orthank blog

Tag: dochodzenie

CCCXX.

przez , 11.mar.2009, w Bez kategorii

            Gherdeal
wziąwszy ich na swe plecy przeleciała dość szybko całą drogę do Parravorne’u,
gdzie musiała ich pozostawić na grani, wskazanej przez Shivana, sama zaś nie mogła
tu ani stać, ani tym bardziej pokazywać się w okolicy. Wieści o smokach musiały
już dotrzeć do markiza. Oddział pikinierów wyruszył już z koszarów, smoczyca
musiał więc zaufać swoim nowym towarzyszom i zostawić ich samych. Zresztą już w
trakcie drogi uzgodniła z Shivanem, że dla niej liczy się przede wszystkim
jajo, jak je odzyska, Fingofila mogą sobie zatrzymać.


            Renegat
ulokował się w jaskini, w której z pewnością smok by się nie zmieścił,
przynajmniej ze względu na wąskie wejście, ale miał z niej widok na cały
Parravorne i okolice, a także znajdowała się tuż ponad traktem prowadzącym do
miasta.


            Erlan,
Shivan i Dyzio obserwowali przez chwilę ruchy wojsk galońskich, a potem weszli
do środka.


- Jedno jest pewne, – rzekł Kisjevczyk. – Nie wygląda mi
to na obławę na smoka czy nawet smoki.


- Na razie się tym nie przejmuj. Mamy inny problem na
głowie. – Pocieszył go mag.


            Gdy
tylko znaleźli się w środku, ujrzeli dwie pary butów z których wydobywał się
dym i mnóstwo popiołu. Zdziwili się lekko, a dopiero potem dostrzegli sędziwego
elfa, o siwych włosach, w fioletowej, zdobionej cekinami tunice.


- Iluminarowie… A wy? – Zapytał.

- Jesteś Fingofil, prawda? – Zaczął konwersację Erlan.

- Żadnych sztuczek, jeśli nie chcecie podzielić losu tych
dwóch. Widzę, że jesteś magiem, chłopcze, ale nie jesteś w stanie się ze mną
równać.


- Chcieliśmy odzyskać smocze jajo – wtrącił się Dyzio –
no i rozwikłać sprawę z tobą, jest za ciebie nagroda.


- Smocze jajo? – Roześmiał się Fingofil. – Nie wiecie, co
się dzieje, prawda? A ja oczywiście zapomniałem o smokach, oddam wam to jajo i
idźcie sobie, albo mi pomóżcie.


- Po co je porwałeś? – Zapytał Shivan.

- Wpierw chciałem te gadziny podporządkować sobie, a
potem dla bezpieczeństwa. Jest mi do niczego nie potrzebne.


- A dzieci? – Kontynuował kapłan.

- Dzieci, chciałem im oszczędzić złego losu…

- Więc je zabiłeś, tak? – Ironizował Dyzio.

- Nie wiem kim jesteście i czego chcecie, ale marnujecie
mój czas! – Ryknął zirytowany mag.


            Podszedł
do nich i wskazał by ruszyli za nim. Skierowali się ku wyjściu z jaskini, a on
pokazał im pikinierów, a potem kilku jeźdźców na dziwnych jaszczurach, którzy
przemierzali góry.


- To Mroczne Elfy. Wojna rozpoczęła się także w Galonii.
Nie udało mi się jej zapobiec.


            Shivan,
Erlan i Dyzio byli totalnie zaskoczeni, a Fingofil wszedł do środka. Ruszyli za
nim.


- Gdy tylko wejdą na trakt, spuszczę lawinę na nich, da
to parę dni Parravorne’owi zanim upadnie. – Mówił smutno starzec. – Zawiodłem.


- Tych Moredheli jest tylko garstka… – Wymamrotał Erlan.
– Nie pokonają Galonii.


- Raczej chcą by wszyscy tak myśleli, a to nie oznacza,
że tak jest. Mamy trochę czasu nim tu podejdą, więc zacznę od początku. Przez
dziesiątki lat wiodłem żywot pustelnika, maga parającego się własnymi
badaniami, za nieortodoksyjne podejście wydalonego z Gildii, osiadłego z dala
od cywilizacji. Nie powiem, żebym nie sięgał po złą magię jak demonologia czy
nekromancja, ale tylko w celu zdobycia wiedzy. Nie miałem nigdy zapędów
zdobycia władzy. Potem pojawili się oni, Iluminarowie. Przyjęli mnie do swego grona,
właściwie poza wymianą informacji do niczego nie byłem im potrzebny, pasował mi
taki układ. A że Inkwizycja zaczęła się mną interesować trochę bardziej, jakoś
nie sprawiało mi to większej różnicy. Póki Iluminarami rządził Harrad,
organizacja ta była straszliwie rozlazła, każdy robił co chciał. Ale gdy
zastąpił go Kryfstus.


- Kryfstus? – Zdziwił się Dyzio. Może to zbieżność imion?

- Tak, Kryfstus, człowiek, nie wiem chyba koło
czterdziestki, miał swoją siedzibę w okolicach Altburga, ale ją opuścił, gdy
tylko znalazł klejnot do swojej nowej magicznej laski. Ponoć jacyś imbecyle
sami mu go dali. To podstępny człek, wyrachowany i zły do szpiku kości, ale też
silny i zaczął narzucać Iluminarom swoją wolę. Nie wiem, czy to za jego czasów,
czy wcześniej, w każdym razie Iluminarowie zaczęli współpracować z Mrocznymi
Elfami. Mamy niepisany układ, wspieramy ich, a oni gdy przyjdą, zostawią nas w
spokoju. Przez pewien czas byłem jednym z ważniejszych pomocników Kryfstusa,
ale gdy dowiedziałem się o Mrocznych Elfach, odszedłem z zakonu i zacząłem
przygotowywać się do wojny. Nie muszę dodawać, że wywołało to gniew moich
przełożonych, dlatego mnie ścigali. Od kilku lat trwały intensywne
przygotowania do wojny, Moredhele czekały jedynie na znak od Rodryka. To będzie
wojna jakiej nie znał świat, gdyż nikt, nawet ja nie jestem w stanie ocenić
prawdziwej siły wroga. I zamiarów. Powiem jedno, oni nie okazują litości. Dla
nich celem jest spalona ziemia, a nie zdobyte miasta. Próbowałem wielu sposobów
by przygotować się do walki, w tym także zabrałem po parce dzieci z pięciu
okolicznych wiosek. Chciałem ich przygotować do walki i do ocalenia, chciałem
by dorosły i rodziły nowe pokolenie wolnych galończyków. Chciałem im stworzyć
azyl i nauczyć je ochrony. Niestety musiałem uciekać przed Iluminarami, którzy
zamordowali dzieci. Dalej już pewnie wiecie, próbowałem zmusić markiza do działania,
smoki, ale wszystko na nic. Zawiodłem.


- Mówisz, że Kryfstus jest przywódcą Iluminarów? –
Zapytał Erlan. Kurcze.


- Tak. Więc jak bierzecie smocze jajo i mnie zostawiacie,
czy walczymy?


- Jeśli uda nam się dotrzeć do markiza, powiemy mu, że
nie żyjesz. – Zaproponował Dyzio.


- Na waszym miejscu omijałbym Parravorne szerokim łukiem.
To miasto może się bronić przed cała armią Imperium, ale nie docenia Moredheli.
Miejcie się na baczności.


            Po tych
słowach stary mag poszedł po smocze jajo.

Komentowanie nie jest możliwe :, więcej...

CCCXIX.

przez , 10.mar.2009, w Bez kategorii

            Cel dalszej podróży był bardzo konkretny, niedobitki pogromców
smoków i mieszkańców bez problemu go wskazały, ale dotarcie doń graniczyło z cudem.
Jama na stromym urwisku zamieszkana przez zieloną smoczycę. Bez żadnej ścieżki
dojścia, pozostała tylko wspinaczka, a na dodatek dwa smoki (czerwony, którego
już poznali i niebieski), które latały i pustoszyły okolicę atakując każdego,
kto śmiałby się zbliżyć do legowiska. Shivan, Erlan i Dyzio przez dłuższy czas
ukrywali się w różnych zakamarkach, ale na dłuższą metę nie zdawało to
egzaminu.


            Wspinaczkę
rozpoczęli dopiero w nocy, co spowodowało, że Kisjevczyk, był dla nich jedynie
kulą u nogi. Owszem, wiele się nauczył podczas pobytu na farmie Mauserów, ale
nie był przygotowany na coś takiego. Na szczęście normalna noc sprawiła, że
elfowie nie mieli większych problemów z widocznością. Smoki zaś na szczęście
dla nich odpoczywały, licząc, że nikt nie jest na tyle szalony, by zakradać się
do gniazda rozwścieczonej smoczycy, wspinając się w ciemności po stromych
skałach. I choć Dyzio protestował przeciw takiemu rozwiązaniu, Shivan i Erlan
zgodnie uznali, że to nie tylko jedyne wyjście, ale i najlepsze.


            Tyle, że
szło im to o wiele gorzej niż myśleli. Elfowie nie byli gotowi do wspinaczki
górskiej, nie mieli w niej doświadczenia, więc nawet w dzień byłoby to dla nich
trudne zadanie, co dopiero mówić o nocy i ciężarze jakim był towarzyszący im
człowiek. Dopiero gdy zaczęło się przejaśniać i Dyzio mógł ich trochę wspomóc,
udało się wdrapać na skalną półkę z której smoczyca opuszczała swe domostwo. Oni
jednak byli wykończeni i wiedzieli, że muszą wejść do środka i spróbować ją
obłaskawić, to ona nasłała dwa pozostałe jaszczury, więc to ona mogła je
odwołać.


            Potężna
i wiekowa, zielonołuska smoczyca Gherdeal leżała na swoich skarbach,
nielicznych w porównaniu z tym, co posiadała Avaritia i jedynie spod oka
obserwowała gości, udając, że ich nie widzi. Wolała wpierw zrozumieć ich
intencję, sprawić też by ich czujność osłabła, wtedy byliby dużo łatwiejszym
kąskiem.


- Witaj szanowna pani… – Zaczął Erlan.

- Kto ośmiela się tu wejść i zakłócać mój spokój? –
Zapytała. – I w jakim celu!? – Podniosła głos.


- Zab… – Zaczął Montolio głosem Dyzia.

- Nie! – Ryknął przerażony Kisejvczyk rzucając się na
Shivana i gwarka. – Cholerne ptaszysko!


            Ptak
wzbił się w powietrze. Kapłan wraz z zwadźcą runęli na ziemię.


- Łapska!
Łapska!
Łapska! –
Wydzierał się gwarek fruwając po jaskini.


- A to ci dopiero łowcy smoków, sami się wykruszają nim
dojdzie coś do czegoś. – Ironizowała smoczyca.


- Pani, jestem Erlan, elf i czarodziej. – Przestawił się
mag. – Wybacz, że przeszkadzamy w twym odpoczynku w taki sposób, acz przybywamy
ze sprawą dość pilną.  Nie wiem, czy
dobrze rozumuję, ale wróg mojego wroga jest moim przyjacielem, podobno wy także
szukacie, renegata Fingofila.


- Fingofil! – Ryknęła smoczycza.

            Erlan aż
się przestraszył, gwarek szybko przyleciał do swego pana, a Shivan i Dyzio
zastanawiali się czy powinni wstać.


- Fingofil! – Wydzierała się Gherdeal. – Fingofil!

            Wstała
zostawiwszy swoje skarby i przyczłapała do trójki przyjaciół.


- Za co go szukacie? – Zapytała jak gdyby nigdy nic,
spokojnym głosem.


- Wystawiono na niego nakaz aresztowania. – Powiedział niepewnie
czarodziej. – To, że obraził markiza, czy próbował przejąć garnizon zupełnie
nas nie rusza, ale porywał i mordował dzieci…


- Porywał i mordował dzieci! – Zirytowała się smoczyca. –
Tak, mówimy o tym samym elfie! Porywał dzieci! Fingofil!


- Nie wiem dokładnie, co pani zrobił, ale myślę, że
działając razem, możemy go dorwać i doprowadzić przed oblicze
sprawiedliwości… – Wyszeptał wystraszony mag.


            Nawet
Shivan tracił zimną krew, ręce mu się trzęsły i cały się pocił ze strachu. Panie, jeśli taka jest Twoja wola, oszczędź
nam proszę gniewu smoka, a jeśli jest inna, spraw by szybko przyszło szybko.


- Oblicze sprawiedliwości!? A to dobre! Za jego czyny nie
ma kary, który byłaby adekwatna. Trzeba go złapać i lecieć z nim aż w chmury i
zrzucić go wprost na najtwardsze skały, żeby się roztrzaskał, ale to i tak
będzie zbyt łaskawe.


- Tak, proszę pani…

- Pewnie chcesz wiedzieć, co mi zrobił, co? – Zapytała.

            Elf
jedynie pokiwał głową.


- Przybył tu kilka dni temu, twierdząc, że ma dla nas
propozycję nie do odrzucenia. Chciał byśmy się zebrali, nie tylko moi sąsiedzi,
ale wszystkie mieszkające tu smoki i pod jego komendą zaatakowali Moredheli. Szaleniec,
myślałam. To nie nasze wojny, nie będziemy się w nie mieszać, Mroczne Elfy nie
zaatakują nas, my nie zaatakujemy ich, bo nikomu jest to nie na rękę. To
zdenerwowało Fingofila, o tak, niby odszedł, ale wrócił i porwał moje
maleństwo!
Moje maleństwo!

- Małego
smoka?  - Dopytywał Erlan.


- Jajo, z którego moje dziecię się dopiero wykluje. Wtedy
zaczął nas szantażować, że albo się przyłączymy do niego i wykonamy jego
polecenia, albo zabije moje dziecko. Tyle, że uciekł, dwa pozostałe smoki, moi
sąsiedzi mocno się zirytowali. Nikt tak nie traktuje smoków! Nikt! Nawet Zigmar
czy Adlib!


- I rozpoczęliście obławę na niego, prawda?

- Mieszkańcy nie chcieli nam pomóc, doszło do potyczek,
nie mieli szans wygrać, ale próbowali. – Mówiła Gherdeal. – Gdyby jednak zabili
jednego ze smoków, gwarantuję, że błagalibyście by Mroczne Elfy was
zaatakowały, bo my nie bylibyśmy tak miłosierni jak oni.


- Twoje dziecię jest jeszcze bezpieczne. – Wymamrotał Shivan.
– To będzie młody smoczek, Fingofil trzyma go jako zakładnika, na razie nic mu
jeszcze nie grozi.


- A ten to kto? – Zirytowała się smoczyca.

- Shivan, proszę pani. – Przedstawił się. – Jestem kapłanem
Morroua.


- On ma różne wizje i widzenia. – Dodał Dyzio.

- Mój pan zesłał mi wiedzę, wiem gdzie ukrywa się
Fingofil, możemy z twoją pomocą udać się tam od razu. – Stwierdził kapłan.


- Pewnie chcecie wleźć mi na plecy, co? – Zupełnie zmieniła
ton głosu, z jednej strony była gotowa do walki, z drugiej pełna nadziei i
matycznego ciepła. – Dokąd lecimy, kapłanie?


- Na trakt do Parravorne’u. Tam znajdziemy naszą zgubę.

Komentowanie nie jest możliwe : więcej...

CCCXVIII.

przez , 09.mar.2009, w Bez kategorii

            Im wyżej się znajdowali, było tam
coraz chłodniej. Lasy przerzedzone znów zamieniały się głównie w połacie
kosodrzewiny, a osady ludzkie stawały się coraz rzadsze. Tu u podnóża Smutnych
Grani, nie było wspaniałych zbiorów, mieszkańcy Gulę świętowali zaledwie dzień,
najczęściej i tak niezbyt obwicie. I prowadzili spokojny, acz trudny żywot,
przyroda ich nie rozpieszczała. Nie było zbyt wielu powodów do radości, stąd
też nazwa tych, kamienistych szczytów, które gdzieniegdzie porastał tylko mech.


            Gdy
Shivan, Erlan, Fayette i Dyzio dotarli do jednej z nielicznych wiosek, a raczej
tego, co po niej zostało. Mieszkańcy odeszli, domy zaś zostały doszczętnie
spalone, podobnie jak i pozostałe budowle.


- Co tu się stało? – Zapytał Erlan.

- Mroczne Elfy. – Westchnął Dyzio.

- To mi bardziej wygląda na robotę smoka. – Stwierdził Shivan.

            Nikt
jednak nie próbował polemizować. Zresztą, czy miało to jakiekolwiek znaczenie? Czy
mogli wybierać z kim przyjdzie im się zmierzyć. Nie wiedzieli co knuł Fingofil,
ale bez wątpienia było to jego dzieło. Wpierw dzieci, potem armia, teraz smoki.
Co temu elfowi odbiło? Co urodziło mu się
w głowie?


            Nie
znali jednak odpowiedzi na nurtujące ich pytanie. Nie mieli też czego szukać we
wiosce, ruszyli więc dalej. Kilka godzin później ujrzeli wpierw uciekających
wieśniaków, którzy porzucili swoje domostwa.


- Smok! Smoki atakują! – Wrzeszczeli. –
Ratuj się kto może!


            Nie
chcieli jednak rozmawiać. Byli zbyt przerażeni, zbyt mocno skoncentrowani na
ucieczce, by znaleźć chwilę i wytłumaczyć, co się zdarzyło.


- Jak tak dalej pójdzie, będę musiał was zostawić i
upewnić się, że markiz dostał już wiadomość o smokach. – Stwierdził inspektor. –
Zbrodnie Fingofila zbrodniami, ale smoki nie powinny stanowić dodatkowego
problemu w tych trudnych czasach.


            Gdy
tylko minęli wieśniaków, ujrzeli na niebie szybującego olbrzymiego, czerwonego
smoka, który zniżył swój lot i zaatakował zbrojnych. Łowcy smoków, a raczej
grupa najemników, którym zapragnęła się sława, dobrze uzbrojonych, okrytych
mocnymi metalowymi zbrojami, którym nie straszny był żaden wróg. Ale jaszczur
nie zamierzał dać się łatwo ich dzidom i strzałom. Latał wysoko, a tylko czasem
zniżał lot, szykując się przede wszystkim do zionięcia ogniem. Leciał wprost na
zbrojnych, a płomienie wydobywające się z jego paszczy zaczęły ich trawić. Nic
nie widzieli, musieli pozamykać oczy, ciężko im się oddychało, a rozgrzane
zbroje stały się ich przekleństwem. Wyklinali gada jak tylko mogli, ale nie
potrafili mu w żaden sposób zaszkodzić.


            Fayette
wiedział, że nadszedł czas pożegnania się z drużyną, dalej musieli iść sami. Jego
zadaniem było pojmanie renegata, a nie walka ze smokiem. Sam jeden nie był w
stanie nic zrobić, mógł jednie zginąć. Zaczął rozglądać się po okolicy i
dostrzegł leżącego pod samotnym drzewem mężczyznę. Jaszczur musiał go
przydeptać, miał zmiażdżone nogi i dogorywał.


            Inspektor,
a wraz z nim cała trójka, podeszli do niego. Umierający był kapłanem, nawet
więcej Inkwizytorem, doskonale zdawał sobie sprawę nie tylko ze swojego stanu,
ale też z kim ma do czynienia.


- Smoki… – Wyszeptał w języku Imperium. – Smoki…

- Jest tylko jeden – powiedział Fayette.

- Są trzy… Ale tylko dwa atakują…

            Czerwony
jaszczur znów krążył w powietrzu i znów postanowił zaatakować najemników.
Samozwańczy pogromcy smoków, samozwańczy potomkowie Adliba, pomimo ran, starali
się podnieść i stanąć do walki, choć zdawali sobie sprawę, że jeśli nie wydarzy
się cud, najprawdopodobniej przegrają. Ale co im zostało, i tak byli wyjęci
spod prawa, pokonanie smoka mogło dać im nowe życie, sprawić że staną się
legendą. Jaszczur ponownie zapikował i zionął ogniem, a oni starali się zadać
mu jakąkolwiek ranę. Choćby jedną, by był punkt zaczepienia.


- Trzeci…
Trzeci w górach… –
Mamrotał pod nosem Inkwizytor. – Dowodzi nimi…
One
chcą… Fingofila.


            Shivan, Erlan i Dyzio popatrzyli na siebie. Inkwizytor
musiał śledzić elfa na własną rękę, wiedząc o pościgu, ale dlaczego ścigały go
również smoki? Czy zaatakowały dlatego, by nikogo innego nie dopuścić do
renegata? Kapłan jednak już nic nie odpowiedział. Wyzionął ducha.

Komentowanie nie jest możliwe :, więcej...

CCCXVII.

przez , 08.mar.2009, w Bez kategorii

            Klasztor
Cleunoux był położony na średniej wielkości wzgórzu, praktycznie z czterech
stron otoczonym wysokimi górami. Tylko jedna droga prowadziła do zabudowań,
dawało to mnichom poczucie bezpieczeństwa, zapewniało izolację i spokój. Owszem,
w zimie najczęściej byli odcięci od reszty Miscle na wiele długich miesięcy,
ale nie zależało im na towarzystwie. Byli wspólnotą samowystarczalną, oddaną
Vernerze. Zakonnicy studiowali prawo, wiedzę, przepisywali księgi, chętnie
rozstrzygali spory, gdy ich o to poproszono, udzielali rady, pomagali szukać
odpowiedzi, jednak gdy tylko mogli starali się oddawać albo modlitwie, albo
nauce. Klasztor starał się być całkowicie samowystarczalny, mało tego, ze
względu na olbrzymią bibliotekę, którą przez wieki udało się stworzyć w tym
miejscu, zyskał też miano wyroczni. Wielu wieśniaków i mieszczan, a także
przedstawicieli szlachty i to nie tylko z Galonii przybywało tu w nadziei, że
poznają odpowiedzi na nurtujące ich pytania, dotyczące przyszłości, spraw
serca, spraw finansowych czy politycznych. Zakonnicy najczęściej odsyłali ich z
kwitkiem, acz odkąd pieczę nad Cleunoux przejął brat
François, uznał, że ten stary zwyczaj należy zmienić. Nie chciał
by klasztor pretendował do roli wyroczni, ale wiedział, że te bardzo często nie
odpowiadają wprost, dając duże możliwości interpretacji. Dlatego tak często ich
przepowiednie się sprawdzały. Od kilku lat na pytania, które wymagały nie
wiedzy, a dotyczyły głównie sfery marzeń i planów, zakonnicy starali się zmusić
swoich rozmówców do pomyślunku i głębokiego zastanowienia, tłumacząc, że
prawdziwa odpowiedź na pytanie jest w nich samych, że są panami swego losu,
owszem nie wszystko są w stanie przewidzieć i zaplanować, ale do wielu rzeczy
można się przygotować. Stali się nie wprost propagować zasady Vernery –
roztropność, praworządność, prawdomówność, uczynność, uczciwość, mądrość i
umiłowanie wiedzy. Siedem cnót Vernery, tak je nazywali wyznawcy, ale
wymieniane jako przykazania nie budziły takiego respektu jak w osobistym
przekazie.
François miał od początku
pewne wątpliwości, czy nie należy jednak gości informować, o religijnych
aspektach wiary klasztoru, ale stwierdził, że dla bogini ważniejsze jest
wypełnianie jej przykazań i zaleceń, niż kult. Ci, którzy będą żyć według jej
zasad, nawet w nią nie wierząc, zyskają jej przychylność. Uznał zatem, że
szczera rozmowa powinna nakierować rozmówcę na odkrycie tych zasad, a jeśli
ktoś się zapyta, czym one są, dopiero wtedy należy mu powiedzieć o cnotach.


            Obecnie w klasztorze mieszkało
dziewięciu zakonników, w tym przeor, ale na dziedzińcu kręciło się
kilkadziesiąt osób. Głównie tych, którzy przybyli szukać odpowiedzi. Zajmowało
to trochę czasu, gdyż bracia nie mogli poświęcać swego czasu tylko przybyłym. Zaczynali
dzień o brzasku, schodząc do kaplicy na modlitwę, potem mieli trochę czasu, na
przygotowanie się do swoich obowiązków lub wypełnianie ich, tak aż do
śniadania. Później każdy wykonywał pracę, którą przydzielił mu przeor. Byli
zawsze podzieleni po dwie osoby, nie licząc François, który zajmował się
zarządzaniem wszystkim. Dwóch braci zajmowało się w ciągu dnia gotowaniem i
sprzątaniem, dwóch przepisywaniem, katalogowaniem ksiąg oraz dokształcaniem
się, dwóch kolejnych służyło klasztorowi, nadzorując robotników, którzy
akuratnie wznosili nowe skrzydło biblioteki, ale też oporządzając klasztorne
zwierzęta. Dwóch ostatnich zaś udzielało rad i sądów. W południe, znów wszyscy
mieli przerwę na modlitwę w kaplicy, po której przez dwie godziny wymieniano
się wieściami i wiedzą. Jeśli była taka potrzeba, mówili bracia, którzy
rozwiązywali problemy przybyszów, względnie przeor, który czytał wszelkie
dostarczone listy przez gońców czy gołębie. Przez resztę czasu bracia, którzy
zajmowali się księgami, referowali tematy, których przygotowanie im zlecono. Potem
oczywiście spisywali je w bardziej przystępnej formie, język bowiem zmieniał
się, nie każdemu, zwłaszcza nowoprzybyłemu starogaloński wydawał się
zrozumiały. Następnie wszyscy wracali do swoich przydziałów, aż do zachodu
Ulos, kiedy znów gromadzili się na modlitwie i kolacji. Bracia jedli jedynie
dwa posiłki w ciągu dnia, żyli starając się modlić i pracować. Po kolacji zaś
mieli już czas wolny, który spędzali w swoich komnatach, najczęściej kładli się
spać, albo czytali coś, czy modlili się.


            Sam klasztor miałby problem by się
utrzymać, gdyby nie przybysze. To oni zostawiali dary, czasem pieniężne, czasem
bardziej materialne jak krowy, świnie czy kozy, lub zwykłe ziemniaki czy jajka.
To z ich pieniędzy wynajmowano robotników do rozbudowy klasztoru, zakupywano
zapasy na zimę, a także odsyłano część pieniędzy do innych placówek Vernery. W
zamian, dostawano stamtąd przede wszystkim wiedzę w postaci zwojów i ksiąg. Cleunoux
miało nie tylko wspaniałe zbiory w galońskim, ale też ogromne ilości ksiąg po
imperialnemu, irleńsku, kisjevsku, arabsku czy theriońsku. Mimo to, skromność
braci sprawiała, że mało kto zdawał sobie sprawę, że w tym niepozornym miejscu
znajdowała się jedna z największych bibliotek na Starym Świecie.


            Shivan spoglądał na mury i
zabudowania, wspominając swój dom sprzed wyprawy. Tu wszystko było zadbane,
mury choć głównie potrzebne jako obrona przed wilkami i niedźwiedziami,
odnowione, budowle wręcz lśniły. Przeor François umiał wykorzystać datki, które
dostawał, nie tylko do poszerzenia wiedzy, ale cały klasztor był bardzo
zadbany. Elfa aż to zdziwiło, większość zakonów nie mogła operować takimi
sumami, wiele rzeczy naprawiano weń samych. Zresztą pamiętał jak kiedyś z bratem
Johanem naprawiali dach na ich dormitorium. Kryty słomą, a tu, nawet chlew miał
lepszy. Nawet miejsce, gdzie podróżni mogli odpocząć, gdzie bracia wydawali im
ciepłą zupę, było staranniej wybudowane niż świątynia Morroua, w której Shivan
był wyświęcany.


            Ponieważ rzadko tu przybywali
kapłani innych wyznań, szybko poinformowano o tym przeora, ten zaciekawiony,
czego też może szukać zakonnik w jego progach, sam się pofatygował do gości. Szybko
zorientował się, że nie znają galońskiego, więc Fayette nie musiał już robić za
tłumacza. François zaprosił ich do swego gabinetu, skromnie urządzonego, acz
zadbanego. Starszy mężczyzna z łysiejącą głową i siwymi włosami był bardzo
ułożony, to w Cleunoux było widać.


- Fingofil? Mag. – Zamyślił się przeor. – Owszem był tu taki,
spóźniliście się parę dni.


-
A czy wiesz, czego dokładnie szukał? – Zapytał Shivan.


-
Nie zdradził nam tej informacji. Więc nie wiem na pewno, mogę jedynie
przypuszczać, przynajmniej wyciągając wnioski po pytaniach jakie zadawał i
księgach, które przeglądał.


-
Co? – Zdziwił się Dyzio. – Twierdzisz, że na podstawie ksiąg jesteś w stanie
określić, kto czego szukał?
Niesamowite.

- Niezupełnie. Twierdzę jedynie, że jeśli weźmiesz trzy losowe
księgi, nie będę w stanie zrozumieć tego, co cię trapi. Ale gdy weźmiesz
dziesięć konkretnych, z dużą dokładnością poznam dręczące cię pytanie, nim sam
je wyartykułujesz. – Powiedział François.


-
Czego więc szukał ten Fingofil?


-
Smoków. – Odrzekł przeor. – Sposobów ich poskramiania, ale przede wszystkim
miejsca, gdzie można je znaleźć.


-
Najłatwiej smoka znaleźć w Reptillium. – Dodał Fayette. – Każde dziecko to wie.


-
Fingofil zapewne też to wiedział, ale on potrzebował smoka tu i teraz, więc
jeśli chcecie za nim podążać, musicie udać się na Smutną Grań, tam jest kilka
jaskiń, w których żyją smoki. Mało kto tam zagląda, więc nie czują się
zagrożone i nie czynią nikomu krzywdy. Dziś smoki na Starym Świecie najczęściej
są głęboko ukryte.


-
O wiem, coś o tym. – Westchnął Dyzio.


-
Hahaha. – Roześmiał się Montolio.


-
Dam wam mapę, nie powinniście się zgubić. – Powiedział François.


-
Ja mam jeszcze jedno pytanie, – wtrącił się Fayette – słyszeliśmy o wojnie
Moredheli z Imperium, ale nie dostaliśmy, żadnych wieści, czy wam coś udało się
dowiedzieć?


- Coś
to dobre słowo. Codziennie dostaje dwa lub trzy gołębie z informacjami, ale
wiem tylko, że garnizon, wysłany przez cesarza Kronberga, który miał załatwić
sprawę gdzieś zaginął. Moredhele napadają w bandach siejąc postrach we
wioskach. Nikt nie wie ilu ich jest i jak szybko się przemieszczają, zapanował
tam chaos, trudny do ogarnięcia. Ktokolwiek zaplanował ten atak, postawił na
jedno, strach. Mroczne Elfy unikają otwartego starcia jak ognia, jednocześnie
zostawiają całkowicie spalone wioski z wymordowanymi mieszkańcami, jedynie parę
osób ocalało i opowiada o potwornościach. Tylko nikt nie wie, czy mieli
szczęście, czy też zostawiono ich przy życiu specjalnie. Blady strach padł na
południowym zachodzie Imperium, chłopi masowo uciekają zostawiając swą ziemie,
a cesarskie siły nie potrafią sobie poradzić, gdyż nie potrafią zlokalizować
głównych sił wroga. Walka z bandami może potrwać wiele miesięcy, albo i lat, a
cesarz nie jest skłonny uderzyć tam całą siłą. Ma zbyt wiele do stracenia,
jeśli się osłabi, będzie ryzykował napaść ze strony sąsiadów. Dlatego chaos
zapewne będzie się szerzył tam jeszcze przez wiele lat, może do czasu
wyznaczenia nowych granic dla Moredheli. Kto wie.


-
Dziękujemy bardzo, w takim razie ruszymy dalej za Fingofilem. – Powiedział Shivan.

Komentowanie nie jest możliwe :, więcej...

CCCXVI.

przez , 07.mar.2009, w Bez kategorii

            Cały
następny dzień spędzili w Parravorne, zarówno świętując Gulę jak i grzebiąc po
bibliotekach, starając się znaleźć jakieś ślady bytności Fingofila. Elf i
owszem, gdy przybył do miasta to właśnie najpierw próbował zdobyć jakąś
informację, ale z zeznań bibliotekarzy nie wyglądał na zadowolonego. Wręcz
przeciwnie, mamrotał coś, że nie znalazł tego, czego szukał. Dopiero potem udał
się na dwór markiza.


            Kolejnego
dnia ulice Parravorne’u były już spokojniejsze, nie przemierzały ich już
niziołki stukające w garnki i wydzierające się „Gula”. Oficjalne święto zostało
zakończone, przez trzy kolejne dni można było albo dojadać, to co pozostało,
albo starać się doprowadzić do jakiegoś porządku. Zwyczajowo na południu trzy
dni przed rozpoczęciem żniw poświęcano głównie na picie, gdyż wierzono, że w
ten sposób zostaną oczyszczone organizmy.


            Shivan,
Fayette i Dyzio mieli trudności by wyciągnąć z miasta Erlana, któremu na powrót
galońskie święto bardzo przypadło do gustu.


            Gdy już
jednak doszli do bramy, minęli posłańca, który na koniu, straszliwie pędząc
jechał do zamku markiza. Początkowo ich to trochę zaintrygowało, tempo i twarz
mężczyzny przekazującego informację wiele sugerowała, na pewno, nie były to
zbyt pomyślne wieści. Chociaż to ostatnie zależało w dużej mierze od planów.


            Cała
czwórka jednak nie czekała na wieści, zresztą było dość mało prawdopodobne by
de Bastille podzielił się nimi z mieszkańcami, a co dopiero mówić o
obcokrajowcach. Przez cały dzień szli do klasztoru Cleunoux; pod wieczór
zatrzymali się w oberży, znajdującej się mniej więcej w jednej trzeciej drogi.
Gdy tylko weszli do środka goście zamilkli i dziwnie patrzyli na Shivana i
Erlana. Wraz z Dyziem usiedli przy jednym ze stolików, a Fayette udał się do
baru, zamawiając jedzenie i picie.


- Twoi towarzysze czego tu szukają? – Zapytał go
szynkarz.


- To obcokrajowcy. – Westchnął inspektor. – Poszukujemy
niejakiego Fingofila, słyszałeś coś o nim?


- Elfy… Tfu… – Wypluł na podłogę. – Straszą mi
klientów.


- Boicie się elfów? – Zdziwił się Fayette.

- Więc jeszcze nie słyszałeś wieści, co?

- Nie. – Zaprzeczył inspektor. – A co się stało?

- Mroczne Elfy dziś w nocy zaatakowały kilkanaście wiosek
w Imperium. Prawie wszystkich wyrżnięto. Tylko kilku pozostawiono, aby przekazali
wieść dalej. Podobno Rodryk osobiście prowadzi swą hałastrę, a ich celem nie
jest zdobycie ziem, a wyrżnięcie nas. Cesarz Kronberg już ogłosił mobilizację.
Wszyscy o tym gadają…


- Przy nas dziś ludzie byli cicho. – Rzekł Fayette. Boją się elfów. – A czy coś wiadomo, co
na to król Pierre?


- Podobno miał ogłosić stan gotowości, ale nie będziemy
się mieszać w wewnętrzne sprawy Imperium. Moredhele mają niewiele ziem, ich
siedziby są trudne do zdobycia, wysoko w górach, atak tam to samobójstwo, a
póki walczą z Imperium, my jesteśmy bezpieczni.


- Dziękuję bardzo. – Galonia
będzie czekać na osłabienie Kronberga i w zależności, kto będzie wygrywał, tego
ostatecznie poprze. Pewnie nie tylko ona. Jeśli Moredhele są silni, to zaatakujemy
Imperium, jeśli nie to pewnie pogonią ich patrole w górach. Ważne by Imperium
się wykrwawiło, na tym polega królewski plan.

Komentowanie nie jest możliwe :, , więcej...

CCCXV.

przez , 04.mar.2009, w Bez kategorii

            Château Mouton było ostatnim punktem na liście wizyt dziennych.
Po rozmowie z markizem, cała czwórka usilnie próbowała opuścić Parravorne, acz świętowanie
Guli mocno im to utrudniło. Gdy już jednak dotarli do kasztelu, pokazali dokumenty
wystawione na dworze de Bastille’a, wpuszczono ich do środka, pomimo
zapadającego zmroku. Halny wiał z gór, przynosząc chłód i dość ponurą
atmosferę.


            Generał Jacques Funes, dowodzący
armią Galonii na południowym wschodzie kraju spoglądał z balkonu na ćwiczących
żołnierzy. Z powodu Guli, dowódca twierdzy, kapitan Jean, ograniczył liczbę
wojskowych, którzy patrolowali mury i ćwiczyli musztrę, ale na wszelki wypadek
utrzymywano dwa oddziały w pozycji bojowej. Jeden z nich właśnie ćwiczył na
dziedzińcu, nieważne, że nadchodziła noc, pikinierzy starali się powtarzać
manewry, zgodnie z rozkazami dowódców.


            Większość innych żołnierzy
świętowała Gulę, acz w koszarach wyglądało to trochę inaczej niż w mieście czy
na wioskach. Przede wszystkim w wojsku święto to nie było kojarzone z
obżarstwem, owszem jedzenia było w bród, i nikt tego nie ograniczał czy
kontrolował, ale esencją świąt ku czci Esmeraldy i Sol było spożywanie napojów
alkoholowych. Bez jakiegokolwiek umiaru. Kapitan to tolerował, wręcz był zły,
że generał akuratnie zainteresował się ćwiczeniami, gdyż Jean sam miał ochotę
spić się jak świnia, do nieprzytomności, ale stanowisko wymagało by zachowywał
jakieś pozory.


            Niezbyt go ucieszyła też wizyta
gości, ale co miał zrobić, zaprosił ich do swojego gabinetu, gdzie przynajmniej
mógł ich poczęstować, a przy okazji sam wypić, zeszłorocznym winem. Najbardziej
chętny na kosztowanie trunku był Erlan, ale jedynie Shivan odmówił, twierdząc,
że nie ma zbytniej ochoty.


            Oczywiście kapitan nie znał
imperialnego, więc Fayette po raz kolejny okazał się być niezbędny w śledztwie.


-
Więc chcecie wiedzieć o tym Fingofilu, tak? Powiem tyle ile pamiętam. Przybył
tu jak gdyby nigdy nic, nie miał papierów, ale wymusił na straży by
przeprowadzono go przez bramę. Potem pojawił się w moim biurze domagając się,
abym ogłosił natychmiastową mobilizację i przygotował wojska do wymarszu. Cwaniak
chciał dodatkowo przejąć nad nimi komendę, gdyż jak twierdził, zna nieco
taktyki Mrocznych Elfów. Rozbawiło mnie, to ale kazałem wezwać straże i go
wyrzucić. Wtedy dopiero się zaczęło. Gdy strażnicy wtargnęli i rzucili się na
niego, zaczęło nas swędzieć, nie mogliśmy nic zrobić, tylko się drapaliśmy, a
on coś opowiadał o markizie. Niezbyt przychylne rzeczy. Mówił, tu cytat: „ten
dupek jest krótkowzroczny”, oraz, że w ciągu miesiąca de Bastille będzie gryzł
glebę. To ostatnie brzmiało jak groźba. Potem próbował przejąć dowództwo nad
moim posterunkiem, ale żołnierze nie posłuchali. Następnie udał się do
biblioteki, próbował przejąć nasze plany, nie wiem. Jakby czegoś szukał, ale
nie udało mi się dowiedzieć czego. Wtedy wydałem rozkaz zabicia go, jeśli
natychmiast nie opuści zamku. Myślicie, że go to powstrzymało? Nie, wręcz
przeciwnie, myszkował dalej szukając dokumentów, starając się poznać liczebność
naszej armii. Zdrajca, nie wiem w czyim imieniu on działał, ale ponieważ używał
magii, nie mogliśmy sobie z nim poradzić. Wszystkich ogarnęło jedno wielkie
swędzenie. Dopiero gdy wysłałem oddział z coastowymi arkebuzami i zaczęli
strzelać do niego, uciekł. W każdym razie nie sprawiał wrażenia, jakby znalazł
to czego szukał. I nie mam pojęcia dokąd się udał.


            Jean nie miał już nic więcej do
dodania, więc wrócił do świętowania Guli. Fayette, Shivan, Dyzio i Erlan
spoglądali na siebie, zastanawiając, co teraz.


-
Trzeba pójść do bibliotek w Parravorne – stwierdził kapłan. – Może tam też
czegoś szukał.


-
Dobre miejsce, by zacząć, ale nie jedyne. – Powiedział inspektor. – Największa biblioteka
w okolicy znajduje się w klasztorze w Cleunoux, to zabudowanie stojące samotnie
w górach, z dala od cywilizacji. Należy do zgromadzenia braci Vernery, bogini
wiedzy i mądrości, od setek lat starają się zbierać wszelakie informacje. Nie
mają z pewnością danych taktycznych, ale jeśli nie tylko tego szukał Fingofil,
mogą mieć, coś co go zainteresowało.


-
Czyli mamy jasność. Wpierw Parravorne, potem Cleunoux. – Stwierdził Kisjevczyk.

Komentowanie nie jest możliwe :, , więcej...

CCCXIV.

przez , 03.mar.2009, w Bez kategorii

            To nie był dwór królewski, ani tym bardziej cesarski.
Przepychem daleko mu było do Satynowego Dworu, czy siedziby Kronberga, ale
Patrick de Bastille, markiz Parravorne’u starał się podkreślać swój majestat.
Miał tu prawie nieograniczoną władzę, na kilku przyjęciach, gdy był już
wystarczająco wstawiony, wspominał nawet, słynne zdanie, które dokładnie
odzwierciedlało jego zachowanie. „Parravorne to ja”. Krótkie, ale jakże
wymowne, pełne pychy i wiary w wielkość własnej osoby. Nic dziwnego, że markiz
nie przepadał za nowym królem, wobec Klemensa czuł respekt, ale wobec
„dzieciaka” Pierre’a żywił jedynie pogardę. Gdyby
tylko wybuchła wojna z Imperium, zrobiłbym wszystko, by ten zuchwały Delfin
poległ. Nawet jeśli miałoby to oznaczać zdradę Galonii.
Sam zresztą nie raz
wypowiadał się nienajlepiej na temat swojego państwa, uważał, że sojusz Gaskonów
i Galotów nie przyniósł im nic dobrego, że powinien się skończyć. A gdyby to
nastąpiło, Parravorne mógłby się stać stolicą Galocji, jeśli nie całej to
przynajmniej jej południowo-zachodniej części, niezależnej od nikogo, a sam de
Bastille stałby się władcą absolutnym. Pierre III był zbyt słaby, żeby go
poskromić, a przy tym zbyt głupi, by nie dostrzec fałszu w pochlebstwach.
Zresztą pewnie go dostrzegał, wszyscy przecież schlebiali królowi, a każdy miał
w tym swój własny cel. Tylko nieliczni jednak byli tak zuchwali by knuć przeciw
monarchy. Markiz należał do tej grupy, tyle, że nie miał jeszcze okazji, by
oficjalnie wystąpić przeciw władcy. Może powód by się znalazł i to nie jeden,
ale okoliczności dotychczas nie należały do sprzyjających. Czasem lepiej poczekać, niż zrobić fałszywy krok i zniweczyć wszystko.


- Inspektor Fayette oraz trzech najemników, którzy
poszukują Fingofila. – Zapowiedział szambelan. – To cudzoziemcy panie, nie
rozumieją naszego języka. Biegle mówią imperialnym, panowie Erlan, Dyzio z
Kisjevu i Shivan, kapłan Morroua.


- Sprowadzić tłumacza, niezbyt biegłego. – Rozkazał
Patrick. Człowiek na moim stanowisku, w
przeciwieństwie do naszego przygłupiego króla, powinien znać języki, choć nie
koniecznie musi się z tym obnosić.


            Gdy tłumacz
się pojawił, wprowadzono gości. Ukłonili się oni przed markizem, a ten zaczął mówić.


- Podstępny i podły renegat tudzież wywrotowiec,
starający się postawić Galonię do góry nogami, niejaki Fingofil, niech sczeźnie
jego rodzina, został moim rozkazem uznany za zbiega, jak mniemam zabraliście
się za polowanie na niego, łowcy nagród? Cóż udało wam się ustalić? – Śmiał się
w duchu, słuchając jak tłumacz duka.


- Wiemy tylko tyle, że współpracował z pewną przedziwną
organizacją zwaną Iluminarami. – Powiedział Erlan. – To jakiś sojusz mrocznych
magów i kapłanów chaosu, trudna do zrozumienia i przeniknięcia organizacja,
której prawdziwe cele są ukryte. Tyle udało nam się ustalić.


            Tłumacz
powtórzył to po galońsku, tym razem bez zająknięcia.


- Cel Fingofila był jasny. Próbował wywołać wojnę z
Mrocznymi Elfami. – Odrzekł markiz. – Chcę go dostać żywego, ale jeśli
mielibyście go stracić, miałby wpaść w czyjeś ręce, zabijcie go.


            W tym
właśnie tkwiło źródło jego nienawiści. Wpierw Fingofil pojawił się tu, w zamku,
domagając od de Batille’a przyłączenia się do swojej sprawy, gdy markiz
odmówił, mag obraził go i rzucił na niego zaklęcie swędzenia. Takie zachowanie
musi wywołać reakcję. Ale elfowi było mało, gdy rozmowa nie pomogła, udał się
do
Château Mouton, które próbował
forsować i omamić żołnierzy by poszli za nim. Znów został powstrzymany i
zniknął. Nie wiadomo, gdzie się udał.


-
Moredhele – westchnął Dyzio usłyszawszy tłumaczenie. – No cóż, oni nie będą
problemem. To mit. Przebyliśmy ich ziemię i nie zrobiły nic, nie szykują się do
wojny, a wszelkie napady na tamtych ziemiach to dzieło wampirów.


            Znów tłumacz wypowiedział te zdanie
ponownie, acz po galońsku.


-
Przedziwna historia, a co jeśli nie uwierzę? – Odrzekł podniesionym głosem
markiz.


            Natychmiast przetłumaczono jego
słowa, starając się zachować też ton.


-
Zabiję! – Wydarł się Montolio głosem Dyzia.


            Strażnicy natychmiast skierowali
swoje halabardy i włócznie na gości. Zapanowała nerwowa atmosfera. Kisjevczyk
zrobił się czerwony. Ukatrupię tego
ptaka!


-
No to ładnie… – Wymamrotał pod nosem Shivan.


-
Hahaha! – Roześmiał się gwarek.


            Minęło
kilka chwil, nim udało się wyjaśnić sytuację. Markiza jedynie bawiło to, że
widział, reakcję i rozmowy swoich gości, którzy nie byli pewni, co jest
tłumaczone, a co nie. Banda hien
szukająca okazji by zarobić. Nie mają szans z Fingofilem, ale może będą na tyle
głupi, żeby go odnaleźć. Zapłaci mi za swe zuchwalstwo, za zdradę.

5 komentarze :, więcej...

CCCXIII.

przez , 02.mar.2009, w Bez kategorii

            Dopiero
następnego dnia dotarli do Parravorne, unikając po drodze mieszkańców wiosek
chętnych do przyjęcia ich na tradycyjną Gulę. Na szczęście Fayette dość dobrze
znał tę okolice i starał się ich prowadzić skrótami, a przede wszystkim omijał
zabudowania. Nie wszystkie, bo w pewnym momencie szli przy dość stromej
skarpie, głównej drodze do miasta, a tam w odległości kilku godzin wznosiła się
twierdza
Château Mouton, w której
stacjonował garnizon pomocniczy. Wokół granicy Galończycy starali się trzymać
wojska, choć niespecjalnie obawiali się Mrocznych Elfów, jednak bliskość
Interii i ostatnie kłopoty po wojnie esteliońskiej, gdzie oba kraje formalnie
nie walczyły ze sobą, acz stanęły po przeciwnych stronach barykady, jedynie
spowodowały wzmocnienie stacjonujących tu sił.


            Im bardziej zbliżali się do miasta,
tym bardziej płaska była okolica, owszem pagórki były, ale nie tak duże, nie
tak pomarszczone. Wszystko wokół Parravorne’u było dokładnie zaorane, nie było
ani jednego miejsca gdzie rosły by dzikie drzewa, czy trawa. Zboże w tym roku
faktycznie było dorodne, ale nie tylko one. Orzechy czy jabłonie uginały się od
owoców. Z czasem pola zaczęły zmieniać się w domki, wpierw trochę bogatsze,
potem mnóstwo drewnianej zabudowy, aż do murów. Jak większość miast na Starym
Świecie i to rozrosło się poza zaplanowaną wielkość, a wieloletni pokój, który
panował w tej okolicy nie sprzyjał budowie nowego muru.


            Dalej wznosił się zamek, z czterema
wieżami, na każdej z nich widniała inna flaga. Jedna z niedźwiedziem, godłem
Galonii, jedna z delfinem, herbem króla, jedna ze smokiem oznaczająca miasto i
ostatnia z wieżą, symbolem markiza.


            Parravorne tętnił życiem, ale ze
względu na Gulę, było ono wręcz przedziwne. Halflingowie, którzy przybyli z
różnych krain chodzili po ulicach stukając w garnki, licząc, że dostaną coś do
jedzenia. Mieszkańcy miasta nie robili zapasów, przynajmniej nie tak wielkich
jak chłopi na wsiach. Tu głównym miejscem, gdzie świętowano był dziedziniec
zamku markiza, ale nie było tam biesiady, jedynie rozdawano tam zbędne
możnowładcy pokarmy. Markiz jednak nie miał w zwyczaju dzielić się winami,
twierdząc, że im dłużej ono leżakuje tym jest lepsze. To go odróżniało od
chłopów, którzy owszem wino trzymali przez jakiś czas, ale większość z nich
uważała, że młode jest najlepsze, ma najwięcej walorów. Szlachta wolała
dywagować o wytrawności.


            Fayette zaprowadził ich do budynków
wokół jednej ze świątyń. Nie trzeba było zgadywać, mieściło się tu Święte Oficjum
Inkwizycji. W Galonii inkwizytorzy działali trochę inaczej niż w innych krajach
Starego Świata. Król Pierre III nie tylko usankcjonował ich działania, ale
stworzył z ich organizacji służbę publiczną. Była to druga z reform
zaproponowanych jeszcze przez jego ojca, Klemensa XIII, który za namową
przyjaciół z Coastu wydał olbrzymie pieniądze na modernizację państwa i armii. Stworzono
żandarmerię krajową, która miała o wiele większe kompetencje niż straż miejska,
przede wszystkim mogła działać w imieniu króla w całej Galonii. Święte Oficjum
zaś, poza zwalczaniem zuchwałych magów i upadłych kapłanów, przede wszystkim
gromadziło informację o dziwnych i podejrzanych działaniach, pełniąc przy tym
rolę kontrwywiadu. Niestety miało to też swoje złe strony, o ile w Imperium,
inkwizytorzy mając małą władzę zajmowali się przede wszystkim walką z
szarlatanami i odstępcami, o tyle tutaj dość często dochodziło do nadużyć, gdyś
Święte Oficjum starało się ciągle umacniać swoją pozycję i władzę.


            Prawdopodobnie gdyby nie Shivan,
Inkwizycja byłaby ostrzejsza wobec przesłuchiwanych, ale widząc kapłana,
niejako brata po fachu, ograniczyli się do przyjaznego traktowania.


-
Co wiecie o Iluminarach? – Zapytał brat w mowie Zigmara.


- Spotkaliśmy
się z nimi parę razy. – Westchnął Erlan.


-
Spotykacie się z Iluminarami? – Zdziwił się inkwizytor uważnie zapisując coś w
notatniku.


-
Przypadkowo i w nieprzyjaznych okolicznościach, żeby nie powiedzieć wrogich. –
Kontynuował mag. – Mówiąc oględnie, mamy z nimi na pieńku, a oni z nami. Spotkaliśmy
ich po raz pierwszy na Narshy, gdzie niestety przejęli władzę nad hospicjum. Nie
muszę mówić, że przestało ono spełniać swą podstawową funkcję. Wtedy
przypadkiem poznaliśmy nazwę ich organizacji, ale do głowy nam nie przyszło, że
mogą być kimś więcej niż bandą szaleńców. Potem dopiero w wiosce Dam, okazało
się, że jest ich więcej. Próbowali tam zamieniać wodę w krew i straszyć w ten
sposób okoliczne wioski. Udało nam się ich powstrzymać, ale sami wiecie. Dużo
na ich temat dowiedzieliśmy się zaś od Inkwizycji w Altburgu. Zeznawaliśmy tam,
a ponieważ przybyliśmy sami, zaspokojono naszą ciekawość.


-
A ci tutaj? Skąd wiedzieliście, że to Iluminarowie?


-
Wyglądali dokładnie tak samo jak ci z Dam, jakby używali tego samego typu
stroju, znak rozpoznawczy jak w normalnych zakonach. – Mówił elf. – Myszkowali coś
przy rzeczach Fingofila, jakby czegoś szukali. On ma z nimi na pieńku?


-
Tego właśnie nie wiemy, według naszych informacji był jednym z nich. Dlatego
bardzo ważne jest to, że gdy go już znajdziecie, nie zważajcie na nagrodę, ale
musicie dostarczyć go nam. Żywego.

Komentowanie nie jest możliwe :, więcej...

CCCXII.

przez , 01.mar.2009, w Bez kategorii

            Śniadanie
niestety wyglądało bardzo podobnie do kolacji. Stół był syto zastawiony, nie
tylko wykwintnymi lokalnymi daniami, jak ślimaki czy żaby, ale większość
stanowiły bardziej normalne potrawy. Praktycznie wszystko to, co się na wsi
produkuje i zbiera, by przetrwać zimę. Mnóstwo wypieków, chleb, bułki, masło,
przeróżne sery, ale też wędliny czy pieczenie, albo pasztet. Nie byłoby źle,
gdyby nie ogromna ilość. W trakcie Guli nie można było odejść od stołu, dopóty
na nim coś jeszcze nie zjedzonego było. A nawet dwa razy większa liczba gości,
zakładając, że wszyscy są halflingami, miałaby trudności, by pożreć całość. W
sumie mieszkańcom zależało na tym, aby jak najszybciej rozpocząć plony, więc
wystawiano dużo więcej jadła, niż byli w stanie zjeść. Wiele osób, jadło,
przegryzało a potem od razu wypluwało. Acz byli też tacy, którzy jedli do
upadłego, bądź pili na umór. Najgorsze jednak było to, że nie dało się siedzieć
i nie jeść, od razu ktoś zwracał uwagę, że musisz jeść, poganiano cię, w
ekstremalnych przypadkach karmiono, zazwyczaj jednak jak tylko komuś zwolnił
się talerz od razu ktoś życzliwy robił mu dokładkę. Jedynie Erlana nie trzeba
było popędzać, gdyż on skoncentrował się na opróżnianiu trunków.


            Gdy
śniadanie się skończyło, znów musieli zalec w szopie. Nie mogli się ruszać.
Czarodziej znów miał problemy przy sikaniu, narzekał przy tym strasznie.
Faktycznie coś go piekło już od paru dni, ale dopiero teraz pojawił się ból, a
samo pieczenie robiło się intensywniejsze. W końcu Fayette zerwał się na równe
nogi.


- Panowie, albo teraz pójdziemy do domku tego Fingofila,
albo czeka nas obiad.


- Hahaha. – Roześmiał się Montolio, któremu jako jedynemu
Gula nie robiła żadnej różnicy. Nikt nie wpadł na pomysł by tuczyć ptaszka.


- O nie… Tylko nie to… – Westchnął Dyzio wstając z
miejsca.


            Erlan i
Shivan zrobili to samo.


            Wkrótce
cała czwórka opuściła Paizé, kierując się do domku renegata. Po drodze
przechodzili przez sad, pełny pięknych i dorodnych jabłoni. Owoców było
mnóstwo, dojrzewały w słońcu, praktycznie zakrywały wszelkie liście. Dalej szli
przez pole, zboże już praktycznie dojrzałe, kłosy zawierały po sto i więcej
ziaren.


- Tak udanych zbiorów – stwierdził Fayette – to za mego
życia nie było. Ten rok jest niesamowity pod tym względem, aż się boje myśleć,
jak będzie wyglądała przyszłoroczna Gula.


- Gdziekolwiek bym nie był, mam nadzieję, że nie będzie
to Galonia. – Westchnął Kisjevczyk.


- To zadziwiające, że takie udane zbiory, prawda? –
Dopytywał kapłan.


- Tak. Bardzo dziwne. – Westchnął inspektor. – Jest taka
jedna legenda, która mówi, że natura wyczuwa katastrofy i przygotowuje nas do
nich, że nadzwyczajne zbiory poprzedzają straszne rzeczy. Tyle, że póki, co na
szczęście się nic nie szykuje. Zresztą to takie wioskowe gadanie.


- Żniwa wprawdzie wielkie, ale robotników pewnie mało? –
Pytał Shivan.


- Chyba właśnie w tym rzecz, że nie będzie jak tego
wszystkiego zebrać i zmagazynować.


- A te ciała… – Mówił Erlan – tych dzieci… Sprzątnięto
je?


- Tak. Acz może znajdziemy w domku coś, czego my, nie
znający magii nie dostrzegliśmy.


            Domostwo
Fingofila znajdowało się w lesie. Mały drewniany domek, oddalony od wiosek,
istny raj dla pustelnika. Gdy tylko weszli na polanę wokół niego, od razu
zauważyli dwóch mężczyzn w czarnych szatach, którzy krzątali się wokół, jakby
czegoś szukali. Gdy zobaczyli gości, nie odpowiedzieli nic, podnieśli swoje
ręce i skierowali magiczne pociski w nowo przybyłych.


            Erlan,
Shivan, Fayette i Dyzio rzucili się na ziemię, acz nie uchroniło ich to od
bólu. Dyzio napiął swoją kuszę i trafił w nogę jednego z atakujących. Erlan zaś
wyjął kulkę siarki i skierował we wrogów kulę ognia, czar o wiele bardziej
potężny, niż zwykły magiczny pocisk.


            To ich
wystraszyło. Mężczyźni dali za wygraną i szybko uciekli do lasu. Nie było sensu
ich ścigać.


            Cała
czwórka wstała, otrzepała się z kurzu.


- Kim oni byli? – Pytał inspektor.

- Mają dokładnie te same stroje, co Iluminarowie z Dam. –
Stwierdził Dyzio.


- Iluminarowie? – Zdziwił się Shivan.

- Jakieś tajemne bractwo magów i kapłanów. – Dodał Erlan.
– Ale nie wszyscy z nich noszą identyczne stroje. W każdym razie typki dość
nieprzyjemne i wrogo nastawione. Jedno jest jednak dziwne, myślałem, że wyślą
kogoś kto poradziłby sobie ze mną, ale ci jednak mieli wątpliwości.


- Czego oni tu szukali? – Dopytywał się Fayette.

- To prawdopodobnie najważniejsze pytanie. – Westchnął Dyzio.
– Albo ten cały Fingofil jest z nimi powiązany, albo to za co go ścigają to
tylko przykrywka do jakiejś większej afery.


- Będzie trzeba o tym donieść dalej. – Powiedział inspektor.

            Obeszli
domek w koło, nie wyglądał w jakieś specjalny sposób, nie wyróżniał się. Dopiero
w środku widać było, że dwaj Iluminarowie przerzucili wszystko bardzo dokładnie
jakby czegoś szukali. Większość ksiąg była po galońsku, znajdowało się tu też
wiele wywarów i magicznych składników, których część Erlan sobie „pożyczył”. Znaleźli
także testament elfa, w którym, według tłumaczenia Fayette’a, próbował on
wyjaśnić swoje dziwne postępowanie, acz w żaden sposób nie nazwał przyczyny,
choć nieustannie dawał do zrozumienia, że coś takiego istnieje. Nie ulegało
wątpliwości, że właśnie tym musieli zainteresować się dwaj magowie. Niezależnie
po której stronie stał Fingofil, wiedział zbyt dużo.

Komentowanie nie jest możliwe :, , więcej...

CCCXI.

przez , 28.lut.2009, w Bez kategorii

            Erlan obudził
się rano w jakiejś szopie. Shivan jeszcze spał, chrapiąc, Dyzio zaś wymiotował
w kącie. Elf wstał, powoli acz zdecydowanie. To że mnie czasem głowa rano boli, przeżyję. Ale brzuch? Zjadłem za
dużo… pieprzona Gula.
Podszedł powoli do ściany, gdzie miał zamiar się
wypróżnić. Wszystko szło dobrze, dopóty mocz nie zaczął płynąć. Mag poczuł
jakieś dziwne i irytujące pieczenie. W dodatku zaczęło boleć.


- Kurwa! Co oni mi dali! – Wydarł się budząc kapłana.

            Shivan
wstał, trzymając się za brzuch. Obudził się już wcześniej, ale nie był w stanie
się podnieść.


- Dzień dobry. – Westchnął. – Nie wiem jak wy, ale ja
jestem za tym, by się z tej Galonii wynieść jak najszybciej.


- Daleko nie zajdę… – Wymamrotał Kisjevczyk, który miał
akurat przerwę w zwracaniu. – Nie w tym stanie. Trzeba coś wymyślić, by nie
jeść.


- Zadziwia mnie skąd tu taka liczba przybyłych
halflingów. – Zdziwił się mag, któremu po sikaniu ustał ból i pieczenie. –
Zazwyczaj nie lubią ruszać się poza miejsce zamieszkania.


- Większość z nich to hedoniści, – stwierdził kapłan –
uznają, że najważniejsze w życiu jest sprawianie sobie przyjemności.


- Dobrze, że najwyżej cenią jadło i napoje, nie chciałbym
dożyć czasów, gdy niziołki załatwiają wszędzie swoje potrzeby seksualne. –
Stwierdził Dyzio.


            W tym
momencie do szopy wszedł Yves.


- Dzień dobrlry… Gotowi na śniadanie? – Zapytał.

- Nie… – Wyrwało się Dyziowi głosem pełnym przerażenia.

- Coś mi wczoraj zaszkodziło… – Westchnął Erlan.

- Tak naprawdę nie przybyliśmy tu ze względu na Gulę. –
Powiedział Shivan. – Cóż szukamy tego Firgofila.


- A to trzeba było tak od rlrazu. Poczekajcie trochę,
zaraz przyjdzie…


            Mężczyzna
zostawił ich samych. Erlan legł znów na sianie, kapłan wykorzystał ten czas by
się modlić, a Dyzio uznał, że najlepszą metodą na doprowadzenie się do porządku
są ćwiczenia fizyczne.


            Po
godzinie Yves wrócił wraz z inspektorem Fayette. Przedstawił go, a potem wrócił
na śniadanie.


- Co więc, chcecie pojąć tego zuchwałego bandytę
Firgofila? – Zapytał.


- Chcieliśmy wpierw dowiedzieć się dokładnie, co zrobił. –
Odrzekł Dyzio. – I gdzie go można szukać.


- Może wpierw opowiem, trochę przynajmniej, a potem
pospacerujemy aż do jego domu. – Mówił Fayette. Jego wymowa była lepsza niż
Yvesa, acz akcent i dobór słów nie zawsze były trafne. – Co więc, no ten
Firgofil to renegacki elf. Zły i pewnie mroczny. Mieszkał tu od dwustu lat,
zajmował się magią i czarodziejstwem wszelkiego rodzaju. Gusła, klątwy, kto wie
co jeszcze. Nic mądrego. No i na starość mu odbiło. Tu w Paizé porwał dwoje
dzieci z wioski, oraz ośmioro innych z innych wiosek w okolicy. Trzymał je u
siebie i karmił i poił dziwnymi rzeczami… A potem chciał je zjeść. Morderca,
brutalny bandyta… Nie zjadł, bo uciekł, ale dzieci już pomordował. Ja tu
jestem w tej sprawie i dopytuje ludzi, ale przeciw temu renegacikowi są też
prowadzone inne dochodzenia.


- Podobno zrugał jakiegoś markiza…

- To tak. Co więc, markiz de Bastille, pan tych ziem,
małżonek księżniczki krwi, wuj naszego króla Pierre’a III. Ale nie wiem
dokładnie.


- A wiadomo coś o nagrodzie za tego Firgofila? – Zapytał Erlan.
– Pewnie jest?


- Tak, jest. Klejnoty, markiz obiecał złote jajo, ale
pewnie będzie chciał się wykpić i dać coś innego. Obiecał to w afekcie,
dotrzyma słowa, więc można wyciągnąć więcej. Dużo więcej.


            W tym
momencie wszedł do komnaty Yves.


- Widzę, że jeszcze jesteście. Zatem nie możecie odmówić
zaprlroszenia na śniadanie.


            Erlan
popatrzył z przerażeniem na Shivana i Dyzia. Jego towarzysze czuli dokładnie to
samo. Trwogę.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , więcej...

stat4u <!-- s4uext=s4upl(); document.write('stat4u') //--> stat4u

Blogroll

Kilka bardzo polecanych stron...