orthank blog

Tag: bitwa

XXIV.

przez , 23.maj.2010, w Bez kategorii

            Dziesięciu
renegatów nadjechało na koniach do swojej posiadłości.

            -
Kurwa! – Ryczał zdenerwowany Jaś. – Gasić pożar! Ale już!

            Sam
zeskoczył z konia. Dobrze, że złoto się
nie stopi.


            -
Ratować, co się da. Potem poszukamy winnych!

            Winni
zawsze musieli się znaleźć. Taka była zasada Jedenastu. Pamiętał jak kilka lat
temu, kazał wywiesić całą wioskę, za to, że zalało inną. Nie interesowało go
to, czy faktycznie czymkolwiek zawinili, ale to, by mieć poczucie
sprawiedliwości. Zwłaszcza, że w powodzi stracił ojca. Śmierci już nic nie
odczyni, ale można przynajmniej się wyżyć. Żelazna reguła postępowania.

            Podwładni
prawie natychmiast zeskoczyli z koni i zaczęli szukać wiader i innych
przedmiotów, którymi dało się nosić wodę ze studni. Nie przygotowali się na
pożar. Wiedzieli, że szef może wyciągnąć wobec nich konsekwencję. Co z tego, że
sam o tym nigdy nie pomyślał.

            Zajęci
ratowaniem swego dobytku nie zauważyli, że leśną dróżką nadciągają czarni.
Spokojnie, miarowo. Ich konie jechały stępem. Dowódca podniósł rękę,
zatrzymując swą grupę. Sam z dwoma przybocznymi podjechał bliżej.

            -
Co tu się wyprawia? – Zapytał głośno i wyraźnie.

            -
Spierdalać mi stąd! – Ryknął zezłoszczony Wróbel i wystrzelił.

            Dowódca
czarnych spadł z konia. Pozostali natychmiast wycelowali swoją broń.

            Zastępca,
którzy znajdował się z większością sił w lesie, spojrzał na towarzyszącego im
maga.

            -
Czy jest tutaj? – Zapytał.

            -
Tak. Wyczuwam go. – Odpowiedział czarodziej.

            -
Zajmij się nim. – Rozkazał. Sam podniósł rękę. – Nie oszczędzać nikogo.

            Dziesięciu
było zaskoczonych ilością przeciwników. Bandyci musieli przestać walczyć z
pożarem, by zacząć się bronić. Sekundy, które zadecydowały o ich życiu. Tylko
jeden z nich nagle znalazł się w świecącej klatce. Nie mógł z niej wyjść.
Reszta poległa w ciągu kilku minut.

            To
był koniec Jedenastu.

            Dopiero
nad ranem, czarni skończyli grzebać swoich poległych. Ciała dziewięciu bandytów
zostawiono na pastwę losu. Budynek spłonął doszczętnie. Kto chciał, mógł sobie
zabrać jakieś kosztowności, które wygrzebywano z popiołów.

            -
Znaleźliśmy jeszcze jakieś szczątki. – Poinformował nowego dowódcę jeden z
czarnych. – Zwęglone. Ktoś zginął w środku.

            -
Nie od nas?

            -
Nie, panie.

            -
To się tym nie ma co przejmować. Czy poćwiartowaliście naszych? – Zapytał
jeszcze raz.

            -
Tak panie.

            Pozornie
głupie i bezduszne pytanie. Ale czarni doskonale wiedzieli, do czego zdolni są
niektórzy magowie. I nie zamierzali im służyć. Zwłaszcza po śmierci. Stąd
szczególną uwagę przywiązywali do rytuałów pogrzebowych.

            W
końcu podszedł do niego także czarodziej. Upewnił się, że nikt ich nie
podsłuchuje i dopiero potem zdał raport.

            -
Przesłuchałem zmiennego. Nie miał przy sobie rzeczy wiadomej. Została w
domostwie, które spłonęło. Sprawdziłem, nie znalazłem żadnych papierów, które
by przetrwały.

            -
Janus nie będzie zadowolony. – Rzucił chłodno dowódca.

            Tylko
im dwóch, no i nieżyjącemu dowódcy, zdradzono prawdziwy cel misji. Zaufano im,
ale za tym szła także odpowiedzialność. A Janus nie należał do istot, które
wybaczają zaniedbania czy porażki.

            - Nie będzie. –
Przyznał mag. – Ale z tego, co wiem, bardziej irytowało go to, że mógł to
posiadać ktoś inny. Spalę jeszcze raz okolicę, jak będziemy stąd odchodzić.
Musimy mieć pewność. Inaczej nie tylko my będziemy mieć problemy.

Komentowanie nie jest możliwe : więcej...

XII.

przez , 09.maj.2010, w Bez kategorii

            Znalezienie
Miraka okazało się dużo trudniejszym zadaniem, niż mogło się to wydawać.
Zainteresowanych zakupami czy oglądaniem pojawiło się tak wielu, że Larandar
miał problem z przeciskaniem się między niektórymi kramami. Tworzyły się
zatory, zwłaszcza gdy ktoś taszczył za sobą kupioną krowę, owcę czy kozę. Może podchodzę zbyt ostrożnie do
wszystkiego, ale wolę nie ryzykować.
O bieganiu musiał zapomnieć bardzo
szybko.

            Dopiero
teraz dostrzegł jak dziwnie wyglądają niektóre z szczęk. Zbudowane nie z
drewna, a z starych, zardzewiałych pojazdów z czasów Wojny. Ciekawe jak to jeździło? I czy tylko
Moredhele tego używali?
Dla osób, które nie widziały automobili w akcji
często niepojęte było to, że nie potrzebowały one konia ani innego zwierzęcia
pociągowego. Obecnie doskonale sprawdzały się jak stragany, na których dało
się  coś wyłożyć. Gdzie ten mag?

            Najgorsze,
że czarnych rycerzy przybywało i to już nie pojedynczo. Maszerowali grupkami.

            Muchomorki
również to zauważyły. Ogłosili cichy alarm. Wezwali pomoc, acz cały czas
zachowywali spokój. Nie zależało im na panice. Wciąż nie mają pewności z kim mają do czynienia.

            Czarni
ustawiali się z boku placu, starając się nie chodzić po błocie, jakby nie
chcieli się pobrudzić. Z drugiej jednak strony systematycznie blokowali
potencjalne drogi ucieczki. Poza
północną. Z jakiegoś powodu chcą, by ludzie tamtędy uciekali. Tylko dlaczego?
By odciąć Królewskich? Czy może dlatego, że jest tam pułapka?


            Larandar
z coraz większym trudem szukał przyjaciela, koncentrując się raczej na
przybyszach. Powinniśmy stąd już odejść.
Już.
Niestety maga nigdzie nie było widać. Może już znalazł czego szukał? Jednak życie nauczyło go, by nie
podchodzić zbyt ufnie i optymistycznie do tego, co się dzieje. Jeżeli coś może się nie udać, na pewno się
nie uda. Inaczej Duskandale nie uchodziłoby za szczyt rozwoju. Dam mu jeszcze
trochę czasu. Jak zacznie się burda, i tak go nie znajdę.


            A
że się zacznie, tego mógł być pewien. I to nie ze względu na przeczucia, czy
doświadczenie. Ujrzał jak czarni powoli wciągają swój sprzęt na plac. Działa i
karabiny maszynowe. Broń Moredheli. Nie znał zasady ich działania, ale widział
je parę razy w użyciu. Nikt nie potrafił tego wytwarzać, a naboje zwłaszcza do
karabinów stały się już bardzo pożądanym i rzadkim towarem. Jednak czarni je
mieli. Kim oni są? Zbrojnym ramieniem Frontu?
Artylerię wciągały dziwne, wielkie jaszczury, znów raczej kojarzone z
opowieściami o Mrocznych Elfach, niż czymkolwiek innym. Na jednym z tych gadów
jechał postawny, łysy mężczyzna. Larandar wyczuwał od niego aurę. On jest elfem! I to Mrocznym Elfem! Nie
ulegało wątpliwości, że to on rządzi tą bandą. Nie tylko miał charyzmę, ale też
wydawał rozkazy. Po tych wszystkich
latach Moredhelom udało się na nowo zorganizować? Czy jak?
Starał się
przyjrzeć twarzy dowódcy. Jego uszy były poprzycinane, tak by zlikwidować ślady
spiczastego zakończenia małżowin. Ukrywa,
że jest elfem, a tylko nieliczni są w stanie to wyczuć.
Aura, zmysł elfów
nawet wśród nich nie była już tak łatwo rozpoznawalna i wyczuwalna jak kiedyś.
Zwłaszcza dla tych, którzy żyli w miastach. Ale w dziczy okazała się być
przydatna w rozpoznawaniu swoich.

            Na
rozkaz Mrocznego Elfa ustawiono działa i karabin.

            W
tym czasie na bazar dotarły posiłki królewskich. W swych świeżutkich zbrojach,
z wypolerowanymi mieczami nie mieli szans przeciw sile prochu i kul. Tylko, że rusznikarstwo
nie było zbyt popularne, a nawet wysłanie armii wyposażonej w arkebuzy na te
tereny, mogło jedynie doprowadzić do wzmocnienia wroga. Wystarczyło przejąć
broń. Król wolał zaryzykować życie swych podwładnych, niż wzmocnić wroga. Przeklęty Uther i jak tu się nie dziwić, że
nie lubi się Rassarów.


            Moredhel
tylko na to czekał. Gdy ujrzał swój cel, wydał rozkaz ataku. Działa
wystrzeliły. Celowali głównie w budynki, co szło im bardzo łatwo. I tak jak
chcieli, chaos zapanował na bazarze.

            Larandar
zrozumiał, że nie znajdzie już Miraka. Cóż
musimy sobie poradzić bez maga. W dwójkę będzie ciężko, ale pewnie i tak
łatwiej niż zostanie tutaj.
Starał się przeciskać przez tłum. Niektórzy już
zrozumieli co się dzieje. Innym instynkt samozachowawczy jeszcze nie zadziałał.
Dalej starali się targować, zwłaszcza widząc, że coś wypłasza sprzedawców.

            Wtedy
czarni otworzyli ogień z karabinów maszynowych. Nie celowali w budynki, a w
cywili. Ci, którzy znajdowali się bliżej padli martwi bądź ranni. Dla nich nie
było już nadziei. Inni nagle rzucili wszystko i uciekali. Chaos, strach i
przerażenie. Tłum szybko odkrył, którędy musi uciekać. Wrogowie zablokowali
większość wyjść. Tabun biegł przed siebie, nie zważając na to, że tratują
innych, że wywracają kramy, że rozbijają szyk królewskich. Uciekali, starając
się ratować swoje życie. Wyrzucali wszystko, co ich spowalniało.
Niejednokrotnie dobytek całego życia. Ale to ono stanowiła dla nich największą
wartość, nawet pomimo swej marności.

            Karabiny
przestały strzelać. Nieprzyjaciele woleli oszczędzać amunicję. I tak wywołali
taką reakcję jak pragnęli.

            Larandar
widział ile monet leży na ziemi w błocie. Mógłby to pozbierać i ustawić się na
kilka lat. Uciekające masy wyrzucały wszystko. Z drugiej strony wiedział, że im
dłużej tu zostanie, tym bliżej będzie znajdował się kul. Nie uratują go ci,
którzy będą za nim. Trudno! Rzucił
się przed siebie, przepychając się.

            -
Moje marchewki! – Usłyszał czyjś lament.

            W
pierwszej chwili tylko się skrzywił. W
takiej chwili myślą o tak przyziemnych rzeczach?
Dopiero potem rozpoznał
głos. Skubany! Odwrócił się. Mirak
leżał na ziemi. Miał problem, by się podnieść. Ledwo unikał stratowania.

            Znów
zahuczały armaty. Kule skierowały się na budynek straży. Wieżyczka ułamała się,
spadła wznosząc w powietrze pył. Muchomorki nie potrafiły poradzić sobie z
tłumem i sytuacją.

            Elfowi
udało się podbiec do przyjaciela i podnieść go.

            -
Zostaw to! – Ryknął wskazując przedmioty.

            Mag
trochę protestował. Larandar złapał go za rękę i pociągnął. Mirak próbował
protestować, lecz kilka chwil potem, przez miejsce na którym leżał przebiegł
wystraszony koń. Dopiero wtedy młody czarodziej uspokoił się. Stratowałby mnie.

            -
Za mną. – Rozkazał mu elf.

            Nic
więcej nie powiedział. Przepychał się. Brutalnie, czasami nawet przewracając
innych. Zwłaszcza tych, którzy stali i w bezradzie nie wiedzieli, gdzie
uciekać. Jedynie blokowali drogę ucieczki. Sami
na siebie wydają wyrok, ale niech nie ciągną ze sobą innych.


            Czarni
dali sobie spokój. Czekali tylko na rozwój wypadków. Jedynie czasem, gdy ktoś
próbował przemknąć się obok nich, zabijali go. Zwykłą bronią. Mieczem. Nie
marnowali kul.

            Larandar
i Mirak dotarli do Ishet. Wystraszona, prawie trzęsła się z szoku. Nigdy nie
doświadczyła bitwy i zbiorowej paniki. Podobnie jak jej towarzysze, ale elf
przynajmniej potrafił zachować zimną krew.

            W
trójkę wmieszali się w tłum i jak najszybciej opuścili targowisko.

            Gdy
masy istot się już przerzedziły, Muchomorki, a raczej to, co z nich zostało,
spróbowały uformować szyk. O to tylko chodziło czarnym. Dwie serie z karabinów
maszynowych i większość sił królewskich leżało w błocie. Martwa bądź ranna. Ci,
którzy przeżyli, w większości rzucili się do panicznej ucieczki. Młokosy, które
zrozumiały, że to dyscyplina sprowadziła na ich towarzyszy śmierć. Nauka
podporządkowania to nie wszystko, zwłaszcza, gdy dowódca nie ma pojęcia jak się
zachować.

            Moredhel
uśmiechnął się lekko pod nosem. Doświadczenie.
Tego nie mogą mi odmówić.
Był bardzo stary, starszy niż przewidują to elfie
normy, ale wciąż żył. I pamiętał doskonale najważniejsze bitwy swego życia. Zdobyłem Altburg. Przeżyłem Wayland. Więcej
niż jakikolwiek dowódca tego żałosnego Imperium.
Spojrzał na targowisko.
Nie został tu nikt, kto mógłby stanąć do walki. Duskandale zostanie opuszczone
w przeciągu kilku godzin. Ci, którzy przeżyją albo się poddadzą, albo zostaną
zabici. Tak się teraz zdobywa miasta.
Strachem.
I wiedział, że to dopiero początek jego drogi. Początek mojego Imperium.

Komentowanie nie jest możliwe :, więcej...

DXXVIII.

przez , 18.paź.2009, w Bez kategorii

            Świt nad
Waylandem nie był już tak jasny jak poprzedniego dnia. Ulos nie miało w sobie
tyle energii, by świecić dawnym blaskiem, a i wszędzie gromadziły się chmury, w
dużo większej ilości niż kiedykolwiek wcześniej. Ciemne chmury. Jakby Miscle
zamierzała płakać, albo się obmyć.


            Wielu
krążyło bez celu pośród pobojowiska, miejsca dawnej bitwy, szukając czegoś, co
należało do ich bliskich, przyjaciół, tych, którzy zmarli. Zginęli w walce z
wrogiem, bądź żywiołem. Ale nie było już ciał. Nie w samym sercu kotliny. Tylko
wielka dziura pełna popiołu, w którym czasem można było znaleźć coś, co się nie
spaliło. Kość, albo fragment metalu. Połamany miecz, nóż, czasem kolczyk czy
obrączkę. Tylko tyle zostało, z kilku milionów, które poległy. Miejsce
największej bitwy w wojnie, może nawet w całej historii stało się największym cmentarzyskiem.


            Wielu
próbowało znaleźć w tym jakiś sens, zrozumieć o poświęcenie, to cierpienie, tę
wojnę. I nie mogli znaleźć nic, co by to usprawiedliwiało. Ludobójstwo. Totalne
zdziczenie. Wypędzenia, obozy zagłady, egoizm, czy ostatecznie miliony pchane
do walki za pomocą nienawiści. Wiele było przyczyn tak olbrzymiej klęski, którą
była przecież zwycięstwem, ale za jaką cenę. Nikt nie potrafił tego pojąć.


            Ci co
przeżyli cieszyli się tylko z jednego powodu. Koszmar się skończył.


            Przynajmniej
jeden.


            Kolejny
się dopiero zaczynał. Musieli żyć dalej. Musieli żyć z bagażem doświadczeń,
jakie zdobyli, musieli pamiętać o tych wszystkich okrucieństwach i wojnie. Wielu
z nich, brało trochę popiołu, by zawieźć do swoich domów, by tak upamiętnić
tych, którzy oddali życie, którzy polegli. Inni szukali tu przedmiotów, które
można było wykorzystać lub sprzedać. Jeszcze inni chodzili wśród pogorzeliska
płacząc. Nie nad zmarłymi, a nad sobą.


            Shivan
był teraz rozchwytywany, Erlan znów gdzieś pił, a o tym, że Dyzio pokonał
Rodryka nikt już nie pamiętał. Wielu wolałoby, by król zaiste zginął w
płomieniach, by pochłonęło go piekło jak mówiono. Nie potrzebowano bohatera, a
raczej dzieła bożego, które miało im pokazać, że to wszystko, co odeszło miało
jakiś cel. Że zostanie nadzieja.


            Kisjevczyk
spoglądał na setki smutnych, pogrążonych w żałobie istot, które tułały się po
Waylandzie bez celu, bez nadziei. Każdy z nich czuł w sercu ból. Od początku tej wyprawy, kogoś traciliśmy.
Jeszcze nie tak dawno, w chwilach smutku zastanawiałem się nad tym, jakby było
z nimi. Dziś cieszę się, że ich tu nie ma. I że wiem gdzie są. Pewnego dnia do
nich dołączę, a ważne, bym to, co zrobiłem w swoim życiu, było godne
zapamiętania. By ktokolwiek mógłby być ze mnie dumny.


- Zabicie Rodryka nie przyniosło ci chluby, co? – Zapytał
Szef.


- Zabiłem kogoś sławnego. – Westchnął. – Ale patrząc na
to, jak oni wszyscy chcą zapamiętać tę bitwę, lepiej będzie jak oficjalnie
uznają, że król zginął w boskich płomieniach.


- Nie szkoda ci będzie, że nie zapamiętają cię w
historii? – Śmiał się awatar.


- Żal? Jeszcze o świcie myślałem, że fajnie byłoby gdyby
zapamiętali mnie jako tego, który zabrał Rodrykowi amulet. Ale jak sobie
przypomnę, gdzie on był, to lepiej by o mnie nie pamiętali. – Rzekł Kisjevczyk.


- A gdzie duch walki? – Pytała butelka.

            Dyzio
schylił się, podniósł w rękę trochę popiołu i mocno go zacisnął.


- Oto duch walki. I to co z niego pozostało. W tej
wyprawie nauczyłem się kilku rzeczy. Po pierwsze, nie boję się śmierci. Wiem,
że życie jest o wiele trudniejsze. Po drugie, zupełnie nie interesuje mnie już
jak zostanę zapamiętany. Ważniejsze jest to kim byłem i co osiągnąłem, a nie
to, co o mnie mówią. I póki, jestem szczery wobec samego siebie, mogę wszystko.
Zmieniłem Miscle, mogę to powiedzieć. A że nikt tego nie wie, to już inna
sprawa.


            Potem
otworzył swa dłoń, spojrzał na pył i zdmuchnął go.


- Oni wszyscy zmieniali Miscle. Mają szczęście, że nie
musza patrzeć na rezultaty. Ale nawet zabicie Rodryka było tylko trybikiem w
tej wielkiej walce, będzie lepiej, jeśli zostanie doceniony trud wszystkich, a
nie jednej osoby.


- Zgadzam się z tym, z wyjątkiem jednej rzeczy. –
Powiedział awatar. – Nie jest ważne to kim byłeś i co osiągnąłeś, ale to kim
jesteś i co osiągasz. I sposób w jaki podążasz za swoimi marzeniami.


            Kisjevczyk
uśmiechnął się. Ciekawe gdzie teraz mnie
nogi zawiodą.


- Nie śmiejemy się, nie w tym miejscu, zachowujemy
powagę! – Pouczył go awatar.


            Dyzio
spojrzał jeszcze raz na Wayland. Szary, wypalony, martwy, przesiąknięty
smutkiem, zniszczony. Potem spojrzał na ciemne chmury na niebie. I ujrzał w
nich jedną rzecz, kolorową tęczę.

Komentowanie nie jest możliwe : więcej...

DXXVII.

przez , 18.paź.2009, w Bez kategorii

            Bitwa
była przegrana. Ulos wznosiło się nad Waylandem, gdzie żar wciąż jeszcze się
tlił, nie miał zamiaru zgasnąć. Komunikacja z Sal-Sagoroth nie działała,
zarówno techniczna jak i magiczna. Zakon Cieni w większości przestał istnieć,
podobnież jak zdecydowana większość Lwów.


            Neram
wciąż chodził nerwowo, pobladł a jego włosy w ciągu kilku godzin całkowicie
osiwiały. Dopiero gdy pojawili się wszyscy generałowie, którzy mogli się
stawić, nad ranem rozpoczęto ostatnią naradę.


- Arcygenerale, nie wiem jak to powiedzieć…

- Używajmy prostych, żołnierskich słów. Przegraliśmy. – Bitwę, która była do wygrania. A my
przegraliśmy ją całkowicie.
– Ponieśliśmy klęskę, prawdopodobnie największą
w dziejach Miscle. Nie ulega wątpliwości, że odpowiada za nią dowództwo. Czyli
przede wszystkim ja. I to ja powinienem ponieść konsekwencję.


- Arcygenerale, – powiedział pułkownik Sygnriel. – Myślę,
że nie czas teraz na szukanie winnych, potrzebujemy przywódcy.


- Owszem. I radzę go wybrać jak najszybciej. Bezzwłocznie
należy też rozpocząć proces pokojowy.


- Pan mógłby być naszym przywódcą. – Odpowiedział jeden z
generałów.


- Wtedy i tylko wtedy, gdybyśmy dalej prowadzili wojnę, a
ja nie miałbym na koncie tak wielkiej porażki. Natomiast w przypadku rozmów
pokojowych wam będzie potrzebny nowy lider, ktoś kto nie będzie powiązany ze
starym układem. Pamiętajcie jedno, historię piszą zwycięzcy. Gdy chce byś się
tylko dobrym żołnierzem, tak jak ja, zajmuje się tylko swoją robotą, walką i
zwycięstwem, bez zastanawiania się nad czynami armii. Obowiązek stawiałem ponad
powinność, której nigdy nie chciałem dostrzec. Gdybyśmy zwyciężyli, bylibyśmy
bohaterami, tak zostaliśmy ciemiężycielami, którzy nie mają nic na swoją
obronę. Tę winę muszę wziąć na siebie, bo nie tylko przegrałem bitwę,
przegrałem dużo więcej.


            Pozostali
przy życiu żołnierze stali smutni, nie wiedząc, co dalej. Arcygenerał zostawił
ich. Wszedł do swojego namiotu. Popatrzył na wszystkie rzeczy, które miał tu ze
sobą. Zupełnie bez sensu, na nic mi się
nie przydały. Może mój dawny mentor miał rację w tym, że w pewnym momencie
należy osiąść i cieszyć się z tego, co się ma, a nie iść dalej. Inaczej nie ma
możliwości, by w pewnym momencie nie dojść do ściany, której nie można pokonać,
której nie można przebić, nawet gdyby waliło się w nią wszystkim, nawet głową.
To czego potrzebuję, to żołnierska decyzja.


            Wyjął
pistolet z kabury. Przegrałem. Przystawił
sobie do skroni i bez wahania wystrzelił.


            Żołnierze,
którzy byli na naradzie usłyszeli wystrzał. Nie musieli sprawdzać. Wiedzieli,
co się stało.


- Jest gorzej, niż myśleliśmy. – Rzekł Sygnriel.

- Sal-Sagoroth zostało zniszczone. – Dodał generał, który
próbował nawiązać kontakt ze stolicą. – Miasto upadło, w wyniku trzęsień ziemi.
Byłem tam, ale nie miałem siły mówić o tym arcygenerałowi. Spotkała nas kara za
wszystkie nasze zbrodnie. Straciliśmy armię, króla, a nasze państwo jest
zrujnowane. Na miejscu nistot, po tym wszystkim, co zrobiliśmy, zadałbym jeden
cios, który nas zniszczy. Nie możemy liczyć na litość. Nie zasługujemy na nią.


- Co teraz? Kto będzie nami przewodził? – Zapytał inny z
dowódców.


- Magistrat nigdy się nie poddał. – Dodał jeszcze jeden. –
Nigdy. I nigdy nie powinien się poddać. Lepiej przegrać.


            Popatrzyli
na niego. Nikt nawet nie wiedział, jakie siły można zgromadzić. W obecnej
sytuacji dalsza wojna, byłaby samobójstwem. I to zdawało się być jedynym
wyjściem.


            Jeden z
oficerów wyciągnął swój pistolet, przyłożył do głowy i wystrzelił. Ciało opadło
na stół. Inni zaś wiedzieli, że nie mają innego wyboru. Mogli przegrać, ale nie
zamierzali się poddawać.


            Kilkanaście minut
później w obozie dowódczym Moredheli nie pozostał już nikt żywy, mimo, że
Sojusz dotarł tam dopiero parę dni później.

Komentowanie nie jest możliwe :, więcej...

DXXIV.

przez , 14.paź.2009, w Bez kategorii

            Do świtu
pozostało jeszcze koło dwóch godziny, gdy w obozie Moredheli, król Rodryk
rozkazał niezwłocznie ogłosić pełną gotowość bojową.


- Szykuje się zdrada! – Mówił niby do siebie, niby do
swoich żołnierzy. – Nistoty chciały zaatakować przed świtem, ale odkryłem ich
przebiegły plan. Myśleli, że tylko zwycięzca może zaatakować i mieli rację.
Wypuścić więźniów!


            Kilku
żołnierzy Magistratu zdziwiło się o co chodzi. Monarcha nikogo z nich  nie wtajemniczył w swój plan. Jednak ci,
którzy przybyli z nim, znali szczegóły i natychmiast przystąpili do realizacji.
Może obozy zagłady zostały trochę zredukowane, ale bynajmniej nie przestały
działać. Władca szykując się do bitwy, kazał więc przyrządzić w nich coś
specjalnego. Melanż nistot, tak nazwano zawartość skrzyń, które zaczęto wnosić
przez portale. Wszystkie obozy od tygodnia intensywnie pracowały mordując setki
tysięcy istot, a ich ciała rozrywając na kawałki i grzebiąc w pudłach, tak by
zmieściło się tam jak najwięcej kawałków. Krew starano się zlewać i mieszać z
wodą i innymi substancjami spowalniającymi krzepnięcie. Umieszczono ją w
specjalnych dzbanach, które razem ze skrzyniami ładowano na amisvony, a te
wzbijały się w powietrze i póki jeszcze było ciemno, leciały nad obóz wroga, by
wyrzucić zbędny balast. Tym razem obyło się bez bomb, nie to było Rodrykowi w
głowie. Chciał by ziemia jeszcze przed bitwą została zbroczona krwią. Chciał,
by krew spłynęła po twarzach wrogów, zanim jeszcze podniosą miecz. Chciał, by
przewracali się o ciała swych rodaków, bliskich i sojuszników. A raczej
okaleczone i porozrywane strzępy ciał. By się walały między nistotami,
pokazując im ich kruchość i beznadziejność sytuacji w której się znalazły. Nie
miały szansy na sukces. Nie w walce z Magistratem. Niepokonanym od setek lat. Ja jestem zwycięzcą, podbiłem już cztery
kontynenty, nikomu przede mną się to nie udało. I nikomu więcej się nie uda,
nikt już nie będzie w stanie pokonać wiecznego państwa Mrocznych Elfów. Jedynej
rasy. Mojego królestwa! Mojej rzeszy! Mojego Imperium!


- Wojna! – Wydzierał się, budząc tych, którzy jeszcze nie
wstali. – Wojna! Święta wojna! Z podłymi nistotami! – To walka dobra i zła, walka fundamentalna. Zniszczę ich i ustanowię
nowy ład i porządek, stanę się władcą absolutnym jedynej, prawdziwej i żywej
rasy. Po tej bitwie ludzie przestaną istnieć. I krasnoludy.
– Popatrzył się
z obrzydzeniem na obozy swych sojuszników. – I orki. Całe te ziemskie paskudztwa, całe to plugastwo wyginie jeszcze
za mego życia. Zupełnie jak fauny. Czasami zadziwiam sam siebie, ileż dobrego,
dla Miscle uczyniłem, oczyszczając ją z tych pasożytów. One niepotrzebnie
jedzą, niepotrzebnie oddychają, zużywając nasze powietrze. Jeśli bogowie
stworzyli Mroczne Elfy, to nie na swoje podobieństwo, a na podobieństwo ideału,
do którego dążyli.
– Dalej, do ataku! – Czuję
się jak artysta, którego dzieła nikt nie rozumie i nigdy w pełni nie pojmie,
ale to dzieło nie zmieni świata, ono się nim stanie!


 

            Arcygenerał
Neram, jak tylko mógł, starał się dotrzeć do króla. Zrzucenie głów, rąk i
innych części ciała więźniów było niestety tylko i wyłącznie tym, czego
Lokka-Thon wyczekiwał z utęsknieniem. Wróg mógł być wymęczony, ale po co
przelewać czarę jego goryczy i podgrzewać emocję.


- Wasza wysokość. – Próbował zatrzymać króla przed
zrobieniem kolejnej głupoty.


- Ach, Neram. – Poznał go Rodryk. – Uznałem, że
powinniśmy zrobić, coś niespodziewanego i zaatakować wpierw orki. Niech wiedzą,
że tylko Moredhele przeżyją tę bitwę.


- Nasi żołnierze nie zdążyli zjeść śniadania. – Mówił
arcygenerał. – Bitwa będzie długotrwała, lepiej by nie opadli szybko z sił. Ta
nagła zmiana planu spowodowała, że większość z nich nie zdążyła się
przygotować. – Zaczynam działać jak Saur
czy Korr, mimo że wcale nie chcę. Tyle, że to się powoli staje jedyną możliwą
metodą działania.


- Kurwa! – Przeklął władca. – Z kim ja muszę pracować.

- Z żołnierzami, którzy nie dorównują ci panie
intelektem. Nawet ja.


- Nie bądź taki skromny. W końcu jesteś arcygenerałem,
może nie tak wybitnym jak ja, ale niewiele ci brakuje. – Monarcha zupełnie
zmienił swój nastrój, z bitnego, a potem zdenerwowanego stał się spokojny i
wręcz zatroskany. – Co możemy w takim razie zrobić.


- Nie można już odwlec bitwy, wyślijmy więc naszych
sojuszników do walki. My potem do nich dołączymy. Jak już będziemy gotowi.


- Wspaniale. Niech plugawe nistoty walczą z nistotami…
Sprytne nawet, ale na dłuższą metę się nie sprawdzi. – Stwierdził król. –
Każcie naszym… – Słowo sojusznik nie
pasuje do nistot. Nie są jego godni.
– Sługom… Niewolnikom zaatakować.


            Żołnierze
potwierdzili rozkaz i przekazali go dalej.


            Kilkanaście
minut później pierwsze oddziały opuściły swe pozycję.


            Bitwa się
rozpoczęła.


           

            Wciąż
była noc, gdy nad wielkim obozowiskiem sojuszu przeleciały pierwsze amisvony.
Dopiero zaczęto bić na alarm. Większość tej zbieraniny spała na ziemi, czekając
na nadchodzącą walkę. Głodni, przemarznięci, zmęczeni i śpiący a także
zdezorientowani. Niektórzy słyszeli historie o bombach zrzuconych na Armenger,
wpadli w panikę, nim jeszcze cokolwiek spadło. Dopiero potem zaczęły spadać
szczątki, głowy, ręce, i inne kawałki ciała oraz dzbanki, które rozbijając się
brudziły krwią. Przed świtem nie było jeszcze tego tak widać, uchodźcy jedynie
cieszyli się, że to, co spadło nie wybucha. Niektórzy dotykali rękoma, by
wymacać, co to jest. Bali się jakiegoś podstępu. Gdy jednak zrozumieli z czym
mają do czynienia, ogarniała ich wściekłość. Wrzeszczeli, wygrażali w kierunku
wielkich nietoperzy, byli też tacy, którzy próbowali strzelać. Jeszcze inni nie
wytrzymali, zdenerwowani postanowili dać upust swoim emocjom. Nie czekając na
rozkaz ruszyli w kierunku obozu wroga. Często atakując bez broni. Niektórzy
starali rzucać kamieniami, inni strzelali z kusz czy łuków. Byli też tacy, którzy
podnosili kawałki zabitych, by tym walczyć. Każda broń zdawała się być dobra.
Niektórzy biegli w stronę wroga, mimo padających  stamtąd strzał. Czekali jednak nie na to, by
wróg poległ, ale by umarł któryś z sojuszników, względnie przewrócił się. By można
go móc z łatwością pozbawić broni, by zwiększyć własne szansę nawet nie na
przeżycie, ale na zadanie bólu i cierpienia znienawidzonym Moredhelom.


            Z
regularną bitwą miało to niewiele wspólnego. Raczej z eskalacją nienawiści,
która zaślepiła obie strony, do tego stopnia, że mogłyby się rozdrapać
pazurami, gdyby im pozwolono.


            Lokka-Thon
nawet nie widział, czy przysnął. Odnosił takie wrażenie, ale też nic mu się nie
śniło, zmęczenie także nie ustępowało, może jedynie zdawało mu się, że spał.
Gdy słudzy przybyli go obudzić, natychmiast wziął swój miecz i kazał zadąć w
rogi. Nie było sensu udawać, że istnieje plan. Zrobił, tak jak uradzono,
ogłosił frontalny atak.


            Nie
wszyscy się obudzili na tyle, by móc dołączyć do walki. Niektórzy zostawali,
czekając na poranek, by lepiej widzieć. Inni ruszali za pierwszymi, śmiało
wkraczając na polanę, wcześniej zbroczoną krwią.


            Orki,
gobliny i Moredhele, bez większych problemów wystawiły kompanie łuczników,
które nie musiały nawet celować w przeciwnika. Ogrom biegnących był tak wielki,
że prawie zawsze się trafiało.


            Ludzie
padali jak muchy.


            Podobnież
elfowie, krasnoludy, halflingowie i rzadsze rasy, ale to nie zatrzymywało ich
marszu. Parli dalej, byle do przodu, byle do obozu wroga, gdzie mieli mieć
szansę wykazać się w bitwie. Mieli szansę zabijać. Dać upust swojej nienawiści.


            Wielu
poległo, jeszcze więcej leżało na ziemi, w błocie, wrzeszcząc i zwijając się z
bólu. Niektórzy zostali stratowani przez własnych sojuszników. Inni przewracali
się o ciała, tylko po to, by już nie wstać. Bo ktoś biegnąc nadepnął im na
kark, skręcając go.


            Podejście
pod obóz Mroczniaków byłoby kompletną porażką, gdyby liczyć trupy. Zbieranina
sojuszu dała się wręcz zdziesiątkować, zanim dotarła do obozu. Tyle, że nawet
liczba poległych, była tylko niewielkim ułamkiem tych, którzy jeszcze do walki
nie przystąpili. Błędem statystycznym, o którym nie warto wspominać w
oficjalnych zapiskach.


            Jeszcze
więcej zginęło w obozie. Nieuzbrojeni mężczyźni, bezbronne kobiety, słabowite
dzieci czy schorowani starcy, nawet kierowani nienawiścią nie są w stanie
sprostać wyszkolonym orkom, od lat zaprawionym w boju. Zalewano ich jedynie
ilością, ale i to nie dawało rezultatów. W końcu sojuszników Mrocznych Elfów
również było bardzo wiele. Liczby więc nie miały żadnego znaczenia.


 

            Nie
wszyscy ruszyli do ataku. Wielu czekało, aż będzie mieć szansę dołączyć do
frontu. Dyzio, po obudzeniu się zauważył, że Szef przysnął. Kopnął lekko
butelkę, która od razu odskoczyła wystraszona.


- Co jest?! – Zapytał awatar.

- Nie śpimy, walczymy. – Roześmiał się Kisjevczyk.

- No to już! Nie śmiejemy się, wstajemy. – Przejął
inicjatywę Szefo. – No a ciebie gagatku to muszę specjalnie pilnować, żebyś nie
dał się zbyt łatwo zabić.


- Nie boję się śmierci. Powiem tyle, że teraz fascynuje
mnie co najmniej tak bardzo jak życie. – Odrzekł. Gdybym miał wybór nie potrafiłbym zdecydować, czy żyć czy umrzeć.
Dlatego ten wybór pozostawiam innym, tym, którzy mają prawo o tym sądzić.
Bogom.


- Pierdoły myślisz egocentryku. – Wnerwiała się butelka.
– Pomyśl trochę o mnie, co potem ze mną będzie? Mam się tułać po Miscle z
kapelanem, który nawet do wojaczki się nie nadaje, czy może z tym magiem, który
będzie tylko kombinował jak mnie tu wypić? Stworzyłeś mnie! – Pośrednio, bo pośrednio, ale zawsze.
Jesteś mi przez to coś winien. Musisz o mnie dbać, jak o swoje dziecko!


- No to ładnie. – Westchnął Dyzio. – Wpierw się pomodlę,
a potem się czegoś napiję, nie żebym był alkoholikiem.


- Odpierdol się! – Ryknął Erlan. – Znaczy zamknij, noc
jest palancie, a ty się wydzierasz.


- Technicznie rzecz biorąc, to ty mi wrzeszczysz nad
uchem. – Wtrącił się Shivan.


- Alarm, nie wiem jak wy, ale ja i moje dziecko idziemy
upolować kilku Mroczniaków. – Powiedział Dyzio.


- Powodzenia. – Odrzekł kapłan.

- Niedaleko pada jabłko od jabłoni. – Marudził mag
spoglądając na „dziecko” przyjaciela.


            Kisjevczyk
poszedł jeszcze do namiotu, w którym mógł wziąć sobie trochę prowiantu, nie dla
wszystkich był taki luksus. Większość walczących była zdana na własne zasoby, a
to znaczy tyle, że wielu z nich by zapchać swe żołądki jadło trawę czy ziemię.


            Po
krótkim śniadaniu Dyzio z Szefem na ramieniu zaczął podążać w kierunku frontu.


- Ale im pokażemy. Jesteśmy bohaterami. Pokonałem demona
– chwalił się Szef. – Zdrajcę. Nie mogę się doczekać, kiedy znów zabiję kogoś
sławnego.


- Ani mi się waż. Jak znajdziesz, to ja go załatwię. –
Pouczył go Kisjevczyk.


            Przechodzili
obok ogniska, przy którym grzała się garstka ludzi. Zza gór powoli wstawał już
świt, Dyzio zaś zauważył jakiegoś dzieciaka, który nieporadnie próbuje wymachiwać
mieczem. Podszedł do niego.


- To twoja broń? – Zapytał.

- Tak, panie. – Odrzekł chłopiec zachrypniętym głosem.
Miał jakieś trzynaście lat i przechodził właśnie mutację.


- Pokaż mi go.

            Dzieciak
zastanawiał się chwilę, a w końcu podał broń Kisjevczykowi. Ten chwycił ją i
zamachnął się.


- Dobra broń, wyważona.

- Należała do mojego ojca. – Powiedział smutno chłopak. –
Mroczniaki go zabiły. – Jak i resztę
mojej rodziny.


- Jak się nazywasz?

- Beregord, mój panie. – Odpowiedział chłopiec.

- Miecz i maniery, widzę, że pochodzisz ze szlacheckiej
rodziny. – Rzekł Dyzio.


- Nie to co my. – Wtrącił się Szef.

            Beregord
jednak nic nie odpowiedział. Patrzył na mężczyznę i butelkę z pewnym
zdziwieniem. Kisjevczyk oddał mu miecz, złapał go za rękę i objął nią rękojeść.


- Tak trzymaj, wtedy nikt łatwo ci nie wybije broni z
ręki.


            Potem
pokazał mu jeszcze kilka ciosów, głównie defensywnych i ruszył dalej. Smutne to czasy, gdy dzieci stają do walki,
stając się ostatnią nadzieją wolności.


 

            Korel
Drow, gdy tylko skończył rozmowę przez kamień dalekowidzenia, nie mógł przestać
się śmiać. Nie mógł powstrzymać swoich emocji, co było uznawane za słabość
wśród Mrocznych Elfów. Saur nie żyje. Dziwne
zachowanie mistrza Cieni, a raczej całkowity brak jakiegokolwiek kontaktu,
zostało potwierdzone. Przywódca zakonu nie żył, a pełnię władzy sprawował Drow.
Nie raz obiecywałeś mi, że mnie namaścisz
na swego następcę, a ja zawsze wiernie ci służyłem. W końcu opłaciło się.
Przegrałeś, w sposób, którego nie próbuję zrozumieć. Mówią, że to Rodryk jest
szalony, ale czy ty Saurze w swoich zamierzeniach mogłeś mówić o rozsądku? To
było szaleństwo od samego początku. Aż do twego marnego końca.


            Cień
wiedział, że nie jest to najlepszy czas na delektowanie się zwycięstwem. Wojna jeszcze się nie skończyła. Rodryk zaś nadal jest graczem, acz niebawem gra
zacznie się od nowa. Tylko jeden stary wyga pozostał. Alsan Korr. On kontroluję
królestwo. No i Neram, który dowodzi Magistratem. Ta bitwa może wynieść go na
wyżyny, lub zmieść. Ważne jest, by to Cienie przesądziły o zwycięstwie. A może
nawet o wojnie, ta jest nam już niepotrzebna. Nie jesteśmy w stanie ogarnąć
terenów, które zdobyliśmy.


- Coś się stało, mistrzu? – Zapytał jeden z czerwonych
Cieni Gwardzistów.


            Mistrzu. Jeszcze wczoraj się tak do mnie nie
zwracali. Bo i po co, Najwyższym Cieniem był przecież Saur. Rada została
zmarginalizowana, a ja pełniłem funkcję zarządcze, naturalne, że jestem nowym
mistrzem. Nikt tego nie kwestionuję.


            Wieść o
śmierci Saura krążyła po obozie jeszcze wieczorem poprzedniego dnia, teraz Drow
zyskał pewność, a wraz z nim, jego przyboczni. Mógł ich dziwić śmiech, ale
żaden nawet nie próbował osądzać swego zwierzchnika. Bali się go. Saur był
przebiegłym intelektualista, mistrzem gier, nie liczył się z nikim i niczym,
ale umiał przekonywać innych do swoich racji. A raczej podporządkowywać ich.
Korel był zupełnie inny, brakowało mu tych przymiotów, ale nadrabiał to sobie
surowością i brutalnością. Nikt nawet nie próbował mu podskoczyć. Bo i po co
ryzykować życie. Po co wchodzić w drogę chłodnemu skurwysynowi.


            Jednak
śmiech na jego twarzy, musiał budzić zdziwienie.


- To naturalna reakcja. – Odparł Korel. – Saur mi kiedyś
obiecał, że zostawi zakon Cieni, gdy pozna tajemnicę drugiej strony życia. I
poznał. Ironia zaprawdę jest kapryśną boginią, ziściła jego marzenie, tylko w
sposób taki zwyczajny. – Wręcz ordynarny.
– Ale wróćmy do rzeczywistości. Chcę by sprowadzono wszystkich Cieni i
Iluminarów na wieczór. Chcę też, by każdy z naszych braci, kto miałby pomysł na
pozbycie się wrogów dość szybko zgłosił się do mnie. Chcę wieczorem świętować
zwycięstwo. Nie Moredheli, a Cieni. Rozpropagujcie moje rozkazy dalej. I
zostawcie mnie samego.


            Zrobili
jak rozkazał.


            Drow
pozostał sam w namiocie. I znów parsknął ze śmiechu. Teraz jestem jedynym władcom Cieni i Iluminarów. A po dzisiejszym dniu,
to nie ja będę musiał się liczyć z Korrem, Neramem i Rodrykiem. A oni ze mną. I
będą się modlić, bym pozwolił im żyć.


 

            Trebusze
wyrzucały kamienie pełną parą. Nie trzeba było nawet celować, przeciwnicy
nadciągali tak wielką ilością, że nietrafienie w kogoś było prawie niemożliwe.
Podobnież działali kusznicy. Ładowali kolejne bełty i strzelali przed siebie.
Zawsze ktoś padał. Czy to ranny, przestraszony, czy martwy. Nie miało to
znaczenia. Zaraz i tak go rozdeptano.


            Atakujący
wiedzieli, że mają większe szanse w walce, stąd nie zważając na nic, biegli
przed siebie.


            A
gobliny i orki, już na nich czekały. Część strzelało, część odgrywało bojowe
pieśni, nieodzowne w sposobie prowadzenia walki. Inni tylko patrzyli na swą
broń, czekając, kiedy nadejdzie moment by jej użyć.


            Tłum,
który dobiegł do nich, rzucał się na nich, z drągami, kamieniami, wyrywał broń.
Byli tacy, którzy próbowali podpalać trebusze, czy ubrania przeciwników. Nad
sposobem walki nikt nie panował. Każdy walczył według własnej metody. To bardzo
cieszyło orki, sprawiało, że bitwa dla nich była bardziej naturalna, ciekawsza
i łatwiejsza, w końcu siły były bardziej wyrównane. Dzikie goblinoidy nie czuły
się pewnie walcząc z dużą regularną armią na otwartym polu. Wolały bardziej
ustronne miejsca, gdzie można było wykorzystać element zaskoczenia.


            To, co
jeszcze bardziej odpowiadało im podczas tej bitwy, to przeciwnicy, którzy
bezbronni podbiegali, przepełnieni jedynie nienawiścią, podchodząc praktycznie
pod samo ostrze. Jedno szybkie pchnięcie i ich ciała osuwały się na ziemię.
Można było czekać na kolejnego, można było też odciąć kawał mięsa leżącemu. I
zjeść. I nikomu to nie przeszkadzało. Jedynie bardziej wnerwiało przeciwników,
a o to przecież chodziło. Dzięki temu zabawa była lepsza.


            Kilku
ludziom udało się wyrwać broń orkom. Jeszcze inni byli uzbrojeni. Kolejni zaś
dużo silniejsi od goblinów. I zabijali ich. Jedni drugich. A potem sami
zostawali kolejnymi celami.


 

            Ss’lasir
z pewnym trudnościami wdrapał się na swojego fallumbasa. Wiekowy naga przez
większość swego życia dowodził bitwami z bezpiecznej odległości, z dala od
linii bezpośrednich walk. Nie to, żeby się bał, czy nie lubił, zawsze
interesowała go większa złożoność. Szybkość działania również, ale całościowy
obraz bitwy zazwyczaj był bardziej skomplikowany, trudniejszy do ogarnięcia,
przez to ciekawszy. Wiek jednak robił swoje. I wąż to doskonale czuł. Zawczasu
ustanowił kilku dowódców, którzy mieli po nim przejąć odpowiedzialność za losy
bitwy, sam doskonale zdawał sobie sprawę, że długo nie pociągnie. Nawet nie
zamierzał. Obecnie wyzwaniem było przetrwać jak najdłużej. I to było chyba
najtrudniejsze zadanie jakie miał w swoim życiu. Stary, ślepy, słaby nie
nadawał się do wojaczki. Od lat dogorywał w podziemiach Reptilium, teraz miał
jednak nie tylko walczyć, ale i inspirować innych, pociągnąć za sobą tych,
którzy nie wierzą w dżihad, ale mimo wszystko zdecydowali się walczyć.


            Sługa
podał mu miecz. Ss’lasir, podniósł go do góry i powoli ruszył lejcami kraba, by
ten zaczął poruszać się do przodu. A raczej na bok, gdyż stworzenia te miały
dość specyficzny sposób chodzenia.


- Na przód! – Krzyknął dowódca.

            Inne
fallumbasy powoli ruszyły za nim, a dalej piechota złożona z przeróżnych gadów.
Nawet lekkie pancerze w połączeniu z ich łuskami dawały bardzo dobre efekty.
Wiele strzał nie mogło się przebić, nie raniły, nie dziesiątkowały.


            Gdy już
znajdowali się blisko goblinów, o czym poinformowano Ss’lasira, ten ręką dał
znów sygnał.


- Formować szyk kosiarza! – Wydarł się.

            Jeźdźcy
krabów doskonale wiedzieli, o co chodzi. Sam manewr był dość trudny, gdyż
fallumbasom ciężko było obrócić się wokół własnej osi. Trzeba było odpowiednio
wcześniej skręcić i powoli się ustawiać. Wyćwiczonym jeźdźcom nie sprawiało to
większych trudności, acz same skorupiaki nie należały do zwierząt łatwo
sterowalnych.


            Gdy
gobliny rozpoczęły swój atak, dopiero wtedy Ss’lasir dał sygnał, by wezwać
troglodyty. Powoli, miały się pojawić na polu bitwy dopiero, gdy walka się
zacznie na dobre. Wcześniej mogłyby przestraszyć wroga, a tego naga pragnął
uniknąć.


            Goblionoidzi
rzucali się z mieczami, maczugami i toporami na żołnierzy Reptilium, często też
głupio podbiegali do fallumbasów, które rozzłoszczone(głównie przez używanie
specjalnych ostróg i batów), łapały praktycznie wszystko, co wpadło im pod
szczypce. I przecinały to. Nie potrafiły na lądzie zrzucić nikogo z siebie, ale
potrafiły inaczej odreagować. I o to chodziło. Goblin, który został złapany w
szczypce mógł próbować walczyć. Mógł próbować się wyrwać. Mógł też próbować
przeżyć, ale wszystkie te możliwości były prawie nierealne.


 

            Ciągle
przybywało zabitych. I rannych. Tych pierwszych nawet nie było czasu znosić z pola
walki, leżeli i rozpoczynali swój rozkład. Tych, którzy jeszcze żyli, znoszono
do polowej infirmerii, którą założyli Shlayanie. To właśnie tu starano się
leczyć i opiekować tymi, którzy nawet nie mieli szans na przeżycie. W końcu
kapłanom Shlayi nie wolno było odmówić posługi nikomu.


            Shivan
jednak miał inne zdanie w tej sprawie. Przyszedł do nich, poszukał Lorien,
która nimi przewodziła i spojrzał na umierających.


- To nie ma sensu. – Powiedział.

- Co? – Zdziwiła się elfka.

- Lepiej będzie im w Panteonie. – Nam pewnie też.

- Myślę, że to nie czas na religijne dysputy. –
Stwierdziła. – Rozumiem, że podejście kapłana boga Śmierci może być inne, niż
kapłanów miłosierdzia, ważne jest byśmy się szanowali.


- Nie mówię, że robicie źle. – Tłumaczył się Shivan. –
Nie rozumiecie śmierci, a poza mną znam tylko dwie osoby, które jeszcze ją
rozumieją. – No i awatara. – Jednak
ja nie o tym. Miałem w nocy wizję, którą zesłał mi Morrou. Cienie planują coś
strasznego, będę potrzebował wszystkich mocy kapłańskich i magicznych, na jakie
mogę liczyć.


- Coś strasznego? – Spytała.

- Mój Pan wystawia mnie na próbę wiary. Ja wierzę jego
słowom. Nie polemizuję z nimi. I wykonuję jego polecenia, bez szemrania. Nie
mam powodu, by mu nie wierzyć. Wiem tylko, że jeśli nie zadziałamy wspólnie,
zginie dużo więcej osób, niż te, które wam przyniesiono. – Kontynuował elf.


- Nie czuję tego. Wybacz, ale muszę się zajać…

- Zaczekaj. – Przerwał jej Shivan. – Miłosierdzie i
niesienie pomocy nie wymaga infirmerii, prawda? Możecie pójść na pole bitwy i
tam leczyć. Możecie podążać za mną, z dala od frontu, acz blisko rannych. – Wtedy, gdy nadejdzie potrzeba, przyłączycie
się do mnie, tylko czy nie będzie wówczas za późno?


 

            Harald
Tveskæg utykając powoli zmierzał do przodu. Napiął jedynie swój łuk. Trzeba zapolować na orki. Uśmiechnął
się. I wystrzelił. Wielki czarny ork, który dusił jakiegoś człowieka padł od
strzały w plecy. Trzeba było znaleźć kolejny cel. I kolejny. Gorzej będzie jak będę musiał walczyć wręcz,
ale nie z takich kłopotów się wychodziło.


 

- Tak się zastanawiam, – powiedział Szef. – To ja
powinienem zabić Rodryka. To mnie powinien, przypaść ten zaszczyt, w końcu ja
tu rządzę.


- Nawet nie próbuj. – Warknął Kisjevczyk.

            Butelka
jedynie lekko zdenerwowana sytuacją, zeskoczyła z ramienia Dyzia i podbiegła,
do miejsca, gdzie dwóch mężczyzn walczyło z pięcioma orkami. Ledwo dawali radę,
bronili się jedynie kijami, podczas gdy przeciwnicy mieli miecze. Szefo po
kolei rzucał się na orki, a potem każdego z nic załatwiał jednym uderzeniem. Śmiertelny
tancerz, tak nazwał go jeden z mężczyzn.


            Potem
awatar wrócił do Kisjevczyka.


- Widzisz? Umiesz tak? – Przechwalała się butelka.

- Nie, ale umiem tak. – Odpowiedział.

            Zaczynał
już doskonale zdawać sobie sprawę, z magicznych właściwości miecza, potrafił go
też używać, by poruszać się szybciej i energiczniej, zachowując cały czas
postawę defensywną, jedynie z bliskiej odległości atakować w normalnym tempie.
Podbiegł do trzech orków, z którymi walczyła jedna kobieta. Wirtuoz śmierci, jak
go nazwała, pomógł jej wykaraskać się z opresji. Gdy jej przeciwnicy leżeli już
martwi, zdziwiona kobieta, uściskała go i ucałowała.


- Umiesz tak? – Rzucił do awatara.

            Potem
podniósł miecze i podszedł do mężczyzn.


- Czemu ich nie bierzecie. – Zapytał. – To broń, która
nie tylko pozwoli wam zadać cios, ale przede wszystkim pozwoli wam się bronić.


- To broń orków. – Odpowiedział jeden. – Brzydzimy się
jej.


- Najlepsza broń strzelecka, jaką widziałem, należy do
Moredheli. – Odrzekł Kisjevczyk. – Choć są wrogiem, muszę przyznać, że w tej
materii są lepsi. Nie ma się czego brzydzić, jeśli jest szansa, należy z tego
skorzystać.


            Gdzieś
zza mężczyzn wybiegł kilkuletni chłopiec, który chwycił za miecz, nie zważając,
do kogo on wcześniej należał.


- Synu… – Próbował go zatrzymać jeden z mężczyzn.

- Kijem się nie obroni. – Powiedział Dyzio. – Rękami
również. Tym – pokazał miecz – będzie miał choć cień szansy.


- Niewielki. – Dodał Szef. – Ale zawsze. – Potem klasnął
w dłonie. – No cóż, nie mędrkujemy, dozbrajamy się!


            Trochę
zawstydzeni mężczyźni zaczęli podnosić broń wroga, pokonując swe uprzedzenia.


 

            Erlan
skończył już pić. Czuł się dość dobrze, jedynie żałował, że alkohol mu się
skończył. W tej wojnie najgorsze jest
zaopatrzenie. Jak sobie pomyślę, ile wina się zmarnowało w Altburgu, Propolis
czy Parravornie, to aż mi się niedobrze robi.


            Potem
rozejrzał się, czy nie ma nigdzie gadającej butelki. Na bezrybiu i rak ryba. A potem uznał, że czas dołączyć się do
bitwy. I skończę tę wojnę. Zabiję Rodryka
i wszyscy wrócą do domów.


 

            Lokka-Thon
stał przed mapą. Co chwila przekazywano mu nowe raporty, przesuwano
prowizoryczne jednostki. Jaszczur czuł jedynie coraz większą irytację. Bitwa
się toczyła, a on nawet jeśli wydawał rozkazy nie miał na nią żadnego wpływu. Dżihad wyrwał się spod kontroli. Pod tym
względem Ss’lasir miał rację. Nie byłem w stanie nad tą bitwą zapanować. Nikt
nie był.


 

            W
jeszcze innym miejscu, grupa ludzi podchodziła pod miejsce, gdzie broniły się
gobliny.


- Tato, boję się. – Wymamrotał czternastoletni Marek. –
Nie chcę umierać.


            Dopiero
teraz, widząc to wszystko, chłopak zdał sobie sprawę, w co się wpakował. Gdy
byli w Kartltown chętnie uznał, że pójdzie wraz z ojcem walczyć. Teraz
wyglądało to zupełnie inaczej.


            Natan
spojrzał na syna. Po co ja go tu
ciągnąłem. Mogłem mu nie pozwalać.


- Nie pozwolę ci umrzeć. – Pocieszył go. – Obronię cię.
Nie będę cię opuszczał.


- A jeśli ty umrzesz? – Zapytał nastolatek.

- Na pewno nie umrzemy. – Zapewniał syna.

            Gdzieś z
tyłu słychać było bębny goblinów i ich pieśni bojowe. Potem na niebie ujrzeli
strzały fimirów, które rozdzielały się na kolejne i kolejne, jak to miały w
zwyczaju. Natan widząc, co się dzieje, przewrócił syna na ziemię, a następnie
zakrył go własnym ciałem. Setki rozmnożonych strzał pozbawiły życia większość
piechurów, na resztę rzuciły się gobliny.


            Gdy już
walka przetoczyła się w inne miejsce, Marek wyczołgał się spod ciała ojca.
Przytulił do niego z całej siły. I zaczął płakać.


           

            W oddali
trebusze i katapulty bez przerwy wyrzucały kolejne kamienie. Armia Reptilium
nie posiadała żadnych własnych machin. Jedynie
smoki, gdy już w końcu przybędą.
Ss’lasir cały czas siedział na swoim
krabie, który przecinał kolejne gobliny znajdujące się w zasięgu szczypców.
Fallumbas próbował niektóre z nich zjadać, tym samym zwierzę to nie różniło się
niczym od swych przeciwników, którzy także podjadali kawałki ciał znalezione na
polu bitwy.


            Tyle, że
oddziały krabów trudno było nazwać kawalerią, raczej ruchomymi fortecami, które
były trudne do przeniknięcia. Czasem któregoś rozwalił kamień z trebusza czy
katapulty, ale brak koordynacji między oddziałami goblinoidów sprawiał, że gady
nie musiały się tego obawiać. Pojedyncze ofiary były niczym, wobec strat
zadawanych wrogom. Dżihad wybuchł w sercach przepełnionych nienawiścią, ale
nawet ona nie była tak śmiercionośna jak wyszkoleni i wyćwiczeni gadzi
żołnierze.


            Gdy na
polu bitwy pojawiły się jeszcze oddziały kawaleryjskie Reptilium, wrogom
zrobiło się niedobrze. Reptilioni dosiadali kilkumetrowych troglodyt, które z
wielką chęcią rzucały się na przeciwników, gryzły, łapały je, miażdżyły,
zadeptywały, a tym, którym udało się jakimś cudem przetrwać, życie odbierali
jeźdźcy, którymi dowodził Lokutus.


            Oddział
troglodyt nie tylko przedostał się poza linię walki z fallumbasami, ale bez
większych problemów dotarł do katapult i trebuszy, tam siejąc zniszczenie.


            Spanikowane
gobliny i orki rzucały całą swą broń i uciekały, licząc, że gdzieś w oddali uda
im się uratować.


            Gdy
walczący po stronie Sojuszu, nie tylko gady, zobaczyli, że miotające machiny
nie tylko przestają atakować, ale też zajmują się ogniem, zaczęto wiwatować i
cieszyć się. W walczących wstąpił nowy duch, jeszcze intensywniej
przeprowadzali ataki.


 

            Rodryk
patrząc na pole bitwy ziewał.


- Nudno tu. W ogóle nic się nie dzieję, żadnych
fajerwerków, a pieprzone nistoty się chyba parzą a nie mordują. – Marudził pod
nosem.


- Co rozkażesz panie? – Zapytał go jeden z oficerów.

- Bogowie muszą się cholernie nudzić patrząc na te
zmagania maluczkich. Pieprzyć ich. Zaatakujemy za pięć godzin, proszę mnie
wtedy obudzić.


- Tak jest. – Odparł żołnierz. Tylko kim są ci maluczcy, bogami czy nistotami?

            Król
odwrócił się i udał do swojego namiotu, by odpocząć zanim przystąpi osobiście
do bitwy. Wtedy wszystko się skończy.


 

            Ss’lasir
nie widział nic. Jednak czuł bitwę i ją słyszał. Radowało go to. W końcu po
tylu latach znów był na polu walki, w centrum, tak jak zawsze pragnął.
Fallumbas właściwie załatwiał wszystko za niego, naga musiał się jedynie dobrze
trzymać w siodle, by nie spaść. Wiekowy generał słyszał jedynie gobliny, które
przestały już grać, przestały śpiewać. Uciekały ze strachem. Podniósł więc dłoń
z mieczem wymachując jakby wskazywał kierunek. Nie ważne gdzie dokładnie, ważne
by do przodu. Chodziło przecież o podniesienie morale, a nie wydanie
konkretnego rozkazu. I zadziałało. Walczący, nie tylko żołnierze Reptilium, ale
też inni, rzucili się jeszcze bardziej do zawziętej walki zmiatając wroga.
Pierwsza linia frontu została przełamana, gigantyczny tłum ruszył w kierunku
obozu Moredheli. Na polu walki zapanowała panika i wszechobecny chaos.


 

            Generał
Neram jechał właśnie swoim automobilem na górę, gdzie przygotowano mu już nowe
centrum dowodzenia. Jeden z jego adiutantów jedynie wskazał mu nagły zryw.
Gobliny i orki zawiodły. Tego można było
się po nich spodziewać.


- Proszę przekazać mój rozkaz do obozu. – Powiedział do
adiutanta. – Wpierw proszę spróbować skonsultować się z królem, jeśli jego
wysokość nie będzie dostępny, proszę wysłać strzelców Magistratu do walki. – Zatrzymają ten szarżujący tłum.


- Tak, jest. – Potwierdził rozkaz żołnierz i natychmiast
wyjął kamień dalekowidzenia. Niestety telegrafy, choć nie wymagały pomocy Cieni
miały wciąż jedną wadę, trudno było je montować w pojazdach, zwłaszcza gdy te
pokonywały nowe trakty. Za to technomagia wciąż sprawowała się znakomicie.


            Neram
spoglądał na bitwę. Chciałbym się tam
znaleźć, ale z drugiej strony zapanować nad tym wszystkim to jest wyzwanie.
Szkoda, że król już tego nie czuje. Jego wysokość nie znajduje się w dobrym
stanie, kiedyś kochał wojnę, żył dla niej, nienawidził innych istot, nie
odpuściłby takiej bitwy jak ta. Pamiętam go podczas bitwy Pod Samotnym Dębem,
dużo się zmienił od tego czasu. Wiek jednak robi swoje, mam wrażenie, że
monarcha się wypalił.
Nawet w myślach unikał jednego stwierdzenia, że król
stracił rozum.


 

            Korel
Drow w swoim namiocie patrzył na Cieni.


- Wszyscy mnie zawiedliście! – Krzyczał. – Żaden z was
nie dostarczył mi pomysłu, który mógłby w prosty sposób ukazać nas w pełni chwały.
Że też Saur musiał pozbyć się
najznakomitszych Cieni z zakonu. Przydałby się nam taki ktoś jak Ósmy, który
potrafił przerwać nawet najbardziej rozgorzałą bitwę.
– Czy o dużo
prosiłem!? – Irytował się. – Jeden głupi pomysł. Nic więcej!


- Jest wiele pomysłów… Mnóstwo czarów magii wojennej. –
Odpowiedział jeden z braci.


- Wszystkie schematyczne. Nie macie tu nic nowego! –
Denerwował się samozwańczy Najwyższy Cień. – Idealnie nadają się do potyczek,
nie do bitwy ostatecznej. Jeśli tego nie wiecie, ta bitwa przesądzi o losach
Miscle. I to nie tylko dlatego, że Sojusz upadnie. – W Królestwie zmieni się równowaga sił. Zresztą po co nam król? Jeśli to
my pokażemy swoją siłę, możemy zawładnąć całą planetą, nawet wydając innym
Rodryka.


- Żądasz niemożliwego. – Odrzekł inny zakonnik. – W zbyt
krótkim czasie. Musimy się zastanowić.


- Kurwa! – Ryknął zirytowany Drow. Saurowi zawdzięczam to, że tak łatwo mogłem sobie przywłaszczyć jego
stołek, nikt nawet nie próbuje mi się przeciwstawić. Ale ten drenaż mocno doświadczył
zakon, żebyśmy nie mogli wymyślić nic sensownego, by zwyciężyć? Wszyscy się
boją wychylić i ryzykować. Potrzebuję kogoś bardziej niezależnego. Iluminarów.

– Przekażcie zaufanym Iluminarom, że szukamy czegoś specjalnego. I niech te
pomysły zgłaszają bezpośrednio mnie. – Mam
nadzieję, że tych młodszych braci nie przeceniam. Saur nimi aż tak się nie
interesował, a Kryfstus panicznie nie bał się o swoją władzę.


 

            Shivan
ze zdziwieniem spojrzał na niebo. Nagle pojawiły się na nim chmury. Zupełnie
znikąd. W naukowy sposób trudno opisać
takie zjawisko, ale gdy już widziałem tamten świat mogę sobie wiele wyobrazić.

Wiele osób spojrzało w chmury ze zdumieniem. Na niebie pojawił się wielki
błysk, a piorun uderzył gdzieś w walczących. Potem zaczęło wiać. Myślałem, że wojna bogów się skończyła, ale
widocznie mieli jakąś przerwę.
Pamiętał doskonale to, że tam czas płynie
inaczej. Dla bogów mogła to być chwilowa pauza, tu minęło kilka dni. I jakby
tego było mało ziemia się zatrzęsła i to tak mocno, że trudno było utrzymać
równowagę. Praktycznie wszyscy, po obu stronach się poprzewracali.


- Dzień sądu nadszedł! – Krzyczał jakiś przerażony
człowiek.


- Hahaha! – Wydzierał się Montolio.

- To już koniec! Bogowie nas ukarzą! – Płakała jakaś
kobieta.


            Shivan
wstał, otrzepał się. To jeszcze nie
koniec świata, nie minął jeszcze rok.


- Będą znaki na niebie i ziemi! – Krzyknął najdonioślej
jak tylko mógł. – Wielkie trzęsienia ziemi, a miejscami głód i zaraza! Ale nie
od razu nastąpi koniec.


            Uchodźcy,
wstając z ziemi patrzyli na niego, jakby mieli przed sobą proroka. Może nie chodzi o to, by dodać im ducha
walki, a ocalić w nich wole życia.


- Możecie walczyć o życie. – Powiedział spokojniej.

- Tak, jesteśmy Mrocznymi Elfami. – Dodał Montolio.

- No to ładnie… – Wymamrotał pod nosem kapłan widząc,
że część ze słuchaczy, znów popada w chorobliwą panikę.


- Możecie walczyć o życie! Walczyć przeciw Moredhelom!
Ale nie musicie! Nie wolno wam robić tylko jednego, tracić nadziei! Ci, którzy
pragną walczyć, niech idą! Ci, którzy nie chcą, niech zaczną się modlić.


            Elf
uklęknął, a inni kapłani, którzy znajdowali się nieopodal zrobili to samo.
Potem dołączali do nich inni, ci którzy wierzyli, a także ci, którzy w czasie
wojny stracili wiarę. Teraz próbowali odzyskać ją na nowo.


            I nim
minęło kilka minut, niebo znów się rozpogodziło. Bynajmniej nie dzięki czarom. Bogowie zaprzestali walki, ale czy na długo?


 

            Rodryk
wybiegł ze swojego namiotu trzymając w ręku pistolet.


- Kurwa! Mówiłem, żeby mnie nie budzić! – Wydzierał się.
– Tępe chuje, nie strażnicy!


            Nawet
nie zorientował się, że to było trzęsienie ziemi. Zastrzelił ich i wrócił do
swojego namiotu spać dalej.


- Skurwysyny. Całkowity brak szacunku dla własnego króla.
– Rzucił do siebie leżąc już w łóżku.


 

            Erlan
wstał, wytrzepał się, a potem spojrzał na stojącą obok kobietę.


- To z głodu się przewróciłem. – Tłumaczył się. – O i
butelka alkoholu się rozbiła… Stąd ten zapach. Nic przecież nie piłem.


            Kobieta
się patrzyła na niego dość dziwnie.


- Nie jestem alkoholikiem. Tylko racje są tu fatalne.

            Dopiero
potem zorientował się, że nie tylko on się przewrócił. Zaczerwienił się trochę
i oddalił. Kurwa. Trzeba zająć się czymś
pożytecznym.


 

            Haraldowi
było trudno wstać. Drewniana noga złamała się, a na zdrowej nie mógł się zbytnio
poruszać, potrzebował laski by się oprzeć, lecz wtedy nie mógłby walczyć. Muszę coś wymyślić i to szybko.


 

- Nie leżymy, wstajemy! – Wydarł się Szef. – Raz, raz!

            Kisjevczyk
otrzepał się z kurzu.


- Nie otrzepujemy się, walczymy! – Pouczyła go butelka. –
Zresztą głupotą jest zrzucanie kamuflażu. Tarzaj się.


- Słucham? – Zdziwił się Dyzio.

- Nie gadamy, tarzamy się!

- Sam się tarzaj. – Coraz
gorszy jest ten układ.
– Ja idę dalej.


           

            Automobil
Nerama trochę wypadł z trasy, co spowolniło drogę na szczyt. Żołnierze musieli
wyjść i naprawić koło, nim arcygenerał mógł ruszyć dalej.


 

            Lokutus
widział, że trzęsienie ziemi pozwoliło siłą Reptilium się rozbić w sposób
niekontrolowany. Gobliny to wykorzystały. Rozpoczęły kontratak. Wszędzie było
słychać trzaskającą stal. Broń nie wytrzymywała werwy z jaką była uderzana.
Iskrzyła. Pękała. Kończyny krwawiły. A kolejne trupy padały na ziemię. Nie
można było już ich zliczyć.


            Ofensywa
reptilium została zatrzymana.


- Zbić się! – Krzyczał do pozostałych troglodyt i
reptilionów.


            Tylko
razem byli niepokonani. Pojedynczy gad, okrążony przez przeważające siły wroga
mógł jedynie pociągnąć kilku ze sobą, nie był w stanie rozbić sił przeciwnika.


- Zbić się! – Wydzierał się ponownie.

            Część
troglodyt nie chciało słuchać, ale część zaczynało się przybliżać do syna
Lokka-Thona. Jeszcze trochę, potem znów
przesuniemy szalę zwycięstwa na naszą stronę!
Im było ich więcej, tym
bardziej goblinoidy odczuwały lęk. I oto chodziło. Strach to wspaniały kompan w trakcie bitwy, zwłaszcza gdy omota wroga.


 

            Lord
Skerrit zaciekawiony zajrzał do namiotu dowódczego, w którym Lokka-Thon starał
się udawać, że dowodzi bitwą. Jaszczur przejmował się. Od rana ani nic nie
jadł, ani nic nie pił. Skaven zastanawiał się jak go pocieszyć.


- Morrou wszystkich nas przyjmie do swego królestwa, w
swoim czasie. – Powiedział w końcu. – Nie ma, co się samemu do niego śpieszyć.
Stres w niczym nam nie pomoże. Powinniśmy czekać. Jeden znak, już dostaliśmy.


            Lokka-Thon
próbował coś odpowiedzieć, gdy przybył kolejny posłaniec.


- Melduję, przełamanie frontu w kilku punktach, dowódco.
– Powiedział.


            Potem
jaszczur kazał mu zdać dokładny raport.


 

            Wielki
fimir, który dowodził kompanią strzelców, widział jak jego oddział wciąż nie
mógł się podnieść po trzęsieniu ziemi.


- Napierdalać skurwysynów! – Wydzierał się. – Wstawać!

            Ale było
za późno.


            Jego
kompania przyzwyczajona do bagien, przyzwyczajona do zwykłych trzęsawisk,
wpadła w panikę, gdy ziemia się zatrzęsła. Bała się wstać. Nie mieli pojęcia, z
czym mają do czynienia.


            Nim
wstali, zostali zaatakowani. Poukrywani wśród trupów przedstawiciele Sojuszu
wykorzystali chwilę, by co sił w nogach podbiec do fimirów.


- Zabić skurwieli! – Wydzierał się Ferion, wymachując
toporem. To jest bitwa, od czasu starcia
Solbunara i króla Jamy nie uczestniczyłem w niczym podobnym.


            Nie miał
jednak wiele czasu na myślenie i wspominanie. Podbiegł do leżącego strzelca i
rozwalił mu łeb toporem.


- Brać ich strzały! – Wydzierał się krasnolud.

- Ty chuju! – Rzucił się na niego z maczugą potężny
przywódca fimirów. – Zabiję cię!


            Ferion
nic nie odpowiedział. Jednym błyskawicznym ruchem roztrzaskał kolano
przeciwnika, który zaczął wrzeszczeć. Brunatna krew tryskała we wszystkie
strony, a krasnolud jeszcze raz zamachnął się i uderzył w kroczę przeciwnika.
Nawet brak genitaliów nie uchronił go przed bólem. Przywódca fimirów przewrócił
się, drąc i kręcąc. Rozwścieczony krasnolud wskoczył na niego i jednym ciosem
rozłupał mu czaszkę. Potem tylko wytarł odpryski mózgu z twarzy.


- W środku cuchnie gorzej niż na zewnątrz… – Rzucił pod
nosem, tak by podkomendni słyszeli.


            Kilku
przedstawicieli Zanzibaru zaczęło wiwatować.


- Ferion!
Ferion! Ferion!


- Wyrżnąć
gnojstwo!
Jeńców nie
bierzemy! – Przerwał im.


            Dopiero
wtedy fimirowie zaczęli wstawać w miarę regularnie, szybko jednak zrozumieli,
że nie mają tu swojej największej przewagi jaką stanowiła broń strzelecka.
Część z nich poległo, część uciekło. Oddział Feriona szybko opanował cały
niedawny przytułek wroga.


- Ostrzał! – Ryknął krasnolud. – Napierdalać bez rozkazu!
Jak najdalej!


            Podwładni
chwycili łuki i zaczęli ładować magiczne strzały fimirów, a następnie kierowali
je w kierunku sojuszników Mrocznych Elfów. I wystrzelili. Strzały w powietrzu
się rozdzielały na kolejne i kolejne i kolejne. I niczym zabójczy deszcz
uderzały we wroga.


 

            W innym
miejscu bitwy dwóch elfów, którzy znajdowali się między ludźmi, w końcu wstało
po trzęsieniu ziemi. Jednemu z nich spadł z głowy kaptur.


- Mroczne Elfy! – Krzyknął ktoś obok.

            Na nic
zdały się tłumaczenia, że nie każdy elf jest mroczny. Nie każdy musiał walczyć
po stronie Rodryka. Uchodźcy, a teraz fanatycy dżihadu, trzymając w ręku często
tylko kamienie, rzucili się na potencjalnych wrogów, zabijając ich, a ich ciała
zmieniając w krwawą miazgę.


 

Tveskæg, wciąż próbował wstać.
Wokół niego były setki trupów, gdzieś jeszcze skakały gobliny, podrzynając
gardła tym, którzy jeszcze żyli. On sam, ze złamaną, drewnianą nogą nie mógł
zrobić wiele. Muszę znaleźć sposób.


- Haha… – Usłyszał obok śmiech.

            Chwilę
później dostał w twarz kałem.


            Snotlingi. Kurwa jeszcze tego brakowało.

            Kompania
małych goblinków, które nawet nie były zbytnio świadome, całej ideologii walki,
na polu bitwy próbowała jedynie się bawić. Harald próbował machać mieczem,
odganiając ich. Czuł jedynie, że ciężko mu się oddycha. Smród potu i krwi, oraz
wszechobecny pył utrudniały mu tę podstawową czynność. Jeszcze zmęczenie i
zdenerwowanie. A głupie snotlingi przeskakiwały przed mieczem, chowały się i
wychodziły znowu, skakały pod nim, nad nim, myśląc, że to zabawa. I obrzucały
go swoim kałem, śmiejąc się przy tym.


- Kurwa… Nie chcę zginąć w ten sposób.

            Poczuł
tylko jak coś gryzie go w ucho. Zdenerwował się, złapał to, a jak się okazało
był to dorosły goblin i wręcz nabił go na swój miecz. Przeciwnik próbował się
wcześniej wyrywać i gryźć, ale był o wiele słabszy niż były najemnik.


            Potem Tveskæg
spojrzał na ciało. Nada się. Podniósł
miecz, odciął głowę, a resztę nabił na fragment drewnianego kikuta.


            Przynajmniej
mógł wstać.


            I
walczyć dalej.


 

            Po
drugiej stronie doliny, gdzie znajdowały się jedynie straże Sojuszu, nagle
usłyszano dźwięki trąb. Obiecani maruderzy Zanzibaru przybyli, tak jak
zapowiadał Ferion. Sztandar królowej Luzumany powiewał na wietrze. Dobosze
wygrywali jej wojenny hymn, a z nią maszerowała armia olbrzymów i cyklopów.
Wielu uciekinierów dopadł strach, pewnie uciekliby, gdyby nie to, że siły te
należały do wsparcia, a nie przeciwnika.


            Królowa,
która dosiadała słonia, na którym znajdował się jej wojenny tron, kazała
zatrzymać zwierzę i odwrócić je tak, by mogła przemówić do swych poddanych.


- Upadek Zanzibaru, to smutna historia mego ojca i
dzielnego olbrzyma Solbunara. Skłóceni przez Mroczne Elfy doprowadzili do
wojny, która zrujnowała nasz wspaniały kraj. Aż do dziś Zanzibar nie miał siły
się podnieść. Przybyliśmy tu, by spłacić nasz dług wobec tej przeklętej rasy.
By się zemścić. Oraz by się odrodzić. Tylko zwyciężając Zanzibar powstanie na
nowo! Nie bieżcie jeńców. Walczcie do ostatniej kropli krwi. Do upadłego! I
pamiętajcie o wszystkich cierpieniach, jakie nasi wspólni wrogowie sprowadzili
na tych biedaków i na nasz lud! Do boju!


            Oddział
gigantów ruszył przedzierając się przez obóz Sojuszu, reszta wsparcia została z
tyłu, powoli przesuwając się do przodu.


 

            Quezzik
spoglądał na bitwę z przerażeniem. Jestem
prorokiem, nie wojskowym. Nie wiem, po co Lord Skerrit mnie tu wysłał.

Skaveny były raczej przerażone, niż przepełnione agresją. Nie rozumiały idei
walki. Po co, czy z Mrocznymi Elfami nie można było się dogadać? Przecież w
Dzigbad wszystko jakoś się układało. Nawet Quezzik miewał wątpliwości, czy jego
pan postąpił dobrze. Nie wiadomo, kto
wygra. Dopiero po bitwie trzeba było zdecydować, po której stronie się
opowiedzieć, nie przed. Należało taktycznie się spóźnić.
Kto wie, może to
właśnie za takie sugestie, władca skavenów wysłał swego proroka na front, a
może dlatego, że chciał, by i szczurzy lud miał w wojnie swój wkład.


- Strzelać. – Rozkazał skaven. – Byle nie w naszych.

            Spoglądał.
Wokół raczej było spokojnie. Może to i
lepiej. Mogę nie zgadzać się z polityką mojego pana, ale tam przynajmniej mam
blade pojęcie, w przeciwieństwie do taktyki.


 

            Olbrzymy
i cyklopi z łatwością pokonały prowizoryczną fortyfikację minotaurów, zza
której prowadzono ostrzał przeciwników. Wcześniej nikt nie mógł się nawet
zbliżyć do barierek, teraz wszystko się zmieniło. Giganci przełamali opór, a
tłum ruszył naprzód, wlewając się niczym śmiercionośna woda.


            Kolejny
front się przełamał.


            Znów w
zastępach sojuszu rozpleniła się radość i nadzieja.


 

            Arcygenerał
Neram spojrzał na pole bitwy przez lunetę, a potem podszedł do stołu
taktycznego.


- Nasze jednostki gotowe, arcygenerale. – Powiedział
jeden z oficerów. – Wszyscy są na miejscach, król zaś jest niedostępny.


- Doskonale. Otworzyć ogień. – Rozkazał.

            Natychmiast
słowa te przenoszono dalej, czy to telegrafem, czy kamieniami dalekowidzenia.
Mroczne Elfy wkraczały do bitwy.


- A co z sojusznikami? – Zapytał jeden z oficerów. – Mają
się wycofać.


- Polećcie to im. A tym, którzy walczą, oszczędźmy
cierpienia. – Rzekł arcygenerał. Górnolotne
słowa, pełne humanizmu i relatywizmu, a brzmią o wiele ładniej niż zabić
skurwieli. Wygląda na to, że i mnie wojna zmienia. Na gorsze. Czy to możliwe,
by istniała walka, która pozostaje wyzwaniem, a nie wypacza z czasem
charakteru?


 

            Oddział
Feriona zajął już trzeci posterunek fimirów, a ich własnymi strzałami zadał im
druzgocący cios. Od bitwy o Armenger, oddziały fimirskie zdawały się być
niezwyciężonym sojusznikiem Mrocznych Elfów, teraz jednak wszystko się
zmieniło. Kilkunastu Zanzibarczyków i banda uchodźców zmienili losy bitwy.
Bohaterowie, prawie jak Gaupewulf, tylko nauczyli się trochę od tamtego czasu.
Nie oddawali swego życia tak łatwo.


- Odsunąć się. – Ryknął Moredhel do swych sojuszników.

            Kilku
piechurów z karabinami wyszło na przód, lecz w tym momencie Ferion rozkazał, by
jego podwładni puścili salwę z magicznych strzał. Część żołnierzy Magistratu
się wycofała, część poległa, nim zdążyła choćby otworzyć ogień.


- Plan B. – Rzucił pod nosem dowódca Mrocznych Elfów.

            Żołnierze
wycofali się. Za to kilka chwil później pojawili się inni, i nieśli ze sobą dwa
karabiny maszynowe. Wystarczyło, by wystrzelać wroga.


            Ferion
wytężał oczy.


- Przynieśli jakieś nowe diabelstwo. – Przeklął pod
nosem. – Pieprzone skurwysyny. Do strzału!


            Jego
poddani napięli łuki.


- Stop! Skurwiele!

            Mroczniaki
wyprowadziły więźniów, uprowadzone wcześniej dzieci. Wciąż jeszcze żywe. Miały
być żywą tarczą trzymaną tuż przy żołnierzach Magistratu.


- Wycofujemy się! Ile sił w nogach! – Ryknął Ferion.

            Nie miał
odwagi ryzykować życia dzieci. Ani pomysłu, by je uratować.


            Gdy jego
oddział wycofywał się, Moredhele otworzyły ogień. Serie z karabinów
maszynowych, były śmiercionośne, nie istniał żaden niemagiczny sposób, by się
przed nimi uchronić.


- Kurwa… – Przeklął pod nosem krasnolud. – A szło nam
już tak ładnie.


 

            Lokutus
oraz reptilioni i trogdoldyty znów siali postrach pośród goblinów i orków.
Resztę dobijał tłum. Front prawie całkowicie się załamał. Nastąpił tu chaos,
którego nie sposób było opanować.


            Mroczne
Elfy nawet nie próbowały odwoływać swych sojuszników. Wykorzystały sytuację,
spokojnie zamontowały karabiny maszynowe i otworzyły ogień. Wspomagani przez
strzelców wyborowych, używających normalnych karabinów. I powoli podążali
naprzód. Po trupach ludzi, orków, goblinów, gadów i innych ras.


 

            Między
minotaurami pojawiali się przedstawicie Magistratu Wojennego z bronią palną. Wystarczyło
zaledwie kilkunastu żołnierzy, by zacząć dziesiątkować gigantów. Olbrzyma czy
Cyklopa bardzo łatwo trafić w głowę, którą podobnie jak cała ciało mają dość
duże. Ale i tak jeden mały pocisk, jedna mała kula wystarcza, by takiego
przeciwnika powalić.


 

            Znów
szala zwycięstwa się przechyliła, tym razem na stronę Moredheli. Neram
spoglądał na pole bitwy. Przepełniała go duma i podziw wobec jego własnych
żołnierzy. Chcesz coś zrobić dobrze, zrób
to sam.


- I co teraz, arcygenerale?

- Czekamy. – Rozkazał. – Dajmy czas przeciwnikom wykonać
kolejny ruch. – O ile mają coś w
zanadrzu.
– Potem znów przejmiemy inicjatywę.


 

            Nie
wszyscy magowie i kapłani poszli za Shivanem, część stało na wzgórzu na wschód
od miejsca bitwy i spoglądało na dolinę. Czekali w pogotowiu, by powstrzymać
Cieni i Iluminarów. Starali się samemu nie atakować magicznie wroga, nie było
takiej potrzeby. I tak większość „wojsk” jeszcze nie walczyła, a nikt nie
chciał przypominać przeciwnikowi o wciąż niewykorzystanej arenie. Zresztą aren
było dużo więcej niż tylko magia.


            Erlan
kołysząc się, podszedł do magów.


- Chciałem się na coś przydać. – Powiedział. – Próbowałem
na polu, ale pobili mnie i oblali alkoholem. – Od razu zaczął się tłumaczyć. –
Mam w gestii magicznej spore osiągnięcia, myślę, że się przydam.


- Witaj. – Powiedział jakiś wiekowy czarodziej. – I
zajmij miejsce wokół nas.


 

            Ss’lasir
cały czas siedział na swym fallumbasie, próbując dodać swoim żołnierzom i innym
ochotnikom otuchy. Legendarny dowódca był z nimi, znosił trudy walki, pomimo
wieku i ułomności. I wciąż żył. To było wręcz zdumiewające. A może na tym
właśnie polegała jego siła. Jego legenda. Że umiał zorganizować obronę. Że
umiał walczyć. Że potrafił przeżyć, nawet najgorsze opresje.


            Kraby
były nie do zdarcia dla orków, czy goblinów. Stanowiły ciężką zaporę, której
nie można było przejść. W goblinoidach wzbudzały coraz większy strach. Jednak
dla żołnierzy Magistratu, były to tylko opancerzone zwierzęta. Nic więcej.


- Nie będą potrafiły się bronić. – Powiedział kapitan.

            Potem
kazał wycelować karabiny maszynowe, oraz rozpocząć ostrzał z dział. Salwy z
armat znów zaczynały zmieniać bieg bitwy. Nawet stary naga odwrócił się w ich
kierunku. Nie widział, co to jest, dźwięku też nie rozpoznawał. Przynajmniej
nie w tym, czego doświadczył. Lokka-Thon
mi o tym opowiadał.
Kule zaczęły uderzać całkiem blisko. Jedna z nich
trafiła jakiegoś kraba, który w przedziwny sposób syknął i się jakby złożył.
Generał tego nie mógł dostrzec, ale wyczuwał, że w końcu zmienił się wicher
wojny. Możemy się wycofać? Ale co to da?
Tyle, że będą nas ścigać i w końcu dopadną. Nie przybyłem tu, by uciekać.
Przybyłem by walczyć. I zginąć!
Uśmiechnął się pod nosem. Podniósł lejce i
zaczął sterować krabem. Krzyknął do najbliższego jeźdźca, by wskazał kierunek,
a następnie na ślepo skierował swego kraba. Pozostałe fallumbasy podniosły swe
korpusy, gdyż wtedy lepiej im się poruszało i szykiem udały się za generałem.
Wprost na Mrocznych Elfów.


- Ognia! – Krzyknął dowódca Moredheli. – Zachciało się
brawury draniom, zgnieść ich!


            Kule z
armat leciały jedna za drugą. Część z nich trafiało wielkie kraby, zabijając
niejednokrotnie tak zwierzęta jak i jeźdźców. Inne trafiały w ziemię, a wybuchy
rozrzucały pył i glebę we wszystkie strony. To jednak nie powstrzymywało gadów.
Gdyby fallumbasy nie były tak powolne, z pewnością dopadły by już Mroczniaków.
Im bliżej byli, tym kule bardziej rozmijały się z celem. Wystrzeliwano je zbyt
wysoko.


- Obniżyć lufy! – Ryknął jeden z kapitanów.

- Bzdura! Ognia z karabinów! – Wydał inny rozkaz dowódca
polowy. Mam nadzieję, że nie za późno.


            Działa
armat umilkły. To wywołało jedynie euforię wśród jeźdźców a także tych, którzy
stali za nimi. Tylko przez chwilę. Potem dudnienie pojedynczych wystrzałów
zastąpił ciągły hałas. Serię z karabinów maszynowych. Nawet opancerzone gady,
nie miały szans z taką bronią. Fallumbasy nie padały pękając, padały martwe.
Podziurawione setkami kul. A razem z nimi leżeli nie tylko ich jeźdźcy, ale też
i dawni wrogowie. Jeśli ktokolwiek miał wątpliwości, by próbować się układać z
Mroczniakami, właśnie tu mógł zobaczyć błąd swego rozumowania. Część goblinów i
orków, poczuła się zdradzona i zmieniła front. Starała się dobiec, ile sił w
nogach do karabinów. By je powstrzymać. Zniszczyć. I ukarać zdradzieckich
sojuszników. Ci jednak nie reagowali. Strzelali do wszystkiego, co mieli przed
lufą, niezależnie, kim lub czym to było. Sprawiedliwie sprowadzali śmierć.


            Część
fallumbasów jednak cały czas podążała naprzód. Powoli, miarowo, acz
nieustannie. Co chwilę odpadał któryś z szyku, ale pochód nie ustawał. Zresztą
coraz trudniej było zauważyć, który z krabów jest martwy, a który przystał na
chwilę.


- Naprzód! – Wydzierał się Ss’lasir. – Nie takie rzeczy
pokonywaliśmy! – I wciąż żyjemy!
Naprzód! – Poganiał swoich.


            W końcu
znalazł się na celowniku jednego z żołnierzy Magistratu. Ten tylko nacisnął
spust. Szybko wystrzelone kule przebiły wężowe ciało nagi, wręcz rozpołowiły
je. Upadło na siodło wielkiego kraba, ale ten nadal podążał do przodu, jakby
zgodnie z rozkazem. I ochraniał swoim ciałem zastępy kolejnych.


            Żołnierz
skoncentrował się na innych jeźdźcach. Ściągał ich. Jak snajper. Jednego za
drugim. Fallumbasy jednak wciąż podążały ku celowi i w końcu doszły, łapiąc w
swoje szczypce lufy karabinów. Może nie mogły ich przeciąć, ale mogły choć
trochę powykrzywiać. Mogły wprowadzić panikę. I tylko o to chodziło. Zasłoniły
tłum, który przedostał się po trupach i wpadł przepełniony nienawiścią na
oddział Mrocznych Elfów. Nawet pistolety nie były ich w stanie uratować. Nawet
gdyby były maszynowe. W końcu i tak wyczerpałaby się amunicja. Rozwścieczeni
uchodźcy rzucili się z wszystkich sił na znienawidzonego wroga. Ciała rozerwano
wręcz na strzępy. Kolejny przyczółek Moredheli upadł. A w środku zdechł ranny
fallumbas, na którym leżało ciało Ss’lasira. Ostatnia bitwa generała. Ostatnie
zwycięstwo.


 

            Lokka-Thon
patrzył na mapę, gdzie zaznaczono najnowsze doniesienia. A raczej ustawiono
pionki w miejscu kolejnych walk. Liczba poległych była zatrważająca. Najgorsze jest jednak to, że większość z
naszych sił, jak i sił wroga, jeszcze nie nawiązała kontaktu. Wciąż czeka, aż
będzie mogła podejść do linii frontu. W porównaniu z żywymi, martwi stanowią marginalną
ilość.
I chodź zaznaczano kolejne potyczki, ogólny front właściwie się nie
zmieniał. Zwycięży ten, kto wytrzyma
dłużej, tylko, że my nie mamy zapasów.


 

            Borubar
stał razem z innymi krasnoludami i czekał, aż przyjdą rozkazy. Znajdowali się
na tyle daleko od wroga, że nie docierały do nich informacje o walce, sami też
niewiele mogli zobaczyć. Poza oczywiście przeolbrzymim tłumem.


            W końcu
podbiegł do nich jakiś gnom.


- Olbrzymy przedarły się przez zasieki minotaurów!
Szybko, potrzeba toporników, by ciąć skurwieli! – Krzyknął.


            Krasnoludy
zerwały się natychmiast i pobiegły za posłańcem. W końcu można było dołączyć
się do bitwy. Moi towarzysze byliby ze
mnie dumni. Kto wie, może i ja dziś zasnę w kamiennym śnie. W końcu to dobry
dzień na śmierć.


            Splunął
jedynie na ziemię. I ruszył za resztą. Gotowy do walki. Gotowy na śmierć.


 

            Gnom
Farfel nie miał siły biegać między frontem a obozem. Dlatego zajmował się czymś
innym, podgrzewaniem dżihadu, jak to nazywano. W miejscu, gdzie znoszono
rannych, których udało się zabrać z pola bitwy, próbował wsłuchiwać się w ich
opowieści, a potem przekazywał je, w poprawionej formie innym gnomom, które jeszcze
bardziej ją zmieniały i opowiadały uchodźcom. Ci, którzy nie walczyli musieli
być informowani o tym, co się dzieje. Musieli wiedzieć. A sama opowieść,
musiała żyć własnym życiem. Interpretacje i zmiany, były więc jak najbardziej
dozwolone. A nawet wskazane.


 

            Arcygenerał
Neram patrzył na kolejne raporty.


- Statystyki poproszę. – Powiedział.

- Front niewiele się zmienił, arcygenerale. – Referował
jeden z oficerów. – Większość sił zarówno naszych jak i wroga, wciąż znajduje
się w odwodzie. Nie ma nawet miejsca, by je rzucić do walki, musielibyśmy
rozciągnąć front, bądź przerzucić siły w inne miejsce.


- Nie, na razie tego nie zrobimy. Czy wrogowie próbowali
jakiś ruchów? – Pytał.


- Nie. O wszystkim informujemy.

- Wiem. – Ale
czasem jak nie zapytam o coś oczywistego, to takiej informacji nie dostanę.

– Jak się zmienił front?


- Niewiele, arcygenerale. W większości miejsc
zatrzymaliśmy napływ wrogów, wręcz zepchnęliśmy ich do odwrotu, ale nie
atakujemy. Jedynie w dwóch miejscach udało im się przedrzeć przez karabiny
maszynowe.


- Czemu jeszcze mnie o tym nie poinformowano? – Zapytał
dowódca. Właśnie taką informację uznaję
za oczywistą.


- Front jest zbyt rozległy, arcygenerale. Nie w sposób
wszędzie wygrywać. To musiało się stać. Czysta logika.


- Jasne. – Ziarnko
do ziarnka.
– Ale mnie nie interesują statystyki, tylko zwycięstwo. Chcę
wiedzieć o każdej naszej porażce. Nawet kosztem naszych sukcesów.


- Tak jest. – Odparł oficer. Nigdy wcześniej nie miał
okazji pracować z arcygenerałem w polu, teraz widział różnicę. Król pewnie
wściekłby się, ale Neram cały czas pozostawał opanowany. Starał się wszystko
kontrolować i chłodno kalkulować, nie poddając się emocjom.


- Jak się nazywasz? – Zapytał w końcu.

- Pułkownik Sygnriel. – Odrzekł oficer.

- Więc, Sygnrielu, skoro większość sił wroga pozostaje w
odwodzie, a nie chcemy otwierać kolejnego frontu, co możemy zrobić?


- Nie wiem, arcygenerale, pan tu dowodzi. – Speszył się
pułkownik.


- Owszem, ale czy to znaczy, że wszystko musi być na
mojej głowie? Co twoim zdaniem należałoby uczynić kierując się czystą logiką?


            Sygnriel
zamyślił się chwilę.


- Zbombardować ich? – Zapytał nieśmiało.

- To jest logiczne i oczywiste. Dlaczego jeszcze tego nie
zrobiliśmy? – Bo nie chcieliśmy ich
angażować w powietrzu, dopóki bitwa nie rozgorzeje na dobre.


- Nie wiem. – Odparł pułkownik. Nie wydał pan takiego rozkazu. Pan jest arcygenerałem, nie ja.

- Niech oddziały bombowe i myśliwskie startują. –
Rozkazał Neram. – Atak jak najdalej od linii frontu. – Niebawem się przekonamy, czy mają odpowiedź na to. – Proszę wydać
też rozkaz mobilizacji kawalerii powietrznej z Sal-Sagoroth i innych miast.
Mają być gotowi na moją komendę.


- Tak jest. – Odpowiedział inny oficer.

- Przepraszam. – Wtrącił się nieśmiało Sygnriel. – Panie
arcygenerale, czy możemy pozbawić nasze miasta obrony?


- Nie zrobiliśmy tego. – Poprawił go dowódca Magistratu.
– Jeszcze nie teraz. Na naszych kontynentach nie ma już sił, które nagle
mogłyby nas zaatakować. Nasi wrogowie są tu. Jeśli mają coś w zanadrzu, musimy
mieć na to odpowiedź, a nie dopiero zacząć jej szukać. I gdy rozwiążemy
problem, kawaleria wróci na swoje miejsce. To jednostki defensywne i tylko tak
zamierzam je wykorzystać.


- Tak jest. – Odparł Sygnriel.

- Spokojnie, – pocieszył go arcygenerał. – Jest wiele sposobów
by wygrać bitwę. Można grać na emocjach. – Jak
Rodryk.
– Ale to wymaga kosztów. Można też spokojnie kalkulować kolejne
kroki. Mój mentor, w czasie największej ze swoich bitew spoglądając na pole
bitwy zajmował się jedzeniem i piciem. Nie spotkało się to ze zrozumieniem, ale
ostatecznie wygrał. I to się liczy.


            Pułkownik
spoglądał na Nerama, zastanawiając się, jak by wyglądała ta inwazja bez niego. To on wymyślił strategię wojny błyskawicznej
i wskazał w którym miejscu się wyczerpała. Król Rodryk może być pomysłodawcą
tej wojny i nienawiści wobec nistot, ale to arcygenerał jest architektem
naszego zwycięstwa.
Wszelkie wątpliwości, które kołatały się w sercu
Sygnriela ustały. Teraz wiedział, że musi logicznie myśleć i samodzielnie
analizować wyniki, wtedy i tylko wtedy przysłuży się swojemu dowódcy. Inaczej
jego pracę mogłaby wykonywać maszyna.


 

            Norma
jeszcze kilka dni temu nie zamierzała walczyć, pragnęła uciec. Skryć się gdzieś
ze swoim dzieckiem i przeczekać wojnę. Liczyła, że któregoś dnia wszystko wróci
do jakiegoś porządku, ustabilizuje.


            Ale jej
świat się zawalił. I to o wiele dotkliwiej niż przez trzęsienie ziemi. Jej
jedyne dziecko, ukochany syn Iblis został porwany przez Moredheli. Zabity! Potem nie miała już nic do
stracenia. Mogła jedynie pociągnąć ze sobą kilku wrogów. Albo ocalić kogoś, kto zrobi to za mnie!


            Gdy na
początku bitwy, zrzucono części ciał, jej serce biło mocniej niż kiedykolwiek.
Biegała jak oszalałą spoglądając na główki. Wszystkie jednak, należały do
dorosłych, co ją w pewien sposób cieszyło. Jeszcze
jest jakaś nadzieja.
Choć sama nie potrafiła już w nic wierzyć. Wiedziała
tylko tyle, że nienawidzi Mroczniaków. Co
za skurwiel wymyślił porywać dzieci! I oni nazywają nas nistotami?


            Najgorsze
jednak było to, że nie mogła dopchać się do linii frontu. Ciągle ją zawracano,
wybierając głównie mężczyzn.


            Gdy
Mroczne Elfy zaczęły dziesiątkować swych przeciwników z karabinów maszynowych,
Norma była dość daleko, by dostrzec żywe tarcze. Ale po jakimś czasie, stojąc
na palcach na jakimś ciele zauważyła kolejne bestialstwo wroga. Serce jej
zabiło mocniej. Moje dziecko! Moje
dziecko!
Płakała! Łkała! Ryczała! Wydzierała się!


- Skurwiele zabrali mi mojego synka! I trzymają go jako
zakładnika!


            Nie
miała pojęcia, czy tam znajdzie swego synka. Nie miało to znaczenia. Dzieci! Oni wykorzystali dzieci!
Wskazała palcem.


- Dzieci!

            Inne
kobiety wpadły w podobny lament. Wiele z nich również straciło w trakcie wojny
swe pociechy. Inne były matkami. Jeszcze inne odczuwały potrzeby rodzicielskie.
Większość z nich jednak nie potrafiła przyglądać się cierpieniom dzieci. Wojna
w końcu należała do dorosłych, czemu najmłodsi mieli cierpieć. Tylko dlatego,
że są bezbronni?


            W końcu
jedna z kobiet nie wytrzymała.


- Oddajcie mi mojego Kajusia! – Krzyczała.

            I pobiegła
w kierunku strzelających karabinów.


            Widząc
to Norma zawahała się przez chwilę. A potem ryknęła ile sił w płucach.


- Iblis! Gdzie jesteś!

            I
pobiegła w kierunku Moredheli.


            Wiele
kobiet zrobiło to samo. Niektóre miały nadzieję odnaleźć swe dzieci. Inne
chciały jedynie uratować te, które widziały. Albo raczej aż tyle.


            Norma i
wiele kobiet nie dobiegło do karabinów. Padło pod kulami. Ale były takie,
którym się udało. Które zaczęły zrywać żywe tarcze, rozwiązywać przywiązane
dzieci i ściągać ja. Chroniły je własnym życiem, a dopiero potem zaatakowały
Mrocznych Elfów. Ci zaś nie potrafili wyjść z podziwu, czego dokonały bezbronne
kobiety.


 

            Król
Rodryk w końcu wyszedł ze swojego namiotu. Kopnął jedno z ciał zabitych
strażników, w końcu bez rozkazu ktokolwiek bał się ich stąd zabrać.


- Kurwa. – Ryknął. – Zabrać te ścierwa!

- Tak jest, wasza wysokość. – Potwierdził jeden z
żołnierzy.


- I sprowadzić mi konia. I mój miecz! I moją zbroję! Czas
wziąć sprawy w swoje ręce! – Rozkazał monarcha. – I pokazać tym żałosnym
istotom, bogom, jak bardzo się splugawili tworząc nistoty. Ale dziś naprawię
ich błędy, kto wie, może jak rzucą się mi do stóp to wybaczę im tę
nieroztropność.


 

            Dywizjony
myśliwców wyleciały przez magiczne portale. Dopiero po nich w powietrzu znalazły
się bombowce. W obu przypadkach, dla postronnego widza, oddziały te wyglądały
bardzo podobnie, ot Moredhele siedzący na wielkich nietoperzach, zwanych
amisvonami, z których część miała zamontowane działka z przodu specyficznego
siodła, inne zaś skrzynie w których znajdowały się bomby.


            I
taktyka i broń były już wielokrotnie sprawdzane w użyciu, tym razem nie
przygotowano żadnej modyfikacji. Zresztą nie było po co. W Magistracie Wojennym
już zaczęto odczuwać pewne odprężenie. Wojna zmierzała ku rychłemu końcowi, po
tej bitwie powinna już jedynie dogasać. Zostanie niewiele miejsc, w których
ktoś będzie jeszcze próbował stawiać opór Moredhelom, będzie można odczekać
kilka lat a potem zająć się sojusznikami.


            Amisvony
wzbiły się w powietrze, przelatując ponad linią frontu. Dopiero tam rozproszyły
się na mniejsze grupki, zgodnie z rozkazami. Niektóre z nich zaczęły pikować w
dół, a jeźdźcy na nich tylko naciskali spusty swych broni co pewien czas. Nie
musieli robić nic więcej. Przeciwników było tyle, że nie trzeba było celować.
Zresztą nie tylko o to chodziło. Zadawane rany, czy śmierć wyłączały z walki
jednostki, ale paraliżowały strachem o wiele większe grupy. O to przede
wszystkim Neramowi chodziło. Walka dwóch tak wielkich armii na tak małym
terenie skończyła się tym, że większość oddziałów czekała w odwodzie na
komendę. Wielu wątpiło, czy kiedykolwiek dołączy do walk. Myśliwcy sprawili, że
ta ułuda rozmyła się. Zniknęła. Jej miejsce zajął strach. I złość, że nie mogli
nic zrobić. Cały dżihad opierał się na prostym wierzeniu, by wziąć sprawy w
swoje ręce i rozliczyć się ze znienawidzonym wrogiem. Realizacja zaś okazała
się niemożliwa. Stali jak barany prowadzone na rzeź i zabijane przez
Mroczniaki, które na wysokościach nie miały żadnego wroga. Nikogo, kto mógłby
choć przez chwilę zagrozić ich pozycji.


            Jeszcze
gorsi byli bombowcy. Ci nawet nie zniżali pułapu lotu. Zrzucali bomby, które
spadały i raniły dziesiątki istnień. Przy tym zagęszczeniu zawsze kogoś
trafiali, nie można było uniknąć ofiar. Za to z łatwością, prócz życia łamano
jeszcze chęć do walki.


 

            Rodryk
siedział na swoim koniu, w pełnej płytowej zbroi. Dziwnie wyglądał, gdyż w tej
bitwie nie było żadnych prawdziwych rycerzy. Cały kwiat rycerstwa Starego
Świata pogrzebano podczas kampanii na północy. Nawet jeśli ktoś z przeciwników
miał zbroję, trudno było mu dopasować resztę. Konia. Broń. Król Mrocznych Elfów
był ostatnim, głównie ze względu na tradycję. Ale nawet zbroja nie była
tradycyjna, przynajmniej z punktu widzenia państw Starego Świata. Wraz z
rozwojem Moredheli, zapomniano o starych technikach płatnerskich, rozwinęło się
hutnictwo. Dzięki temu zbroja monarchy była dużo lżejsza, niż tradycyjna, mało
tego szybko się ją zakładało i nie ograniczała aż tak bardzo ruchów. Minusem
było to, że nie chroniła też tak mocno, acz w dobie karabinów, miała być
jedynie symbolem. Niczym więcej. Ustanowiono to jeszcze za czasów herszta
Hethrira, gdy wygnani przez Uroborosa Moredhele tułali się, szukając swego
nowego domu. Zbroja miała przypominać o potędze, rycerstwie, dawnych
królestwach, dlatego stała się domeną króla, tym bardziej ważną, że na obu
kontynentach Mroczniaków brakowało metali. Stała się więc nie tylko pamiątką,
ale i symbolem dostatku. I tylko po to, była mu tu potrzebna. Władca śmiał się
tylko, że gdy przed tysiącami lat, wygnano jego przodków, ci mogli zazdrościć
zbroi swym oprawcą. Teraz było na odwrót. To Monarcha Mrocznych Elfów takową
posiadał i nikt poza nim.


            W ręku
zaś Rodryk trzymał miecz, równie symboliczny. Brandyf. Legendarny miecz króla
Nvetesa, który odniósł pierwsze wielkie zwycięstwo na nowych ziemiach i
doprowadził do rozkwitu królestwo. Gdyby nie to, pewnie nie było by wojny.
Mroczniaki nadal by się tułały, walcząc o przetrwanie. Tylko, że broń ta nie
tylko miała znaczenie symboliczne. Miała też magiczną moc, o czym doskonale
wiedział Rodryk. Gdyby nie ten miecz, to
kto wie, czy dziś bym tu przebywał. Może byłby tu ktoś inny?


            Pozostali
jeźdźcy dosiadali jaszczurów, koldłanów, jak je określano. W obecności króla
nikomu innemu nie wolno było dosiadać koni, tak brzmiała najnowsza modyfikacja
prawa, które ustanowił Rodryk. Wszyscy to respektowali. Uzbrojeni zarówno w
broń białą jak i palną, mieli stanowić trzon natarcia, które zdaniem władcy,
miało zadać druzgocący cios nistotom.


- Nie chodzi tylko, by je zabić. Trzeba je wpierw
upodlić! – Wydzierał się król.


            Karni
żołnierze jednak nic nie odpowiedzieli. Czekali tylko na rozkazy.


            W końcu
władca uniósł miecz. Czasami nie mogę
wyjść z podziwu nad samym sobą. Jestem wspaniałą, fenomenalną jednostką, która
mogłaby być wzorcem dla bogów, ale niestety nie może się aż tak zniżyć.
Zadziwiam sam siebie ile osiągnąłem. A najlepsze jest to, że wystarczyło
zrozumieć jedną rzecz. Silni tworzą świat. Nie dlatego, że są silni, tylko
dlatego, że mają odwagę zagarnąć coś dla siebie, nie zważając na koszty, a
dopiero potem roztaczają swą wizję. W tym właśnie jestem lepszy od wszystkich
bogów, kapłanów i filozofów. Oni zawsze zabierają się za wszystko od dupy
strony.


- Do ataku! – Ryknął rozradowany.

            Pojawił
się uśmiech na jego twarzy. I nie patrząc na nic ruszył do przodu.


 

            Obok
Shivana spadła bomba, która zabiła kilku modlących. Kapłan jednak ani na chwilę
nie przerwał swej koncentracji. To, że przeżył było właściwie cudem.


 

- Król Rodryk wkroczył na pole. – Poinformował
Lokka-Thona jeden z posłańców.


- Osobiście? – Zdziwił się jaszczur.

- Tak. Poprowadził oddział kawalerzystów. Atakują, kogo
mają najbliżej.


            Reptilion
spojrzał na mapę.


- Zaznacz z którego miejsca wyruszyli.

            Żołnierz
wykonał polecenie. A jaszczur nie mógł się nadziwić. Przedziwna taktyka. Albo improwizują, albo dostrzegli coś, o czym nie
mam zielonego pojęcia.
Westchnął głęboko. Wcześniej czekał na tę bitwę,
licząc, że nie będzie miał czasu myśleć, co dalej, ale przy tym ogromie nie
miał możliwości kontrolować poczynań swych podwładnych. Mógł je, co najwyżej
analizować. A to było jeszcze gorsze niż czekanie na bitwę.                       


 

- Tam jest! – Ryknął Dyzio wskazując Moredhela na białym
koniu. – To musi być Rodryk.


- Nie musi, ale jest. – Odparł Szef.

- Daleko… – Westchnął Kisjevczyk.

            Widać
było szarżę Mrocznych Elfów, to jak wbijają się klinem w tłum obrońców Sojuszu
i przebijają się dalej. Król wymachiwał swym mieczem rozcinając głowy na lewo i
prawo. Gdyby tylko Dyzio mógł, podbiegłby do niego i zaatakował, ale
przepchanie się przez ten tłum zajęłoby mu dużo czasu.


- Zarąbiemy skurwysyna. – Powiedział sobie pod nosem.

            Schował
na chwilę swój miecz, wyciągnął łuk i strzałę od widma. Pozostały jedynie trzy.
Wycelował, choć wiedział, że specjalnie nie musi. Napiął cięciwę i puścił.
Strzała wyleciała. Poszybowała. Świszcząc. Wprost w władcę Mroczniaków. Wbiła
się w korpus. I nic. Nie wbiła się. Spadła. Magiczna zapora musiała ją
powstrzymać.


- O kurwa… – Przeklął pod nosem Kisjevczyk.

- Zarąbiemy, jasne. – Kpił sobie awatar. – Nie
przechwalamy się, walczymy!


- Lando żyje, więc jego strzały przestały działać… –
Wymamrotał Dyzio.


- A gdzie tam. Nadal działają, tylko nie na wszystko.
Przecież gołym okiem widać, że ten bęcwał ma magiczną ochronę.


- Gołym okiem? – Zdziwił się Kisjevczyk.

- A no tak… Ty pewnych rzeczy nie widzisz. Ma jakiś
amulet, nie wiem gdzie ukryty, wolę nie wiedzieć.


- To znaczy, że jak pozbędzie się tego amuletu będzie
można go pokonać?


- I tak i nie. Jest jeden sposób, by go pokonać. –
Uśmiechnęła się butelka.


- Tak, jaki?

- Ja! – Krzyknęła.

- Nie! – Zdenerwował się Dyzio. – Musi istnieć inny
sposób. Czyli trzeba ściągnąć mu amulet, tak?


- Tak. Wtedy będzie można go zarąbać. Ale jak ja to
zrobię, oszczędziłbyś mnóstwo istnień.


- Śmierć nie jest najgorszą rzeczą, jaka może im się
zdarzyć. Ale tego skurwiela to muszę zarąbać osobiście. – Odparł Kisjevczyk.


            Schował
łuk, wyciągnął miecz i zaczął powoli przebijać się w kierunku Rodryka.


 

            Cień
podbiegł do Iluminarów, którzy czekali w pogotowiu.


- Najwyższy Cień kazał wam się zastanowić nad sposobem
zabicia jak największej ilości wrogów. Najlepiej widowiskowym. – Rzucił. –
Wszystkie pomysły powinny zostać nam przekazane jak najszybciej.


            Hong
uśmiechnął się pod nosem. Kto wie, ale
chyba mam coś takiego, coś co z łatwością zetrze przeciwników w pył. Muszę to
jedynie odnaleźć w swych zapiskach.
Przeprosił towarzyszy i udał się do
swego namiotu.


 

            Borubar
znajdował się już blisko linii frontu. Obok niego stali ludzie z łukami,
kuszami, oraz ci, którzy miotali kamieniami. Wszystko leciało w kierunku
walczących po drugiej stronie skavenów. Stamtąd dolatywały zatrute strzały.
Krasnolud musiał jeszcze poczekać, by móc podejść do wrogów i móc ich siekać.
Schylił się, wygrzebał z ziemi jakiś kamyk i rzucił.


            Zdziwiło
go jedno. Tu jeszcze parę dni temu była piękna polana, zarośnięta trawą. Teraz
wszystko było zadeptane, a gleba była wręcz mokra od krwi i potu. Stali w małym
torfowisku, w którym pogrzebano mnóstwo istnień. Ciała zaś walały się wszędzie,
niektóre jeszcze całe, inne rozdeptane.


            Spoglądając
na to, krasnoludowi zrobiło się niedobrze. Zwłaszcza, gdy zamiast kamienia
wygrzebał z ziemi coś, co mogło być nerką. Sefardyjczycy wierzyli, że to
właśnie w nerkach, a nie w sercu, mieści się dusza. Borubar poczuł, że zbiera
mu się na wymioty. Schylił się.


            To go
uratowało.


            Patrol
myśliwski Moredheli przeleciał tuż nad nim, strzelając. Kule trafiły
wszystkich, którzy stali obok. Krwawiące ciała przewróciły się, upadając także
na krasnoluda. Chwilę poleżał, a potem wygrzebał się. Stanął sam na trupach,
wymachując groźnie toporem. Nie zauważył jednak, że z góry leciała bomba.
Wybuchła tuż nad nim, rozrywając go, podobnież jak i martwych, na kawałki.
Zostawiając wyrwę w ziemi.


            To
wystarczyło. Skaveni parli do przodu, przełamali linię oporu i zajęli nowe
miejsce. Tak, powoli zmieniał się front.


 

            Ferionowi
udało się wycofać, w przeciwieństwie do większości jego oddziału. Walka na
pierwszej linii i tak była skazana na niepowodzenie. Krasnolud jedynie
zastanawiał się ilu z tych bohaterskich kobiet i dzieci, które uratowały udało
się opuścić teren najgorszych walk. Inaczej
ich poświęcenie poszło na marne, ale czy na pewno na marne? Czy poświęcenie
może iść na marne? Gdyby tak, to powinniśmy byli zabić dzieci, które odgradzały
nas od wrogów. Ale czym byśmy się wtedy od nich różnili? Może poświęcenie nie
tyle idzie na marne, co nie zawsze odnosi skutek, ale pozostaje tym samym.
Tyle, że nie zawsze jest docenione.


            Spojrzał
na okolicznych mężczyzn. Duch walki, duch dżihadu w nich ostygł, woleli
przeżyć, niż oddać życie w sprawie. Mrocznym Elfom udało się złamać chęć walki,
nawet nienawiść ostygła na tyle, że nie zagrzewała. To czego potrzebujemy to bohaterstwa. Czynu, który na długo zostanie
zapamiętany. Czy do tego potrzeba oddziału, czy wystarczę sam?


            Myśl
zaczęła kiełkować w głowie. Zaczął grzebać wśród trupów w poszukiwaniu noży.
Schował je, a potem rzucił się na ziemię, udając martwego. Wszystko w swoim czasie.


 

            Neram
spoglądał przez lunetę na pole bitwy.


- Arcygenerale – zaczął Sygnriel. – Nasze siły zadają
wrogom rany nie tylko na linii wroga, ale też na całej połaci ich obozowiska.
Linia frontu została przełamana, powoli podążamy naprzód.


- Rozumiem. – Odparł dowódca nieustannie spoglądając na
walkę. – Czy mapa taktyczna została juz uaktualniona?


- Tak, panie arcygenerale.

            Neram
schował lunetę. Spojrzał na rozłożoną mapę, jednak nie dał po sobie poznać
żadnych emocji.


- I osobista rzecz. – Wtrącił się Sygnriel.

            Dowódca
spojrzał na niego pozwalając mu mówić.


- Proszę mi wybaczyć, że choć przez chwilę w pana
zwątpiłem. Słyszałem wiele o panu i myślałem, że to kłamstwa. Teraz wiem, że to
są kłamstwa, w całym moim życiu nie dane mi było służyć pod tak wspaniałym
dowódcą.


            Kilku
innych żołnierzy z uśmiechem spojrzało na arcygenerała. Wielu z nich
przechodziło podobną próbę, ale mało który miał okazję się do tego przyznać.
Część tylko zaczęła klaskać.


            Neram
podniósł rękę by ich uciszyć.


- Bitwa nie jest jeszcze wygrana. O tym nie wolno
zapomnieć. Lekceważenie wroga jest jedną z doskonałych i pewnych dróg ku
porażce. Panowie, jeśli zwyciężymy okazja porozmawiać i świętować. Nie tylko w
gronie oficerów, ale wszystkich żołnierzy. Ja z tej sytuacji nauczyłem się
jednego. Jestem zbyt oderwany od swych podwładnych, by ci mogli mi
bezgranicznie ufać od samego początku. – A
to znaczy, że i ja popełniam błędy. Tak jak teraz, czemu nie atakują z
powietrza?
– Wracamy do roboty. Raporty.


 

            Zupełnie
inna atmosfera panowała w sztabie generalnym Sojuszu. Lokka-Thon, głównie
dlatego, że był gadem, wciąż powstrzymywał swoje emocje. Elf, krasnolud czy
człowiek pewnie na jego miejscu by już szalał. Przegrywali. Wszystkie fronty
się załamały. Fanatycy religijni wpadli w szał modłów, przez to byli wyłączeni
z gry. Magowie szykowali się do odparcia ewentualnego czarodziejskiego ataku, a
siły zbrojne nie potrafiły dorównać w polu Mroczniakom.


- Gdzie są te smoki? – Zapytał z pewnym rozgoryczeniem. –
Reptilium nam je obiecało, same się zobowiązały.


- Może zdradziły? Zostawiły nas w najczarniejszej
godzinie? – Zapytał jeden z doradców.


- Może potrzebują jeszcze trochę czasu. – Zasugerował
Skerrit. – Skaveny wciąż walczą po stronie przeciwnika. Dla niektórych to też
może być frustrujące. Wszystko wymaga czasu.


- Czas to zasób, którego mamy najmniej. – Westchnął
Lokka-Thon. – A którego najbardziej potrzebujemy. Musimy znaleźć sposób na ich
przeklęte gacki, zanim pojawią się smoki. – Jeśli
w ogóle się pojawią.
– Przydałoby się także coś, do zaangażowania
przeciwnika w bitwę obronną w jego obozie.


 

            Hong
siedząc w swoim namiocie szybko przeglądał kopie magicznych ksiąg, które miał
ze sobą. W końcu otwarł jedną z nich. Zaklęcia spisane przez pewnego szalonego
sefardyjskiego elementalistę, Harmę Geddona. Zaczął ją przeglądać. Na jednej ze
stron miał już zaznaczony fragment, musiał się tylko upewnić, czy to jest to,
czym zamierzał się pochwalić. To zmieni
bieg bitwy i wojny. Na zawszę.


 

            Lokutus
patrzył na swe siły. Tryoglodyty i reptilioni byli w odwrocie. Wciąż walczyli,
ale ich przerzedzone siły niczym nie przypominały już dumnej, niepokonanej
armii, którą jeszcze niedawno byli. Wciąż pozostali groźnym przeciwnikiem, ale
nawet im, gadom, zmęczenie i ból dawało się we znaki na polu bitwy. Cały czas,
nieustannie wdawali się w potyczki z wrogiem. Dobrze, że w okolicy brakowało
Moredheli z karabinami, z resztą jaszczury radziły sobie bez większego
problemu. Przeskakiwały między setkami trupów, mordując kolejnych przeciwników,
ale też ginąc samemu.


            I tak
bez końca.


 

            Jeden z
olbrzymów uznał, że samemu może zabić Rodryka, przeskoczył trochę, przydeptując
kilka osób, tylko po to by dotrzeć do znienawidzonego króla. Gigant zamachnął
się, ale władca Mrocznych Elfów okazał się nad wyraz szybki. Magicznie
ulepszony, trudniejszy do pokonania, monarcha zamachnął się mieczem i odrąbał
olbrzymowi nogę. Ten zdziwiony ryknął z bólu. Nie spodziewał się tego. Cios
elfa był zbyt szybki i zbyt mocny. Olbrzym próbował złapać ostrze w ręce, by je
wyrwać, ale z dłoni władcy Moredheli. Gigant odskoczył z bólu. Tego tylko
potrzebował Monarcha, z całej siły wyciągnął miecz, zamachnął się jeszcze raz i
odrąbał przeciwnikowi głowę. Potem odwrócił się, by zabić kilkunastu innych
ochotników Sojuszu, którzy wierzyli że mają jakąkolwiek szansę. Może z innymi
Moredhelami, ale nie z Rodrykiem. Zadowolonym, dumnym z siebie, wręcz cieszącym
się widząc ile trupów pozostawił za sobą. Jego koń w całości był upaćkany we
krwi, podobnie jak królewska zbroja czy broń. Krwawy Rodryk, mówili jedni.
Szalony, dodawali inni. On sam mógł podać tylko jeden przymiotnik, który
doskonale go określał. Niepokonany. A że stała za tym magia, niemiało dla niego
to już żadnego znaczenia.


 

            Queezik
wystraszony patrzył jak wrogowie coraz bardziej napierają. Bał się, pozostać na
stanowisku. Stare zasady wojenne skavenów
mówiły wprost, nie umiesz pokonać wroga, ucieknij.
Tyle, że życzenie Lorda
Skerrita było wyraźne. Skaveni mieli wykazać się nadzwyczajną odwagą i
posłuszeństwem. Czemu on sam nie dowodzi?
Przecież to pewna śmierć.
Łucznicy cały czas ładowali kolejne zatrute
strzały i celowali nimi w kierunku wroga. Nie miały zabijać, a jedynie ranić.
Trucizna robiła resztę. Sposób ten zazwyczaj skuteczny, miał tylko jedną drobną
wagę. Wymagał czasu, a tu o wiele łatwiej było kogoś zabić, niż zatruć. Flaga
Lorda Skerrita wciąż powiewała zakrwawiona, ale szary prorok zdawał sobie
sprawę, że jeśli nie wydarzy się cud, niedługo albo będzie trzeba się wycofać,
albo zginąć.


 

            Harald Tveskæg
znów znajdował się na pierwszej linii frontu. Nie cieszyło go tylko jedno,
fakt, że to walka dotarła do niego, a nie on do niej. Stojąc na nowej nodze,
wymachiwał swym toporem we wszystkie strony, wiedział, że jest otoczony przez
bandę tchórzliwych goblinów. One nawet nie próbowały go atakować, czekały, aż
się zmęczy.


- Tępe chuje! – Wydzierał się. – Czemu nie atakujecie!
Skurwiele! Walczcie!


            One
jednak tylko odskakiwały jak próbował w nie celować. I co gorsza śpiewały sobie
coś pod nosem.


- Cholery można dostać! – Ryczał ze złości najemnik, ale
to nie przynosiło żadnych rezultatów.


 

            Do
namiotu Lokka-Thona wpadł zdyszany posłaniec.


- Pilna wiadomość. – Wydyszał. – Smoki nadlatują!

- Smoki! – Wyrwało się gadowi. W końcu!

            Pozostali,
którzy to słyszeli również wpadli w pewien dziwny zachwyt. Może nastał czas, by
odmienić los bitwy i przechylić szalę zwycięstwa na stronę Sojuszu.


 

            Smoki
nie leciały żadnym kluczem, czy zorganizowaną formacją, raczej tak jak im było
wygodnie. Różnej wielkości, młode, stare, złote, zielone, czerwone, czasem
nawet niebieskie i czarne oraz kilka o łuskach w rzadszych barwach. Gdy tylko
pojawiły się na niebie, widzący to zgromadzeni członkowie Sojuszu zapomnieli o
wszystkim i zaczęli wiwatować.


- Smoki! Dokopcie skurwielom! – Wdzierali się. – Smoki!
Niech żyją smoki! Smoki!


            Latające
gady od razu zobaczyły, z czym mają do czynienia. Brygady myśliwców na
amisvonach zaczęły się przegrupowywać. Przestali prowadzić ostrzał istot na
ziemi, kierując całą swą siłę karabinów w smoki. Potężne jaszczury miały twarde
łuski, ale nie na tyle by oprzeć się takiej ilości kul. Tu jednak liczyła się
też szybkość i zwinność.


            Gdy
lecący na swych nietoperzach Moredhele rozpoczęli ostrzał, jeden ze smoków,
czerwony Richthorion, niespodziewanie zapikował, a wiele innych smoków podążyło
za nim. Resztę poprowadził niebieski Hagtarion, ale on skierował się ku górze,
ku niebu, prawie zniknął w chmurach.


            Richthorion
zatrzymał się tuż nad ziemią, tam wyrównał lot i po kilku prostych wzbił się
ponownie do góry. Prawie wszystkie jaszczury, mniej lub bardziej udanie
powtarzały ten sam manewr, tylko jeden stary smok się rozbił. Nie zdążył
wykonać zwrotu. Wbił się w ziemię, ginąc, ale też zabijając wielu ochotników ze
sobą.


            Hagtarion
wykonał analogiczny manewr nad amisvonami, i spadł na nie z rykiem, oraz
zionięciem ognia. Te które miały bomby zaczęły eksplodować, raniąc tak
żołnierzy, nietoperze jak i smoki.


            Siły
Moredheli nie były tak zwrotne. Amisvony zazwyczaj zachowywały się spokojnie,
czasem nawet flegmatycznie, ale najbardziej zwrotność utrudniali im jeźdźcy.
Nietoperz mógł sobie nawet pikować, ale żaden jeździec by tego nie wytrzymał.


 

- W końcu. – Powiedział pod nosem Neram. – Bitwa robi się
ciekawa. Rozkazać kawalerii powietrznej by włączyli się do walki. Ściągnąć też
harpunników. Także tutaj, możemy mieć nieproszonych gości.


- Tak jest. – Odparli oficerowie i przekazali nowe
rozkazy.


 

            Oddziały
myśliwskie zostały bardzo szybko rozbite. Nie pokonane, ale rozdzielone na
mniejsze, bombwców też przerzedzono. Smoki zaś podzieliły się na dwa oddziały,
pierwszy Richthoriona, który polował na latające jednostki przeciwników i
drugi, Hagtariona, który postanowił dopomóc walczącym.


            Smoki
nadlatywały nad linię frontu i wspierały walczących zionąc ogniem na Moredheli
i ich sojuszników. To spotykało się z gromkim aplauzem i wstąpieniem w siły
Sojuszu nowej energii, nowej nadziei i nowej ochoty do walki. Atakowali ze
zdwojoną siłą.


 

            Wiele
goblinów i orków wpadło w panikę, często wyrzucając swą broń.


- Kurwa! – Wydzierał się Harald Tveskæg. – Skurwiele!
Wracajcie! I walczcie!


            I znów
musiał iść w kierunku walczących.


 

            Wiwaty i
podskakiwanie na widok smoków miały też negatywne skutki. Kurz wzbijał się w
powietrze i panowała coraz większa duchota. Nie wszyscy wytrzymywali. Niektórzy
mdleli. Jak gnom Farfel, nie mogąc złapać powietrza padł na ziemię. Nikt jednak
nie zauważył, że nie umarł, że tylko stracił przytomność. Zadeptano go. Nie ze
złej woli, ale dlatego, że pomimo wspólnej walki, prawie każdy i tak koncentrował
się na swoim przeżyciu.


 

            Przeciwnicy
okrążyli oddział Lokutusa ze wszystkich stron. Reptilionom i troglodytom coraz
trudniej się walczyło, tracili siły, a ogrom sił wroga ich przerastał.
Hagtarion a za nim kilka innych smoków spadły na gobliny i orki z nieba, zionąc
ogniem. Goblinoidy z krzykiem rzuciły się do panicznej ucieczki. Wiele z nich
zginęło w płomieniach. Innych dopadły troglodyty, które natychmiast nabrały
nowych sił do walki.


 

            Rodryk
był już cały czerwony od krwi, która po nim spływała. Choć, sam nie miał ani
jednego draśnięcia. Jestem niepokonany.
Jestem panem tej ziemi.
Nawet nie próbował liczyć ile osób pozbawił życia,
ale czuł, że robi coś dobrego, że oczyszcza Miscle z plugastwa, które
niepotrzebnie się na niej zalęgło. Jestem
tym, który wyprowadzi mój lud z mroków, wprowadzi ich w nową erę. Jestem
pomazańcem Chaosu, jestem wybrańcem, jestem mesjaszem!


            Zapomniał
się przez chwilę. Zamyślił. To wystarczyło. By strzała wbiła się w łeb konia, a
król tego nie zauważył i spadł na ziemię.


- Co za chuj mi zabił…! – Wydarł się. Ale kolejna
strzała powędrowała w jego kierunku. Trafiłaby, gdyby nie magiczna aura, która
rozpościerała się wokół władcy. Przynajmniej
tego Saur nie spierdolił!
Zezłoszczony król wyciągnął pistolet. – Zabiję!


- Ukradł ci kwestię. – Rzucił do Dyzia Szef.

- Czego się po takim draniu spodziewać, przecież nie
oryginalności… – Kisjevczyk próbował być zabawny, ale monarcha wystrzelił.


            Gdyby
nie miecz pobłogosławiony przez Shlayę, pewnie byłby martwy, ale tak sparował kulę.
Magia daje niesamowite możliwości, choć w
sumie trochę żałuję, że nie umarłem. Tam było o wiele spokojniej.


- Nowego konia! – Wydzierał się Rodryk. Pieprzone nistoty już trzy mi zabiły! Co za
pierdolona zaraza!


            Dopiero
wtedy zauważył, że jakiś cholerny bęcwał miał czelność przeżyć wystrzał z
pistoletu. Władca znów sięgnął po miecz i rzucił się w kierunku Dyzia,
zabijając każdego, obok kogo przechodził. Niezależnie od rasy. Wpadł w szał.


- Pomóc? – Zapytał Szef.

- Lepiej pilnuj, by nikt cię tu nie wypił.

            Kisjevczyk
podniósł swój miecz i rzucił się na Rodryka. Ich miecze się skrzyżowały, a
potem uderzały tak energicznie, że aż leciały iskry.


 

            Z
magicznych portali zaczęły wylatywać czarne smoki, na których siedzieli
Moredhele uzbrojeni nie tylko w karabiny, ale też i armaty. Za nimi pojawiały
się oddziały na gryfach, a także kilka na krzyżówkach Magistratu Wojennego
czymś równie agresywnym jak ahool, a jednocześnie ujeżdżalnym jak amisvon. Była
to krzyżówka tych dwóch gatunków olbrzymich nietoperzy.


            Nowe
siły miały wesprzeć myśliwców, były przygotowane do walki powietrznej, tak jak
tego chciał Neram.


 

            Nie
wszędzie Moredhele się wycofywali. Były miejsca na froncie, gdzie nadal
nacierali na Sojusz. I ustawiali nowe punkty obronne. Rozłożyli ciężki karabin
maszynowy i zaczęli ostrzał przeciwników. Nie sprawdzili tylko jednej rzeczy
trupów. Wśród nich ukrywał się Ferion, cały czas udający martwego. Czekał na
swą chwilę, spoglądał jak operują bronią i wyczekiwał, kiedy skoncentrują się
tylko na ataku. Wtedy zaczął rzucać nożami i zaatakował ich od tyłu. Zabił
wszystkich. Sam. Tak jak to sobie zaplanował.


            Widząc
to ochotnicy Sojuszu wpadli w radość. Ich kompan pokonał właśnie śmiercionośną
broń! Ale Ferion jeszcze nie skończył. Chwycił za karabin. Przekręcił lufę w
stronę innego punktu Moredheli. Nawet nie celował specjalnie. Nacisnął spust. I
zaczął strzelać.


- O kurwa! Ale bajer! – Nie mógł uwierzyć swemu
szczęściu. Właśnie rozwalił drugi taki punkt ostrzału.


            Tak jak
się spodziewał, od razu znaleźli się naśladowcy i ruszyli zająć drugi karabin
maszynowy.


            Krasnolud
był z siebie dumny. Opłacało się czekać.


            Nim
jednak odwrócił się w kierunku kolejnego karabinu, Moredhele już zorientowali
się, co zrobił. Nie strzelali do niego. Jedynie rzucili coś w jego kierunku.
Granat. Nim Ferion się zorientował, nastąpiła eksplozja.


            Karabin
został zniszczony, a pozostałe naboje zaczęły wybuchać, raniąc wszystkich w
okolicy.


            Krasnolud
zaś jeszcze żył, ale teraz już nie miał siły wstać. Leżał wśród martwych i czuł
jak opuszczają go siły. Umierał.


 

            W całej
walce z Rodrykiem najgorsze było to, że jego magiczne dopalacze gwarantowały mu
brak zmęczenia. Król cały czas dawał jedynie upust swej złości i agresji. Bez
końca. Bez odpoczynku. A Dyzio mógł jedyne przejść do defensywy. Każdy cios
sprawiał, że jedynie się odsłaniał i nie osiągał nic w zamian. Próbując odciąć
głowę monarsze, ostrze i tak zatrzymywało się przed szyją, nie chciało iść
dalej. Niezależnie od siły z jaką by go użyto. Kurwa, jak mam pokonać tego skurwiela? Kisjevczyka to irytowało,
coraz bardziej. Ich miecze nieustannie się uderzały. I właściwie jedynym
rozwiązaniem walki była śmierć Dyzia. Jego miecz musiał pęknąć, lub wypaść mu z
rąk, sprawiając, że straciłby ochronę. Wtedy Rodryk mógłby zadać ostateczny
cios. Ale tak się nie stało. Kisjevczyk doskonale się bronił. Musi istnieć jakiś sposób na tego dziada!


            Dopiero
wybuch jakiegoś grantu przerwał im walkę.


            Kisjevczyka
gdzieś odrzuciło. Wypadł mu miecz.


            Rodryk,
którego także odrzuciło wstał, otrzepał się i poszukał swego przeciwnika. Gdy
go zobaczył, wyciągnął pistolet i strzelił mu dwa razy w głowę. Potem zabrał
miecz i poszedł dalej walczyć, bliżej swych żołnierzy.


            Dyzio
powoli wstał, dziwiąc się, co się stało.


- Mogliście tak walczyć do końca świata i jeden dzień
dłużej. – Warknął Szef.


- Czyli może z rok.

- Nie śmiejemy się, główkujemy!

- Jak, czemu mnie nie zabił?

- Oszukiwałeś. – Powiedział awatar.

- Ja?

- Leżało tam jakieś ciało i nagle zaczęło wyglądać jak
ty. – Powiedział Szefo.


- To chyba twoja sprawka.

- Kto mnie wziął ze sobą na bitwę? Kto mnie wyciągnął z
Panteonu? Oszukiwałeś. Masz teraz awatara stróża pod ręką i nic na to nie
poradzisz.


- Przynajmniej przez rok… – Wymamrotał Kisjevczyk.

- W ogóle mnie nie słuchasz. Co ja mówiłem? – Irytowała
się butelka. – Mówiłem, główkujemy, a nie żarty sobie stroimy! Główkuj! A tak
tępaku, zapomniałem, to ja tu jestem od myślenia! Więc nie myślimy tylko
słuchamy.


- Tak jest, szefie. Zabrał mi miecz. I co teraz?

- Zostały ci jeszcze dwie strzały magiczne, prawda?

            Dyzio
potwierdził.


- Na razie nie działają na Rodryka, bo chroni go magiczna
ochrona, amulet który nosi. Masz dwa rodzaje walki. Możesz walczyć jak
niedźwiedź. Siłą, atakując i nie wycofując się. Niestety jak widać, na
Moredhela to nie działa, chyba, że ja bym to zrobił. Więc może to ja powinienem
go zabić?


- A jaka jest druga opcja.

- A jednak myślisz. Przynajmniej czasami. – Ironizował
Szef. – Można też walczyć jak lis. Być chytrym i przebiegłym a ugryźć dopiero
na samym końcu. Więc należy sprawić, by Rodryk stracił swój amulet, a najlepiej
by sam go zdjął. Oczywiście mogę ci powiedzieć, gdzie on jest, ale wtedy to ja
bym zabił króla skazując go na śmierć. To byłoby dopiero oszustwo.


- Zatem muszę znów stać się Moredhelem. Shivan z
pewnością będzie mi tego zazdrościł.


            Nie
mówiąc nic więcej, Kisjevczyk zaczął szukać wśród ciał jakiegoś Mrocznego Elfa.
Potrzebował mundur. I uszy. I musiał się jeszcze ogolić. Będzie to wyglądało śmiesznie, jakbym był złodziejem, ale przez rok
będzie można się z tego śmiać.


 

            Hagtarion
spadał niespodziewanie z nieba, a wraz z nim chmara innych smoków zionących
ogniem. Stanowili oddział trudny do odparcia, wręcz niemożliwy do pokonania.
Sojusznicy Moredheli wpadali w szał, uciekali, gdzie tylko mogli, gdy już tylko
zdawali sobie sprawę, co ich czeka. Mroczne Elfy miały jeszcze gorzej. Nie
dość, że bały się niesubordynacji, to jeszcze ogień sprawiał, że wybuchały
granaty i bomby, albo wystrzeliwały pociski. Niebieski smok nie dawał jednak za
wygraną. Pragnął niszczyć, palić i łupić. Chętnie by też grabił, gdyby mógł,
ale konwencje Reptilium mu na to nie pozwalały. Ograniczają nas, ale teraz moglibyśmy pokonać obie armię i samemu
zawładnąć Miscle!


            Tyle, że
Moredhele nie zamierzały łatwo sprzedawać swojej skóry smokom, a już na pewno
nie reagowały tak ospale jak Sojusz na amisvony.


            Automobile
z miotaczami harpunów wyjechały przez portale i pędziły w kierunku oddział
Hagtariona. Żołnierze namierzali smoki i wystrzeliwali. Pierwsze spadły a
ziemię bardzo szybko. Reszta trochę się przeraziła. Beztroskie szarżowanie się
skończyło.


            Hagtarion
dał znak pozostałym, by każdy nie tylko atakował za nim, ale przede wszystkim
starał się chronić własne życie.


 

            Kilka
miotaczy harpunów zamontowano także nieopodal punktu dowodzenia arcygenerała
Nerama, tak na wszelki wypadek. Sam dowódca nieustannie spoglądał przez lunetę
na niebo, tam toczył się teraz najpiękniejszy spektakl tej bitwy.


 

            Richthorion
zaś widział, że tak jak jemu udało rozbić się szyki amisvonów, tak manewr ten
powtórzyły siły Mrocznych Elfów.


- Rozbić się! – Ryknął tak głośno jak tylko mógł.

            Jego
głos odbijał się echem po całym Waylandzie, wielu nawet myślało, że to wołanie
bogów.


            Siły
Moredheli również były rozczłonowane, ale głównie dlatego, że starały wybierać
sobie pojedyncze smoki i atakować je. Ahole, do których jeźdźcy byli
przytwierdzeni stalowymi linami, rzucały się na jaszczury, kaleczyły je
pazurami i próbowały wbijać zęby. Nie od razu odnosiło to skutek, ale choć
twarde łuski smoka było ciężko przebić, to jednak pazurami bez większych
problemów można było zranić gada pod łuską.


            Stosunkowo
najgorzej radziły sobie siły na gryfach i amisvonach, te musiały polegać na
sile strzelców. A najgroźniejsze były czarne smoki, wspomagane przez Magistrat.
Dragoni, bo tak nazywano te siły, uzbroili swe jaszczury w armaty, ale też
lance, którymi można było nadziać innego smoka.


            Richthorion
zdawał sobie sprawę, że jedyną sensowną obroną jest zwrotność. Póki siły
przeciwnika musiały nosić na sobie Mroczne Elfy, póty nagłe zwroty, korkociągi,
beczki czy korby, a nawet nagłe wywrotki stały się jedyną bronią, która
gwarantowała w powietrzu sukces. Nie dlatego, że przeciwnik tego nie potrafił,
ale dlatego, że świadomie unikał takich akrobacji. Tyle, że nie wszystkie smoki
były w stanie sprostać swemu czerwonemu przywódcy. Wiele z nich, szczególnie
tych starszych, już odczuwało zmęczenie, nie mówiąc o znużeniu, a śmierć
przyjaciół i bliskich jedynie ewokowała podły nastrój. Co chwilę na ziemię
spadało jakieś ciało. Wcześniej ci na dole spoglądali na to z przerażeniem, w
końcu ktoś zabił smoka, teraz jedynie uciekali, by cielsko ich nie przygniotło.


            Richthorion
zdawał sobie sprawę z jednego, dalsza walka będzie ciężka. Sam skoncentrował
się na jednym czarnym smoku, z którego grzbietu zestrzelono kuzyna czerwonego
jaszczura. Gad wzbił się w powietrze, wykonał saldo i wylądował na grzbiecie
czarnego, zniewolonego rodaka, zrzucając z niego Mroczniaków i zrywając uprząż.
Mógł przegryźć kark tego smoka, ale zamiast tego puścił go wolno. I widział jak
ten odlatuje. W końcu to nigdy nie była jego walka. W końcu poczuł wolność w
skrzydłach. Czerwony nawet nie zdawał sobie sprawy, że jego czarni bracia nigdy
wcześniej nie zaznali wolności, że byli zniewoleni przez Moredheli i traktowani
jak zwierzęta, a nie inteligentne istoty, jak na to zasługują.


 

            Odparcie
ataku smoków wystarczyło, by siła karabinów znów okazała się kluczową w bitwie.
Mroczne Elfy, nie patrząc już na swych sojuszników, nieustannie parły do
przodu. Nie tylko dzięki karabinom maszynowym, ale i zwykłym. Wykorzystywali
stary sposób walki o którym już raczej zapomniano. Ustawiali się w dwuszeregu i
jedni strzelali, podczas gdy drudzy przeładowywali broń. Potem szeregi się
zamieniały i tak podążały dalej. I dalej. Po trupach.


            Linia
frontu się przełamała, ponownie, a szala zwycięstwa znów przechyliła na stronę
Rodryka, tym razem dużo wyraźniej niż wcześniej.


 

            Cień
wbiegł do namiotu Korela.


- Mistrzu, zgłosił się jeden z Iluminarów, z pomysłem.

- Wprowadzić! – Zirytował się Drow. Co za idiota! Czemu muszę wydawać tak podstawowe polecenia? A tak,
każdy kto myślał zbyt samodzielnie, stanowił zagrożenie dla Saura. I teraz gdy
tego wariata już nie ma, ja muszę się z tym bajzlem użerać.


            Do
środka wszedł elf, o dość smutnym wyrazie twarzy.


- Hong Młodszy, panie. – Przedstawił się.   

- Do rzeczy. Jaki jest twój pomysł? – Zapytał Korel nawet
nie odrywając wzroku od swoich papierów.


- Znalazłem ten czar w księdze czarnoksiężnika Harmy
Geddona, nie wiem czy jego dzieła są znane Moredhelom.


- Nigdy o nim nie słyszałem. – Choć pewnie znaleźli by się Moredhele, którzy go znali.

- Jest mało znany. Ale jeden z jego czarów można określić
mianem bomby totalnego zniszczenia, która uwolni niewyobrażalnie wielką niszczącą
energię. Nie ma szans, by ktokolwiek przeżył w epicentrum. A promień zniszczeń
będzie dużo większy niż mogłaby zadać jakakolwiek technologia, jaką posiadacie.
– Mówił elf.


            Drow
podniósł wzrok.


- Pokaż mi to.

            Hong
podszedł do biurka i podał mu pergamin ze starannie przepisanym czarem.
Najwyższy Cień wziął czar w swoją jedyną rękę i zaczął go czytać.


- Jesteś szalony… – Wymamrotał.

- Czy nie czegoś takiego szukaliście, panie?

- Tak… – Drow nie potrafił uwierzyć we własne
szczęście. Jak to pierdzielnie, to mogę
usmażyć w tym nie tylko wrogów, ale i Rodryka czy Nerama. Wszystkich. Będę
najpotężniejszym władcą wszechczasów. Kompania Chaosu to przy tym nic.


            Korel
powstał, głęboko dysząc.


- Dużo masz podobnych czarów? – Zapytał.

- Aż takich to nie, ale Harma Geddon, to postać wybitna
jeśli chodzi o magię Choć bardzo mało znana. Gdy przystałem do Iluminarów
zapoznałem się z jego dziełami, mój mentor jednak nie chciał, by informacje o
tym wpadły w łapy naszych przywódców. I szanowałem to. Ale skoro oni już nie
żyją, a Iluminarowie nie mają przywódcy innego niż ty.


- Jeśli to zadziała, będziesz mógł sobie wybrać kawałek
Starego Świata z którym zrobisz, co zechcesz. – Odparł Korel. Ja będę rządził resztą. Potem zwrócił
się do swego sekretarza. – Rozpocząć plan zasłony dymnej. Trzeba magom wroga
dać coś do roboty. Resztę magów zgromadzić w jedno miejsce. Będą potrzebni, do
naszego specjalnego czaru.


- Tak jest, mistrzu. – Odparł Cień i wyszedł.

- Mogę zobaczyć ten pergamin? – Zapytał jeszcze jeden
głos. Postać w namiocie pojawiła się jakby znikąd. Był to stary Moredhel w
białej szacie.


- Pierwszy… – Wymamrotał Drow. Mam nadzieję, że tym razem…

- Słyszałem, że Saura spotkała jakaś przykrość. Podobno
ktoś go załatwił, nie to, żebym podejrzewał ciebie Korelu, nie dałbyś mu rady.
– Odrzekł starzec.


- Myślałem, że nie interesuje was ten konflikt.

- Bo nie interesuje. Ale nie znaczy, że go nie
obserwujemy. Choć nie wszyscy. Dziwne rzeczy się dzieją, tworzy się historia,
chcemy tu być. A ten czar – kontynuował Pierwszy. – Zdaje się być wielce
intrygujący. Chciałbym uczestniczyć w jego inkantacji.


- Nagły zryw patriotyzmu? – Spytał Drow.

- Nie. Zwykła próżność. I chęć poznania czegoś nowego.

 

            Dyzio
czekał tylko na jedną rzecz. Żołnierza, który prowadził konia królowi.
Poprzedniego konia udało się zastrzelić nim Rodryk na niego wsiadł, co jedynie
zezłościło króla. W wyniku szału monarchy, życie stracił nieszczęsny koniuszy,
ale Dyzio nie miał żadnych wyrzutów sumienia. W końcu to był tylko Moredhel. Zresztą i tak pewnie w ciągu roku by umarł,
jak my wszyscy.


            Gdy
zobaczył kolejnego koniuszego, był już gotowy. Ogolony, czysty, w mundurze
Moredhela. Musiał tylko uważać na atakujących go ludzi, którzy nie myśleli
zbytnio o pracy pod przykrywką na polu bitwy. Kilku niestety musiał zranić,
byli zbyt nachalni, innych jedynie odrzucał od siebie.


            W końcu
podbiegł do żołnierza i wbił mu nóż w gardło, a potem złapał rumaka za uzdę i
ruszył w kierunku króla.


- Szalony plan… To się nie uda. – Marudził Szef.

- Przewidziałeś to?

- Nie, tak sobie marudzę. Zrobiłbym to sto razy lepiej.

- Zamknij się… Zbliżamy się.

            Co
prawda nikt nie zwracał uwagi na gadającego do siebie Kisjevczyka, mógł w końcu
uspokajać zwierzę. Szefo był schowany za pazuchą.


- Trzęsiesz gorzej niż ten koń… – Marudził.

            Dyzio
jednak nie reagował, podbiegł do władcy.


- Nowy koń, wasza wysokość.

- Czemu kurwa tak późno! – Ryknął Rodryk.

            I choć
się odwrócił, nie tracił wyczucia walki, co pewien czas energicznie machał
mieczem pozbawiając kogoś życia. Kogoś, kto był na tyle naiwny, by próbować
zaatakować władcę od tyłu. Magia, która
go otacza daje mu niesamowicie wielką siłę, pozwala mu też wierzyć w jego
własną wielkość.


- Jakiś pieprzony Kisjevczyk się uparł i mordował konie.
Ale dopadłem tego drania. – Skłamał Dyzio.


- Pieprzony Kisjevczyk! Pewnie zboczeniec! Jak takie coś
może próbować z nami walczyć! To, że oni mordują swoje samice jest już
wyjątkowo obleśne, ale czego się spodziewać, po chujach, które nie rozróżniają
słów zerżnąć i zarżnąć? – Mówił król.


- Wstrętne dranie. –
No nie, musiałem zaprzeć się swoich.
Dyziowi zrobił się przykro z tego
powodu. – Wasza wysokość, czy potrzebujesz nowy strój, ten jest trochę zużyty.
Nie widać w nim twej wielkości i doniosłości, panie.


- Strój nie czyni nikogo wielkim! – Zezłościł się władca.

- Właśnie, ale ten zakrwawiony, cię trochę upadla.
Nistoty powinny wiedzieć, że na czele naszej wspaniałej armii stoi nasz
największy król.


- To będzie zwycięstwo na miarę Nventesa. I masz rację,
oni powinni mnie zobaczyć! Ale ja nie potrzebuję stroju by budzić przerażenie.


- Oczywiście, wasza wysokość. – Co ten idiota planuje. On jest bardziej walnięty niż myślałem.

            Monarcha
zaczął się rozbierać. Zrzucił z siebie całą zbroję, a gdy był już nagi
skierował swą głowę ku niebu.


- Patrzcie chuje na wysokościach i podziwiajcie
doskonałość!


            Potem
odwrócił się od Dyzia i wdrapał na konia, cały czas wymachując swym mieczem i
mordując, tych, którzy znaleźli się na jego drodze.


- Teraz? – Zapytał delikatnie Kisjevczyk.

- Cały czas chroni go aura. – Odparł Szef.

- Kurwa… – To
musi być jakiś pierścień, albo coś, co trzyma przy ciele, łańcuszka nie miał.
Miecz też odstawiał.


            Rodryk,
pełny nowych sił, ruszył do przodu i dalej prowadził swe natarcie, krucjatę
przeciw nistotom.


 

            Queezik
nie mógł się nadziwić.


- Golas! Golas na koniu! – Krzyczał do swoich skavenów. –
Strzelać w niego.


            Natychmiast
w kierunku Rodryka poleciało kilkadziesiąt zatrutych strzał. Wszystkie
trafiłyby w korpus, ale żadna nie przebiła się przez aurę. Król zaś przebił się
przez ten fragment frontu i nie zważając na nic, nawet na to, czy jego
żołnierze za nim podążają, ruszył dalej, w coraz większym szale mordowania
przeklętych nistot.


 

- Król się rozebrał. – Zameldował Sygnriel. – I nago
prowadzi natarcie.


            Neram
nawet nie zamierzał na to patrzeć. Niestety
z jego wysokością jest gorzej niż myślałem.


- Jedno należy mu przyznać. – Kontynuował pułkownik. –
Idzie mu bardo dobrze.


- Może w tym szaleństwie jest jakaś metoda? – Zastanawiał
się głośno arcygenerał, który znów spojrzał w niebo. – Przynajmniej dotychczas
metody jego wysokości się sprawdzały. Może należy mu zaufać.


 

- Król Rodryk jest nagi. – Poinformował Lokka-Thona
posłaniec. – I nie można go zabić.


- Nagi? – Zdziwił się Skerrit. – Tak zupełnie?

- Szydzi z nas. – Stwierdził jaszczur. – Wie, że nie
jesteśmy w stanie mu nic zrobić, więc tylko stara się prowokować do ataków na
siebie. Nie widzę innego logicznego wytłumaczenia.


             

            Królowa
Luzumana kaJama zebrała tych, swoich poddanych, którzy jeszcze nie brali
udziału w walkach i stanąwszy przed nimi rzekła.


- Szala zwycięstwa znów przechyla się na stronę Mrocznych
Elfów. A my już nie mamy, co liczyć na jakąkolwiek pomoc. Naszą jedyną szansą
jest zmiecenie ich króla z powierzchni ziemi! Mamy słonie! Mamy jeszcze
olbrzymów! Dziś wszyscy wspominają Brak, jako początek wojny, ale to nas
Mroczniaki upodliły na samym początku, testując swe złowieszcze plany, bronie i
intrygi! Dlatego to my musimy przerwać krąg szaleństw chorego króla Rodryka! My
go zniszczymy. Razem!


            Mieszkańcy
Zanzibaru dziwnie się popatrzyli na siebie. Nikt z nich nawet nie próbował
wymówić, tego, czego się obawiali.


- Tak, poprowadzę was do boju! Jestem taką samą istotą
jak wy! I mój los będzie losem moich poddanych! – Ryknęła. – Naprzód Zanzibarze!


            Potem
wsiadła na słonia, z którego już ściągnięto wszystkie niepotrzebne ozdoby i
dała znak innym, by ruszyli do boju!


            Wpierw
szli zwykli żołnierze, którzy szykowali drogę, dopiero za nimi podążały słonie
i olbrzymy, czekające by zadać cios znienawidzonym Moredhelom.


 

            Tveskæg
opadł już z sił. Leżał na ziemi udając martwego, bądź rannego. Ta bitwa była
mordęgą, ponad jego siły. Nawet gdyby miał sprawne obie nogi, też pewnie
musiałby odpocząć. Żałował tylko, że tu nie było nic ani do jedzenia, ani do
picia. Znaczy, nic, co chciałby wziąć do ust, w końcu przeciwnicy – głównie
orkowie i gobliny, bez problemu raczyły się ciałami tych, których zabili, albo
raczej jak wierzyli, upolowali.


            Ostatnio
Harald musiał się zmagać z fimirami, najgorsze były ich strzały, które
potrafiły się rozdzielać w powietrzu. Kilka z nich trafiło dawnego najemnika,
acz nie wyrządziło mu poważnej krzywdy. Nie licząc oczywiście zmęczenia.


            Na
szczęście dla Tveskæga, jakiś smok przegonił przeciwników, potem jego głowę
przebił harpun. Cielsko gada leżało nieopodal, może właśnie dzięki temu, teraz
panował tu taki spokój. Mężczyzna spojrzał wokół siebie, to był przerażający
widok. Żywi leżeli na ziemi, udawali martwych, bądź wybierali się na tamten
świat. Nie walczyli, nawet gdy leżeli obok zajadłych wrogów. Wszyscy byli w
podobnym stanie, zmęczenia i wypalenia. Odczuwali niechęć wobec wszystkiego i
bezczynność. A gdzie tylko spojrzeli, walały się trupy, bądź fragmenty ciał. To
było odrażające i męczące. Nigdzie nie pozostał ani skrawek zieleni, ani jedna
roślinka, wszędzie tylko rozkopana, rozdeptana gleba, przypominająca swą
konsystencją bagno. Po co nam była ta
bitwa? Czy ginąc w boju przegramy godniej i dumniej, niż dając się zabić? Czy
zabierając jak najwięcej wrogów ze sobą na tamten świat, cokolwiek osiągniemy?

Zniechęcony najchętniej w ogóle by się wycofał, albo poddał. Gdyby tylko Moredhele brali jeńców. Ale
nie brali. Dlatego nie pozostawało nic poza ucieczką lub walką do upadłego.


 

            Kilkudziesięciu
Cieni usadowiło się na specjalnym podeście i zaczęło ciskać kulami ognia i
innymi magicznymi pociskami w armię wrogów. To natychmiast wywołało poruszenie
wśród magów znajdujących się na jednej z gór. Tak jak Korel się spodziewał.


            Tymczasem
schowani pod podestem kapłani rozpoczęli swe modły. Martwi żołnierze
Moredhelscy zaczęli wstawać i atakować przeciwników króla. Podobnież robili i
przedstawiciele innych ras, niezależnie skąd pochodzili. Nieżywi stali się
ożywieńcami, ciała powstały by dopomóc Mroczniakom.


            Siły
Sojuszu wpadły w panikę. Front się przerwał. Rozpoczął się wielki i
niekontrolowany odwrót.


 

- Gdzie są nasi magowie! Czemu nic nie robią! –
Denerwował się Lokka-Thon w swoim namiocie. W końcu front się posypał. – A
kapłani Shlayi i Morroua?


- Modlą się. – Odparł jeden z doradców.

- Przerwijcie im modły! Niech zobaczą jakiej nieprawości
dopuszczają się Cienie! Niech powstrzymają… – Ale czy można powstrzymać to, co nieuniknione? I tak długo stawialiśmy
czoła wrogom.


            Poza
nielicznymi jasnymi punktami, cały plan polegający na wojnie na w miarę znanej
linii runął. Głodni, przemęczeni i kierowani nienawiścią uchodźcy nie
wytrzymali. Walczyli, bo bali się śmierci, ale nie mieli sił spojrzeć śmierci w
oczy.


 

            Dyzio
walczył cały czas przy swym królu. Ranił przeciwników jak tylko mógł, uważając
by przypadkiem kogoś nie zabić. Co chwilę tylko spoglądał na Rodryka. Nie ma żadnych pierścieni ani nic. Dopiero
potem zauważył, że król niewygodnie siedzi na siodle, czasem się podnosi, a
spomiędzy pośladków coś mu czasem tylko błyskało, odbijając promienie Ulos. O kurwa!


- Nie pomogę… – Wtrącił się Szefo.

            Nie
musiał. Już za dużo powiedział. Kisjevczyk już znał odpowiedź, gdzie monarcha
ukrył swój magiczny amulet, który gwarantował mu tak niesamowitą ochronę. To
było arcydzieło magii, artefakt, który dowodził jedynie mistrzostwa Saura. A myślałem, że to cienias, skoro Shivan go
tak łatwo pokonał.
Dyzio uśmiechnął się i rzucił do butelki.


- Tylko niczego nie zepsuj!

 

            Lord
Skerrit podbiegł do Shivana, próbując go wyrwać z modlitwy.


- Hahaha. – Śmiał się Montolio. – Tak, jesteśmy Mrocznymi
Elfami!


- Shivanie, Shivanie, potrzebujemy twojej pomocy. – Szarpał
go, aż w końcu elf zareagował.


- Tak? – Odpowiedział z uśmiechem, a z jego oblicza biła
jakaś niesamowita radość i łagodność.


- Oni wygrywają, oni…

            Kapłan
tylko podniósł palec do ust, uciszając władcę skavenów.


- Nie tylko wy prowadzicie bitwę. Niektóre są jednak
ważniejsze i dotyczą nie dnia dzisiejszego a przyszłości. Wy walczycie o
ziemię, a ja o nieodkrytą krainę, przyszłość. Zostań z nami i módl się. Gdy
nadejdzie właściwy moment, będę wiedział, ale on jeszcze nie nadszedł.


            Skerrit
nie rozumiał o co chodzi elfowi, który znów oddał się modłą. Skaven spróbował
uklęknąć obok niego i zaczął chwalić Morroua. O nie! Nie mogę się oddawać modlitwie! Mam jeszcze jedną rzecz do
załatwienia!


            Zerwał
się na równe nogi, zostawiwszy wszystko pobiegł do swych posłańców.


 

            Najtrudniej
było dostać się pod konia. Kisjevczyk trzymał się popręgu, licząc, że król
nagle nie uzna, że znów trzeba napierać, albo jeszcze gorzej, zorientuje się,
że ma pasażera na gapę. Ręką zaś powoli kierował się ku pośladkom monarchy. Jak to potem opiszą w mojej biografii?
Obmacał tyłek Rodryka, bo wiedział, że ten w dupie trzyma magiczny amulet.
Macałem mnóstwo różnych zadków, ale nigdy nie macałem męskiego i mam jakieś
dziwne opory. I co z tego, że robię to dla zwycięstwa, skoro światu nie
pozostał nawet rok?
W końcu przełamał się. Dotknął szaleńca i tak jak się
spodziewał, złapał wisiorek, pociągnął go, a Rodryk aż zawył. Na łańcuszku
wisiał magiczny amulet, wyglądający trochę jak rubin. Ochrona króla Mrocznych
Elfów.


            Zezłoszczony
władca rzucił się na Ksiejvczyka. Nie mógł go dosięgnąć mieczem, ale bez trudu
dosiągł go ręką, z której nagle wyskoczyły potężne, nienaturalne pazury.
Kolejna magiczna sztuczka, z której mógł skorzystać dzięki Brandyfowi. Pazury
wbiły się w twarz Dyzia, aż ten zawył z bólu. Mężczyzna poczuł, jak wypada mu z
ręki amulet, drugą dłonią przeciął tylko popręg. Spadł na ziemię. Jeszcze koń
go kopnął. Miał problem by wstać.


            Ale
również władca spadł. Mimo braku magicznej ochrony, wciąż jednak był bitny i
szybki. Wymachiwał swym mieczem ścinając po kilka głów na raz.


- Teraz! – Ryknął Szef.

            Leżący
Dyzio wyciągnął strzałę od Widma i szybko wystrzelił. Gdzieś w powietrze, nawet
nie szukał przeciwnika. Strzała trafiła sama. W tył głowy.


            Król
Mrocznych Elfów padł martwy.


- O kurwa… – Wymamrotał Dyzio wstając.

- Z magicznym rynsztunkiem bezbronnego od tyłu, każde
dziecko to potrafi. – Powiedział Szef. – Nie wspomnę o mojej pomocy. Wygląda,
że nie udało ci się zabić nikogo sławnego, no bo tym przecież nie będziesz się
chwalił?


- A właśnie, że będę. – Stwierdził Kisjevczyk. – A teraz
wracamy do Lokka-Thona. Została jeszcze jedna strzała, może on powie na kogo
warto ją wykorzystać.


 

            Richthorion,
który właśnie stracił jednego z ahooli, nie zauważył, że wpadł w pułapkę. Z
lewej napierał na niego oddział na gryfach, z prawej na amisvonach. Smok
próbował odlecieć w górę, ale tam już czekał na niego kolejny ahool. Na dole
zaś zbyt blisko znajdował się harpunnik. Czerwony smok myślał, że już po nim,
gdy nagle i niespodziewanie z chmur zaatakował wielkiego nietoperza czarny
jaszczur. Jeden z tych, które uwolnił. Uwolnione smoki wróciły i zaatakowały
swych dawnych panów, uwalniając kolejnych swoich towarzyszy i przyłączając się
do wolnych gadów z Reptilium!


 

            Neram
spoglądając przez lunetę, coraz bardziej czuł, że się poci. Poza tym trudno
było po nim poznać, że się denerwuje.


- Arcygenerale, niepotwierdzona informacja – przerwał mu
Sygnriel. – Król nie żyje!


- Nie żyje? – Zdziwił się dowódca. Złe wieści lubią chodzić parami. – Spróbujcie mnie natychmiast
skontaktować z Korelem Drowem i Alsannem Korrem. Może warto pomyśleć o pokoju.


- Pokoju? Prawie wygraliśmy…

- Prawie. To robi różnicę. – Stwierdził arcygenerał. –
Ale i tak osiągnęliśmy bardzo dużo, po co mamy tracić dalej życie naszych
żołnierzy, skoro tą pustynią możemy się podzielić z nistotami. – Tu i tak niewiele jest rzeczy, które by nas
interesowały.
– Spróbujcie także nawiązać kontakt z przedstawicielami
Sojuszu. – Smoki nas zdradziły…


 

            Erlan i
wielu innych magów rozpoczęło atak magicznymi pociskami w Moredheli. Kurwa, czemu musiało się zacząć jak mnie
zaczęło suszyć?
Czarodzieje wpadli w amok, zupełnie nic do nich nie
docierało. Elf wykorzystał to, odsunął się od nich na chwilę, znalazł jakąś
ukrytą butelkę i opróżnił ją. To na
odwagę.
Dopiero potem wrócił do pozostałych. Spojrzał jednak na pole bitwy.
Dlaczego nasi tak uciekają? Próbował
dostrzec, przed czym.


- O kurwa… Ożywieńcy!

            Nie
myśląc wiele zaatakował. Rzucił kulę ognia w kierunku kilku żywych trupów! O to dziadom chodziło!


- Co robisz? – Ryknął inny mag. – To są nasi!

- Nieżywi. Tyle, że po śmierci zmienili front.

            Dopiero
wtedy magowie zaczęli rozumieć, co się stało. Wystrychnięto ich na dudków.


- Natychmiast czary do rozpraszania magii! – Zarządził
jeden z nich. – Gdzie są ci pieprzeni kapłani, gdy są nam najbardziej
potrzebni!


 

            Skerrit
przybiegł z powrotem do Shivana, który wciąż się modlił. Wszystko gotowe! Wszystko gotowe! Cieszył się władca skavenów.
Pozostało jedynie czekać. Uklęknął obok elfa i zaczął się modlić. Krwawy władco… A nie, to nie ten bóg.
Panie Śmierci i Panteonu…


 

            Lokutusowi
wydawało się, że szala bitwy znów przechyla się na stronę Sojuszu, choć w
ogólnym chaosie nie było tego widać. Dzięki ucieczce uchodźców i szarży
Moredheli, do walki dołączyli ci, którzy wcześniej tylko czekali, zbierali
siły. To niewątpliwy plus. Zwłaszcza, że nie byli to wyćwiczeni w boju
żołnierze. Jednak nawet doświadczeni wojacy odczuwali zmęczenie.


            Reptilion
zebrał swój oddział razem i znów ruszył na kolejną grupę przeciwników.
Rozgromiono ją bez większych problemów. Troglodyty zadowolone ponownie nabrały
ochoty do walki i trzeba było je pilnować, by nie rozbiegły się zbytnio. To już dużo ciekawsze, niż leżenie i
bronienie się.


            Tylko
jednego nie zauważył. Kilkunastu trolli, które spuszczono wprost na nich. Ile jeszcze tych diabelstw mają ze sobą
Mroczniaki?


            Lokutus
kazał się zbić swoim podwładnym, ale troglodyty nie usłuchały od razu.
Przeciwnicy wbili się w nich klinem rozbijając oddział na mniejsze jednostki.
Niejednokrotnie pojedyncze istoty, którym trudniej było się bronić. Sam syn
Lokka-Thona tyko poczuł jak złapał go jakiś troll za ogon i zaczął nim kręcić
jak maczugą. Jaszczurowi zrobiło się niedobrze. Potem poczuł, że leci i rąbnął
w ziemię. Próbował wstać, ale nie mógł. Ból go sparaliżował. Połamał się. A
jego oddział został rozbity.


 

            Wśród
skavenów walczących po stronie Moredheli nagle kilka z nich zaczęło wydawać
dziwne piski. Część z wielkich szczurów obróciło się i zaczęło strzelać w
dotychczasowych sojuszników. Inne były zdziwione, tym co się stało. Próbowały
powstrzymać zdrajców. Ale Moredhele widzieli to inaczej. Karabiny, które
dotychczas wspomagały marsz skavenów skierowały się przeciw nim. A te zaczęły
padać jeden za drugim. To przekonało pozostałych. Nie było już odwrotu. Trzeba
było zmienić front!


 

            Tveskæg,
który nabrał już sił, wstał, by ponownie dołączyć się do walki. Ciężko było,
ale bez większych problemów dotarł do kilku fimirów i zaczął je rąbać swoim
toporem. Te, zmęczone już wszystkim, nawet nie miały siły już się bronić.


 

            Na
niebie, poza smokami, które polowały teraz na siły powietrzne Mrocznych Elfów,
widać było też taniec magicznych pocisków, które leciały z dwóch kierunków i
najczęściej znikały, nie robiąc nikomu żadnej krzywdy. Obie strony
koncentrowały się na wytrącaniu czarów, w jak największej ilości. Tylko
pechowców trafiały magiczne pociski.


 

            Galopujące
słonie to był przerażający widok. Zwłaszcza gdy się widziało z przodu, gdy
zbliżały się, trąbiąc czasem, a przede wszystkim zipiąc. Za nimi biegły
olbrzymy, acz te nie wyglądały już tak przerażająco i groźnie. Moredhele próbowali
strzelać w przeciwników, ale nawet jak trafiali, to i tak nie byli wstanie
ściągnąć wszystkich szarżujących słoni.


            W końcu
Zanzibarczycy przebili się przez zaporę z karabinów, a ich jazda, a potem
olbrzymy zaczęły deptać i rozgniatać żołnierzy Magistratu. I choć wiedzieli, że
w ostatecznym rozrachunku i tak przegrają, zdawali sobie sprawę, że muszą
pociągnąć tyle wrogów ze sobą ilu zdołają.


 

            Większość
Cieni i Iluminarów zgromadziła się w wielkim kręgu, gdzieś w środku obozu
Moredheli. Korel Drow zabronił im przeszkadzać. Wszystkich poinstruowano, jak
mają wspomagać czar Harma Geddona. Inkantację rozpoczęto już jakiś czas temu,
ale póki co nie rezultatów. Najwyższy Cień trochę się niepokoił, ale w końcu
ujrzał, to na co czekał.


 

            Neram
chodził nerwowo po swoim obozie. Spoglądał, co pewien czas na niebo. I na
spływające raporty.


- Cienie coś szykują. – Rzucił Sygnriel. – Nie chcieli
powiedzieć, co.


- Alsann Korr jest zajęty swoimi sprawami. – Dodał inny
oficer.


- Jak idzie wycofywanie naszych wojsk? – Zapytał
arcygnerał. – Musimy skoncentrować się na walce defensywnej!


- Powoli. – Dodał jeden z generałów. – Są zbyt
zaangażowani w bitwę.


- I nie mam kontaktu z dowództwem Sojuszu. – Dodał
pułkownik.


            Dowódca
spojrzał jeszcze raz na niebo. Coś w chmurach lśniło i jaśniało, coś,
spowodowało, że nawet smoki zaczęły uciekać. Co u diabła!?


 

            Dyzio i
Szef dotarli do miejsca, gdzie znajdował się namiot Lokka-Thona. Próbowali
dostać się do środka, by zapytać, kogo trzeba sprzątnąć, gdy awatar rzucił.


- Spójrz! – Wskazał niebo palcem.

- O kurwa! – Ryknął przerażony Dyzio. A mieliśmy dostać rok!

 

            Shivan
przerwał swe modły. To już! Ale to nie
jest sprawka bogów.


- Potrzebuję waszej pomocy. – Powiedział donośnym głosem
do pozostałych kapłanów. – Powstańcie.


            Przerwali
modlitwy. Zaczęli spoglądać na niebo. Byli przerażeni. Jedynie elf zachował w
miarę spokój, ale i jego to ruszyło.


- No to ładnie… – Wymamrotał.

- Ładnie!? To wygląda tragicznie! – Krzyknął Skerrit.

 

            Erlan i
inni magowie spoglądali na niebo, nad doliną Wayland znajdowała się olbrzymia
kula ognia, jakby fragment Ulos, który się oderwał i leciał wprost na nich. Elf
rzucił się jeszcze raz do swych rzeczy, by opróżnić dwie ostatnie butelki. Może to być ostatni alkohol w moim życiu!
Dopiero potem wrócił do pozostałych. Większość czarodziei w szoku i przerażeniu
nawet nie wiedziała, co zrobić.


- Nie zatrzymamy tego! – Ryknął, próbując ich pobudzić do
działania.


- To już po nas… – Wymamrotał jakiś stary mag.

- I tak. I nie. Możemy spróbować zmienić lot kuli, tak by
uderzyła bardziej w Mroczne Elfy! – Sugerował elf. W końcu same sobie ten los zgotowały. – Prosty czar do przesuwania
przedmiotów!


            Niektórzy
czarodzieje go pamiętali, inni musieli szybko odnaleźć w swych księgach. I
rozpoczęli walkę.


 

            Zdziesiątkowane
siły powietrzne obu stron, usunęły się z pola walki. Kula była coraz bliżej,
jawiła się większe i bardziej gorąca, nawet chmury przy niej znikały. A
jasność, wręcz oślepiała. W końcu oderwał się od niej fragment, który intensywniej
spadał na dół, podczas gdy reszta, poleciała dalej na zachód. Nie stanowiła już
zagrożenia.


            Tyle, że
ten fragment miał wielkość średniego miasta. Płonął. I leciał wprost w dolinę.


 

            Shivan i
inni kapłani próbowali wspomóc magów, próbowali przesunąć spodziewane
epicentrum zderzenia. Ale słabo im to szło.


 

            Walka na
froncie zamarła. Żołnierze obu stron rzucając wszystko rzucili się do
ewakuacji. Nie wszyscy. Niektórzy nie mieli sił powstać i uciec. Bitwa
przynajmniej na razie się skończyła. A strach równomiernie sparaliżował obie
strony.


            Byli też
tacy, którzy kładli się na ziemię i płakali, żegnali się z życiem, modlili, a
nawet tacy, którzy popełniali samobójstwo. Byle nie zginąć w płomieniach.
Wzywano na pomoc bogów, ale ci milczeli. I nie reagowali.


 

- To kara boża! To sąd! – Wydzierali się ludzie.

- To dzieło magów! – Próbował ich przekrzyczeć Shivan. –
Módlcie się o litość do Morroua, to ostatnia szansa dla wielu by się nawrócić!


 

            Wśród
Cieni i Iluminarów znajdował się także Hong, który z trudem utrzymywał powagę. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że
zmieniłem bieg historii i bieg bitwy, ale nikt nigdy się o tym nie dowie.
Kiedyś będą mówić o tym wydarzeniu, wspominać klęskę Moredheli. Będą też mówić
o bohaterach. Nikt jednak nie wspomni tego, który ściągnął na nich zagładę.


 

            Im
bliżej ziemi znajdowała się mniejsza kula, tym w Waylandzie było goręcej.
Niektóre namioty i materiały wręcz się zapalały. Oddychało się coraz gorzej.
Błoto wyschło. Wszędzie wybuchały pożary. Spanikowane istoty uciekały,
wrzeszczały. A kula ani nie drgnęła. Nieustannie podążała swoją pierwotną
trajektorią. Miała uderzyć gdzieś w centrum obozu Sojuszu. Dopiero kilkanaście
metrów nad ziemią nagle zmieniła swój tor. Leciała nad polem bitwy. A ci,
którzy znajdowali się pod nią ginęli. Ze strachu. Z gorąca. Z duchoty.  Potem runęła pełnym impetem na obóz Mrocznych
Elfów. Dolina zajęła się ogniem. W powietrze wzbiły się tumany kurzu. I ogień!
Miejsce dawnego frontu płonęło, choć to było za mało powiedziane. To było istne
piekło.


            Uderzenie
w powierzchnię było tak wielkie, że wywołało trzęsienie ziemi. Tak silne, że
nikt w okolicy nie był w stanie utrzymać się na nogach.


            Potem nastąpiły jeszcze
gorsze wstrząsy.

Komentowanie nie jest możliwe : więcej...

DXXIII.

przez , 25.wrz.2009, w Bez kategorii

            Dopiero
późnym wieczorem udało zorganizować się naradę. Lokka-Thon nie był padnięty
tylko dlatego, że był jaszczurem, a one były o wiele bardziej wytrzymałe niż
ssacze rasy. Inni byli o wiele bardziej strudzeni próbą utrzymania w siłach
wielkiej armii, jak ją nazywano, unikając przy tym terminu wielka zbieranina.
Wcześniej przywódca tego dżihadu znalazł czas dla Erlana, Shivana i Dyzia, by
wysłuchać ich opowieści.


            Większość
zebranych była rozkojarzona, ciężka praca, głód i późna godzina robiła swoje.


- Powiem krótko. – Zaczął Lokka-Thon. – Otrzymaliśmy posiłki,
dużo większe niż te, na które liczyłem. Razem dobijamy do ośmiu milionów istot,
które są gotowe walczyć za naszą sprawę. Albo raczej przeciw reżimowi Rodryka.
Jedyne, czego nie mamy to czasu. Co kilka minut, ktoś nie daje rady i umiera. Z
głodu, starości, przemęczenia. Na razie tego i tak jest stosunkowo nie wiele.
Im później zaatakujemy, tym będzie nas mniej. A pozostali przy życiu będą
osłabieni. Prawdę mówiąc nie mamy nawet czym wyżywić naszej armii. – Ani nawet jej uzbroić, bo o wyszkoleniu nie
ma mowy.


- Teraz śpią, prawda? – Zapytał Ss’lasir.

- W większości tak. Straże oczywiście są wystawione, ale
takiej ilości ochotników nikt nie zrobi krzywdy z zaskoczenia.


- Obawiam się, że nie doceniacie Mrocznych Elfów. –
Stwierdził Shivan. – Gdyby chcieli, znaleźliby sposób.


- Przyjaciel z Sorrou mówił – wtrącił się Dyzio – że tam
zatruli powietrze. Nikt nie wie w jaki sposób. Wymordowano wszystkich, którzy
pozostali w dolinie, bez jednego wystrzału. Bez armii.


- To skurwiele, – dodał Erlan. – I nie spodziewałbym się,
że będą walczyć czysto. Raczej powinniśmy przygotować się na najgorsze, na
broń, której jeszcze nie znamy.


- Ja sądzę, że jest jeszcze inaczej. – Wtrącił się
delikatnie Skerrit. – No, wiecie, trochę z Mroczniakami byliśmy w tej samej
drużynie. Gwarantuję tylko, że nie spoczną, dopóki nas nie pokonają, ale czasem
są zbyt pyszni. Mogą nas nie doceniać, więc nie zaatakują pełnymi siłami.
Raczej będą trzymać je w pogotowiu, gdybyśmy faktycznie okazali się silni.


- Neram – dodał Lokutus – nie przegrał jeszcze ani jednej
bitwy w tej wojnie i wiemy, że pewnie to on tu dowodzi. Mówi się, że nikt nie
dorównuje mu kunsztem strategicznym i taktycznym, bo dba o dobro swoich
podwładnych.


- I zaatakuje nas przede wszystkim siłami sojuszników.
Tak jak zrobili w Armengerze. – Dodał Lokka-Thon. – Po co ma walczyć z nami i z
nimi, skoro my możemy się sami powybijać, a oni pokonają zwycięzcę.


- Jest gorzej niż myślałem. – Stwierdził Erlan.

- Hahaha. – Roześmiał się Montolio a potem powtórzył. –
Jest gorzej niż myślałem.


- Może mieliśmy szczęście – wtrącił się Dyzio – że Neram
nie dowodził podbojem Starego Świata. Jakbyśmy się wdali w konflikty między
sobą.


- A skąd wiesz, że nie dowodził? – Spytał Shivan. – Tam te
wszystkie konflikty nie były tak wyraźne, wojna esteliońska, rokosz Sildena.
Pamiętaj Dyziek, że oni szykowali się do inwazji od czasów Braku, a pewnie i
jeszcze wcześniej. Celowo osłabiali państwa Starego Świata, by zmieść je bardzo
szybko.


- A apetyt rośnie w miarę jedzenia. – Dodał Ss’lasir. –
Nie szykowali się na Arabię, ale skoro poszło im łatwiej niż się spodziewali,
kontynuują podbój.


- Jest późna godzina, a my gubimy temat. – Pouczył ich
reptilion. – Prawdę mówiąc nie mam zielonego pomysłu, jak rozegrać tę bitwę.


- Czym się przejmować. – Wtrącił Szef. – I tak wszyscy
pomrzecie. Jak nie teraz, to później.


- I to nie jest takie złe. – Dodał Dyzio. – Mnie się tam
podobało.


            Jedynie
Shivan nie popatrzył ze zdziwieniem na Kisjevczyka. Reszta uznała, że to
kwestia zmęczenia.


- Improwizuj. – Rzekł naga. – Idź na całość. Daj nam
walczyć, tylko tego chcą. Póki chcą krwi to dobrze, sami znajdą wroga i go
wykończą. Przy takiej bitwie nie ma możliwości, by ktokolwiek zapanował nad
żołnierzami. Poza armią Reptilium, jedyną karną gromadą są sami Moredhele. To
będzie bitwa na wyniszczenie, tyle, że my mamy więcej do stracenia i do wygrania,
dlatego musimy zwyciężyć! – Ryknął stary generał.


- Zabiję! – Odezwał się Montolio.

- Ten duch walki mi się podoba. – Ss’lasir nie
zorientował się, że to gwarek udający jedynie głos Dyzia. – Właśnie o to
chodzi, plany i tak padną. Plany można mieć przy mniejszych bitwach, tu na nic
się nie zdadzą. Sugeruję atakować po świcie. Im szybciej zaczniemy…


- Tym szybciej zginiecie. – Dokończył Szef. – No cóż,
wniosek jeden, nie mędrkujemy, walczymy!


            Lokka-Thon
spojrzał jeszcze raz na zgromadzonych doradców.


- O świcie ogłoszę mobilizację. Potem ruszmy do ataku. – Mam nadzieję, że historia mnie lepiej oceni.
– Wykorzystajmy czas jaki nam został, by przygotować się do bitwy.


            Wszyscy
się rozeszli, a reptilion został sam. Wiedział, że nie zaśnie. Czekał na świt.
Mniej więcej po godzinie, podczas której chodził po namiocie denerwując się, przyszedł
do niego jeden ze posłańców informując go o kolejnej, grupie, która chce się
dołączyć do bitwy. Całkiem sporej grupie, małej armii. Lokka-Thon nie miał w
zwyczaju witać wszystkich przybyłych, nie miał na to czasu, ale teraz i tak nie
miał nic do roboty. Wyszedł na spotkanie z kolejnymi sojusznikami. Kilku z nich
było widać z oddali, głównie dzięki ich wielkości. Olbrzymi i cyklopi. Zanzibar. Oni również ucierpieli z powodu Moredheli, jeszcze przed wybuchem
wojny. Podzieleni, zniszczeni wojną domową, do dziś się nie podnieśli. Mieli
się stać łakomym kąskiem, gdy nadejdzie ich czas.


            Nie
mylił się. Poza gigantami byli też przedstawiciele innych ras, głównie ludzie. Może
nie była to w pełni profesjonalna armia, ale i tak lepiej wyszkolona, niż
większość zbieraniny Sojuszu. Dowodził nimi star krasnolud.


- Ferion! – Ucieszył się jaszczur.

- Reptuś. No proszę, słyszałem, że teraz ty dowodzisz. –
Śmiał się dawny najemnik.


- Poza mną dowodzić chciała jedynie gadająca butelka,
więc nie miałem wyboru.


- Królowa Luzumana KaJama przesyła pozdrowienia i wysyła
ci wsparcie. Niewielkie, ale to najlepsze kompanie, które mamy. Gorsze jeszcze
się grzebią.


- Dzięki. Każde wsparcie się przyda. I miło cię widzieć
przyjacielu. – Mówił jaszczur.


- Widzę, że czeka nas walka wcale nie lepsza niż ostatnie
starcie Solbunara i króla Jamy. Wtedy wyszliśmy cało, więc i teraz damy radę.


            Potem
poszli do namiotu reptiliona powspominać stare czasy.

Komentowanie nie jest możliwe : więcej...

DXXII.

przez , 24.wrz.2009, w Bez kategorii

- Ciągle tylko to powtarzają. Lokka-Thon i Lokka-Thon. –
Powiedział jeden z generałów.


            Namiot
arcygenerała Nerama, był o wiele lepszy i nowocześniejszy niż ten
zaimprowizowany po drugiej stronie doliny. Jednak dowódca Magistratu zdawał
sobie sprawę, że nie można lekceważyć wroga. Z wszystkich tych wojen na południu wyniosłem dobrą lekcję, łatwo jest
pokonać przeciwnika, który nie chce walczyć, a jedynie chce się bronić. Jak
choćby fauny. Trudno jest zaś wyczuć wroga, który wie, do czego zmierza, a przy
tym potrafi umiejętnie zbudować zasłonę dymną. Ileż to lat walczyliśmy tam nie
z tym, kim powinniśmy?


- Chcę wiedzieć o nim wszystko. – Stwierdził arcygenerał.
– Co je, co pije, z kim sypia, bitwy, w których uczestniczył, którymi dowodził.
Jak prowadził jakieś zapiski, pisał wierszę czy cokolwiek innego też chcę by to
zostało przeanalizowane. Musimy wiedzieć jak funkcjonuje jego umysł. Wtedy
będziemy potrafili go pokonać.


- Tak jest. – Odpowiedział jeden z oficerów i wyszedł
przekazać rozkazy dalej.


            Neram
starał nie zdradzać po sobie żadnych emocji. Nie tego oczekiwałem. Czy oni w ogóle nie potrafią myśleć samodzielnie?
Tylko czekają na rozkaz z góry?


- Ile naszych sił zostało już sprowadzonych? – Zapytał.

- Przed świtem będziemy mieć tu dziewięć milionów
moredhelskich żołnierzy. – Odpowiedział jeden z dowódców. Mamy za małą
przepustowość portali, wcześniej nie zdążymy.


- I pięć milionów sojuszników. – Dodał inny generał. – To
będzie finalna bitwa tej wojny.


- To się jeszcze okaże. – Stwierdził arcygenerał. –
Więcej osób zginie z wycięczenia niż od walki i to po obu stronach. Nie ma
możliwości, by choćby jedna dziesiąta naszych sił stanęła do boju, wszyscy będą
w pogotowiu. Bój tym razem będzie jedną wielką rzezią, o wiele gorszą niż te,
które znamy. – Bitwa pod Samotnym Dębem
to będzie przy tym drobnostka, niewarta zmian w kronikach.
– Dlatego musimy
uformować nowe oddziały złożone z najsłabszych naszych żołnierzy. Pójdą na
pierwszą linię ognia, razem z naszymi sojusznikami.


- Najsłabsi? – Dziwił się jeden z dowódców. – Bez sensu.
Powinniśmy jednym uderzeniem ich zmiażdżyć. Pokazać im swą siłę.


- Bzdura. – Odpowiedział Neram. – Nikt, kto znajdzie się
w samym środku bitwy, nie wyjdzie z niej żywy. Nie dlatego, że wróg go zabije,
ale natura. Tam będzie tyle kurzu, że każdy będzie ledwo oddychał. I nie ma
drogi powrotu. Czyli nie pozostaje nic innego jak walka do ostatniej kropli
krwi. Niektórzy z was zapomnieli jak wygląda pole bitwy. Będzie okazja się
przekonać. Potrzebuję też nowe miejsce dowodzenia, na jednym z pobliskich
szczytów, tak by widzieć całą polanę. Po naradzie proszę wysłać zwiadowców.
Chcę mieć ten posterunek zanim zaatakujemy bądź zostaniemy zaatakowani.


- Tak jest. – Potwierdził jeden z adiutantów.

- Jak wygląda kwestia Cieni i Iluminarów? – Zapytał arcygenerał.

            Dopiero
wtedy Korel Drow, który siedział gdzieś z boku się ożywił. Podniósł pozbawioną
dłoni rękę, tak jakby chciał się podrapać, ale bardziej zależało mu na ukazaniu
determinacji. Cienie będą walczyć do końca.


- Jesteśmy gotowi. – Powiedział. – Nie ma nas w tak
imponujących liczbach, ale gdy rozgorzeje bitwa, większość zakonników pojawi
się na polu walki. – Bez powtórki
Samotnego Dębu.
– Iluminarowie zaś już są. Nimi bym się nie przejmował,
teraz są zarządzani przeze mnie. Pójdą na pierwszy ogień, jak pozostali
sojusznicy.


            W tym
momencie do namiotu wszedł król Rodryk. Wszyscy wstali.


- Wasza wysokość. – Ukłonił się Neram.

- Siadać. Gdzie jest Saur? – Zapytał Korela.

- Jest bardzo zajęty, przekazał mi dowodzenie. Zapewne
pojawi się podczas bitwy. – Odpowiedział Drow. Z mistrzem nie można się w żaden sposób skontaktować, przestał
odpowiadać. Kilku zakonników stara się zlokalizować miejsce, gdzie przebywa,
ale to dziwne, bardzo dziwne.


- Mam nadzieję, że tym razem niczego nie spieprzy! –
Ryknął monarcha. – Atakujemy o świcie.


            Władca
spojrzał na plany.


- Czemu tak ostrożnie? Trzeba mocno uderzyć. Kto nimi
dowodzi?


- Lokka-Thon. – Odpowiedział jeden z generałów.

- A kto to? – Zdziwił się król. – Jak można się tak
nazywać?


- Reptilion. – Dodał Neram.

- Czyli jaszczurka? – Zapytał z obrzydzeniem Rodryk. –
Ale to paskudne. Jedyne, co może zagrozić naszemu zwycięstwu to fakt, że nasi
wrogowie są tak obrzydliwi, że broń może się ich brzydzić i odmówi nam posłuszeństwa.
Ale jaszczurka!? Obrzydliwe. Ich skóra nawet na buty się nie nadaje. Ona jest
głupia, ale podstępna i wredna i gryzie. O jakie one mają parszywe oczka. I z
pyska kapie jej ślina. Ja nie wiem, jak można mieć jakikolwiek szacunek do
bogów, skoro stworzyli takie plugastwo. Przecież to nawet zwierzę nie jest.
Dobrze, że się rozpocznie bitwa, przynajmniej pozbędziemy się tych paskudztw.


- Tych paskudztw przybyła cała armia, prosto z Reptilium.
– Dodał Drow.


- Kurwa, a to chuje! – Zdenerwował się władca. – Zdrada!
Ale nas tak łatwo nie pokonają. Przejmuję dowodzenie. Zmiana planów.


- Zmiana planów, wasza wysokość? – Zdziwił się Neram.

- Osobiście przeprowadzę atak. – Powiedział król. –
Osobiście zetrę w pył te wstrętne bestie. Bogowie będą mi za to dziękować,
przecież poprawiam ich karygodne błędy.


- A ustalenia, wasza wysokość? – Zapytał inny generał. –
Musimy jakoś przygotować naszych żołnierzy.


- Żadnych ustaleń. Plan jest tutaj. – Rodryk pokazał na
swą głowę. – Jedyne bezpieczne miejsce, skąd szpiedzy go nie wykradną. O świcie
czekajcie na moje rozkazy.


            Rzucił
wszystko i wyszedł z namiotu, mówiąc do siebie.


- Pieprzona jaszczurka.

Komentowanie nie jest możliwe :, więcej...

DXXI.

przez , 24.wrz.2009, w Bez kategorii

            Dyzio,
Erlan, Shivan z Montoliem oraz Szef, który siedział teraz na ramieniu
Kisjevczyka, wkroczyli do czegoś na kształt obozu. Trudno to było nazwać
obozem, siły zbrojne tu stacjonowały, fortyfikowały się i formowały, a
Lokka-Thon i jego podwładni starali się nad tym wszystkim zapanować, co było
nielada wyzwaniem. Gdzieś w oddali ujrzeli Tveskæga, który kręcił się pośród
zbrojnych. W innym miejscu Farfel znów opowiadał fantastyczne historie o tym
jak Gaupewulf pociągnął za sobą znaczne siły wroga. W jeszcze innym zauważyli
swego innego znajomka, krasnoluda Borubara, który jak wiele innych istot postanowił
dołączyć do dżihadu.


            To, co
było także pokłosiem opowieści o wojownikach z północy, to rosnąca duma
narodowa. Tego właśnie oczekiwał reptilion i to powoli się działo. Organizowały
się oddziały, zrzeszające osoby z danego kraju, obszaru czy społeczności.
Tworzono flagi i stylizowane godła, mające na celu pokazać miejsce, w którym
grupowali się Irleńczycy, obywatele Imperium, Kisjeviu, Gaskonii, Therionii i
wielu innych państw. W sumie najmniej było arabów, którzy prawie w ogóle nie
interesowali się wojną. Może dlatego, że ta ostatnia mało ich dotknęła.
Sprowadziła uchodźców na ich ziemię, co stanowiło problem, ale też pojawili się
Moredhele, którzy go rozwiązywali siłowo. Rdzenni mieszkańcy może za nimi nie
przepadali, ale w większości woleli nie ryzykować i nie chcieli zdawać sobie
sprawy z metod Mroczniaków. Podobnie było z podejściem Magistratu do ludzi, czy
innych ras. Póki nie robili zbytnich czystek wśród samych Arabów, tym ostatnim
nie przeszkadzały one, przymykali oni na nie oko.


- Dyziek, chcesz może dołączyć do swoich? – Zapytał
Shivan.


            Kisjevczyk
jednak nie zdążył odpowiedzieć.


- Elfy! – Ktoś z tłumu krzyknął.

- Szpiedzy! – Wtrącił ktoś inny.

- Tak, jesteśmy Mrocznymi Elfami. – Powiedział Montolio
głosem Shivana, a potem sam głosem Dyzia dodał. – Zabiję!


- No to ładnie… – Powiedział kapłan.

- I było gadać? – Pouczył go Szef. – Co za kompania,
normalnie gdyby nie było wojny chyba kapelan musiałby w karcerze wylądować.
Zero pomyślunku!


- Oni nie wyglądają na przyjaźnie nastawionych. –
Stwierdził Erlan. – Głupio byłoby załatwiać naszych przed bitwą.


- Planują zdradę! – Krzyknął jeszcze inny.

- Nie gadamy, maszerujemy. – Pouczył ich awatar. – Do
szeregu, już!


            Wrzawa,
która wybuchła, szybko została zażegnana przez ściągnięcie sił porządkowych.
Całą trójkę natychmiast zaprowadzono, do Lokka-Thona, który akuratnie przeglądał
raporty. Namiot był surowo urządzony, w dodatku poza głównodowodzącym
znajdowało się tu kilku innych oficerów.


- Widzę, że wróciliście.

- Do szeregu! – Ryknął Szef. – Ja tu teraz dowodzę!

            Jaszczur
wziął do ust kubek z czekoladą i na swój sposób uśmiechnął się widząc
niecodzienną istotę na ramieniu Kisjevczyka.


- To chyba nie jest… Księga Makr. – Wymamrotał.

- Nie. – Odparł Erlan. – Ale niewiele mu do niej brakuje.
Dobry z niego wojownik, choć nie wygląda.


- I wspaniały dowódca, – dodał awatar. – Ale koniec
gadania, do roboty.


- Chwilowo nie mam zbyt dużo czasu. – Powiedział reptilion.
– Dlatego proszę o to byście w kilku słowach przekazali mi najważniejsze
wiadomości, reszta musi poczekać.


- Szeryf Cabtree zdradził. Mamy jego notatki. – Shivan podszedł
i położył je na stole otwierając na stronie z taktycznym rozwojem sytuacji. –
Nie mamy pojęcia, czy udało nam się przechwycić jedynego szpiega, czy dotarło
to do Moredheli.


            Lokka-Thon
spojrzał na zapiski i praktycznie nie dał po sobie nic poznać.


- Masz pojęcie o taktyce? Strategii?

- Niewielkie.

- Żadne! – Wtrącił się Szef. – Ja tu dowodzę! A Ty klecha
nie próbuj cichcem awansować, by się wyrwać z mojej kompanii!


- Żadne. – Potwierdził Shivan.

- Te założenia były dobre w momencie, gdy wyruszaliśmy z
Kartltown. Teraz są bez znaczenia. – Powiedział jaszczur. – Cabtree myślał, że
Moredhele będą mogły nas wziąć w krzyżowy ogień, jeśli tylko zajmą te pozycję. –
Wskazał je pazurem. – Ale my już je zajęliśmy. Jest nas dużo więcej niż się
spodziewałem, więc okrążenie nas może nawet dla Mroczniaków być niewykonalne.
No nic, rozgościcie się tu, ja muszę jeszcze skończyć przegląd wojsk. Później
porozmawiamy. I nie wychodźcie z namiotu, niechęć do elfów dość mocno narosła.


            Pozostali
więc w środku, jaszczur zaś w otoczeniu swojej świty poszedł dalej. Tego dnia
zlustrował już siedemnaście nowopowstałych oddziałów, teraz pozostały mu
głównie bardziej obyte w boju formację.


            Jedną z
nich dumnie prezentował Lord Skerrit, któremu towarzyszył Queezik. Reptiliona
zdziwiła liczba skavenów. Skąd ich się
tyle wzieło?


- Sto dwanaście tysięcy, bez kilkuset. – Powiedział Queezik.
– Czternaście razy liczyliśmy. – Chwalił się, pominął jedynie fakt, że ani razu
nie udało im się doliczyć. Liczba zatem była orientacyjna, ale i tak
imponująca. Nawet jeśli faktycznie skavenów było o kilka tysięcy mnie, lub
kilkanaście więcej, nie miało to żadnego znaczenia. Pół roku temu przecież
żaden z nich nie stanąłby po tej stronie konfliktu.


- To nie wszystko. – Dodał Skerrit. – Będziemy iść w bój
z imieniem Morroua na ustach! Ale mamy też kilka starych sztuczek. W trakcie
bitwy część skavenów zdradzi i nikt nie będzie wiedział, po której stronie
walczymy.


- Zdradzi? – Zdziwił się Lokka-Thon.

- Tak! Wykwintny plan! – Cieszył się przywódca skavenów. –
Sam go wymyśliłem.


            Jaszczura
jakby zatkało.


- Mój pan zapomniał o jednym drobnym szczególe. – Wtrącił
się Queezik.


- Nie zapomniałem. To przecież oczywiste.

- Chodzi o to – kontynuował Szary Prorok – że wśród
skavenów walczących po stronie Moredheli mamy naszych przedstawicieli. W
trakcie walki przyłączą się do nas. W efekcie nikt nie będzie wiedział, po
której stronie walczymy. Liczymy, że Moredhele zaatakują naszych braci, a ci w
rezultacie masowo zmienią stronę.


- Cóż… Intrygujące. – Odpowiedział głównodowodzący.  

            W tym
momencie w obozie zrobiło się wielkie poruszenie. Od południowego zachodu zmierzała
armia, której nikt się nie spodziewał. Reptilion wszedł na jedną z troglodyt,
by lepiej widzieć. W oddali zauważył godło Reptilium. Gady obiecały wsparcie i
dotrzymały słowa, jednak nikt nie spodziewał się takiej siły.


            Lokka-Thon
i inne jaszczury, zostawiły wszystko, byle tylko przywitać swoich braci.


            Reptilium
nie wystawiło ochotników, którzy postanowili stanąć w boju, nawet nie mając
broni. Wystawiło swoich najlepszych i prawie wszystkich żołnierzy. Olbrzymie
kompanie zaciężne repitlionów, troglodyt, jaszczuroludzi, gekoidów, nag i
zoatów. Jedynie smoków brakowało. Piechota, kawaleria, oddziały strzeleckie a
także machiny wojenne. Na samym czele widać było kawalerzystów, którzy jeździli
na ogromnych krabach zwanych fallumbasami. Stwory te w trakcie walki potrafiły
przecinać przeciwników swymi szczypcami, jedyną ich wadą było to, że poruszały
się bokiem. Przez to jazda do przodu wyglądała dla kogoś, kto się nie znał,
dość komicznie.


            Na
jednym z fallumbasów, jechał wiekowy generał Ss’lasir. Gdy Lokka-Thon podbiegł
do jego kraba, naga wyczuł go, choć już go nie widział. Podniósł delikatnie
rękę, każąc słudze, by dopomógł w zejściu. Potem dopełzał do reptiliona.


- Lokka-Thon. – Wymamrotał. – Nie widzę cię, ale czuję.
Pozwól mi dotknąć twej twarzy.


            Reptilion
schylił się a naga koniuszkami palców przejechał po pysku gada.


- Rada zdecydowała. Nie możemy dopuścić do tego, by ta
walka została przegrana. Z dwóch powodów. Wiemy, że Mroczniaki i tak do nas
przyjdą, no i wiemy, że dowodzi tu jeden z naszych. Oto największe ruszenie
Reptilium od czasów Uroborosa. Pół miliona wojowników! Prowadź nas
Lokka-Thonie.


- Ja? – Zdziwił się trochę jaszczur. – Gdzież mi do
twoich zasług, generale. To ty przejmij dowodzenie. Jesteś najlepszy.


- Mogę wciąż być dobry, ale dziś już nic nie widzę.
Dowódca musi nie tylko mieć obraz walki, ale musi też móc spojrzeć w głąb serc
swych żołnierzy. Znam dobrze siły Reptilium i rasy, które je tworzą, ale nie
rozumiem naszych sojuszników. Ty stworzyłeś sojusz. Ty stworzyłeś tę mobilizację
i ty wygrasz bitwę. Będziemy też mieć wsparcie z powietrza, gdy nadejdzie czas.


- Smoki przybędą? – Zapytał reptilion.

- Niechętnie, ale przybędą. Mnie zaś daj walczyć w
pierwszym szeregu.


- Jesteś zbyt słaby i zbyt… – Cenny by cię tak łatwo stracić.

- Nie. Mój czas jest blisko. Daj mi zginąć tak jak tego
pragnąłem, przez te wszystkie lata. Daj mi zginąć w walce. O nic więcej nie
proszę. A pierwszy szereg, bo wierzę w ciebie. Nie chcę wracać do Reptilium,
gdy nastanie pokój, by znów próbować dożyć swych dni. Daj mi poprowadzić
natarcie, a gwarantuję cię, Moredhele tej bitwy nigdy nie zapomną. Ja zadam
pierwszy cios, ale to ty rzucisz ich na kolana. I zgnieciesz.


- Lokka-Thon! Lokka-Thon! – Zaczęły wydzierać się
jaszczury, do których niebawem przyłączał się tłum innych ras. Odgłosy te nie
tylko wzmacniały serca wszystkich zgromadzonych, ale też coraz bardziej przerażały
wrogów.


            Kim był
ten Lokka-Thon? Takie pytanie zadawali sobie nie tylko Moredhele, ale przede
wszystkim ich Sojusznicy. Niektórzy twierdzili, że głupio było atakować
Reptilium, bo oto Uroboros powrócił.


            We
własnej osobie. Pod innym imieniem.

Komentowanie nie jest możliwe :, więcej...

D.

przez , 31.sie.2009, w Bez kategorii

- Wysadzić mur. – Rozkazał Neram, który nie przestawał
spoglądać na Armenger przez lunetę. Większość jego sojuszników już się wycofała
z miasta, nie wszyscy, niektórzy okazali się zbyt mało karni, by posłuchać tego
rozkazu. Głupcy. Wybrali śmierć.


            Chwilę
potem rozkaz przekazano dalej. Wszystko za pomocą elektrycznych impulsów,
podobnie zresztą sterowano wysadzeniem. Arcygenerał nie musiał czekać długo,
gdy ładunki wybuchowe zaczynały eksplodować. Jeden po drugim. Mur, w którym
były dotychczas jedynie wyrwy, zaczął się przechylać, kamienie latały we
wszystkich kierunkach. Gruz zasypywał tak miasto, jak i okoliczne pole. Te
gobliny, które się nie wycofały nie miały szans na przeżycie.


- Trebusze ognia. – Wydał kolejny rozkaz.

            Tym
razem trzeba było go przekazać sojusznikom w bardziej klasyczny sposób, za
pomocą systemu ustalonych chorągwi. Na szczęście, dla Moredheli, jedynie
fimirowie i hobgobliny operowały bronią miotającą, więc nie było problemów ze
zrozumieniem i wykonaniem rozkazu. Wcześniej dostarczono im specjalne beczki,
którymi mieli miotać, nowy rodzaj bomb, które zawierały ostre odłamki. Nie
miały one na celu zniszczenie budowli, ale pokaleczenie przeciwników. Nie
wszyscy opuścili miasto, to było jasne. Niektórzy nadal chcieli stawiać opór,
inni nie zdążyli się ewakuować. Tyle, że walka w zabudowaniach nie należała do
najłatwiejszych, Mroczne Elfy z pewnością mogły rzucić swe siły, by
spacyfikować wroga, ale po co. Neram wolał rozwiązania, w których nie tracił
zbyt dużo swoich podwładnych, nawet jeśli byli tylko goblinami.


            Inne
bomby, które spadały na miasto, miały na celu zniszczenie budynków. Wszystko to
wymieszano, tak, by przeciwnicy obserwujący spadający ładunek, nie mieli
pojęcia, w jaki sposób wybuchnie. Dzięki temu nie wiedzieli jak się chronić. To
była sprawdzona taktyka. Trzeba było tylko wpierw zrzucić kilka bomb takich, a
potem kilka takich. Dopiero potem mieszać. Ci, którzy ukrywali się w mieście,
czuli się zagubieni, widząc nadlatującą bombę. Część z nich starała się kryć,
część uciec jak najdalej. Najgorsza jednak była ta chwila niepewności, gdy nie wiedzieli
jak wybuchnie dany ładunek i czy przypadkiem się nie wystawią. Arcygenerał
uwielbiał tak niszczyć wroga.


            Gdy pył,
który wzniósł się w powietrze po upadku muru już opadł na ziemię, a cały
Armengar znajdował się w objęciach kurzu z rozpadających się budynków, dowódca
Moredheli nakazał przerwać ostrzał.


- Wysłać bombowców. Trzeba dostarczyć obrońcom trochę
rozrywki.


            Wielkie
nietoperze, których dosiadali żołnierze Magistratu przelatywały przez portal i
kierowały się nad miasto, by zrzucać tam bomby, nie tylko te oparte na nitroglicerynie,
ale też zwykłe oleiste-zapalające. Prawdę
mówiąc, to nie chciałbym być w skórze tego, kto dowodził obroną miasta. Z
wiekiem stałem się kawałem drania, jeśli chodzi o bitwy, ale cóż, żadnej nie
przegrałem od dawien dawna. Chyba od czasu wojen na Tiarasie, ale wtedy byłem
zupełnie innym Moredhelem. Jedno się wszak nie zmieniło, już wtedy kochałem
wyzwania. Wojna, każda bitwa to wyzwanie. I nie można nawet teraz lekceważyć
wroga.


            Gdy
tylko bombowcy wrócili, znów rozpoczęto atak z trebuszy. Dodatkowo miasto
ostrzeliwano z dział, choć głównie chodziło o huk, który sprawiał, że
nielicznych obrońców paraliżował strach. Nikt w końcu nie zwyciężył z
moredhelską bronią palną, a skoro zaczęto jej używać, upadek Armengeru wydawał
się bliski. W tym czasie zaczęto też szykować siły sojusznicze do szturmu na
miasto. Gobliny, orki, fimirowie, skaveni i inni gotowali się już do ataku, a
raczej zajmowania, szabrowania i dobijania tych, którzy przypadkiem przeżyli.


            Gdy
ostrzał się skończył, Gaupewulf i jego wojownicy wyszli razem z podniesionymi
mieczami. Pozostało ich zaledwie siedemdziesięciu dwóch. Budynki wokół nich
poprzewracały się, wszędzie leżały ruiny, które utrudniały otwartą walkę, ale z
drugiej strony, gdy dzielni wojownicy byli zbici razem, mogli wykorzystać teren
jako obronę.


            Niebawem
zostali otoczeni przez setki orków i goblinów. Tysiące wrogów rządnych ludzkiej
krwi i ludzkiego mięsa, którzy nie mieli żadnych zasad. W końcu sprzymierzyli
się z Mrocznymi Elfami. Gaupewulf kazał swoim żołnierzom zbić się w gromadkę.
Musieli walczyć do ostatniego, do upadłego. Ci, którzy znajdowali się wewnątrz
wykorzystywali kusze i łuki, by strzelać we wroga, a ci na zewnątrz starali się
pilnować odległości za pomocą mieczy.


            Przeciwnicy
nie używali łuków. Rasy goblinoidalne nigdy nie były dobrymi strzelcami, to raz,
a dwa przy ich ilości zabiliby więcej swoich, niż przeciwników, a mieli na tyle
intelektu, by tego nie robić.


            W innych
miejscach miasta, czasem jeszcze znalazł się zagubiony obrońca. Bynajmniej nie
członek honorowej kompanii Gaupewulfa, ale zagubiony żołnierz, który nie zdążył
wycofać się w trakcie ewakuacji. Żaden z nich nie miał szans na przeżycie.
Orkowie potrafili wytropić ludzi nawet za pomocą węchu, nie było więc
możliwości, by skryć się gdzieś i czekać aż wrogowie przejdą.


            Tymczasem
Gaupewulf wszedł wewnątrz kręgu swych żołnierzy, tylko po to, by przez chwilę
porozmawiać z Biglafem.


- Jak oceniasz nasze szanse? – Zapytał dysząc przywódca.

- Wytrzymamy tak kilka godzin, nie więcej, ale nie
pociągniemy wielu ze sobą.


- Zatem trzeba przyśpieszyć rozwój wypadków. – Uśmiechnął
się dowódca obrony Armengeru. – Wycofujemy się!


            Poddanym
nie podobało się to zbytnio, ale wierzyli swemu zwierzchnikowi tak bardzo, że
nie wahali się zaryzykować honoru, w imię rozkazu jaki im wydał. Wiedzieli, że
coś planuje. Skoro już tu zostali, nie mogli stchórzyć, gotowi byli jedynie
zginąć.


            Im dalej
wycofywali się, tym więcej orków i goblinów znajdowało się na miejscu bitwy,
która jeszcze przed chwilą się tu toczyła.


- Teraz! – Ryknął Gaupewulf. – Frontalny atak.

            To
zaskoczyło przeciwników. Północni wojownicy jak jeden mąż rzucili się na wrogów,
wbijając w nich niczym klin. Wygłodzeni orkowie i słabowite gobliny nie były w
stanie powstrzymać ataku dumnych i wojowniczych ludzi. I choć na jednego
człowieka, przypadało z czterdziestu przeciwników, liczba ta drastycznie malała
z minuty na minutę. Nie wszyscy obrońcy przeżyli ten atak. Biglaf, który
nadział się na orkijski miecz, krwawił, złapał się lewą ręką za brzuch,
starając zatrzymać wypływające ze środka organy, ale wiedział, że to walka bez
celu. Drugą ręką jednak nieustannie atakował. Odrąbał głowę orka, który go
sieknął. Dopiero potem puścił swój brzuch. Czuł się lepiej, nie fizycznie, ale
psychicznie. Ten, który zadał mu śmiertelny cios, pierwszy znalazł się w
zaświatach. Niebawem do niego dołączę.
Czuł się coraz słabiej. Gdyby mógł, położyłby się, ale nie było tu nikogo, kto
mógłby go uzdrowić. Szkoda, że nie został
z nami jakiś Shl…
Coraz trudniej mu się myślało, przed oczami robiło się
ciemno. Wykrwawiał się. Nie trafiał już w kolejnych przeciwników, którzy byli
najbliżej niego. Nie panował już nad swym ciałem, w końcu runął na ziemię.
Dopiero wtedy obskoczyły go gobliny, tylko po to, by go zasztyletować na
śmierć. Cieszyły się przy tym i wrzeszczały, niektóre z nich nawet śpiewały swe
wojenne pieśni. Inne już sławiły ten czyn. W końcu pokonały jednego z dzikich olbrzymów,
jak nazywały swych wrogów.


            I pomimo
przewagi liczebnej, frontalny atak okazał się być dobrym rozwiązaniem. Orkowie
i gobliny przegrywały w tym miejscu. Gdy zaczęły to zauważać, przerażone
rozpoczęły wycofywanie. Tylko wtedy jedynie się odsłaniały. Trupów było coraz
więcej, zaledwie kilku ludzi zginęło, resztą byli goblinoidzi.


            Jedyne,
czego Moredhele mogły żałować to brak komunikacji między poszczególnymi
oddziałami w mieście. Wtedy szybciej rozprawiliby się z Gaupewulfem, ale na
szczęście inni sojusznicy mieli głowy na karku. Fimirowie widząc wycofujących
się orków zainteresowali się przyczyną. Gdy ujrzeli kilkudziesięciu mężczyzn, którzy
nie zważają na własne rany i ból, a walczą do ostatniej kropli krwi, przerazili
się początkowo. Bali się stanąć z nimi do równej walki, dopiero potem któryś z
ich przywódców uznał, że można ich się pozbyć nie zbliżając się do nich.
Fimirowie wyciągnęli swe łuki i swe magiczne strzały. Wystrzelili je w
powietrze, kierując je tak wysoko jak tylko mogli. Znajdowali się blisko, więc
łatwo było im celować, ale wtedy strzały nie zdążały się mnożyć. Za to lecąc w
górę i spadając, co chwile dzieliły się na trzy i jeszcze raz na trzy i jeszcze
raz i jeszcze raz. Na ziemię spadał deszcz, przed którym trudno było się
bronić. Niektórzy z obrońców starali się zakrywać tarczami, ale nie wszyscy je
mieli. Ostrzeliwanie nie ustawało. Fimirowie wiedzieli, że ta taktyka jest
najlepsza. W końcu więc nawet ci, którzy chronili się tarczami tracili siły.
Strzały przebijały czasem i metal, raniąc ich w nogi, ręce. Pozwalając choć na
chwilę się odsłonić. To wystarczało, by kolejne strzały wbiły się w ciało
obrońcy. Wystarczyła chwila nieuwagi, a już człowiek tracił siły. Potem już
było tylko łatwiej. Leżał w bólu, a kolejne strzały przebijały go na wylot,
rozdrabniały na miazgę.


            W ciągu
dziesięciu minut wszyscy obrońcy, włącznie z Gaupewulfem leżeli na ziemi
poprzebijani. Niektórzy jeszcze dyszeli, wszyscy zaś broczyli krwią, która
czasem już krzepła, czasem już stygła.


            Armenger
padł. Ale Gaupewulf dopełnił swej obietnicy. Póki pozostał żywy miasto się
broniło.


            Gdy
walki zelżały, Neram rozkazał Moredhelom uzbrojonym w karabiny oraz wężowe
ogary jeszcze raz dokładnie obejrzeć ruiny, by upewnić się, że nikt nie
przeżył.


            Nikt nie
miał prawa przeżyć.


            Następne będzie Kartltown. Ta bitwa została
wygrana, trzeba przyznać, że użycie zacofanej technologii sprawiło, że była
większym wyzwaniem niż ostatnie.


- Proszę przygotować mi raport o strach. – Rozkazał arcygenerał.
– Wieczorem mam audiencję u króla. Kampania arabska została prawie zakończona.

Komentowanie nie jest możliwe :, więcej...

CDXCVIII.

przez , 30.sie.2009, w Bez kategorii

            Noc była ciężka. W zmaganiach zginęło, co najmniej
kilka tysięcy obrońców, wrogowie coraz śmielej przedzierali się przez mur,
którego obrona praktycznie już nie istniała. Co najwyżej w kilku miejscach,
wciąż trzymały się dzielne, ostatnie posterunki. Walka wkraczała na teren
Armengeru, a pułapek, które mogły zatrzymać dalszą ekspansję wroga, było coraz
mniej.


            Gaupewulf
i Biglaf doskonale zdawali sobie sprawę z beznadziejności sytuacji.


- Już czas. – Wymamrotał gniewnie przywódca. Nie chciał
się przyznać do porażki. Nie liczył przecież na zwycięstwo, ale miał cichą
nadzieję, zwłaszcza po pierwszych dwóch dniach, że uda im się wytrwać co
najmniej tydzień.


            Złudna
to jednak była nadzieja. Znów dali się nabrać Moredhelom. Ci może zmienili
trochę taktykę, ale tylko w tej najbardziej widocznej stronie. Neram jak zwykle
grał na emocjach przeciwników, na ich ambicji. Dawał ułudę zwycięstwa, tylko po
to, by się pod wpływem dumy lepiej wystawić. To właśnie zrobili w Armengerze.
Byli przekonani, że Mroczniaki chcą, by opuścili gród, by wyszli na zewnątrz,
ale chodziło o coś innego. O rozproszenie obrońców w mieście. Trzeba było wysadzić pół Armengeru w
powietrze grzebiąc przy tym znaczną część sił wroga, a nie bronić muru i starać
się nie wpuścić wroga do miasta.
Tyle, że nawet obrona jednej baszty
wydawała się głupia. Moredhele mogłyby przejść obok niej, albo ją wysadzić. Sytuacja była bez wyjścia, nie mogłem
postąpić inaczej.
Przynajmniej honorowo. Mógł się wycofać, ale co by to
dało. Kartltown jeszcze gorzej nadawało się do obrony niż Armenger. Tak
przynajmniej dał tamtym trochę czasu, trochę życia. Życia? Raczej marnej egzystencji. A może nawet przedłużyłbym tylko i
wyłącznie ich wyrok.
Mroczne Elfy z Kartltown mogły zrobić wszystko, tam
nawet najmniejszy ostrzał spowodowałby tysiące śmierci. Może nawet setki
tysięcy, gdyby trwał dostatecznie długo, a przecież wrogowie mili wiele różnych
sposobów uśmiercania przeciwników. Zbyt
wiele. Zbyt wiele żyć już straciliśmy, zbyt długo nie potrafimy podnieść broni
do ręki, by zadać Mroczniakom cios. Jesteśmy sparaliżowani strachem, machamy
przed nimi, ale boimy się walki. Może Księga Makr to zmieni. Może dzięki
temu  w naszych żołnierzy wstąpi duch
walki. Nienawiści do Mroczniaków, chęć starcia ich w pył, nawet za cenę
własnego życia. Zbyt wielu z naszych boi się zginąć. Chcąc zachować życie tracą
je, to przyczyna naszych niepowodzeń, strach przed walką.


- Co tu jeszcze robisz? – Zapytał Biglafa.

- Zamyśliłem się panie. – Odrzekł spokojnie towarzysz.

            Spoglądał
z wieży na okolice Armengeru. Wszystkie okoliczne góry i doliny były zajęte
przez hordy wrogów. Pod murami był taki ścisk, że trudno się tam oddychało.
Prawdopodobnie więcej goblinów ginęło podchodząc do zamku, niż walcząc. Ale i
tak wciąż było ich zbyt wiele, by móc z nimi stoczyć równą walkę. Godną walkę.


            Obaj
wiedzieli, że kolejne minuty nie mają znaczenia. Odwrót z pewnością przyczyni
się do kolejnych zgonów, tylko dlatego, że ktoś nieuważnie odsłoni swoje plecy.


            W końcu
Biglaf zostawił Gaupewulfa samego i wyszedł przekazać rozkaz odwroty. Niebawem
ostatnie trąby nawoływały obrońców do ucieczki. Droga była znana już wcześniej,
wielu z nich trochę zdziwionych, zostawiło swe posterunki, czasem nawet wyrzucali
broń, która opóźniała ich marsz. Inni nie mogli się wycofać. Zajęci byli walką,
gdyby tylko rzucili się do ucieczki, zostaliby zastrzeleni. Jak tchórze, którzy
nie mają odwagi walczyć. Lepiej było zostać więc i zginąć z bronią w ręku,
zabierając ze sobą tylu nieprzyjaciół ilu było można.


            Farfel i
inne gnomy, które wciąż jeszcze biegały po Armengerze, były uradowane, że w
końcu ogłoszono ewakuację. Bardziej mogło je ucieszyć jedynie zwycięstwo. Nie
byli żołnierzami, nie podobało im się na polu bitwy, musiały jednak zasilić Sojusz,
bez nich nie było szans, na zwycięstwo. Jakby
z nami były.
Każde takie poświęcenie miało głównie symboliczny gest, trzeba
było wspierać tych, którzy prawdziwie mogli walczyć z wrogiem, ale tych było
bardzo niewielu. W zamku pozostała ich może garstka.


            Gnomy i
inni obrońcy biegli do tunelu, gdzie już czekał Biglaf. Wchodzili pojedynczo i
biegli dalej, nie było czasu na pytania, czy marudzenie. Jak kogoś złapała
kolka, to albo musiał biec, pokonując własną słabość, albo musiał liczyć na
pomoc innych, albo położyć się na ziemi, wiedząc, że może nie zdążyć z niej
powstać. Nim go zadepczą, lub nim do tunelu wedrą się wrogowie, lub nim tunel
się zawali.


            Armenger
się wyludniał. Kolejne posterunki pozostawały puste. W kolejnych miejscach
sojusznicy Moredheli zawieszali swoje flagi. Nawet arcygenerał Neram nie mógł
wyjść z podziwu. Szło o wiele lepiej niż się spodziewał. Najpewniej się wycofują. Więc, co nie będzie można urządzić pokazówki?


- Przerwać oblężenie. Wycofać naszych sojuszników. –
Rozkazał.


- Ależ, arcygenerale, prawie zdobyliśmy Armenger. –
Powiedział jeden z oficerów.


- My? Nie muszę chyba mówić, jak król zareaguje na takie
zwycięstwo. – Choć mnie by się podobało.
Zająć warownie nawet nie wysyłając doń ani jednego swojego żołnierza, a jedynie
tracąc siły tymczasowo sprzymierzone.


- Tak jest. – Ukłonił się nisko.

            Łatwo
było powiedzieć, o wiele trudniej wykonać. Niektóre rasy, jak minotaury, czy
hobgobliny, posłuchały rozkazu. Inne zajęły się szabrownictwem. Gobliny i
trolle zaś zaczynały traktować Armenger jak teren zdobyty. Niszczyły budynki,
mury ozdabiały swoimi graffiti, zajmowały sobie miejsca na nowe domy, a czasem
nawet zaczynały walczyć między sobą o teren. Nakaz wycofania się z miasta, był
przez nie całkowicie ignorowany. W końcu w swoim mniemaniu, to one go zdobyły i
im się należało. Faktem jest, że nie chciały już dalej walczyć. Wystarczało im
to, co już zdobyli.


            Tymczasem
do tunelu przychodziło już coraz mniej osób. W końcu dotarł tu także Gaupewulf
i jego przyboczni, bynajmniej nie po to, by uciec, ale by je zamknąć. Gdy
próbowali uciekać już tylko pojedynczy ludzie, dowódca miasta jeszcze raz
zwrócił się do swych podkomendnych.


- Przyrzekłem bronić tego grodu, aż do śmierci.
Przyrzekłem, że nie oddam tych ziem, póki żyję. Ale to moje przyrzeczenie, z
którego jesteście zwolnieni. Każdy kto chce, może odejść i walczyć w Kartltown.
Macie ostatnią szansę, by odejść.


            Ale z
punktu widzenia ludów północy, byłoby to niehonorowe. Niegodne. Nikt nawet nie
śmiał mrugnąć, by nie zostało mu to poczytane jako oznaka słabości. Gaupewulf
jeszcze odczekał chwilę, dopiero potem dał znak Biglafowi, by zniszczono tunel.
Kilka krasnoludów, które tylko po to, czekały przy wejściu zapaliło swoje
pochodnie i wbiegło do środka.


            Gaupewulf
rozkazał swoim żołnierzom się przemieścić, by znaleźć się najdalej jak to tylko
możliwe od miejsca wybuchu.


            Krasnoludy
zaś wbiegły do środka zapalając kolejne lonty. Kolumny wybuchały, ściany
zawalały się, przejście przestało być użyteczne. Ci, którzy pozostali w
Armengerze nie mieli już drogi odwrotu. Śmierć w walce, bądź bez walki, ale z
rąk Moredheli. Wybór zdawał się być więc tylko jeden.

Komentowanie nie jest możliwe :, więcej...

stat4u <!-- s4uext=s4upl(); document.write('stat4u') //--> stat4u

Blogroll

Kilka bardzo polecanych stron...