orthank blog

Bez kategorii

XXIX.

przez , 19.lut.2013, w Bez kategorii

Telewizor nie grał może zbyt głośno, ale dźwięki które wydawał brzmiały dość jednoznacznie. Kass nie musiał patrzeć na ekran, by wiedzieć, co jego ochroniarz ogląda.
- To nie są wiadomości. – Powiedział tylko naukowiec.
- A rzeczywiście… – Ikovar starał się zachowywać cicho, nie sądził, że masud tak szybko wstanie. – Telewizja edukacyjna… film przyrodniczy… rytuały godowe i takie tam.
Ing tylko rzucił okiem na płaski ekran.
- Ale tam są sami mężczyźni.
- No i raczej to już nie są gody. Ale ta telewizja kłamie. – Mieszał się Darvid.
- Wiesz, nie jestem jakiś pruderyjny, czy coś, ale jestem masudem. Nie rozumiem waszego ssaczego pociągu do czynności rozrodczych.
- Seksualnych, miłości, pierdolenia, jest wiele słów by to określić. Ale nam naprawdę rzadko chodzi o rozmnażanie się. – Przyznał agent. – Raczej o zabawę i orgazm.
- Bezproduktywną zabawę. – Dodał Kass.
Masudowie na te sprawy mieli zupełnie inny pogląd. Zapłodnienie samicy uznawali, za prokreacyjny obowiązek, który nie sprawiał żadnej ze stron przyjemności. Zresztą ich rasa bardzo rzadko tworzyła związki rodzinne. Większość matek wychowywała pisklaki samotnie. Relacje ważniejsze były w ramach klanów, ale to się z czasem zmieniło. W obecnych czasach masudowie raczej przywiązywali się do pracy, byli oddanymi i lojalnymi pracownikami, na których można było polegać. Wspierali swoich współpracowników i w ten sposób budowali związki odpowiadające rodzinie. Ikovar słyszał o tym, ale dopóki nie miał dużo wspólnego z masudami, nie zdawał sobie sprawy z tego jak to wygląda naprawdę. Teraz rozumiał tę przyjacielską relację Kassa z Pronem, oraz to czemu się nie mścił na swoim dawnym wykładowcy. Byli w końcu w jednym „klanie” uczelnianym, a dobro klanu przekładali nad dobro jednostki. Dla innych ras takie zachowanie było nie pojęte, choć Darvid zdawał sobie sprawę, że niektóre inne jednostki czasem je przejmują. Choćby dyrektor Morsk, który zawsze dbał o swoich pracowników.
- Widzę to inaczej, ale żaden z nas nie przekona drugiego do swoich racji.
- Słuszna uwaga. – Potwierdził Ing. – Wyłącz to, dokończysz później, skoro taką masz potrzebę. Niekoniecznie chcę to oglądać.
Darvid nic nie powiedział. Wziął pilota i wykonał polecenie.
- Nie mogę spać, myślę ciągle i intensywnie nad tym, co się dzieje. Wciąż brakuje mi kilku zmiennych, może ty będziesz w stanie mi pomóc. Może w GAWie coś wiedzą?
- Mam szpiegować GAW? – Parsknął śmiechem Ikovar.
- Doniesiesz im potem o moich wyliczeniach, może się przydadzą.
- Wiesz, że rozmawiałem o tym z dyrektorem Morskiem?
- Właściwie to tak.
- Właściwie? – Zdziwił się agent lekko powstając z fotela. – Co rozumiesz przez słowo właściwie?
- Że potrzebowałem potwierdzenia. Ale dokładnie tego się spodziewałem. Dokładnie to wyliczyłem.
- Jest coś, czego nie testujesz Estymatorem? – Znów rozsiadł się wygodnie.
- Wiele rzeczy. Bardzo wiele rzeczy. – Kass zamyślił się. – Chciałbym wszystko, ale wiesz, nie da się. Estymator nie pomieści wszystkiego. Zresztą najważniejsze jest to, by mu dać dane źródłowe, a zbieranie ich to największa zabawa. Estymator zaś należy traktować jako pomoc, sugestię, nic więcej. To nie jest druga Wyrocznia Zelotańska. I nigdy nie będzie. Tego akurat jestem świadom. Zresztą wcale się nie zdziwię, jak za sto lat, Estymator zostanie zastąpiony czymś innym. On jest tylko pewnym stadium ewolucji. Sprawia, że czysto teoretyczne równania można wyliczać w błyskawicznym tempie i dowolnie modyfikować. Ale to wciąż głupi program. Za sto lat, będą mnie pamiętać ze względu na matrycę Hixa-Kassa, niezależnie do czego ją wykorzystają.
- Ale Estymator to twój konik. On cię nakręca, czyż nie?
- Nakręcają mnie równania i zrozumienie świata. Estymator zaś jest narzędziem do osiągnięcia mojego celu.
- Ciekawe, ciekawe… ale jednocześnie jesteś od niego uzależniony, że tak powiem.
- Jestem też świadom jego słabości. Opowiem ci pewną historyjkę, prawdziwą. Pewnego czasu postanowiłem wykorzystać Estymator, jeszcze w dużo wcześniejszym stadium, do rozwiązywania zagadek kryminalnych. Rozwikływania przestępstw. Przetestowałem go na 11 przypadkach. W siedmiu policjanci sami doszli do rozwiązania. W trzech, nie doszli, Estymator doszedł, acz tylko w jednym z nich udało nam się znaleźć materiał dowodowy. Dwa pozostałe uznaję za potwierdzone, gdyż wskazane osoby potem dokonały innych przestępstw, dość podobnych. Pozostał jeden przypadek, tak zwana zbrodnia doskonała. Tam nawet Estymator nie pomógł. Sprawy nie rozwikłano, aż do dziś.
- Nawet ty jej nie rozwikłałeś? – Dziwił się Ikovar.
- Było za mało danych. Zgubiliśmy gdzieś ważną zmienną, która nie jest związana z tymi, które ustaliliśmy. Ale jak się ją odszyfruje, to wprowadzi zmiany do równań. Dlatego tak bardzo interesuje mnie teraz sprawa Zatacha.
- Nie wiesz jak skonstruować równania?
- Właśnie. – Przyznał naukowiec. – I to nie daje mi spać. Gdybym wiedział, czego chce Zatach i o co w tym wszystkim chodzi? Mógłbym wtedy spokojnie podać twojemu dyrektorowi Morskowi, gdzie uderzą następnym razem. Może nawet udałoby się ustalić godzinę. Estymator to wspaniałe narzędzie, ale potrzebuje dobrze zdefiniowanych zmiennych, by działało. Tylko ty możesz mi ich dostarczyć.
- My zaś potrzebujemy tego wyniku jeszcze bardziej, niż możesz sobie tego wyobrazić.
- Nie muszę sobie wyobrażać. – Pouczył go Kass. – Wystarczy, że to wyliczę.

Komentowanie nie jest możliwe więcej...

XXVIII.

przez , 18.lut.2013, w Bez kategorii

Daleko na zachód od Bereszit znajdowało się dawne państwo gnolli, obecnie jedna z biedniejszych i bardziej zapuszczonych prowincji. Mieszkańcy tego obszaru żyli głównie z rolnictwa, ale także z lasów. Tu znajdowały się obszary wyrębowe, tartaki, ale także tereny łowne. Większość bogaczy raczej tu nie bywała, wybierali oni bliższe lub wygodniejsze w dojeździe tereny. Tu zaś hodowano zwierzęta, które potem wypuszczano w innych lasach, by zapewnić myśliwym o zasobnych portfelach wyśmienitą zwierzynę. Ta głusza bardzo podobała się Varkowi, tak mocno kontrastowała z przepychem i zepsuciem stolicy. Zresztą, podobnie jak jego gospodarze, wendol czuł się urodzonym myśliwym. Nie potrzebował nawet broni, ani magii, by pogonić za jeleniem. Najchętniej złapałby go sam w swoje szpony i zabił gołymi łapami.
Ta puszcza miała jeszcze jedną zaletę. Nie była objęta żadną jurysdykcją rządu, ani GAWu. Zresztą gnolle trzymały się same, we własnym towarzystwie. Nie lubiły obcych, zwłaszcza tych związanych z rządem.
- Państwo może i jest jedno, ale na pewno nie jest nasze. – Rzucił tylko Sarguson, wysoki gnoll o srebrnej grzywie. Trudno było go nazwać przywódcą, ale poniekąd właśnie taką rolę pełnił. Paramilitarne bojówki udające hufce myśliwskie, były bardzo dobrze zorganizowane. Zatach dopiero teraz to zauważył.
Siedzieli razem przy ognisku, piekli upolowanego dzika i rozmawiali.
- Świta już. – Rzucił wendol.
- Spokojnie, jesteśmy tu całkowicie bezpieczni.
I byli. Gdyby wtargnął tu ktoś obcy, ktoś podejrzany, nagle okazałoby się, że ci spokojni z natury myśliwi, dysponują bronią automatyczną i granatnikami. Z pewnością nie do polowania na grubego zwierza.
- Gnolle muszą walczyć. – Tłumaczył Sarguson. – Jesteśmy wojownikami.
Dlatego bojówki walczyły ze sobą. Całkowicie nielegalnie, ale na ustalonych zasadach. Organizowano raz na kilka miesięcy bitwę. Potem tylko przez kilka tygodni w różnych miejscach pozostawiano ciała, rozszarpane przez zwierzęta, tak oto narosły mity o groźnej puszczy. Zatachowi jednak się to podobało.
- Wiem, że musicie walczyć. Dlatego tu jestem.
- Wojowanie czyni gnolle.
I czyniło. Uznawano ich za trzecią cywilizację, właśnie tą która wniosła hierarchiczne społeczeństwo, monarchię i przede wszystkim metody wojskowe, jako swój wkład w rozwój Mischel. Swego czasu ich państwo stanowiło nawet największe imperium na całej planecie. Ostatecznie jednak upadli pod naporem masudów. Dziś stanowili jedynie pozostałość po swym wielkim i dumnym dziedzictwie, choć nie pozbawionym czarnych kart. Okrutne mordy i niewolnictwo również kojarzono z gnollami. Teraz jednak nie było już o czym mówić.
- Zamiast mordować się między sobą, moglibyście mordować ze mną. Masudów.
- To gra na krótką metę. Powstanie nie ma szans. Nie przy fortecach i ich arsenale atomowym.
- Nie mówię o powstaniu. – Powiedział Zatach. – Powstanie musi być powiązane z miejscem, powstanie uderzy w ludność cywilną. Waszą ludność cywilną. Róbcie to co ja.
- Terror? Teraz cię ścigają na całej Mischel.
- No to co? – Parsknął śmiechem Vark. – Ja sobie podróżuję po całej planecie, wkurzam GAW i jakoś daję radę.
- Jesteś magiem.
- Wolę słowo czarnoksiężnik. Jestem tak bardzo czarnoksiężnikiem, że wszystkie okładki moich ksiąg pomalowałem na czarno. W słowie czarnoksiężnik kryje się coś takiego złowieszczego, chaotycznego, ale też od razu wiadomo, że to nie jest jakiś tam czarodziej. Jak dla ciebie brzmi słowo czarodziej?
- Jak pizda.
- No właśnie, lepiej bym tego nie ujął. Czarnoksiężnik, to budzi respekt. GAW jednak ściga mnie jak zwykłego terrorystę. Wy moglibyście nam pomóc. Potrzebuję burd, krwawych burd na całej planecie. Pojeździcie trochę. Możecie najechać komisariat, albo koszary. Spalicie kilka wiosek, jeśli będzie trzeba.
- Przed chwilą mówiłeś, że nie chcesz ofiar w cywilach.
- W sumie racja. Kłamałem, ale nie do końca. – Tłumaczył Vark. – Nie chcę bezsensownych ofiar cywilnych. Nie chcę by ginęli, ci którzy są przekonani do naszej sprawy.
- Twojej sprawy. – Poprawił Sarguson. – Nam poza walką z ze znienawidzonym rządem, nie proponujesz nic.
- Zemstę. Masudowie doprowadzili do upadku wasz lud, mój zresztą też.
- Chcesz odtworzyć Imperium Wendoli?
- Chcę odtworzyć status quo. Chcę społeczeństw bardziej homogenicznych, które lepiej się rozumieją. Zobacz sobie jak wygląda Bereszit, to jest jedno wielkie gówno. Konglomerat ras, wierzeń i wszystkiego. Masz gównianą kulturę, gównianą naukę, a przede wszystkim durne społeczeństwo, które się rozkłada. Potrzebujemy konkurencji by się rozwijać. My to czujemy, my wendole i wy gnolle. Masudowie lubią dominować, ale czas, by ustawić ich w szeregu. Niech wracają na swoją wyspę. Nie chcę ich zabijać, chcę tylko żyć w świecie, w którym mogę się realizować.
- Realizujesz się doprowadzając do wojny.
- Jedyny sposób samorealizacji, na jaki mnie stać. Mógłbym oczywiście spróbować swoich sił w teleturnieju, ale wiesz, to nie ta skala.
- Nadal nie rozumiem, o co ci chodzi. – Odparł Sarguson zdejmując dzika z ognia. – Pyszne.
Oparł swój automatyczny karabin o drzewo i zaczął odkrajać kończynę zwierzęcia.
- Cóż. – Chyba też nie wiem. Zastanawiał się Vark. – Wszystko przemija. Nie zbudujesz nic, co nie przeminie. Imperium gnolli przeminęło, Wendolia jest marną namiastką tego, czym była. Czas także na państwo masudów, które formalnie nie jest państwem masudów, a globalnym, wspólnym rządem. Skoro nie zbuduję, to mogę coś zniszczyć, a ktoś na ruinach zbuduje nowy porządek. Mam nadzieję, że sprawiedliwszy.
- Jesteś szalony. Nie ma siły, by rząd globalny upadł.
- Ja w to wierzę. Profesor Kass także.
- Ten matematyk? Nikt nie traktuje go poważnie.
- Bo to prorok, nie matematyk. – Odparł Vark. – Prorok, który wyprzedza swoją epokę, umysł niesamowity. Byłem kiedyś na jego wykładzie, oczarował mnie. A przede wszystkim wierzy, w to co mówi i to co robi. Nie lubię masudów, ale takich jak on szanuję. Chciałbym, by to oni rządzili.
- Mielibyśmy rząd technokratów, którzy zamiast patrzeć na to, co się dzieje, rządzili na podstawie analiz, wyliczeń i wzorów. – Rzucił gnoll, podając gościowi przypieczony udziec.
- Ale przewiduje upadek. Ja w niego wierzę. Upadek masudów to szansa dla nas wszystkich. Sam wiesz, że powstanie się nie uda. Ani wasze, ani nasze. Możemy pozostać jak reptilioni, ale to nam nie odpowiada.
Tereny reptilionów właściwie znajdowały się pod jurysdykcją rządu, ale oni nie tylko nie uznawali żadnej władzy zwierzchniej, to jeszcze odcięli się prawie całkowicie od reszty Mischel. Mieszkali w swoich głębokich jaskiniach, z nikim się nie kontaktowali, a jedynie czasem organizowali rajdy na pobliskie osady. Powszechnie uznawano ich za plemię prymitywnych barbarzyńców, których nie da się ucywilizować. A ponieważ nie stanowili zbytniego zagrożenia, rząd nigdy nie zajął się nimi na poważnie.
- Państwo masudów trzeba rozsadzić od środka. – Kontynuował Zatach robiąc przerwy na odgryzanie kolejnych kawałków mięsa i połykanie ich. – A żeby to zrobić, trzeba skonfliktować rząd z obywatelami. Poważnie skonfliktować.
- Po to ci wojna na dwóch frontach. Chcesz, by Tull zaatakowała Wendolię, a ty tymczasem zaatakujesz ją, ukazując jej bezsilność.
- I głupotę. Wojna z Wendolią nikomu nie jest potrzebna. Z wyjątkiem rządu. Oni mają swoje cele, które trzymają w ukryciu. – Ale nie wiedzą, ile ja wiem o projekcie Babel. – Obywatele nie chcą wojny, chcą spokoju i bezpieczeństwa.
- Chcesz by wojna wybuchła wtedy, gdy my będziemy siać terror.
- Chcę by państwo masudów się skompromitowało. By upadło szybciej, niż to przewidział Kass. I chcę mieć w tym swój udział.
- Jak każdy normalnie myślący obywatel. – Zaśmiał się Sarguson.
Vark też był zadowolony. Wiedział, że właśnie zyskał potężnego sojusznika. Szkoda, że reptilioni nie są w ogóle skłonni do rozmów. Ale dobrze, że działają na własną rękę.

Komentowanie nie jest możliwe więcej...

XXVII.

przez , 16.lut.2013, w Bez kategorii

Baragastr umiał zarobić właściwie na wszystkim, więc nic dziwnego, że nawet poszukiwania orypium okazały się dla niego opłacalne, a przy tym dostarczyły mu trochę rozrywki. Przepytywanie istot o to, czy wiedzą, co to jest nie miało żadnego sensu. Ściągnął więc kilku nowych zbirów, nie znanych w okolicy i kazał im udawać dilerów. Twierdzili, że posiadają w swojej ofercie to orypium i szybko okazało się, że znalazło się kilku chętnych na ten narkotyk.
Ci wszyscy chętni zostali pojmani i czekali na swoje przesłuchanie. Smok nie zamierzał ich puszczać wolno. Skoro kupowali narkotyki u innych dilerów, których nie kontrolował, nie byli jego klientami, więc zabicie ich nie uderzało w jego interesy. Za to gwarantowało pewien zysk.
Pomieszczenie, w którym się znajdował formalnie nie istniało. Znajdowało się poniżej jednej z komend policji w Bereszit, ale pod ziemią. Najciemniej pod latarnią, śmiał się czasem smok i to właśnie w tym miejscu przeprowadzał najgorsze ze zbrodni. Tak jak i w tego wieczoru.
Siedział w loży, wraz z kilkoma innymi gangsterami i swoimi porucznikami, gdzie kwiat półświatka mógł sobie spokojnie ucztować, pić, ale co najważniejsze obstawiać. Ściągnięcie tu innych przestępczych bonzów miało także na celu uświadomienie im, kto jest właścicielem orypium. Jeśli któryś z nich spróbuje sięgnąć po skarb Baragastra, szybko spotka go zasłużona kara.
Zresztą zakłady również nie były do końca uczciwe, bo to jaszczur był krupierem, więc zasady skonstruował tak, by nic nie stracić. Prowizje wyrównywały mu wszelkie przegrane. Mógł za to wygrać, co czasem się zdarzało, tak więc w najgorszym przypadku nic nie zarobił. Tym razem jednak chodziło głównie o informację.
- Obstawiamy. – Rzucił smok. – Będzie coś wiedział, czy nie?
Gangsterzy obstawili.
- Szybko zacznie gadać, czy będzie butny?
I znów to samo.
- Będzie próbował się bronić, czy nie.
Trzy kolejki i wystarczy. Następnie podniósł swą łapę i chwilę później wprowadzono do sali kolejnego zakneblowanego mężczyznę, ściągnięto mu opaskę z oczu, wyzwolono z kajdan.
- Orypium. – Ryknął smok. – Wiesz coś o tym?
Mężczyzna zaczął się rozglądać. Dopiero wówczas uświadomił sobie, że stoi w ludzkich szczątkach.
- O kurwa… – Spanikował. – Gdzie ja jestem.
Barczysty ork podszedł do niego i walnął go maczugą w kolano. Facet przewrócił się w bólu.
- Moja rzepka! Zmiażdżyłeś ją chuju pierdolony! Zabiję!
Ork nie czekał na reakcję. Zamachnął się i rozwalił mężczyźnie drugie kolano.
- Co wiesz o orypium! – Krzyknął smok.
- Boli! – Wydzierał się i wrzeszczał.
- Łydka. – Zaśmiał się jaszczur. – Ale wpierw palce.
Ork podszedł pod ścianę, zostawił tam maczugę i wziął potężny, dwudziestokilowy młot. Podszedł do leżącego, ściągnął mu buta i skarpetę, a następnie zmiażdżył palce.
- Twardy jesteś. – Uśmiechnął się jaszczur. – Powiesz nam coś o orypium?
Facet zwijał się z bólu. Ledwo mógł cokolwiek mówić. Jednak silna sytuacja stresowa pomogła mu się opanować.
- Tylko raz… przez przypadek… nie znam kolesia… Nigdy później… nie widziałem. Litości…
- Niewiele wiedział, butny, nie bronił się. Koniec zakładów.
Mężczyzna wstrzymał oddech. Puszczą mnie? Ork jednak podszedł do niego i skręcił mu kark. Ciało zaciągnął w kąt, gdzie leżały już trzy inne.
- Obstawiamy. – Zaśmiał się jaszczur. – Zasady te same. Wie? Butny? Obrona?
Gangsterzy obstawili, a potem wprowadzono kolejnego mężczyznę. Ten był trochę starszy niż poprzedni, ale również był człowiekiem. Zachował jednak zimną krew, gdy zobaczył gdzie się znalazł.
- Orypium, co o tym wiesz? – Zapytał Baragastr.
- To narkotyk, który daje niezłego kopa, ale mniemam, że to już wiecie.
- Gada. – Rzucił smok do swoich towarzyszy.
- Raz to spróbowałem i potem szukałem tego gówna, domyślam, się, że nie ja jeden. Myślę, że możemy pójść na współpracę.
- Współpracę!? – Zaśmiał się gad. – A to dobre…
- Nie lekceważ mnie. Jestem słaby fizycznie i rozumiem sytuację, w której się znalazłem. Natomiast jestem bogaty i wpływowy. Jeśli zginę, będą mnie szukać, także wymiar sprawiedliwości.
Wszyscy kryminaliści popatrzyli tylko na sufit i zaczęli się śmiać.
- Zacznij, w końcu mówić. – Powiedział gad.
- Możecie mnie zabić, ale musicie wiedzieć, że sam zacząłem szukać na własną rękę orypium. Jak zginę, te dokumenty wpadną w ręce władz. Znalazłem coś, co powinno was zainteresować. Oczywiście zaraz wam to powiem, bez niepotrzebnej przemocy, ale musimy zabezpieczyć swoją przyszłość. Wy swoją, ja swoją.
- Dobra, co proponujesz?
- Po pierwsze puszczacie mnie wolno, jak skończymy dyskusje i się dogadamy. Po drugie milczycie w sprawie moich kontaktów seksualnych i zdrad, oraz narkotyków. Moja żona jest dość majętna, rozwód bardzo dużo by mnie kosztował. Źle zniosłaby informacje o zdradach, a już o tym, że sypiam z mężczyznami jeszcze gorzej. Więc macie mnie na widelcu. Ja natomiast chciałbym mieć tylko dostęp do towaru, po rozsądnych cenach. Nic więcej. Cała reszta jest wasza. Zresztą pewnie będziecie potrzebowali moich kontaktów, bo Severina Anjinga tak łatwo nie dostaniecie.
- Anjinga? – Zdziwił się Baragastr. – Skądś znam to nazwisko.
- To syn Elviry Anjing, CEO Ergonu. – Powiedział mężczyzna. – Jak mniemam ten syntetyk, orypium to ich dzieło, a tak się składa, że ja zajmuję się innym rodzajem przestępstw, których wy nie tykacie. Inside tradingiem. By dorwać się do składów Ergonu potrzebujecie mnie, a ja potrzebuję was, by zaspokoić swój głód. Więc jak, dogadamy się?
- Cały handel orypium będzie mój? – Upewnił się gad.
- Ja nie mam zasobów, by się tym zajmować. Zresztą jeśli chodzi o pieniądze, szczerze to ja już nie muszę pracować do końca mych dni. Chcę sobie tylko pohulać. Do tego potrzebuję spokoju i życia, narkotyk zaś będzie wasz.
- Zgoda. – Oznajmił smok. – Podejdź do nas. Skoro masz tyle kasy, to może poobstawiasz przesłuchania kolejnych delikwentów. Jeszcze ich paru zostało.

Komentowanie nie jest możliwe więcej...

XXVI.

przez , 01.lut.2013, w Bez kategorii

Morsk nie miał dobrego poranka. Został wezwany w trybie pilnym do pani prezydent. Oczywiście w gabinecie czekała na niego nie tylko wyraźnie poirytowana Vea Tull, ale także trójka jej doradców, doświadczony analityk Gilhalad Notluwiń, elfka Undoriel zajmująca się PRem, a także Oryx Rwe, masudzki generał sztabu. Aham miał wrażenie, że trafił na własną egzekucję. Śledztwo nie ruszało się zbytnio, nie miał punktu zaczepienia, nie licząc oczywiście ataków kryminalnych wendoli, z których część przedstawiała się jako Vark Zatach. No i jeszcze piękne, starannie przygotowane przemówienie prezydent Tull zostało w mediach pominięte, wszyscy komentowali wystąpienie króla Elfów. Ja nie jestem temu winien. Nie kontroluję wszystkiego.
- Witam. – Rzucił zamykając drzwi. Specjalnie unikał formułki „dzień dobry”, by nikogo nie drażnić. Nikt mu jednak nie odpowiedział. Aham zasiadł przy stoliku. – Rozumiem, że mam zdać sprawozdanie. Nadal nie mamy pojęcia, gdzie znajduje się Zatach i co dokładnie planuje.
- To czym się pan kurwa zajmuje. – Wściekł się Rwe.
- Mogę złożyć dymisję w każdym momencie.
- To dobrze, możemy potrzebować kozła ofiarnego. – Dodała Undoriel. – Jeśli te rewelacje tego Taradrila się potwierdzą, będziemy musieli wystawić pana mediom. Lepiej niech pan zacznie już porządkować swoje sprawy.
- Służę jak najlepiej potrafię, na pewno ktoś sobie lepiej z tym poradzi. Może faktycznie za długo już siedzę w tym miejscu. – Przyznał Aham. Ukrywał swoje uczucia. Dziwka. Może i jestem najemnikiem, ale w takim gównie jakie zrobiliście, to mało kto będzie chciał pływać. Tak, żeby was przy tym nie potopić.
- Może ochłońmy trochę. – Powiedziała pani prezydent. – Potrzebujemy rozwiązań, nie kłótni.
- Musimy złapać Zatacha, za wszelką cenę. – Tłumaczył Notluwiń. – I trzeba też uspokoić Bereszit. Te kryminalne ataki muszą się skończyć.
- Tym powinna zająć się policja. – Odrzekł Morsk wzruszając ramionami. – GAW…
- GAW musi działać. – Przerwał mu Gilhalad. – Nawet jeśli mielibyśmy zamknąć wszystkich wendoli w mieście.
Aham wstrzymał oddech. Popierdoliło go.
- Pan poważnie? – Wycedził.
- Tak, przeanalizowaliśmy to. – Stwierdziła elfka zajmująca się PRem. – Oburzenie w mediach będzie, ale nasze służby przedstawią to inaczej. Musi pan zorganizować akcję za dwa dni. My w tym czasie nagłośnimy ilość napadów. Miasto musi zacząć drżeć ze strachu. Potem będzie łatwiej.
- Proszę w tym czasie także zamknąć tego Tarandrila. – Dodał Notluwiń.
- Taradrila. – Poprawił Aham. – Ale mu na tym zależy. On chce być aresztowany. To dziwka medialna. Prawdopodobnie nie ma nic wspólnego z Zatachem.
- Dobrze byłoby to stwierdzić. Włamcie mu się do domu i sprawdźcie te dokumenty. – Zasugerował Rwe. – Jeśli tam faktycznie coś jest, to dostarczcie go mnie. Już ja się zajmę nieopierzonym pisklakiem. A jeśli to zwykła kurwa, oddajcie go mediom, jako zdrajcę.
- Oczywiście. – Przytaknął Morsk. – Mam pytanie, czy kwestia aresztowań wendoli nie zaszkodzi naszym relacjom z Wendolią?
- Zaszkodzi. To pewne. – Przyznał Gilhalad. – Te stosunki i tak słabe. Wojna w końcu będzie nam potrzebna. To już ustaliliśmy. Igranie z Wendolią jest nam na rękę.
- A złapanie Zatacha? – Zapytał Aham.
- Nie wierzymy, że szybko się wam to uda. – Odpowiedział wojskowy. – Nie liczymy na to. Gdybyśmy zakładali, że GAW sobie poradzi z tą sprawą, pewnie byśmy ją przeanalizowali. Tymczasem wojsko zabezpieczy koszary i panią prezydent przed ewentualnymi zamachami. GAW nie będzie się tym zajmował.
- Oczywiście. – Wspaniale, teraz jestem już tylko kmiotkiem do pomiatania. Kurwa, wywalcie mnie już, a nie, rozkazujecie, a potem ja mam przed mediami być waszą kukłą, którą wystawicie, jak się wam grunt pod nogami zawali. – Rozumiem, że to wszystko, co mam zrobić.
- Śledźcie też tego Zatacha. Jak będzie coś ważnego, dajcie nam znać. – Oznajmiła pani prezydent. – Jestem bardzo wstrząśnięta tym, co się dzieje i tym, co czują nasi obywatele. Musimy ich chronić.
- Tak jest. – Kłamiąc, wywołując wojny i karmiąc ich PRem. – Zrobię wszystko, co w mojej mocy, by to właśnie uczynić.

Komentowanie nie jest możliwe więcej...

XXV.

przez , 01.lut.2013, w Bez kategorii

Dom kultury był dobrym miejscem na zorganizowanie konferencji prasowej, zwłaszcza, gdy się rzekomo tę kulturę reprezentowało. Taradril nie miał z tym najmniejszych problemów, w końcu tłumaczył, że jest reżyserem, scenarzystą, aktorem, rodzaj filmów pomijał, gdyż instytucje nie zawsze wykazywały się należytą tolerancją. Król elfów był też propagatorem sztuki elfickiej, więc jakoś przeszło. Najważniejsze, że to miejsce udostępniono mu za darmo.
- Tu nie wolno palić. – Zaczepił go jakiś cieć.
- Mi wolno. – Odparł elf.
- Nie, nie wolno.
- Jestem królem, będę prezydentem.
- Proszę zgasić tego papierosa!
- A to papierosów nie wolno palić? – Zdziwił się Taradril.
- Tak. Jest zakaz.
- Ale to nie jest papieros.
- Panie, co mi pan za banialuki wciskasz! Ciągniesz papierosa jak dziwka fiuta!
- To nie jest papieros, to jest skręt. Narkotyki… Nie macie zakazu, prawda?
- To w ogóle nie jest legalne.
- Widzi pan, jak już zostanę prezydentem to będzie. Przepisu domu kultury nie złamałem, więc wszystko jest w porządku. Jak ktoś doniesie, to papierosów nie paliłem. A jak doniosą na policję, o bogowie… obaj będziemy mieć przejebane.
Mężczyzna w końcu uległ. Król elfów zaś wyszedł do sali, w której czekali już dziennikarze. Oczywiście tematem numer jeden był Vark Zatach, a przed chwilą właśnie skończyło się przemówienie pani prezydent Tull. Taradril nawet nie wiedział o czym ta kwoka mówiła, średnio go to interesowało. Przedstawicieli mediów nie było zbyt wiele, ale ci, którzy się pojawili, będą mieć świetny materiał. Elf już o to zadba.
- Dzień dobry państwu. – Rzucił podchodząc do mównicy z której zabrał jedynie mikrofon.
Wyglądał normalnie, zamiast garnituru nosił skórzaną kurtkę, włosy trochę przyczesał i wyrzucił gdzieś skręta.
- Chyba działa. – Powiedział trzymając już mikrofon. – Dziękuję wszystkim za tak liczne przybycie. Przed chwilą oglądałem właśnie przemówienie pani prezydent Tull, matki naszego narodu, naszej planety. Pocieszające, ale sztuczne. Jako wybitny reżyser i aktor, potrafię poznać dobry kunszt aktorski.
- Ale pan grał głównie w pornolach. – Zaśmiał się jakiś dziennikarz.
- O, zazdrośnik. – Uśmiechnął się król elfów. – Te dramatyczne wydarzenia, które miały miejsce, otwierają mi oczy na wiele spraw. Pewnie zastanawiacie się, po co tu jesteście. Tak, mam kilka ogłoszeń, które was zainteresują, ale po kolei. Vark Zatach, nie popieram jego metod, ale w pełni popieram jego sprawę.
Na sali zrobiło się gwarno.
- Będzie ekstra materiał! – Ktoś krzyknął.
- Tak, będzie. – Potwierdził Taradril. – Nagrywajcie i róbcie zdjęcia, jutro będziecie o tym trąbić. Vark Zatach ma problem z wysławianiem się, nie potrafi dobrze oddać tego, o czym myśli. On jest jakby to powiedzieć, trochę upośledzony, ale ma dobre serce. To upośledzenie jest niestety nabyte, to wynik prania mózgu jaki GAW przeprowadza swoim informatorom i agentom.
- Prania mózgu… – Powtórzył jeden z dziennikarzy.
- Ma pan na to dowody? – Zapytała reporterka.
- Oczywiście. Zatach był agentem GAWu, dlatego poznał ich metody i dlatego jest o krok przed nimi. – Taradril podszedł do stolika i wyciągnął kilka zkserowanych kartek, a następnie podał je dziennikarzom. – Te dowody powinny się państwu spodobać. Zrobiłem kopie, dla każdego starczy.
Dziennikarze nie mogli się nadziwić, gdy zaczęli oglądać te dokumenty.
- Dostałem je od Zatacha. Trochę się z nim pokłóciłem, ale ja także uważam, że obecny rząd ssie. Pani prezydent powinna ustąpić. I myślę, ze jestem jedyną osobą, która może zapobiec katastrofie, dlatego będę się ubiegał o stanowisko prezydenta. Z poparciem Varka Zatacha.
- Pan żartuje. – Rzucił tylko jeden reporter.
- Tylko ja mogę zatrzymać terror. Właśnie dlatego, że ja naprawdę jestem pacyfistą i nie będę się zajmował spiskami i szykowaniem się do wojny. Trzeba pomóc mieszkańcom, a nie zajmować się stołkami. Ja już w życiu naprawdę wszystko osiągnąłem, jestem tak ustawiony, że gdyby nie Vark Zatach i jego nalegania, nie zdecydowałbym się kandydować.
- Vark Zatach nalegał by pan kandydował na prezydenta Mischel? – Wyrwało się jakiejś dziennikarce.
- Błagał mnie. Potem groził. Myślałem, że blefuje… Ale on czasem jest upośledzony. Powiedział, że zrobi zamach. Zadzwoniłem w tej sprawie do dyrektora Morska, który już kiedyś mnie inwigilował. Wyśmiał mnie. Niestety GAW trzeba będzie przewietrzyć. Acha, na tą rozmowę nie mam dowodów. Pewnie bilingi zostały wyczyszczone. Natomiast muszę sprawę upublicznić, gdyż obawiam się, że moje życie jest zagrożone, ze względu na rząd. Po dzisiejszym wystąpieniu i po najbliższych sondażach, znajdę się na krótkiej liście osób do wykończenia. Tak jak mój przyjaciel, z którym jestem trochę skonfliktowany, Vark Zatach.
- Nie wiem, czy to prawda, ale ten materiał jest bombowy. – Mruknął jeden z dziennikarzy. – Kiedy pan poznał Zatacha?
- Kiedy był na stypendium w Bereszit. Okoliczności były, no wiecie, spotkaliśmy się na imprezie, z mnóstwem alkoholu i takich środków, które jak zostanę prezydentem to zalegalizuję.

Komentowanie nie jest możliwe więcej...

XXIV.

przez , 30.sty.2013, w Bez kategorii

Kass wrócił właśnie do domu, miał zamiar właśnie sprawdzić wiadomości w sieci, gdy z kuchni wyszedł Ikovar.
- Już wróciłem. – Powiedział. – Kupiłem trochę jedzenia.
- Dziękuję. – Odparł naukowiec.
- Moglibyśmy chwilę porozmawiać? – Zapytał agent.
- Dziwi mnie ta prośba, patrząc na to, co akuratnie robimy.
- Chodzi o rozmowę, nie wymianę uprzejmości.
Ing przytaknął. Przeszli do salonu, usiedli na kanapie.
- W sumie to chciałem przeprosić za moje zachowanie. Nie miałem dobrego wejścia, nie mieliśmy też dobrego początku relacji.
- Ja nadal nie wiem, po co mi ochrona rządowa. – Odparł matematyk.
- Ja zaś wiem, coraz bardziej. Myślę, że niebawem, dyrektor Morsk się z panem skontaktuje. I poprosi o pomoc. To logiczny krok.
- Lubię takie stwierdzenia. – Rzucił matematyk. – Logika. Morsk zabezpiecza ewentualności, w momencie gdy wszystko się komplikuje. On już nie panuje nad wydarzeniami, prawda?
- Nie wiem o co chodzi z tymi terrorystami. Mój świat nie jest taki skomplikowany. Byłem agentem, niezła fucha, niezła kasa. Trochę parszywych zadań. Jedziesz gdzieś, mieszkasz z istotami, jesz z nimi, czasem się kochasz, czasem kłócisz. Potem kablujesz na nich, albo okradasz ich. Lub też zabijasz. Tak to działa. Przykra sprawa, ale takie mam obowiązki. Nie wiedziałem, czemu dostałem zadanie ochrony, za przeproszeniem, jakiegoś nadętego kanarka. Był pan dla mnie kimś kogo znam z mediów. Nie sądziłem, że matematyka może być tak użyteczna.
- Bywa. Ale Estymator to nie tylko matematyka.
- Rozumiem. Myślę, że pomieszkamy trochę razem i chciałem uporządkować pewne rzeczy. Przez większość życia byłem zaćpanym chujem, o ponad przeciętnej inteligencji. Mogłem patrzeć na wiele osób z góry. Ale pański sposób przetwarzania danych to dla mnie coś fascynującego. Jestem pod olbrzymim wrażeniem. Naprawdę. Niemniej jednak skoro pomieszkamy razem, moglibyśmy ten apartament uczynić bardziej przyjemnym dla człowieka.
- Chcesz zrobić remont?
- Przede wszystkim chcę ściągnąć swój telewizor. Lubię czasem sobie pooglądać. A teraz będzie co. Dziś wszyscy tylko szukają tego Zatacha.
- Nie ma sprawy, można w salonie postawić. Tylko, żeby nie chodził za głośno.
- Przejrzałem tam rzeczy na szafce. Ma pan w domu porządek, ale zapodziała się tam jedna książka. „Scholastyka” bodajże.
- „Scholastyka”? – Zdziwił się Kass. – Jak to „Scholastyka”.
Darvid wstał i wyciągnął stary, zużyty podręcznik.
- „Stochastyka”! – Wykrzyknął Ing. – Ona musi być w innym miejscu. Ma dla mnie wartość sentymentalną.
- Myślałem, że jest pan chodzącą logiką.
- Znów mi schlebiasz, ale uczucia mam.
- Do książki. – Mruknął pod nosem Darvid.
- Właściwie to podręcznik, do matematyki.
- Wszystko jasne. – Odparł agent. – Nie mam więcej pytań.
- A szkoda, bo to fascynująca przygoda… dobra słowo przygoda w porównaniu z twoimi tu nie jest na miejscu.
- Było jakieś zaklęte działanie?
- Nie. – Kass wziął stary podręcznik do ręki i zaczął go przeglądać. – To był chyba mój drugi rok studiów. Mieliśmy już podstawy prawdopodobieństwa, które mi się nie podobało. Bo wydawało mi się głupie, ograniczone, ale do nauczenia. Potem mieliśmy procesy stochastyczne.
- Nie żebym wiedział, co to.
- Coś, co jest bardzo bliskie mojej wizji prawdopodobieństwa. Chodzi o warunkowanie zmiennych. To mi chodziło po głowie, ale jak zobaczyłem stochastykę, załamałem się. Na egzaminie mnie olśniło i zamiast rozwiązać zadanie klasycznym sposobem, rozwiązałem je po swojemu. Nie mogłem wyprowadzić dokładnie niektórych wzorów, ani ich udowodnić, zabrakło mi na to czasu, ale to było dobrze rozwiązane. No niestety prowadzący wezwał mnie do siebie na dywanik i zrugał. Myślał, że ja nic nie wiem, że sobie zacząłem bzdury wypisywać. Oczywiście dostałem niezaleczenie… Ale te wzory udowodniłem i wyprowadziłem w ramach swojej pracy magisterskiej. Potem zacząłem pracować z profesorem Hixem. Szybko zrobiłem doktorat, potem nawet byłem recenzentem pracy doktorskiej tego kolesia, co mnie oblał. Na żadnym egzaminie u mnie nikt się tak nie stresował jak on. Myślał, że będę się mścił.
- Ja bym patafiana uwalił. – Rzucił Ikovar.
- Mnie bawiła sama sytuacja. Ale jednocześnie udowodniła mi, że procesy stochastyczne są zbyt idealistyczne. Może udaje się dzięki nim wykonać pewne przewidywania giełdowe, ale brakuje bardzo wielu rzeczy, jak choćby coś, co z profesorem Hixem nazwaliśmy funkcją il. Il to od ironia losu, taki nasz żarcik wewnętrzny.
- Jak ta stochastyka ma się do Estymatora?
- Wykonują podobną funkcję. Ale Estymator to coś więcej niż wzory matematyczne, to pewien rodzaj systemu eksperckiego i sztucznej inteligencji. Nie świadomej, ale sztucznej.
- Dobra, starczy mi tej matematyki. Dla mnie to już trochę za dużo.

Komentowanie nie jest możliwe więcej...

XXIII.

przez , 28.sty.2013, w Bez kategorii

Aham Morsk był zmęczony i niedospany, gdy rano pojawił się w biurze GAWu. Właściwie pojechał do domu głównie po to, by zobaczyć Savarę. Gdyby nie ukochana żona, pewnie przenocowałby tutaj.
Taki dni jak ten najbardziej dawały mu w kość, nie psychicznie, ale fizycznie. Czuł, że wiek robi swoje, i że on sam dochodzi do ściany. Emerytura naprawdę by mi się przydała.
Analitycy siedzieli już przy stole.
- Co wiemy o Zachavie… – rzucił.
- Zachavie? – Zdziwił się jeden z oficerów.
- Tym zamachowcu. – Poprawił się Morsk. Jak on się nazywał?
- Vark Zatach. – Zasugerowała analityczka.
Następnie przedstawiła ogólny raport. Zatach był synem jednego z watażków Wendolii, niewiele wiadomo o jego dzieciństwie, czy relacjach z ojcem. Ulv Zatach był przyjacielem poprzedniego szejka, ale służby wówczas nie działały na tyle dobrze, by wszystko wiedzieć o mniej znamienitych osobach na dworze. Ulva próbowano oczywiście przeciągnąć na stronę GAWu, ale się nie dał. Zresztą Wendole na dworze szejka niechętnie dali się kapturować. A nawet jeśli, wielu z nich było podwójnymi agentami.
Młody Vark Zatach został wysłany na stypendium naukowe do Bereszit. Jako student się nie wyróżniał niczym, poza tym, że kombinował i oszukiwał, byle móc się tylko lenić i wałkonić. Nauczyciele i wykładowcy określali go mianem, zdolnego, ale leniwego. Lubił korzystać z życia. Odwiedzał dyskoteki, kluby, bawił się dobrze i zajmował się wszystkim, byle nie studiowaniem.
- I to jest biogram terrorysty!? – Dziwił się Morsk. – Na pewno dobrze sprawdziliście?
- W czasie studiów wydarzyły się w akademiku dwa niewyjaśnione samobójstwa.
- O to mi się podoba. – Mruknął do siebie Aham. W końcu jakieś konkrety.
- Ale nikt nie znalazł żadnego powiązania z Zatachem. Prawdopodobnie był poza listą podejrzanych. Nie znaleziono sierści, a on raczej nie zachowywał się zbyt agresywnie. Ot zalany, imprezujący studencik.
- Jak mniemam nikt też nie sprawdzał go pod kontem szpiegostwa.
- Sprawdzano. To standardowa procedura. Mamy te testy, według nich nie nadawał się na szpiega.
- Albo właśnie nadawał. – Myślał głośno Morsk. – Tylko wykiwał naszych.
Zatach poza językami studiował przede wszystkim socjologię, potem zagadnienia handlowe. Wykorzystał pierwsze zajęcia do wkręcenia się w towarzystwo, co zaowocowało po studiach kontraktami w Wendolii. Wpuścił tam inwestorów, przy okazji nieźle się ustawił. Szejk miał udziały w każdej takiej firmie, podobnie jak Zatach. I obaj nie musieli nic robić.
- Jakie ma relacje z szejkiem?
- Szejk Korkorot z pewnością go zna. Ale w nocy wydał też oświadczenie, że całkowicie odcina się od działalności terrorystycznej Zatach. Dosłaliśmy też list z prośba o natychmiastową deportację Varka Zatacha.
- Chyba kpią. – Wściekł się Aham. – Wiadomo, dlaczego?
- Podobno znalazły się dowody, że Vark mieszał palce w zamordowaniu swojego ojca.
- No to robi się ciekawie.
- Sprawdziliśmy też tego Ulva Zatacha. – Dodała inna analityczka. – Zabicie go nie byłoby takie trudne. On był inwalidą. Uratował poprzedniego szejka, podczas zamachu, stracił dolne pół ciała, dwa lata przed narodzinami Varka. Lewą łapę miał zaś sparaliżowaną do końca życia.
- Jak dużo dolnej części ciała stracił? – Zapytał Morsk.
- Nogi na pewno. Nie mamy dokładnych danych, ale gdzieś koło brzucha.
- Stracił jaja?
Analityczka zarumieniła się.
- Nie zastanawialiśmy się nad takimi szczegółami.
- Vark Zatach ma 47 lat. Musiał być poczęty 48 lat temu, prawda? – Myślał głośno dyrektor GAWu. – Tylko, że jeśli paraliż lub jeszcze gorzej odcięcie uniemożliwiało…
- To zostaje jeszcze in vitro.
- 48 lat temu? I to w Wendolii? Niemożliwe. Zatem, mamy prawdopodobnie motyw. Vark Zatach pewnie nie jest synem swojego ojca. – Tylko czyim.
- To bez sensu. – Stwierdził jeden z oficerów. – To watażka Wendoli. Zabiłby żonę i dzieciaka, gdyby wiedział, że to nie jego.
- Chyba, że kochał tak bardzo swoją żonę, że chciał mieć jej dziecko, nawet jeśli nie byłoby jego biologicznym dzieckiem… – Wymamrotał Aham. Kurwa mać… że też wcześniej na to nie wpadłem. Dokładnie tego chcemy! Dokładnie. Nie chcę mieć swoich dzieci, chcę mieć dziecko Savary! Na jego twarzy pojawił się uśmiech.
- Ale co to nam daje? – Zapytała analityczka.
- Nie rozumiem, czemu szejk chce go ściągnąć do siebie. Pewnie chce załatwić sprawę po cichu. Ale tam, coś jest na rzeczy. Pewnie te kontrakty… Myślę, że szejk ma więcej do ukrycia, niż nam się wydaje. Zatach wyrwał się mu spod kontroli. Wolą byśmy go sprzątnęli, niż przesłuchali.
Do sali wszedł jeszcze jeden oficer.
- Panie dyrektorze, dostaliśmy pilną wiadomość z policji. Podobno Vark Zatach buszuje po Bereszit.
- Jak to buszuje?! – Zdziwił się Morsk.
- Napadł na dwa sklepy spożywcze i jednego jubilera.
- To nie może być on. – Oburzył się analityk. – Jakaś pomyłka. Albo ktoś się pod niego podszywa.
- To on. On się z nami bawi. I będzie się bawił, aż do tego swego pieprzonego zamachu. – On faktycznie ma popieprzone we łbie.

Komentowanie nie jest możliwe więcej...

XXII.

przez , 27.sty.2013, w Bez kategorii

W pomieszczeniu panowała absolutna cisza. Szejk ją bowiem uwielbiał, zwłaszcza gdy jadł. Siedział sam, a na stole leżała klatka z niewielkim, białym królikiem. Zwierzątko odczuwało strach, kuliło się, jakby nie chciało, by ktokolwiek je dostrzegł. Ale wendol nie potrzebował oczu, by je widzieć. Wystarczyło mu powonienie, ale też ciepło. Zwłaszcza Korkorot twierdził, że potrafi wyczuwać istoty stałocieplne, a królik do nich z pewnością należał.
Podniósł wieko klatki i jednym błyskawicznym ruchem złapał zwierzę, wbijając pazury w jego skórę. Nie za mocno, nie chciał go zabić, a przynajmniej jeszcze nie. Królik szarpał się, odczuwał ból, zresztą jego futro pobrudziło się krwią. Wiedział, co go czeka. Szejk jednak jeszcze czekał. Uwielbiał ten moment. Spoglądał w swoją ofiarę. Wsłuchiwał się w nią. W jej bicie serca. Szybsze, paniczne. Adrenalina to najlepsza przyprawa. Zwierzę próbowało się wyrwać, ale im bardziej wierzgało, tym bardziej zaciskała się dłoń, a pazury wbijały w ciało. Stworzenie nie dawało za wygraną. Próbowało się wyślizgnąć, uciec. Było jednak zbyt głupie, by wygrać z wendolem. I to nie byle jakim wendolem, a ich przywódcą.
Korkorot odczuwał głód. Nie chciał dłużej czekać. Błyskawicznie wbił zęby w kark zwierzęcia. Krew trysnęła, a on próbował połknąć życie stworzenia. Głupi stary zwyczaj, który lubił pielęgnować.
Szejk był umorusany krwią, ale nie licząc tego wyglądał dostojnie jak na wendola. Ubrany w śnieżnobiały strój, wyszywany złotem, jego siwe furto zostało ładnie przystrzyżone i wyczesane, a ostre zęby poddawał wybielaniu. Kilka z nich było już sztucznych, ale Korkorot musiał wyglądać na drapieżcę. Poddani tego oczekiwali.
W ciszy i samotności konsumował królika, gdy w komnacie pojawił się jeszcze ktoś. Vark Zatach.
- Smacznego. – Rzucił czarnoksiężnik. – Tyle razy ci mówiłem, że powinieneś mieć także magiczną ochronę. Skoro ja się mogę tu dostać, może każdy.
- Jesteś głodny? – Zapytał Korkorot.
- Mam w głowie inne rzeczy, niż takie trywialne potrzeby. Jutro wydasz oświadczenie w mojej sprawie.
- A coś przeskrobałeś? – Zdziwił się szejk.
- Służby informacyjne zawodzą, czy nie czytasz informacji?
- Może jedno i drugie.
- Przyznałem się do zamachów i zapowiedziałem kolejny. – Odparł Vark. – Teraz jestem pewnie ścigany. Choć mam zamiar sobie z nich zakpić.
- Ostro pogrywasz, dużo ryzykujesz. A co ja mam zrobić?
- Potępić mnie. Odciąć się od zamachów i wydać nakaz aresztowania.
- Ciebie? – Zdziwił się Korkorot. – Ale…
- Nie jesteś od myślenia. Rób, co ci każę. Gdybym chciał, by szejkiem był ktoś samodzielnie myślący, zostałby nim prawowity dziedzic, a nie ty.
- Jak sobie życzysz bracie, powiedz tylko, co mam zrobić.
- Wydasz oświadczenie, że pojmanie mnie jest wewnętrzną sprawą Wendolii. Globalni nie mają u nas żadnych praw i próba zabicia mnie, będzie uznana za pogwałcenie traktatu pokojowego. Wciąż jestem obywatelem Wendolii, więc tylko tu można mnie sądzić. Natomiast ty, jako prawowity szejk brzydzisz się wszelkim terroryzmem.
- Naprawdę? Tego nie wiedziałem. Od kiedy? – Ironizował Korkorot.
- Od zawsze.
- Mam nadzieję, że polować mogę.
- Masz wyglądać na cywilizowanego władcę. – Wściekał się Vark. – I masz zapewnić mi drogę ucieczki, w razie dużej wpadki. Jeśli mój plan się spierdoli, możesz zagrozić użyciem głowic Rahab-2.
- Ostro. To lubię.
- A tak przy okazji, Rahab-3 zostały także uzbrojone. Jak wybuchnie wojna, lepiej siedź w schronie.
- Bracie, ale po co nam ta wojna. Mi jest dobrze, tobie również. Co możemy zyskać?
- Mówiłem ci już, że miałem wizję. Sen o potędze takiej, jakiej nikomu się nie śniło. Ale ta potęga zrodzi się z chaosu. Ja stworzę ten chaos.
Korkorot zapytałby o jedną rzecz, ale się bał. Czy widziałeś, czyja to jest potęga? Bo może w tym chaosie to my przegramy?

Komentowanie nie jest możliwe więcej...

XXI.

przez , 18.sty.2013, w Bez kategorii

Smoki zawsze budziły wiele kontrowersji swoim zachowaniem, a także stały się zarzewiem wieloletnich, nigdy nie rozstrzygniętych dysput historycznych. Masudowie często cierpieli na kompleks związany z tym, że ich cywilizacja nie powstała pierwsza. Jakoś akceptowali pierwsze trzy, czyli zoatów, halflingów i gnolle, problemem jednak było czwarte miejsce. Wielu naukowców twierdziło, że powinny się tam znajdować smoki, ale ich państwa miały zupełnie inny charakter. Przypominały raczej olbrzymie bandy, gdzie herszt był gadem i zarządzał zamkiem, miastem lub całą okolicą. Smoki uwielbiały wysługiwać się innymi, podporządkowywać ich sobie, wykorzystywać, a nader wszystko łupić. Wielu z nich gromadziło skarby, ale miały też wrodzone instynkty przywódcze. Wiele z nich nadal to wykorzystywało, z różnym skutkiem. Smocze banki miały renomę najbezpieczniejszych. Skoro sam właściciel potrafił ruszyć w pogoń za byle złodziejem, rzadko kto je rabował. Gorzej, że czasem nie dało się zerwać lokaty, nawet po terminie. Te potrafiły się rolować automatycznie, a próba wypłacenia czegokolwiek kończyła się karą umowną i przepadem zgromadzonych pieniędzy. Gady te doskonale odnajdywały się także w ubezpieczeniach, funduszach inwestycyjnych, a także w windykacji. Smocze firmy ściągające długi uchodziły za bardzo drogie, ale najskuteczniejsze. Niektóre działały na pograniczu prawa, zresztą jaszczury te nie lubiły specjalnie polityki i ograniczeń. Większość z nich nie głosowało, twierdząc, że nie mają swoich kandydatów, więc czuli się zwolnieni z konieczności przestrzegania praw.
Takim smokiem był srebrnołuski Baragastr. Formalnie pobierał zasiłek dla bezrobotnych, gdyż nie mógł znaleźć pracy, z której by go nie wyrzucono, natomiast poza tym zajmował się handlem narkotykami, prostytucją, wymuszaniem haraczy, a także drobnymi rozbojami. Oczywiście nie robił tego sam, jedynie rozliczał podwładnych, czasem też organizował skoki, w których oczywiście udziału nie brał. Zawsze miał czyste ręce.
Dyskoteka, która do niego należała uchodziła za jedną a najbardziej rozrywkowych i ekskluzywnych w całym Bereszit. Formalnie nie było tu nawet burleski, więc mogła się wydawać nie atrakcyjna, ale na zapleczu działo się wiele rzeczy o których władze nie wiedziały. Bądź udawały, że nie wiedzą.
- Lubię to miejsce. – Stwierdził Taradril. – Można się tu nieźle zabawić.
- Myślisz, że nas przyjmie? – Zapytał Darvid.
- Mnie miałby nie przyjąć? – Uśmiechnął się król elfów, który zaczął obłapywać jakąś panienkę.
Ta szybko go spoliczkowała.
- Za mało wypiła. – Zaśmiał się Ikovar.
- Albo za dużo, i mnie nie rozpoznała.
Obaj przeszli na zaplecze, gdzie zatrzymał ich postawny ork.
- Byłem umówiony. – Rzucił Taradril.
- Każdy tak mówi. – Odparł strażnik.
- Ten też za dużo wypił? – Ironizował agent GAWu.
- Choć kolego, postawię ci jednego. – Sugerował elf.
Ork jednak nie należał do przekupnych i kopnął króla w brzuch. Ten z bólu, aż się przewrócił.
Darvid westchnął i pomógł przyjacielowi wstać.
- Mogę załatwić tego strażnika, ale skończy się rozróbą i nie wejdziemy.
- Spokojnie, coś wymyślę. – Odparł Taradril.
Ponownie podszedł do strażnika.
- Chcesz może mój autograf? Wszyscy go chcą. Powiedz, Baragastrowi, że przyszedłem. Byłem umówiony.
- Kogo mam zapowiedzieć, podstarzałego patafiana? – Odparł ork.
- Ćpuna i bawidamka. – Zasugerował Ikovar. – No i jeszcze alkoholika.
- Nie jestem ćpunem. – Oburzył się król.
- Mówiłem o sobie. Ty tylko ćpasz okazyjnie.
- Powiedz, że król elfów przyszedł.
- Jak ty jesteś królem elfów, to ja jestem królem orków. – Ironizował strażnik.
- Po prostu powiedz to swojemu szefowi. Nie będziemy wchodzić do środka.
Ork zastanawiał się przez chwilę, potem zrobił, o co go poproszono i zaraz potem zaprosił dwójkę do środka.
Baragastr właśnie kończył jeść. Na podłodze leżały jeszcze jakieś kości, a on sam miał ręce i pysk umorusane we krwi. Jego tron wysadzono złotem i drogocennymi kamieniami. Ich ilość aż zniesmaczyła Darvida. To wygląda jarmarcznie. Smok jednak uważał, że musi posiadać jak najwięcej klejnotów i błyskotek, nic więcej się dla niego nie liczyło.
- Taracoś tam… – Mruknął gad. – Miło znów cię widzieć. Jaki towar tym razem potrzebujesz? Dziewczynki? Dragi? Może kogoś sprzątnąć?
- Dragi. – Odparł elf, trochę zirytowany tym, że znów zapomniano jak się nazywa. – Moje imię brzmi Taradril, a nie Taracoś.
- Za krótko żyjecie, by się waszymi imionami przejmować. – Parsknął gad. – Dragi, jakie?
- Orypium. – Wtrącił się Ikovar.
- A co to? – Zdziwił się smok spoglądając na swoich podwładnych. Ci także nie wiedzieli nic o tym narkotyku.
- Dostałem to tylko raz. W „Wilgotnej Ostrydze”.
- Ciul ma innego dostawcę! Robimy nalot! – Wściekł się Baragastr.
- Orypium daje takiego kopa, że chcemy to mieć. – Dodał król elfów. – Chcę to spróbować. Zanim wybijesz konkurencję, zdobądź nam trochę tego staffu. No i dobrze byłobyś sam to gówno sprzedawał.
- Ten twój elfi łeb nie jest tak zaćpany na jaki wygląda. Czasem nawet myślisz, za to cię lubię. – Uśmiechnął się jaszczur, który następnie spojrzał na Ikovara. – Jak dostałeś tam ten towar?
- W ciemnicy. W takim ciemnym pomieszczeniu… od innego faceta.
- O kurwa, pedek! – Zaśmiał się smok.
Jego podwładni także zaczęli się śmiać.
- Dało nam to takiego kopa, że hej.
- Że chuj chyba po waszemu… ale nie będę wnikał. – Odparł smok. – Znaczy, towar spod lady od innego klubowicza. Będzie trudniej. Ale jeśli coś jest na rynku, zajmiemy się tym.
Podziękowali i wyszli.
W samym klubie Taradril zatrzymał jeszcze na chwilę agenta GAWu i powiedział mu na ucho.
- Mam nadzieję, że to orypium istnieje, że to nie jest żadna twoja wizja narkotykowa. Inaczej będziemy mieć nieliche kłopoty.
- Skoro mi nie wierzysz, to czemu ryzykowałeś? – Oburzył się Darvid.
- Nie ma ryzyka, nie ma zabawy. I pieniędzy.

Komentowanie nie jest możliwe więcej...

XX.

przez , 16.sty.2013, w Bez kategorii

Był już wieczór, gdy zmęczony Aham dotarł do budynku GAWu. Pluł sobie w brodę, że akurat wracał samolotem do Bereszit, kiedy media dostały film od Varka Zatacha. W siedzibie wywiadu panowała nerwowa atmosfera, Morsk zdawał sobie sprawę, że jeśli szybko nie opanują sytuacji, ktoś będzie musiał polecieć. I pewnie będę to ja, a wtedy okażę się zbędną istotą, która za dużo wie. Jego śmierć nie przerażała go tak bardzo jak to, co mogliby zrobić Savarze. Dorwę tego Zatacha, choćby to miała być ostatnia rzecz jaką w życiu zrobię. Wiedział, że lepiej byłoby dla niego zginąć w misji.
W pokoju operacyjnym agenci krzątali się, a dyrektor usiadł przy stoliku.
- Dawać mi kawy, tylko nie jakiejś lury. Mogą być same fusy z odrobiną wody.
Agenci sami się nie wypowiadali, czekali tylko na to, aż dyrektor ich o coś zapyta.
- Pewnie nie wiemy nic o tym filmiku?
Nikt jednak nie odpowiedział.
- Słyszeliście w ogóle o nim?
- Puszczają go w mediach na okrągło. – Stwierdził jeden z analityków. – Wyciągnęliśmy kopię z telewizji. Dostali ją na kasecie wideo.
- To sprzęt sprzed trzydziestu lat?
- Albo i starszy. – Potwierdził analityk. – Więcej w tym mechaniki, niż elektroniki. Przez to jest nienamieżalny. Żadnych podejrzanych komponentów.
- Rozumiem, że nie wiemy, gdzie ten film nakręcono?
- Wygląda na jakąś jaskinię. Zatach sprytnie się ukrył, ewentualnie zakamuflował. – Ciągnął analityk. – Zbadaliśmy kasetę, ale nie było na niej żadnych odcisków palców. Natomiast została wysłana z Bereszit zwykłą pocztą.
- Grają nam na nosie. Pani prezydent się wścieka, wolę nie odbierać telefonów od niej.
Znów w sali zapanowała cisza.
- Puśćcie ten film.
Na ekranie pojawił się wendol, Vark Zatach, ubrany w czerwony turban i fioletowy habit.
- Doznałem oświecenia. I teraz będę głosił dobrą nowinę. Jestem prorok Vark Zatach, ten, który poprowadzi Mischel ku nowej erze. Drugiej Erze, w której będzie panowało prawo, rozum i sprawiedliwość.
- Bogowie, co za pierdoły. – Mruknął Morsk.
- Ale by to osiągnąć, musimy doprowadzić do wyzwolenia. Globalny rząd was zniewolił. Kolejne sankcje nakładane na państwo Wendoli, wymuszanie zmiany prawa i tradycji nie będą akceptowane. Wendole może i są pokazywani w mediach jako ci źli, zacofani imbecyle, ale my nie pragniemy nic więcej ponad pokojem. Nawet jeśli nie chcemy być tak cywilizowani jak chce tego globalny rząd, to co w tym złego? Czy trzeba organizować krucjaty przeciw nam. Tym razem chodzi dodatkowo o nasze cenne zasoby. Nasz rząd nie jest w stanie się obronić, ale ja doznałem olśnienia. Nie będę atakował cywili i to przysięgam wszem i wobec. Zorganizowałem zamach na lotnisko w Bereszit, ale tylko na terminal dla elity. Dla rządzących i tych, którzy sprawują władzę nad finansami czy kulturą. Nie może być tak, by mała grupka istot decydowała o wszystkim, w sposób tak perfidny jak to ma miejsce w globalnym rządzie. GAW wiedział o naszym zamachu, zamiast go powstrzymać, pomogli nam. Zamach na terminal dla normalnych istot, to dzieło waszego globalnego rządu i jego kochanej agencji.
- Kurwa, co ten patafian! – Wściekał się Morsk.
- Nie mogę tego udowodnić, ale niebawem zaczniemy grę z rządem. Grę, która ukażę wam prawdę o korupcji, która go zżera. Mamy mnóstwo tajnych dokumentów, operacji o których nie wiecie.
- Zabić! Każdy agent, który tylko znajdzie Zatacha ma go zabić! – Wściekał się Aham. Albo ten kutafon faktycznie coś ma, albo doskonale wie, gdzie należy uderzyć.
- Domagamy się natychmiastowego wycofania wszelkich sankcji wobec państwa Wendoli, a także uznania pełnej jego niezależności od globalnego rządu. Nigdy nie nic nie podpisywaliśmy i nie podpiszemy. Dodatkowo jeśli ktoś może czegoś wymagać, to my. Chcemy przejrzystości działań globalnego rządu i zapewnienia, że nasze zasoby nie będą nam zabierane siłą! Chcemy też uwolnić waszych zniewolonych obywateli, chcemy by rząd upublicznił jakie kontrole są dokonywane i jakie dane są przechowywane. Macie na to tydzień. Potem będziemy działać. Włącznie z kolejnymi zamachami. Zresztą nad jednym już GAW pracuje, ramię z nami. Bo rządowi jest to na rękę.
- To jakiś imbecyl. Czego on w ogóle chce? – Wściekał się Morsk. – Co to za żądania. Jebanego przedszkolaka?
- Naszym zdaniem on sobie z nas wszystkich kpi. Dąży do wojny i eskalacji konfliktu. – Tłumaczył analityk.
- Sporządziliśmy też jego profil osobowościowy. – Dodała młoda pani psycholog. – Istnieje pewne ryzyko, że to rozbrykany dzieciak, który nie chce dorosnąć i bawi się wszystkim i wszystkimi. Bawi się konwencją. Terrorem, rządem, wojną. Prawdopodobnie, poza zrobieniem szumu wokół siebie, w ogóle nie interesuje go żadna idea, a jedynie zbadanie w jaki sposób może zmienić Mischel.
- Może też być pionkiem, który faktycznie pracuje gdzieś na zlecenie naszego rządu. – Dodał analityk. – I przygotowuje wojnę.
- Atakuje rząd prawdą, by wszyscy uznali to za kłamstwa. – Nie ogarniam tego. Najgorsze, że faktycznie mogą mieć rację. Ten Zatach się bawi nami, to nie jest poważny, ideowy terrorysta. To jarmarczny kretyn. Po to ten strój i ta gadka o proroku. – Musimy znaleźć wszystkie powiązania, musicie znaleźć istoty, które z nim współpracują. Macie przesłuchać wszystkich znajomych Zatacha. Każdego kogo znał, kogo minął na ulicy. Chcę też opinię wyroczni. Zrozumiano?
Agenci przytaknęli i wzięli się do roboty.
Morsk szybko poszedł do swojego gabinetu, a tuż przed wejściem czekał na niego Darvid Ikovar.
- Nie powinieneś pilnować Kassa?
- Właśnie w jego sprawie przyszedłem.
- Nie dziś. – Rzucił Aham. – Nie dziś.
- Panie dyrektorze, ale to właśnie ma związek z…
- Słucham? – Morska jakby zamurowało.
- Kass przewidział trzeci zamach.
- Nie trudno to zrobić.
- Zrobił to kilka dni temu. On wszystko sobie rozrysował. On analizuje to bardziej niż nasi analitycy, na zupełnie innym poziomie. W pewien sposób mnie przeraża, ale podziwiam jego umysł. Wiem, że są ze mną problemy. Wiem, że Kassem dostałem szansę na to, by ułożyć sobie życie po śmierci Edrula. Ale wchodząc w świat profesora, zainicjowałem jego ciekawość. Widząc efekty proszę tylko, by go wykorzystać. On nam da przewagę…
- Przemyślę to. – Może uratuje mi dupę.

Komentowanie nie jest możliwe więcej...

stat4u <!-- s4uext=s4upl(); document.write('stat4u') //--> stat4u

Blogroll

Kilka bardzo polecanych stron...