orthank blog

Tag: arabia

CDLXXVIII.

przez , 09.sie.2009, w Bez kategorii

            O dziwo,
dzięki utracie przytomności Shivanowi udało się dość długo pospać. Oczywiście
ułożono go odpowiednio, by nic mu się nie stało, ale nad ranem i tak obudziły
go koszmary.


            Nad
ranem wyruszyli w dalszą drogę, zatrzymując dopiero na jeziorze Baharet, po na
przeciwległym brzegu do Carton. Stamtąd ruszyli do Baar-Tyr, chowając wcześniej
swoje łodzie.


            Pod
wieczór dotarli do gospody „Pod młotem”, od razu poprosili Lokutusa, by tym
razem nie szedł z nimi, gdyż mógł zwracać zbyt dużo uwagi. Zresztą już
wcześniej mu sugerowano, że jaszczurów nie ma w państwie Moredheli, więc będzie
musiał zapewne dużą część misji przeczekać gdzieś skryty, na co on niechętnie,
acz przystał. Nie miał argumentów, by przekonać ich, że to głupie.


            Sam
drewniany zajazd zbudowany trochę w kształcie podkowy, znajdował się tuż obok
traktu prowadzącego do górskiej twierdzy. W środku zaś przebywało nadzwyczaj
wielu ludzi, którzy byli uradowani.


- Świętujcie dziś z nami – zaczepił ich jeden mężczyzna.

- A co się stało? – Zapytał kapłan.

- Puścili nas! Puścili nas wolno! – Cieszył się inny biesiadnik.


- Tak, puścili nas. Moredhele stwierdziły, że możemy
sobie iść. Nie byliśmy im już potrzebni. – Radujcie się więc z nami.


            Dyzio, Shivan
i Erlan spojrzeli na siebie porozumiewawczo. Było to dość dziwne zagranie jak
na Mroczne Elfy, przynajmniej po tym wszystkim, co już widzieli. Cała trójka
usiadła z boku i próbowała zastanowić się nad sytuacją.


- Mogli albo puścić ich ze względu na propagandę. Teraz
wszyscy, którzy nie byli w obozach pracy mogą uznać, że Mroczniaki wypuszczają
z nich pojmanych, że to wcale nie są obozy zagłady. – Mówił kapłan. – Jest też
i druga możliwość, chcą wysłać grupę infiltracyjną do Armengeru. Kilku
zmiennokształtnych i można potem dokonywać dywersji.


            Erlan
jednak wolał sprawdzić wszystko na własną rękę. Podszedł do jednego z
biesiadników i dosiadł się. Wpierw wypił kilka win, nim w ogóle zaczął
rozmawiać.


- No jak, to powiedz mi stary, Moredhele puściły was tak
wolno? Czym się zajmowaliście? – Dopytywał mag.


- Trzymali nas. Badali. Eksperymentowali. – Opowiadał mężczyzna.
– Mieli takie małe nitkowe robaczki, które właziły nam pod skórę. Sprawdzali
jak się nami żywią, czy coś, ale one zazwyczaj gdzieś znikały potem, pewnie
uznali, że nie nadajemy się do ich hodowli.


- Małe nitkowate robaczki? – Dziwił się Erlan.

- Oni próbują różnych rzeczy, stąd ich postęp. –
Twierdził biesiadnik. – Owszem nie przejmują się nami zbytnio, ale wiele
rzeczy, które o nich się opowiada to bzdury. Podobno jakiś trzech terrorystów
związanych z Sojuszem, wybiło cały obóz pracy, by ukazać jak Mroczniaki są złe.


- Tak wam powiedzieli?

- Tak! I pokazali dowody. Rozumiem, że można przegrywać
wojnę, ale mordować swoich, by pokazać jak paskudny jest wróg… – Irytował się
mężczyzna. – Nie wiem, może lepiej byłoby gdyby nas nie wypuszczali.


- Może faktycznie. – Stwierdził Erlan zabierając się za
kolejny kufel. Teraz już wiem, znów nie
doceniliśmy tych drani, oni jak zwykle jednym posunięciem załatwiają kilka
ruchów, ciekawe czy tylko i wyłącznie te dwie rzeczy, o których mówił Shivan,
czy jest jeszcze coś.

Komentowanie nie jest możliwe :, więcej...

CDLXX.

przez , 31.lip.2009, w Bez kategorii

            Nie
ulegało żadnym wątpliwością, to co nadciągało na Dzigbad to była armia,
bynajmniej nie taka, która zamierzała się przyłączyć do sił tu stacjonujących,
a raczej obrócić wszystko, co znajdzie na drodze w pył. Xantos i Cienie, którzy
mu towarzyszyli nie tylko wysłali prośbę o posiłki, ale przede wszystkim
zdążyli zawiadomić o zdradzie Skerrita. Dlatego nastawienie armii, bo trudno to
było nazwać hordą, goblinoidów było tak bardzo agresywne. Zabawne było to, że w
końcu Stary Świat zaczął się bronić przed Moredhelami w ich własny sposób,
zdradą.


            Shivan,
Erlan i Dyzio przerwali fetę.


- Ewakuować się! – Wydzierał się mag.

- Jest gorzej niż myślałem. – Dodał Montolio.

            Kapłan
zaś podszedł do leżącego Lorda, by zdać mu ogólny ogląd sytuacji.


- Powinniśmy opuścić miasto. Są zbyt dobrze uzbrojeni,
przygotowani do bitwy, a my oddaliśmy im dwa najlepsze posterunki obronne
praktycznie za darmo.


- A nie powinniśmy złożyć modłów dziękczynnych Morrouowi?
Ask mówił… – Zapytał skaven.


- Nie słuchaj Aska w tej materii. On jest teraz podobnym
poziomie jak Queezik, dopiero poznaje religię. Raczej pytaj mnie lub Ann. A
Morrou nie jest bogiem wojny, tylko śmierci. Sugeruję byśmy zatem jego materię
zostawili mu, przynajmniej na razie. Powinniśmy jak najszybciej rozpocząć
ewakuację.


            Skerrit
natychmiast przekazał swoim podwładnym, co mają robić. Sam zaś poprosił o
szybkie spotkanie z Queezikiem, Shivanem, Erlanem, Dyziem i Lokutusem.


- Powinniśmy walczyć tu tak długo, dopóki uchodźcy nie
będą bezpieczni. – Powiedział reptilion. – Wielu z nas tu zginie, ale
przynajmniej mieszkańcy ocaleją.


- Na jakiś czas. – Dodał Erlan.

- Nasze rozkazy od Moredheli mówiły, że niebawem
rozpocznie się wielka ofensywa, mieliśmy dołączyć do tej armii. – Powiedział Queezik.


- Z raportów wynika, że jest ich tysiące. Gobliny, orki,
hobgobliny, czarne orki, a nawet urukowie. Mają też kilka trolli. – Przedstawił
najnowsze doniesienia Skerrit.


            W tym
momencie na Dzigbad zaczęły spadać pierwsze pociski z katapult. Także te
zapalone.


- Alarm! Szykować się do obrony! – Krzyknął Queezik.

- Jakie są rozkazy, generale? – Zapytał Dyzia Lokutus.

- Łłł…łucznicy. Obrona w mmm…mieście.

            Potem
zdenerwowany Kisjevczyk zaczął coś mazać na piachu. Queezik tylko patrzył ze
zdziwionymi oczyma, starał się pojąć choć trochę taktyki. Może nie była ona
najwyższych lotów, w końcu Dyzio o niej miał dość blade pojęcie, ale Lokutus
świetnie rozumiał główne zamysły, resztę dopowiadał sobie sam.


            Wielu
mieszkańców nie mogło zrozumieć, że nie może brać ze sobą wielu rzeczy, tylko
to, co mogli unieść, przede wszystkim zapasy. Choć postanowiono, że miast do Al’Hady,
część z nich zostanie w Cartonie, a resztę poprowadzą do Armengeru, które
znajdowały się bliżej, droga dla nich, także dzieci i osób starszych musiała
być ciężka. Gdyby nie skaveni, troglodyty i minotaury, z pewnością oponowaliby
bardziej, ale tak bali się na tyle obcych stworów, że wykonywali potulnie
rozkazy.


- Kto jest w stanie w walczyć, niech się do nas dołączy.
Powstrzymamy wrogów tak długo jak się da! – Zaapelował do mieszkańców Shivan.


            Niektórzy
z nich się zastanawiali. Wielu wolało zostać z rodzinami, ale byli też tacy,
którzy postanowili ratować innych. Wśród nich był też Belg, niegdysiejszy wyzwoliciel.
Teraz stanął przed kolejną szansą by walczyć, nie tyle z wrogiem, co z własnymi
słabościami. Poza mieszkańcami, do walki przyłączyli się także najemnicy,
którzy akuratnie przebywali w Dzigbadzie, a także Bernard.


- Po bagnach i beholderze, nie mam już nic do stracenia. –
Mówił.


            Wrogowie
byli wyposażeni w machiny oblężnicze, które tym razem do niczego się nie
przydały. Oba zamki opuszczono, gdy rozpoczęto świętowanie, więc stały się
łatwym łupem dla goblinów i orków. Oprócz nich, w armii atakującej Dzigbad
znajdowały się także hobgobliny, te zazwyczaj uznawano za najprzyjemniejsze dla
innych ras. Być może ze względu na maniery, ale i kształt. Były wyższe,
bardziej wyprostowane, a także dużo czystsze. Niektórzy nazywali je nawet
przyjaznymi goblinami, zazwyczaj były dość pokojowo nastawione, co nie oznacza,
że niegroźne. Wojna jednak wszystkich stawiała po którejś ze stron. Zupełnie
inaczej było z orkami czarnymi, niektórzy twierdzili, że była to kasta zwykłych
orków, masywniejszych, większych i brutalniejszych. Inni twierdzili, że to
tylko podgatunek, który powstał z czasem. Praktycznie nie znani poza południem,
acz o ich okrucieństwie krążyły legendy.


            Za to
katapulty i balisty sprawdzały się bardzo dobrze. Dzigbad płonął nim goblinoidy
zaczęły forsować palisadę. Nawet nie próbowały przechodzić przez bramę, za
długo by to trwało. Rozwalały wszystko, co było na ich drodze.


- Dobrzy bogowie… – Przeklął któryś z najemników.

- O Moredhelach można powiedzieć wiele, – rzucił stary
mag, który był wśród nich – ale na pewno nie są minimalistami.


            Shivan,
który znajdował się przy Skerricie również dziwił się ogromem liczby przeciwników.
Wydawało mi się, że jest ich dużo, ale
nie sądziłem, że tyle.


- Zastanawia mnie jedno, czy naszą akcją przyśpieszyliśmy
plan Mroczniaków, czy tylko dobrze się wpasowaliśmy. – Rzucił.


- Kto to może wiedzieć. Nigdy nie traktowali nas jak
równych sobie. – Żalił się skaven. – A znaleźliście tę księgę, której
szukaliście?


- Nie tym razem. Widocznie musi być gdzieś indziej.

            Dyzio
wydał rozkaz by zaczęto strzelać. Reptiliony i troglodyty nie miały broni
miotanej, skaveny zazwyczaj używały dmuchawek, ale najemnicy i mieszkańcy posiadali
trochę łuków. Właściwie nie trzeba było celować. Wystarczyło posłać strzałę na
tyle silnie, by się w kogoś wbiła. Ilość goblinoidów była tak duża, że trzeba było
umieć chybić.


            Dopiero
potem zawiązała się walka. Wielu z atakujących w ogóle nie posiadało broni.
Może i uformowano z nich armię, ale nadal stanowili dzicz, którą rzucono do
walki, bez większego przeszkolenia, nie mówiąc o strategii. Podbój był realizacją
prostego planu, zalać Dzigbad żołnierzami. Szli dość gęsto, nawet jeśli coś ich
zatrzymywało to nie na długo. Nawet gdy któryś z nich padał, reszta
rozdeptywała jego ciało, tak, że sępy nie miały potem tu czego szukać.


            Najbardziej
zadowolone z walki były troglodyty. Może nie lubiły tak bardzo goblinów jak
krasnoludów, ale tych im nikt nie bronił zjadać. Niektóre z nich tylko
spoglądały na Dyzia, jak nie widział to ogłuszały gobliny i wrzucały je do
worków. Zapasy żywności na później.


            Minotaury
także starały się wykazać jak tylko mogły. Były nowym nabytkiem Sojuszu, w
dodatku podobnie jak skaveni, zmienili stronę, acz dopiero po kapitulacji, więc
starały się walczyć jak najbliżej mogły nowego generała, by pokazać mu się z
jak najlepszej strony. Nie miały swojego sierżanta, Dyzio dowodził nimi
bezpośrednio.


            Queezik
cały czas spoglądał na Lokutusa. Reptilion od lat zajmował się wojskowością,
doskonale się na tym znał, był przygotowany do tego, a odkąd jego ojciec zajął
się formowaniem Sojuszu, młodemu jaszczurowi przypadało coraz więcej ciekawych
zadań, dzięki temu zdobywał doświadczenie. Drugą ważną cechą, acz nie jego
charakteru, a raczej gatunku, był brak nadmiernej ambicji. Reptilioni nie
uważali, by pogoń za stanowiskami była ważna, raczej starali się jak najlepiej
spełniać powierzone im rolę. Podobnie zresztą postępowało wiele innych gadów w
Reptilium, poza troglodytami, które w ogóle nie posiadały żadnych ambicji,
które pchałyby je na przód. Wręcz przeciwnie, pasowało im tak jak jest, a każde
zamiany przyjmowały dość niechętnie, zwłaszcza te ostatnie, które wiązały się z
ograniczeniami. Jedynymi ambitnymi przedstawicielami państwa gadów były smoki,
acz one właściwie pełniły tam tylko i wyłącznie rolę rezydentów. Reszta ich nie
interesowała. Co najwyżej to, który ma większą grotę, więcej skarbów i inne
smocze sprawki. Queezik zaś nie potrafił tego zrozumieć. Odkąd pamiętał, jego
pan, Lord Skerrit, za wszelką cenę chciał by skaveni stali się bardziej ludzcy,
albo elficcy. Prorok razem ze swoim władcą studiowali zachowania obywateli
Dzigbadu i starali się je zrozumieć, albo tłumaczyć na własne. Zawsze jednak
ważne było, by wypaść jak najlepiej, nie by wykonać pracę najlepiej jak się da,
ale by zostać docenionym i nagrodzonym, a w końcu samemu wymagać od innych i
nagradzać. Skerrit nie miał nigdy takich zapędów, zawsze rządził klanem, teraz
nawet trzema, ale Queezik musiał wywalczyć swoją pozycję, ciężką pracą. Zawsze
był prawą ręką swego pana, teraz gdy pojawił się Shivan, wypracowany przez lata
status został zakłócony. Co prawda, kapłan nie zajął jego miejsca, ale niejako
zdegradował pozycję władcy skavenów. Widząc to prorok starał się znaleźć
nowego, bardziej niezależnego władcę, który miał większą władzę. Shivan jakoś
nie sprawiał wrażenia by był zainteresowany rządzeniem, drugiego elfa, owszem
uznawano za bohatera, ale jego nawet teraz interesował tylko i wyłącznie
alkohol. Pozostał Dyzio, który rządził gadami, więc skaven obserwował przede
wszystkim Lokutusa starając się robić to samo, ale tak by być od niego lepszym,
i lepiej dostrzeganym przez Kisjevczyka.


            Erlana
zaś cieszyło to, że do świętowania w mieście przyniesiono tyle alkoholu. Część
butelek wrzucał do swojego wora, ale niektóre od razu otwierał. Co z tego, że
obok trwała bitwa, go to zupełnie nie interesowało. Jakie marnotrawstwo, muszę coś z tym zrobić, bo reszta rzuciła się
tylko i wyłącznie na żarcie.


            Najgorsze
jednak było to, że jakakolwiek próba walki wręcz z goblinoidami z góry była
skazana na niepowodzenie. Można było pociągnąć wielu z nich ze sobą, troglodyty
liczyły zabitych w setkach, ale na polu bitwy niewiele to zmieniało. Na każdego
zabitego goblina przypadało dwa lub trzy kolejne. Rządne krwi. Niektóre z nich
podnosiły broń umarłych towarzyszy, bądź wrogów i były jeszcze bardziej
niebezpieczne. Tyle, że obrońców było coraz mniej. Skavenów, minotaurów, ludzi,
nawet reptiliony i troglodyty padały. Nie można było powstrzymać wroga.


            Widząc,
co się dzieje Dyzio ogłosił powolny odwrót.


            To
jeszcze bardziej zachęciło goblionoidów do napierania na małą linię obrony.


            Cały
Dzigbad już w praktyce płonął. To czego nie podpalili jeszcze wrogowie,
podpalili skaveni. Zauważyli bowiem jedną rzecz, że wielu z atakujących bało
się kontaktu z ogniem, choć na trochę można było ich odstraszyć.


            Jednak
osada była nie do uratowania. Opuszczono ją, by walczyć dalej już na pustyni.
Dopiero tam widać było ogrom wrogiej armii. Strzały z łuków już dawno się
wyczerpały. Kisjevczyk miał jeszcze cztery, ale wiedział, że szkoda by je teraz
wykorzystać. To były jego specjalne strzały, na specjalną okazję. Pociski
Erlana również nie czyniły zbyt wielu szkód wrogom. Owszem zabijały, nawet
wielu, ale co z tego, gdy zaraz przybywali kolejni.


            Obrońcy,
jak i uciekający mieszkańcy, powoli tracili wszelką nadzieję. Wtedy mag, który
podróżował z najemnikami stanął na piasku i zaczął odmawiać inkantację. Jego
pomocnik mówił, że próbują wywołać horror bitewny. Magiczną istotę, zwaną też
żywiołakiem strachu. I choć starzec coś narzekał, że mu nie wyszło, z piasku
zaczęły wychodzić półprzeźroczyste ni to duchy, ni to szkielety, gotowe na jego
rozkazy. Siłą horrorów bitewnych, były emocje przede wszystkim strach, a
najlepsze było w nich to, że one samego wzbudzały, więc bardzo szybko stawały
się potężniejsze i mogło być ich więcej. Gdy ruszyły na armię wrogów, ci nie
mieli szans. Nie mieli nikogo, kto byłby w stanie walczyć z takim
przeciwnikiem, może gdyby mieli dobrych magów, ale gobilinoidy były przede
wszystkim mięsem armatnim, nie było mowy o obronie przeciw czarom.


            Dopiero
potem, któryś z nich wpadł na pomysł by zacząć wypuszczać strzały. Pierwsze
przeleciały przez horrory, ale któryś z łuczników zobaczył, że dzięki temu
można atakować uciekających. Inni się przyłączyli do niego. Jeden z nich trafił
maga, który kontrolował horrory, a te natychmiast wypadły z rytmu, zaczęły
działać bardziej chaotycznie. Orkowie zrozumieli, że to stwory kontrolowane.
Praktycznie wszyscy zajęli się strzelaniem do czarodzieja, który nie miał szans
tego przeżyć. Żywiołaki pochłaniały go zbyt mocno, by mógł myśleć o obronie.


            Gdy
zginął, horrory rozpłynęły się w powietrzu.


            Ale
gobliny bały się ruszyć dalej. Strach oraz wielu martwych zrobiło swoje.


            Wtedy
Shivan wykorzystał jeszcze jedną sztuczkę, którą już raz wypróbował. Stanął na
pustyni i wezwał wielki wiatr, który ochraniał tył uciekających przed
pościgiem. Niczym burza piaskowa zacierająca wszelkie ślady.


            Druga
bitwa o Dzigbad została przegrana, ale przynajmniej udało się uratować
większość mieszkańców. Spojrzał na uciekających. Mnóstwo skavenów, trochę
minotaurów, przerzedzone gadzie oddziały Dyzia. Z osób, które znał brakowało mu
Belga i Bernarda. O innych, którzy zostali w miasteczku wiedział już wcześniej.
A sama osada, podobnie jak i pamiętnik Landa, przestała istnieć.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , więcej...

CDLXVIII.

przez , 30.lip.2009, w Bez kategorii

            Dyzio po raz pierwszy w swoim życiu dowodził
oddziałem wojsk Sojuszu. Został samozwańczym generałem, który przewodził
jednostce reptilionów i troglodyt. Pierwsza odprawa trochę go przeraziła,
zwłaszcza, gdy przyszedł z jednym ze skavenów do obozu, tylko po to, by pokazać
swoim podwładnym, kogo nie należy jeść. Lokutus i inne reptiliony przyjęły to
jak pewnik, ale troglodyty były mocno zawiedzone. Widać było to po oczach tych
jaszczurów. Trzeba było zatem uważać i wzmocnić środki ostrożności.


            Po
odprawie, wsiadł na jedną z troglodyt, dwie inne, na których wcześniej jechali
Shivan i Erlan, teraz robiły za osobistą ochronę dowódcy, szły więc tuż obok
niego. Reszta ustawiła się w szyku i tak przemaszerowali przez Dzigbad.
Wystraszeni mieszkańcy się pochowali, żaden z nich nie widział w życiu tak
potężnych jaszczurów.


- Smoki. – Mówili między sobą.

            Armię
Dyzia było nie tylko widać w całej miejscowości, ale też jej przemarsz było
słychać. To była część planu.


            Xantosa
wyrwano z jego prac. Jeden z minotaurów poinformował go o oddziale wroga.


- Mają emblematy Sojuszu.

- Ciekawe czy zaatakują nas czy szczury. – Stwierdził
Iluminar. – Ogłosić alarm.


            Oddział
Sojuszu nie zatrzymując się przeszedł przez Dzigbad, zatrzymując się dopiero na
rozdrożu między oboma zamkami a traktem na południe. Tu Kisjevczyk zszedł ze
swej troglodyty i czekał, obserwował reakcję przeciwników. Minotaury kręciły
się po murach, uważnie obserwując, co się dzieje. Po drugiej stronie skaveni także
byli widoczni, jeszcze wsmarowywali trucizny w swe miecze, noże i halabardy.
Nikt jednak nie atakował. Każdy liczył, że może jednak nie dojdzie do bitwy,
albo przynajmniej zaatakowana zostanie druga strona.


            Dyzio
wiedział, że na wojnie ważną cechą jest cierpliwość. W walce z Moredhelami, ci,
którzy koniecznie rwali się do przodu, przegrywali niedoceniwszy przeciwnika.
Teraz w podobnej sytuacji znajdował się Xantos, który nerwowo chodził po
dziedzińcu, czekając na jakieś informacje. Sam bał się podejść do muru, jeszcze
ktoś by go ustrzelił. Najgorsze jednak było to, że wyprostowane troglodyty były
wyższe niż zapora. Iluminara irytowało to, bał się przyznać, ale odczuwał
niepokój. Jestem czarodziejem, nie
wojownikiem. Gdyby tu był mój brat, on lepiej czuje się na wojnie.


            W końcu
zdenerwowany mag uznał, że lepiej będzie zawiadomić Kryfstusa o wszystkim. Tak
na wszelki wypadek. Może zdecyduje się
przybyć z odsieczą. Dodatkowy sojusznik zawsze się przyda, nie wiadomo, kiedy
mi te przeklęte szczury pomogą.


            Gdy
zniknął w swoim zamku jedna z troglodyt dała znak Lokutusowi. Ten podszedł do
Dyzia i poinformował go o tym. Kisjevczyk podszedł wraz z troglodytami do bramy
i zapukał.


- W imieniu Sojuszu przejmuję ten zamek. – Rzekł w
imieniu dowódcy Lokutus. -Poddajcie się, a wasze życie będzie oszczędzone.


            Minotaury
trochę wahały się, co zrobić. Formalnie rządził przecież Xantos. Owszem, ich
ciężkie topory były gotowe do walki, acz jaszczury wyglądały groźnie i
złowieszczo. Co gorsza, zamek mógł nie być dla nich przeszkodą, a siły
Iluminariego były niewiele więsze.


- Natychmiast otwierać! – Ryknął jeszcze raz jaszczur.

            Ale nie
było reakcji. Przywódca minotaurów pobiegł do zamku po Xantosa.


- Ddd..do ataku! – Wrzasnął Dyzio.

            Troglodyty
zaczęły walić potężnymi łapskami w bramę. Raz, drugi, trzecie. Zaczęła się
wyginać, ale wciąż  się trzymała.  Inne zaczęły atakować mur i znajdujących się
na nich minotaurów. Zrzucały je, odłupywały kawałki muru, którymi rzucały w
zamek. Część reptilionów po swoich większych kuzynach wlazła na mur, gdzie
rozgorzała już walka. Wtedy troglodytom udało się rozwalić bramę. Kisjevczyk ze
swoim mieczem w dłoni poprowadził resztę swojej drużyny. Kto by pomyślał, że tak łatwo forsuje się zamek.


            Ktoś
próbował opuścić kraty, ale troglodyty złapały je i wyrwały.


            Xantos
wyszedł na balkon, widząc, co się dzieje szybko pomyślał o jakimś czarze, który
mógłby użyć. Chmura cebulowa, która pojawiła się wokół głównej bramy nie była
widoczna, ale intensywny zapach i pieczenie oczu dawały się we znaki zarówno
minotaurom, jak i jaszczurom o człowieku nie wspomniawszy. Z piwnic zaś zaczęły
wychodzić skaveny. Iluminar popatrzył na nie. Głupie szczury, zamiast zaatakować od tyłu, wyszły mi na dziedziniec.
Cóż, przynajmniej będą moją ochroną.


            Skavenów
było coraz więcej, ale jakoś nie zabierały się do bitwy. Ustawiały. Może lepiej czują tą cebulę.            Gdy już zebrała się ich spora
grupka, ruszyły do ataku, a część pod wodzą Skerrita i jakiegoś ubranego na
czarno elfa zaczęła wchodzić do środka. Skubańcy,
zabrali się za szabrownictwo, pokażę im potem, jak już ta bitwa się skończy.


            Tyle, że
ci, którzy pobiegli w kierunku walczących, zaczęli atakować od tyłu minotaurów.


- Co! – Ryknął Iluminar. – Zdrada!

            Wybiegł
z balkonu, wprost do swego gabinetu, a potem na korytarz.


            Dyzio,
reptiliony, troglodyty i skaveny radziły sobie całkiem dobrze z minotaurami.
Pokonywanie kolejnych wrogów zajmowało im coraz mniej czasu, mieli zdecydowaną
przewagę liczebną, a także wzięli przeciwników w krzyżowy ogień. Pierwsza bitwa, którą dowodzę, i proszę od
razu wygrana.
Najlepsze było to, że troglodytom pozwalano zjadać ciała
minotaurów, dzięki temu gady były wyjątkowo chętne do walki. Uczucie to również
udzielało się reptilionom, a skaveni wciąż nie mogli uwierzyć, że w pierwszej
bitwie można wygrać. Ich morale dzięki temu wzrosło, byli podekscytowani i
bardziej słuchali rozkazów Kisjevczyka, niż Queezika, który cały czas starał
się patrzyć, co robi Lokutus, by nie odstawać za bardzo jako przyboczny
„generała”.


            Na samym
końcu z piwnic wyszedł Erlan.


- Moja głowa, ale mnie od tej bitwy wszystko boli.

            Nie
zastanawiał się, zbyt długo. Miał uzupełnione kulki siarki i od razu zaczął
rzucać kule ognia, gdzie tylko mu się podobało.


            Xantos
na korytarzu spotkał Skerrita i Shivana.


- Poddaj się. – Krzyknął władca skavenów. – Zaoszczędzimy
tym samym życie naszych poddanych.


- Zdrajca. – Przeklął Xantos.

- Tak, jesteśmy Mrocznymi Elfami. – Wtrącił się Montolio.

- Co?! – Ryknął Iluminar.

- Zabiję! – Usłyszeli głos Dyzia.

            Shivan
zastanawiał się chwilę jak poradzić sobie z przeciwnikiem, nagle jednak poczuł,
że znajduje się w lustrzanej klatce. Widział tylko i wyłącznie swoje odbicie i
nie potrafił się ruszyć w żadną ze stron.


            Na
zewnątrz wyglądało to trochę inaczej. Klatka była nie widoczna. Skerrit
zdziwiony próbował go dotknąć, ale niewidzialna bariera ograniczała mu dostęp
do kapłana. Wziął swoją laskę i rzucił się na Xantosa. Ten jednak miał pod ręką
sztylet, którym zranił skavena, a ten padł na podłogę. Dopiero wtedy ujrzał
dwóch Cieni, zapewne przysłanych na prośbę Kryfstusa.


- Ważne, że o czasie. – Rzucił pod nosem. – Wychodzimy.

            Trzeba
było wspomóc minotaurów, których prawie już nie było. Armia Dyzia już właściwie
świętowała sukces. Największe spustoszenie na dziedzińcu robił obecnie Erlan, który
niszczył wszystko, co tylko zobaczył, chwiejąc się przy tym. W końcu nie
wytrzymał, zmęczył się i wyciągnął butelkę wina, która natychmiast zaczął pić. Trzeba się trochę odświeżyć po dobrze
wykonanej pracy.


            Xantos i
Cienie wyszli na zewnatrz, natychmiast zaczęli rzucać magicznymi pociskami w
armię Dyzia.


- Ściągnijcie jeszcze pijaka. – Rzucił Iluminar.

- Kogo nazwałeś pijakiem!? – Zirytował się mag. Co za bezczelność. Kurwa wpierw sukinsyn się
doczepił jak rzep psiego ogona do Moredheli, skurwił się cham i prostak, a
teraz się do mnie dopierdala.


            Nie
doczekał się jednak odpowiedzi. Zezłoszczony nawet nie puścił jednej kuli
ognia, a cała chmarę, grad ognia w troję wrogów. Cienie, ani brat Kryfstusa nie
byli przygotowani na zmasowany magiczny atak. Niebawem nie było nawet, co po
nich zbierać.


            Widząc,
co się stało, przywódca ostatnich broniących się minotaurów podniósł swój topór
wysoko w powietrze, a następnie rzucił na ziemię. Inne zrobiły to samo. Poddały
się. Bitwa o Dzigbad była skończona.

1 komentarz :, , więcej...

CDLXIV.

przez , 27.lip.2009, w Bez kategorii

            Lord
Skerrit zasiadał w czymś, co przypominało salę tronową. On starał się wyglądać
na władcę, nie typowego skaveńskiego, acz na ludzkiego króla. W komnacie
znajdował się jego olbrzymi portret, a także coś, co miało stanowić jego herb.
Czaszka byka z długim porożem na czerwonym tle. Sam skaven wyglądał
przekomicznie. Miał odcięty ogon, ogolony pysk, gdzie została tylko bródka i
kawałek wąsów, nosił też czerwony szlafrok, na którego krawędziach wszystko
białe futro, mające imitować gronostaja. Na głowie miał coś, co wyglądało na
odpowiednik szczurzej korony.


            Shivan
ukłonił się nisko, mało nie parsknął ze śmiechu. Dodatkowo wraz z Dyziem
musieli powstrzymywać Erlana, którego alkohol zbyt mocno rozswawolił.


- Jego ekscelencja, Lord Skerrit. – Zaczął wymieniać
tytuły Queezik. – Pan Dzigbad, władca pustyni, król skavenów. – A przynajmniej jednego z ich klanów.


- O wielki panie, – zaczął przemawiać kapłan. – Pochwały
twego władania znane są już daleko za granicami twego królestwa.


- Od kiedy to klecha tak kłamie? – Zapytał na cały głos
mag.


- Mamy jednak pewną – kontynuował Shivan. – Osobistą
sprawę związaną z poprzednimi mieszkańcami tego wspaniałego zamku.


- Przybyliście po spadek? – Zapytał piskliwym głosem
Skerrit.


- Szukamy grobu przyjaciela i czegoś, co z nim pochowano.

- Hmm… – Zdziwił się skaven. – Więc po co tu jesteście?

- Pochowano go koło tego zamku. Dokładnie nie wiemy
gdzie, jeśli moglibyście nam pomóc.


- Nie mamy powodu wam pomagać. Po co? Wdzieracie się do
mojego domu, chcecie rozkopywać groby i jeszcze nas do tego namawiacie. –
Irytował się Skerrit.


- Chcielibyśmy załatwić tę kwestię nim dojdzie tu wojna.

- A więc o to chodzi. – Zirytował się skaven. – Po której
stronie stoicie?


- Po własnej. Chcemy przeżyć. – Ma zatarczki z Ilumianrami tak? – No a przede wszystkim nie chcemy
być po stronie Iluminarów. Mamy z nimi spore problemy.


- No, cóż, przynajmniej coś nas łączy. – Ucieszył się
lord. – Czego dokładnie potrzebujecie, potem rozważę, czy wam pomogę i jaka
będzie cena.


- Przed trzydziestu laty wznosił się tu z jednej strony
las, kilka drzew, między którymi pochowano cztery istoty. W grobie jednej z
nich znajduje się… – Shivan spojrzał na Erlana. Po co my szukamy grobu Ladna? Nie powiem mu przecież o Księdze Makr.


- Pamiętnik. – Wtrącił się mag. – Szukali skarbu.

            Skaveni
patrzyli jak na idiotów. Queezik aż się zapomniał.


- Wojna nadciąga, a wy szukacie skarbu?!

- Ttt…trzeba mieć cel w życiu. – Dodał Kisjevczyk.

- Dziwne, bardzo dziwne. – Stwierdził Skerrit. –
Trzydzieści lat. Żaden z nas wtedy nie żył.


- Ale ktoś te drzewa musiał ściąć. – Powiedział Shivan.

- Owszem. Powinniśmy też umieć określić gdzie dokładnie
się znajdowały, ale to wymaga czasu. – Odnalezienia
jednej z map.
– Co oferujecie zamian?


- Mamy kilka drogocennych przedmiotów…

- Nie potrzebujemy ich. Czy słyszeliście legendę o
Nieumarłym Rycerzu? – Zapytał Skerrit.


- Tak, co nieco. – Powiedział kapłan.

- W jednym skrzydle zamku, coś straszy. Pozbądźcie się
tego. – Roześmiał się szczur. – Otrzymacie nie tylko informację, ale i
przyjaźń.

Komentowanie nie jest możliwe :, więcej...

CDLXI.

przez , 26.lip.2009, w Bez kategorii

            Choć, za
sprawą Erlana, było to dość problemowe, cała trójka udała się do tak zwanego
Nowego Dzigbadu. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu, gdy wydawało się, że pustyni
zaczyna znów się wycofywać, zbudowano nowe osiedle, acz nie zdążono go nigdy
ogrodzić. Dzigbad miał się rozrastać, dziś te budynki straszyły jeszcze
bardziej niż te za palisadą. Piach i wiatr robiły swoje. W większości
zakurzone, opuszczone, prawie w ogóle nie było widać tu mieszkańców. Nie było
nawet skavenów.


            To, co
najbardziej zainteresowało całą trójkę to pomnik oswobodzicieli wzniesiony na
środku placu, który oczywiście był zasypany piachem. W okolicy Dzigbad pustynia
była całkowicie piaszczysta, przez co wiatr bardzo łatwo przenosił diuny z
miejsca na miejsce, co niewątpliwie utrudniało życie tutaj.


            Pomnik
przedstawiał sześć osób, w tym Lorien. Jednym z mężczyzn musiał być Lando, acz
brak podpisu utrudniał identyfikację.


            Postali
chwilę przy tej niecodziennej pamiątce, a potem poszli do warsztatu
kowalskiego. Belg pracował od rana, zawsze starał się wykonywać swoją pracę
najlepiej jak umiał.


- Dzień dobry. – Powiedział Shivan.

            Erlanowi
znów się odbiło. Kisjevczyk nawet nie próbował już mówić, gdyż irytowało go to
o wiele bardziej niż słuchających.


- Dzień dobry, w czym pomóc? – Zapytał kowal. –
Potrzebujecie jakiejś naprawy zbroi, oręża albo coś?


- Tylko informacji. – Odparł kapłan.

- Chyba jestem jedną z najgorszych osób, na którą
mogliście tu trafić. – Odparł. – Staram się nie plotkować, choć dla wielu tutaj
to podstawowe zajęcie.


- Nie chodzi nam o plotki, a o Landa.

- Nigdy o nim nie słyszałem. – Wzruszył ramionami Belg i
wrócił do pracy.


- O jedynym z wyzwolicieli miasta?

- Ja nawet nie pochodzę stąd. – Tłumaczył się kowal.

- Wiem. – Odrzekł Shivan. – Słyszałem historię, że razem
z Landem, Lorien i resztą waszej drużyny pokonaliście Nieumarłego Rycerza.
Bardzo zależy mi na…


- Słuchaj elfie. – Oburzył się Belg. – To stara historia
i nie chcę do niej wracać. To było prawie trzydzieści lat temu, byliśmy młodzi
i głupi. Rozumiesz, głupi. Myśleliśmy, że świat jest u naszych stóp,
wymykaliśmy się śmierci i sprawiedliwości. Aż do tego miejsca. Z naszej piątki
jedynie ja ocalałem i tylko dlatego, że Lorien się pojawiła. Bez tego gryzłbym
glebę, jak pozostali. Dano mi szansę i staram się ją wykorzystać. Tamten Belg
już nie żyje. Zaakceptuj to.


            Dyzio
dał znać kapłanowi, by przesłuchać kowala inaczej. Shivan jedynie podniósł
rękę, by uspokoić przyjaciela.


- Trudno rozpoznać na pomniku ciebie.

- Robię wszystko by było to niemożliwe. – Odparł starszy
mężczyzna.


- Nie chcemy wysłuchiwać historii, potrzebuję tylko
jednej informacji. Gdzie jest pochowany Lando. Niczego więcej nie potrzebuję i
nie będziemy już o nic dopytywać.


- Wszystkich pochowaliśmy razem w jednym miejscu.
Dokładnie nie powiem, bo nie pamiętam. Odkąd stamtąd wyszliśmy, nigdy nie
wróciłem pod ten zamek. Nigdy. – Zapierał się Belg. – I nie mam zamiaru tam
wracać. Z jednej strony zamku były posadzone drzewa, ogród, sztuczny lasek. Tam
znajdują się cztery groby. Ten Landa znajduje się najbliżej muru. Nie wiem, po
co wam ta wiedza i nie chcę wiedzieć, ale mam nadzieję, że już mnie zostawicie
w spokoju.


            Shivan ukłonił się i
odeszli. Dostali więcej informacji niż się spodziewał. Dalej powinno pójść prosto.

Komentowanie nie jest możliwe :, więcej...

CDLX.

przez , 25.lip.2009, w Bez kategorii

            Gdy już
się pozbierali, Shivan od razu zaczął zastanawiać się, co zrobić z ciałem
Kasumiego. Uznał, że najlepiej będzie je zaciągnąć do świątyń, tam przynajmniej
powinni mu wskazać gdzie zakopać zwłoki.


            Cztery
kościółki, a może raczej kapliczki z zewnątrz wyglądały prawie identycznie, ta
sama wielkość, kształt. Każdy jednak był skierowany w innym kierunku, ustawiono
je w kształcie krzyża. Kapłan natychmiast rozpoznał wszystkie wyznawane tu
bóstwa – Morrou, Shlaya, Myrneman. Ale zdziwił go ostatni z domów bożych. Napis
Roknard był przekreślony, symbole boga złodziei, łgarzy i kuglarzy walały się
przy wejściu, a małymi literami stworzono nowy napis. Krwawy Szczur. Skaveni. Tylko po co mieliby zajmować jakąś
ze świątyń?


            Erlanowi
znów zrobiło się niedobrze. Szybko udał się do świątyni Shlayan, ale znajdujący
się tam kapłan jedynie zaczął go pouczać.


- Alkohol jak wszystko w nadmiernych ilościach szkodzi
zdrowiu. Radziłbym spróbować się ograniczać. – Mówił młody elf.


- Nie jestem alkoholikiem! – Po tych słowach odbiło mu
się.


            Dalej
próbował się awanturować, ale niestety nie mógł zbyt długo utrzymać się na
nogach i przewrócił się. Kapłan pomógł mu wstać i wyprowadził go ze świątyni.


            Dyzio
udał się do kaplicy Myrneman, którą opiekował się stary wojownik.


            Shivan
zaś wszedł do swojej. Spotkał tam młodą kapłankę, Ann. Dziewczyna była
przerażona wszystkim, co się ostatnio działo. Wojna nawet tu zaczęła zbierać
swe żniwo. Kilka miesięcy temu zaczęli osiedlać się tu uchodźcy, ale głód i
choroby przepłoszyły ich. W ciągu trzech tygodni trzeba było poszerzyć
cmentarz, potem znów miasto wymarło.


- Żniwo wprawdzie wielkie, ale robotników mało. –
Powiedział jej kapłan.


- Jesteś wyznawcą Morroua, prawda? – Zapytała.

            Potwierdził,
przedstawił się, a potem krótko zapytał gdzie można zakopać Kasumiego.
Dziewczyna nie odpowiedziała mu. Wyszła na zewnątrz i razem z Shivanem od razu
zabrali się za ceremonię pogrzebową.


            Cmentarz
znajdował się już za głównym murem, przy tak zwanym Nowym Dzigbadzie, osadzie z
nowym targiem, kilkoma domami, ale jeszcze bardziej opuszczonej niż stary.
Wykopali grób, pochowali Kasumiego i dopiero wtedy Shivan mógł ją zapytać o to,
co się działo w Dzigbad.


- Kasumi, on od lat żył tylko zemstą na Landzie. Przed
laty, jeszcze przed moimi narodzinami – mówiła – w Dzigbad straszył Niemarły
Rycerz.


- Coś o nim słyszałem, ale niewiele. – Odparł elf.

- Jakiś mag, który popadł w szaleństwo. Nikt z nas nie
potrafił sobie z nim poradzić, z czasem zaczęły tu przybywać różne drużyny,
grupy śmiałków gotowych do walki o nasze wyzwolenie. Jednej z nich się udało.
Choć nie bez kosztów. W tej grupie był właśnie Lando, którego głównie pamiętamy
z tego, że przyszedł do Dzigbadu i poderżnął gardło synowi Kasumiego. Ci,
którzy wtedy żyli, wspominali, iż nigdy nie widzieli, by ktoś tak się
zdenerwował, że z chwili na chwilę całkowicie posiwiał. Ale też i zwariował.


- Zaatakował nas, ponieważ szukaliśmy grobu Landa. –
Stwierdził Shivan.


- Zatem, coś udało mu się przewidzieć. Wiedział, że ktoś
kiedyś przyjdzie po Landa i postanowił go zniszczyć. Nikt z nas nie wierzył, że
to kiedykolwiek nastąpi, więc nie reagowaliśmy. – Tłumaczyła się dziewczyna.


- Według moich informacji, Lando został pochowany gdzieś w
lasku przy zamku. Ale są dwa…


- Chcesz rozkopywać groby? – Zdziwiła się kapłanka.

- Muszę. – Odrzekł spokojnie.

- Zamek na zachodzie należy do Lorda Skerrita,
przynajmniej obecnie. Skaveni osiedlili się tu kilka lat temu, on tym wszystkim
zarządza. Mogli się nam trafić gorsi najeźdźcy. Zresztą w porównaniu z
opowieściami o Nieumarłym Rycerzu, skaveni zdają się być całkiem mili. Drugi,
ten na wschodzie, to nowa budowla. Mieszka w niej niejaki Xantos, mag ubrany na
czarno, zadający się z Moredhelami.


- Kolejny Iluminar… – Wymamrotał pod nosem.

- Przybyli już po skavenach. On, jego goście i jego
słudzy, minotaury, są o wiele gorsi niż skaveni, ale na szczęście prawie nie
wychodzą ze swej posiadłości.


- Zatem grób Landa powinien znajdować się przy zamku
Skerrita, tak? – Zapytał Shivan.


- Będzie lepiej jak odnajdziesz kowala. Nazywa się Belg,
on był towarzyszem Landa. – Stwierdziła dziewczyna. – Nie lubi o tym mówić, ale
jest ostatnim z wyzwolicieli. Jedyny, który przeżył i pozostał.


- Jeszcze jedno pytanie, które mnie gnębi. – Powiedział
kapłan. – Widziałem, że świątynia Roknarda została przemianowana na świątynie
Krwawego Szczura. To sprawka skavenów?


- Niezupełnie. Raczej to sprawka Aska. Ask był kapłanem
Roknarda, ale niedawno postanowił przypodobać się Skerritowi i zmienił bóstwo.
Lord zaś nakazał skavenom czcić swego boga tak jak robią to pozostali
mieszkańcy, w świątyni. Ask w pewien sposób zreformował ich, za przyzwoleniem
samego Lorda Skerrita, acz nie wszystkim skavenom się to podoba. Zwłaszcza
Queezikowi.


            Gdy
wracali do osady, Shivan zapytał jeszcze jedną rzecz. Skąd cztery świątynie w
tym opuszczonym mieście. Okazało się, że kiedyś Dzigbad był osadą założoną w
oazie, zaczęto mocno wykorzystywać głębinowe wody i szybko się miejscowość
rozrosła. Z oazy nie zostało nic, ale za to pojawiły się pola, rowy irygacyjne,
studnie i szybko rozrastające się miasto. Potem zaczęły odwroty, wieloletnia
walka z pustynią. Piach, który zasypywał pola, rowy. Okresy głodu, okresy
chorób, wywoływanych przez niedożywienie jak i problem z odpadkami. W końcu
wielu poddało się. Zabrało swoje rzeczy i szukało innego miejsca, bez takich
problemów z walką o przeżycie.


            Jednak najgorsze miało
dopiero nadejść. Wraz z plagą czerwi pustynnych. Prawie metrowej długości
robaki, które gdzieś przebywały w piachu, zaczęły się gromadzić przy polach
uprawnych. Szybko się tam namnożyły i stały się poważnym zagrożeniem dla
rozwoju Dzigbadu. W końcu ludność musiała zacząć dawać sobie za wygraną. A gdy
jeszcze pojawił się Nieumarły Rycerz, a potem skaveni i Moredhele, walka z pustynią
została przegrana. Teraz każdy miał co najwyżej ogródki przy domach, pól wokół
osady nie było. Przed wojną wszyscy żyli z handlu. Może szlak na południe
prowadził do goblińskich miast, acz za błahostki, pustynne otoczaki można było
kupić tam mnóstwo plonów, oraz wielu innych przedmiotów, które można było
sprzedać dalej na północ. Gdy jednak wojna dotarła do Arabii wszystko się
skończyło. Nie było szans na dalszy handel, miasto nawet nie podupadało, ale
umierało. Gdyby nie skaveni, prawdopodobnie już by nie istniało.

Komentowanie nie jest możliwe :, więcej...

CDLIX.

przez , 25.lip.2009, w Bez kategorii

            Gdy
tylko skończyli jeść, a nawet Erlanowi coś podano, choć specjalnie nie miał już
miejsca w żołądku na jadło, wyszli razem z Kasumim na główny plac Dzigbadu.
Dopiero w dzień widać było przytłaczający ogrom tego miejsca. Kilkaset
drewnianych domów i innych budowli, ale zaledwie niewielka ich część była
jeszcze zamieszkana. Większość zabito deskami, by nikt tam już niczego nie
szukał. Wielu z mieszkańców albo samych opuściło tę osadę, albo zostało
wywiezionych. Po dużym targu z wielką studnią w środku przemierzało zaledwie
kilka osób, a także skaveńscy strażnicy, którzy starali się tu trzymać jakiegoś
porządku, albo raczej pilnować domeny swego pana.


            Kiedyś
targ był wyłożony kostką, teraz już od lat nikt nawet nie próbował usuwać
piasku spod nóg. Wszystko wyglądało na brzydkie, zaniedbane i opuszczone, a do
tego jeszcze ten zapach. Jeden z opuszczonych domów zamieniono na śmietnik.
Mieszkańcy, głównie ludzie, przynosili tu odpadki, a skaveny przebierały je,
patrząc, co nadaje się do zjedzenia. Normalnie byłaby to całkiem pożyteczna
symbioza.


            Jedynym
problemem, z którym Dzigbad się nie uporało, były nieczystości. Brak deszczów,
zasypane rynsztoki, a także kilka epidemii, spowodowały, że każdy pozbywał się
swoich ekskrementów na własny sposób. Zazwyczaj wykopywano dziurę gdzieś za
domem i wrzucano tam odpadki, zasypując je. Skaveny czasem tylko kontrolowały,
czy nikt nie wrzuca tam resztek jedzenia, zamiast oddać dziesięcinę swemu panu.


            Shivan,
Dyzio i Erlan rozglądali się po Dzigbadzie. Prawie cały był otoczony murem,
raczej palisadą chroniącą osadę przed piaskiem niż przed najeźdźcami. Na
południu było widać dwa większe mury i wznoszące się tam zamki, a na wschodzie,
jeszcze wewnątrz miasta, budynki świątynne.


            Nie
ulegało wątpliwości, że Dzigbad najlepsze dni miał już za sobą. Może kiedyś
było tu więcej wody? Trudno obecnie było sobie wyobrazić jak można by wyżywić
wszystkich ludzi, gdyby w każdym domu ktoś mieszkał. Zatem nie tylko nie tylko
skaveni czy wojna odpowiadali za wyludnienie tego miejsca. Osada musiała
stracić coś, co przesądziło o jej zbudowaniu. Pustynia wygrała.


            Cała
trójka rozglądała się po okolicy.


- Lando, był moim wielkim przyjacielem. – Mówił Kasumi. –
Tyle lat czekałem, by ktoś się o niego upomniał. Tyle lat…


- Co takiego zrobił? – Zapytał Shivan.

- Pomógł oswobodzić naszą osadę, która terroryzował wówczas
Nieumarły Rycerz. Tamtędy. – Wskazał im drogę i przycupnął wiążąc sandał.


            Shivan,
Erlan i Dyzio poszli przodem. Starzec wstał popatrzył się na nich.


- Prawie trzydzieści lat czekałem… – Mówił coś do
siebie pod nosem. – Zapłacą mi za mojego synka!


            Podniósł
ręce i zaczął inkantację. Z jego palców poleciały pioruny, które trafiły całą
trójkę, a najbardziej to kapłana, który padł na ziemie i nie mógł się podnieść.
Montolio wystraszony wzbił się w powietrze.


            Dyzio
odwrócił się, wyciągnął swój magiczny miecz.


- Zzz…

- Zabiję! – Wydarł się gwarek.

            Kisjevczyk
ukłonił się mu lekko. Dzięki. I
ruszył na atakującego.


            Mag,
który cały czas jeszcze stał, czuł, że robi mu się niedobrze. Trafienie spowodowało,
że poczuł, iż zaraz wymiotuje. Coś dolali
mi do tego piwa.
Ostatkiem sił, odwrócił się i wyjął kulkę siarki z
kieszeni. W tym momencie trafił go kolejny piorun. Kasumi miotał się między nim
a Kisjevczykiem. Przez dwadzieścia dziewięć lat, odkąd Lando zabił mu syna,
starzec miał mnóstwo czasu by planować zemstę. Ubzdurało mu się, że pewnego
dnia przyjdzie ktoś, kto będzie szukał Landa. I tego kogoś chciał zabić. Z
czasem odkrył w sobie zdolności magiczne, zresztą prawdopodobnie ze względu na
nie potrafił wyrokować przyszłość. A odkąd zalęgli się tu Iluminarowie, za
drobną pomoc pomogli rozwinąć mu kilka czarów, które akurat wykorzystywał.


            Erlan
rzucił w mężczyznę kulę ognia. Ten na chwilę wypadł z swojego szału bitewnego,
to wystarczyło Dyziowi, by podbiec do mężczyzny i przeciąć go w pół.


- Nnn…nie przyjazna ta www…wioska. – Stwierdził.

- Dwa i pół roku… – Wymamrotał Erlan pomagając
Shivanowi wstać. – I jak nas witają.


            Tyle, że
mag nie miał dość siły i wyczucia równowagi, by unieść kapłana. W rezultacie
obaj wywrócili się na piach. Dopiero Kisjevczyk pomógł im wstać.

Komentowanie nie jest możliwe :, więcej...

CDLVII.

przez , 24.lip.2009, w Bez kategorii

            Gdy już
Erlan wydobrzał na tyle, by mogli ruszyć dalej, kontynuowali wędrówkę do
Dzigbadu, acz stracili prawie cały dzień.


            Jaszczurom
to specjalnie nie przeszkadzało, były bardzo wytrzymałe, nie widać było
zupełnie po nich zmęczenia, mogły też poruszać się w nocy. Zresztą ich wzrok
był do ciemności lepiej przystosowany niż do dnia. W blasku słońca, owszem
widziały, ale czuły się lekko oślepione, z czasem przyzwyczajały się, acz gdy
zapadł zmrok dopiero wtedy się ożywiały. Czuły się w pełni sprawne. Może nie
dlatego, że barwy im przeszkadzały, ale dlatego, że wiedziały iż mają przewagę
nad innymi. Zarówno reptilioni jak i troglodyty, poza zwykłym wzrokiem
potrafiły jeszcze wyczuwać ciepło żywych istot. To w nocy dawało im dużą
przewagę nad każdym wrogiem. Zwłaszcza, że nie musiały go dostrzegać,
wystarczyło, że go wyczuły, nawet jeśli był przykryty jakąś płachtą czy
przykucnął za krzakiem.


            W pewnym
momencie troglodyta na której jechał Lokutus zbliżyła się do Shivana.


- Zbliżamy się do Dzigbadu. – Stwierdził. – Tyle, że nasz
zwiadowca natknął się na patrol Moredheli. Załatwimy ich po cichu.


            Oznaczało
to, że wszyscy musieli zejść z troglodyt. Te ustawiły się w jeden rządek,
reptiliony w drugi. Potem delikatnie przesuwali się w kierunku obozowiska Moredheli.


- Ppp…po co oo…oni – zaczął Dyzio.

- Rozbili obóz? – Stwierdził Shivan. – Nie mam bladego
pojęcia.


- Jest gorzej niż myślałem. – Dodał Montolio.

- Jak daleko jesteśmy od Dzigbadu? – Zapytał kapłan
jaszczurów.


- Jesteśmy już na drodze wprost. Tylko kilka wydm, może
pół godziny drogi zwykłym krokiem. – Odrzekł Lokutus.


- Ściągnijcie Mroczniaków, a my udamy się do Dzigbadu
sami. Tam mogą obozować Moredhele, a my lepiej rozpoznamy sytuację. – Mniej rzucamy się w oczy.


- To bzdura. – Stwierdził Erlan. – Nie ma sensu, by
trzymali tu obóz, jeśli są w Dzigbad. Raczej chodzi im o blokowanie drogi. Z
tego, co pamiętam z Carton można jechać na wschód aż do bagien, albo na
południe do Dzigbadu. Może nie chcą, by ktokolwiek dotarł do…


- Zatem wiedzą już, że rozgłaszamy informację czym są
obozy pracy. – Zauważył Shivan. – Musieli zacząć wywózkę mieszkańców i nie chcą
kłopotów.


- Lll…lub szykują się do www…wojny. – Irytował się
Kisjevczyk nie mogąc się wysłowić.


- Obstawiają trakt? Może by przechwycić armię sojusznicze
i je… – Zastanawiał się głośno kapłan.


- Idziemy. – Rzucił im Lokutus.

            Troglodyty
odbiegły trochę w zupełnie innym kierunku, robiąc kółko, potem wpadły z
przeciwnej strony z wielkim hałasem do obozu Moredheli.


- Miało być po cichu… – Stwierdził mag. – Muszę się
napić.


            I wyjął
ostatnią butelkę, która mu została.


            Moredhele
zdziwione zuchwałym atakiem potężnych gadów zerwały się na równe nogi i szybko
uformowały szyk. Na to właśnie liczył syn Lokka-Thona. Odsłoniły całkowicie swe
plecy, koncentrując się na troglodytach. Reptilioni podbiegli do wrogów bardzo
cicho i większość z nich została zabita od ciosów w plecy, zanim zadała gadom
jakiekolwiek znaczące rany.


- Sprytny ten reptuś. – Powiedział cmokając butelkę
Erlan. – Jego zdrowie.


            I dopił
do końca.


            Patrol
Mrocznych Elfów został zlikwidowany. Shivan, Erlan i Dyzio zabrali sobie trochę
ich palnej broni.


- Ttt…to musi się jakoś ładować. – Mówił patrząc na
pistolet Kisjevczyk.


- Na razie się rozstajemy. – Stwierdził kapłan. – Bądźcie
w pogotowiu, jakby co.


            Potem pożegnali się z
gadami i w trójkę ruszyli do Dzigbad. W końcu znajdowali się u celu swej
wyprawy i już nic nie mogło ich powstrzymać.

Komentowanie nie jest możliwe :, , więcej...

CDLVI.

przez , 23.lip.2009, w Bez kategorii

            Erlan
wykorzystał wolną chwilę, by zakupić sobie zapas alkoholu. Gdy jednak wrócił do
obozu, okazało się, że znaczną część wypił po drodze. Strasznie małe porcje tu sprzedają i szybko się kończy. To pewnie przez
to Ulos! Eh… Trzeba się wrócić.
Tyle, że nogi same mu się plątały. Znów jakieś żarcie mi zaszkodziło, nie
odpowiada mi tutejsza kuchnia.
Podszedł do niego jakiś mężczyzna.


- Pomóc? – Zapytał.

- Moredhele mnie czymś podtruły. – Wymamrotał mag.

- Widzę właśnie. Słyszałem, że teraz jesteście
bohaterami.


            Złapał
Erlana i pomógł mu iść.


- A takie tam…

- Nie wiem, czy mnie pamiętasz. Sven Rædvengård.
Spotkaliśmy się w dolinie skazańców, potem udałem się do Galonii wraz Luisem
deFévrierem. Razem wylecieliśmy na jego balonie.


- Ach tak… – Przypomniało się magowi.

- I co u Luisa?

- Niestety nie wiem. Jeszcze przed wojną nasze drogi się
rozeszły.


- Czyli pewnie nie żyje… – Odparł elf. Przez to słońce język mi się za bardzo
rozwiązuje.


- Jak cała Galonia, trudno tam dziś spotkać wielu żywych.
Mnóstwo ludzi wywieziono do obozów pracy, albo raczej zagłady, jak to niedawno
odkryliście. Mnie też niewiele brakowało. – Mówił Sven.


- Ach tak? – Pytał cię
ktoś o zdanie? Teraz pewnie będzie mi zanudzał jak to mu źle w czasie wojny.


- Sam znajdowałem się w wiosce, w której wszystkich
wywieziono. Ja schowałem się na drzewie, byłem obcy, nikt o mnie nie pamiętał,
nikt mnie nie szukał.


- A jakie to było drzewo? – Zapytał od niechcenia mag.

- Wiśnia. – Odrzekł Rædvengård.

- Dawno nie piłem wina wiśniowego. – Powiedział elf. –
Dobra, już sobie poradzę. Radź sobie Sven.


            Kołysząc
się na lewo i prawo, mag dotarł do swoich towarszyszy.


- Strasznie mnie się czepiają, że bohater, ciągle ktoś
coś ode mnie chce, ale najgorsze, że każdy chce się ze mną napić. Już nie mogę.
– Kłamał mag, zwłaszcza gdy zobaczył Lokutusa i troglodyty.


- Ttttt…to wylej. – Powiedział Dyzio. Coś mi się z mówieniem popsuło.

- To jest sierżant Lokutus, syn Lokka-Thona. –
Poinformował Shivan.


- Miło mi poznać tak zasłużonego maga. – Skłonił się
nisko jaszczur.


            Był
bardzo podobny do swego ojca, ale był jeszcze bardziej smukły i jeszcze wyższy.
Miał lekko ponad dwa metry.


- Pojedziemy na troglodytach. Dostały kategoryczny rozkaz
by was nie zjadać, a także, żeby was broniły. Są bardzo wierne i oddane. Poza
nami czterema, w podróż wyruszy jeszcze oddział dwudziestu reptilionów.
Jesteśmy do waszej dyspozycji.


- Lllll…Lokka-Thon nie jjjj..jest oszczędny. – Dodał Kisjevczyk.

- Właściwie czekaliśmy tylko na ciebie. Dalej możemy
ruszać. – Powiedział Shivan.


- A gdzie mam położyć swoje rzeczy?

            Poinstruowano
go. Każda z troglodyt miała metalowy pasek, do którego można było przypiąć
bagaż. Potem wskakiwało się jej na barana i jechało. Potężne jaszczury mogły
chodzić zarówno na dwóch jak i czterech kończynach, acz nawet chodząc
wyprostowane potrafiły biegać. Przy tym jednak miały o wiele lepsze wyczucie i
nie zdarzało im się, że nie brały pod uwagę jeźdźca, np. przechodząc przez
bramę. Reptiliony wskoczyły na kark swoim towarzyszom bez większych problemów.
Elfów i człowieka trzeba było podsadzić, ale potężne jaszczury same doszły do
wniosku, że ich nowi towarzysze nie są zbyt zwinni i skoczni, więc sami złapali
ich i posadzili na barana.


- To mmmm…ma lejce? – Zapytał Kisjevczyk.

- Nie. On sam cię będzie prowadził. On. – Poprawił go
Lokutus.


- No to ładnie… – Powiedział Shivan, gdy jego jaszczur
się wyprostował. Przypadł mu największy, siedmiometrowy. Kapłan na takiej
wysokości nad ziemią czuł się dość nieswojo. – Jak długo będziemy jechać?


- Zależy jakie tempo wytrzymacie. – Odrzekł syn
Lokka-Thona.


            Najgorzej
czuł się Erlan.


- Jak mam się go trzymać? – Zapytał.

            Lokutus
odrzekł coś po reptiliońsku. Troglodyta natychmiast złapała maga łapą i podtrzymywała
go. Potem jaszczur dał znać kompanii, żeby wyruszyli. Potężne gady zaczęły
biec. Dyzio i Shivan zdziwieni byli ich szybkością. Nie czuli się bezpiecznie,
ale nic nie mówili. Erlan tylko poczuł, że robi mu się niedobrze. Nie opuścili
jeszcze Al’Hady a on już zaczął wymiotować.


            Syn
Lokka-Thona natychmiast zarządził przerwę. Ściągnięto czarodzieja i dano mu
trochę odetchnąć.


- Zatem do Dzigbadu dotrzemy trochę później, niż planowaliśmy. –
Stwierdził jaszczur.

Komentowanie nie jest możliwe :, więcej...

CDLIII.

przez , 21.lip.2009, w Bez kategorii

            Al’Hada,
podobnie jak Minas Ramis, rozrastała się po dwóch stronach rzeki, co było w
Arabii dość niespotykane. Tyle, że tu, nie było już tak zauważalnej przeprawy
przez Cichlasomę. W mieście znajdowały się aż cztery mosty, acz żaden z nich
nie umywał się do wspaniałych budowli wielkich miast Starego Świata.
Przypominały raczej kamienne kładki, bardzo delikatne, budowane z myślą o
funkcji a nie o wyglądzie. Przynajmniej teraz, w czasie wojny, nikt nie martwił
się, że zostaną one zniszczone.


            Dyzia i
Erlana odstawiono do Shlayan, gdzie od razu zajęto się przypadkiem maga. Z
Kisjevczykiem było więcej problemów, nikt nie potrafił sobie poradzić z tymi
rogami. To, że wyrosły to było jedno, Shlayanie potrafili zarówno regenerować
kończyny jak i usuwać nadmiarowe, acz w przypadku poroża najgorsze było to, że
zmodyfikowało ono czaszkę. Mózg był trochę przyciśnięty, stąd Dyzio
prawdopodobnie się jąkał, nikt nie znał innych efektów ubocznych. Kapłani dość
długo zastanawiali się, co można z nim zrobić, w końcu uznali, że jedyną
rzeczą, którą potrafią będzie odcięcie rogów. Za pomocą pił uwolniono z nich
Kisjevczyka, po bokach zostały mu dwie grudki, acz z nimi nikt nie potrafił
sobie poradzić. Głównie z tego względu, że żaden z uleczających nie miał
pomysłu jak zmierzyć się z takim przypadkiem. Nigdy wcześniej nie spotkali się
z takim czarem Moredheli, czy kogokolwiek innego.


            Shivan w
tym czasie obejrzał sobie miasto. Al’Hada była dość dużym ośrodkiem, z targiem,
pałacem w którym mieszkał szejk, a obecnie urzędowała także rada, targiem,
gdzie cały czas go zaczepiano. Gdziekolwiek podszedł, kupcy sami próbowali mu
coś wcisnąć.


- Woalki! – Złapał go jeden za ramię. – Każdy takiej
potrzebuje! Każda kobieta będzie szczęśliwa jak jej to kupisz.


- Dziękuję. – Próbował się od niej uwolnić.

- Wybranka serca nie daruje ci, tego, że poskąpiłeś na
nią pięciu denarów. Prawdziwa okazja, taniej nie znajdziesz!


- Nie mam wybranki serca. – Odrzekł szczerze kapłan.

- To w takim razie za trzy denary i jest twoje!

- Nie chcę tego… ­– Nie
odczepią się…


- Chcesz mnie puścić z torbami!? – Irytował się kupiec. –
Co ja do garnka włożę! – I wizualnie pokazał palcem, że musi coś mieć do
włożenia do ust. – No nic, dwa denary, to moje ostatnie słowo!


- Nie potrzebuję tego… – Mówił bezsilnie Shivan.

- Twardy zawodnik z ciebie. Denar i po zawodach.

- Denar? Chciałeś mi sprzedać to za pięć! – Zirytował się
kapłan.


- To jest warte więcej niż denar? Nie wiem dlaczego to
robię, ale za pół denara dam ci to i nigdy więcej nie będziemy robić interesów,
wiesz jestem człowiekiem honoru i choć mi się to nie opłaca, sprzedam ci za pół
denara, ale nie możesz o tym nikomu powiedzieć…


            Zmęczony
elf wyszedł z targu z kilkoma woalkami, sandałami, turbanem, fajką i jeszcze
jakimiś wisiorkami. Miał dość tego targu i nachalności tutejszych kupców, ale
inne dzielnice były jeszcze gorsze, bynajmniej nie tylko ze względu na
złodziei, ale przede wszystkim na biedę. Mieszkający tu ludzie, a także
uchodźcy różnych ras nie mieli co jeść, umierali z głodu, często na ulicach.
Widział grube brzuchy dzieci, które nie były w stanie juz nic jeść, odchodziły
w cierpieniu z Miscle. Czy to tylko i
wyłącznie wina wojny? Czy zaiste brakuje jedzenia, czy raczej woli by
wszystkich nakarmić?


            Po
południu wraz z przyjaciółmi znajdował się już w pałacu szejka, w jednej z
dużych sal, gdzie ustawiono kilka stołów połączonych razem. Zasiadała tu rada
Sojuszu. Pięć osób, dwie z nich rozpoznał, był to Lokka-Thon i Lorien. Był też
przedstawiciel krasnoludów, ludzi, zapewne szejk, oraz niziołków. Z boku
siedzieli doradcy rady, wśród nich znajdowali się Tveskæg i Cabtree, ale także
Lokutus.


            Shivan,
Erlan i jąkający się Dyzio opowiedzieli od początku do końca wszystko, co
wiedzieli o Iluminarach i Mrocznych Elfach, gdzie ich spotkali, co widzieli, co
zdziałali i jak to odbierali. Nie unikali szczegółów, nawet tych niezbyt
chlubnych, teraz jednak nikogo to nie interesowało. I tak byli bohaterami,
którzy doprowadzili nie tylko do uwolnienia więźniów z obozu Hassan, ale także
do ujawnienia prawdy na jego temat. Ich przygody budziły zainteresowanie, do
tego stopnia, że po pierwszej zarządzonej przerwie do sali weszło jeszcze
więcej osób, by słuchać ich opowieści, a na korytarzach plotkowano o nich.
Następnego dnia, Erlan, Dyzio i Shivan, byli już znani praktycznie w całym
mieście, choć może nie z twarzy, ale nie było nikogo, kto by o nich nie
słyszał. Stali się symbolem walki z Moredhelami, nadzieją, bohaterami, których
tak bardzo potrzebowano.


            Jedyną
rzeczą, którą pominięto na sesji ogólnej, acz po krótkiej rozmowie z
Lokka-Thonem i Lorien, była Księga Makr. Byłoby zuchwalstwem uważać, że
Mroczniaki nie mają swych szpicli wśród członków Sojuszu, a ta informacja,
mogła za bardzo podziałać im na wyobraźnie. Gdyby jeszcze nie szukali tego
artefaktu, z pewnością by ich zainspirowano. Gdy skończyli, ktoś na sali zaczął
bić brawo. Chwilę potem wstawali kolejni i dołączali się, także członkowie
samej rady. Aplauz i wiwaty trwały dobrych kilka minut, dopiero potem
Lokka-Thon podniósł swą rękę by uciszyć tłum.


- Informację, które nam dostarczyliście mają niezwykłą
wartość. Dotychczas walczyliśmy z widmowym zagrożeniem, wrogiem, którego
potrafiliśmy nazwać, ale nie potrafiliśmy go pojąć. Nadal pewnie go nie
ogarniamy, acz dzięki tej sesji z pewnością jesteśmy o krok, a może nawet kilka
kroków do zrozumienia naszych przeciwników. Teraz należy wam się zasłużony
odpoczynek, przynajmniej przez parę dni, potem mam nadzieję, że znajdziecie
czas i chęci by dalej wspierać nas swym mieczem i radą.


- Natomiast ja – wtrąciła się Lorien – chciałam uzupełnić
kilka faktów historycznych, które nie wszyscy mogą wiedzieć. Szczególnie smutną
informacją, którą dziś tu usłyszałam, to tak zwani konwertyci. Widać, przez
wieki elfowie niewiele się zmieniły. W czasach Kompanii Chaosu, gdy wiele ras
było uciskanych, część elfów kierujących się przede wszystkim własnym
interesem, wybrał konformizm. Przyłączyło się do Hegemonii, stając się jej
lojalnymi oficerami, sługami bogów Choasu w zamian za stanowiska, wyższe
miejsce w drabinie społecznej i względny spokój. Bardzo długo wierzyliśmy, że
zdeterminowała to ich aura, ciemniejsza, mroczniejsza, to od niej nazwano ich
Mrocznymi Elfami. Ale teraz wiemy, że to nie aura wybrała ich, a oni ją. Dziś
istnieją elfowie, którzy dołączają do Rodryka, z różnych względów, jedni są
przymuszeni, inni wolą luksusy i pozycję i łatwo po nią sięgają.
Przesłuchiwałam dziś barona El-randa, jego aura się nie zmieniła. Nadal nie
odbieramy go jako Mrocznego Elfa, tylko jednego z nas, a to jest bardzo
niepokojące, gdyż nawet my nie potrafimy odróżnić wroga od przyjaciela.
Błądzimy jak dzieci, które nie nauczyły się jeszcze rozróżniać kształtów.
Najgorsze jest to, że historia winna nas najbardziej nauczyć, iż fałszywy
konformizm pewnego dnia się zemści. Tak jak Uroboros, który poprowadził siły
reptilionów i zoatów oraz wielu innych ras przeciw Kompanii, obalił ją i
stworzył podwaliny Reptilium. Rozliczył się także ze zdradzieckimi elfami,
wygnał je na wschód jak mówiły bardzo stare legendy, albo na zachód, jak
wskazują obecne źródła. To akurat nie jest ważne. Ważne jest to, że rozdzielił
naszą rasę na dwie części, tę mroczną i tę jasną. Moredhele opuściły Stary
Świat, swą ojczyznę i od setek lat przygotowywały się do powrotu i zemsty. Dziś
obserwujemy jej skutki. Bardzo bolesne. Tym bardziej boli to, że są elfowie,
którzy się do nich przyłączają. Jednak jest i druga strona medalu, skoro wiemy
definitywnie, że aura nie jest częścią podziału na dobrych i złych, jestem
pewna, że istnieją też Mroczne Elfy, które staną po naszej stronie. Które
przeciwstawią się krwawej tyranii Rodryka Szalonego. Tylko, czy my będziemy
potrafili ich przyjąć i wysłuchać.

Komentowanie nie jest możliwe :, więcej...

stat4u <!-- s4uext=s4upl(); document.write('stat4u') //--> stat4u

Blogroll

Kilka bardzo polecanych stron...