orthank blog

Tag: armenger

CDLXXXIX.

przez , 20.sie.2009, w Bez kategorii

            Po rozstaniu się z Dyziem, Shivan pomodlił się,
wrócił do swojej izby, ale nie dane było mu zasnąć. Gdy tylko zmrużył oczy,
ktoś zapukał do drzwi. Gaupewulf przysłał sługę, który przyniósł listy od Lorda
Skerrita. Widzę, że szczurek nie zapomina
o mnie. Nie sądziłem, że mówi prawdę, kiedy powiedział, że będzie pisał.
Ta
wiadomość ucieszyła elfa, rozpieczętował list i przeczytał.


            Władca
skavenów głównie pisał o swoich dalszych planach, trochę o problemach z
ogarnięciem tego, co się działo w Kartltown, ale też o tym, jak widzi przyszłość
po wojnie. Zabawne, oni żyją dziesięć
razy krócej niż my, a już myślą, co będzie potem. Ja nawet nad tym się nie
zastanawiałem.
W liście znajdował się też odręcznie narysowany plan nowego,
odbudowanego Dzigbadu, nazwanego teraz Morroubad. Już na rysunkach widać było
inspirację zarówno Armengerem jak i Kartltown, Skerrit nie tracił czasu, starał
się przyswoić sobie wszystkie aspekty techniki, których skaveni sami nie
wymyślili. Nie mówiąc już o kulturze, bo sanktuarium Morroua z wielką bazyliką
i jeszcze uniwersytet z wydziałem teologicznym. Gdzie on o czymś takim słyszał?


            Potem
Shivan próbował jeszcze raz zasnąć. Udało się, ale koszmary szybko zbudziły go
ze snu. Na jawie było nie wiele lepiej, po pierwsze sen z powiek spędzała mu
Księga Makr. Czy zaiste powinniśmy ją
odnaleźć? Sojusz potrzebuje symbolu, a prawdziwy artefakt nim nie będzie.

Dalej wszystko schodziło na temat wojny, a także Kryfstusa. Czy on w końcu już faktycznie nie żyje, czy
znów się gdzieś przyczaił? I czeka na dogodny moment by zaatakować?


            W końcu
wstał i wyszedł na zewnątrz zaczerpnąć świeżego powietrza.


            Dyzio w
tym czasie rozmawiał z żołnierzami, którzy byli na warcie, starając się dodać
im trochę otuchy. Atak na Armenger miał się pewnie rozpocząć lada chwila, nie
było już możliwości opuścić grodu, przynajmniej bramą. Erlan pewnie gdzieś pił.


            Kapłan
wyszedł na mur i zaczął spoglądać na hordy wrogów. Coś tam się działo, nie
widział dokładnie swymi oczyma, ale dzięki charyzmatom mógł dostrzec wszystko nie
tylko wyraźniej, ale też i dalej. Moredhele ustawiały portale na polu, szykując
się do bitwy. Neram, czekał na świt. Wtedy
zaatakuje. Klasycznie, wpierw wykorzysta sojuszników, dopiero potem
przeprowadzi właściwy szturm, jak już obie strony się wykrwawią. Wie, że nikt
nie wyjdzie walczyć z małą grupką Moredheli, wszyscy już znają tę sztuczkę.


            Miasto
zaś spało dość spokojnie. Jedynie w garnizonie reptilionów odbywały się modły. Wznoszono
modlitwy ku czci Chosteka, gadziego boga dnia oraz Sortek, gadziej bogini nocy,
zwane razem bóstwami komplementarnymi. Były swoimi zaprzeczeniami, jak dzień i
noc, jak kobieta i mężczyzna, które jednak zawsze lgną do siebie i nie mogą
istnieć jedno bez drugiego. Inne teologie nazywały ich bóstwami równowagi. Kult
ten był dość szeroko rozpowszechniony w Reptilium, oczywiście obok Uroborosa,
którego ucieleśnienie uznawano nie tyle, za boga, ale za bohatera. Uroboros stał się reptilionem, opuścił
Panteon, zwolnił w nim swoje miejsce, dlatego gdy Zigmar się tam pojawił, gdy
odnalazł Księgę Makr, zajął miejsce pośród bogów. Człowiek stał się bogiem,
równowaga. A to znaczy, że może nie miał wyboru? Może musiał tak zrobić, nawet
jeśli mu się to nie podobało? Ale kogo ja oszukuję, dopóki nie znajdę Księgi
Makr nie pojmę jej istoty, nawet gdybym rozmyślał nad tym bez ustanku to i tak
nic nie pojmę.

Komentowanie nie jest możliwe :, więcej...

CDLXXXVIII.

przez , 19.sie.2009, w Bez kategorii

            Gdy
tylko wyszli z sali obrad, Erlan poszedł poszukać czegoś do picia, nawet nie
myśląc o towarzyszach. Suszyło go, wojna mogła sobie poczekać. W końcu i tak nie ma nadziei, więc mogę
spokojnie pić.
Dyzio zaś zaczepił Shivana jeszcze w korytarzu.


- Mmm…mówiłeś, że jak odnnn…najdziemy Księgę Makr, to
możemy nnn…nie chcieć wrócić. – Zagadnął przyjaciela.


- Ach tak. – Westchnął kapłan zamyślając się przez
chwilę. – Trochę nam to zajmie, nim sprecyzuję tę myśl dokładnie.


- Jest gorzej niż myślałem. – Wtrącił się Montolio.

            Kisjevczyk
skinął głową przyzwalając na wywód elfa.


- Powszechnie znanym faktem jest to, że podobno to Zigmar
znalazł Księgę Makr. Ale nikt nie wie, co to na prawdę oznacza i czy Księga
Makr w ogóle istnieje.


- Sss…słucham? – Zdziwił się Dyzio. Jak to nie istnieje, szukamy tego przez pół
świata i…


- Znaczy istnieje w takiej formie jak zwykło się ją
przedstawiać. Księgę składającą się z trzech tomów złożonych w jeden. –
Kontynuował kapłan. – Możliwe, że ona nie ma fizycznej formy, jest tylko jakąś
esencją wiedzy w coś zaszytą. Ale to tylko przypuszczenia, teorie, które trudno
sprawdzić czy zweryfikować. Nikt nie wie, co się stało z Zigmarem, poza jednym,
po tym jak odnalazł Księgę Makr nie wrócił do poprzedniego życia. Był władcą
największego nowożytnego państwa, które powstało po upadku Kompanii Chaosu.
Władcą absolutnym, wtedy nie tytułowano go cesarzem, ale obecni cesarze w
porównaniu z nim mają związane ręce. Przynajmniej Kronberg, póki jeszcze żył.
Zigmar to zostawił. Nie zamierzał wracać ani do pałaców, ani przepychu, mógł
mieć wszystko, co zamarzył, skarby, kobiety, władzę. Zostawił to. I to nie
dlatego, że w swojej pysze zechciał zostać bogiem, ale dlatego, że poznał
Księgę Makr. Oczywiście jest jedna teoria, która mówi, że zobaczywszy potęgę tego
przedmiotu, nie był w stanie tego pojąć i umarł, ale to tylko jedna z teorii, w
dodatku mało popularna. Niemniej jednak związana z pewną legendą o brakującej
stronie, która krąży po Miscle i zbiera swe żniwo.


- Jjj…jak śmierć? – Zapytał zaciekawiony Kisjevczyk.

- Dokładnie. Ta strona to śmierć, która zostanie pokonana
w dniu ostatecznym, wtedy na powrót zostanie zamknięta w Księdze Makr, a ta
przestanie mieć już jakiekolwiek znaczenie. – Kontynuował kapłan. – Niemniej jednak
jeśli Zigmar nie umarł, pytaniem otwartym pozostaje to, co go powstrzymało od
powrotu. Gdyby wrócił, byłby największym z największych w historii. Ale on nie
wrócił. Ujrzał coś, przy czym całe dotychczasowe życie, z jego radościami, ale
i smutkami stało się marne. Całe Imperium okazało się być bez najmniejszego
znaczenia, tak jak ci, których kochał. Tego właśnie się boję, że gdy
odnajdziemy Księgę Makr i jeśli na nią przypadkiem obejrzymy, możemy zapomnieć
o wojnie, Rodryku i całej reszcie. Nie wiem, czy jak Zigmar staniemy się
bogami, czy jest to jeszcze inna kwestia, trudno mi to powiedzieć, ale wybór
czy wrócić, czy zostać może być najcięższym wyzwaniem z jakim przyszło się nam
mierzyć. Choć może ci strażnicy, o których wspominał Parx, będą wiedzieć jak
się zachować w obecności tego artefaktu.


- Erlll..lan z pewnością będzie pił. – Zakpił Dyzio.

- Pewnie tak. – Wzruszył ramionami kapłan. – W każdym
razie musimy liczyć się z tym, że gdy odnajdziemy tę Księgę nasza wyprawa
dobiegnie końca. W ten lub w inny sposób.


            Kisjevczyk
schylił trochę głowę i się zamyślił. Podszedł do okna i spojrzał na Armenger. Podświadomie
wiedział tylko jedno, że jeśli opuszczą ten gród, nigdy tu już nie wrócą. Tak jak powiedział Shivan, w ten lub inny
sposób.

Komentowanie nie jest możliwe :, więcej...

CDLXXXVII.

przez , 18.sie.2009, w Bez kategorii

            Nawet w
sali obrad rady, a raczej tej jej części, która pozostała w Armengerze, zdawało
się czuć niepokój, strach i zwątpienie. Obecnie miastem zarządzał wysoki i
postawny mężczyzna z północy Gaupewulf. Wyglądał trochę jak wyrośnięty
krasnolud, głównie przez mięśnie oraz długą i bujną kruczoczarną brodę. Jak wielu
innych, wojna przygnała go na południe, gdzie stał się wodzem resztek swego
ludu.


            Większość
stałych bywalców rady znajdowała się teraz w Kartltown, pozostali tu jedynie
Cabtree i Lokka-Thon, z tym, że szeryf odpowiadał za ewakuację. Ponieważ nikt
nie chciał narażać kogokolwiek na atak ze strony Moredheli, więc wszyscy
opuszczali zamek podziemnym przejściem, a to powodowało, że trwało to dość
długo. Zresztą goblinów i orków było zbyt wiele, by móc obok nich tak sobie
przejść, z pewnością by ich to sprowokowało.


- To wszystko, co mamy do powiedzenia. – Rzekł Shivan
kończąc swe sprawozdanie.


- Szkoda, że nie znaleźliście Księgi Makr. – Stwierdził Gaupewulf.
– Może z jej pomocą udałoby się nam wygrać tę wojnę.


- Wątpię by jej moc działała w ten sposób. – Zarzekał się
kapłan.


- Nie chcemy jej używać jako broni. – Stwierdził Lokka-Thon.
– Jest nam potrzebna jako symbol, który da nam wiarę w siebie. Już teraz wśród
ludu zaczynają krążyć różne opowieści.


- Jakie opowieści? – Zapytał Erlan.

- Głównie o kolejnej mrocznej erze, o Klątwie Uroborosa. –
Dodał Cabtree. – Mało kto zna tę przepowiednię, ale wielu słyszało nazwę.
Wierzą, że dotyczy ona nowych mrocznych czasów, nowej Kompani Chaosu. I wierzą,
że te czasy właśnie nastały.


- A co za tym idzie, przestają wierzyć, – uzupełnił
Lokka-Thon – że bez bożej interwencji uda nam się pokonać Rodryka.


- Tu już nawet nie chodzi o pokonanie. – Dodał Gaupewulf.
– Ale o pokój, o to by ten koszmar się skończył, by można było normalnie żyć.
Teraz wygląda to tak, że nawet jeśli uda nam się jakoś dogadać z Rodrykiem i
tak będziemy niczym drugi Zanzibar. Pogrążeni w anarchii i chaosie.


- Próbowaliście rozmawiać z Rodrykiem? – Zdziwił się
Erlan.


- Iii…idioci. – Dodał Dyzio. – Ttt…to ni nie da.

- To jedna z nielicznych rzeczy, które możemy próbować
robić. – Powiedział reptilion. – Prawda jest taka, że nie obronimy Armengeru,
możemy tu zginąć i pociągnąć wielu ze sobą.


- Przyrzekam jeszcze raz! – Ryknął Gaupewulf. – Nie oddam
tego grodu, dopóki żyję!


- O tym właśnie mówiłem. – Powiedział jaszczur uchylając
sobie łyczka czekolady. – Reptilium jest coraz bardziej niechętne uczestnictwu
w wojnie, a po Armengerze zostanie nam Kartltown i cała okolica. I co z tego,
że gnieżdżą się tam miliony? Potrzebujemy symbolu, ducha walki, nic więcej nie
mamy. Ekonomicznie jesteśmy zrujnowani, nie mamy już czym żywić wojaków i
cywili, nie mamy w co ich ubrać, ani uzbroić, nie mówiąc o szkoleniu. Gdybyśmy
jeszcze mieli płacić żołd, bylibyśmy zrujnowani.


- Sojusz jest bardziej kruchy niż kiedykolwiek wcześniej.
– Dodał smutno Aldaric. – On umiera, wraz z nadzieją w naszych sercach. Ci
wszyscy uchodźcy nam nie ufają, nie wierzą w nasze możliwości, a nie obalają
nas z prostego powodu. Nikt nie chce wpaść w łapy Moredheli jako przywódca
wrogów. Już nawet nie chodzi o to, że historia osądziłaby kogoś jako głupca,
czy niegodnego dowódcę, ale o to co Mroczniaki mogą ci zrobić jak cię dopadną.


- Dlatego potrzebujemy Księgi Makr bardziej niż
kiedykolwiek wcześniej. – Rzucił postawny wojownik gładząc się po swojej
brodzie. – Nawet jeśli nie byłaby prawdziwa, jeśli wiecie, co mam na myśli.


- Księgi Makr nie da się tak przynieść… – Powiedział Shivan.
– To nie jest przedmiot, który można nieść przed armią, po to by zagwarantował
nam zwycięstwo. To artefakt, który nie należy do tego świata, ale jednocześnie
jest tym światem. Jeśli przez przypadek go zniszczymy, nadejdzie koniec Miscle.


- I przegrana Rodryka? – Zapytał Cabtree.

- Rozumiem. – Przerwał Gaupewulf. – Dlatego powtarzam,
bardzo ważna jest namiastka, Księga Makr ale symbol.


- Wielu czeka na cud, coś, co zmieni bieg wydarzeń, tak
jak w czasach Drugiej Ery, gdy Kompania Choasu zdawała się być niepokonana,
pojawił się Uroboros. – Ciągnął Lokka-Thon. – Zjednoczył swój lud, a potem
kolejne i pokonał Hegemonię, ścierając na pył wrogów. Z tamtych czasów nie
pozostał kamień na kamieniu!


- Ppp…pozostał. – Wtrącił się Dyzio.

- Jest gorzej niż myślałem. – Dodał Montolio.

- Słucham? – Zdziwił się Cabtree. – Jak to pozostał?

            Kisjevczyk
wyjął swoją małą, szczęśliwą kulkę oryszalku i pokazał ją radzie.


- To znaleźliśmy w Okręgu Murglaka. – Powiedział Erlan. –
Miejscu stworzonym przez Kompanię Chaosu, które gdy tam ostatnio byliśmy,
wyglądało całkiem nieźle, jak na swoje lata. Na pewno zaś został kamień na
kamieniu.


- Czepiamy się szczegółów. – Przerwał im Shivan. –
Problem z Drugą Erą jest taki, że to zamierzchłe czasy, których nikt dobrze nie
pamięta. Po pierwsze jak wszyscy tu wiemy, nie można już liczyć na Uroborosa,
jego już nie ma. Bogowie pozbyli się go.


- Mmm…moglibyśmy go ppp…poszukać? – Zasugerował Dyzio.

- Ale nawet gdyby był – kontynuował kapłan – i tak na
wiele by się to nie zdało. Hegemonią rządzili bogowie, z tego co wiem,
Moredhele nimi nie są. Bogowie nie interweniują w naszych wojnach.


- Bo ich nie ma… – Wymsknęło się Erlanowi.

- Zatem panowie, co nam pozostaje? – Zapytał Gaupewulf. –
Musicie odnaleźć Księgę Makr, przynajmniej oficjalnie.


- Po co jest to nam potrzebne? – Zdziwił się kapłan.

- Do boju. Gdy Armenger padnie – kontynuował Lokka-Thon –
zostanie nam Kartltown i walka do ostatniej kropli krwi, kobiet, starców i
dzieci. Każdego. Chcę by ci wszyscy uchodźcy mieli choć tyle odwagi, by zginąć
w walce, a nie zaszlachtowanym przez sługusów Rodryka.


- To szaleństwo… – Wymamrotał Erlan. – Nie zdajesz
sobie sprawy ile osób zginie… Nie widziałeś tego, co Moredhele wyprawiają z
więźniami.


- Nie widziałem. Ale słyszałem. Dlatego wolę by ci
wszyscy potencjalni więźniowie stanęli do walki, niż poddali się. Tyle, że wielka
bitwa to dopiero początek, dalej mam zadanie dla was. – Stwierdził jaszczur. –
Słyszałem, że nagroda za wasze głowy, po waszym ostatnim wyczynie wynosi
pięćdziesiąt tysięcy mordeków za każdego.


- O cholera, to dużo? – Ironizował mag. – Ile kolejek
będzie?


- Staliście się legendą panowie i dostaniecie godne was
zadanie.


- Mmm…mam złe przeczucie. – Dodał Kisjevczyk.

- Zabijecie Rodryka. – Rzekł Lokka-Thon.

- Phi. Myślałem, że coś trudnego. – Marudził Erlan. –
Przynieście go tu, a ja go już zaciukam. Wolicie bym go udusił, czy pociął?


- I Nerama. Wyznaczyliśmy nagrody za ich głowy. –
Stwierdził jaszczur. – Ale raczej mało prawdopodobne, by ktoś się zdecydował je
odebrać.


- Jak widzicie potrzebujemy tylko zapalnika. – Dodał Gaupewulf.
– Księgi Makr.


- Nawet jeśli znajdziemy oryginał,  który gdzieś tu jest. – Mówił kapłan. – Nie wiadomo,
czy wrócimy. Nie wiadomo też, czy będziemy chcieli dalej zajmować się tym
światem.


- Dlatego zastanówcie się, czego warto szukać. –
Powiedział wojownik.

Komentowanie nie jest możliwe :, więcej...

CDLXXXVI.

przez , 17.sie.2009, w Bez kategorii

            Podróż w górę rzeki była trudniejsza, gdyż
wymagała przede wszystkim wiosłowania, a Erlan znów często nie był w stanie
usiedzieć w miejscu, co jedynie wydłużało powrót.


            Gdy
dotarli już do Armengeru, nie ulegało już najmniejszym wątpliwością, że
oblężenie właściwie już się zaczęło. Od północy, gdzie znajdowało się główne
wejście, nie dało się już dojechać. Wszędzie rozstawione były armię goblinów,
orków i innych sojuszników króla Rodryka. Moredheli było bardzo niewiele.


- W samą porę. – Przywitał ich Gorm, gdy tylko znaleźli
się wewnątrz miasta. – Od kilku dni blokują drogę.


- Przybyliśmy rzeką. – Rzucił Shivan.

- To wiele tłumaczy. Od północy nie można już się inaczej
przedostać, zniszczyli wszystko. I lada moment zaatakują. – Biadolił Blåtand.
Starzec stracił już nie tylko ducha walki, ale i nadzieje. Chwilę później
wrócił do swej roboty, a cała trójka spoglądała na miasto i zamyśliła się.


            Armenger
może był dotychczas niezdobytą twierdzą, ale nie czuło się tu tego. Miało się
wrażenie jakby była to jedna wielka cela, w której upchnięto dziesiątki osób,
które wciąż jeszcze są gotowe walczyć. Wciąż tlił się w nich ogień przetrwania,
ale w takim stężeniu nie miał już dalej czym się palić. Przygasał, wraz z
niedospaniem, niedożywieniem i chronicznym zdenerwowaniem. Każdy wiedział, że
to mogą być jego ostatnie chwile. Obrońcy nie witali się, nie żegnali między
sobą, szkoda było na to czasu. Wielu też uważało, że nie wypada mówić do kogoś „żegnaj”,
gdyż mogło to być wróżbą lub życzeniem śmierci. Ci, którzy pozostali w zamku
żyli swoim nowym rytmem, obozowym życiem, rutyną, która jednak nie była niczym
innym jak tylko rozwleczonym oczekiwaniem na koniec.


            Nawet
władze Sojuszu nie liczyły na przetrwanie. Rolą Armengeru nie było doprowadzić
do klęski Moredheli, ale pociągnąć jak najwięcej ze sobą. Gród miał upaść, ale
Mroczne Elfy miały za niego zapłacić olbrzymią cenę, choć wielu miało
wątpliwości, czy to się uda. Magistrat miał wiele rodzajów broni, które mógł tu
wykorzystać, niektóre z nich mogły nawet nie wymagać zbliżania się do miasta.
Można było zatruć powietrze tak jak w Sorrou, sprawić by całe życie umarło.


            Choć
niewiele tu już brakowało do tego stanu. Głodni obrońcy zjedli już wszystkie
zwierzęta, nie tylko domowe, ale też gołębie czy szczury. Wszystko, co można
było włożyć do ust, co zdawało się być pożywne. Podobno zdarzały się tu też
przypadki kanibalizmu chorych, ale starano się je ścigać. Gorzej było ze
zwłokami, nikt nie nadążał już chować kolejnych trupów. Może Moredhelom
faktycznie udało się podrzuć tu zarazę. A może to inne rzeczy. Armenger nigdy
nie był projektowany z myślą o takiej ilości mieszkańców. Cały system ściekowy
nie wyrabiał, wszystko było zatkane, brudne. Żadne z miast Starego Świata,
nawet te z niewydolnymi rynsztokami, nigdy nie cuchnęły aż tak, nigdy nie
spływały w ten sposób brudami. Kiedy
wejdą tu Moredhele będą musieli się zmierzyć ze skażeniem, którego się nie
spodziewają. Może wtedy weźmie ich jakaś zaraza.


            A może
oni byli na to przygotowani. Po co innego było ściągać wojska goblinów, orków,
skavenów czy fimirów. Można było wpuścić sojuszników do miasta, a samemu
świętować zwycięstwo. Jeśli był jakiś logiczny powód dlaczego Rodryk i inni
akceptowali niektóre rasy, a inne nie, to chyba tylko dlatego, że uznali iż
można na Miscle pozostawić dłużej, te które się do czegoś przydają. Do
eksterminacji pozostałych. Władcy goblinów tego nie widzieli, ale Shivan
zrozumiał to bardzo dobrze i wytłumaczył to Skerritowi jeszcze przed
rozstaniem. Przywódca skavenów w mik pojął tę prawdę. Dziwne, że jeszcze nie zrozumieli tego Iluminarowie, na co oni liczą?
Czy wszyscy są tak krótkowzroczni? Chyba, że liczą iż Rodryk nie jest
nieśmiertelny, a to on jest głównym propagatorem rasizmu. Tylko, czy to nie
jest zbytnie uproszczenie? Nawet jeśli faktycznie by to wymyślił, byli też i
inni twórcy. Shubriel, Nadiru, Avkon, Sever, Boqaj czy Azafariel, tylko imiona
znam, nic więcej o tych twórcach powiedzieć nie mogę, poza tym drobnym faktem,
że to oni razem z Rodrykiem kształtują filozofię Mroczniaków. Rasy panów, rasy
jedynej, nienawidzącej inności. Oni nie pragną podbić świata by zdobyć sobie
miejsce do życia, oni pragną go oczyścić z istot, które uznali za niegodne.
Dlatego są tak niebezpieczni i zawzięci. Wszystko to zaplanowali, nawet
Armenger. Wykrwawią się ich sojusznicy, a gdy już nas nie będzie, będzie można
ich z łatwością się pozbyć. Oczyścić Miscle po raz wtóry.


- Wróciliście? – Przerwał im rozmyślanie Tveskæg. – W samą
porę.


- Zaatakują Armenger. – Stwierdził Erlan. – Ale to pewnie
już wiecie i bez nas.


- Hahaha… – Roześmiał się Montolio.

- Wiemy. – Rzekł Harald. – Jeszcze do niedawna palili
więcej ognisk niż ich było, starając się ukazać naszym obrońcą niesamowitą
liczbę atakujących, przerazić ich, ale od dwóch dni nie są już w stanie
utrzymać tylu palenisk.


- Problemy z drewnem? – Zapytał Shivan.

- Z miejscem. W niektórych miejscach goblinom czy orokom
nie można się położyć, nie ma miejsca. Ta armia się gotuje. Zaatakują lada
moment i bez rozkazów. Oni nie przyjdą tu zdobywać Armengeru, oni przyjdą tu
się nażreć naszymi trupami.


- Które Iluminarowie potem ożywią. – Roześmiał się mag.

- Chcielibyśmy porozmawiać z radą, jeśli to możliwe. –
Powiedział kapłan.


- Zobaczę, co się da załatwić. – Ukłonił się Tveskæg
odchodząc.


            Nie pożegnał się,
szkoda było mu na to czasu i nie chciał być nietaktowny.

Komentowanie nie jest możliwe : więcej...

CDLXXVII.

przez , 07.sie.2009, w Bez kategorii

            Tym
razem wyruszyli w dalszą drogę tylko i wyłącznie z Lokutusem, reszta obstawy
nie była im potrzebna, zwłaszcza, że mieli zamiar przedostać się na teren
zajęty przez wroga. Plan był dość prosty, dojść do Cichlasomy, gdzieś w połowie
drogi między Al’Hadą a Kartltown i stamtąd podpłynąć prawie pod Baar-Tyr. Mieli
specjalnie ciosane łodzie, które po przewróceniu do góry dnem wyglądały jak
pniaki płynące z prądem. Wewnątrz zaś wyciosano odpowiednie miejsca, w których
można było schować bagaż, tak by się prawie nie zamoczył. Samemu niestety
trzeba było płynąć z głową najczęściej wewnątrz łodzi, ale tylko część drogi
powinni przebyć w tak ekstremalnych warunkach.


            Gdy
próbowali jeszcze opuścić Armenger, spotkali gnoma Farfela, który właśnie
opowiadał zgromadzonym swoją niesamowitą historię. Od razu rozpoznał on całą
trójkę, ba dokładnie wiedział kim są.


- Wyobraźcie sobie ja sam walczę z trzema Moredhelami,
pokonałem ich sprytem i wyszedłem z karczmy. Tylko po to, by wyjść na zewnątrz
i zobaczyć, że wokół mnie jest setka, może nawet dwie setki Mroczniaków. Nie
wiem ile, trudno się w emocjach liczy, na pewno było ich mniej niż trzystu, ale
to nie ważne. Nie miałbym żadnych szans. Wycelowali swoją broń we mnie i już
myślałem, że przyjdzie mi sprawdzić jak wygląda Paneton, a tu co widzę, tych o
to trzech bohaterów. Erlan… Shivan… I Dyzio… I ich wierny ptak, krzyżówka
kanarka i orła. Mroczne Elfy od razu się na nich rzuciły kipiąc aż nienawiścią.
Wtedy cieknie im taka zielona ślina, ślepia robią się czerwone, a krew
normalnie się w nich gotuje. – Ciągnął gnom. – Ja już tam prawie umarłem ze
strachu, oblężenie Al’Hady to przy gniewie Mroczniaków nic. Pół naszej armii by
dało dyla, ale ci oto bohaterowie nie, skopali tak tyłki tym Mrocznym draniom,
że aż miło się patrzyło.


            Zgromadzeni
zaczęli spoglądać na całą trójkę z zainteresowaniem i nadzieją. Prawie każdy z
nich słyszał o trzech śmiałkach, którzy uwolnili obóz w Hassan, ta historia
żyła już własnym życiem, pojawiały się też i inne. O tym, że Erlan rozbił armię
Iluminarów w Dzigbad, Shivan przekonał skavenów…. Najmniej mówiono o Dyziu.


            Obaj
elfowie tylko przyśpieszyli kroku, unikając zbędnych rozmów. Kisjevczyk był
zaskoczony, zwłaszcza gdy pojawiły się wokół niego kobiety. Pytali go i prosili
o różne sprawy, o pomoc, a on nie wiedział, co ma im odpowiedzieć.


- Jjj…ja… – Próbował coś mówić.

- Widzicie, to jest prawdziwy bohater. – Komentował to
gnom. – Nie jakiś tam osiłek, który stara się zwrócić na siebie uwagę. Widzicie
tą skromność?! Nie ma wątpliwości, że planują następną akcję, kto wie, może
znów wkradną się Rodrykowi do zamku…


            Słuchacze
znów zwrócili się ku Farfelowi.


- Co, to nie słyszeliście jeszcze historii jak włamali
się Rodrykowi do zamku? Toście niewiele słyszeli! – Cieszył się gnom. Teraz już
miał patent na to by zostać najpopularniejszym gawędziarzem w całej Arabii.


            Kisjevczyk
zaś cieszył się, że opowiadacz potrafił zainteresować innych swą gadaniną, sam
zaś szybko udał się za swymi towarzyszami.


            Dopiero
koło południa dotarli do Cichlasomy, tam już w umówionym miejscu, czekały na
nich łodzie. Lokutus powiedział, by Shivan i Dyzio płynęli razem, sam zaś
zabrał się za pilnowanie Erlana. Niby przypadkiem zajrzał mu do bagażu i zabrał
cały alkohol. Nie potrzebujemy pijanego
maga na wodzie.
Elf protestował, ale nikt nie mógł nic zrobić. Oczywiście
każdy doskonale wiedział, by przypadkiem nie nazwać czarodzieja alkoholikiem,
bo wtedy mocno się irytował.


            Jeszcze
nim wsiedli na łodzie, korzystając z okazji, że reptilion wodował ich
transport, Erlan podszedł do Shivana i Dyzia ze skargą.


- Myślę, że nasz przyjaciel może być na usługach
Mroczniaków. Podejrzanie się zachowuje, ukradł mi parę rzeczy. – Mówił mag.


- Coś mówił?

- Coś po swojemu… Poprosiłem by oddał mi alkohol, ale
nie, ten mi powiedział, że przecież nie jestem alkoholikiem, więc wytrzymam
dzień lub dwa. Kazał mi pić wodę, jak zwierzęciu, a przecież po tym znów mogę
dostać jakiegoś rozstroju żołądka. Powinniśmy się go pozbyć, nie pasuje do
naszej drużyny, wszystko psuje…


- Jest gorzej niż myślałem. – Stwierdził Montolio.

            Shivan i
Dyzio tylko wymienili rozbawione spojrzenia. Lokutus wziął na swoje barki to,
co łaziło im po głowach od bardzo dawna. Obaj byli więc mu dozgonnie wdzięczni.


            Sam
spływ przebiegał dość spokojnie, oczywiście w okolicy Al’Hady musieli płynąć
pod wodą. Choć Erlan pod strasznie wyzywał jaszczura, wiedział, że gdyby nie
był trzeźwy pewnie nie przepłynęliby bezpiecznie tego odcinka. Gdy już znaleźli
się wystarczająco daleko, w końcu Lokutus wydzielił jedną butelkę elfowi,
dzięki temu gdy dalej płynęli nie musiał wysłuchiwać narzekań i insynuacji na
swój temat.


            Koło
wieczora zrobili postój.


            Reptilion
zajął się przygotowywaniem posiłku, Dyzio czyszczeniem swej broni, a Erlan
szukaniem sposobu by się napić. Niestety jaszczur cały alkohol trzymał tuż przy
sobie.


            Shivan
zaś odszedł na chwilę, by się pomodlić. Ale jego kontemplację przerwała dziwna
wizja, a raczej nie wizja, obraz mężczyzny, który przechadzał się po drugiej
stronie rzeki. Starszy, przygarbiony z workiem na plecach. Jego twarz była
schorowana, a on sam szukał ludzi, których mógł zarazić najstraszliwszą
chorobą, jaką znano. Zarazą Nurklego.


            Kapłan
natychmiast zerwał się na równe nogi. Nurkliści, podobnie jak nekromanci, byli
uznawani za heretyków w teologii Morroua, a wyznawcy byli zobowiązani do walki
z nimi. Elf zaczął biec, aż do brzegu, wtedy zupełnie nieświadomie spróbował
iść dalej. I szedł po wodzie.


            Lokutus,
Dyzio i Erlan widząc to nie mogli uwierzyć, ale sam kapłan był w jakby transie,
nie zdawał sobie sprawy z tego co robi.


            Po
drugiej stronie zaiste spotkał siewcę zarazy.


- Porzuć swego pana i swój przeklęty obyczaj! – Ryknął do
niego Shivan. – Natychmiast, albo jeszcze dziś zobaczysz zaświaty.


- Haha… – Parsknął Nurklista. – Bądź przeklęty, ale nie
giń, niech w tobie kiełkuje…


            I zaczął
odprawiać swe modły.


            Shivan
nie wiedział jak zareagować. Próbował się skoncentrować, ale po męczącym dniu i
słabo przespanych ostatnich nocach, był prawie bezradny. Stracił wiarę w
siebie. Nie, raczej przestał poddawać się woli Morroua i zaczął przegrywać.


            Dopiero
kula ognia, która trafiła siewcę, wyrwała kapłana z odrętwienia. Nie na długo
jednak, gdyż stracił przytomność.

Komentowanie nie jest możliwe : więcej...

CDLXXVI.

przez , 06.sie.2009, w Bez kategorii

            Kolejną
noc, Shivan nie mógł spać. Zasypiał, zazwyczaj ze zmęczenia, by po jakimś
czasie wybudzić się z koszmaru, nawet nie próbując na nowo zmrużyć oka, choć
jego organizm tego potrzebował. Najgorsze było to, że w tym chronicznym
zmęczeniu przestawał odróżniać rzeczywistość od wytworów swojej wyobraźni.
Pamiętał scenę, gdy mała dziewczynka płakała, pytając co się stało z jej
pieskiem. Cała jej niewielka rodzina, szczęśliwa, że żyje, znajdowała się w
Armengerze, a dziecko jeszcze nie doświadczyło straty bliskich. Tyle, że
uchodźcy byli głodni i nie posiadali nic. Nie stać ich było na utrzymanie psa.
Rodzice dziewczynki sprzedali go, albo sami zjedli, może nawet nakarmili nim
małą. Teraz ojciec musiał wytłumaczyć, co się stało.


            To
wspomnienie budziło w nim odrazę. Nie wobec czynu, jaki się dopuszczano, zdawał
sobie przecież sprawę, że z głodu z pewnością zjadano także ciała innych istot.
Czasem nie tylko z głodu, wystarczyła przecież przedziwna, zwichrowana
osobowość, jak choćby Gottlieb, o którym wspominał wielokrotnie Erlan, zawsze z
pewnym przerażeniem i wstrętem. Teraz takich Gottliebów w Armengerze z
pewnością było wielu. Zjedzenie zwierzęcia domowego nikogo nie dziwiło, było
naturalne i akceptowalne. Ciekawe kiedy
będą próbować zjeść gwarka?
Gdyby nie fama, która krążyła wokół nich, z
pewnością by już do tego doszło. W całym grodzie nie było już nawet szczurów.
Wszystko zostało wyjedzone. Żywność zostawiono dla obrońców, ale lada moment
mógł wybuchnąć bunt. Cała taktyka
Moredheli, zagonić nas do jednego miejsca i pokazać, że zaiste jesteśmy
nistotatmi, które trzeba wytępić. Wtedy nikt z nich nie będzie miał żadnych
wyrzutów sumienia, zupełnie zapominając, że to oni do tego doprowadzili. Acz
gdyby przypadkiem zmieniło się coś na froncie, nienawiść do Mrocznych Elfów
będzie przez setki lat obecna we wspomnieniach. Potem będą ich gnębić, nawet
nie pamiętając za co.


            Zdecydował
zaczerpnąć trochę świeżego powietrza, szybko jednak zrozumiał, że nawet tutaj
to bardzo zły pomysł. Nikt nie wiedział ilu uchodźców obecnie przebywało w
Armengerze, z pewnością jednak zbyt wielu. Ulice były przepełnione śpiącymi, i
wszystko było brudne. Fekalia nie miały już nawet gdzie spływać, wszędzie
unosił się fetor, nie tylko odchodów, ale też brudu, potu, krwi, chorujących,
umierających i rozkładających się. Jedynie mur był odskocznią. Było dość ciemno,
ale w oddali tliły się już ogniska wrogów. Czekali i spędzali sen z powiek
strażnikom.


            Ale na
murach kręcił się jeszcze ktoś. Lord Skerrit i jego skaveni. Zaciekawiony
kapłan podszedł do nich. Dopiero tu poczuł ulgę, lekki nocny wiatr, który
przyniósł zupełnie inne zapachy. Gdyby tylko nie męczyły go sny, chętnie by się
tu położył i zasnął.


- Ach Shivan! – Ucieszył się władca skavenów. – Wyglądasz
strasznie, powinieneś się przespać.


- Próbowałem. – Odrzekł cicho.

- Nie musisz wszystkiego targać na swoich barkach, z
pewnością należy ci się odrobina snu. Mogę postawić dwóch skavenów przy twoim
łóżku, by nikt cię nie budził.


- I tak niebawem wyruszamy, tuż po świcie. – Powiedział
elf. – Chciałem tylko powdychać lepszego powietrza.


- Miasto, ci nie pasuje. – Roześmiał się skaven. –
Spokojnie, jak odbudujemy Dzigbad to pomyślimy o wielu rzeczach, o których
dotychczas nikt nie myślał. O tym by miasto było przewiewne, ale też by
nieczystości spływały jakoś same. Zaczęliśmy już wstępne plany, wiem gdzie są
ukryte pewne skarby, rodzinna fortuna. Ale zaczniemy od zbudowania wielkiej
bazyliki poświęconej Morrouowi. To będzie największa świątynia jaką
kiedykolwiek zbudowano. Próbujemy właśnie przekabacić inne klany, by się do nas
przyłączyły. Wielu nie może uwierzyć, że tak łatwo nas przyjęto, że nie
podejrzewają nas o zdradę.


- Ależ skąd. – Odrzekł Shivan, spojrzał też na
strażników, których bardzo niepokoiło to, że skaveny stojąc na murze wysyłają i
odbierają jakieś wiadomości. W dodatku robią to w nocy. Lokka-Thon z pewnością rano dostanie na ten temat raport, będzie dobrze
go wcześniej ostrzec.


 - Używamy
nietoperzy – tłumaczył Skerrit. – Nie są tak hałaśliwe jak gołębie, choć
trudniej je wyszkolić, ale też trudniej wykryć i zestrzelić. Nie mamy
magicznych sposobów przesyłania listów, a technika Moredheli również nie jest
nam znana. Zresztą lepiej jej nie używać, pewnie i tak jakoś przechwytują.


- Interesujące. – Powiedział kapłan.

- I myślę, że szybko się nie zobaczymy, nie wiem kiedy
wrócicie – mówił Skerrit – my za dwa dni przenosimy się do Kartltown.


- A ja nawet nie wiem kiedy wrócimy i znajdziemy w naszej
kolejnej misji. – Odrzekł Shivan.


- No cóż, w każdym razie będę pisał. Mam nadzieję, że
Lokka-Thon dostarczy ci moje listy.


- Dziękuje. – Pisał?
Jasne, jasne.


            Potem
pożegnali się, a elf pomimo zmęczenia ale i obaw o koszmary, spróbował jeszcze
raz wrócić do swej komnaty by choć trochę pospać.

Komentowanie nie jest możliwe : więcej...

CDLXXV.

przez , 05.sie.2009, w Bez kategorii

            Komnata,
w której urzędowała Rada Sojuszu nie była zbyt obszerna, raczej zebrała się w
jednej z nielicznych wolnych izb w Armengerze. Przywódcy nie byli w komplecie,
część z nich już wyjechało do Kartltown, część jak Lord Skerrit czy Lorien,
dopiero się tam wybierali. Władcę skavenów przyjęto do Rady, co go niezmiernie
uradowało, ale też sprawiło, że sam mocno zaangażował się w walkę z
Moredhelami. Nie tylko opowiedział wszystko, co wiedział, ale też usilnie
zabiegał o to by inne klany skavneów, a także orków, goblinów i innych ras,
sprzyjających Mrocznym Elfom, spróbowały zmienić stronę.


            Dyzio,
Shivan i Erlan również zdali raport z tego, co się wydarzyło w Dzigbadzie, a
także chętnie odpowiedzieli na pytania, które naszły przywódców od czasu
ostatniego spotkania.


            Potem
zajęto się kwestiami obrony Armengeru. Nie ulegało wątpliwością, Moredhele w
końcu ruszą, a cała ta maskarada miała na celu przetestowanie odporności
psychicznej wroga.


- A co z waszą Księgą Makr? – Zapytał w końcu Lokka-Thon.

- Nie udało się nam jej zlokalizować, nadal nie wiemy
gdzie jej szukać. – Odpowiedział Shivan. – Choć mam głębokie przeświadczenie,
że musi być gdzieś blisko.


- Skąd się bierze to przeświadczenie? – Zapytał Cabtree.

- Czasem sprawdza, czasem ma zwidy, a czasem świruje…
Choć dostatecznie często ma rację, więc wolę nie wiedzieć skąd o tym wie. –
Dodał Erlan.


- Może zatem jest coś, co możemy zrobić, szukając dalej
tej księgi. – Zapytał kapłan.


- Niewiele. Jedyny pomysł, który przychodzi nam do głowy,
to infiltracja którejś z twierdz wroga. – Mówił jaszczur. – Z jednej strony
koncentrują potężne siły w Bulda-Barze, z drugiej niby odsłaniają Baar-Tyr.
Jakby prosili nas o atak.


- Jak znam Moredheli – powiedział Erlan – skoro odsłaniają
jedną twierdzę, a drugą ostentacyjnie uzbrajają, to pewnie są one połączone.
Zostawiają nam pole do ataku, albo rzucimy się na Bulda-Bar, gdzie pewnie nic
nie ma. Mogę spojrzeć na mapę?


            Podano
mu i wskazano obie fortece. Podobnie jak Armenger były to stare zamki
wzniesione w górach, bezpieczne od potencjalnych ataków, choć już jedna z
takich twierdz, krasnoludzka Moria padła.


- Idąc na Bulda-Bar stracimy wielu żołnierzy. Chcą byśmy
się wykrwawili. – Zauważył Shivan.


- Dlatego tam nic nie ma. Znaczy nic interesującego. –
Dodał Erlan. – Te wszystkie ruchy są dość fałszywe.


- W Baar-Tyr z tego co wiem – wtrącił się Skerrit –
znajdowało się lokalne dowództwo Cieni. Przebywał tam dość długo Korel Drow i
tam szkolono czerwonych. Bulda-Bar pewnie był bardziej wojskowy, ale moim
zdaniem Cienie gromadziły wszystko, co uznały za ciekawe, właśnie w Baar-Tyr.


- Dlatego tam musimy się udać, jeśli chcemy znaleźć
Księgę Makr. – Dodał Shivan.


- Jesteś tego pewien? – Zdziwił się Aldaric.

- Wiem tylko, że Baar-Tyr jest najbliższą osadą od
miejsca gdzie spoczywa księga. Przed chwilą się o tym dowiedziałem.


- Ale skąd? – Zaczęli szeptać.

- Tak, jesteśmy Mrocznymi Elfami. – Wtrącił się Montolio.

- Morrou mi powiedział. – Rzekł kapłan.

- Nie słuchajcie go, on czasem słyszy dziwne głosy –
tłumaczył Erlan. – To nie groźne, bogów nie ma, ale…


- Nie dyskutujemy tu nad kwestią istnienia bogów. –
Zirytowała się trochę Lorien.


- Kkk…kurwa – przeklął Dyzio. – Sss…spokój?

            Sala się
uciszyła.


- Rozumiem zatem, że ruszacie do Baar-Tyr? – Zapytał Lokka-Thon.

- To nasza najważniejsza misja. – Powiedział kapłan.

- I tak nie mamy juz po co wracać na Narshę. Napijemy się
i idziemy do Baar-Tyr. – Dodał Erlan.


- Tak łatwo nawet wam się nie uda. – Stwierdził jaszczur. – Ale znajdziemy
sposób i to szybko.

Komentowanie nie jest możliwe : więcej...

CDLXXIV.

przez , 04.sie.2009, w Bez kategorii

            Armenger
było twierdzą wznoszącą się ponad przepaścią. Do potężnego zamku, górującego
nad okolicom prowadziła jedynie cienka droga. Dlatego także dotychczas był to
gród niezdobyty, każdy kto atakował nie mógł się ukryć przed strzałami
łuczników. Z pozostałych stron twierdzę broniły potężne i ostre skały.


            W
historii było kilka prób zdobycia miasta, ale żadna z nich się nie powiodła.
Tyle, że nikt wcześniej nie miał ani tyle determinacji, ani takiej przewagi
technologicznej jak Moredhele. Lokka-Thon przybywając do grodu zastanawiał się,
czy aby przypadkiem nie wystawiają się Mroczniakom. Z katapult może i trudno
było trafić i przebić mury, ale niektóre z dział Mrocznych Elfów miały dość
daleki zasięg. Z pewnością dużo większy niż łuki czy kusze. Drugim problemem
było to, że do Armengeru cały czas ktoś przybywał, coraz więcej uchodźców
starało się tu schronić przed wojną. Trudno było nad tym zapanować.


            Dyzio,
Erlan i Shivan, wraz z wieloma innymi wchodzili przez główną bramę do miasta,
gdy ci dwaj pierwsi zauważyli strażnika przy wejściu.


- Ggg…gorm! – Ryknął Kisjevczyk.

            Trudno
było mu zapomnieć mieszkańców Sorrou. Sefora czasem jeszcze mu się śniła, coraz
rzadziej, ale jednak. Burmistrza Sorołgradu również pamiętał, w końcu spędzili
tam prawie cała zimę.


- A kogóż to moje śliczne oczy widzą. – Ucieszył się Blåtand,
spojrzał na nich i już smutniej dodał. – Widzę, że ostało się was tylko dwóch.
Wojna zbiera okrutne żniwo.


- To nie wojna. Liukas, San-Thor i Gotr zginęli jeszcze
przed jej wybuchem. Za to mamy nowego druha w drużynie, maruda, smęci, – mówił
mag – kryptoalkoholik, dręczy dzieci, jest Mrocznym Elfem, ale najgorsze jest
to, że to klecha.


- Hahaha. – Roześmiał się Montolio.

- Shivan. – Ukłonił się nisko kapłan.

- Blåtand, Gorm.

- Co cię tu sprowadziło? Do Sorrou też dotarły
Mroczniaki? – Pytał mag.


- Było gorzej. Moredhele nigdy nie dotarły do Sorrou.
Zaczęliśmy szykować się do obrony, widzieliśmy, co się dzieje, ale
wiedzieliśmy, że jeśli opuścimy nasze domy, nigdy do nich nie wrócimy. Nawet
jeśli przeżyjemy. Sorrou to dobre miejsce do obrony, wiele potencjalnych
pułapek. Czekaliśmy na wrogów, ale oni nigdy nie dotarli. Mieli o wiele gorszy
plan.


- Co zrobili? – Zapytał Shivan.

- Wytłukli wszelkie życie w dolinie Sorrou…

- Uff, to po pieskach Gottlieba. – Roześmiał się Erlan,
ale nikt inny nie zrozumiał tego dowcipu.


- Użyli jakiejś przedziwnej broni, może magicznej. Nie
mam pojęcia jak to działa, jakby zatruli powietrze. Gdy zaczęły zdychać
zwierzęta, wpierw podświadomie szukaliśmy wampira, ale to był zły trop. – Mówił
Gorm. – Uratowało mnie to, że byłem w straży granicznej, starałem się pilnować,
by Moredhele nie dotarły do nas. One jednak posłużyły się trucizną. Gdy
wróciłem do Sorołgradu, nie było tam ani jednej żywej duszy. Przerażający
widok. Tylko opuszczone domy, nic więcej.


            Erlan
spojrzał na niego. Przypomina mi się
Murglak. Tam były tylko i wyłącznie opuszczone okręty i nic wiecej.


- Wszędzie zaś leżały trupy i rozkładały się. –
Kontynuował były burmistrz. – Nawet much nie było. Wszystko zdechło. Rośliny
nawet umierały, choć część z nich odrastało. Długo nie mogłem uwierzyć, że to
robota Mroczniaków, nie wydawało mi się, by ktokolwiek był zdolny do takiej
potworności, a jednak. Oni nie tylko nie musieli tego terenu zdobywać, ale też
nie musieli go umacniać. A każdy, kto tam przebywał dłużej, zaczął chorować.
Jakaś trupia zaraza, epidemia, albo coś. Potem pozostała mi tylko tułaczka i
walka, oczywiście po czasie, gdy już doszedłem do siebie. Tu zacząłem od
początku, nikt nie wie kim byłem.


- Gorm! – Ryknął dowódca straży. – Obiboku! Sprawdziłeś
tych podejrzanych? To albo ich zatrzymaj, albo puść, tamujecie przejście.


- Przepraszam, muszę wracać do pracy. – Pożegnał się Blåtand,
a potem dodał, tak by słyszał to jego szef. – Jesteście wolni, witamy w
Armengerze.

1 komentarz : więcej...

stat4u <!-- s4uext=s4upl(); document.write('stat4u') //--> stat4u

Blogroll

Kilka bardzo polecanych stron...