orthank blog

Tag: czarny-szpon

CCI.

przez , 15.gru.2010, w Bez kategorii

Pokonanie
Czarnego Szponu oznaczało wybicie wszystkich członków tej organizacji
stacjonujących w Altburgu. Dwóch było rannych, ale okazało się, że każdy z nich
miał ukrytą jakąś trutkę w zębie.

Arcyksiążę
Ferdynand rozkazał pilne przeszukanie budynku. Analizowano wszystkie przedmioty
i dokumenty. Oczywiście Larandar i Brig mogli wziąć sobie jakieś trofea.
Krasnoludowi podobały się niektóre trucizny i pancerz członka Szponu. Elf zaś
zainteresował się mieczem Larsa Schreibnera.

-
On ma właściwości magiczne. – Stwierdził tylko Hakirus.

-
Ale jakie dokładnie? – Dopytywał elf.

-
Tego nie wiem. Jeszcze. Ale się dowiem.

Fechmistrz
nadal czuł pieczenie skóry na plecach. Prawdopodobnie zostanie po tym rana do
końca życia. Byleby nie bolało za bardzo.
Zresztą i tak „kolekcjonował” różne rany. Nie zamierzał nią z nim robić. Niech mi przypomni o tej walce. Szpon
może i był organizacją płatnych morderców, ale teraz elf rozumiał lepiej ich
działanie. I w pewien sposób szanował. Oni byli oddani swojej robocie, wierzyli
w nią. Nie znaczy to, że można ją usprawiedliwić. Jednak nie potrafił podejść
obojętnie wobec tych ludzi. Nawet Schreibnera. On, pomimo tych wszystkich
potworności jakich dokonywał, wciąż pozostał wierny sobie. Może też i wierny
Urlykowi. Zresztą kardynał von Jörge czuł dokładnie to samo.

-
Co zrobicie z ciałem Schreibnera? – Zapytał arcyksięcia.

-
Pewnie pochowamy. Nie zamierzamy w żaden sposób wykorzystywać tych ciał. –
Oznajmił kanclerz.

-
Wasza wysokość, Lars był kiedyś wyznawcą Urlyka. Chciałbym zabrać jego ciało i
pochować na naszym cmentarzu. Bez honorów.

-
A pozostali? – Dopytywał Ferdynand.

-
Nie znam ich. Trudno stwierdzić mi, na ile walczyli dla swoich ideałów, nawet
tych zatraconych, a na ile dla pieniędzy czy przyjemności. Szpon przyciąga
bowiem różnych osobników.

Kanclerz
się zgodził. Zresztą sam się zastanawiał, co się teraz stanie. Czarny Szpon nie
działał tylko w stolicy. Rozbicie jednej, nawet ważnej komórki organizacji, nie
ukróci jej działania. Szpon będzie dalej istniał, może któregoś dnia powróci do
Altburga. W dodatku skrytobójcy byli tak dobrze zorganizowani, że nie zostawili
żadnych dokumentów, które świadczyłby o ich powiązaniach ze Szponem w innych
miastach. I to najbardziej przerażało arcyksięcia. Z dwóch powodów. Pierwszy to
prozaiczny, czyli zemsta. Drugi był jeszcze gorszy. Istniało pewne
prawdopodobieństwo, że Czarny Szpon ma w stolicy jeszcze jedną komórkę. Albo w
ogóle organizacja jest dużo bardziej skomplikowana niż się to wydawało.

-
Co się stanie ze zbroją Schreibnera? – Zapytał na całą salę Brig.

-
Chcesz ją? – Odparł arcyksiążę wybity ze swych rozmyślań.

-
Jest zbyt mało praktyczna. Świeci. A okazała się zbyt słaba.

Krasnolud
też zrzucił z siebie ciężki pancerz, zanim jeszcze czar Hakirusa przestał
działać. Bregsorn ukucnął przy ciele Larsa i jeszcze je przeszukał. Znalazł tam
drugi taki sam kamień dalekowidzenia. Podniósł go i zaczął się nim bawić. W
końcu czarodziej przypomniał sobie o pierwszym i zaczęli się nimi bawić. I
łączyć.

Na
każdym z nich wyświetlał się obraz osoby trzymającej drugi. I przenosił się też
dźwięk. W ten sposób mogli się porozumiewać na odległość.

-
Fascynujące. – Mruczał pod nosem krasnolud. – To dzieło Moredheli?

-
Czemu nie elfów? – Wtrącił się Larandar.

-
Bo elfy zżerają korę z drzew, a Mroczniaki zajmowały się technologią.

-
Technomagią. – Poprawił go Hakirus. – Tak to ich dzieło. Nie wiem na jakiej
zasadzie działa dokładnie, ale przynajmniej wiemy jak to obsługiwać. I co to
jest.

Do
piwnicy wbiegł zziajany sierżant Gustav van Halen.

-
Wasza wysokość, znaleźliśmy dokumenty.

Wszyscy
podnieśli się na te słowa i szybko podążyli za sierżantem.

Zaprowadził
ich do małej izby, do której dostęp faktycznie miał już tylko i wyłącznie Schreibner.
Tu znajdowały się wszelkie dokumenty Czarnego Szponu. Jednak dość mocno
rozczarowujące. Żadnych powiązań. Jedynie zlecenia.

Larandarowi
jednak to odpowiadało. Zaczął je przeglądać szybciej i szybciej, szukając
konkretnego.

-
Anzlem II chce zabić Gerharda III. – Oznajmił.

-
A to ci nowina. – Ironizował Brig.

-
O… Ktoś chce sprzątnąć Muerte… – Dodał elf.

-
Dariusa Muerte? Tego od „Naszego Dziennika”? – Zapytał arcyksiążę.

-
Tak. Jakiś Daniel Sherstock, pierwsze słyszę. – Mruknął Larandar.

Reszta
też nie kojarzyła tego imienia i nazwiska.

Fechmistrz
zaś przeglądał szybko kolejne zlecenia. Znalazł nawet to na Hakirusa/Rostovsky’ego,
ale nie poinformował o tym głośno.

-
Jest i na mnie… – Wymamrotał. – Tylko na mnie. – Spojrzał na Briga.

-
Kto? – Rzucił zdenerwowany Bregsorn.

-
Randal…

-
Nizioł? – Zdziwił się Ferdynand.

-
Ten nizioł? – Powtórzył Hakirus. – O ja…

- Tak, ten pieprzony
konus…

Komentowanie nie jest możliwe :, więcej...

CC.

przez , 15.gru.2010, w Bez kategorii

W ciągu godziny udało się otoczyć
wspomniany magazyn. Larandarowi wciąż było trudno uwierzyć, że wszystko dzieje
się tak szybko. Jeszcze niedawno dotarł do Hakirusa, który szybko zajął się
uleczeniem Briga. No i ściągnięciem magów, choć ci w tej walce wcale nie mieli
być najważniejsi.

Kardynał
von Jörge przysłał swoich kapłanów, uzbrojonych, zakutych w ciężkie zbroje.
Podobnie uczynił arcyksiążę Ferdynand wysyłając tu cztery legiony żołnierzy
oraz kompanię straży miejskiej.

-
O co tu chodzi? – Irytował się jedynie rektor Grass. – To Uniwersytet, nie
macie prawa prowadzić tu żadnych działań wojennych.

-
Arcyksiążę pokryje koszty wszystkich szkód, jakie wyrządzimy. – Zapewniał go
elf. – Ale jeśli znajdziemy tu to, czego szukamy, obawiam się, że Uniwersytet
będzie musiał się grubo z tego tłumaczyć.

-
To wydział alchemii, czego możecie tu szukać?

-
Czarnego Szponu.

-
Prędzej na medycynie albo na wydziale przyrodniczym. – Odparł Jörg. – Ale nie
wiedziałem, że szpony są nielegalne.

Profesor
zbyt długo żył w świecie nauki, by znać świat takim jakim jest. Larandar nie
wiedział przez chwilę co powiedzieć.

-
I skrytobójców. – Dodał nieśmiało. Oby
wiedział, co to znaczy.


-
Takich jak byli kiedyś w Kongregacji?

-
Skrytobójcy z Kongregacji? – Zdziwił się elf.

-
Polecam wybrać się do katedry historii. Przed Wojną na terenach dzisiejszej
Kongregacji, w Arabii działała Gildia Assasynów. Ale Wojny chyba nie
przetrwali. Okres powstawania Kongregacji to był bardzo burzliwy czas dla
tamtych ziem. Ludność musiała zmienić swoje obyczaje. Twierdzicie zatem, że ci
skrytobójcy wynieśli się stamtąd i osiedli na Uniwersytecie?

-
To całkiem prawdopodobne. – Stwierdził fechmistrz. Choć nie wiem, ważne byś w to wierzył panie rektorze. – Przekonamy
się jak ich pojmiemy i przesłuchamy.

-
Nie rozumiem tylko, co do tego ma ten szpon? – Zastanawiał się naukowiec.

-
Ja też nie mam pojęcia. – Kłamał Larandar. – Prawdopodobnie jakiś znak
rozpoznawczy.

-
Albo jakieś godło, a może coś związanego z rytuałem. Gildie często mają takie
odchyły. – Sugerował Grass.

-
Oczywiście. – Niektóre, jak Gildia Magów,
to jeden wielki odchył.


Elf
spojrzał na ulicę, obok Briga stał kardynał von Jörge. Na własnych nogach, nie
wspierał się kulami, ale nie walczył. Krasnolud również nie zamierzał,
przynajmniej na razie wejść do środka. Żołnierze podeszli pod drzwi. Jednak
nikt nie wydał rozkazu, czekali. Larandara to irytowało. Czemu nikt tu nie dowodzi. Zauważył w końcu van Halena wśród
kręcących się wojskowych.

-
Przepraszam. – Rzucił do Jörga Grassa i pobiegł do sierżanta. – Czemu nie
atakujecie?

-
Książę osobiście chce to zobaczyć. – Odpowiedział mu Gustav.

-
Chyba nie zamierza walczyć? – I mam
nadzieję, że dobrze trafiłem.


-
Oczywiście, że nie. Przyszedł tylko nadzorować.

Wraz
z nim pojawili się i inni dworzanie. Głównie gapie. Nawet jakiś minstrel z
cytrą w ręku, który wyśpiewywał historię o walecznych potomkach Zigmara, w ten
sposób próbował zagrzać do boju żołnierzy.

Ferdynand
przyjechał na koniu. Ostatnio twierdził, że musi się więcej ruszać, gdyż za
dużo czasu spędzał na czytaniu dokumentów. Dlatego gdzie tylko mógł, nie
przemieszczał się karetą. Oczywiście ochronie się to nie podobało, ale to on
był księciem, on ustalał zasady. Larandar sam musiał przyznać, że faktycznie
kanclerz dużo ryzykuje. Gdyby ktoś chciał go sprzątnąć, okazja sama się
nadarza, a fanatyków nie brakuje. Front może miał teraz nowego wroga w osobie
Gerharda III, ale mało prawdopodobne by zapominał o innych urazach.

-
To ten budynek? – Zapytał arcyksiążę podjeżdżając do fechmistrza.

-
Tak mi się wydaje. – Przyznał Larandar. – Wszystko na to wskazuje. – Zaraz się
poprawił.

-
Sam byś atakował, prawda?

-
Owszem, ale boję się, że minęło zbyt dużo czasu, że mogli się wynieść.

-
Nie wynieśli się. – Wtrącił się kardynał von Jörge. – Lars jest zbyt dumny, by
się wynieść. Pierwej zginie, niż da się złapać.

Ferdynand
siedząc na koniu przytaknął. Potem podniósł rękę. Żołnierze natychmiast
przekazali rozkazy. Rozpoczęła się pacyfikacja budynku. W momencie gdy pierwsi
podeszli do ścian, z okien zaczęto do nich strzelać z kuszy i łuków. Czarny
Szpon był gotów do walki.

Arcyksiążę
zabrał rękę.

Żołnierze
się zatrzymali. Czekali na dalsze rozkazy.

-
W imieniu arcyksięcia Ferdynanda – wydzierał się van Halen – nakazuje się
wszystkim ukrywającym się w budynku, wyjść i poddać. Czeka was uczciwy proces.

Gustav
spojrzał na swego pryncypała i czmychnął gdzieś do dalszego rzędu. Po co mi było zostawać sierżantem.

W
oknie zaś pojawił się Lars Schreibner. W święcącej jasnym światłem zbroi.

-
Odrzucamy te żądania. Jeśli chcecie nas, to przyjdźcie po nas. Ale ostrzegam,
będzie to was dużo kosztowało.

Ferdynand
podniósł dłoń i zacisnął ją.

To
był ostatni umówiony znak, ataku.

Magowie
zaczęli ciskać pociskami w budynek. Łucznicy celowali w okna, a inni żołnierze
zabrali się za zdobywanie budynku.

Wszyscy
pozostali jedynie obserwowali.

-
Co tu się wyprawia? To nie są chemiczne eksperymenty! – Oburzał się Jörg Grass.
– Żeby w tej zawierusze nie zniszczyli naszych książek i dokumentów!

Ale
nikt się tym nie przejmował. Bitwa trwała w najlepsze i bardzo szybko
przeniosła się w całości do budynku, a dokładniej jego piwnic.

Dopiero
po około godzinie walk, żołnierze donieśli, że teren jest już prawie opanowany.
Została nieliczna grupka stawiająca opór. Larandar spojrzał na Briga. Czas
dołączyć się do walki. Elf żałował jedynie, że jego broń nie jest teraz
sprawna. Z łatwością wykosiłby ostatnich pozostałych przy życiu członków
Szponu. Musiał posiłkować się kuszą, którą dostał od królewskiego zbrojmistrza.

Hakirus
jeszcze raz rzucił na nich czar lekkości, dzięki czemu mogli spokojnie biegać w
płytowych zbrojach, co wywołało aplauz zgromadzonego tłumu.

-
Jak to możliwe? Jak to możliwe? To chyba jakiś lekki metal. – Zastanawiał się
Grass.

-
Magia. – Wytłumaczył mu czarodziej.

-
A… czyli oszustwo… Szkoda na to czasu.

I
zdegustowany rektor poszedł badać lepkość cieczy, która łaziła mu po głowie od
samego rana.

Piwnice
zaś były wyścielone trupami. Głównie żołnierzy, choć znajdowało się też kilku
przedstawicieli Czarnego Szponu, oraz dwóch lub trzech kapłanów. Skrytobójcy
zostali przetrzebieni, ale nie pokonani. Pięciu, w tym Schreibner, stało w
kole, chroniąc swoje plecy i walczyło. Byli poranieni i zmęczeni. Ale się nie
poddawali.

Lars
spojrzał na elfa. Poznał go, ale nie zareagował. Może nie miał już sił. Może
zaś pogodził się ze śmiercią. A może wybrał sobie tego, który miał go zabić.

Zupełnie
przestał zwracać uwagę na walczących z nim żołnierzy. Nagle zbroja profesora
alchemii zaczęła się jarzyć jasnym światłem jeszcze bardziej, wręcz
oślepiająco. Szpon szybko przejął inicjatywę. Pozostali przy życiu skrytobójcy
jakby wpadli w jakiś szał wojenny. Albo ruszyli w ostatnie natarcie.

Larandar
nawet nie zauważył, kiedy Schreibner dotarł do niego. To Lars atakował. Uderzał
mieczem, a elf mógł jedynie się bronić i parować ciosy. Nawet dużo lżejsza
zbroja nic nie dawała. Pot spływał z twarzy profesora, każde kolejne uderzenie
wymagało od niego poświęcenia. Fechmistrz zaś zrozumiał, że stanął do walki z
dużo sprawniejszym przeciwnikiem. Muszę
znaleźć sposób, obejście.
Inaczej nie miał szans. Nawet zmęczenie nie
pokonało wroga.

Elf
tylko czuł jak kolejne uderzenia trafiają w jego pancerz. Gdyby nie ciężka
płytowa zbroja, pewnie byłby już ranny. Musiał koniecznie coś wymyślić. Gdy ich
miecze znów się skrzyżowały, pozwolił Larsowi napierać. A potem odsunął się,
odskoczył. Schreibner prawie się przewrócił. Odsłonił na chwilę, ale nie na
tyle długo by zadać mu cios. Dało się go jedynie kopnąć. Wyrwać na chwilę z tej
wspaniałej, wyćwiczonej równowagi. Mimo to przywódca Czarnego Szponu nadal się
nie odsłonił. Skoncentrował wszystkie siły by się nie przewrócić.

O
to właśnie Larandarowi chodziło. Wróg spodziewał się ataku, a nie ucieczki. Elf
odwrócił się i zaczął biec, przed siebie. Byle zmylić Larsa.

Bregsorn,
który walczył z innym członkiem Szponu, widział to kontem oka. Zwątpił w
przyjaciela.

Schreibner
zaś nie zamierzał ganiać za elfem. Podążył za nim, ale po drodze zatrzymał się
przy skrzyni. Wyciągnął z niej pewną ampułkę i gdy tylko mógł rzucił w nią w
fechmistrza. Ten poczuł, że zbroja robi się gorąca. Jakiś kwas wdawał się w
reakcję. Musiał ją jak najszybciej zrzucić. Odsłonić się.

Lars
się jedynie uśmiechnął.

Elf
zaś był prawie bezbronny. Nawet nie wiedział, kiedy odrzucił miecz.

-
Chciałem zainkasować nagrodę za twoją głowę. – Powiedział głośno Schreibner. –
Ale okoliczności…

Larandar
rozpaczliwie szukał choćby kuszy. Czuł też jak kwas wdziera mu się w plecy.

-
To już koniec, panie Larandar… – Uśmiechnął się Lars.

-
Jeszcze nie! – Odezwał się arcyksiążę Ferdynand. – Strzelać!

Dziesięciu
kuszników wystrzeliło w kierunku przywódcy Szponu. Przeładowali. Wystrzelili
jeszcze raz. Szybciej niż się spodziewał.

Potem
pozostało im już tylko wystrzelać pozostałych przy życiu członków Szponu.

Komentowanie nie jest możliwe : więcej...

CXCIII.

przez , 06.gru.2010, w Bez kategorii

Rankiem następnego
dnia elf wiedział, że muszą odwiedzić sokolników i bosmana. Wpierw jednak wolał
pójść do tych, których nie znał. Bosman pewnie będzie życzył sobie pieniędzy za
radę, więc lepiej by zapłacił za coś, czego nie uda się inaczej dowiedzieć.

-
Gdzie jest szpon? – Zapytał Brig rozglądając się po pokoju.

-
To wy wczoraj go szukaliście, czemu sądzicie, że my znamy odpowiedź? – Dziwił się
Mirak.

-
Podchmieleni wrócili, no, no… A to się teraz nazywa szukanie Szponu? – Śmiałą
się Ishet.

-
Szpon, czarny szpon…

-
Nie wytrzeźwiał. – Mruknął pod nosem mag.

-
Rozumiem, że wy dziś znów zostajecie i się leczycie? – Wtrącił się Larandar.

-
I odpoczywamy. – Dodała chłopka.

-
A gdzie ta czarna ptasia łapka, którą mieliśmy?

-
Jedną gdzieś podrzuciliśmy. – Stwierdził czarodziej. – Tylko nie pamiętam
gdzie.

-
Ja mam jedną! – Odezwała się Ishet i zaczęła grzebać w swoich rzeczach. –
Wisiorek, kradziony… Złote zęby. A może tygrysa chcecie? Znaczy skórę z
tygrysa… O jest.

-
Obejdzie się bez tygrysa. – Rzekł elf. – Potrzebuję tylko tej czarnej łapki.

-
Przecież mówię, że mam.

Podała
mu. Fechmistrz schował szpon w swoich szpargałach. Trochę się go brzydził, bo
powoli zaczynało się to rozkładać.

-
Obawiam się, że długo nie pociągnie.

-
Wpierw ich znajdź, potem mów o ich szansach. – Pouczyła go chłopka.

-
On mówił o Brigu. – Zażartował sobie Mirak.

-
Naprawdę, a co mu jest? Grypa krasnoludzka? Ma podkrążone oczy…

-
Ja? – Zdziwił się szlachcic. – E…

-
Dwa do trzech tygodni, – stwierdził mag.

-
Zostajesz tu, zahaczasz o świątynię Shlayan czy idziesz ze mną? – Zapytał krasnoluda
elf.

-
Ja? – Bregsorn nie wiedział, co powiedzieć.

-
Brak zdecydowania, to przedostatnie stadium. Tuż przed łysieniem. – Rzekła chłopka.

Skołowany
krasnolud wyszedł z izby nie i dopiero na korytarzu zapytał Larandara, czy ma
podkrążone oczy. Ten buchnął gromkim śmiechem, ale nic nie powiedział.

Po
godzinie dotarli do baraków sokolników. Była to otwarta przestrzeń, tuż obok
lasu. Trawa zielona, wysoka, nic tu się nie wypasało. Czasem tylko wypuszczano
zające bądź króliki, na które polowały ptaki. Słychać było pisk z klatek. Ale
niewiele osób się tu kręciło, to dość spokojna okolica.

Larandar
podszedł do jednego z pracujących, starszemu mężczyźnie z siwymi wąsami,
wyciągnął książęcy glejt i rzekł.

-
Potrzebuję pomocy, kto z was mógłby mi odpowiedzieć na kilka pytań o waszej
działalności.

-
Nic nie zrobiliśmy panie. – Tłumaczył się zatrzymany. – Nie wiem, czego od nas
chce książę.

-
Porozmawiać. Niekoniecznie chodzi o was. – Oznajmił elf.

To
uspokoiło trochę mężczyznę. Okazało się, że był on starszym sokolnikiem, który
zarządzał pozostałymi. Przynajmniej nie musieli się jeszcze raz wylegitymować.
W końcu fechmistrz wyciągnął czarną ptasią nogę i pokazał ją sokolnikowi.

-
Czarny Szpon… – Wymamrotał przestraszony. – Wy… – Spanikował. – Co ja wam
zrobiłem?! Czemu chcecie mnie zabić!

Zaczął
grzebać przy swoim nożu.

-
Uspokój się! – Zirytował się elf. – Nikt nie chce cię zabić. Tylko zadajemy
pytania!

-
Przecież wiecie co to jest!

-
Jaki to ptak. Umiesz to rozpoznać? – Zapytał spokojnie elf. Raz, dwa, trzy… zaraz trzepnę kolesia!

Siwy
wziął do ręki szpon i dokładnie go obejrzał.

-
Pomalowany.

Brig
spojrzał na niego i powstrzymywał się od śmiechu. A mogłem pójść do Shlayan, przecież sam wiedziałem, że pomalowany.

-
I trochę poprzycinany. Ale potrafię to rozpoznać. Jastrząb. Dużo tu takich.

-
Ktoś od was może kupował je ostatnio? – Zapytał elf.

-
Jastrzębie? Nie. Nie hodujemy ich. Głównie sokoły, owszem są też i jakieś orły,
ale głównie to sokoły. Jastrzębi i pustułek nie hodujemy. Nie wykorzystujemy
ich, ale uprzedzając pytanie, to wątpię by ktokolwiek je hodował. Za dużo lata
ich na dziko. Pustułki znajdziecie nawet w Altburgu. Jastrzębie pewnie też. Ale
jak wyjdziecie poza miasto, z łatwością upolujecie te ptaki.

Larandar
trochę spochmurniał. Niedobrze, wciąż
brakuje punktu zaczepienia.


-
Rozumiem, że nikt nie kupuje od was ptasich nóżek.

-
Nie! – Oburzył się starszy sokolnik. – Pan nie wie ile wyszkolone ptaki
kosztują. Tylko idiota kupowałby ptaka, by odciąć mu nogę. To wyrzucanie
pieniędzy w błoto.

- Rozumiem. – Przyznał elf.
Zbyt ceni swoją pracę, ale może mieć
rację.
– Dziękuję, to chyba wszystko, przynajmniej na razie.

Komentowanie nie jest możliwe :, więcej...

CLXXXIV.

przez , 28.lis.2010, w Bez kategorii

Noc była dość
ciepła i bezchmurna. Larandar jednak nie mógł spać, stał na werandzie i
spoglądał na gwiazdy i dwa księżyce.

-
Widziałeś tutejszą latarnie? – Zagadnął go kardynał, który również wyszedł
chwilę się przewietrzyć.

-
Nie interesuje mnie tak bardzo jak gwiazdy. – Przyznał elf. – Widzę, że
świątobliwość też nie może spać.

-
Czuwam. – Uśmiechnął von Jörge.

-
Ale mam wrażenie, że raczej jest to oczekiwanie.

-
Bo jest. Tak, przyjdą dziś w nocy. Jestem tego pewien. – Powiedział Gustav.

-
Podziwiam pańską wiarę. – Rzekł fechmistrz.

-
To nie ma nic wspólnego z wiarą. Dawno ją już straciłem. W momencie, gdy Urlyk
zaczął mi odpowiadać. Ufam mu bezgranicznie. Wiem, że dziś przyjdą, bo tak mi
powiedział. Ale nie wiem, jak potoczą się nasze losy.

-
A czy on wie?

-
Nie jestem tym, który śmiałby nad tym się zastanawiać. Teologia mówi, że
bogowie mogą wpływać na nasz los, ale szanują też naszą wolę. I wszystkich
innych. Przynajmniej w tej erze. W czasach Kompanii Chaosu nikt z żywych nie
miał prawa choćby marzyć. Dopóki nie pojawił się Uroboros. Stare dzieje, a ja
znów zaczynam kazanie. – Uśmiechnął się starzec.

-
Ale ciekawe. – Zauważył Larandar.

-
Będzie trzeba je zakończyć później.

Nie
musiał mówić nic więcej. W ogrodzie coś się poruszyło. Byli obserwowani.

Elf
wyciągnął swą broń.

-
Może kot. – Stwierdził. – A może nie.

-
Sprawdzają naszą czujność. Nie zaatakują teraz. Jesteśmy zbyt ożywieni. – Dodał
kardynał. – Przeprowadzili już dwa ataki, ten będzie dobrze rozegrany.

-
Tego właśnie się boję. – Przyznał elf.

Gustav
nic nie mówiąc wrócił do środka. Larandar został na zewnątrz.

W
środku wszyscy zebrali się w wielkiej sali, gdzie przyniesiono łóżka. Niektóre
kapłanki modliły się z boku w kapliczce, ale najwięcej osób chodziło po
antresoli. W tę i we w tę. Z góry mieli dobry ogląd na sytuację, ale nic się
nie działo.

Ishet
zasnęła. Mirak i Hakirus także podsypiali. Brig stał na schodach na górę i
zastanawiał się, czy położyć się na chwilę, czy lepiej nie. Na ich miejscu poczekałbym z atakiem. Dwa,
trzy dni takiej nerwówki i sami zaczniemy się zabijać. A potem, będziemy już
tak zmęczeni, że staniemy się idealnym celem.


W
końcu sam usiadł na schodach i przysnął.

Obudziło
go dopiero jakieś stukanie na dachu. Ktoś tam chodził i nawet się nie skradał.
Krasnolud podniósł swój topór, wstał na równe nogi i nerwowo się rozglądał.
Zresztą nie tylko on. Prawie wszyscy, którzy tu próbowali spać, czuwali. Elf
wyciągnął swą broń, nawet magowie zaniepokojeni próbowali szykować jakieś
czary.

-
Zamknąć drzwi. – Rozkazał kardynał. Mam
nadzieję, że się nie mylę.


Rycerze
i wojowniczki szybko zaryglowali wejścia. W izbie dało się odczuć niepokój.
Nikt nie spał. Nawet Bennet, który udawał zrelaksowanego. Ale w głębi serca był
przerażony. Pewnie mnie porwą. Po co
mielibyśmy to robić?
Usłyszał głos w swojej głowie. LeFevre. Zdrajcy serce
zaczęło bić dwa razy szybciej. Strach go sparaliżował. Stracił nadzieję. Przybyli taką siłą, jakiej się nie spodziewaliśmy.
A on wie wszystko…


-
O kurwa… – Wymamrotał.

Jego
oblicza pobladło. Nawet włosy jakby nagle osiwiały od stresu.

Ishet
spojrzała na niego, gdy nagle nad sklepieniem coś wybuchło. Sufit załamał się.
Spadł! Nie cały, tylko części. Chłopka odskoczyła wystraszona. Iluminari
został. W ogóle się tym nie przejmował. Jakby czekał na śmierć.

Do
izby wpadły trzy butelki z płonącym lontem, zrobionym z jelit jakiś zwierząt,
by nie palił się zbyt szybko, ani zbyt wolno. Nim zdążyły rozbić się o podłogę
eksplodowały. Jedna po drugiej. W środku znajdował się proch, gwoździe i ostre
kawałki metalu. Rozprysły się po całej komnacie raniąc prawie wszystkich.
Jednych mniej. Innych bardziej. Jeden z magów dostał w oczy. Wydzierał się z
bólu, krew zalewała mu twarz.

Ishet
też dostała wiele ran. Znajdowała się zbyt blisko eksplozji. Upadła na ziemię.
Nie miała nawet siły płakać.

Larandar
próbował wyciągać wbite kawałki metalu z lewej ręki. Ale nie miał sił, by
przezwyciężyć ból. Każde dotknięcie i próba poruszenia odłamkiem bolały.

Jedynie
Bennet siedział niewzruszony. W ogóle nie interesowało go to, że był ranny. On
żegnał się z życiem.

Następnie
do izby wrzucono gniazdo pszczół. Rozbiło się. Rozwścieczone owady żądliły
wszystkich. Niektórzy próbowali otworzyć drzwi, ale kapłani protestowali. Jeden
z magów, panicznie bał się insektów. Bezmyślnie rzucił kulę ognia. Izba zaczęła
płonąć. Jedne z drwi także. Nawet nie zdawał sobie sprawę z tego, że dobił
jednego z rycerzy.

Chaos.
W komnacie panował chaos.

I
słychać było walenie w drzwi. Siekierami. Dobijali się.

Ogień
osłabił je na tyle, że nie wytrzymały długo. Pękły. Do środka zaczęli wpadać
najemnicy. Zbiry z różnych grup, którym udało się przedostać przez mur. Może
ktoś ich tu wpuścił. Wpadli do środka i rozpoczęła się walka.

Byli
doskonale przygotowani. Do izby weszli strzelcy uzbrojeni w magiczne strzały
celnego trafu. Nie mieli ich dużo. Ale wystarczyło, by zlikwidować zagrożenie
ze strony magów. Zanim, cokolwiek zdążą zrobić.

Trzy
w wystrzały i Hakirus zostali z Mirakiem sami.

-
Kryj się! – Ryknął starszy czarodziej. Zranią
nas! Zneutralizują ale nie zabiją!


Strzała
leciała wprost na niego. Rzucił wszystko i runął na podłogę. Strzała zakręciła
i wbiła mu się w plecy. Zaczął kaszleć krwią. I wszedł w stan magicznej stazy,
zawieszenia między życiem a śmiercią.

Mirak
wbiegł po schodach na górę i schował się za barierką. Liczył, że nikt go nie
zobaczy. Ale zupełnie zapomniał o naturze strzał. Strzelec nawet nie musiał
celować. Pocisk i tak trafiał, niezależnie gdzie ofiara się schowała. Choć
faktycznie, dzięki zmianom trajektorii, dzięki poszukiwaniu, strzała traciła na
prędkości. Dopadła młodszego czarodzieja, wbiła się w niego, ale nie zabiła go,
a jedynie wyłączyła z walki.

Brig
starał się walczyć stojąc na schodach. Machał toporem i ścinał tych, którzy do
niego podeszli. Ale nie wyglądało to zbyt dobrze. Widział ciała kilku kapłanek,
które leżały na ziemi, martwe bądź umierające. Widział trupy magów. I
dogorywających kapłanów. Ogarnęła go wątpliwość. Nie przetrwamy tego!

Larandar
zaś nie nadążał z przeładowywaniem broni. Jednym wystrzałem ściągał co najmniej
dwie, trzy osoby, ale kolejne przechodziły przez drzwi. I dalej walczyli. Nie
zważali ani na swoje rany, ani na swoją śmierć. Atakowali w amoku. Spojrzał na
Benneta, ten również znajdował się w przedziwnym stanie. Jakby walka w ogóle go
nie dotyczyła. Może rozumie, że nie mamy
dokąd uciec?


Gustav
von Jörge walczył ramię w ramię z Augustą. Oboje spoglądali co chwilę na
siebie. Nie tylko pilnowali swoich tyłów, ale też trochę oceniali siebie. Choć
bez słów. Zresztą nie potrzebowali ich. Doskonale się rozumieli, nie była to
ich pierwsza wspólna bitwa.

Gdy
kardynał pociągnięciem od dołu załatwił jednego z napastników, zauważył uśmiech
na twarzy kapłanki. Znał jej styl. Ona by użyła tu pchnięcia. Pewniejszego w
ataku, ale jednocześnie trochę się odsłoniła, no i musiałaby zachować
równowagę. On też widział w jej walce ruchy, których by się nie podjął. Ale doskonale
je rozumiał. I z wzajemnością. Stojąc ramię w ramię, stanowili zgraną drużynę,
niepokonaną. Silną mocą Urlyka i Myrneman. I jako jedyni w walce nie odnieśli
ani jednego zadraśnięcia.

Larandar
ściągał kolejnych maruderów. Wystrzał. Przeładowanie. Wycelowanie. Wystrzał.
Przeładowanie. Wycelowanie. I jeszcze raz, od początku. Tylko musiał zauważyć
wrogów. W izbie było ich coraz mniej. Atak
słabnie. Albo coś szykują.


Przez
dłuższą chwilę nikt nawet nie próbował wejść do komnaty. Dopiero, gdy w sercach
obrońców na nowo zagościła nadzieja, do izby weszło trzech mężczyzn. W czarnych
zbrojach.

Elf
od razu ich rozpoznał. Gildia
Skrytobójców. Czarny Szpon.


Jeden
podbiegł w kierunku schodów. Wprost do Bregsorna. Krasnolud wymachiwał swym
toporem, ale skrytobójcy mieli bardzo długie miecze. Stał w odległości, z
której Brig nie mógł nawet go dotknąć. Musiałby rzucić toporem, ale odsłoniłby
się. Zabójca czekał, prawie nieruchomo na dobry moment. Czuł zdenerwowanie swej
ofiary. I nagle dźgnął ją z całej siły. A potem kopniakiem złamał rękę. I
przeskoczył krasnoluda, by wyłączyć z gry wszystkich, którzy znajdują się na
antresoli, a jeszcze mogą walczyć.

Drugi
szedł wprost na fechmistrza. Ten celował do niego i strzelał. Ale kule wbijały
się w ciężką zbroję. Głowa! Ma
nieosłoniętą głowę!
Zostało tylko wycelować!

Trzeci,
najpotężniejszy z nich, ich przywódca szedł wprost do kardynała i kapłanki.
Stanęli przed nim. Gotowi by walczyć. Gotowi by umrzeć.

-
Schreibner… – Wymamrotał kardynał. Poznał swego przeciwnika.

-
Lars – dodała Augusta. – Nie wygrasz z nami w równej walce!

Też
go rozpoznała.

Skrytobójca
tylko się uśmiechnął. Czytasz w moich
myślach skarbie.


Elf
już miał nacisnąć na spust, gdy nagle coś go oślepiło. Świetlista zbroja.
Oszustwo Schreibnera. Jego czarna zbroja zaczęła się tlić jasnym światłem. I
kardynał i kapłanka musieli zmrużyć oczy. Tylko chwila mu wystarczyła by ich
powalić.

Drugi
skrytobójca dopadł fechmistrza. Na wpół oślepiony elf nie wiedział nawet, co
się dzieje. Czuł tylko ból jaki zadaje mu miecz wbijający się w ciało.

Dopiero
gdy leżał na podłodze zrozumiał, że oni nie zamierzali go zabić. Ani nikogo
innego na sali, z wyjątkiem Benneta.

Lars
Schreibner podszedł do zdrajcy. Ten ze spuszczoną głową nawet nie spojrzał na
swego oprawcę. Skrytobójca odciął mu głowę, a następnie wyciągnął czarny szpon
i rzucił go na ciało Benneta.

Fechmistrz
to widział i zalewała go złość. Chciał dosięgnąć swej broni i ustrzelić choćby
jednego ze skrytobójców. Ale nie miał sił.

Zabójcy
wychodzili z izby zostawiając tu pobojowisko. Lars spojrzał jeszcze raz na
rannych.

-
Dopadnę cię… – Wymamrotał elf.

Schreibner
zbliżył się do leżącego. Przyjrzał się mu.

-
Larandar, prawda?

Fechmistrz
potwierdził.

-
Jesteś w błędzie mój przyjacielu. – Powiedział skrytobójca. – To ja cię
dopadnę, gdy tylko cena za twoją głowę podskoczy na tyle wysoko, aż będzie mi
się to opłacało.

Larandar
nie wiedział, co powiedzieć. Zdziwił się.

Lars
odwrócił się i już prawie wyszedł z izby, gdy elf zapytał.

-
Kohert?

Schreibner
parsknął śmiechem.

-
Kohert? – Odwrócił się i spojrzał na leżącego. – Było takie zlecenie. Ale on
już jest niewypłacalny, nie żyje. Ktoś inny chce twojej śmierci i już płaci
wyjątkowo dobrze. I jego oferta ciągle idzie w górę.

Potem
spojrzał jeszcze raz na Benneta i wyszedł.

Elf bardzo szybko
stracił przytomność.

Komentowanie nie jest możliwe : więcej...

LXXIV.

przez , 20.lip.2010, w Bez kategorii

            W
„Dobrych wieściach” odpoczywali jeszcze przez dziesięć kolejnych dni. Dopiero
wtedy Larandar czuł się na tyle, że mogli ruszyć dalej. Zresztą, Eon został
okrzyknięty bohaterem całego Wału, po tym jak dostarczył pojmanego przedstawiciela
Czarnego Szponu. Nikt nie wnikał jak to zrobił, zresztą on bardzo chętnie
opowiadał o tym przyjezdnym. Wiedział, że wśród nich są i członkowie tej
organizacji, którzy chcieli go wybadać. Jehudiemu, przed wydaniem go władzom,
odcięto język. Karczmarz dorobił historię o szalonym mordercy, który zaczął
zabijać dla czystej przyjemności. To się świetnie uzupełniało z mordem, o
którym wszyscy rozmawiali, a i przedstawiciele Szponu nie mieli się czego
czepiać. Choć Eon doskonale wiedział, że mają swoje sposoby na wydobycie prawdy.
Dlatego nalegał, by go nie wtajemniczać w szczegóły. Wiedział, że robiąc wokół
siebie szum, zabezpiecza się przed śmiercią, ale nie przed przesłuchaniem.

            Cała
piątka zaś, spokojnie obserwowała jak miasto wraca do normy. Mieszkańcy znów
stali się ufni i spokojniejsi, a wielu z nich, zaciekawionych dokonaniami Eona,
przychodziło z ciekawości do jego zajazdu. On zaś chętnie opowiadał nie tylko
tę historię, ale też te z czasów swojej młodości. Wiele z nich ubarwiał.
Niebawem przylgnęło do niego przezwisko „ostatni poszukiwacz skarbów”. Hardy
pięćdziesięciolatek oczywiście cieszył się, mogąc ubarwiać swe dawne dzieje.
Jedynie wieczorami, gdy już nie było klienteli, a mógł z Hakirusem powspominać,
mówił prawdę. Te dzieje, nie były ani tak barwne, ani tak zabawne. Większość
przygód kończyła się kłopotami, względnie uciekaniem przed nimi. Awanturnictwo,
brawura i bohaterstwo świetnie się sprzedawały, acz nie miały wiele wspólnego z
prawdziwym Eonem.

            Dopiero,
gdy cała piątka opuściła knajpę, elf pozwolił sobie na odrobinę komentarza.

            -
Kiedyś myślałem, że wszystkie wspaniałe historie o bohaterach są prawdziwe. Ale
widząc, to mam wrażenie, że to jedna wielka ściema.

            -
Ściema? – Zdziwił się stary mag. – Nie ściema. A sposób opowiadania.

            -
Licencja poetycka. – Dodał Mirak.

            -
O? Ale trudne słowo! – Parsknął niziołek. – Mogę zgwałcić gołębia?

            -
Chodzi o wolność twórczą. – Tłumaczył młodszy z magów. – Można nie trzymać się
pewnych reguł, czy faktów, byle historia opowiadała się lepiej.

            -
Ha! Oszustwo! Wiedziałam. – Rzuciła Ishet.

            -
I tak i nie. – Tłumaczył przyjaciela Hakirus. – Jeśli wiesz, jak buduje się
takie historie, wiesz też jak je odczytywać. To jak z rybakami. Pokazują ci, że
złowili metrowego suma, a wiesz, że to był dziesięciocentymetrowy leszcz. Ale
każdy z nich mówi o sumie. Każdy przesadza w ten sam sposób. Dzięki temu, oni
wiedzą o czym mówią, ale ktoś z boku jest zafascynowany ich wspaniałymi
opowieściami. Tak jest i tutaj. Jak doświadczysz trochę przygód, spróbujesz
wyruszyć po jakiś skarb, zrozumiesz, ile bujd jest w historiach, które ci
wciskają inni. Generalnie tak to działa. Jak sekretny język.

            -
Czyli słuchając tego, możemy założyć, że nie jesteśmy tak źli. – Stwierdził dumnie
elf.

            -
Albo, że nie ma lepszych. – Zauważył stary mag.

            -
Jak to nie ma. Ja jestem lepszy. Jestem najlepszy. – Oburzył się Randal. –
Gdybym zaczął opowiadać swoje przygody, to byście i tak nie uwierzyli. Może
kiedyś wam zdradzę kilka. Choćby o tym jak stworzyłem Miscle i Panteon.

            -
Znów udaje Zigmara. – Rzucił Mirak. – Usztywnić go?

            -
Chcesz go ciągnąć? – Zapytał Larandar.

            -
Lepiej jak gada, niż jak rozrabia. – Zauważyła Ishet.

            -
Zamiast się kłócić, popatrzcie jak wygląda świat po tej stronie murów. Niebawem
przejdziemy do Zakazanego Królestwa. Tam już nie można bezkarnie obrażać
Rassarów, ale chyba nie ma też tylu Frontystów. – Powiedział Hakirus..

            I faktycznie. Doszli do
muru, przy którym sprawdzono ich tobołki i przepuszczono przez bramę, do
wewnętrznej części Wału Rassara. Tyle, że tam spotkało ich największe
rozczarowanie ich życia. Miasto i życie w nim wyglądało dokładnie tak samo, jak
po drugiej stronie. Może ustawienie budynków się trochę różniło, ale nadal
wiele z nich było zaniedbanych. Gdzieniegdzie znajdowały się pozostałości po
Wojnie, a mieszkańcy, nie mogli być pewni kolejnego dnia.

Komentowanie nie jest możliwe :, , więcej...

LXXIII.

przez , 19.lip.2010, w Bez kategorii

            Po
związaniu Jehudiego, Mirak sprawdził jak się mają jego przyjaciele. Ishet
pomógł zimny okład, ale Larandara trzeba było opatrzyć i zanieść do Eona, by
wyleżał kilka dni. Chyba, że gdzieś udałoby się znaleźć Shlayan. Potem mag
zastanawiał się, czy uwolnić już Randala, acz uznał, że to zbyt głupie. Nigdy nie wiadomo, co niziołowi odbije.

            Zaczął
grzebać po szafkach, szukając ciekawych przedmiotów, które mogłyby się przydać
mu w czarach. Zabrał kilka czarnych szponów, te z pewnością da się wykorzystać,
choćby do postraszenia kogoś. Dopiero potem zauważył drugie drzwi. Wyjął z
kieszeni drugą rękawicę. Pierwszą wykorzystał na czar latającej pięści. Trochę
się bał, acz gdy pokonał swój lęk, wszedł do drugiego pomieszczenia. Tam
znalazł pojmanego Hakirusa. Starzec, siedział związany w jakiejś klatce. Jehudi
z pewnością obawiał się maga, dlatego go związał i zakneblował, tak, by
czarodziej nie mógł się wyrawać.

            Dopiero
Mirak uwolnił znajomego.

            -
Cieszę się, że cię widzę. Myślałem, że już po mnie. – Marudził starzec. – Ale jakoś
wyszedłem cało z tej opresji. – Jak zwykle.

            -
Nam też się udało. – Odparł młodzieniec. – Ale będziemy potrzebować twojej
pomocy. Trochę się namieszało, oględnie mówiąc.

            -
Zamieniam się w słuch.

            Mirak
opowiedział w skrócie, pomijając niektóre fakty, próbę uratowania Hakirusa i
jakie konsekwencje na nich sprowadziła.

            -
I jeszcze ten nieszczęsny nizioł, który doprowadził do splugawienia świętych
ksiąg Zigmara. O tu jeszcze mam kawałek. – Młody czarodziej wyciągnął fragment
kartki. – Da się nawet przeczytać. To o tym jak Zigmar rozprawił się z Kompanią
Chaosu.

            -
Zigmar? – Zdziwił się Hakirus. – To chyba jakieś dzieło Frontystów.

            -
Możliwe. Nie jestem z nimi na bieżąco. Zresztą to jakieś stare dzieje, sprzed
Wojny, kto by to pamiętał.

            -
W Kongregacji przywiązuje się do tego bardzo dużą wagę. – Oznajmił stary mag. –
Większą niż mi się wydawało. Mówiłem ci, że wyruszyłem tam, by odkryć historię
naszej Gildii. – Hakirus usiadł, wyjął fajkę i zapalił ją. – Muszę chwilę
odpocząć. Trochę bolą mnie nogi, od tej klatki. Za to opowiem ci historyjkę.

            -
Nie lepiej się stąd ewakuować? – Zapytał Mirak.

            -
Patrząc na to, co mówiłeś, Czarny Szpon musi się przyczaić. Nie pojawią się
tutaj. Przynajmniej nie szybko. A i nam lepiej będzie wyruszyć stąd o zmroku. Musimy
nieść Larandara i tego Szponiaka. Myślisz, że nikt tego w dzień nie zauważy?
Szpon tego nie daruje. Zatem mamy chwilę, bym opowiedział ci historię.

            -
Skoro nalegasz. – Powiedział zrezygnowanie młodzieniec.

            -
Acha. – I zaczął sobie powoli pykać. – Dawno się nie goliłem. – Dotknął się po zarośniętym
policzku. – Trochę zwlekaliście z tym ratunkiem, ale skoro byłem przynętą, to
chyba powinienem być wdzięczny losowi, że wciąż żyję. W każdym razie, nie wiem
czy już ci kiedyś mówiłem, iż nawet nie wiedzieliśmy jak nazywała się nasza
Gildia. Funkcjonowały dwie nazwy. Wiedzieliśmy jedynie, że Moredhele doprowadziły
do jej upadku, a potem reaktywował ją arcymag Erlan z Narshy. Tylko, że on nie
należy do osób rozmownych. Urządził się na swojej wyspie, w czarach jeszcze
czasem pomoże, ale o Wojnie zbytnio gadać nie chce. O tym, co było również.
Mówi, że trzeba myśleć o przyszłości, nie o przeszłości. To mnie właśnie
doprowadziło do Kongregacji. Obecnie panuje powszechna niechęć do nich, może ze
względu na to, że po Wojnie udało im się jakoś zbudować państwowość, bez
renegatów i rozlewu krwi. Może to zazdrość. W każdym razie – kontynuował Hakirus,
co pewien czas zaciągając się fajką – oni są spadkobiercami Reptilium. Przed
Wojną to było państwo gadów. Smoków, reptilionów, nag, zoatów i jeszcze innych
im podobnych stworów. Kongregacja to wielka federacja, w której żyją różne
gatunki obok siebie. Nie tak jak u nas. Są bardziej wymieszani i różnorodni.
Nawet nikogo nie ruszają tam elfy. Gady jednak mają to do siebie, że są
długowieczne i pamiętliwe. Wiele z nich dokładnie pamięta przebieg Wojny.
Obronili się w pewien sposób, więc nie podchodzą do niej tak poważnie jak my. Za
to wciąż liczą daty po swojemu. Wiesz, że oni mają teraz rok dziesięć tysięcy
dwieście siedemnasty? A może już osiemnasty?

            -
To prawie pięć tysięcy lat dłużej, niż Imperium! – Zdziwił się Mirak.

            -
Właśnie. Też mnie to zdziwiło. U nas historie o Kompanii Chaosu i Zigmarze zaczęły
się zlewać w jedno. U nich nie. Zigmar urodził się już po tym jak Druga Era się
skończyła. Jak bogowie Chaosu zostali wyparci z Miscle. Jak Hegemonia upadła,
stałą się jedynie złowieszczym wspomnieniem, tak jak dziś Imperium Rodryka.

            -
Kto by przypuszczał. Dziesięć tysięcy lat… – Wciąż nie mógł uwierzyć.

            -
Oni wierzą też w boga, który został uwięziony. Boga, który stąpił na Miscle i
stał się Reptilionem. Wielu z nich go wyczekiwało. To ich mesjasz, którzy
uwolnił ich z kajdan Chaosu. Wyzwolił. Poprowadził do zwycięstwa. Byłem
przekonany, że to Zigmar. Tak przynajmniej głosi się teraz w Imperium, ale oni
nazywają go inaczej. Uroboros.

            -
Może to tylko kwestia nazewnictwa. – Zasugerował młody mag. – Niektórzy bogowie
mają różne nazwy pośród poszczególnych ludów.

            -
Też się nad tym zastanawiałem. – Ciągnął Hakirus. – Długo rozmawiałem z ich
kapłanami i uczonymi. Opowiedzieli mi jedną, przedziwną rzecz. Otóż rzekomo,
różni bogowie, niezależnie od przekonania, podziałów, przelękli się tego, co
zrobił Uroboros z Kompanią. Zrozumieli, że jeśli ten mesjasz urośnie w siłę
zbyt bardzo, będzie mógł się pozbyć pozostałych. Zostać bogiem jedynym.

            -
Bogiem jedynym? Okropna wizja świata, podpadniesz jednemu i masz przechlapane
na wieki wieków. – Mruknął pod nosem Mirak.

            -
A wyobraź sobie jak przechlapane musieliby mieć dawni bogowie. Podobno
Uroboros, zaczął nawet rozliczać się z tymi, którzy go nie poparli. Sprawił, że
zapomnieli kim byli. Nie wszyscy, tylko niektórzy. Nie wiem dokładnie. Oni nie
potrafili mi tego wytłumaczyć. Mówili, że to tylko legenda. W każdym razie, w
Panteonie doszło do porozumienia, wszystkich bogów z wyjątkiem Uroborosa. On
już wtedy był zbyt potężny, by go unicestwić, więc uwięziono go, w miejscu,
gdzie strzegą go niewyobrażalne siły. Jeśli kiedyś zostałyby uwolnione, z
pewnością podbiłby cały świat. Nikt nie wie, gdzie znajduje się to więzienie,
ale jest jeszcze jedna strona medalu. Zigmar. Miejsce Uroborosa pozostało
puste. Ktoś musiał je zająć. I zrobił to śmiertelnik. Zigmar.

            -
To się zgadza z naszymi historiami. – Ucieszył się młody mag.

            -
Owszem. Ale tylko w tym drobnym szczególe. Oni nie patrzą na Zigmara jak na
wielkiego boga, a tylko tego, który zasiadł na miejscu największego z nich. –
Kontynuował Hakirus. – Mówili jeszcze jedną rzecz. Że Uroboros przeklął
pozostałych bogów, przepowiadając ich upadek.

            -
Myślisz, że to Zigmar ich zniszczy? – Zaczął zastanawiać się mag. Skoro sfałszowano księgi, skoro Front
doprowadza do wyniszczenia innych wyznań? Pozbyli się Uroborosa, który mógł
stać się bogiem jedynym, a powołali w jego miejsce Zigmara. Człowieka. Tyle, że
jego kult wyniszcza pozostałe religie. Czy to właśnie przewidział Uroboros?


            -
Kto wie. – Odparł Hakirus pociągając fajkę. – Zobacz tylko, co się stało z
księgami. Prawda i stara wiara umierają. W ich miejsce wchodzi kult Zigmara i
to w sposób bardzo agresywny. A nauka, jaka z tego płynie, jest taka. Nie
możemy wierzyć w żadne pewniki. Nie widzieliśmy jak wyglądała Wojna, ani świat
przed nią. Każda historia, która się do tego odwołuje, jest tylko
interpretacją. Dopiero teraz rozumiem, co miał na myśli arcymag Erlan mówiąc,
byśmy zostawili przeszłość. Nigdy jej bowiem nie odtworzymy, a próby
znalezienia prawdy i tak okażą się bezowocne i bezwartościowe.

            -
Jak ta święta księga Zigmara? Stek bzdur i kłamstw… – Rzucił smutno Mirak.

            - A są tacy, którzy nie
tylko w nie wierzą, ale nimi żyją.

Komentowanie nie jest możliwe :, , więcej...

LXXII.

przez , 18.lip.2010, w Bez kategorii

            Z
samego rana kolejnego dnia, zjedli obwite śniadanie, wrócili na górę,
przejrzeli swą broń i wyruszyli w miasto. Eon o nic nie pytał, a oni tylko
upewnili się go, czy Czarny Szpon przypadkiem nikogo nie zabił. W Wale Rassara
zaczęła panować pewna psychoza. Szpon zazwyczaj nie mordował całych rodzin.
Koncentrował się na wybranych, najczęściej wpływowych jednostkach. Teraz
zadziałał inaczej, a każdy z mieszkańców nagle stał się specjalistą w sprawie
działań organizacji skrytobójców. Nikogo nie dziwiło, że wszyscy chodzili
uzbrojeni bardziej niż zwykle. Szpon,
Front, jeden pies. Oni tu żyli spokojniej, a my niechcący naruszyliśmy ich
spokój. Zbyt wiele osób, które tu mieszka, żyło na południu i wciąż ma w
pamięci działania fundamentalistów i band. Wystarczy jedna iskra i wszyscy się
rozpalają.


            I
to dokładnie dało się zauważyć, gdy przechodzili przez miasteczko. Mieszkańcy
plotkowali, ale też irytowali się o wiele bardziej. Byli nieufni i chętniejsi
do kłótni. A każdy, kto popełnił choćby najdrobniejsze przestępstwo, miał
szczęście jak dorwali go strażnicy. Przechodząc przez targ, cała czwórka była
świadkiem jak zlinczowano nastoletniego złodziejaszka. Nikt nie zastanawiał
się, czy chłopak kradł dla siebie, by napełnić swój brzuch, czy należał do
jakiejś większej szajki. Złodziej to złodziej. Naruszył spokój i równowagę. Na
nim wyładowano emocje i obawy związane ze Szponem. Trochę przedobrzyliśmy. Nie sądziłem, że to tak się skończy.

            -
Szpon zabija dzieci! – Ktoś wrzeszczał podczas katowania młodzieńca. – A teraz
nasyła swoich bękartów, by kradli!

            Elf
jedynie się odwrócił. Przywykłem do
gaszenia pożarów, ale nie wiedziałem, że w tym środowisku tak łatwo się je
wznieca. To jak chodzenie między ładunkami wybuchowymi z pochodnią. Nie wiesz,
czego się przypadkiem dotkniesz i co to może spowodować.


            Zaledwie
w ciągu dwóch dni, atmosfera w miasteczku mocno się podgrzała. Dobrze, że
pojawiły się królewskie patrole, próbujące uspokoić sytuację. Ma to też inną zaletę. Skoro wszyscy polują
na Czarny Szpon, ten musi się przyczaić i nie może polować na nas.


            Jedynie
niziołka, wszystko co widział bawiło. Doskonale czuł się w takim chaosie i
jeszcze go nakręcał.

            -
Ten dzieciak jest zmiennokształtny! To szef Czarnego Szponu! – Podburzał lud. –
Musicie go torturować! Torturować, niech wyda innych. Wydłubcie mu oczy, bo
potrafi nimi zamieniać w kamień. To dziecię człowieka i demona! To elf z
poprawionymi uszami!

            Potem
tylko słuchał, jak wiele z tych kłamstw zaczynało być powtarzanych i żyło
własnym życiem.

            W
końcu dotarli do opuszczonego domu, w którym znajdowała się zapomniana kaplica
Zigmara. Na zewnątrz wyglądało to jak sypiąca się rudera, ale gdy weszło się do
środka, to wrażenie mijało. Miejsce, choć nie sprawiało wrażenia zadbanego,
wciąż pozostało używane i czyste. Tylko gdzieniegdzie zostały ślady kurzu czy
pajęczyny. Po środku znajdował się ołtarz, na którego centralnym miejscu
znajdowała się podobizna boga, trzymającego w ręku miecz. Miał on strzec
Imperium przed wrogami. Z boku znajdowała się jakaś otwarta księga. Niziołek
zaczął biegać po całej izbie i krzyczeć:

            -
Ku-ku, ku-ku, tajne znaki wydaję, ku-ku, ku-ku… Na muniu chyba. Ale głupota.

            Następnie
podszedł pod figurkę i uklęknął.

            -
O wielki Zigmarze, ukarz przeto tych bezbożników, którzy nie wiedzą, co czynią.
Oszczędź im śmierci, zadaj jedynie ból i cierpienie w imieniu twego prawa i
sprawiedliwości. Niechaj przyjmą pełną odpowiedzialność, za swoje plugawe
czyny, którymi dzień w dzień, cię obrażają, a ja muszę to wszystko znosić. Miej
wzgląd na swego wiernego sługę i pamiętaj, by mu to jeszcze za życia
wynagrodzić. Nie okazuj jednak ani skruchy, ani łaskawości tym oto grzesznikom,
którzy doskonale wiedzą, co czynią.

            -
Usztywnię go… – Wyszeptał Mirak.

            -
Nie bój się mój panie, albowiem obronię cię i wezmę to zdradzieckie usztywnienie
na siebie.

            Po
tych słowach, Randal wstał, podszedł do księgi i wyrwał z niej kilka kartek i
rzucił się w kierunku maga. Oczywiście cisnął w niego zgniecionymi fragmentami
pism i ryknął na całą izbę.

            -
Heretyk splugawił święte pisma! Bój się Zigmara! Jego gniew jest bliski i
dosięgnie cię!

            -
Przebrała się miarka. – Rzucił ostro elf, wyciągając miecz.

            -
Z mieczem? Na boga? I na jego sługę?

            Tyle,
że Larandar nie reagował. Halfling zrozumiał, że posunął się za daleko. Rzucił
się na podłogę i udawał konwulsję. Potem wstał i spokojnym głosem powiedział.

            -
Jam jest Zigmar. Pokłońcie się przed mym ołtarzem, a sprawię, że mój wierny i
ukochany sługa, zaprowadzi was do miejsca, którego szukacie.

            -
Dobrze, że tu Frontu nie ma, – powiedziała Ishet – nigdy by nam czegoś takiego
nie wybaczyli.

            -
Jeśli zamierzacie odnaleźć swego bezwartościowego przyjaciela, – kontynuował
halfling zupełnie nie zwracając uwagi na pozostałych – udacie się do piwnic.
Jeśli zaś chcecie zakosztować krainy wiecznej szczęśliwości, zapraszam za
ołtarz.

            Po
tych ostatnich słowach Randal się oblizał i zaczął wykonywać ruchy sugerujące
czynności seksualne.

            -
Skoro sługa ma nas prowadzić, niech nas prowadzi. – Zarządził elf.

            Niziołek
odwrócił się i pobiegł za ołtarz.

            -
Hola! Stój. Przyszliśmy tu po Hakirusa.

            -
To nie będzie zwiedzania krainy wiecznej szczęśliwości? – Zapytał rozczarowany
halfling. – Szkoda. Tak bardzo liczyłem.

            Nie
mówiąc już nic więcej podszedł do wejścia do piwnicy. Ishet i Mirak skierowali
się za nim, lecz elf powstrzymał maga.

            -
Na razie na nic nam się tam nie przydasz. Zostań tu, przeczytaj dokładnie swoje
czary i przygotuj się. Gdyby sprawy poszły nie po naszej myśli, będziemy
potrzebować wsparcia. To groźny wróg, skoro pokonał Hakirusa. – Pokonać maga, to mógł być zwykły chłystek.

            Czarodziej
zgodził się zostać z tyłu i ewentualnie zakraść się, jeśli za jakiś czas nie
dadzą mu znać. Niziołek zaś pełen radości wbiegł do piwnicy, wręcz wrzeszcząc:

            -
Będziemy mordować i gwałcić w imię Zigmara, pana wszechmogącego! Nikomu nie
odpuścimy!

            Ishet
i Larandar szli zdecydowanie spokojniej i ostrożniej. Kobiecie było o tyle
ciężko, że w piwnicy panował mrok, więc musiała dotykać ściany i poruszać się
bardzo powoli. Elf zaś zamykał pochód.

            -
Tam są drzwi! – Ekscytował się halfling. – Zgwałcić, czy zabić?

            -
Zapukać. – Zrugała go chłopka. – Niby z miasta, a taki wsiok. W Bestwince to
mieliśmy takie ładne kołatki.

            -
Zaczekaj! – Powstrzymał go elf. – Poczekaj, aż do ciebie dojdziemy.

            -
Ale się guzdrzecie! – Obsztorcował ich Randal. – Jak niedorajdy spod
Patafianbergu. Gdy z nimi walczyłem, sam jeden rozgromiłem ich armię. Miałem
jedynie procę, a oni wystawili przeciw mnie giganta. Stanąłem naprzeciw niemu i
władowałem mu kulkę w tłuste dupsko! A tam koleś miał wrzoda. Tak go bolało, że
zdechł. Patafiany nigdy potem się nie pozbierały, a ich imperium popadło w
zapomnienie.

            Larandar
nie wiedział jak zareagować. Co on
opowiada. Jaki Patafianberg? On z kimś walczył?
Powoli tylko posuwał się za
Ishet do rzekomych drzwi. Chyba, że ten
wariat znów coś kręci.


            -
Nie słyszeliście o tym prawda? – Zapytał ich niziołek. – To było kilka ładnych
tysięcy lat temu, byłem wówczas jeszcze człowiekiem. Ciało wygodniejsze, niż
moje obecne, ale nie dajcie się zwieść. Póki mi wiernie służycie, będę się wami
opiekował. – Potem zaczął walić z wszystkich sił w drzwi. – Otwierać w imię
Zigmara. – Następnie zwrócił się do towarzyszy. – W moje imię, jakbyście nie
wiedzieli. Jam jest Zigmar wszechmogący, stwórca Miscle i Panetonu, władca
Imperium i mam dziś ochotę namaścić kogoś na nowego cesarza. Czy to mógłby być
elf? Nie! Nie nadaje się! Czy to mogłaby być chłopka? Nie, moje kochane Imperium
by upadło. Czy to mógłby być, któryś z magów? Ha, nie jestem szalonym bogiem.
Czy to mógłby być przedstawiciel Czarnego Słońca? Nie! Sam zasiądę na tronie!

            Elf
przeładował kuszę. Miał ochotę ustrzelić halflinga. To nie będzie wcale takie złe rozwiązanie, wszystkim to wyjdzie na
dobre.
Lecz Randal skacząc, z całym impetem wskoczył w zapadnię, pułapkę i
usłyszeli jedynie jego krzyk. Potem zamilkł.

            -
Uf, nareszcie. – Odetchnęła z ulgą Ishet. – W końcu spokój.

            -
Już myślałem, że go zabije. – Ucieszył się z obrotu sprawy Larandar. I klnę się, ale kiedyś to zrobię. – Idź blisko
ściany. Delikatnie. Tu może być więcej zapadni.

            -
Przynajmniej do czegoś się przydał. Myślisz, że on już nie żyje.

            -
Oby. Ale znając naszego pecha, z pewnością jeszcze wróci. – Marudził elf.

            Spokojnie
doczłapali się do drzwi. Ishet nacisnęła lekko na klamkę, bez problemu
otworzyła je. Ze środka biło jasne światło. Weszli tam. W izbie panował
porządek, wyglądała na podpiwniczenie, które także przerobiono na coś w stylu
kapliczki, lecz w nawach poukrywano różne rodzaje broni. Poza wszechobecnymi
symbolami Zigmara, znajdowały się tu także symbole Urlyka i Myrnamen, bogów
wojny. Na stole pod oknem znajdowała się produkcja szponów. Niektóre już się
suszyły, inne wciąż znajdowały się w słoikach z formaliną, jeszcze inne już
pomalowano na czarno.

            -
Nie podoba mi się tu. U nas, nie budowano takich kapliczek.

            -
Broń, zapewne poświęcona. – Mruknął elf. Fajnie
byłoby coś z tego zwinąć.


            Nie
zauważyli, kiedy drugie drzwi się otworzyły. Prawie bezszelestnie do środka
wszedł mężczyzna w pełnym stroju członka Czarnego Szponu. Zbroję miał lekką,
wręcz niezauważalną, okryty czarnym płaszczem, posuwał się w ich kierunku, a
oni powoli zamarli z przerażenia.

            -
Larandar i Ishet, jak mniemam. Rozumiem, że to Mirak wpadł w sidła?

            -
Nie. – Odparła chłopka.

            -
Za późno, już mu nie pomożemy. – Rzucił z rezygnacją elf. – Czy Hakirus
zdradził nasze imiona?

            -
Hakirus? – Zaśmiał się Jehudi. – Głupcy, to nie było polowanie na niego, a na
was. On był tylko wabikiem. Podnieś to. – Wskazał elfowi leżący na stole
dokument. Larandar zrobił, co mu kazano. – I czytaj.

            -
Nie umiem. – Odparł cicho elf.

            -
Ty pewnie też? – Zwrócił się do Ishet.

            -
Co? Ja nie umiem? – Oburzyła się. – Ja się tylko peszę czytając na głos.

            -
Koniec żartów! – Zirytował się wojownik Szponu. – Wasz przyjaciel baron Kohert
życzy wam śmierci. I jest gotów zapłacić nam za wasze głowy. Ale zbyt mało, by
ściągnąć do tego kogoś, wyszkolonego. Natomiast, drogi Edward, jest skory do
pewnych negocjacji. Nie zależy mu na waszej śmierci, a na tym, by zobaczyć
sprawiedliwość za to, co uczyniliście jego córce.

            -
My? – Zdziwił się Larandar. – To jakieś nieporozumienie.

            -
Pewnie nizioł… – Dodała chłopka.

            -
Nie kłóćmy się o konusa! On już nie żyje!

            -
Żyje! – Oburzyła się Ishet. – Mogłeś go zabić, ale teraz? – Odwróciła się i
zaczęła kłócić z elfem, który natychmiast podchwycił temat. Zobaczymy jak to zadziała.

            -
Ja chciałem go zabić? Ale nie! Ty chciałaś z Mirakiem, by go uwolnić. Po co!
Nizioł to same problemy.

            Larandar
odskoczył w bok i szybko, złapał za małą ławkę, którą rzucił w skrytobójcę, ten
jednak poruszał się błyskawicznie. Jednym ciosem miecza, ochronił się przed
nadlatującym przedmiotem i zaatakował chłopkę. Rękojeść jego broni uderzyła
kobietę w skroń. Elf wstając na nogi widział jak przyjaciółka traci
przytomność. Plan był niezły, ale spalił.
Wyciągnął swój miecz.

            -
Lepiej się poddaj. Będzie mniej bolało. – Rzucił Jehudi.

            Larandar
zaatakował, lecz jego przeciwnik był o wiele szybszy i lepiej wyćwiczony. Nie
tylko sparował cios, ale sam zadał dwa. Jeden w bok, drugi w nogę elfa. Zadał
precyzyjnie powierzchowne rany. Doskonale kontrolował sytuację. Elf został
zepchnięty do defensywy, acz nie udało mu się sparować gradu kolejnych ciosów.
Ranny padł na ziemię, zwijając się z bólu.

            Jehudi
kopnął go w dłoń, by wyciągnąć z niej miecz.

            -
Mogliście dać się związać. – Zaśmiał się.

            Gdy
się wyprostował, przez izbę przeleciała widmowa dłoń, która uderzyła członka
Czarnego Szponu w głowę i ogłuszyła go. Dopiero potem przez drzwi wbiegł Mirak.
Podbiegł do przeciwnika i usztywnił go.

            -
Mam nadzieję, że był tylko jeden. – Rzucił mag.

            -
Zabij go. – Wyszeptał elf. – Zabij. Jest zbyt silny, by żyć.

            -
Nie. Skoro jest jeden, to go wykorzystamy. Trzeba go tylko związać. Mam pomysł.
Zaufaj mi.

            Elf nic nie
odpowiedział. Byleś nie używał magii.
Potem poczuł, że traci przytomność.

Komentowanie nie jest możliwe :, więcej...

LXXI.

przez , 17.lip.2010, w Bez kategorii

            Nad
ranem, dłużej poleżeli w łóżkach, odpoczywając po ciężkiej nocy, dopiero koło
południa zeszli na śniadanie. I tak im się nigdzie nie śpieszyło, musieli
skontaktować się z Aniką dopiero, gdy zacznie ona swoją pracę. Wcześniej mieli
wolne.

            „Dobre
wieści” były dość puste, Eon leniwie siedział przy jednym ze stołów i układał
sobie pasjansa. Nawet się nie podniósł, jak ich zauważył, tylko rzucił, nie
odrywając wzroku z kart.

            -
Zdecydujcie się, co chcecie obiad czy jeszcze śniadanie.

            -
Ja poproszę kolację. Wczoraj chyba nie zjadłem. – Rzucił pierwszy niziołek. – I
jeszcze deser. Zresztą patrząc na słońce to wypada, byśmy zjedli drugie
śniadanie.

            -
Słucham? – Zdziwił się karczmarz.

            -
Odżywianie się tutaj jest dość ryzykowne, posiłki nie na czas, – marudził Randal
– mało ich, i jeszcze ograniczają. Nie słyszałeś o drugim śniadaniu? A podwieczorek?
Podkurków też tu nie uświadczyliśmy. Jakbym miał komuś polecić ten zajazd, to
chyba radziłbym by żywił się gdzieś indziej.

            -
Co to jest podkurek? – Zapytała Ishet.

            Larandar
wzruszył jedynie ramionami. Nie chcę
wiedzieć.


            -
Albo nizioł coś wymyślił – tłumaczył mag – albo jakiś ichniejszy posiłek.

            -
Podkurek? – Eon próbował wytężyć swój umysł. – To nie jest przypadkiem to
lekkie jedzenie tuż przed snem?

            -
Koniecznie z dobrą popitką. Ona nawet jest ważniejsza, niż reszta, ale
oczywiście, żaden szanujący się halfling z niej nie zrezygnuje. – Rzucił Randal.

            -
Każdy szanujący się halfling miałby większy brzuch niż ty. Bez urazy.

            -
To wina złego żywienia. Widzisz, do czego mnie twoja knajpa doprowadziła? – Użalał
się.

            -
Dobra, dobra. Mój wujek, brat mojego ojca, miał zajazd i użerał się z
niziołami… Trochę się na was znam.

             - To nie był twój wujek. – Rzucił ostro konus.

            -
Użerał powiadasz? – Parsknął śmiechem elf. – To tak jak my.

            -
To nie był twój wujek! – Ryknął głośniej Randal.

            -
A niby kto? – Zdziwił się Eon. Ten jest
bardziej upierdliwy niż zwykłe. Z każdym musi się kłócić.


            -
Stryjek! Brat ojca to stryj!

            -
Dobra. Niech będzie. Pasuję. – Odparł Eon. – Zdecydujcie się, co chcecie zjeść.
– Rzucił oschle.

            -
Konus, znów wyprowadziłeś kolejną osobę z równowagi. – Rzekł Larandar.

            -
Zdarza się, wszyscy tutaj jacyś wrażliwi.

            -
A i jeszcze jedno. Śpiąc tyle pewnie nie słyszeliście. W nocy znów uderzył
Czarny Szpon. Wymordowali jakąś rodzinkę.

            -
Niesamowite. Zdradzisz nam jakieś szczegóły? – Dopytywał Randal. – Skąd wiesz,
że to Czarny Szpon? Pewnie sam jesteś jego członkiem. Zabijałeś dzieci? O tak? –
Zaczął dźgać powietrze wyimagowanym nożem.

            Eon
miał już jednak dość. Poszedł na zaplecze.

            Po
posiłku udali się do „Na strychu”, gdzie spotkali się z Aniką. Oczywiście Mirak
i Ishet zostali na zewnątrz, nie mieli potrzeby zwiedzania burdelu.

            -
Słyszałam. – Powiedziała burdelmama. – Dobrze się spisaliście, acz głupio.

            -
Głupio? My? Znaczy, nie ja. – Tłumaczył się niziołek, pokazując palcem na elfa.

            -
Nie ważne kto. Podaliście się za Czarny Szpon. Oni wam tego nie darują. Jak się
dowiedzą, kto za tym stoi. – Kontynuowała. – Są mściwi. Ale nie zamierzam was
straszyć. Rozmawiałam z moim starym kontaktem, on obecnie już się tym nie
zajmuje.

            -
Kurwa… – Przeklął pod nosem Larandar.

            -
Ale numer! Nazwał dziwkę kurwą… To tylko elf, zero ogłady, a bystrzak
pierwsza klasa. Dopiero dziś zrozumiał, co się robi w burdelu. Mu tylko
zwierzaki w głowie. – Obsmarowywał kompana niziołek. – Moczy się w nocy, jest
jak dziecko.

            -
Spokojnie. – Powiedziała Anika. – Nie macie powodów do obaw. Jest nowy członek,
który tu rezyduje. Ale oni raczej nie działają, choć po waszym wybryku pewnie
zaczną. Mężczyzna, z którym się spotkacie, nazywa się Jehudi. Jest bardzo
młody, więc się nie zdziwcie. – Następnie podała im namiar na dom, w którym
będzie czekał na nich wieczorem. – Formalnie jest kapłanem, ale to tylko
przykrywka.

            -
Kapłanem? Pewnie Zigmara. – Rzucił elf.

            -
Doskonale zgadujesz. – Odparła.

            -
Nie. Niestety znam Zigmarian. – Z najgorszej
strony.


            -
Zigmarianim, tak? No proszę, moje ulubione bóstwo. To się dogadamy. – Ucieszył się
niziołek.

- To jeszcze
zostaje kwestia morderstw. – Zaczął nieśmiało Larandar.

- Jeśli chodzi
o mnie, będę milczała jak grób. Acz radzę wam, byście prysneli stąd tak szybko
jak możecie. Od tego może zależeć wasze przetrwanie.

Elf jedynie jej przytaknął. Wydawało
mi się, że wszystko powoli się układa. Ale żeby mieć jeszcze skrytobójców na
karku? Nie podoba mi się to.

Komentowanie nie jest możliwe :, więcej...

LXX.

przez , 16.lip.2010, w Bez kategorii

            Czekali
do wieczora. Nie zamierzali wychodzić z „Dobrych wieści” przez drzwi, woleli
pozostać niezauważeni. Zbyt dobrze zdawali sobie sprawę z tego, że wieści po
Wale Rassara rozchodzą się zbyt szybko. Dlatego czekali, aż wszyscy zasną. W
trakcie dnia, Mirakowi udało się ustalić miejsce zamieszkania mężczyzny,
którego mieli sprzątnąć.

            Wykradli
się przez okno, prawdopodobnie tak samo, jak zrobił to ten, który porwał
Hakirusa. Potem skradali się pomiędzy budynkami, uważając, by nikt ich nie
zauważył. Niestety strażnicy zbyt często patrolowali okolice. Pozostało zatem
skradanie się.

            Przed
właściwym domem znajdowała się buda psa.

            -
O piesek! – Zaczął ślinić się Randal. – Ciekawe jakiej płci. Choć w sumie to
wszystko jedno!

            -
Ciszej. – Pouczył go elf.

            -
Usztywnij pieska! Usztywnij pieska! – Niziołek namawiał maga.

            -
Zaraz ciebie usztywnię. – Fuknął zezłoszczony Mirak.

            -
Usztywnij nizioła, usztywnij. – Domagała się Ishet.

            Pies
wyszedł z budy.

            -
No i macie! – Zirytował się Larandar. – Obudziliście go. Zaraz zacznie
szczekać!

            Elf
wyciągnął kuszę. Napiął ją i wycelował w zwierzę. Muszę je zabić, wtedy konus nie zrobi mu krzywdy, a ono nie obudzi
właścicieli.


            -
Strażnicy! Wiać! – Ryknął nagle Randal

            Ishet,
Mirak i Larandar natychmiast spanikowali. Dopiero po chwili zrozumieli, że
halfling ich nabrał. Pies zaczął ujadać. Elf nie miał już czasu do namysłu, czy
szukania innych rozwiązań. Bełt poszybował. Zwierzę zaskowytało i padło na
ziemię.

            -
I kurwa ruchanka nie będzie. – Irytował się niziołek. – Zwaliłeś sprawę stary!

            Jednak
nikt nie słuchał marudzeń halflinga. Zakradli się pod drzwi. Dzięki wspólnym
staraniom Larandara i Miraka weszli do środka. Potem miało już być łatwiej.
Tyle, że Randal od razu pobiegł do kuchni, robiąc przy tym hałas. Czarodziej ruszył
za nim. Podniósł rękę z zamiarem usztywnienia rozbrykanego halflinga, gdy ten
rzucił się na podłogę i zaczął błagać.

            -
Nie usztywniaj. Nie teraz. Błagam. Będę grzeczny. – I kopnął w stół, tak by
spadł z niego jakiś dzbanek. – Przepraszam. To niechcący. – Kłamał dalej
Randal. – Obiecuję, będę grzeczny. Obiecuję. Słowo niziołka. Słowo elfa. Słowo
człowieka, a nie, ono nie jest zbyt wiarygodne i nic nie warte. Słowo
krasnoluda. Słowo orka. Słowo trolla. Jakie jeszcze znasz rasy? Niech będzie
słowo górnika. Słowo stolarza. – I znów kopnął w stół, tak aby coś spadło. –
Wybaczysz mi, po raz ostatni? Zabij mnie, jeśli musisz, ale nie usztywniaj. Źle
to znoszę. Moja psychika. Potem. – I ściszył swój głos, tylko po to, by ryknąć
z całej siły. – Wariuję!

            Do
kuchni wpadł zezłoszczony Larandar.

            -
Usztywnij tego idiotę! – Rzucił w nerwach.

            -
Nie umiem. – Odparł Randal zupełnie olewając Miraka. – On nie potrafi się
zachować. Rzucił się na jedzenie, pozrzucał dzbanki na podłogę. Błagałem go, by
się tak nie hałasował, ale do niego nic nie dociera. Kiepski z niego
skrytobójca, włamywacz, nie mówiąc już o magii.

            -
Ale… – Zaczął się tłumaczyć mag.

            -
Ci… – Pouczył go halfling. – Co ja mówiłem. W ogóle mnie nie słuchasz.

            -
Pilnuj go. – Rzucił nerwowo elf wychodząc.

            -
Dobrze – odpowiedzieli razem Randal i Mirak.

            -
Najlepiej pilnujcie się sami nawzajem.

            Miał
dość. To miał być włam, a nie odstawianie
komedii i balansowanie na krawędzi.
Wtedy zobaczył, że Ishet grzebie przy
kominku, próbując go rozpalić.

            -
Zimno tu. – Powiedziała.

            Elf
tylko złapał się za głowę. Chcesz coś
zrobić dobrze, zrób to sam.


            Wbiegł
po schodach na górę. I otworzył pierwsze drzwi. Zajrzał do środka. Znajdowały
się tam dwa małe łóżeczka, a w nich dzieci. Zrobiło mu się ich trochę żal. Obudzą się rano i nie będą miały tatusia.
Wiedział, że skończy się to traumą na całe życie. Możliwe, że zniszczy im
beztroskie dzieciństwo. Będą musiały szybciej
dorosnąć.
Wycofał się, by ich nie obudzić. Kurwa, w co ja się władowałem. Gdyby istniał sposób, by uratować
Hakirusa. Czy potrzebuję go ratować? Choć
on obiecał nam tyle, może zmienić nasz los. Tylko, czy warto. Czy warto
przekraczać pewną granicę. Tylko jedno morderstwo. Nie zabijam już pierwszy
raz, ale wcześniej były to inne sytuację. Wejdę do sypialni. Zastrzelę tego
faceta i koniec.


            Czuł
jak się coś w nim gotuje. Brakowało mu komfortu psychicznego. Nie dość, że
stąpał po cienkim lodzie, to jeszcze w każdej chwili mógł pojawić się strażnik,
lub któryś z jego towarzyszy mógł obudzić mieszkańców bądź sąsiadów. Hakirusie, twoja przyjaźń jest dla mnie
bardzo kosztowna i wymagająca.


            Podszedł
do drugich drzwi. Sypialni. Otworzył je i delikatnie wprowadził do środka
kuszę, a potem zaczął wchodzić. W łożu spał facet z żoną. Tyle, że ona się
ruszała. Miała lekki sen. Podniosła głowę i zobaczyła elfa. Mogła nie widzieć
jego twarzy, ale z pewnością zauważyła kontury. Larandar na chwilę zamarł. Kurwa! Nie miał właściwie żadnego
wyboru. Mógł się wycofać, ale wtedy wszystko na nic, a prawdopodobnie jeszcze
zaczną go ścigać służby porządkowe. Nie
mam innego wyjścia.
Wycelował i wystrzelił. Bełt wbił się jej w pierś.
Upadła na męża. Musiałem to zrobić.
Musiałem! Wszystko się pochrzaniło. Kurwa.
Miał ochotę wyjść. Jeden trup
wystarczy. Tylko, że dopiero wtedy zauważył, że mąż się przebudził.

             - Co u…! – Ryknął z całej siły.

            Elf
nawet nie miał pojęcia, kiedy przeładował broń. Dopiero, gdy bełt leciał w
kierunku mężczyzny, Larandar zrozumiał, że wystrzelił podświadomie. Zrobiłem to, co musiałem. Wykonałem zadanie.

            Nawet
się nie upewniał, czy ofiara nie żyje. Nie było takiej potrzeby. Najwyżej się
wykrwawi do rana, ale jemu już nie zagrażała. Dopiero wtedy zrozumiał, co
uczynił. Dzieci zostały osierocone.
Dzięki dwóm moim strzałom.
Nawet nie próbował wczuwać się w ich rolę, nie
potrzebował empatii. Wystarczyły jedynie wspomnienia. Własne wspomnienia. Za
młodu, tyle razy chciał cofnąć czas, chciał uniknąć przedwczesnej straty
rodziców. Teraz sam dopuścił tego, czego w swoim życiu chyba najbardziej
nienawidził. Był wściekły na siebie. Wyszedł na korytarz, zastanawiając się,
czy może jeszcze być gorzej.

            I
było.

            Z
drugiego pokoju wyszło dwoje dzieci.

            -
Mama! Mama! Tata! Tata! – Wołały.

            A
on stał naprzeciw nim z kuszą. Co ja
powinienem zrobić!?
Doskonale zdawał sobie sprawę, że go rozpoznają. Takich
rzeczy się nie zapomina. Może nie od
razu, ale po jakimś czasie, twarz oprawcy z pewnością im się przypomni.
Z
drugiej strony znajdowały się wręcz w prostej linii. Wystarczyły dwa strzały. I
problem byłby rozwiązany.

            Ale
zginęłyby kolejne dwie niewinne osoby. Nie
ma niewinnych, wszyscy są winni. Jak zginą będzie im lepiej. Nie będą musiały
tego wszystkiego przeżywać… Ale to dzieci. Jeszcze całe życie przed nimi.


            Powoli
zaczęły płakać, a elf stał przy wyjściu z sypialni i nie wiedział, co zrobić.
Czuł, że ogarnia go jakiś paraliż. Ręce i nogi odmawiały mu posłuszeństwa. A
przede wszystkim umysł. Oba rozwiązania
są równie fatalne. Trzeba było przycisnąć Anikę, a nie zgadzać się na to
szaleństwo. Wtedy popełniłem błąd. Teraz już nie ma drogi odwrotu. Zostaje
wybór, czy skazać ich, czy siebie. Po co mi ten cholerny Hakirus! On się do
niczego nie przydaję. Chyba sam go zabiję, jak go dorwę.


            Dopiero
wtedy zauważył, że dzieci padają na ziemię. Przebite sztyletem od tyłu.

            W
końcu ujrzał niziołka, w pełni zadowolonego z siebie.

            -
Nielubię dzieci… Chyba, że małe zwierzątka. – Mruknął pod nosem.

            Elf
tylko spojrzał na niego.

            -
Ktoś musiał podjąć męską decyzję. – Oznajmił mu Randal. – Do usług. Wiesz, jak
czegoś nie zrobię sam, to potem muszę poprawiać.

            Nie
mówiąc nic więcej zaczął sztyletem demolować wiszące na ścianie portrety i
meble.

            -
Zmywamy się stąd. – Rozkazał Larandar.

            Miał
już dość. Może to konus załatwił
dzieciaki, ale ja i tak nie czuję się z tą sytuacją komfortowo.


            Kilka
minut później udało się powstrzymać halflinga przed sianiem destrukcji. Mirak
wyjrzał na zewnątrz. Droga była wolna. Zaczęli wychodzić, wtedy Ishet
zatrzymała się.

            -
Jeszcze to. – Rzekła wyjmując czarny szpon. – Rzuciła go na podłogę.

            -
Doskonale. – Ucieszył się elf. Może
jednak się wywiniemy z tego jakoś.


            A potem szybko wyszli z
budynku i skierowali do „Dobrych wieści”.

Komentowanie nie jest możliwe :, więcej...

LXIX.

przez , 14.lip.2010, w Bez kategorii

            Tamtego dnia z
trudem dotarli do „Dobrych wieści”. Nakarmieni i napojeni przez Eona, opatrzyli
się i próbowali zasnąć. Oczywiście przeszkadzał im w tym niziołek, który wpierw
dopytywał, kto i czemu ich pobił, a potem, gdy udawał, że już śpi, „budził” się
co kilka minut, by poinformować pozostałych, jak go boli.

            Obudzili
się późnym rankiem, tylko dlatego, że Randalowi nie chciało się wcześniej
wstawać. W końcu krzyknął na cały głos.

            -
O… morko! Zsisusiałem się! Kto mi pożyczy kołdrę? – Śmiał się. A potem zaczął
wrzeszczeć. – Muszę iść do burdelu! Muszę iść do burdelu! Na dziwki! Ale Anika!
Ona mnie kocha.

            -
Zamknij się nizioł! – Zdenerwował się Mirak.

            -
Nie ma jak to poranne usztywnionko, tego mi właśnie brakowało. Poleżeć sobie
przez kilka minut w ciszy, uwielbiam to.

            Mag
zgłupiał. Bolało go zbyt bardzo, by próbować uspokoić halflinga.

            -
Wiecie, co? – Przerwał milczenie Randal. – Podczas, gdy wy wczoraj wdawaliście
się w burdy, napadaliście i rabowaliście.

            -
To nas obrabowano. – Poinformował srogo Larandar.

            -
Mniejsza z tym, i tak wam nikt nie uwierzy. W każdym razie, ja wczoraj
dowiedziałem się jak skontaktować się z Czarnym Słońcem.

            -
Czarnym Słońcem? – Zdziwił się Mirak. – A co to?

            -
Organizacja zrzeszająca niskopiennych. – Dodała Ishet. – Próbowali się nazwać
Chwast Naszej Ziemi, ale było zajęte.

            -
No Czarnymi stopami, łapskami, kurzajkami czy jak im tam. – Irytował się
niziołek.

            -
Czarnym Szponem? – Zapytał elf.

            -
Właśnie.

            I
opowiedział dokładnie, co ustalił. Początkowo wraz z Larandarem udali się do „Na
strychu”, o dziwo przybytek ten znajdował się w piwnicy. Zapytali o Anikę, lecz
okazało się, że przychodzi ona na drugą zmianę.

            Dopiero
pod wieczór udało im się skontaktować z Aniką, grubą kobietą o nieprzyjemnym
wyrazie twarzy, zbliżającą się do pięćdziesiątki. Siedziała na krześle i jak
tylko pojawili się elf i niziołek, zmartwiła się trochę.

            -
Takich jak wy tu nie mamy. – Rzuciła. – Brak elfów i halflingów.

            -
Wybierzemy sobie coś! Ja bym ruchnął wszystko, co się rusza. – Cieszył się
Randal.

            -
Kolor włosów, wiek, albo inne preferencje? – Zapytała.

            -
Rasa. Jakie macie zwierzęta? – Palnął niziołek.

            Larandar
jedynie się zarumienił.

            -
On lubi koniki. – Ciągnął nizioł.

            -
Pomyliliście przybytki. To nie jest obora. – Obraziła się Anika.

            -
A śmierdzi podobnie. A jakiś fajnych chłopaków szukamy!

            -
Ale nie do tego, co pani myśli. – Wtrącił się elf.

            -
Do ostrej jazdy! W dupę! – Śmiał się niziołek. – Tylko facet wie jak zaspokoić
faceta, zwłaszcza elfa! Męska przyjaźń, szorstka, acz dogłębna.

            -
Wezwać dziwki? – Zapytała burdelmama – czy nie potrzebujecie prezentacji?

            -
Wezwać! – Ryknął halfling. – Może coś się zgwałci.

            -
Nie. Przybyliśmy tu w innej sprawie. Czarnego Słońca. – Rzucił elf.

            -
Słońca? Chyba wam przygrzało. Ale o tej porze roku? – Zdziwiła się.

            -
Znaczy, Czarnego Szponu. – Poprawił się Larandar. – Podobno może się pani
skontaktować z nimi. Mamy pewne zadanie, które wymaga ich pomocy.

            -
I myślicie, że tak was z nimi skontaktuję? – Zaśmiała się. – Pomyliliście adres.

            -
Powiedz nam. – Oburzył się niziołek. – Powiesz nam teraz, jak do nich dojść! –
Zaczął jej grozić.

            -
Spokojnie. – Powstrzymał go elf. – Z pewnością jest sposób, byśmy mogli się
dogadać. Coś, co panią usatysfakcjonuje. – Może
godzina z konusem?
– Zgodzimy się prawie na wszystko.

            -
Wy potrzebujecie Czarnego Szponu, mnie wystarczy proste morderstwo. Pewien
mężczyzna mi bruździ, usuńcie go z drogi. Wtedy doprowadzę was do Szponu. –
Oznajmiła.

            Elf
zawahał się. Nie podoba mi się to. Skoro
ma dostęp do Szponu, czemu jej nie pomogli.


            -
Zabić? Żaden problem. Wskaż go, a ja go ukatrupię! – Rzucił Randal.

            -
Wskażę. Ale jest jeszcze jedno obwarowanie. Zróbcie to po cichu, tak by nie
było podejrzeń.

            -
To lipa. – Odparł nizioł. – Liczyłem na egzekucję, tortury, przesłuchiwanie,
gwałt.

            - Po cichu powiadasz? –
Zapytał Larandar. Może jednak da się to
załatwić.

Komentowanie nie jest możliwe :, więcej...

stat4u <!-- s4uext=s4upl(); document.write('stat4u') //--> stat4u

Blogroll

Kilka bardzo polecanych stron...