orthank blog

Tag: altburg

CCLXXXII.

przez , 25.mar.2011, w Bez kategorii

Upadek Bożych
Marchii był tylko i wyłącznie kwestią czasu. Bez Anzelma, który zniknął bez
śladu, całe państwo nie miało racji bytu. W ciągu dwóch miesięcy wojna nie
tylko się skończyła, ale mało kto o niej pamiętał.

Wyjątkiem
był oczywiście Gustav Van Halen, który sam chętnie roznosił plotki o swoim
bohaterskim wyczynie, o tym jak poderwał do boju armię i zdobył twierdzę,
podczas gdy inni zajmowali się Anzelmem. W królewskich koszarach budził podziw,
szybko został awansowany do stopnia kapitana i brylował na dworze. Nawet
generałowie wróżyli mu świetlaną przyszłość, dzielny, bohaterski i jeszcze w
miarę oczytany. Musiał się tylko poduczyć strategii i taktyki i będzie kiedyś
wspaniałym dowódcą. Jemu samemu to jak najbardziej odpowiadało, zwłaszcza gdy
wrócił do Altburga. Miał swój oddział i póki, co nie musiał kompletnie nic
robić, poza trzymaniem dyscypliny i utrzymaniem gotowości bojowej. W koszarach
bardzo mu to odpowiadało.

Do
czasu, gdy został wezwany na audiencję do króla.

-
Pewnie awansik się szykuje. – Mówił swoim podwładnym. – Wrogów obecnie nie
mamy, więc wątpię w zbrojną misję. No chyba, że zaatakujemy Kongregację.

I
faktycznie, w ciągu niecałego roku od śmierci króla Uthera, ostatniego z
Rassarów Imperium znów stało się silne i potężne. Drugie Imperium i Boże
Marchie zostały ponownie przyłączone do państwa, a renegatów wybito. Podobnie
wyglądało to w innych państwach. Wyglądało na to, że klątwa Wojny w końcu
dobiegła końca. Owszem Front nadal dawał o sobie znać, lecz wraz z upadkiem
państwa Anzelma II, fanatyczni terroryści również opadli z sił. A Ferdynand I
im nie odpuszczał.

I
właśnie misji przeciw nim najbardziej obawiał się Gustav. Tym razem nie upiecze się już tak łatwo.

W
pałacu królewskim, monarcha zaprosił go na obiad w prywatnych kwaterach. Przy
stole siedzieli już Larandar, Mirak, Ishet i Brig.

-
Jak mniemam, kapitana Van Halena pamiętacie. – Zagadnął król.

-
Oczywiście, trudno go zapomnieć. – Uśmiechnął się elf.

-
I ten zapach. – Dodała chłopka.

Kapitan
znów się spocił z nerwów. Nie, tylko nie
to! Znowu jakaś pieprzona misja! O kurwa!


-
Usiądź i częstuj się. – Zaproponował władca.

-
Dziękuję wasza wysokość. – Skąpiec, tyle
żarcia a on mi się każe jedynie poczęstować.


Van
Halen usiadł przy stole i nałożył sobie jedynie trochę jedzenia z suto
zastawionego stołu. Ślinka mu ciekła, ale wolał nie podpadać władcy. Choć może wtedy by mnie nie wysłał na misję?

-
Kapitan Van Halen będzie wam towarzyszył w nowej misji. – Oznajmił król.

-
Wspaniale. – Mruknął pod nosem Gustav, lecz gdy się zorientował, że wymsknął mu
się sarkazm, natychmiast się poprawił. – Dwa miesiące w koszarach są dobre, ale
żołnierze potrzebują wyzwań. Kilku nawet zastanawiało się czy nie najechać
Kisjeviu.

-
Słucham? – Zdziwił się Ferdynand.

-
Wie wasza wysokość, takie bajdurzenia chłopaków. Potrzebują dać upust swoim
emocjom. Chcą walczyć. Sorrou jest dobry dla kompanii, ale jak ktoś myśli o
wojnie, to Kisjev byłby wyzwaniem. Jednak proszę nie traktować ich słów zbyt
poważnie, w pełni ich kontroluję. Nie zaatakują bez rozkazu. – Kłamał jak z nut
kapitan.

-
Dobrze, w takim razie przedstawię wam szczegóły.

Król
wstał i podszedł do mapy Starego Świata, która wisiała na ścianie.

-
Jeszcze rok temu, to wszystko było pogrążone w chaosie. Nic nie wskazywało, że
nasze państwa mogą współdziałać. Wygląda na to, że po raz pierwszy, nie licząc
Wojny, będziemy działać razem. W zeszłym tygodniu, nowy monarcha Zjednoczonego
Królestwa Estelionu, Juan Rodriguez podpisał aneks do sojuszu. Tym samym
dziesięć państw naszego kontynentu, czyli Imperium, Kisiejv, Gaskonia i
Galocja, Irlenia, Interia, Unterdam, Dark Water, Kakofon, Therionia i właśnie
Estelion, razem przystępują do wojny przeciw wspólnemu wrogowi. Temu samemu,
który zjednoczył nam wcześniej, czyli Moredhelom.

-
Moredhelom? – Zdziwił się Van Halen. O
kurwa!
– Oni znowu coś planują?

-
Tego nie wiemy. To będzie atak prewencyjny na ich ziemię. – Kontynuował król. –
Przypuszczamy, że są równie osłabieni jak my. Prawdopodobnie nawet bardziej, bo
nie wykorzystali naszej słabości.

-
Mamy ich najechać? – Zapytał Brig.

-
Oficjalnie tak. Temu służy sojusz. Chcemy zniszczyć wroga jeszcze w zarodku.
Zabezpieczyć się przed ich kolejnym atakiem. To jest Druga Wojna Moredhelska,
tym razem jednak odbędzie się na ich ziemiach. Pamiętajcie, że nie wiemy, co
tam się znajduje. Nie mamy pojęcia o siłach wroga.

-
Jeśli się przekalkulowaliśmy, – zauważył elf. – To będzie to samobójstwo.

-
Prawdę mówiąc wielką nadzieję pokładam w tym, co widzieliście w stoli
Moredheli.

-
Byliście w stolicy Mrocznych Elfów? – Zdziwił się Van Halen.

-
W tym, co z niej zostało. – Rzucił Mirak.

-
Z Bestwinki zostało więcej! – Uśmiechnęła się Ishet.

-
Ale jak? – Nie mógł uwierzyć kapitan.

-
Magia, ale starego elfa. – Rzekł fechmistrz. – Opowiem przy okazji. – Następnie
zwrócił się do króla. – A co jest nieoficjalnym powodem?

- Kolonizacja. Oprócz
żołnierzy wyślemy też iluś cywili i będziemy zakładać osady. Nikt nie wie, co
znajdziemy na ziemiach Mroczniaków. Jakie skarby, jakie metale, jakie
technologie. Wiemy, że to dość spore ziemie. Jeśli z ich państwa coś zostało,
to może będzie się trzeba z nimi dogadać. Ale wcześniej musimy wyrwać jak
najwięcej dla siebie. Tak wiedzy jak i ziemi. Nowy kontynent zmieni rozkład
sił. Sojusz jest zawarty, ale to dość kruche przymierze. Póki mamy widmo wroga,
walczymy razem. Później będziemy konkurować. Dlatego bardzo mi zależy na tej
misji. Chcę byście popłynęli na zachód i dopilnowali interesów Imperium.

Komentowanie nie jest możliwe : więcej...

CCLXX.

przez , 08.mar.2011, w Bez kategorii

Kareta, którą
szykowano przy twierdzy Drangorna przerażała Gustava. Nie miał on jakiś żadnych
dziwnych lęków, jednak przede wszystkim przytłaczała go sytuacja. Van Halen
pochodził ze zubożałej szlachty z Unterdamu, która przeniosła się do Imperium
wybierając kupieckie życie. Ale jak do wszystkiego, także i do handlu trzeba
mieć smykałkę. Jego rodzice ledwo wiązali koniec z końcem, więc załatwienie synowi
posady w królewskim pałacu, wydało im się strzałem w dziesiątkę. Początkowo
zresztą też odpowiadało Gustavowi. Ostatnie dwanaście lat spędził w mundurze w
królewskim pałacu, pełniąc rolę strażnika. Nosił mundur, zbroję, i stał przed
komnatą zagradzając doń wejścia. Nic, co wymagałaby umiejętności czy zwinności.
Sam zaś, od najmłodszych lat miał problem z pewną nadwagą, przez co nigdy nie
przepadał za wysiłkiem fizycznym.

Prawdopodobnie
zostałby jednym z wielu strażników, którzy wegetują całe życie w zamku, gdyby
nie to, że umiał pisać. To sprawiło, że szybko został jednym z ważniejszych
przybocznych. Zwłaszcza odkąd w Altburgu przebywał arcyksiążę Ferdynand, obecny
król. On czasem potrzebował, by strażnicy zapisali coś, co im kazał, lub
przeczytali coś.

Tak
oto Van Halen trafił bezpośrednio pod skrzydła kanclerza. I nie narzekał.
Dobrze płacili, mało wymagali, robota była bezpieczna, a towarzystwo całkiem
przyjemne. Oczywiście mowa o strażnikach i jego przyjacielu Ragnevie Klebie,
który okazał się być doskonałym kompanem we wszelkich zabawach po pracy.
Jedynie musieli uważać, by nie przyjść na służbę w stanie wskazującym na
spożycie, bo obecny król, jak typowy pracoholik nie potrafił zrozumieć potrzeby
wyszalenia się.

Gustav
nie zareagował, gdy awansowano jego przyjaciela. Uznał, że Kleb sam tego
chciał, w końcu wiele razy mówił, że już ma dość tego zamku. Van Halen zajął
jego miejsce i od kilku miesięcy był dowódcą przybocznej gwardii samego króla.
Odpowiadało mu to. Owszem musieli dbać o bezpieczeństwo, ale przynajmniej
ludzie go szanowali. Sam zresztą nie raz udowadniał oddanie wobec władcy, gdy
na wszelkiego rodzaju ucztach próbował jego jedzenie. Oczywiście zawsze
kosztował słodkości. Wybierał sobie całkiem spore porcje, mówiąc, że jeden kęs
nie wystarczy. I jeszcze popijał to najznakomitszym winem. Ta praca bardzo mu
się podobała, zwłaszcza, że Ferdynand był przeczulony na punkcie swego
bezpieczeństwa, więc nie wywijał im dziwnych numerów.

Sierżant
tylko nie wpadł na pomysł, że jego sielanka może się skończyć w taki sposób.
Władca musiał łyknąć te wszystkie gadki o oddaniu i postanowił docenić
żołnierza, awansując go. Ragnev pewnie
tak samo miał.


I
tu zaczynały się problemy. Van Halen nie miał bladego pojęcia o technikach
wojskowych, dowodzeniu żołnierzami na polu, ba nawet w walce był słaby. Umiał
stać na baczność, zagradzać drogę halabardą i sprawiać wrażenie osoby, która
nad wszystkim panuje. Sprawiać wrażenie.
Wyślą mnie na jakieś zadupie, to straszliwego maga w kapłańskich ciuszkach!
Kurwa!


Rozejrzał
się, po swoich podwładnych.

-
Co się głupi śmiejesz! – Ryknął na jednego. – Zaraz inspekcja przyjdzie, a ty
tłumoku! Kto was uczył drylu! Ze mną nie będziecie mieli tak łatwo.

Musiał
sobie wyrobić posłuch. Cieszył się tylko, że ci żołnierze go jeszcze nie znali.
Ciężko to widzę, ciężko.

Mirak
zszedł pierwszy z twierdzy i zaczął się ładować do karety. Chwilę później
zszedł do niego elf, który przywitał się z Gustavem.

-
Ostatnio nie mieliśmy szczęścia do służących nam oficerów. Zbyt szybko ginęli.

-
Coś takiego. – Rzucił spokojnie Van Halen. Kurwa,
klątwa jakaś! Zwolnijcie mnie.


Spojrzał
na swoich żołnierzy. Musiał zachować twarz.

-
A żołnierze przeżyli? – Zapytał na głos. Oby
nie.


-
Większość nie. Mieliśmy ciężkie starcia.

-
Słyszeliście huncwoty? Który chce teraz zdezerterować? To nie jest kompania
honorowa, jak wam się wydawało. – Potem zwrócił się do elfa i powiedział
ciszej. – Może nie mówmy tak dużo o śmiertelności, żeby nie spadło nam morale.
Elita to, to nie jest, ale wprowadzę im taki dryl, że będą.

Kapłan
uśmiechnął się i wrócił do maga.

-
Wiesz, czytałem ostatnio księgę Hakirusa.

-
Nie mów, że jakąś księgę magiczną przeczytałeś. – Ironizował elf.

-
Znalazłem tam kilka wielce ciekawych czarów, na przykład takie, które pozwalają
oglądać, co kobiety mają pod ubraniem.

-
Chodzi o wykrywanie broni? – Zapytał fechmistrz.

-
Nie. O podglądanie.

-
To jak się takimi rzeczami zajmujecie, to nie dziwię się, że Gildia ledwo
zipie.

Potem
z góry zeszli Ishet i Brig. Zapakowali się do powozu, a Van Halen wydał rozkaz
wymarszu.

Gdy
przechodzili przez miasto, minęli przecznicę, przy której doszło do wybuchu.
Kolejny zamach terrorystyczny Frontu. Oni sobie nie odpuścili. Wręcz
przeciwnie, odkąd trwały walki z Drugim Imperium, frontyści walczyli wszędzie,
jeszcze bardziej fanatycznie.

Żaden
z żołnierzy jednak nie zareagował. Przywykli do wybuchów. Podobnie jak
pasażerowie karety. Jedynie Van Halen się bał. Owszem widział, co się stało na
placu Kronberga, ale nigdy nie był tak blisko samego zamachu. Wiedział tylko,
że nie może po sobie dać znać. Zachował kamienną twarz i jeszcze zganił
podwładnych.

- Wybuchu nie
widzieliście? Na wojnę idziecie, przyzwyczajcie się.

Komentowanie nie jest możliwe : więcej...

CCLXIX.

przez , 07.mar.2011, w Bez kategorii

Kanclerz Zesteus
poderwał się na równe nogi, gdy sierżant Van Halen poprosił Wielkiego Teokratę
do królewskiej komnaty.

-
Król prosił samego Wielkiego Teokratę. – Rzucił ostro Gustav.

Kanclerz
nie był z tego powodu zadowolony.

Gerhard
III również, pół dnia spędził na oczekiwaniu na drugie tego dnia spotkanie.
Ferdynand I kazał mu zaczekać, aż go wezwie. Owszem był królem, mógł mieć
milion powodów, by tak zrobić, ale to było trochę nie kulturalne.

W
izbie, poza królem znajdowali się już Ishet, Mirak, Brig i Larandar.

-
Usiądźcie. – Rzucił król. – Ty również Gustavie.

-
Ja, wasza wysokość? – Zdziwił się sierżant.

-
Sierżancie Van Halen, dostajecie awans, na razie bez zmiany stopnia. Będziecie
dowodzić przybocznymi tej czwórki, podczas najbliższej misji.

-
Wspaniale. Dziękuję wasza wysokość. – Odpowiedział sierżant. Kurwa mać, trzeba pryskać! Na front mnie
wysyłają! Dupa zbita!


-
Skoro jesteśmy tu już wszyscy.

Władca
wstał i rozwinął mapę.

-
Boże Marchie wycofały większość swych sił do jednego miejsca. Do twierdzy,
którą nazwali Festung Zigmar. – Oznajmił.

-
Nie spotkałem się nigdy z tą nazwą. – Zauważył Larandar.

-
Jak się ślęczy na modlitwach, to tak jest. – Rzuciła Ishet.

-
To nie jest kwestia modlitw. – Poprawił ją król. – O tej twierdzy wszyscy wiemy
wyjątkowo mało. Poza tym, że jeszcze cztery miesiące temu nie istniała.

-
Nie istniała? – Zdziwił się Mirak.

-
Czyli to raczej jakaś drewniana zabudowa? – Dopytywał Brig.

-
Właśnie nie. To potężna twierdza, w której Anzlem będzie mógł się bronić
miesiącami, a nawet latami. Dlatego chcę tam wysłać was.

-
Jako posłańców? – Zapytał przerażony Van Halen.

Ferdynand
jednak nie odpowiedział.

-
Chyba nie chcecie pozbyć się Anzelma? – Zdziwił się przerażony Gerhard. – Jeśli
tak, to proszę o przemyślenie tej sprawy. To wszystko skomplikuje.

-
Zabić dziada! – Krzyknęła Ishet.

-
Iluminari to nasza specjalność. – Żartował sobie Bregsorn.

-
Czemu od razu tak brutalnie, może po dobroci da się załatwić. – Proponował
Gustav. Mnie na front? A mama mówiła, idź
do straży pałacowej, będziesz miał spokój, nawet jak wybuchnie wojna! Tylko
akurat musieli mnie awansować.


Król
tylko spiorunował wzrokiem Van Halena i ten przestał się odzywać.

-
Powiem tak – ciągnął Wielki Teokrata. – Śmierć Anzelma II tylko pozornie
przyniesie nam korzyści. Natomiast w dłuższym okresie, obawiam się, że stracimy
na tym wszyscy. Jesteśmy tu sami, więc powiem jeszcze raz. Zigmar nigdy się do
mnie nie odezwał. Ani do nikogo z kapłanów, których znam. Tych, co do których
jestem pewien szczerości ich intencji.

Bregsorn
spojrzał na niego. W głowie łaziła mu myśl, czy tak samo mają kapłani Marenama,
u których pobierał nauki.

-
Coś się stało z Zigmarem, a my nie mamy pojęcia co.

-
Może to kwestia, że Rassarowie zasiadali na tronie? – Zapytał zaciekawiony Van
Halen. Szybko jednak ugryzł się w język, by nie podpaść królowi. – Tak tylko
pytam, nic nie insynuuję.

-
Obawiam się, że to kwestia innego rodzaju. Zigmarianie sprzeniewierzyli się. Hugonoci.
Historii opata Hugona nie będę przytaczał. Jednak jest u nas dość często
powtarzana. I nie mówię tylko o opowiadaniu jej. Ale o kapłanach, którzy
wykorzystują swą funkcję. To była zmora jeszcze przed Wojną.

-
Pierwszą Wojną. – Poprawił go Mirak.

-
Pierwszą Wojną, ale i przed Drugą. – Kontynuował Wielki Teokrata. – Boje się,
że zabicie Anzelma uczyni z niego męczennika. Lepiej byłoby go skompromitować.
Jednak jeśli jako Antyteokrata, zostanie zamordowany, nawet jeśli rozbijemy
Boże Marchie, stanie się ikoną Frontu. Bandy renegatów i ich małe państewka
udało się załatwić, Frontu jednak nie zwalczy żaden sojusz.

-
Czy jest jeszcze coś, co powinniśmy wiedzieć o Bożych Marchiach? – Zapytał
władca.

-
Kościół Zigmara jest podzielony. Bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Boję się
zaognienia sytuacji. – Przyznał Gerhard III. – Nie chciałbym doprowadzić do
otwartej schizmy, czy walki.

-
Schizma już nastąpiła. – Oznajmił król. – I wojna, połączona z buntem. To, że
nie spieracie się o sprawy doktrynalne, to tylko i wyłącznie zasługa tego, że
Anzlem wie co robi. Łatwiej jest zmienić zwierzchnika, niż element wiary.

-
W takim razie, chyba nie mam nić więcej do dodania.

-
To dziękuję eminencjo. Nie będziesz nam już potrzebny. – Powiedział Ferdynand.

Czekali
tylko, aż wyszedł. Wtedy król rzekł.

-
Rozumiem obawy Wielkiego Teokraty, ale Anzelm jest zbyt dużym zagrożeniem.
Wątpię, by udało wam się łatwo zdobyć twierdzę. Walka może trwać miesiącami, a
nam zależy na czasie. Dlatego chcę byście przeniknęli do Festung Zigmar i jeśli
się uda, zlikwidowali Anzelma.

Gustav tylko przełknął
głośno ślinę. Kurwa, ale wpadłem!

Komentowanie nie jest możliwe : więcej...

CCLXVII.

przez , 05.mar.2011, w Bez kategorii

Pół roku to bardzo
dużo, i bardzo mało.

Kongres
Altburski zakończył się. Zawiązano na nim sojusz, który miał poprowadzić siły
Starego Świata przeciw państwu Moredheli. Stocznie Unterdamu, Irlenii, Gaskonii
i Galocji, Interii czy Estilionu pracowały pełną parą. Pozostałe kraje również
zbierały swoje siły. Jednak pierwszym i najważniejszym postanowieniem sojuszu
była wspólna walka z renegatami.

Drugie
Imperium ostatecznie upadło. Jego resztki sił zostały rozbite dwa miesiące temu
podczas bitwy o Duskandale. Formalnie jednak nigdy się nie poddało. Ci, którzy
nadal pozostali mu wierni, złożyli przysięgę wierności Bożym Marchiom i
Anzelmowi, ostatniemu państwu, które wywoływało konflikty na Starym Świecie.
Obecnie siły dawnych Frontystów były okrążone ze wszystkich stron, lecz walka
wciąż pozostawała nierozstrzygnięta. Dopiero po upadku Anzelma będzie można
przystąpić do właściwiej Drugiej Wojny Moredhelskiej, jak ją zaczęto nazywać.

Teraz
jednak polityka nie miała większego znaczenia, chociaż król osobiście
przyjechał na uroczystości prymicyjne, które odbywały się w katedrze Urlyka. Całości
ceremonii przewodniczył kardynał Gustav von Jörge, ale zgromadzonych gości
przyszło dużo. Wielu wojskowych i innych możnowładców.

Larandar
i jego towarzysze nie byli już tylko tajną drużyną księcia do zadań
specjalnych. Byli oficjalnymi wysłannikami króla Ferdynanda I, mieli posłuch na
dworze, z którym musiał się liczyć nawet kanclerz Zesteus. Ten popadł ostatnio
w niełaskę u monarchy, gdy próbował uknuć spisek mający na celu osłabienie pozycji
elfa. Tyle, że władca rozgryzł zamiary bardzo szybko. Wiedział też, że kanclerz
jest bardzo zazdrosny, że nie może rozmawiać z królem, kiedy tylko zechce, w
przeciwieństwie do fechmistrza i jego przyjaciół. A jeszcze bardziej irytowało
Zesteusa to, że Fedrynand mając czasem dość dworskich intryg i atmosfery
wymykał się do twierdzy Drangorna, by chwilę odpocząć w gronie swoich zaufanych
przyjaciół. Po dworze krążyły plotki, że są cała piątka to członkowie jakiejś
sekty bądź tajnego stowarzyszenia, co oczywiście było przetworzeniem informacji
o Iluminarich. Wieści jednak roznosiły się same, a władca zdawał się lepiej
rozumieć ograniczenia tronu. Był bardzo zadowolony, że kiedyś podarował im tę
twierdzę, obecnie stanowiła dla niego także drogę ucieczki.

Po
pół roku trudno było stwierdzić, czy Ferdynand jest dobrym władcą, nastały
ciężkie czasy, a wojna nabrała na sile. Widać jednak było jej efekty, choć czas
na ich ocenę nastąpi dopiero za parę lat. Pierwszy z dynastii Hossenów, był
bardzo ostrożny w komentarzach. Doskonale pamiętał, jak odbierano ongiś
Rassarów, jako wybawców, tylko po to, by później uznać ich za fałszywych
władców, którzy niesłusznie zajęli miejsce należne potomkom Zigmara.

Ishet,
która z Brigiem i Mirakiem siedzieli w pierwszej ławce rozglądała się po
świątyni. Sama nie mogła się nadziwić, że kanclerz był dla nich taki miły.

-
Coś knuje. – Rzuciła tylko magowi.

I
knuł. Starał się popisać przed jego wysokością, że jest zaprzyjaźniony z
rzeczową trójką. Na szczęście poza nim, w katedrze znalazło się też kilku
innych przyjaciół. W tym Gerhard III, Wielki Teokrata, rektor Jörg Grass, czy
nawet stary, dobry bosman. Brig zastanawiał się chwilę, jakim cudem wkręcił się
on w tak dobre miejsce, ale zrozumiał, że kto jak kto, ale Eberhard miał wtyki
wszędzie. Z tego głównie żył i nigdy sobie nie żałował.

Krasnolud
również rozglądał się po tłumie, lecz jego oczy zatrzymały się na chórze. Przez
chwilę zdębiał.

-
LeFevre? – Wymamrotał.

-
Nie gadaj. – Pouczył go czarodziej. – Teraz jest chwila skupienia i ciszy.

-
Klękamy. – Rzuciła im Ishet.

I
faktycznie wszyscy uklękli, śpiewając pieśń ku czci Urlyka. Oczywiście poza
jego wyznawcami, nikt nie znał wszystkich siedemnastu zwrotek.

Dopiero
po nich, kardynał von Jörge wstał, odwrócił się do elfa i rzekł.

-
Larandaru, bracie w wierze, wierny sługo Urlyka, wstań i służ swemu panu. Walcz
w jego imię, lecz wojuj nie tylko mieczem, ale i umysłem i słowem.

-
Tak mi dopomóż Urlyku. – Odrzekł fechmistrz wstając.

-
Przyjmuję ciebie w poczet kapłanów naszego pana. Służ mu wiernie, a on niech
wynagrodzi cię łaskami i pomyślnością.

Ceremonia
oficjalna była zakończona. Kardynał udzielił końcowego błogosławieństwa nowemu
kapłanowi, a ten odwrócił się do zgromadzonych w świątyni i im pobłogosławił.

Potem
nastąpiło pewne rozprężenie. Do Larandara podeszło wiele osób z gratulacjami.
Król zaś podszedł do Ishet, Miraka i Briga.

-
Dzisiejszy dzień jest dla was. Świętujcie i przekażcie moje uznanie. –
Uśmiechnął się. – Ale jutro, wracamy do pracy. Oczekuję was w moim prywatnym
gabinecie.

Rozmowa
bez świadków. Tak lubił dyskutować. Wtedy też wydawał dokładne precyzyjne
instrukcje, których nie zamierzał nigdzie zapisywać.

-
Oczywiście, wasza wysokość. – Odparł krasnolud. – O której godzinie.

- To zależy od was.
Przed południem ma do mnie przyjść Wielki Teokrata, nie każcie mu zbyt długo
czekać. Będzie nam towarzyszył w rozmowie.

Komentowanie nie jest możliwe : więcej...

CCLXVI.

przez , 03.mar.2011, w Bez kategorii

Kongres Altburski
nadal toczył się swoim torem. Larandar nawet nie próbował dowiadywać się jak
wygląda obecnie sytuacja. Wszystko szło małymi kroczkami do przodu.

Król
Ferdynand jednak był zdecydowanie bardziej zainteresowany tym, co się działo w
Wale Rassara. Prawie natychmiast kazał wysłać tam dodatkowe siły, oraz kilka
oddziałów do wyłapania zębaczy.

Elf
zaś szybko odwiedził także Shlayan, gdzie uleczono Miraka. Młody czarodziej
dopiero teraz dowiedział się o śmierci Hakirusa i zrobiło mu się z tego powodu
przykro.

-
Jeszcze nie koniec walki. – Powiedział fechmistrz. – Musimy uratować Briga.

Z
nim nie było już tak trudno. Musieli tylko dotrzeć do pałacu, choć nie zanieśli
tam krasnoluda. Ishet i strażnicy pilnowali go w twierdzy Drangorna.

Za
to w kantynie w pałacu królewskim siedział sobie Erlan i popijał kolejne wino.

-
Coraz gorzej się czuję. – Mówił do siebie. – Ktoś tu mi czegoś dosypuje.

-
Mamy pewien problem. – Zaczął Larandar.

-
Dawno was nie było, zamiast się spokojnie napić, pogadać o życiu, od razu tak z
grubej rury.

-
To elf… – Rzucił Mirak, lecz natychmiast się zaczerwienił. – Urodzony po
Wojnie.

-
Wojna, nie Wojna, zasady muszą być. Wpierw stawiacie, potem gadacie. – Oznajmił
im arcymag. – Nie ma bata, nie ma wyjątków.

Fechmistrz
przyniósł kilka win. Postawił je na stole, w tym momencie do izby wszedł też
Shivan.

-
W samą porę. – Rzucił pod nosem Mirak.

-
Kolejny niewychowany elf, tyle że urodzony przed Wojną. – Ironizował Erlan.

Kapłan
przywitał się i dosiadł do nich. Zamówił też sobie kromkę suchego chleba i
wodę.

-
Mamy problem z przyjacielem.

-
Przyjaciele to problem, czasem nawet większy niż wrogowie. – Powiedział arcymag.
– Kiedyś słyszałem dobrą radę, zaprzyjaźnij się z wrogami i wojuj z
przyjaciółmi, mniej nerwów.

-
Ty ją wprowadzasz w życie, – zauważył Shivan – z drobną korektą. Spijaj wrogów,
uprzykrzaj życie przyjaciołom.

-
Nie czepiajmy się szczegółów. Oni potrzebują naszej pomocy, a ty jak zwykle
szukasz tylko problemów.

-
Nasz przyjaciel, krasnolud Brig. – Kontynuował fechmistrz.

-
Ten, co się bał Iluminarich? – Przypominał sobie arcymag.

-
Ten sam. Otóż, walczyliśmy z Janusem, Iluminari i Moredhel. Zabiliśmy go, ale
wtedy wyszedł z innego pokoju, jako inna osoba. Opętał ją. Zabiliśmy ją, wtedy
opętał Briga.

-
To macie przejebane… Utopcie go. – Zaproponował Erlan. – Odcięliście mu już
język?

-
Chcielibyśmy go uratować. – Rzucił młody czarodziej. – Znaczy krasnoluda, nie
Janusa.

-
Przypomina mi to starą sprawę, ale chyba się nie da z tym nic zrobić. –
Zastanawiał się głośno arcymag.

-
Da się. Ja to już zrobiłem. Sam kiedyś przeniosłem swą duszę…

-
Esencję życia i umysłu, używajmy naukowych terminów. – Poprawił go Erlan. –
Choć niezbyt wierzę w te twoje bajeczki.

-
To było tej nocy, w której walczyliśmy z demonami. Jeden mnie zabił, ale
przeniosłem w porę swoją esencję życia i umysłu do innego ciała. Przypadkowego.
Potem wróciłem do swojego, więc wydaje mi się, że wiem jak wam pomóc.

-
Będziemy musieli wyjść z pałacu. – Oznajmił Larandar.

-
Dobrze, męczy mnie już ten Kongres.

-
Mnie też. – Dodał arcymag. – I skoro ty stąd znikasz, to ja wracam na Narshę.

Fechmistrz
pożegnał się a Erlanem, a z Shivanem umówił, że zgarną go pod wieczór.
Pozwolili dwóm przyjaciołom jeszcze pogadać bez świadków.

Wieczorem
zabrali kapłana do twierdzy, gdzie szybko przeprowadził egzorcyzm.

-
Walka z opętanymi przez demony jest o wiele trudniejsza. – Oznajmił. – To było
proste. Musimy tylko pomyśleć, co z tym zrobić.

Pokazał
im małą buteleczkę.

-
To dusza i umysł Janusa. Erlan też by potrafił to zrobić, gdyby tylko pomyślał
o kradzeniu umysłu.

-
Gdzie ja jestem? – Zapytał Brig, który dochodził do siebie. – Co się stało z
moimi rękoma! I nogami!

Rankiem
zaprowadzili krasnoluda do Shlayan, a po południu wraz z Shivanem wyruszyli do
miejsca, które on zamierzał odwiedzić. Nad jezioro Mere Gyrn. Pradawne,
legendarne, w którym rzekomo spoczywała bogini Jeanny.

-
Pani jeziora, tak mówią. – Oświadczył Bregsorn. – Właściwie to pani jezior,
rzek, strumieni i stawów. Córka Marenama, więc dla mnie to bóstwo bardzo
bliskie. Często nawet uznane za tożsame.

Gorzej,
że całe jezioro skute było lodem i pokryte śniegiem. Shivan pożyczył miecz od
Larandara i wszedł na taflę. Cała czwórka tylko patrzyła, co robi starszy elf,
ale ten w ogóle się nie zatrzymywał. Dopiero gdzieś na środku wbił ostrze w lód,
aż dało się słyszeć pęknięcie.

-
Jejku utopi się! – Wystraszyła się Ishet.

-
Wie co robi. – Odparł Larandar.

Chwilę
później Shivan uklęknął. Nie widzieli jak wrzucał do wody buteleczkę. Ale z
pęknięcia wyciągnął drugi miecz. Potem wstał, odwrócił się i podszedł do
zdziwionej czwórki.

-
Znalazłem to, czego szukałem. – Powiedział oddając miecz fechmistrzowi. – Czas wojny
się zbliża, trzeba się przygotować. – Wskazał swój miecz. – Teraz się
pożegnamy. Wracajcie do Altburga, ja muszę odprowadzić Szefa.

-
Gdzie mnie chcesz odprowadzić? – Zapytała butelka, która cały czas siedziała w
torbie.

-
Do miejsca, do którego nie może dojść nikt żywy.

-
To jak mnie chcesz tam zaprowadzić? – Dopytywał awatar. – Może to ja będę
prowadził, bo ty się pewnie zgubisz. No dobra, nie gadamy, idziemy!

Shivan
posłuchał.

Larandar, Ishet, Mirak
i Brig stali jeszcze przez chwilę nad brzegiem jeziora spoglądając na
oddalającego się elfa.

Komentowanie nie jest możliwe :, , więcej...

CCXLI.

przez , 26.sty.2011, w Bez kategorii

Drzwi
do komnaty LeFevre’a udało się Mirakowi sforsować. Gorzej, że za nimi
znajdowała się ściana. Nie wiem jak Brig
się tam włamał?
Mag w końcu dał sobie spokój. Lepiej nie kusić
Iluminariego.

Poza
tym miał jeszcze kilka innych rzeczy do załatwienia. Przede wszystkim musiał
się dowiedzieć od Hakirusa jak można czmychnąć z zamku na dzień lub dwa. Sam
czarodziej tego nie planował, ale Larandar twierdził, że być może będzie musiał
się skontaktować z bosmanem. Elf był dość tajemniczy, ale działo się tu dużo
dziwnych rzeczy.

Ishet
zniknęła gdzieś z Durakiem, co zdziwiło Miraka, gdy wszedł do kantyny. Za to
siedział tam inny stały bywalec, Erlan, a tym razem towarzyszył mu także
Shivan. Ucieszyło to młodego czarodzieja, gdyż obecność tych dwóch elfów
wiązała się z jego drugim zadaniem. Przysiadł się do nich.

-
Mam nadzieję, że nie przeszkadzam. – Rzucił grzecznie.

-
Nie, skąd, tylko siedź cicho. – Nabijał się Erlan.

-
Mam taki mały problem…

-
Już przeszkadzasz. – Stwierdził ponuro arcymag.

-
Problem to złe słowo, lepsze jest wyzwanie. – Pocieszał go kapłan. – Ale jak
mały to sobie z nim poradzisz.

Mirak
trochę się wahał, w końcu wyciągnął trzy skopiowane kawałki mapy. Erlan
popatrzył na to, Shivan również spojrzał z pewnym zaciekawieniem.

-
Moredhelski. – Rzucił kapłan.

-
Tyle to już wiem. – Odparł młody mag. – Wiecie, co to jest?

-
Mapa. Czego to teraz uczą… – Ironizował Erlan.

-
To wiem, ale czego.

-
Nigdy tam nie byłem, ale jeśli to mapa Moredheli, to musisz ją odwrócić. –
Zasugerował Shivan.

Przekręcił
mapę do góry nogami. Napisy nadal nic im nie mówiły.

-
Mroczne Elfy inaczej w ukierunkowują mapy, dokładnie na odwrót niż my. –
Ciągnął kapłan. – Dokładnie tak jak wyglądały mapy z czasów Drugiej Ery.
Kompanii Chaosu. – Poprawił się, gdyż nie wiedział, czy jego rozmówca wie o
czym mówi. – Dopiero teraz możesz dopasować to do naszych map, choć zakładam,
że to ich kontynent.

-
Ich kontynent? – Zdziwił się Mirak. – Wiem, że przypłynęli zza morza. Ale skąd
dokładnie, to nie wiadomo.

-
Ich państwo rozciągało się na dwóch kontynentach. – Przyznał Erlan. –
Przynajmniej w czasach, gdy my tam byliśmy. Nie wiem, co się stało tam po
Wojnie. Czasami mnie korci by tam się przenieść i zobaczyć, jak teraz to
wygląda.

Młody
czarodziej jednak nie słuchał ich dokładnie. To czego szuka LeFevre znajduje się u Moredheli na ich kontynencie.
Nigdy nie przypuszczałem, że ta zaraza może się tam jeszcze czaić. Ale może ci
Iluminari wcale nie są tacy źli. LeFevre raczej nikomu nie służy, więc może
pokona naszych prawdziwych wrogów?


-
Dzięki. Na razie muszę lecieć.

Chciał
jak najszybciej porozmawiać z Larandarem. Elf miał rację. Shivan i Erlan byli
skarbnicą wiedzy, tylko trzeba było umieć z niej skorzystać.

Pobiegł
do sali obrad, szybko wbiegł po schodach na antresolę i znalazł tam Hakirusa.

-
Widziałeś gdzieś może Larandara?

-
Ostatnio nie. – Przyznał stary czarodziej.

-
W każdym razie, mam jeszcze do ciebie jedno pytanie. Larandar zastanawiał się,
czy jest możliwość, by na noc zniknąć z zamku.

Hakirus
uśmiechnął się.

-
Codziennie wieczorem kursuje kareta do Gildii. Przewozi nam nowe instrukcje i składniki
do czarów. – Uśmiechnął się mag. – Wszystko można zaaranżować. Ale chciałem się
pochwalić tym, co dziś znalazłem.

-
A co znalazłeś? – Zapytał Mirak.

-
Słuchałem obrad. Król Iwan trochę dziś mówił o tym, że Kongregacja jest
zagrożeniem i proponował embargo. Ostro i stanowczo, ale bez wszczynania wojen.

-
Lubię go. – Stwierdził tylko młodszy mag.

-
Po raz pierwszy się odezwał. Nie ma żadnego doradcy. A potem poparł go król
Georges IV. I tu jest najlepsze. LeFevre spojrzał na Iwana… I Iwan użył
czaru! To jest nasz brakujący Iluminari! Mamy dowód!

-
Raczej się tego spodziewaliśmy. – Uśmiechnął się Mirak. – A jakim cudem twój
czar nie wykrył go wcześniej?

-
Nie używał magii.

-
Czyli nie wykryłeś magów, którzy nie używali magii. – Złapał się trochę za
głowę. – A kapłanów? Jak wykryłeś kapłanów?

Milczenie musiało
oznaczać jedno. Nie wykrył ich. A to z kolei mogło znaczyć, że Iluminarich w
zamku jest znacznie więcej, tylko nie zdążyli się jeszcze ujawnić.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , więcej...

CCXXXVIII.

przez , 22.sty.2011, w Bez kategorii

Stary kapłan
Morroua, elf, ubrany w czarny prosty strój, wyglądał trochę jak Iluminari, ale
pomimo posępnego wyglądu, emanował od niego spokój. Choć był w biegu, nie widać
było po nim zdenerwowania. Tylko załatwiał kolejne sprawy.

Larandar
trochę bał się do niego podejść. W końcu Shivan był bohaterem z czasów Wojny,
żywą legendą, wciąż jeszcze w pełni aktywną. Już miał go zaczepić, gdy wiekowy
elf, o długich, siwych rozpuszczonych włosach znikł mu z widoku, kierując się
ku kantynie.

Fechmistrz
postanowił pójść za nim.

W
izbie Ishet ledwo trzymała się na swoim krześle, Durak już leżał na stole.
Kapłan zaś kierował się ku swemu przyjacielowi, Erlanowi który siedział
samotnie przy stole pod stałą. I mówił do siebie. Dopiero wtedy Larandar
zauważył, że jest tam jeszcze ktoś. Jakaś mała butelka, która łazi po stole. Zabawy magów, nigdy tego nie zrozumiem.
Przysiadł się do Ishet.

-
No, no, kogoż to moje stare oczy widzą? – Zagadnął Erlana Shivan.

Arcymag
wstał, popatrzył na przyjaciela.

-
Testuję trunki, czy nie są zatrute. – Zaczął się tłumaczyć.

-
No to ładnie, dobrze, żeś nie popadł w alkoholizm.

Obaj
elfowie uściskali się po przyjacielsku. Potem kapłan przywitał się z Szefem.

-
Kopę lat… – Wymamrotał Shivan.

-
Kopa to sześćdziesiąt, chyba pamięć ci już szwankuje, staruszku. Jak nic
demencja. – Odparła butelka.

-
Nic się nie zmienił. – Powiedział Erlan siadając. – Wciąż ta stara, do połowy
wypita, irytująca butelka.

-
Nawet nie wiesz ile razy ten wariat się do mnie dobierał! – Oburzył się Szefo.

-
No to ładnie.

-
Myślę, że powinniśmy wypić za spotkanie po latach.

Erlan
wstał i krzyknął.

-
Trzy wódki, mogą być krasnoludzkie.

Larandar,
który im się przyglądał, tylko się zdziwił.

-
Wiesz, że od wielu lat nie piję w ogóle alkoholu. – Powiedział Shivan.

-
Tak, wiem tylko chleb i woda. Cóż, skoro nie chcesz pić ze mną, wypiję za
ciebie. Ale przynajmniej będzie, że ci postawiłem, będziesz mi kiedyś winien. –
Oznajmił arcymag.

-
Lepiej powiedz mi jak tam twoje zdrowie? – Zapytał kapłan. – Nie wyglądasz zbyt
dobrze.

-
To od alkoholu. – Kłamał czarodziej. – Utrzymuję się przy życiu głównie dzięki
magii, ale prawdę mówiąc już powoli mi się nawet nie chce. Myślę, że dożyłem
swego kresu.

-
Albo dopiero początku. – Pocieszał przyjaciela Shivan.

-
Dalej wierzysz w te głupoty. Na starość byś zmądrzał.

-
Wkrótce przekonasz się, kto ma rację. – Odparł tylko uśmiechnięty kapłan.

-
Czuję się już zmęczony życiem. I muszę używać magii, by opóźniać skutki
starości. Ale mam w pamięci nauczkę Bromanna, dlatego nie zamierzam żyć
wiecznie. – Mówił smutno elf. – Lepiej wybrać czas samemu i on właśnie
nadchodzi. Nigdy nie sądziłem, że dożyję takich czasów, ale najlepsze lata mam
już za sobą. I przygody i wszystko. A najbardziej wkurza mnie to, że jestem tu
dla nich legendą. Na Narshy jest pod tym względem jeszcze gorzej. Wszyscy chcą
bym ich popierał, ale nikt nie traktuje mnie już poważnie. Nie mam wpływu na
to, co się dzieje. Ale najlepsze jest to, że już nawet nie chcę mieć. Chciałbym
móc wstawać rano i nie czuć bólu w korzonkach czy łupania w kręgosłupie.
Chciałbym wstać i być wypoczęty, pełny sił. Wiem tylko, że to już nie wróci.
Też tak masz?

-
Objawy są podobne. Też łaknę już śmierci, ale z innego powodu. Pragnę tam
wrócić, tęsknię za tamtym światem. Może spotkam tam Dyzia. – Odpowiedział
kapłan.

-
Za ułudą. Pytałem poważnie. – Irytował się arcymag otwierając kolejną butelkę.

-
Wydaje się, że i moja podróż dobiega końca, ale jeszcze nie tutaj. Jeszcze nie
teraz. Po Kongresie chcę się udać do Mere Gyrn, zobaczyć jak się miewa Jeanny.

-
Pojebało cię kompletnie na starość. – Parsknął śmiechem Erlan. – Tylko nie
wyobrażaj sobie, że ty i ona… że przez ciebie rzuciła się do tego jeziora.
Dawno przyjechałeś?

-
Nie przyjechałem. – Wzruszył ramionami kapłan. – Przyszedłem na piechotę z
Interii.

-
Sam? – Zdziwił się czarodziej.

-
Tak.

Larandar
w końcu nie wytrzymał. Przestał podsłuchiwać z daleka i podszedł do nich.

-
Przepraszam panów, jak mniemam arcymag Erlan i Shivan, słynni bohaterowie?

-
Nie, pomyłka. – Odparł czarodziej.

-
I jeszcze ja! Szefo! – Awanturowała się butelka. – Jestem najważniejszy, bo ja
tu rządzę.

-
Jestem Larandar, pracuję dla arcyksięcia Ferdynanda, zajmuję się ochroną.
Kanclerz prosił, by się z panami zapoznać.

-
Jak będzie się coś działo, to pomożemy. – Rzucił mag. – Nie jesteśmy tu po to,
by wszystko wypić.

-
A to ci nowina. – Skomentował to Shivan.

-
Mogę się dosiąść? – Zapytał fechmistrz.

-
Tylko stawiasz kolejkę. – Odparł Erlan.

-
Czy dobrze słyszałem, że pan przyszedł z Interii?

-
Nie pan, tylko Shivan. I tak, przyszedłem sobie. Odwykłem trochę od śniegu,
więc sandały okazały się złym pomysłem i chyba sobie trochę nogi odmroziłem,
ale poza tym taka podróż jest bardzo zdrowa.

Larandar
nie miał pojęcia co powiedzieć.

-
A nie było tam przypadkiem przedstawicieli Drugiego Imperium? – Zapytał w
końcu.

-
Byli. Pogadałem z nimi trochę i mnie puścili.

Fechmistrz
nie mógł w to uwierzyć. Oni tam mordowali kupców, zawracali wszystkich, którzy
zmierzali na Kongres czy do Imperium, a ten elf sobie przeszedł.

-
Dlatego jak się go słucha, trzeba pić. Na trzeźwo nie da rady. – Rzucił Erlan.
– Ale spoko, nie takie rzeczy robiliśmy. Pamiętasz jak wdarliśmy się do
Sal-Sagoroth?

-
Gdzie? – Zapytał Larandar.

-
Stolicy Mrocznych Elfów. – Odparł Shivan. – Musiałem udawać jednego z nich, bo
Erlan i Dyzio zostali pojmani.

-
Ale nieźle ci to szło. – Zaśmiał się arcymag. – Wojna, to były czasy.

-
Jesteście bohaterami… – Rzucił tylko fechmistrz.

-
Byliśmy. – Odparł Erlan. – Teraz jesteśmy starymi dziadami, którzy albo smęcą
jak ten ramol – wskazał kapłana – albo piją na umór.

-
Bohaterem był Dyzio. – Powiedział Shivan. – Dziś to głównie jego się pamięta,
on zabił największego z wrogów, Rodryka. Naszych czynów już nikt nie pamięta
dokładnie. Ani tych, których pozbawiliśmy życia. Zostali zapomnieni, więc nie
byli ważni.

-
Kojarzysz może Kryfstusa? – Zapytał Erlan. – Szef Iluminarów.

-
Iluminarich? – Zdziwił się Larndar. – O nim nigdy nie słyszałem.

-
Utopiłem go. Niechcący, ale utopiłem. Zabiłem też Clema Sherstocka.

-
Tego słynnego dobroczyńce? – Zapytał fechmistrz.

Erlan
prawie się popluł. Shivan parsknął śmiechem.

-
Albo masz niezłe poczucie humoru, albo nie wiesz, co mówisz. – Zaśmiał się
kapłan. – Ja rozwaliłem Saura, ale pewnie nigdy o nim nie słyszałeś.

Larandar
tylko pokręcił głową.

-
Dyzio to był bohater. – Wspominał Shivan.

-
I świetny kompan. Pił, potrafił się bić i żadna nie potrafiła się mu oprzeć. –
Dodał Erlan. – Szkoda, że był tylko człowiekiem i tak szybko musiał odejść z
tego świata.

-
Ale przynajmniej nie bał się śmierci. W końcu już raz umarł.

Fechmistrz
zrobił tylko wielkie oczy.

-
Razem z Dyziem…

-
I ze mną! – Krzyknął Szefo.

-
Byliśmy w zaświatach, to dopiero wyprawa, Wojna przy tym to pryszcz.

Erlan
tylko postukał się w czoło.

-
Demencja starcza. – Rzucił pod nosem.

-
Zamknij się i rób pompki! – Wykrzykiwała butelka.

Larandar
patrzył na nich z coraz większym zdziwieniem. To może ja sobie pójdę. Jak to ma być nasza nadzieja przed Iluminarami,
to chyba bardziej wierzę Hakirusowi, on przynajmniej stąpa po tym świecie.


-
Wspaniałe historie. – Rzucił fechmistrz. – Ale może znacie, coś co mnie
ostatnio nurtuje. Chodzi o wierzenia driad. Obserwowaliśmy je jakiś czas temu i
nie mam pojęcia, do kogo się modliły.

-
Do zapomnianych bogów. – Odparł Shivan.

-
Kolejny objaw choroby umysłowej. Tym razem zbiorowej. Praktyki religijne. –
Stwierdził przekąśliwie Erlan.

-
Zapomnieni bogowie, nic mi nie mówi. – Stwierdził tylko Larandar.

-
To stara historia, z czasów Uroborosa i Kompanii Chaosu. Podobno Uroboros
wezwał iluś mniejszych bogów na pomoc, a ci obiecali się stawić na jego
zawołanie. Jednak gdy nastał czas, nie zjawili się. Uroboros sam musiał stawić
czoła Hegemonii. A potem rozliczył się ze zdrajcami. Przeklął ich i sprawił, że
zapomnieli o tym kim są.

-
A co jeśli powiedziałbym wam, że spotkałem jednego z nich? – Zapytał fechmistrz.

-
Kazałbym ci się leczyć. – Rzucił arcymag. – Ale obawiam się, że może być za
późno.

- Jeśli spotkałeś, to
myślę, że będziemy mogli o tym porozmawiać, za jakiś czas. – Odparł kapłan. –
Jak już wszystko się uspokoi.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , więcej...

CCXXXVII.

przez , 21.sty.2011, w Bez kategorii

Główna
sala obrad składała się z dwóch części. Na dole ustawiono olbrzymi stół, przy
którym siedzieli wszyscy monarchowie i debatowali. Był okrągły, tak by nikt nie
musiał się czuć mniej ważnym. To dość standardowa taktyka. Choć i tak problemem
stało się, które delegacje obok siebie siedzą. Ale jakoś to przeszło. Pomijając
fakt, że przedstawiciele Narshy i Kakofonu ani razu nie pojawili się jeszcze w
sali obrad.

Na
piętrze znajdowała się antresola wokół wszystkich ścian. Stworzono doskonały
taras obserwacyjny i wiele osób, towarzyszących delegacjom, faktycznie stało tu
i obserwowało cała salę. Z góry było widać lepiej wszystkie potencjalne
machloje. Kręcili się tu też żołnierze różnych państw, oraz Hakirus, który
starał się spoglądać na całą izbę i ogarnąć wszystko.

Zaczepił
go Mirak.

-
Zabezpieczałeś komnatę LeFevre’a? – Zapytał.

-
Tak jak wszystkie inne. Dokładnie tym samym czarem.

-
Acha… – Odparł młodszy czarodziej.

-
Czemu pytasz?

-
Bo nie udało mi się do niej włamać. Pewnie użył jakiegoś dodatkowego czaru.

-
Z pewnością nie sforsowałeś zabezpieczeń Gildii. – Chwalił się Hakirus.

-
Ja nie, ale Brig urzędował po komnatach króla Edmunda.

Starszy
czarodziej się zaczerwienił ze wstydu.

-
Ale jak?

-
Zabezpieczyliście tylko drzwi. Tylko, nawet nie całą framugę. Do LeFevre’a nie
można się dostać ani przez okno, ani nawet wrzucić czegoś przez kominek. Jak
nic używa własnych czarów.

-
Zaraz się tym zajmiemy. – Starszy czarodziej wyglądał na głęboko dotkniętego.

-
Pytam, bo z Iluminarimi to nie przelewki. Bez obrazy, ale nie wiem, czy cała
Gildia sobie z nimi poradzi. – Próbował go udobruchać Mirak. – A krąży ich tu
kilku.

-
Wytropiłem na razie dwóch. – Uśmiechnął się starszy mag.

-
Dwóch? – Zdziwił się młodszy czarodziej. – Tylko dwóch?

-
Acha. Mam czar, który wykrywa wszystkich magów i kapłanów, którzy są w
obiekcie. Poza tymi, którzy się do tego przyznali, a jest ich tu paru, udało mi
się wykryć jedynie dwóch. LeFevre’a i DeMenace’a.

-
Na pewno nie wykryłeś nikogo w bliskim otoczeniu króla Iwana? – Zapytał.

-
Nie.

Hakirus
wskazał palcem władcę Kisjevu.

-
Widzisz tego grubasa. To ten cały ich król. Siedzi tutaj i jest wyraźnie
znudzony, tym co się dzieje. Nie zadał ani jednego pytania i nie odezwał się
ani razu, z jednym drobnym wyjątkiem. W trakcie przerwy zagadnął króla Uthera o
Sorrou. Jakaś polityka, nie podsłuchiwałem dokładnie. Ale poza tym, jest
jedynym władcą, który sprawia wrażenie, że nie ma nic do powiedzenia i ugrania.
Jego doradcy są równie niemrawi.

-
Może ich Iluminari nie dojechał? – Zastanawiał się Mirak.

-
Albo nie chce się ujawnić. Lub co gorsza, planują jakiś szwindel.

-
A to ci nowina. Myślałem, że zobaczymy tu przynajmniej trzech mistrzów. –
Młodszy czarodziej wciąż nie mógł w to uwierzyć. – Ale przynajmniej wiemy, że
Iwan osobiście jest niegroźny. – Pomijając
oczywiście jego brata Wasilija.


Jakby
na zawołanie ambasador Kisjeviu wszedł na salę obrad i przysiadł się do swojej
delegacji. Zamienił słówko ze swoim bratem.

-
Możesz ich podsłuchać? – Zapytał Mirak.

-
W tej chwili nie. Skończyły mi się składniki.

-
A tak z ciekawości, masz jakiś plan awaryjny na Iluminarich?

-
Acha. – Uśmiechnął się Hakirus, a następnie wyciągnął z kieszeni słoik pełen
pcheł. – Magiczne. Wypuszczone rzucają się na przeciwnika, gryzą go i nie
pozwalają mu skoncentrować się czarze. Genialne i proste.

-
A czy działa na Iluminarich? Wybacz, ale w przypadku LeFevre’a jestem bardzo
nieufny. Boję się, że koleś jest przepakowany.

-
Nie podoba mi się twoje nastawienie. Zbytnio przesadzasz jeśli chodzi o niego.
To tylko Iluminari. Owszem to kłamca, intrygant, który…

-
Kontynuuj. – Usłyszał głos Rajmondusa za sobą.

Hakirus
odwrócił się.

-
O, pan LeFevre, w końcu się spotkaliśmy.

-
Zastanawialiśmy się nad tym, czy można cię pokonać za pomocą magicznych wszy. –
Rzucił Mirak.

-
Pcheł. – Poprawił go starszy czarodziej, który natychmiast ugryzł się w język.

-
Znaczy, ja mówiłem, że nie. Że sobie poradzisz. Hakirus zaś był pewien swego
rozwiązania.

-
To tylko teoretyczne rozważania. – Tłumaczył się starszy czarodziej.

-
Jest tylko jeden mały problem, oczywiście teoretyczny. – Odparł LeFevre. –
Magiczna pchła musi wpierw dopaść swą ofiarę, musi dotrzeć do jej ciała, ale
jeśli ktoś używa magicznej ochrony, to jest całkowicie bezużyteczna. Więc
myślę, że, tylko teoretycznie, wygrał pan Mirak. Tak przy okazji, to Raal
prosiła przekazać wam swoje pozdrowienia.

-
Dziękuję bardzo. – Ukłonił się młodszy czarodziej.

-
Widzę, że Gildia wchodzi ci w krew. Włamywanie się do cudzych komnat, będziesz
dobrym mistrzem Altburskiej Gildii. Kiedyś. – Rzucił Iluminari i zostawił ich
samych.

-
Nie wiem o co mu chodziło. – Powiedział Hakirus.

- A ja się zastanawiam,
czy on przypadkiem nie ma twoich składników potrzebnych do podsłuchiwania, bo
chyba z nich skorzystał.

Komentowanie nie jest możliwe :, , więcej...

CCXXXIV.

przez , 18.sty.2011, w Bez kategorii

Zima
nadeszła szybciej niż wszyscy się spodziewali. Nagle spadły śniegi w takich
ilościach, że nawet elfowie nie mogli sobie przypomnieć podobnej nawałnicy. I
jeszcze te siarczyste mrozy. Nawet Verhissena była w całości skuta lodem, nie
potrzebowano mostów by przejść na drugą stronę miasta.

W
dzielnicy portowej życie zamarło. Jedynie bosman jeszcze tam pracował, grzał
się w swoim budynku, ale nawet przypominanie czegokolwiek trwało.

Zresztą
życie w Imperium i nie tylko w nim, znów się pogorszyło. Śniegi odcięły wsie i
miasta. Handel właściwie zamarł. Zbójcy jeszcze bardziej dawali się we znaki, a
wraz z nimi wygłodniałe wilki i trolle. To musiało doprowadzić do jednego.
Głodu. Altburg nie był przygotowany na tak srogą zimę, starano się wydzielać
mieszkańcom żarcie, ale to budziło jedynie powszechne niezadowolenie. Gdyby nie
chłód i zmęczenie, z pewnością wszczęto by jakiś bunt. Teraz jednak każdy wolał
się oszczędzać. Nadejdzie czas, gdy wymierzą sprawiedliwość władcy, który nad
nimi nie potrafił zapanować.

Jedynie
zwolennicy Frontu mogli świętować. Niestworzone historie o klątwie, która
ciążyła na królu, stały się faktem. I roznosiły się o wiele lepiej, niż plotki z dawnej gazety
Muerte. Po raz kolejny Imperium zdawało się trząść w posadach, i wszystko
wskazywało na to, że jeśli nie wydarzy się cud, król Uther będzie musiał odejść
z Altburga, lub spalić go, by zachować tron. Nigdy wcześniej przeciwnicy
drugiej dynastii nie byli tak silni pod jego pałacem. I tak bardzo nie czekali
na to, aż powinie mu się noga. A gwoździem do jego trumny mógł być Kongres.
Wcześniej zgromadzono olbrzymie zapasy jadła i napojów, jednak pogoda mogła
pokrzyżować plany i nie wiedziano, czy wszyscy goście dotrą.

Larandar
chętnie by nie wychodził nigdzie, zwłaszcza w taką zimę. Wiedział jednak, że to
nie zależy od niego. Na stole leżał list z instrukcjami od księcia. Został już
tylko jeden dzień do Kongresu, więc oficjalnością kanclerz ukrywał całe swoje
zdenerwowanie. Pismo zabezpieczono pieczęcią, którą elf złamał. Następnie
zaczął czytać.

-
Oficjalnie wejdziemy na teren pałacu jako obstawa ambasadora Duraka z Kakofonu.
Jego rodacy nie dotrą do Altburga. – Powiedział fechmistrz. – Ale wczoraj
dotarł król Henryk XI i Peter DeMenace z Irlenii.

-
Kto? – Spanikował Brig.

-
Król i jego Iluminari. – Powiedziała Ishet. – No, co jak co ale swojego króla
to nie poznać!

-
DeMenace? Tutaj? – Krasnolud zbladł. – Źle się czuję. Muszę się położyć.

-
To się wyleż. Byleś na jutro był zdrowy. – Rzucił elf. – A zgadnijcie, kto
odpowiada od strony magów za zapewnienie bezpieczeństwa?

Przez
chwilę zapanowała cisza.

-
Tylko nie Hakirus! – Krzyknęła Ishet.

-
Przecież Gildia nie ma innego maga, który nic nie umie, a przy tym potrafi tak
doskonale się sprzedać. Wszyscy inni to jeszcze gorsze niemoty! – Stwierdził fechmistrz.

Czarodziej
tylko chrząknął.

-
Ci z Gildii. Nie generalizowałem. Ale w porównaniu z DeMenacem…

-
Idę się położyć. Jakbym nie wstał na śniadanie jutro, znaczy, że jestem
obłożnie chory! – Bregsorn uciekł do swojego pokoju.

-
No nic, udam się do Gildii, a potem do ambasadora Duraka. – Rzucił Larandar i
poszedł po ciepły płaszcz.

-
A ja skoczę na miasto. – Powiedział Mirak. – Chcę zobaczyć jakie panują
nastroje.

-
Morowe. – Dodała Ishet. – Wiem to bez wychodzenia. W Bestwince takich
strasznych zim to nie mieliśmy. Jak śnieg spadł to było zimno, przez parę dni.
A tak ciepłe zimy były.

Ishet
wzięła chleb i udała się do okna znajdującego się nad ulica. Otworzyła je i
krzyknęła:

-
Przyjdź!

Potem
spojrzała na dół. Zbiegli się wygłodniali mieszkańcy, a ona na ich oczach
zaczęła jeść chleb, starając się jak najbardziej nakruszyć. Dopiero potem
odrywała kawałki i rzucała im, obserwując jak potrafią walczyć o resztki.

Mirak
wykorzystał tę chwilę, by wyjść na zewnątrz. W kożuchu starał się wyglądać jak
biedny mieszczanin, przynajmniej nikt się go nie czepiał i nie napadał. Śniegu
było tyle, że nikt nawet nie próbował go odgarniać. Zresztą sroga zima w
mieście to ciężkie przeżycie. Wystarczyło podnieść głowę i zobaczyć, co
wylatywało przez okna. Normalnie wszystko spływało do rynsztoków, ale teraz zamarzało
czasem w powietrzu. A w zaspach poza odchodami i resztkami znajdowały się także
trupy tych, którzy pomarli z głodu i zimna. Altburg stał się bardzo
nieprzyjemnym miejscem, z którego czarodziej najchętniej by prysnął.

Usłyszał
huk. Przecznicę dalej eksplodował jakiś budynek. Front od miesiąca starał dawać
o sobie znać. Doskonale potrafili wykorzystać zimę i niezadowolenie społeczne.
Zwerbowali nowych członków, a ci sami organizowali zamachy. Może nie tak
wielkie jak ten na katedrę, ale codzienne wybuchy w różnych częściach miasta
robiły swoje. Zima, głód, strach, nienawiść wobec władcy. Tym żyła cała
stolica.

Czarodziej
przechodził obok drewnianego podestu na którym stał ubrany na czarno człowiek.
Wyglądał trochę jak kat, ale nim nie był. Przynajmniej nie w sensie wymierzania
kar, bo niejako wymierzał sprawiedliwość. Obok niego stały worki z jęczmieniem
i pszenicom, z których swoją nabierał miarki i nakładał na wagę ręczną. Tak
odmierzoną porcję dawał kolejnej osobie, która stała w kolejce wokół niego.

Gdzieś
kręcili się przebrani za zwykłych mieszkańców żołnierze. Oni pilnowali tego,
który rozdawał głodowe racje, by pozostał uczciwi. Czekali tylko na moment, w
którym da się skusić. Przez nich, bądź innych, którzy mu proponowali. Złotą Koronę
za kwartę pszenicy lub za trzy kwarty jęczmienia. Inni próbowali mu dać oliwy
bądź wina, którymi raczej nie karmiono dzieci. Chyba, że już faktycznie nie
było co do garnka włożyć.

Mirak
obserwując to potknął się o jakieś ciało przysypane śniegiem. Starszy
mężczyzna, zadławił się cholewą z własnego buta, który próbował zjeść.

Zabił
gong. Mężczyzna w czarnym stroju skończył swą pracę. Rozsypał resztę ziarna,
które znajdowało się w workach, tak by mieszkańcy mogli choć po ziarnku zebrać.
Od tygodni w mieście nie dało się zauważyć ani ptaków, ani myszy. Nawet psy i
koty zaczęły znikać.

Jedynie koni jeszcze
nie zjadano. Mężczyzna wsiadł na swojego czarnego ogiera i odjechał, cały czas
trzymając w ręku wagę.

Komentowanie nie jest możliwe :, więcej...

CCIX.

przez , 25.gru.2010, w Bez kategorii

Eberhard
Gross tylko uśmiechnął się gdy ich zobaczył.

-
Ostatnio musiałem sobie o was przypomnieć. – Rzucił tajemniczo.

-
Przypomnieć? Znaczy zapomniałeś o nas? – Zirytowała się Ishet. – Przykre
trochę!

-
Zapomnieć o starych klientach? – Dodał elf, ale natychmiast się poprawił. –
Starych przyjaciołach.

-
On mówi o czymś innym. – Przerwał im Mirak.

Bosman
jedynie się uśmiechnął. Jego ciemna izba zupełnie nie wyglądała na miejsce
pracy, kogoś kto tyle zarabia. Czarodziej zastanawiał się, co Gross robi z tą
forsą, którą u niego zostawiają. A pewnie nie tylko oni. Musiało być więcej
klientów. Eberhard oczywiście musiał płacić za informację, ale prawdopodobnie
też coś kasował. Raczej nie był tylko pośrednikiem. Wiedział zbyt dużo i
potrafił wyciągać wnioski i kojarzyć fakty. Praca w porcie miejskim zaś
stanowiła idealną przykrywkę. Choć jedno się nie zgadzało. Skoro przywitał nas w ten sposób, ma jakieś odruchy przyzwoitości.
Możliwe, że handlowanie informacją go bawi.
W pewien sposób pociągał za
wszystkie sznurki w Altburgu. Mirak sobie właśnie wyobraził szarą eminencję
Imperium, która rozrzuca informacje sprawiając, że wiele rzeczy się dzieje i
przy tym nic z tego nie ma. Poza satysfakcją. Ile w historii musiało być
nieznanych nikomu bohaterów, którzy odmienili losy Miscle a nikt poza tym nie
wiedział.

-
Kto konkretnie szukał o nas informacji? – Zapytał w końcu mag.

-
Nie wiem kto, nie pamiętam, ale pamiętam, do czego one były mu potrzebne. Nie
ma sensu pamiętać o pośrednikach.

-
Rozumiem, że te potrzebne informacje masz na samym końcu języka? – Zapytał fechmistrz.
– Ile?

-
Co łaska, bo pewnie inne rzeczy będę musiał sobie jeszcze poprzypominać. – Uśmiechnął
się Gross.

Elf
wyciągnął pięćdziesiąt koron. Puści mnie
z torbami, nie wiem w co on gra, ale dzieje się coś dziwnego.


Gdy
tylko pieniądze leżały na biurku, bosman natychmiast zaczął mówić.

-
Jutrzejszy „Nasz Dziennik” będzie was opisywał. Niewiele się ode mnie
dowiedzieli, ale zależało im głównie na jednym. Czy nadal pracujecie dla
arcyksięcia. Zadawali bardzo konkretne pytania. Znali was.

-
Muerte… – Wymamrotał Mirak.

-
Konus… – Zdenerwował się elf. Pieprzonemu
niziołowi trzeba skręcić kark. Wpierw wynajmuje na mnie Czarny Szpon, a jak to
nie działa to wykorzystuje prasę. Pierdolony psychopata.


-
Karczek! – Dodała Ishet, by cośpowiedzieć.

-
Ten ostatni nie zadałby takich pytań. – Odrzekł bosman. – Ale pozostali
mocodawcy, w moim odczuciu są dobrze trafieni.

-
Po jaką cholerę Muerte się w to wszystko miesza? – Irytował się fechmistrz.

-
Nienawidzi Kongregacji, inspiruje nizioła – zauważył mag. – A pamiętasz to, co
mówił Bennet. Muerte pracuje dla nich, czy o tym wie, czy nie. Jest pionkiem.

-
Tak jak my. – Rzuciła Ishet.

-
To zmienia dość dużo – rzucił smuto Larandar. – Domyślam się, że powinniśmy
podjąć kolejny trop, ale skoro tu już jesteśmy to zadam pytanie, które nas tu
sprowadza. Gdzie teraz można znaleźć Iluminarich w Altburgu?

-
Nie pamiętam, ale spróbuję na jutro sobie to przypomnieć. Ale to ciężka sprawa,
bardzo ciężka. – Odparł bosman drapiąc się po głowie.

-
To słowo ma dwa znaczenia. – Zauważył czarodziej. – Ciężka, czy kosztowna?

-
Czemu od razu tak to nazywać. – Zaprotestował Gross. – Są sprawy ciężkie do
przypomnienia, bo ciężko do nich dotrzeć. Są też sprawy, do których można
dotrzeć, ale ciężko się postarać. To wymaga pewnych poświęceń. To właśnie tego
typu sprawa.

-
Pięćset? – Zapytał elf.

-
Nie na jutro. – Uśmiechnął się tajemniczo bosman.

-
Tysiąc?

Eberhard
pokręcił głową.

-
Dwa?

-
W tydzień.

Elf
czuł jak narasta w nim irytacja. Wykorzystuje
sytuację, jak nic.


-
To ile? – Rzucił ostro.

-
Pięć i będzie naprawdę ekspresowo.

-
Nie mam tyle przy sobie, możemy zapłacić jutro?

Bosman
przytaknął.

-
Przyjdźcie rano. Choć wpierw pewnie przeczytacie artykuł w „Naszym Dzienniku”,
pewnie się trochę zirytujecie.

-
Domyślam się, że nie pamiętasz, co konus nawypisywał? – Zapytał elf.

-
Jutro wszyscy się tego dowiemy. I tego nie można przyśpieszyć i chyba nie ma po
co.

- Pięć tysięcy? Musimy
skoczyć do banku. – Oby te informacje
były tego warte.

Komentowanie nie jest możliwe :, więcej...

stat4u <!-- s4uext=s4upl(); document.write('stat4u') //--> stat4u

Blogroll

Kilka bardzo polecanych stron...