan podszedł do niej, nad nią znajdował się napis. Przetarł go z
kurzu, by móc go odczytać.


- Szczodrość czy skąpstwo? – Zdziwił się. Dziwna nazwa tej płaskorzeźby.

- Skąpstwo! – Ryknął Erlan.

            Gdy
tylko Shivan odwrócił się, trafił go mały piorun. Kapłan aż odskoczył. Dyzio
wyciągnął z sakiewki monetę i położył ją na ręce. Ta zacisnęła się, a pod nią
otworzyła się skrytka, wewnątrz której znajdował się klucz zmiennokształtny.


- Jednak sz…sz…sz… – Próbował powiedzieć.

- No a klecha taki skąpy… Co za czasy. – Mówił pod
nosem Erlan.


            Klucze
zmiennokształtne były dość rzadkim artefaktem magicznym, bardzo cennym, w
rękach złodziei stawały się wręcz drogą do wirtuozerii. Klucz taki, wkładało
się do zamka, a on potrafił do niego się dopasować. Dzięki temu praktycznie
wszystko, co nie było zabezpieczone magicznie, można było nim otworzyć.


            Ruszyli
dalej. Znaleźli tam kolejną rękę. Tym razem napis nad nią brzmiał „Pieczęć czy
pomost?”.


- Spróbuj ty – powiedział do Dyzia Shivan. – Masz ostatnio
dobrą rękę.


- Intuicja się skończyła… – Zaśmiał się Erlan. – W ciemności
religia nie działa? Nie to, co magia, prawda.


            Kapłan
zignorował zaczepki. Dyzio uścisnął kamienną dłoń i otworzyło się tajne
przejście. Była tam mała klitka, w której nie znajdowało się prawie nic, poza
mosiężną bramą, zamkniętą na kłódkę o przedziwnym zamku. Kisjevczyk nawet nie
myśląc zbyt wiele, włożył do niej klucz. Shivan zaś spojrzał nad wejście, tam
widniał kolejny napis. Ledwie widoczny.


- A gdy dopełnią swojego świadectwa, Bestia, która
wychodzi z Czeluści, wyda im wojnę, zwycięży ich i zabije. A zwłoki ich leżeć
będą na placu wielkiego miasta, które zwie się… Niestety nazwa zamazana. –
Rzekł kapłan i kontynuował czytanie. – A oto: wszystko to marność i pogoń za
wiatrem, z niczego nie ma pożytku pod Ulos.


- Kolejne kazanie… – Zirytował się mag. – Wojna jest a
mu na wieszczenie końca świata się wzięło.


            Dyzio
tymczasem zupełnie nie zważając na nic otworzył bramę i wszedł do środka.
Shivan próbował kontemplować znaczenie słów. Czy to wszystko to tylko i wyłącznie sprawka tego Nieumarłego Rycerza?


            W środku
znajdowała się tajna komnata, prawdopodobnie należąca do poprzedniego
właściciela. Nieopodal wejścia ustawiono stolik, na którym leżała jakaś butelka
oraz karty. Mag natychmiast podszedł do niej, spojrzał.


- Pusta. – Westchnął ze smutkiem.

            Wziął
jedną z kart. Miała na sobie napis. Jedna więcej. Odwrócił ją, a z drugiej
strony również był napis. Jedna mniej.


- Bardziej zbzikowany niż nasza drużyna.

            Ledwo
widoczny dywan zaczął się świecić na różowo. Lekko, delikatnie. Dyzio
zaciekawiony podszedł.


- Aaa…ale b… – Bajer.

            Elfowie
podążyli do niego. Gdy już cała trójka znajdowała się na dywanie ten rozpłynął
się w powietrzu, zamienił w magiczny portal. No nie, teraz nas wyślę gdzieś daleko, i znów pół świata będzie trzeba
przewędrować! By tu dotrzeć!
Nim zniknął, magowi udało się jeszcze wysłać
kulę ognia, która usmoliła całą komnatę.

Komentowanie nie jest możliwe :, więcej...

CDLXIV.

przez , 27.lip.2009, w Bez kategorii

            Lord
Skerrit zasiadał w czymś, co przypominało salę tronową. On starał się wyglądać
na władcę, nie typowego skaveńskiego, acz na ludzkiego króla. W komnacie
znajdował się jego olbrzymi portret, a także coś, co miało stanowić jego herb.
Czaszka byka z długim porożem na czerwonym tle. Sam skaven wyglądał
przekomicznie. Miał odcięty ogon, ogolony pysk, gdzie została tylko bródka i
kawałek wąsów, nosił też czerwony szlafrok, na którego krawędziach wszystko
białe futro, mające imitować gronostaja. Na głowie miał coś, co wyglądało na
odpowiednik szczurzej korony.


            Shivan
ukłonił się nisko, mało nie parsknął ze śmiechu. Dodatkowo wraz z Dyziem
musieli powstrzymywać Erlana, którego alkohol zbyt mocno rozswawolił.


- Jego ekscelencja, Lord Skerrit. – Zaczął wymieniać
tytuły Queezik. – Pan Dzigbad, władca pustyni, król skavenów. – A przynajmniej jednego z ich klanów.


- O wielki panie, – zaczął przemawiać kapłan. – Pochwały
twego władania znane są już daleko za granicami twego królestwa.


- Od kiedy to klecha tak kłamie? – Zapytał na cały głos
mag.


- Mamy jednak pewną – kontynuował Shivan. – Osobistą
sprawę związaną z poprzednimi mieszkańcami tego wspaniałego zamku.


- Przybyliście po spadek? – Zapytał piskliwym głosem
Skerrit.


- Szukamy grobu przyjaciela i czegoś, co z nim pochowano.

- Hmm… – Zdziwił się skaven. – Więc po co tu jesteście?

- Pochowano go koło tego zamku. Dokładnie nie wiemy
gdzie, jeśli moglibyście nam pomóc.


- Nie mamy powodu wam pomagać. Po co? Wdzieracie się do
mojego domu, chcecie rozkopywać groby i jeszcze nas do tego namawiacie. –
Irytował się Skerrit.


- Chcielibyśmy załatwić tę kwestię nim dojdzie tu wojna.

- A więc o to chodzi. – Zirytował się skaven. – Po której
stronie stoicie?


- Po własnej. Chcemy przeżyć. – Ma zatarczki z Ilumianrami tak? – No a przede wszystkim nie chcemy
być po stronie Iluminarów. Mamy z nimi spore problemy.


- No, cóż, przynajmniej coś nas łączy. – Ucieszył się
lord. – Czego dokładnie potrzebujecie, potem rozważę, czy wam pomogę i jaka
będzie cena.


- Przed trzydziestu laty wznosił się tu z jednej strony
las, kilka drzew, między którymi pochowano cztery istoty. W grobie jednej z
nich znajduje się… – Shivan spojrzał na Erlana. Po co my szukamy grobu Ladna? Nie powiem mu przecież o Księdze Makr.


- Pamiętnik. – Wtrącił się mag. – Szukali skarbu.

            Skaveni
patrzyli jak na idiotów. Queezik aż się zapomniał.


- Wojna nadciąga, a wy szukacie skarbu?!

- Ttt…trzeba mieć cel w życiu. – Dodał Kisjevczyk.

- Dziwne, bardzo dziwne. – Stwierdził Skerrit. –
Trzydzieści lat. Żaden z nas wtedy nie żył.


- Ale ktoś te drzewa musiał ściąć. – Powiedział Shivan.

- Owszem. Powinniśmy też umieć określić gdzie dokładnie
się znajdowały, ale to wymaga czasu. – Odnalezienia
jednej z map.
– Co oferujecie zamian?


- Mamy kilka drogocennych przedmiotów…

- Nie potrzebujemy ich. Czy słyszeliście legendę o
Nieumarłym Rycerzu? – Zapytał Skerrit.


- Tak, co nieco. – Powiedział kapłan.

- W jednym skrzydle zamku, coś straszy. Pozbądźcie się
tego. – Roześmiał się szczur. – Otrzymacie nie tylko informację, ale i
przyjaźń.

Komentowanie nie jest możliwe :, więcej...

stat4u <!-- s4uext=s4upl(); document.write('stat4u') //--> stat4u

Blogroll

Kilka bardzo polecanych stron...