orthank blog

Tag: armenger

D.

przez , 31.sie.2009, w Bez kategorii

- Wysadzić mur. – Rozkazał Neram, który nie przestawał
spoglądać na Armenger przez lunetę. Większość jego sojuszników już się wycofała
z miasta, nie wszyscy, niektórzy okazali się zbyt mało karni, by posłuchać tego
rozkazu. Głupcy. Wybrali śmierć.


            Chwilę
potem rozkaz przekazano dalej. Wszystko za pomocą elektrycznych impulsów,
podobnie zresztą sterowano wysadzeniem. Arcygenerał nie musiał czekać długo,
gdy ładunki wybuchowe zaczynały eksplodować. Jeden po drugim. Mur, w którym
były dotychczas jedynie wyrwy, zaczął się przechylać, kamienie latały we
wszystkich kierunkach. Gruz zasypywał tak miasto, jak i okoliczne pole. Te
gobliny, które się nie wycofały nie miały szans na przeżycie.


- Trebusze ognia. – Wydał kolejny rozkaz.

            Tym
razem trzeba było go przekazać sojusznikom w bardziej klasyczny sposób, za
pomocą systemu ustalonych chorągwi. Na szczęście, dla Moredheli, jedynie
fimirowie i hobgobliny operowały bronią miotającą, więc nie było problemów ze
zrozumieniem i wykonaniem rozkazu. Wcześniej dostarczono im specjalne beczki,
którymi mieli miotać, nowy rodzaj bomb, które zawierały ostre odłamki. Nie
miały one na celu zniszczenie budowli, ale pokaleczenie przeciwników. Nie
wszyscy opuścili miasto, to było jasne. Niektórzy nadal chcieli stawiać opór,
inni nie zdążyli się ewakuować. Tyle, że walka w zabudowaniach nie należała do
najłatwiejszych, Mroczne Elfy z pewnością mogły rzucić swe siły, by
spacyfikować wroga, ale po co. Neram wolał rozwiązania, w których nie tracił
zbyt dużo swoich podwładnych, nawet jeśli byli tylko goblinami.


            Inne
bomby, które spadały na miasto, miały na celu zniszczenie budynków. Wszystko to
wymieszano, tak, by przeciwnicy obserwujący spadający ładunek, nie mieli
pojęcia, w jaki sposób wybuchnie. Dzięki temu nie wiedzieli jak się chronić. To
była sprawdzona taktyka. Trzeba było tylko wpierw zrzucić kilka bomb takich, a
potem kilka takich. Dopiero potem mieszać. Ci, którzy ukrywali się w mieście,
czuli się zagubieni, widząc nadlatującą bombę. Część z nich starała się kryć,
część uciec jak najdalej. Najgorsza jednak była ta chwila niepewności, gdy nie wiedzieli
jak wybuchnie dany ładunek i czy przypadkiem się nie wystawią. Arcygenerał
uwielbiał tak niszczyć wroga.


            Gdy pył,
który wzniósł się w powietrze po upadku muru już opadł na ziemię, a cały
Armengar znajdował się w objęciach kurzu z rozpadających się budynków, dowódca
Moredheli nakazał przerwać ostrzał.


- Wysłać bombowców. Trzeba dostarczyć obrońcom trochę
rozrywki.


            Wielkie
nietoperze, których dosiadali żołnierze Magistratu przelatywały przez portal i
kierowały się nad miasto, by zrzucać tam bomby, nie tylko te oparte na nitroglicerynie,
ale też zwykłe oleiste-zapalające. Prawdę
mówiąc, to nie chciałbym być w skórze tego, kto dowodził obroną miasta. Z
wiekiem stałem się kawałem drania, jeśli chodzi o bitwy, ale cóż, żadnej nie
przegrałem od dawien dawna. Chyba od czasu wojen na Tiarasie, ale wtedy byłem
zupełnie innym Moredhelem. Jedno się wszak nie zmieniło, już wtedy kochałem
wyzwania. Wojna, każda bitwa to wyzwanie. I nie można nawet teraz lekceważyć
wroga.


            Gdy
tylko bombowcy wrócili, znów rozpoczęto atak z trebuszy. Dodatkowo miasto
ostrzeliwano z dział, choć głównie chodziło o huk, który sprawiał, że
nielicznych obrońców paraliżował strach. Nikt w końcu nie zwyciężył z
moredhelską bronią palną, a skoro zaczęto jej używać, upadek Armengeru wydawał
się bliski. W tym czasie zaczęto też szykować siły sojusznicze do szturmu na
miasto. Gobliny, orki, fimirowie, skaveni i inni gotowali się już do ataku, a
raczej zajmowania, szabrowania i dobijania tych, którzy przypadkiem przeżyli.


            Gdy
ostrzał się skończył, Gaupewulf i jego wojownicy wyszli razem z podniesionymi
mieczami. Pozostało ich zaledwie siedemdziesięciu dwóch. Budynki wokół nich
poprzewracały się, wszędzie leżały ruiny, które utrudniały otwartą walkę, ale z
drugiej strony, gdy dzielni wojownicy byli zbici razem, mogli wykorzystać teren
jako obronę.


            Niebawem
zostali otoczeni przez setki orków i goblinów. Tysiące wrogów rządnych ludzkiej
krwi i ludzkiego mięsa, którzy nie mieli żadnych zasad. W końcu sprzymierzyli
się z Mrocznymi Elfami. Gaupewulf kazał swoim żołnierzom zbić się w gromadkę.
Musieli walczyć do ostatniego, do upadłego. Ci, którzy znajdowali się wewnątrz
wykorzystywali kusze i łuki, by strzelać we wroga, a ci na zewnątrz starali się
pilnować odległości za pomocą mieczy.


            Przeciwnicy
nie używali łuków. Rasy goblinoidalne nigdy nie były dobrymi strzelcami, to raz,
a dwa przy ich ilości zabiliby więcej swoich, niż przeciwników, a mieli na tyle
intelektu, by tego nie robić.


            W innych
miejscach miasta, czasem jeszcze znalazł się zagubiony obrońca. Bynajmniej nie
członek honorowej kompanii Gaupewulfa, ale zagubiony żołnierz, który nie zdążył
wycofać się w trakcie ewakuacji. Żaden z nich nie miał szans na przeżycie.
Orkowie potrafili wytropić ludzi nawet za pomocą węchu, nie było więc
możliwości, by skryć się gdzieś i czekać aż wrogowie przejdą.


            Tymczasem
Gaupewulf wszedł wewnątrz kręgu swych żołnierzy, tylko po to, by przez chwilę
porozmawiać z Biglafem.


- Jak oceniasz nasze szanse? – Zapytał dysząc przywódca.

- Wytrzymamy tak kilka godzin, nie więcej, ale nie
pociągniemy wielu ze sobą.


- Zatem trzeba przyśpieszyć rozwój wypadków. – Uśmiechnął
się dowódca obrony Armengeru. – Wycofujemy się!


            Poddanym
nie podobało się to zbytnio, ale wierzyli swemu zwierzchnikowi tak bardzo, że
nie wahali się zaryzykować honoru, w imię rozkazu jaki im wydał. Wiedzieli, że
coś planuje. Skoro już tu zostali, nie mogli stchórzyć, gotowi byli jedynie
zginąć.


            Im dalej
wycofywali się, tym więcej orków i goblinów znajdowało się na miejscu bitwy,
która jeszcze przed chwilą się tu toczyła.


- Teraz! – Ryknął Gaupewulf. – Frontalny atak.

            To
zaskoczyło przeciwników. Północni wojownicy jak jeden mąż rzucili się na wrogów,
wbijając w nich niczym klin. Wygłodzeni orkowie i słabowite gobliny nie były w
stanie powstrzymać ataku dumnych i wojowniczych ludzi. I choć na jednego
człowieka, przypadało z czterdziestu przeciwników, liczba ta drastycznie malała
z minuty na minutę. Nie wszyscy obrońcy przeżyli ten atak. Biglaf, który
nadział się na orkijski miecz, krwawił, złapał się lewą ręką za brzuch,
starając zatrzymać wypływające ze środka organy, ale wiedział, że to walka bez
celu. Drugą ręką jednak nieustannie atakował. Odrąbał głowę orka, który go
sieknął. Dopiero potem puścił swój brzuch. Czuł się lepiej, nie fizycznie, ale
psychicznie. Ten, który zadał mu śmiertelny cios, pierwszy znalazł się w
zaświatach. Niebawem do niego dołączę.
Czuł się coraz słabiej. Gdyby mógł, położyłby się, ale nie było tu nikogo, kto
mógłby go uzdrowić. Szkoda, że nie został
z nami jakiś Shl…
Coraz trudniej mu się myślało, przed oczami robiło się
ciemno. Wykrwawiał się. Nie trafiał już w kolejnych przeciwników, którzy byli
najbliżej niego. Nie panował już nad swym ciałem, w końcu runął na ziemię.
Dopiero wtedy obskoczyły go gobliny, tylko po to, by go zasztyletować na
śmierć. Cieszyły się przy tym i wrzeszczały, niektóre z nich nawet śpiewały swe
wojenne pieśni. Inne już sławiły ten czyn. W końcu pokonały jednego z dzikich olbrzymów,
jak nazywały swych wrogów.


            I pomimo
przewagi liczebnej, frontalny atak okazał się być dobrym rozwiązaniem. Orkowie
i gobliny przegrywały w tym miejscu. Gdy zaczęły to zauważać, przerażone
rozpoczęły wycofywanie. Tylko wtedy jedynie się odsłaniały. Trupów było coraz
więcej, zaledwie kilku ludzi zginęło, resztą byli goblinoidzi.


            Jedyne,
czego Moredhele mogły żałować to brak komunikacji między poszczególnymi
oddziałami w mieście. Wtedy szybciej rozprawiliby się z Gaupewulfem, ale na
szczęście inni sojusznicy mieli głowy na karku. Fimirowie widząc wycofujących
się orków zainteresowali się przyczyną. Gdy ujrzeli kilkudziesięciu mężczyzn, którzy
nie zważają na własne rany i ból, a walczą do ostatniej kropli krwi, przerazili
się początkowo. Bali się stanąć z nimi do równej walki, dopiero potem któryś z
ich przywódców uznał, że można ich się pozbyć nie zbliżając się do nich.
Fimirowie wyciągnęli swe łuki i swe magiczne strzały. Wystrzelili je w
powietrze, kierując je tak wysoko jak tylko mogli. Znajdowali się blisko, więc
łatwo było im celować, ale wtedy strzały nie zdążały się mnożyć. Za to lecąc w
górę i spadając, co chwile dzieliły się na trzy i jeszcze raz na trzy i jeszcze
raz i jeszcze raz. Na ziemię spadał deszcz, przed którym trudno było się
bronić. Niektórzy z obrońców starali się zakrywać tarczami, ale nie wszyscy je
mieli. Ostrzeliwanie nie ustawało. Fimirowie wiedzieli, że ta taktyka jest
najlepsza. W końcu więc nawet ci, którzy chronili się tarczami tracili siły.
Strzały przebijały czasem i metal, raniąc ich w nogi, ręce. Pozwalając choć na
chwilę się odsłonić. To wystarczało, by kolejne strzały wbiły się w ciało
obrońcy. Wystarczyła chwila nieuwagi, a już człowiek tracił siły. Potem już
było tylko łatwiej. Leżał w bólu, a kolejne strzały przebijały go na wylot,
rozdrabniały na miazgę.


            W ciągu
dziesięciu minut wszyscy obrońcy, włącznie z Gaupewulfem leżeli na ziemi
poprzebijani. Niektórzy jeszcze dyszeli, wszyscy zaś broczyli krwią, która
czasem już krzepła, czasem już stygła.


            Armenger
padł. Ale Gaupewulf dopełnił swej obietnicy. Póki pozostał żywy miasto się
broniło.


            Gdy
walki zelżały, Neram rozkazał Moredhelom uzbrojonym w karabiny oraz wężowe
ogary jeszcze raz dokładnie obejrzeć ruiny, by upewnić się, że nikt nie
przeżył.


            Nikt nie
miał prawa przeżyć.


            Następne będzie Kartltown. Ta bitwa została
wygrana, trzeba przyznać, że użycie zacofanej technologii sprawiło, że była
większym wyzwaniem niż ostatnie.


- Proszę przygotować mi raport o strach. – Rozkazał arcygenerał.
– Wieczorem mam audiencję u króla. Kampania arabska została prawie zakończona.

Komentowanie nie jest możliwe :, więcej...

CDXCVIII.

przez , 30.sie.2009, w Bez kategorii

            Noc była ciężka. W zmaganiach zginęło, co najmniej
kilka tysięcy obrońców, wrogowie coraz śmielej przedzierali się przez mur,
którego obrona praktycznie już nie istniała. Co najwyżej w kilku miejscach,
wciąż trzymały się dzielne, ostatnie posterunki. Walka wkraczała na teren
Armengeru, a pułapek, które mogły zatrzymać dalszą ekspansję wroga, było coraz
mniej.


            Gaupewulf
i Biglaf doskonale zdawali sobie sprawę z beznadziejności sytuacji.


- Już czas. – Wymamrotał gniewnie przywódca. Nie chciał
się przyznać do porażki. Nie liczył przecież na zwycięstwo, ale miał cichą
nadzieję, zwłaszcza po pierwszych dwóch dniach, że uda im się wytrwać co
najmniej tydzień.


            Złudna
to jednak była nadzieja. Znów dali się nabrać Moredhelom. Ci może zmienili
trochę taktykę, ale tylko w tej najbardziej widocznej stronie. Neram jak zwykle
grał na emocjach przeciwników, na ich ambicji. Dawał ułudę zwycięstwa, tylko po
to, by się pod wpływem dumy lepiej wystawić. To właśnie zrobili w Armengerze.
Byli przekonani, że Mroczniaki chcą, by opuścili gród, by wyszli na zewnątrz,
ale chodziło o coś innego. O rozproszenie obrońców w mieście. Trzeba było wysadzić pół Armengeru w
powietrze grzebiąc przy tym znaczną część sił wroga, a nie bronić muru i starać
się nie wpuścić wroga do miasta.
Tyle, że nawet obrona jednej baszty
wydawała się głupia. Moredhele mogłyby przejść obok niej, albo ją wysadzić. Sytuacja była bez wyjścia, nie mogłem
postąpić inaczej.
Przynajmniej honorowo. Mógł się wycofać, ale co by to
dało. Kartltown jeszcze gorzej nadawało się do obrony niż Armenger. Tak
przynajmniej dał tamtym trochę czasu, trochę życia. Życia? Raczej marnej egzystencji. A może nawet przedłużyłbym tylko i
wyłącznie ich wyrok.
Mroczne Elfy z Kartltown mogły zrobić wszystko, tam
nawet najmniejszy ostrzał spowodowałby tysiące śmierci. Może nawet setki
tysięcy, gdyby trwał dostatecznie długo, a przecież wrogowie mili wiele różnych
sposobów uśmiercania przeciwników. Zbyt
wiele. Zbyt wiele żyć już straciliśmy, zbyt długo nie potrafimy podnieść broni
do ręki, by zadać Mroczniakom cios. Jesteśmy sparaliżowani strachem, machamy
przed nimi, ale boimy się walki. Może Księga Makr to zmieni. Może dzięki
temu  w naszych żołnierzy wstąpi duch
walki. Nienawiści do Mroczniaków, chęć starcia ich w pył, nawet za cenę
własnego życia. Zbyt wielu z naszych boi się zginąć. Chcąc zachować życie tracą
je, to przyczyna naszych niepowodzeń, strach przed walką.


- Co tu jeszcze robisz? – Zapytał Biglafa.

- Zamyśliłem się panie. – Odrzekł spokojnie towarzysz.

            Spoglądał
z wieży na okolice Armengeru. Wszystkie okoliczne góry i doliny były zajęte
przez hordy wrogów. Pod murami był taki ścisk, że trudno się tam oddychało.
Prawdopodobnie więcej goblinów ginęło podchodząc do zamku, niż walcząc. Ale i
tak wciąż było ich zbyt wiele, by móc z nimi stoczyć równą walkę. Godną walkę.


            Obaj
wiedzieli, że kolejne minuty nie mają znaczenia. Odwrót z pewnością przyczyni
się do kolejnych zgonów, tylko dlatego, że ktoś nieuważnie odsłoni swoje plecy.


            W końcu
Biglaf zostawił Gaupewulfa samego i wyszedł przekazać rozkaz odwroty. Niebawem
ostatnie trąby nawoływały obrońców do ucieczki. Droga była znana już wcześniej,
wielu z nich trochę zdziwionych, zostawiło swe posterunki, czasem nawet wyrzucali
broń, która opóźniała ich marsz. Inni nie mogli się wycofać. Zajęci byli walką,
gdyby tylko rzucili się do ucieczki, zostaliby zastrzeleni. Jak tchórze, którzy
nie mają odwagi walczyć. Lepiej było zostać więc i zginąć z bronią w ręku,
zabierając ze sobą tylu nieprzyjaciół ilu było można.


            Farfel i
inne gnomy, które wciąż jeszcze biegały po Armengerze, były uradowane, że w
końcu ogłoszono ewakuację. Bardziej mogło je ucieszyć jedynie zwycięstwo. Nie
byli żołnierzami, nie podobało im się na polu bitwy, musiały jednak zasilić Sojusz,
bez nich nie było szans, na zwycięstwo. Jakby
z nami były.
Każde takie poświęcenie miało głównie symboliczny gest, trzeba
było wspierać tych, którzy prawdziwie mogli walczyć z wrogiem, ale tych było
bardzo niewielu. W zamku pozostała ich może garstka.


            Gnomy i
inni obrońcy biegli do tunelu, gdzie już czekał Biglaf. Wchodzili pojedynczo i
biegli dalej, nie było czasu na pytania, czy marudzenie. Jak kogoś złapała
kolka, to albo musiał biec, pokonując własną słabość, albo musiał liczyć na
pomoc innych, albo położyć się na ziemi, wiedząc, że może nie zdążyć z niej
powstać. Nim go zadepczą, lub nim do tunelu wedrą się wrogowie, lub nim tunel
się zawali.


            Armenger
się wyludniał. Kolejne posterunki pozostawały puste. W kolejnych miejscach
sojusznicy Moredheli zawieszali swoje flagi. Nawet arcygenerał Neram nie mógł
wyjść z podziwu. Szło o wiele lepiej niż się spodziewał. Najpewniej się wycofują. Więc, co nie będzie można urządzić pokazówki?


- Przerwać oblężenie. Wycofać naszych sojuszników. –
Rozkazał.


- Ależ, arcygenerale, prawie zdobyliśmy Armenger. –
Powiedział jeden z oficerów.


- My? Nie muszę chyba mówić, jak król zareaguje na takie
zwycięstwo. – Choć mnie by się podobało.
Zająć warownie nawet nie wysyłając doń ani jednego swojego żołnierza, a jedynie
tracąc siły tymczasowo sprzymierzone.


- Tak jest. – Ukłonił się nisko.

            Łatwo
było powiedzieć, o wiele trudniej wykonać. Niektóre rasy, jak minotaury, czy
hobgobliny, posłuchały rozkazu. Inne zajęły się szabrownictwem. Gobliny i
trolle zaś zaczynały traktować Armenger jak teren zdobyty. Niszczyły budynki,
mury ozdabiały swoimi graffiti, zajmowały sobie miejsca na nowe domy, a czasem
nawet zaczynały walczyć między sobą o teren. Nakaz wycofania się z miasta, był
przez nie całkowicie ignorowany. W końcu w swoim mniemaniu, to one go zdobyły i
im się należało. Faktem jest, że nie chciały już dalej walczyć. Wystarczało im
to, co już zdobyli.


            Tymczasem
do tunelu przychodziło już coraz mniej osób. W końcu dotarł tu także Gaupewulf
i jego przyboczni, bynajmniej nie po to, by uciec, ale by je zamknąć. Gdy
próbowali uciekać już tylko pojedynczy ludzie, dowódca miasta jeszcze raz
zwrócił się do swych podkomendnych.


- Przyrzekłem bronić tego grodu, aż do śmierci.
Przyrzekłem, że nie oddam tych ziem, póki żyję. Ale to moje przyrzeczenie, z
którego jesteście zwolnieni. Każdy kto chce, może odejść i walczyć w Kartltown.
Macie ostatnią szansę, by odejść.


            Ale z
punktu widzenia ludów północy, byłoby to niehonorowe. Niegodne. Nikt nawet nie
śmiał mrugnąć, by nie zostało mu to poczytane jako oznaka słabości. Gaupewulf
jeszcze odczekał chwilę, dopiero potem dał znak Biglafowi, by zniszczono tunel.
Kilka krasnoludów, które tylko po to, czekały przy wejściu zapaliło swoje
pochodnie i wbiegło do środka.


            Gaupewulf
rozkazał swoim żołnierzom się przemieścić, by znaleźć się najdalej jak to tylko
możliwe od miejsca wybuchu.


            Krasnoludy
zaś wbiegły do środka zapalając kolejne lonty. Kolumny wybuchały, ściany
zawalały się, przejście przestało być użyteczne. Ci, którzy pozostali w
Armengerze nie mieli już drogi odwrotu. Śmierć w walce, bądź bez walki, ale z
rąk Moredheli. Wybór zdawał się być więc tylko jeden.

Komentowanie nie jest możliwe :, więcej...

CDXCVII.

przez , 29.sie.2009, w Bez kategorii

            Opuszczenie
Armengeru nie było problemem, podziemne przejście okazało się być całkiem
sprawne, wcześniej przecież przetestowali je między innymi szeryf Cabtree i
Lokka-Thon. Potem udali się bezpośrednio do Kartltown, głównie by zaczerpnąć
informacji. Plotki rozchodziły się wśród uchodźców, ale trudno było
zweryfikować ich prawdziwość. Jedni opowiadali, że Armenger padł kilka dni
temu, inni, że wciąż stoi. Dopiero Lokutus potwierdził tę ostatnią wiadomość.
Za pomocą tunelu starano się cały czas utrzymywać kontakt, choć wszyscy zdawali
sobie sprawę, że to jedynie przedłużanie agonii. Czuło się to w nowym
Kartltown, nowym, gdyż miasto rozrosło się wręcz do niebotycznych rozmiarów,
tyle, że w większości była to jedna wielka dzielnica biedoty. Trudno było mówić
o domach, trochę lepianek, czasem ktoś miał coś zbudowane z desek, względnie
prowizoryczne namioty. Ba nawet kamienie, stawały się towarem deficytowym,
tylko po to, by można było nimi zbudować prowizoryczny murek, dający choć
odrobinę prywatności, bo o intymności nie było mowy. Jedzenie wydzielali
Shlayanie, acz porcje były gorzej niż skromne. Wszędzie też było błoto,
wystarczyło, że popadało jeden dzień i ziemia, w której każde źdźbło było albo
zdeptane, albo zjedzone, zamieniała się w jedno wielkie trzęsawisko, w dodatku
cuchnące. W zaimprowizowanych dzielnicach Kartltown nie było mowy o
jakiejkolwiek kanalizacji. Jedynie w niektórych miejscach udawało się zbudować
małe akwedukty, którymi płynęła woda z Cichlasomy. Całość, stworzyły krasnoludy,
które chętniej niż walką zajmowały się tworzeniem. Po drugiej stronie rzeki,
krążyły patrole Mrocznych Elfów i Reptilium, które dostarczało czasem jakieś
dostawy pożywienia. Ochłapy, ale dobre było i to. Choć kilkaset osób zawsze
można było wyżywić. Nikomu nie dawano nic na zapas, żywności było zbyt mało.
Wielu wcinało ziemię, by zapchać sobie głodne żołądki. W obozie szerzyły się
choroby, a kapłani Morroua nie nadążali z grzebaniem. Drewna nie było, gdyż podobnie
jak kamienie, był to towar deficytowy. Wystarczyło się odwrócić i znikało.
Trudno było zatem utrzymywać ogień, wykopywano więc grupowe mogiły, w których
chowano kolejne ciała praktycznie przez całą dobę. Gdy dostarczono nowe zwłoki,
rozbierano je, zdejmowano wszystko, co mogło się przydać. Ubrania rozdawano biednym,
nawet ich nie piorąc, części metalowe przekazywano do kuźni, gdzie przetapiano
je na miecze. Podobnie zresztą jak i cały sprzęt, który znaleziono. Nikt nie
chciał zabierać uchodźcom czegokolwiek, zabrano im domy, życie, godność, chciano
więc dać im odrobinę jakiejś praworządności, więc skupowano metal w zamian za
jedzenie. Drogocenne, pamiątkowe sztućce, talerze, kubki, ale też widły, lemiesze,
czasem nawet całe metalowe pługi, łopaty. Wszystko to było sprawdzane przez służby
porządkowe, niektórym przedmiotom, jeśli były sprawne, znajdowano nowych
właścicieli. Choć armia Moredheli była dość blisko, Kartltown musiało istnieć,
cały czas wyznaczano miejsca na nowe domostwa, rozbudowywano prowizoryczne
drogi, akwedukt i starano się stworzyć choćby podwaliny pod przyszłe wały ochronne.
O rynsztokach niestety nikt nie myślał. Nie było na to czasu.


- Śmierdzi… – Marudził Erlan. – Muszę się napić.

- Jest gorzej niż myślałem. – Dodał Montolio.

            Ani
Kisjevczyk, ani kapłan nie musieli nic dodawać. Gwarek, prawdopodobnie
bezwiednie, doskonale oddał ich uczucia. Bardzo długo szli w milczeniu, nie
zważając uwagi na kąśliwe komentarze czarodzieja, który coraz lepiej rozumiał
idee Rodryka. Przecież oni tutaj
mieszkają jak zwierzęta, jak hołota!
Wydział propagandy Moredheli miałby tu
używanie, od razu ukazano by zacofanie Starego Świata, bezprawie tu panujące,
pomijając drobny fakt, że to miejsce powstało tylko i wyłącznie w wyniku wojny,
samo miasteczko było jedynie malutką dzielnicą, do której nawet trudno było
dostrzec.


            Centrum
dowodzenia Sojuszu wyglądało o wiele lepiej, głównie dzięki strażom, które nie
wpuszczały prawie nikogo do środka. Nawet tu były problemy z jedzeniem, a wszyscy
mieli morowe nastroje. Prawie wszyscy. Skerrit ucieszył się, gdy tylko zobaczył
Shivana i jego przyjaciół, natychmiast też kazał Queezikowi przygotować jakiś
poczęstunek, sam zaś przeprosił swych gości za to, że nakarmią ich według
tradycji skaveńskiej. Zapewniał tylko, że jedzenie na pewno będzie zdrowo
przyrządzone i dobre, ale prosił by nie pytać o składniki. Skaveni mieli o
wiele lepszy węch od pozostałych ras, więc bez problemu znajdywali resztki
pożywienia, nawet tutaj.


            Całej
trójce smakowało, w końcu w Armengerze nie mogli się zbytnio najeść, więc nawet
Erlan nie narzekał, zwłaszcza, że Queezik skołował skądś butelkę wina.


- Nie przejmuj się, że nie pachnie najlepiej – pocieszał go
mag. – Wiesz, mój kudłaty przyjacielu, jak można to zapić, to znaczy, że można
bez problemu zjeść.


- Jak planujecie opuścić Kartltown? – Zapytał w końcu
Skerrit.


- Tego jeszcze nie omawialiśmy. – Westchnął Shivan.

- Moredhele obstawiły praktycznie wszystkie kierunku –
dodał Lokutus. – Jedynym wyjściem jest Reptilium, a dopiero stamtąd na około
można dostać się do Shadowsil. Nie ma innej drogi lądowej, a ostatnio także i
na rzece pojawiają się regularne patrole. Sztuczka jak z Baar-Tyrą może się nam
nie udać.


- Sss…smok? – Zapytał Dyzio.

- Smok? Gdzie? – Zdziwił się Skerrit.

- Za dużo wypił. – Śmiał się Erlan. – To tylko reptilion.
Lokutus, nie pamiętasz?


- Mu nie chodzi o konkretnego smoka. – Tłumaczył Kisjevczyka
kapłan. – Tylko o przelot, dobrze rozumiem?


            Dyzio
potwierdził.


- Nie mamy smoków do dyspozycji. – Rzekł smutno jaszczur.

- Niekoniecznie smok jest nam potrzebny. – Rzucił kapłan.
– Pamiętam jak przed wojną, no nie czuję się jak stary zrzęda, lataliśmy na
eksperymentalnym pojeździe barona von Zeppelina.


- Arabscy magowie używali do latania dywanów. – Wtrącił Skerrit.

- Dywanów? Latające dywany? – Zdziwił się Shivan. – Macie
gdzieś to opisane?


- Może jakiś czar? Czy to musi być specjalny dywan? Artefakt?
– Dopytywał się Erlan.


- Zaraz poszukam… – Queezik nie mówiąc nic więcej,
zostawił wszystkich i wyszedł.


- W Morroubadzie zbuduję największą Gildie Magów – zaczął
swą opowieść lord Skerrit.


- Gildia to zły pomysł. – Powiedział mu czarodziej.

- Tak? A dlaczego? – Dziwił się skaven. – Czy nie budują
ich w miastach Starego Świata?


- Budują… Byłem w jednej… Wszyscy mieli mózgi
przeżarte… – Naleśnikami. – Lepiej powołać
arcymaga i dworskich magów, którzy muszą służyć władzy, a magię zgłębiają dla
wprawy, nie wiedzy samej w sobie. Inaczej nie wróżę gildiom przyszłości.


- Gdzie jest Queezik, trzeba to zapisać! – Irytował się
Skerrit.


            Kilka chwil
później prorok powrócił z księgą.


- Stara magiczna księga. – Mruczał. – Tu jest opis
latającego dywanu.


            Erlan
chwycił tomisko, otworzył na właściwej stronie i zaczął czytać.


- Wspaniale. Nie dość, że nie potrzebujemy specjalnego
przedmiotu, to jeszcze jest czar, który nam załatwi całą sprawę.


- Tylko musimy znaleźć dywan. – Powiedział Shivan.

            Skerrit
klasnął w dłonie.


- Już, już! – Krzyknął.

            Skaveńcy
służący natychmiast zareagowali, tylko po to, by kilka chwil później dostarczyć
dywan, w dość dobrym stanie. Cała trójka zdecydowała, że wpierw jednak woli
dokończyć posiłek, dopiero potem wyruszyć w dalszą drogę.


            Po pożegnaniu się z
Queezikiem, lordem Skerritem oraz Lokutusem, ustawili dywan na zewnątrz. Erlan
przepisał czar do swej księgi. Gdy już siedzieli na dywanie, mag rozpoczął
inkantacje. Dywan powoli wzbił się w powietrze, a lecąc wiatr trochę zaginął
rogi. Dyzio nie czuł się najlepiej, nie ufał magii, starał się siedzieć jak
najbliżej środka, a najbardziej denerwowało go to, że gdziekolwiek usiadł,
robiło się tam zapadnięcie, które na szczęście nie miało wpływu na lot. Shivan
wykorzystał ten czas by oddać się modlitwie, a Erlan starał się wszystko
kontrolować. Początkowo wzbijali się w powietrze, wyżej i wyżej, z góry było
widać całe Kartltown. Pustynia zaczęła przypominać płachtę jakby rozłożoną na
podłodze, podobnie było z górami i rzekami. Wszystko wyglądało jak wzorki na
dywanie. Także armia z machinami, które z góry wyglądały jak zabawki, tak małe,
że nie nadawały się nawet dla dzieci. Ale najlepsze było to, że nikt nie mógł
już ich zatrzymać. Moredhele nie patrolowały powietrza, nie widziały takiej
potrzeby. Cóż, nawet one popełniają
błędy.
Dzięki temu, mogli przelecieć nad górami Yr, nad zgliszczami
Dzigbadu i lecieć na północ, do Shadowsil.

Komentowanie nie jest możliwe :, , więcej...

CDXCVI.

przez , 29.sie.2009, w Bez kategorii

            Gaupewulf
od kilku dni zastanawiał się, w co właściwe gra z nimi Neram. Jedynym sensownym
rozwiązaniem zdawało się to, że gra na czas, i póki co dobrze mu to wychodziło.
Czwarty dzień bitwy, a Armenger wciąż się bronił. Niestety głównie dlatego, że
atakowali praktycznie sami sojusznicy Moredheli, a one czekały na dalsze
rozkazy. Nie było to zbyt pocieszające, choć niewykluczone, że Mroczniaki
planowały w ogóle wycofać swoje siły i zatruć powietrze, tak jak uczyniły to w
dolinie Sorrou. Nie potrzebowały wysyłać tam wojsk, by oczyścić teren z
wszelkiego życia. Nie trzeba było nic zdobywać, umacniać i obawiać się buntów. W sumie bardzo wygodne, zwłaszcza, gdyby
wytłukli jeszcze przy okazji swych popleczników.


            W nocy
natarcie trochę zelżało, ale nie ustało. Kilka wieków temu, było to zupełnie
nie do pomyślenia, potrzebny był czas przerwy na odpoczynek i pogrzebanie
zmarłych, Magistrat Wojenny nie przestrzegał jednak tych reguł. Wokół zamku
leżały tysiące trupów, które rozkładały się, były zjadane przez sępy i inne
zwierzęta, a przede wszystkim rozdeptywano je. Gaupewulf wiedział jednak, że
jeśli jakimś cudem udałoby się przełamać atak i ruszyć na Moredheli, ciała
wstałyby i dołączyły do walki. Po cóż innego mieliby tu ślęczeć Iluminarowie i
Cienie?


            W murze
Armengeru było coraz więcej wyrw, a przez każdą z nich, do wewnątrz
przedostawały się hordy orków, goblinów, fimirów i innych ras sprzysiężonych z
Rodrykiem. Walki trwały na murach i przedmieściach, przywódca już dawno stracił
rachubę w ilu miejscach. Kolejne zaś nieustannie ostrzeliwano z trebuszy, bądź
tłuczono w mur taranami. I ta wszechobecna muzyka goblinów i ich śpiew.


            Jeden z
orkijskich przywódców próbował na własną rękę przedrzeć się ze swoim oddziałem.
Żołnierzom Sojuszu nie udało się go powstrzymać. Wycofali się pod wpływem
zmasowanego natarcia orków, które prawie natychmiast pobiegły w kierunku kilku
domostw. Te już od dwóch dni były opuszczone i przygotowane do walki w mieście.
Gaupewulf zdawał sobie sprawę, że gród jest nie do uratowania, więc domostwa
przerobiono. Gdy tylko orki weszły do jednego z nich, wpadły w pułapkę. Wilczy
dół w głównej izbie, spadające gruz, gdy otworzyło się drzwi, siekiera
zataczająca okrąg, gdy nadepnęło się na niewłaściwą belkę. Nie potrzeba było
obrońców, dom załatwiał przeciwników sam.


            W
jeszcze innym miejscu muru, taranem udało stworzyć się wyrwę. Fimirowie wpierw
wycofali się, tylko po to, by puścić kilka goblinów przodem. Tak jak się
spodziewali, po drugiej stronie zgromadzili się obrońcy, którzy wytłukli atakujących.
Fimirowie w tym czasie przygotowali jeżozwierza, naładowali go swoimi,
magicznymi bełtami, i przepchali do wyrwy. Wystarczył jeden wystrzał, by prawie
wszyscy żołnierze Sojuszu starający się zatrzymać atak w tym miejscu, leżeli i
umierali. Dopiero wtedy fimirom udało się przejść na drugą stronę, tym razem
już bezpiecznie. Zaczęto dobijać leżących i atakować kolejne cele, a także
budować własną fortyfikację dla nowego przyczółku.


            W swoim
namiocie Neram jeszcze raz zwołał naradę, starając się ogarnąć sytuację.
Jedyne, czego mu brakowało to danych o ilości obrońców, tych, którzy jeszcze
przetrwali. W środku nie było nikogo, kto byłby w stanie podać konkretną
liczbę, włączając w to dowództwo.


- Iluminarowie donoszą – rzucił jeden z oficerów – że większość
nistot wycofa się z Armengeru, gdy dowódca uzna sytuację za beznadziejną.


- Czyli jutro. – Rzucił sucho arcygenerał. – Jutro wkraczamy
do akcji, możecie zatem przekazać naszym sojusznikom, by po południu
trzykrotnie zwiększyli siły. Zobaczymy, na jak wiele stać naszych wrogów. Jeśli
się nie mylę, wielu z nich nie przetrwa nocy, kto wie, może przed świtem
ogłoszą kapitulację.


- Tak jest, arcygenerale.

- I jeszcze jedno. Udam się teraz na spoczynek, proszę
mnie obudzić na dwie godziny przed świtem. O tej godzinie mają też być gotowi
saperzy, a także oczekuję aktualnej informacji o stanie muru. Proszę przekazać
też sojusznikom moje ostatnie wyliczenia – podał kartkę oficerowi. – W tych
miejscach należy ustawić tarany, nie muszą się przedrzeć do środka, wystarczy,
że zrobią wyrwy takie, by zmieściła się w nich moredhelska ręka. Jutrzejszą
ofensywę rozpoczniemy z wielkim hukiem. A teraz proszę mnie nie budzić, aż do
wyznaczonej godziny, chyba, że zdarzy się coś nieprzewidzianego.


- Tak jest, arcygenerale. – Ukłonili się nisko żołnierze.

            Neram
przeszedł do prywatnej części namiotu i się położył. Najgorsze było to, że w
takim hałasie trudno było zasnąć, ale na szczęście Lwy już jakiś czas temu
wymyśliły zatyczki do uszu.

Komentowanie nie jest możliwe :, więcej...

CDXCV.

przez , 28.sie.2009, w Bez kategorii

            Walka na murach trwała, gdy Erlan doszedł w końcu
do siebie. Okropne to miasto, jakieś
krzyki tylko, żadnego szacunku dla bohaterów.
Przed śniadaniem opróżnił
jedną z butelek, które dostał w karczmie, w której był wczoraj, potem popatrzył
na zapasy. Straszne skromne te racje.
Wojna? Chyba kryzys.
Dopiero potem zszedł na dół, gdzie dano mu skromne
śniadanie. Kawałek suchej bułki i biały ser, w dodatku wydzielono.


- Okropność… Przy takim podejściu nie liczyłbym na
wygraną, w obozie w Hassan lepiej karmili. – Przynajmniej mnie.


            Potem
zrugał dziewczynę służebną, zjadł trochę, wypił kolejne wino i dopiero potem
udał się do wieży w której urzędował Gaupewulf i jego adiutant oraz wieloletni
towarzysz broni, Biglaf.


- Okropne żarcie, a służbę trzeba wymienić, maniery… –
Narzekał elf.


- Służba zostanie jeszcze dziś odwołana. – Powiedział
dowódca Armengeru. – Dalej będziemy radzić sobie sami.


- Wymienić, nie odwołać. – Poprawił go mag. – Są tępi, co
poradzić, ale jak to bez służby?


- Czy tylko chciałeś narzekać na służbę… – Zirytował
się Biglaf. – Czy masz coś jeszcze do powiedzenia. Jesteśmy w stanie oblężenia,
cierpimy i umieramy.


- Od kilku lat ta sama śpiewka. – Odbiło się
czarodziejowi, obaj wojownicy z północy byli wściekli. – Ale wczoraj udało mi
się w końcu rozwikłać zagadkę pergaminu, który wskaże nam miejsce do Księgi
Makr.


            Dopiero
to zainteresowało rozmówców.


- Kiedy możecie ją zdobyć? – Zainteresował się Gaupewulf.

- Nie wiem, czy możemy. Wiem tylko, gdzie znaleźć trop,
całkiem blisko Baar-Tyr, wtedy trochę zbłądziliśmy, ale teraz już będzie
lepiej. – Zaręczał czarodziej. – Wyruszamy natychmiast. Czy potrzebujecie
jeszcze jakiegoś magicznego wsparcia?


            Obaj
wojownicy popatrzyli na siebie ze zdziwieniem.


- Przydałoby się. – Wymamrotał Biglaf.

            Erlan
podszedł do okna i wyjrzał przez nie.


- Kurwa, sporo tego skurwielstwa się nazbierało.

            Wyciągnął
butelkę wina i łyknął sobie.


- To na odwagę. Shivan mi zalecił, chyba chce mnie
rozpić. Skubany klecha.


            Potem
wyciągnął kilka kuleczek siarki i rzucił kule ognia na wieże oblężnicze wroga,
oraz tarany. Wywołało to popłoch.


- Marni z was dowódcy, skoro maga nie potrafiliście
wykorzystać. – Rzucił wychodząc z komnaty. – Jak mniemam z wami się już pewnie
nie spotkam, spoczywajcie w pokoju, czy jak wam wygodnie.


            Gdy był
na dole widział jak pociski z trebuszy koncentrują się na wieży. Sojusznicy
Moredheli próbowali zniszczyć maga.


- Zupełny brak odpowiedzialności, ja bym temu Gaupewulfowi
obory nie zostawił do pilnowania. Armenger zdziczał. – Wzruszył ramionami po
tym jak wszedł w kolejną kałużę fekaliów. – Widać, wyszedłem i już dali się
zabić.


            Shivan
akuratnie palił kolejne zwłoki, gdy znalazł go czarodziej.


- Klecha! – Ryczał już wstawiony mag. – Idziemy… Księga
Makr, wiem gdzie szukać!


            Kapłan
szybko skończył modły, zabrał Montolia i swoje rzeczy i bez pytania dołączył do
przyjaciela.


            Gdy
doszli do murów, gdzie akurat przebywał Dyzio, Kisjevczykowi zdawano raport.


- Generale, sytuacja jest krytyczna, nie mamy
najmniejszych szans.


            Zobaczywszy
przyjaciół Dyzio, kazał poczekać. Po krótkiej rozmowie wiedział, że musi zdać
dowodzenie. Podszedł do jednego z najwyższych rangą żołnierzy i powiedział.


- Ttt…ty dowodzisz.

            Potem pożegnał
się i dołączył do przyjaciół.


- Co oni robią? – Zapytał jeden z żołnierzy.

- To bohaterowie… – Odrzekł mu inny. – Uciekają… Pewnie
tak przeżyli wszystkie swoje przygody.


- Przynajmniej inni się trochę na nich ponabierają, póki nie będzie za
późno. – Westchnął wojak, żałując, że nie może iść z nimi.

Komentowanie nie jest możliwe :, więcej...

CDXCIV.

przez , 28.sie.2009, w Bez kategorii

            Poranek
był dość ciepły, Ulos grzało chyba mocniej niż zwykle, przez to wewnątrz
Armengeru było bardzo parno i duszno. Plus wszechobecny fetor. Większość tych,
którzy jeszcze pozostali w mieście starała się nosić jakieś materiałowe
przepaski na twarzach i nosach, bez tego nie dało się wytrzymać. Gorm Blåtand
ostatnią noc spędził spokojnie, dopiero po świcie został wezwany z kolejną
zmianą na mury. Nie był w nastroju do walki, sen, który męczył go w nocy wciąż
nie pozwalał o sobie zapomnieć. Sorołgrad, jego rodzinne miasto, teraz
opuszczone, nie został nikt żywy. Tyle, że w śnie wyglądało zupełnie inaczej,
było takie jakie pamiętał z dzieciństwa, z czasów swej młodości, z czasów nim
został burmistrzem. Nie odpowiadam, za
to, co się stało.
Ale sam nie mógł siebie przekonać. Wpierw pomór bydła,
potem wampiry, potem Moredhele. Trzy plagi, których nie udało mu się pokonać.
Owszem, bydło przestało ginąć wraz z wampirami, ale za jaką cenę. Mógł też się
założyć, że obecnie nie było tam Mrocznych Elfów. Jednak nie to go bolało.
Bolały go jeszcze bardziej inne rzeczy, mieszkańcy, którzy stracili do niego
zaufanie, którzy widzieli jak nie radził sobie z trudnościami. Można to było zrobić lepiej, szybciej dorwać
wampira, przecież to było logiczne, że to był wampir, tylko woleliśmy pomór
bydła. Woleliśmy spokojną chorobę, niż prawdę.
Ile osób straciło przez to
życie? Ile osób straciło życie przez jego podejście do Mroczniaków? Czy oni mi kiedykolwiek wybaczą? Inne
myśli były podobne, żona zmarła nim zdążył powiedzieć jej jak bardzo była dla
niego ważna, co do niej czuł. Mogła myśleć, że jest tylko jego pomocnicą,
służącą, nie życiową miłością. Nigdy nie dał jej tego odczuć. Podobnie było z
synem, z którym nie rozmawiał od piętnastu lat. Chłopak jedynie uważał, że
ojciec źle traktował matkę. I został wyrzucony z domu, wymazany z ksiąg
Sorołgradu. Chciałbym by mi to
wybaczył… Jak zmarła mi żona, nie wiedziałem, co czynię.
Dopiero gdy
został burmistrzem zaczął wychodzić na prostą, ustatkował się ponownie, ale
nawet potem nigdy nie zdradził swych uczuć. Zawsze był starszym panem,
uśmiechniętym, kulturalnym, acz zamkniętym w sobie.


            Tu
jednak było inaczej. Był tylko poślednim strażnikiem, któremu akuratnie
przypadło patrolowanie murów. Bramy miejskie były zamknięte, Gaupewulf nawet
kazał je zamurować. Jeśli kiedyś będą przydatne, przebije się je na nowo, jeśli
nie, nie ma, co ułatwiać zdobycia Armengeru wrogom.


            Gdy Gorm
po odprawie wspiął się na mur, dostał jedynie garść strzał.


- To wszystko, co mamy. – Powiedział żołnierz, który je
rozdawał. – Następny.


            Blåtand
poszedł dalej, dopiero wtedy ujrzał przerażający widok. Droga do zamku została
usypana, tylko miejscami spod piachu, który znajdował się w miejscu przepaści,
widać było wystające gruzy bądź ciała. Wszystkie sojusznicze armie doprowadzono
do jakiegoś porządku, a z portali korzystali nie tylko Moredhele.


            Trzech
gnomów podsadziło czwartego, by wyjrzał zza mur i zdał im relację. Farfel,
który był zawodowym opowiadaczem, bardzo cieszył się ze swojej roli.


- Setki tysięcy, a może i milionów… Armia tak wielka,
że Miscle jeszcze takiej nie widziało… A w ich oczach widać nienawiść, gniew
i rządzę naszej krwi. To orki i gobliny, mnóstwo tałatajstwa, które jest tak
dzikie w swojej naturze, że już bardziej nie można. Gdyby nas dopadli,
wyrywaliby sobie…


- Zamknij się! – Zirytował się Gorm. – Nie jest tak
źle…


- Nie jest. – Potwierdził Farfel. – Ale czy to, co mówię
nie brzmi lepiej?


- Brzmi. – Potwierdziły inne gnomy.

- Chyba sobie żartujecie, – denerwował się Blåtand. – To nie
jest czas opowiadania historii…


- Ależ zawsze jest czas opowiadania historii. – Oburzyły się
gnomy. – Nigdy nie można sobie jej odpuścić.


            Gorm
miał już dość. Spojrzał tylko na wrogów.


- Setki goblinów o paszczach tak szkaradnych, że dziurawy
but przy nich to ślicznotka, napięło swoje łuki, tylko po to…


- Padnij! – Ryknął Blåtand.

            I sam
rzucił się na mur. Znów rozpoczął się ostrzał. Dziesiątki tysięcy strzał przelatywały
nad murem, wiele z nich trafiało obrońców, a także tych, którzy krzątali się za
palisadą. Trzeci dzień oblężenia wyglądał prawie jak pierwszy. Znów słychać
było melodię goblinów, która towarzyszyła im w walce.


            Ale to
wszystko był wybieg. Zmasowany atak sprawiał, że siły Sojuszu musiały czekać,
aż strzał będzie trochę mniej, by rozpocząć kontruderzenie. Słabsze, ale
skoncentrowane na małych celach, grupkach, przywódcach i wszystkich tych,
którzy znaleźli się zbyt blisko muru, stając się łatwym obiektem do
odstrzelenia.


            W między
czasie przez portale zaczęły wjeżdżać machiny oblężnicze, głównie wieże i
tarany, które miały stanowić pierwszą linię walki. Dalej ustawiano balisty,
trebusze i katapulty. Moredhele krążyły po polu bitwy, starając się ogarnąć
jednostki sojusznicze tak, by nie ostrzeliwano własnych armii. U goblinów czy
orków spotykało się to z pewnym niezrozumieniem, gdyż zwłaszcza zabicie przy
okazji wojny, kogoś z innego klanu sprawiało im frajdę a także było powodem do
dumy. Mroczne Elfy jednak nie mogły sobie pozwolić na zbyt łatwe wytracenie
sojuszników. Jeszcze nie teraz. Nie przed
Kartltown, tam rozpocznie się właściwa ofensywa.
Neram spoglądał przez
lunetę na pole bitwy, potem wrócił do namiotu, w którym na wielkim stole
znajdowała się makieta Armengeru i rozmieszczone siły.


- Przerwać ostrzał. I wysłać eskadrę bombowców. –
Rozkazał. – Trzeba trochę skruszyć mur.


            Rozkaz
przekazano natychmiast za pomocą telegrafu. Słychać było tylko jak adiutanci
nadają sygnały i rozkazy. Żaden mag nie mógł przechwycić ich informacji,
kamienie dalekowidzenia stawały się zbędne.


            Najtrudniej
było trzymać gobliny w ryzach. Hobgobliny, fimirowie, skaveni czy minotaury potrafiły
się dostosować do rozkazów, orkowie czy trolle może mniej, ale ze względu na ich
wielkość trudniej było nie zauważyć ich niesubordynacji. Goblinów było dużo
więc Neram rozkazał wyznaczyć cały legion Mrocznych Elfów do ich kontrolowania.
Gdy już w końcu przestano strzelać, z zamku rozpoczęto kontrostrzał. Tak, jak
się tego spodziewał arcygenerał. Na murach pojawili się łucznicy i kusznicy
oraz trochę zbrojnych, gotowych podjąć wyzwanie, gdyby ktoś znów napierał na nich
drabinami.


            W tym
czasie gdzieś po drugiej stronie globu, w powietrze wzbiły się amisvony,
wielkie nietoperze Moredheli, wcielone do eskadr bombowców. Na każdym z nich
siedział żołnierz Magistratu uzbrojony jedynie w kilka sztuk bomb zbudowanych
na bazie nitrogliceryny. Kolejny, nowy rodzaj broni, który miał zostać użyty w
czasie tej wojny. Bomby te miały ciekawą właściwość, że wybuchały dzięki
wstrząśnięciu, dzięki temu idealnie nadawały się do zbombardowania terenów
wroga z powietrza. Bombowcy nadlatywali nad miasto i zrzucali bomby, nie myśląc
nawet o ich odpaleniu. Wybuchały same. Owszem Magistrat potrzebował kilka lat,
by móc je ostatecznie wdrożyć do użycia, ale chyba było warto. Nad Armengerem
miano ich użyć po raz pierwszy na szeroką skalę. Amisvony leciały więc dość
wysoko, starając się przebić własne ograniczenia, za to z dala zasięgu strzał i
bełtów obrońców miasta. Potem zostało już tylko zrzucić kolejne bomby, które
spadały na miasto i wybuchały siejąc spustoszenie i panikę.


- Jak to możliwe! – Krzyczeli spanikowani ludzie.

- To deszcz ognia! – Wydzierał się ktoś inny. – Kara bogów!

- To tylko technika, której nie znamy. – Starał się
uspokajać ich Shivan, ale nikt go nie słuchał.


- Bogowie się od nas odwrócili! – Wydzierali się jeszcze
inni. – Wszyscy! Bogowie sprzyjają Moredhelom!


            Słowa
kapłanów, choć były słyszane, jednak nie docierały do nikogo. Strach był zbyt
wielki, a idea deszczu ognia zbyt realna, by móc z nią polemizować.


            Wybuchy
zbudziły nawet Erlana, który czuł ból głowy, po zmieszaniu kilku różnych
alkoholi poprzedniego dnia. To dowód, że
nie jestem alkoholikiem, gdybym nim był, wiedziałbym, że nie należy mieszać
trunków, a ja ciągle się na to nabieram.
Dopiero potem zauważył, że ten
hałas dochodzi z zewnątrz, machnął ręką i położył się dalej spać. Odpocznę i się stąd wynoszę, co za dziura.


            Gaupewulf
był przerażony, jeszcze nie rozpoczęto na dobre zdobywania miasta, a lista
strat była przerażająca. W ciągu zaledwie godziny zginęło kilka tysięcy
obrońców, tylko przez ostrzał i bombardowanie.


            Dyzio
zaś spoglądał na swoją część muru. Bomby
przestają spadać, znaczy, że szykują coś kolejnego.
Miał rację. Wystarczyło
tylko trochę się rozejrzeć, by zobaczyć, jak wieże i tarany są popychane pod
mur, a za nimi podążają zastępy orków, goblinów i innych sojuszników
Mroczniaków. Wielu z nich nawet nie czekało (zwłaszcza goblinów), aż wieże
znajdą się przy murze, i już zaczęli się wspinać. Któreś z goblinów także
zaczęły włazić na taran, a jeszcze inne nim machać nim, dotarł do muru.


            Na kilku
wieżach znajdowały się jeżozwierze, wielkie kusze przypominające raczej
drewniany kloc z wydrążonymi dziurkami, w które włożono bełty. Setki bełtów.
Jeden strzał z jeżozwierza powalał właściwie wszystkich, którzy stanęli
naprzeciwko. W innych miejscach orkowie mieli olej, gotowy do zrzucenia na
miasto i podpalenia. Trebusze, katapulty i balisty ustawiono tak, by bez
przerwy miotały pociski w Armenger. Stopniowo jednak zostawiano tylko trebusze,
które atakowały najcelniej, resztę odstawiając do tyłu.


            Na
murach trwała już regularna bitwa. W końcu oblężenie wyglądało tak jak powinno,
przynajmniej zdaniem wszystkich taktyków Starego Świata. Gdyby ta wojna
wyglądała tak od początku, kto wie, co udałoby się zdobyć Moredhelom, może
nawet nie zajęliby Braku.

Żołnierze walczyli z orkami.
Miecze krzyżowały się bez przerwy, uderzające metale pękały, krew broczyła w
różnych barwach, zieleni, czerwieni, brązu. Trolle starały się walić łapskami w
mur, zupełnie jakby tłukły tarany. Tysiące goblinów nacierało na miasto, ich
kolejne ciała spadały z wież, inne zaś używały swych martwych i rannych
współbraci jak drabin, do wspinania się.

Blåtand był ranny. Zgubiona
strzała wbiła mu się w nogę, potem na murze pojawiły się orki z toporami.
Pokonał je, właściwie sam, na gnomów nie mógł zbytnio liczyć, zresztą pełnili
oni raczej rolę posłańców, niż obrońców, choć Gorm dziwił się, czy przypadkiem
nie ubarwią rozkazu lub komunikatu zwiadowczego. Ociekał krwią, jego zbroja
była prowizoryczna, więc topory przeciwników pozostawiły nań swe ślady. Gdyby
tylko mógł, zszedłby już z muru i odpoczął gdzieś. Przydaliby się Shlayanie. Niestety, miast nich ujrzał jedynie
minotaura, który zeskoczył z wieży i próbował zabić gnomy.


- Tak wielki i straszny to potwór! – Wydzierał się
Farfel. – A w oczach jego widać śmierć i głęboką, mroczną czeluść, z której
wyszedł!


            Nawet w godzinie śmierci nie przestaje opowiadać
swej historii.
Blåtand podniósł swój miecz i rzucił się na minotaura, ten
zaś natychmiast uznał go za godniejszego przeciwnika, niż cztery piskliwe
gnomy. Ostrze topora zatrzymało się na płazie miecza i zjechało delikatnie.
Gorm podniósł nogę i kopnął wroga z całej siły, choć sam nie wiedział, co było
boleśniejsze, czy uderzenie, czy podniesienie nogi. Rozjuszony minotaur
zaryczał i rzucił się na byłego burmistrza. Znów skrzyżowali swą broń i
siłowali się. W tym momencie, w mur gdzie stali, trafił pocisk z trebusza,
zrzucając obu walczących wprost na domostwa. Nie mieli szansy tego przeżyć.


- Dzielnie walczył, z bestią rogatą, tak wielką, że jej
ogon zasłaniał połowę Ulos. – Powiedział smutno Farfel. – Dzielny był, zginął
od zdradzieckiego pocisku, wystrzelonego przez kierowanych żółcią i goryczą
Mroczniaków. Prawdziwy bohater, oby jego historia nie została nigdy zapomniana.


            Pozostałe gnomy nawet
uroniły łezkę, a potem wszystkie uciekły w bezpieczniejsze miejsce. Bitwa
jednak dopiero się zaczynała.

Komentowanie nie jest możliwe :, więcej...

CDXCIII.

przez , 27.sie.2009, w Bez kategorii

- Pada… – Irytował się mag. – Na pustyni…

            Nie tyle
deszcz go męczył, co kałuże pojawiające się w mieście. No a jak się dodało
jeszcze zatkany już wcześniej rynsztok. Rezultat był odrażający, by przejść
gdziekolwiek, gdzie było w miarę bezpiecznie, trzeba było przebijać się przez
płytkie jeziora śmierdzących cieczy. Rodryk
przyjdzie i zrobi tu z nimi porządek, w Sal-Sagoroth, taki syf byłby nie do
pomyślenia. Nie dziwię się, że Moredhele innych uznają za nistoty. Wystarczy
się chwilę rozejrzeć i jeśli to ma być cywilizacja, to ręce opadają. Muszę się
czegoś napić.


            Odkąd
wrócili do Armengeru starał się znajdować opuszczone zajazdy i w nich opróżniać
zapasy. Trzeba to wykończyć, zanim tu
dostanie się moredhelska hołota! I tak nie wypiją, szkoda, by się zmarnowało.

Sam nie wiedział, czy to była trzecia, czy czwarta oberża, do której zawitał. W
środku nikogo nie było, drzwi nawet nie zabezpieczono. Obrońcy nie byli chętni
do picia alkoholu, mieli wystarczająco negatywnych emocji, by unikać
dodatkowych wrażeń. Jedzenie i tak zabrano już wcześniej i rozdzielano dla
całego miasta, choć z coraz większymi problemami.


            Erlan
zapalił świeczkę, ustawił na jednym stoliku, poprawił krzesło, a następnie zza
baru wyturlał beczkę piwa.


- Wolałbym wino, względnie rum, od piwa potem mi brzuch
rośnie… – Marudził.


            Rozejrzał
się, kufle były zakurzone. Szkoda było więc je myć, wyciągnął swój podręczny
garnuszek, ściągnął wieko beczki i nabrał piwa. Od razu jednym haustem wypił
całą zawartość kubeczka, trochę ściekło mu po ustach. Oblizał się.


- Dobre. Trzeba zjeść kolację.

            I
ponownie nabrał piwa.


- Przepraszam… – Usłyszał wystraszony głos z zaplecza. –
Sam pan pije?


- Nie. – Odrzekł mag. – W doborowym towarzystwie.

            Następnie
wyciągnął lusterko i postawił naprzeciw siebie. Zawsze trzeba pić z kimś inteligentnym, w końcu to przyjemność, nie
nałóg.


- Na zapleczu mam lepsze roczniki… I tak się
zmarnują… Jeżeliby pan chciał… – Mówił właściciel. – Myślałem, że zabezpieczę
swoje mienie, gdy szeryf Cabtree zabierał moją rodzinę schowałem się… Bałem
się szabrowników.


- Coś takiego… – Ironizował Erlan. – Co tam masz na
zapleczu?


- Ale, wie pan, dziś zobaczyłem te armie, zrozumiałem, że
stąd nie ucieknę. Niech pan pije, co najlepsze…


            Mag wstał
i poszedł na zaplecze. Właściciel był wystraszony i wychudzony. Pogodził się
już z rychłą śmiercią. Otworzył skrytkę w podpiwniczeniu, gdzie znajdowało się
kilkadziesiąt butelek wina. Czarodziej był uradowany, od razu chwycił jedną, otworzył
i opróżnił prawie całą. Dopiero potem zauważył, że człowiek patrzy na niego
trochę dziwnie.


- Potrzebuję, do pracy… Inspiruje mnie to. Otwiera
umysł. – Kłamał elf.


            Wziął
kilka butelek i wrócił do stolika.


- A teraz proszę mi nie przeszkadzać, bo pracuję! –
Pouczył oberżystę, i wyciągnął ze swoich szpargałów pergamin, o którym
wspominał kiedyś Parx.


            Niestety
alkohol wcale go nie inspirował. Nadal zapiski były tajemnicze, wyglądały
właściwie na bazgroły, bez ładu i składu. Zaciekawiony mężczyzna wyszedł i
przyglądał się trochę, jak elf pije i zastanawia się.


- To jakaś mapa? – Zapytał zaciekawiony.

- Ej… Rozproszyłeś mnie! – Kolejny wybuch był tylko
potrzebny po to, by napić się z kolejnej butelki. – Od razu lepiej. To szyfr.
Bardzo skomplikowany!


- Wygląda jak bazgroły… – Zdziwił się oberżysta.

- To magia… – Nic
nie znaczące bazgroły… Dowód na istnienie bogów, bo kto inny mógłby być tak
złośliwy. Na szczęście bogowie nie istnieją, więc to sprawka Parxa!


- To karta biblioteczna?

- Co? – Zdziwił się mag.

- Karta biblioteczna… – Powtórzył mężczyzna. – Znaczy to
wygląda jak porysowana karta biblioteczna…


- Skąd ci to przyszło do głowy? – Zapytał zdziwiony elf.

- Z Shadowsil. Tam jest biblioteka, widziałem kiedyś
tamtejsze karty… To wygląda identycznie. – Zarzekał się człowiek.


- Nie może być… Gdzie leży Shadowsil? – Dopytywał Erlan.

- Na północ od Carton, na wschód od Baar-Tyr…

- Ten skubany klecha miał rację. Bliżej Baar-Tyr niż
Cartonu, prawda?


- W sumie tak. – Potwierdził po chwili namysłu oberżysta.

- A to ci dopiero… – Najmniej spodziewane miejsce. Gdzie lepiej ukryć księgę niż w
bibliotece! Najbardziej oczywiste miejsce.
– Shadowsil, tego mi było
trzeba. To, co musimy to opić.


            Schował lustro i aż do
rana świętował wraz z oberżystą rozwiązanie zagadki.

1 komentarz :, , więcej...

CDXCII.

przez , 26.sie.2009, w Bez kategorii

            Ruchy w
obozie wroga rozpoczęły się drugiego dnia o świcie, tak jakby o całą dobę
spóźnione. Kolejna, wredna zagrywka Moredheli, którzy brali obrońców miasta na
przeczekanie, próbowali wykończyć ich psychicznie.


            Z samego
rana zaprzestano ostrzeliwania, wycofano armaty, wstrzymano katapulty, a
pierwsze zastępy orków, goblinów i innych sojuszniczych ras (nigdy Mrocznych
Elfów), ruszyły do boju.


            Podejście
pod Armenger było mocno ułatwione, droga może była wąska, ale przepaść, która
okalała zamek była w większości zasypana gruzem. Pomysł banalny w swojej
prostocie, ale trudny do wykonania przez wieki. Wcześniej nikomu się to nie
udało, gród przestał być już niezdobytą fortecą. Bronił go jedynie mur, który
można było zdobyć, bądź wysadzić. Owszem koszt nadal pozostawał duży, ale nie
aż tak jakby chcieli obrońcy.


            Nad
atakiem goblinów, orków, fimirów, hobgoblinów, minotaurów, trolli i skavenów
nikt nie panował. Hordy ruszyły przed siebie, często nawet wyrzucając drabiny,
które kazano im nieść. Niektóre gobliny, również wymęczone oczekiwaniem na
walkę, atakowały swoich, byle poczuć krew na twarzy, by poczuć wir bitwy. Ich dobosze
nieustannie wygrywali bojowe pieśni, inne nawet je śpiewały.


            To, co
wyglądało na chaos z wierzy, w której przebywał Gaupewulf, wyglądało zupełnie
inaczej na murach. Wrogowie zajmowali się ostrzeliwaniem obrońców, niektóre
strzały, jak te fimirów, wystrzelone z bliska potrafiły mocno przerzedzić nie
tylko żołnierzy stojących na murach, ale także tych, którzy kryli się gdzieś
daleko za nimi. Strzały przelatywały i wbijały się we wszystko, co napotkały.
Utrudniały poruszanie się, ale też zabiły dużo przypadkowych osób.


            Inne
rasy były bardziej karne i zorganizowane, nie wyrzucały drabin. Orkowie, czy
hobgobliny, które były większe, z trudem przedzierały się przez zasypaną
gruzami przepaść.


- Nnn…na nich! – Wskazał swym podwładnym Dyzio.

            Łucznicy
wystrzelili. Pojedyncze strzały z łatwością trafiały wroga, czyniąc wśród niego
duże spustoszenie. Ale Neram i Moredhele nie tylko się z tym nie liczyli, ale
wręcz oczekiwali tego. Pierwsze oddziały zostały prawie całkowicie wystrzelane
przez obrońców, którym nagle zaczęła wracać wiara we własne możliwości. Ciała
wrogów leżały porozrzucane między gruzami z Al’Hady i innych miast, wnikały w
nie, i umacniały, zupełnie jak cement między cegłami. Kolejnym hordom było już
dużo łatwiej przechodzić, szybciej podchodzili pod mury, gdzie próbowano
stawiać drabiny.


            Niektórym
nawet udawało się je ustawić i wspiąć na mur, tylko po to, by kolejne ciała
spadały na ziemię pozbawione głów, względnie śmiertelnie ranione. Nikt nawet
nie próbował usuwać ciał. Nad górami już krążyły sępy i wrony, oczekując
wieczornej uczty, gdy tylko zostaną zaprzestane działania wojenne. Tyle, że
Neram miał zupełnie inne plany. Przez cały dzień jego sojusznicy atakowali bez
większych sukcesów Armenger, tylko po to by zająć czymś obrońców. Moredhele
tymczasem szykowały worki z piachem i żwirem, który sprowadzono specjalnie na
pole bitwy. Gdy tylko nastał zmrok, atakujący wycofali się, znów odsłaniając
się łucznikom. Kolejne ciała trafiły między gruzy. A gdy już było zupełnie
ciemno, także dzięki magom, którzy odpowiadali za pojawienie się ciemnych
chmur, zaczęto zrzucać piach i żwir na ciała i gruz, tak by stworzyć przez noc
dobrą drogę dojścia pod sam mur.


            Dyzio
kazał strzelać na oślep, ale wiedział, że na wiele to się nie zda. Jego
żołnierze musieli odpocząć. Rankiem czekała ich kolejna bitwa, trudniejsza i
niebezpieczniejsza.


            Jedyne,
co zdziwiło Kisjevczyka, to fakt, że gdy już Cienie i Iluminarowie rozpędzili
swe chmury, na niebie pojawiły się inne, prawdziwe. Po godzinie zaczęło grzmieć
i nad pustynią spadł deszcz, pierwszy od kilkudziesięciu lat.

Komentowanie nie jest możliwe :, więcej...

CDXCI.

przez , 25.sie.2009, w Bez kategorii

            Krasnoludy
kopały praktycznie bez przerwy przez kilkanaście dni, z dwóch stron. Było to
ryzykowne, ale jak się okazało opóźnienia mające na celu wyliczenie w jaki
sposób należy wydrążyć szyby, zaowocowały. Cabtree nie mógł powiedzieć, że był
dumny, z pewnością był, ale gdy w końcu tunele połączyły się w jeden przede
wszystkim mu ulżyło. Szeryf ostatnimi dniami nie wierzył, że uda im się
skończyć budowę nowego podziemnego wyjścia z Armengeru, nim nastanie bitwa. I
miał rację. Od rana słychać było bębnienie, po południu rozpoczął się ostrzał,
ale na szczęście zmobilizowało to jedynie kopaczy. W końcu ukończyli swoją
robotę, teraz trzeba było już tylko zadbać o to, by można było się tędy
bezpiecznie przeprawić, a następnie przejście zawalić. Gaupewulf i ochotnicy
mieli zostać w zamku, by walczyć do ostatniej kropli krwi, natomiast reszta
miała wspomóc obronę Kartltown. A co
potem? Nie mamy już żadnego realnego planu, może lepiej dołączyć do obrońców
Armengeru i zginąć, mając choćby nadzieję, że na coś się to przydało?


            Aldaric
wiedział, że nie musi się obawiać solidności przejścia, krasnoludy dały z
siebie wszystko, narzekały, były uparte, w jego mniemaniu nazbyt wolne, ale
także solidne i ostrożne. Przejście było wyżłobione tak, by mogły nim
przemieścić setki uchodźców.


            Gdy
tylko nastał zmierzch, szeryf udał się do kwatery Gaupewulfa na ostatnią
naradę. Jedną z pierwszych osób, która przebyła nowy tunel, był Lokka-Thon,
który uczestniczył w tej ostatniej radzie obronnej. Tveskæg proponował, by
zaprosić także Dyzia, Erlana i Shivana, ale kapłan był zbyt zajęty
przygotowaniem pochówków, natomiast mag zajmował się opróżnianiem zapasów
alkoholu, twierdząc, że te nie mogą się tak zmarnować. Jedynie Kisjevczyk
przyszedł, zadowolony, że ktoś ma dla niego coś ważnego do roboty. Nikt nie
miał go teraz za mitycznego bohatera, od którego oczekuje się zbawienia, ale
człowieka z krwi i kości, który tak samo jak oni czuje, zarówno strach, ból,
zmęczenie jak i ma problemy z nienawiścią do Mrocznych Elfów, która narastała
coraz bardziej w mieście i jeśli było cokolwiek, co mogło rozpalić obrońców, to
właśnie to.


- Co dalej zamierzacie robić? – Zapytał Dyzia Gaupewulf.

- Na razie ddd…dopóki elfowie nie wymmm…myślą co
dalej, raczej pozostaniemy tutaj, dopóki miasto bbb..,będzie się bronić. –
Odrzekł Kisjevczyk. – Shivan nnn…nadal nie wie, co było nie tak w jego przewww…widywaniach.
Erlan szuka zzz..zaś natchnienia, by rozwiązać łłł…łamigłówkę.


- Do tego czasu proponuję, byś został jednym z dowódców. –
Zasugerował barbarzyńca.


- Zzz…zgoda. – Ucieszył się Dyzio.

- Ja się czuję coraz gorzej – uskarżał się Harald. –
Chyba jakaś gangrena mi się wdała. Obecnie ledwo stoję na nodze, opierając się
laską. Będę zaszczycony, jeśli przejmiesz mój oddział.


            Kisjevczyk
jedynie się uśmiechnął.


- A co z tobą, Haraldzie? – Zapytał Cabtree.

- Zostanę tu, może nie będzie tak źle, by kaleka musiał
stanąć do walki.


- Lepiej przydasz się nam w Kartltown, masz wiedzę, którą
warto przekazać innym. – Rzucił Lokka-Thon. – Wcześniej nie namawialiśmy
mieszkańców Armengeru, by opuszczali swój dom, ale teraz wielu z nich widzi,
jak wróg stoi u bram, więc będzie wielu chętnych, by stąd uciec. Wiele osób też
straciło odwagę.


- Zabierzemy ich stąd. – Powiedział Aldaric. – Będę osobiście
nadzorował procesu ewakuacji.


- Wolę dziesięciu mężnych, niż stu tchórzy. – Dodał Gaupewulf.


- Teraz podział nie jest problemem. – Zauważył Lokka-Thon.
– Problem pojawi się gdy Armenger będzie padał. Wtedy musimy zostawić tu tylko
i wyłącznie drobną część naszych sił, reszta będzie nam potrzebna do obrony
Kartltown. Potem zostanie nam tylko wiara w Reptilium.


- Jeśli Reptilium nie zdecyduje się w miarę wcześnie –
zirytował się przywódca z północy – to nie będzie kogo popierać.


- Procedury w Reptilium trwają i toczą się własnym
życiem. – Bronił się jaszczur. – Ani Moredhele, ani nikt inny nie może
poszczycić się kulturą i państwowością, tak starą jak my. Istniejemy przez
ponad dziesięć tysięcy lat, także dlatego, że unikamy zbędnej pochopności.


- Liczycie kalendarz od dziesięciu tysięcy lat. –
Poprawił go Cabtree. – Reptilium w obecnej formie powstało trochę później.


- Ewoluowało, nie powstało. – Zapierał się jaszczur.

- Panowie, bezowocna to dyskusja. Wybiorę najbardziej
zaufanych żołnierzy – przerwał im Gaupewulf – i tylko oni zostaną ze mną, by
walczyć aż do końca. Reszta dostanie nakaz opuszczenia miasta, gdy uznam to za
stosowne.


- Zzz…zostajesz tutaj? – Zapytał Dyzio.

- Honor nie pozwala mi się wycofać z bitwy. Pierwej
zginę! – Ryknął barbarzyńca.


- Dlatego pewnie do końca będą tu walczyć jedynie nasi
przyjaciele z północy. – Powiedział Aldaric. – Resztę czeka jeszcze cięższa
bitwa…


- Kartltown, tam już nie będziemy mieć takiej
fortyfikacji. – Dodał Lokka-Thon.


- Posiedzenie zamknięte. – Rzucił Gaupewulf. – Nic więcej
nie ustalimy. Do zobaczenia w Panetonie. Nawet jeśli zdarzy się cud i tak tam
pewnego dnia wszyscy trafimy. Jedni szybciej inni później.


            Spojrzał na twarz
każdego z zebranych, a na koniec jego oczy utkwiły na Dyziu. Ostatniej nadziei.

Komentowanie nie jest możliwe :, więcej...

CDXC.

przez , 24.sie.2009, w Bez kategorii

            Zgodnie
z przewidywaniami kapłana, tuż o świcie gobliny zaczęły bić w bębny i grać
swoją muzykę. Tym razem słychać było, że pochodzą z różnych klanów, które nie
są ze sobą spokrewnione, jedynie dzięki Rodrykowi walczyły razem, a nie przeciw
sobie. Dźwięki ich pieśni były zupełnie różne, a zlewały się w straszliwą
kakofonię, która wyrwałaby ze snu nawet trolla, który zapadł w kamienny sen. Ale
nie od razu nastąpił atak. Neram doskonale kontrolował zwyczaje swych wojsk, by
wykorzystać je także psychologicznie, do pognębienia wroga. Bębny goblinów
działały denerwująco, Armengeńczycy oraz siły Sojuszu czuli coraz większe
poirytowanie. Niektórzy nawet domagali się, by samemu zaatakować przeciwników. Tego właśnie chce Neram, byśmy nie wytrzymali
i zaatakowali, wtedy twierdzę dostanie za darmo. Nawet jeśli ma w pogardzie
swych sojuszników, to i tak ich szanuje, liczy się dla niego każdy żołnierz.
Gaupewulf
nie spał całą noc, a i ostatnie nie należały do przyjemnych. To oczekiwanie, oni cały czas dążą do tego
by nas wykończyć psychicznie, wtedy fizyczna eliminacja będzie już tylko
formalnością.


            Shivan
od samego rana starał się zbudować jeden wielki piec, do spalania ciał. Po Hassan nie jest to najszczęśliwsze
rozwiązanie, ale niestety jedyne, na które możemy sobie pozwolić, na które
musimy się zdecydować.
Tylko kilka osób, głównie skavenów, zgłosiło się do
ochotniczej milicji Morroua, która zajmowała się pochówkiem zmarłych, których
liczba w momencie rozpoczęcia bitwy powinna diametralnie wzrosnąć. Armenger padnie, bez dwóch zdań, duch miasta
już został złamany, a gdy nie ma niezłomnych obrońców, na nic zdadzą się
potężne mury. Zwłaszcza, gdy przeciwnikiem są Moredhele.


            Widząc
ruchy przeciwników, Gaupewulf rozkazał by na murze ustawiono łuczników i
wszelką broń miotającą, jaką znaleziono. Niestety było to zaledwie kilka
katapult i balist, oraz siedem wielkich kuszy, które z trudem wtargano na
fortyfikację. Wszyscy czekali na atak goblinów, trochę lekceważąc innych
przeciwników. W całej dolinie od zachodu stacjonowały siły fimirów, orków,
goblinów, hobgoblinów, minotaurów, skavenów, a nawet garstka trolli. Moredhele
stały z tyłu, bezpieczne i niechętne do walki, albo przynajmniej sprawiały
takie wrażenie. Za to gobliny aż rwały się do walki, były jednak
powstrzymywane. Wszędzie też kręcili się Cienie i Iluminarowie, pilnując
porządku. Karna to armia, karna i dobrze
zorganizowana, jak na tak niewyszkoloną hołotę.
W Armengerze od tygodni
trwały ćwiczenia, z nowo przybyłych co rusz, rekrutowano kolejnych żołnierzy,
którym starano się wbić do głowy choćby podstawy musztry i subordynacji. Ciężko
było, przywódca barbarzyńców z północy, doskonale zdawał sobie z tego sprawę.
Zresztą jeszcze dwadzieścia lat temu, nie przyszłoby mu do głowy, że będzie
dowodził wielką armią, broniącą grodu. Odkąd jego przodkowie pamiętali, w Imperium
ganiano za nimi, narzucając cesarskie obyczaje, narzucając nową kulturę. Większość
plemion z północy przeniosła się do Sorrou, gdzie mogła żyć w spokoju, gdzie nie
narzucano im książęcej władzy. Ale gdy rozgorzała walka o władzę, między
Kronbergiem a Sildenem, po raz pierwszy od wieków, cesarz przychylnie popatrzył
na plemiona północy. Tylko dlatego, że stanęli po jego stronie, nagle przestali
być wyrzutkami w koronie północy, nikogo nie bolało, że wolą zachowywać swoje
zwyczaje, a nie integrować się ze społeczeństwem. Zresztą dzikusy na północy,
świetnie oddawały obraz nieporadności Sildena. Do czasu wojny plemionom wiodło
się całkiem znośnie, ale gdy przyszły Mroczne Elfy, nie miało już znaczenia, że
stanowili odrębną grupę etniczną w Imperium. Byli ludźmi, którzy jak Kisjevczycy,
Galończycy, Irleńczycy i mieszkańcy innych krajów musieli zniknąć z powierzchni
Miscle, bo tak chciał Rodryk.


            Tylko
dzięki wytrwałości i sprytowi, nomadzi północy dotarli na południe, by walczyć
o swój byt. Byli gotowi odstąpić od swych zwyczajów, tylko po to, by ich dzieci
mogły dożyć kolejnego dnia, a wnuki mogły stąpać po Miscle, z wysoko
podniesionym czołem. Wolni i żywi.


            Gdy
jednak Gaupewulf spoglądał na hordy wrogów, wiedział, że nie dożyje końca
wojny. Nie spłodzę syna, a nawet jeśliby
mi się to teraz udało, marne ma szanse na narodziny i dożycie dorosłości. Mnie
się nie uda, ale pozostaną inni, którzy odrodzą nasz lud. O ile damy im
odpowiednio dużo czasu i nadziei, której sami nie mamy.


            Dopiero koło południa
Mroczne Elfy zaatakowały. Wydano rozkaz ostrzału ze strony fimirów, ci wysłali
zaledwie kilku łuczników, którzy wycelowali w Armenger i wystrzelili strzały.
Magiczne strzały, gdy już znalazły się w powietrzu, rozdzielały się co kilka
sekund na trzy i jeszcze raz na trzy i jeszcze raz na trzy. Z zaledwie siedmiu
wystrzelonych, do murów dotarło kilkadziesiąt tysięcy spośród ponad stu
trzydziestu tysięcy, które znajdowały się w powietrzu. Czary fimirów pozwalały
na cudowne rozmnożenie strzał czy bełtów. Tyle, że była to tylko przykrywka,
niebawem do ostrzału dołączyli też orkowie, gobliny i inne rasy. Wszyscy
używali łuków, bliżej ustawiano katapulty i kilka armat, które ostrzeliwały
mury. Gaupewulf wiedział, że większość strzał i tak nie dosięgnie wroga,
zezwolił na lekki ostrzał, skoncentrowany na jednostkach, które były
dostatecznie blisko. Moredhelom zaś chodziło znów o efekt. Niebo od północy
było prawie czarne od strzał i o to chodziło. Ani łuki, ani kusze, ani armaty,
nie były podstawową bronią, tylko zabawą. Ściągano coraz więcej katapult, które
ustawiano i przez portale zwożono do nich gruzy z Al’Hady i innych miast. Nie
miały one za zadanie ostrzelać miasto, ale zasypać przepaść. Skurwiel! Chce pozbawić nas naszej
najlepszej linii obrony, będą mogli atakować gród ze wszystkich stron, wtedy
faktycznie długo nie wytrzymamy. I jedynym sposobem by go powstrzymać, jest
frontalny atak.
Gdyby tylko mógł dopaść Nerama, barbarzyńca roztrzaskałby
mu łeb. Skubany Moredhel po raz kolejny ukazał swoją przenikliwość i
dalekowroczność. Gdy niszczono Al’Hadę, wszyscy myśleli, że to znów tylko i
wyłącznie kwestia ideologiczna, ale arcygenerał już wtedy planował kolejny
krok. Czemu my nie potrafimy myśleć tak
jak on. Czemu my nie mamy takich przywódców?

Komentowanie nie jest możliwe :, więcej...

stat4u <!-- s4uext=s4upl(); document.write('stat4u') //--> stat4u

Blogroll

Kilka bardzo polecanych stron...