orthank blog

Archiwum dla: Luty, 2013

XXXV.

przez , 27.lut.2013, w Bez kategorii

Taradrila trzymano w sali przesłuchań, wyglądał na zadowolonego, przynajmniej zza jednostronnego lustra. Aham Morsk mógł go obserwować, no i oczywiście słuchać. Elf zaś wyglądał na pewnego siebie i zadowolonego.
- Nic na mnie nie macie, poza tym, że w demokratyczny sposób rzuciłem wyzwanie obecnej władzy. – Powtarzał wiele razy król elfów.
Dyrektor GAWu mógł się z nim co najwyżej zgodzić. Aresztowanie tego skandalisty i performera było błędem. Nie ja podjąłem tę decyzję, ale ja będę musiał za to zapłacić. Akcja z myszkowaniem w domu Taradrila miała być prosta, szybka i skuteczna. Niestety, okazało się, że król elfów przewidział, takie działanie, wymuszone niejako przez władze wyższe, więc zdążył się do tego przygotować. To, że w mediach pokazano jego aresztowanie spędzało sen z powiek Morska, ale było jeszcze coś gorszego.
Dokumenty, które leżały na stole. Miały dowodzić różnych dziwnych operacji i powiązań GAWu i globalnego rządu. Kto jak kto, ale Morsk doskonale wiedział, że takie dowody istnieją, choć wydawało mu się, że większość z nich ma pod kontrolą. Jednak zawsze mógł gdzieś zdarzyć się wyciek, a podejrzana kreatura jak Taradril, miała różne dziwne koneksje. Szanse na to, że weszła w posiadanie niepożądanych materiałów istniały, ba w tym przypadku były nawet całkiem spore.
Jednak, to, co leżało na biurku przed dyrektorem GAWu przerażało go jeszcze bardziej. To nie żaden wyciek. To nawet nie był stek bzdur! Król elfów sam zrobił sobie jakieś dokumenty, całkowicie fikcyjne. Tyle, że nawet ich nie podrobił porządnie. Użył kredek świecowych, akwarelek. To wyglądało jak efekt zabawy z dziećmi w tworzenie państwowych dokumentów. Z bardzo małymi dziećmi. Tego nie dało się pomylić z falsyfikatem, czy podróbką. To zwykła zabawka i kpina.
A kpiarz siedział po drugiej stronie lustra i mówił, że jest całkowicie niewinny. W dodatku miał rację. Lecz tym ruchem GAW jedynie potwierdził, że pewne rzeczy są ukrywane. Taradril, którego nawet nie dało się skierować na leczenie psychiatryczne, to wiedział i dostał potwierdzenie. GAW nie mógł się wytłumaczyć, że potraktował komediowe wystąpienie poważnie. Elf zaś właśnie miał taką linię obrony. W końcu to telewizja, a tak kłamie i karmi się kłamstwami. Zresztą media nie raz wysysały z palca różne rewelacje i jakoś nikt się tym nie przejmował, a rząd nie reagował.
- Spytajcie go jeszcze raz o Zatacha. – Powiedział przez interkom zrezygnowany Aham. Teraz to już po mnie. Ciekawe, czy mnie odstrzelą przed czy po odwołaniu ze stanowiska.
- Spotkałem go chyba na jakiejś imprezie. – Mówił elf. – Ale byłem tak naćpany, że nie pamiętam nic dokładnie. Mogłem mieć halucynacje. Zresztą wszyscy wendole wyglądają dla mnie tak samo.
Te zeznania także były prawdziwe. Król powtarzał je wielokrotnie. Właściwie nie mieli prawa go przetrzymywać, ale Morsk nie zamierzał go na razie wypuszczać. Jak wyjdzie, to pierwsze, co zrobi, to poleci do mediów. Powie, że był niesprawiedliwie potraktowany. A jak ta sprawa przestanie być interesująca, to z pewnością ujawni dokumenty. Te cholerne malowanki! Dyrektor GAWu oczyma wyobraźni widział Taradrila w programie dla dzieci, gdzie uczyłby jak się robi takie kwity. Najlepiej byłoby, gdyby on zniknął. Tylko, że media wiedzą, że go mamy…
- Zatrzymajcie go ze względu na znajomość z Zatachem, do wyjaśnienia. – Zdecydował w końcu. – Pozostałe zarzuty można oddalić.
Taradril sobie trochę poczeka, ale Aham wiedział, że jedynie przeciąga czas potrzebny na decyzję. I na burzę, która nadejdzie. Cholera, jak ja nienawidzę elfów!

Komentowanie nie jest możliwe więcej...

XXXIV.

przez , 26.lut.2013, w Bez kategorii

Darvid nie potrzebował zatrzymywać się na stacji benzynowej po to, by zatankować swój samochód. Chciał sobie kupić coś do zjedzenia, choćby gorącego hot-doga i może do tego jakiś zimny napój. Nie miał przekonania do sieci fast-foodów, ale na stacji wyglądało to bardziej swojsko, domowo i smaczniej. Zdrowiej pewnie nie. Domyślał się, że to dokładnie ten sam poziom. Zresztą jak prawie każdy trzeźwo myślący obywatel zdawał sobie sprawę, z tego, że obecnie w jedzeniu jest więcej chemii niż wartości odżywczych. Wszystko musiało być tanie, ładnie wyglądać i długo zachowywać smak i wygląd. Efekt był taki, że wszystko szpikowano utrwalaczami i polepszaczami. Czasem nawet zapominano o podstawowych składnikach. Ikovar kiedyś natknął się na sok z truskawek, który w ogóle ich nie zawierał. Smakował dobrze, ale to chyba nie było to.
Agent GAWu uważnie przyjrzał się parówkom, przestudiował menu, a dopiero potem, gdy ślinka mu już ciekła, ustawił się w kolejce. Przed nim stał mężczyzna, na oko gdzieś w jego wieku. Zadbany, doskonale ubrany, elegancki, zapewne zamożny. Darvid spoglądał na jego żółtawą cerę i czarne włosy. Niezłe mięsko.
- Ile płacę? – Zapytał mężczyzna.
Coś agenta tknęło. Znał ten głos. Nie zwrócił uwagi na to, co mówiła ekspedientka, czekał tylko na kolejną wypowiedź nieznajomego, starając się przypomnieć, skąd zna ten głos.
- Proszę bardzo. Reszta dla pani.
- Dziękuję, do widzenia. – Powiedziała, potem spojrzała na Ikovara. – W czym mogę pomóc.
- Hot-doga, z parówką z serem i sosem czosnkowym.
Pani poszła przygotować jedzenie. To zajmowało jej może z pół minuty. W niektórych fastfoodach może byłoby szybciej, ale nie wiele. Wszystkie półprodukty były gotowe, musiała tylko podgrzać i złożyć.
Darvid w tym czasie przyglądał się wychodzącemu mężczyźnie. Nie kojarzył twarzy, ale kojarzył posturę. I ten głos.
- O kurwa… – Mruknął pod nosem.
- Słucham? – Zapytała kobieta.
- Reszty nie trzeba. – Rzucił jej pieniądze na blat i wyrwał hot-doga.
Następnie ruszył za nieznajomym, który właśnie podchodził do swojego samochodu, luksusowego Gertlaya sprzed roku, czy dwóch.
Agent podbiegł do mężczyzny.
- Przepraszam pana bardzo – zatrzymał go.
- Tak? Zgubiłem coś?
- Niezupełnie. Co może mi pan powiedzieć o orypium?
Nieznajomy przez chwilę wyglądał na zakłopotanego. Potem przypatrzył się Darvidowi.
- Czy myśmy nie…
- Też mi się tak wydaje.
- Skoro tak, to może porozmawiajmy w innym miejscu.
- Tam gdzie ostatnio? – Uśmiechnął się agent.
- Znamy już swoje twarze.
- I nie tylko.
- Ale o wiadomych tematach możemy porozmawiać jedynie w bezpiecznym miejscu. – Wyciągnął wizytówkę i podał ją Ikovarowi. – Severin Anjing.
- Darvid Ikovar. – Przedstawił się agent ściskając rękę mężczyzny.
- Spotkajmy się jutro w porze obiadowej. Zadzwoń do mnie koło jedenastej, dogadamy szczegóły. Teraz muszę jechać.

Komentowanie nie jest możliwe więcej...

XXXIII.

przez , 23.lut.2013, w Bez kategorii

- Widzimy państwa po reklamie! Pamiętajcie by dzwonić i wysyłać smsy! – Mówił prowadzący.
Reżyser właśnie dał znak, że zniknęli z wizji.
Prezenter odetchnął z ulgą. Pozostało trzech zawodników, wendol, starsza kobieta ludzka i ork. Prowadzący podszedł do wendola i rzekł:
- Przez tego Zatacha to koleś nie masz szans. Współczucie. Zresztą, ale bez obrazy, mi go bardzo przypominasz.
- Dla mnie ludzie też wyglądają tak samo. – Odparł zirytowany zawodnik.
Dziennikarz nic nie powiedział, odwrócił się na pięcie i podszedł do stołu z wodą.
- Kurwa, czemu ten stół jest tak cholernie upierdolony! Kto go sprzątał?! Ja pierdolę, normalnie same dupki wokół.
- Ciszej! – Upomniał go reżyser.
Publiczność w studiu była trochę zażenowana. Ale oni dość szybko przekonali się jak bardzo różni się telewizyjna wersja „Wiem, więc wygram”, od tej realizowanej naprawdę. Był to oczywiście teleturniej wiedzowy, w którym uczestnicy odpowiadali na pytania, jednak by mogli przejść dalej, musieli zyskać przychylność publiczności i uzyskać przynajmniej średni wynik. Tak więc zwycięzca odcinka, który nie zdobył serc telewidzów, odchodził z maleńką nagrodą. Raz w roku zaś organizowano finał finałów, który był telewizyjnym świętem.
W przeciwieństwie do wielu innych teleturniejów ten był realizowany na żywo. Chodziło głównie o to, by uczestnicy mogli wchodzić w pewną interakcję z widzami. Dlatego zdarzały się tu czasem przedziwne akcje. Kiedyś na wizji jedna z kobiet się rozebrała licząc na głosy męskiej części publiczności. Wiele innych osób grało pod publikę, a to dogryzając swoim konkurentom, albo wypowiadając bardzo kontrowersyjne opinie. Z czasem część turniejowa przestała być ważna, liczyła się interakcja i kupienie przychylności widzów.
- Wchodzimy za 15 sekund! – Krzyknął reżyser.
Wszyscy wrócili na miejsca.
- Już! – Ryknął.
Muzyka zaczęła grać. Światła skierowano na prowadzącego i uczestników.
- Witamy po przerwie. Widzę, że mało głosów oddali państwo przez te pięć minut. – Zwrócił się do graczy. – Zawsze jesteście tacy chujowi, czy tylko dziś?
Prezenter dotychczas nie używał wulgarnego języka na wizji. Ale widział, że wyniki są naprawdę słabe, trzeba było więc je jakoś inaczej zapewnić. To wszystko wina tych zamachów Zatacha i jeszcze aresztowania Taradrila, które stanowiło medialny temat tego dnia. Widzowie woleli oglądać wiadomości niż teleturnieje.
- Za mała oglądalność, co? – Zaśmiał się wendol. – Teraz się rozbierzesz?
- O widzę, że mamy tu twardego zawodnika.
Reżyser patrzył z zadowoleniem. Będzie awantura, będzie oglądalność.
- Jakby zaczęli się bić, nie przerywajcie im przez kilka minut. – Rzucił do pomocników. – Ale chcę by kamery to dobrze uchwyciły.
Tego oczywiście nie słyszał ani prowadzący, ani wendol.
- Skoro już doszedłem do głosu chciałem…
- Zamknij się, ja tu prowadzę program. – Przerwał uczestnikowi prezenter. – Teraz pytanie z serii Podstawy Teorii Magii. Czym zajmuje się nekromancja?
Kiedyś pytania w tym teleturnieju bywały trudne, teraz zostały dostosowane do przeciętnego widza, by nie czuł się kompletnym idiotą. Zresztą dzięki temu, łatwiej było znaleźć kontrowersyjne jednostki, które łapały się w średniej.
Wendol pierwszy nacisnął przycisk.
- O nie… – Mruknął prezenter. – Dlaczego to musiałeś być ty?
- Na wstępnie chciałbym zaprotestować przeciw działaniom globalnego rządu i GAWu.
Dziennikarz już chciał przerwać tę wypowiedź, ale polityczna burza mogła kogoś zainteresować, więc pozwolił wendolowi mówić. Ten zaś kontynuował.
- Aresztowania moich rodaków są oburzające. Ścigacie tylko i wyłącznie jednego osobnika, Varka Zatacha. Czyli mnie, bo ja się tak naprawdę nazywam.
- Genialne! – Krzyknął rozradowany reżyser, który się całkowicie zapomniał.
- O kurwa… kabaret. – Śmiał się prezenter.
Vark Zatach tymczasem wskoczył na stół.
- Faktycznie, upierdolony. – Mruknął pod nosem. – GAW ściga mnie po całej Mischel, a ja siedzę sobie w Bereszit, napadam na spożywczaki i popełniam drobne wykroczenia i nikt mnie nie łapie. Nie rozumiem działań kwoki Tull i jej bandy nieudaczników-popleczników. Zamiast mnie łapać, atakują biednych wendoli… Pierdolmy taki rząd. A jak brzmiało właściwie pytanie?
- Przez chwilę myślałem, że udajesz, ale jak zacząłeś rzucać te same smenty co Zatach to uwierzyłem w twoją historię. – Powiedział prowadzący. – On też miał do dupy przemówienie. Pytanie było, czym zajmuje się nekromancja. Teoretycznie.
- Teoretycznie to nie wiem, ale wiem czym praktycznie. – Uśmiechnął się Vark. – Zaczynamy prawdziwe przedstawienie.
Następnie zeskoczył ze stołu wprost na prowadzącego i przegryzł mu kark.
Publiczność w studiu zaczęła wyć i krzyczeć! Zawodniczka zemdlała, ork zaś dał dyla.
Reżyser wściekł się.
- Czemu tak szybko! Mieli się bić!
- Oglądalność rośnie. – Rzucił jeden z jego pomocników.
- Cudownie! Wystarczy pokazać śmierć na żywo i mamy rekord.
- Śmierć? – Zdziwił się Zatach. – Facet pytał czym zajmuje się nekromancja. Praktycznie tym!
Prezenter wstał ożywiony. Ale to raczej było już zombie, choć w bardzo wczesnym stadium, ciało bowiem jeszcze nie zdążyło nawet wystygnąć. Vark zaś w całości kontrolował sytuację i dobrze się tym bawił. Teraz GAW to już totalnie dostanie po dupie, a Tullowa popuści ze strachu.

Komentowanie nie jest możliwe więcej...

XXXII.

przez , 22.lut.2013, w Bez kategorii

Darvid Ikovar starał się jak mógł najlepiej być dobrym ochroniarzem Inga Kassa, ale profesor nie zawsze życzył sobie cienia. Zwłaszcza, gdy przebywał na uczelni. Wówczas agent najczęściej miał wolne. Zresztą wśród wykładowców było kilku bardzo potężnych kapłanów, więc miejsce wyglądało na bezpieczne.
Najbezpieczniejsza lokacja znajdowała się w gabinecie rektora Prona. Stary Horac był potężnym kapałem Venery, kto wie może właśnie to sprawiło, że pomimo swojego podeszłego wieku, a miał już dziewięćdziesiąt dwa lata, wciąż zachowywał trzeźwość umysłu i sam potrafił zrobić wszystko wokół siebie. Choć oczywiście wymagało to trochę więcej czasu niż kiedyś.
- Wezwałeś mnie. – Zaczął Kass, gdy razem siedzieli przy biurku i znów oddawali się grze. Karty stanowiły oczywiście rozrywkę, głównie intelektualną, ale też wymagały od obu rozmówców podzielności uwagi. – Coś nowego w sprawie Babel?
- Nic. Nie jestem w stanie dowiedzieć się niczego więcej na temat tego projektu. – Odrzekł Horac. – Tym razem mamy inną kwestę do omówienia.
- Dzieje się ostatnio bardzo dużo. Właściwie codziennie media donoszą o nowej dziwnej rzeczy. Ten rok będzie wyjątkowy.
- Wyliczył to Estymator?
- Nie, sam doszedłem do tego wniosku. – Powiedział smutno Ing. – Wyjątkowy, niekoniecznie znaczy dobry, ale z pewnością pamiętny.
- Z pewnością będzie to rok zmian. – Kontynuował rektor. – I o nich właśnie chcę porozmawiać. Wiesz, wiek emerytalny osiągnąłem już dawno temu.
- Chcesz odejść? Trzymasz się jeszcze całkiem dobrze. – Mówił matematyk spoglądając w swoje karty. – Zresztą trudno będzie znaleźć kogoś na twoje miejsce.
- Dlatego pytam ciebie. Chciałbym, byś został rektorem i zadbał o nasz Uniwersytet.
- Wolałbym by potrwało to jeszcze trochę. Daj mi przygotować się do tej myśli. Mogę ci pomóc, ale nie chcę zabierać cię ze stanowiska. Nie chcę też tracić mentora i przyjaciela. Ty jesteś duszą tej uczelni. Ja nigdy nią będę.
- Ale Mischel nie kończy się na Bereszit. – Mówił Pron. – Może nie wiele życia mi pozostało, ale mogę jeszcze pewne rzeczy osiągnąć.
- O, jakiś nowy plan się kroi? – Zaczął zastanawiać się Kass, szybko jednak wrócił do kart.
- Nie plan, a konieczność. Nieoficjalnie mówi się, że Arcykapłan chce podać się do dymisji z powodów zdrowotnych.
- To ci nowina. Abdykacja nie wydarzyła się od stuleci, a wszystkie poprzednie chyba były wymuszone. – Zdziwił się matematyk.
- Pewnie tak. Zresztą ta pewnie też będzie. Zbadałem sprawę. On nie ma jeszcze siedemdziesiątki, na zdrowiu podupada, jak każdy, ale nie jest jeszcze tak źle.
- Więc o co chodzi?
- Sprawa jest skomplikowana. – Zaczął powoli Pron. – Rozmawiałem z Venerą i chyba ona przerasta nas śmiertelników. Bogowie trochę odwracają się od Mischel, zajmują się własnymi sprawami i… konfliktami. Możliwe, że na jakiś czas wyłączą się z wpływania na nasze życie. Odejdą.
- Odejdą? To by była katastrofa.
- To by była rzeczywistość jakiej nie znamy. Chyba nie łatwo byłoby się przystosować.
- Ano właśnie. W tym okresie potrzeba silnego Arcykapłana, który nie tylko będzie działał ponad wyznaniami, ale też i wszelkimi frakcjami. Ktokolwiek nim zostanie, może dużo zyskać. – Kontynuował Horac. – Dlatego będę chciał wystartować. To umocni pozycję naszego Uniwersytetu i wyznawców Venery. Mam o tyle szansę, że wiek jest po mojej stronie. Od ostatniego wyboru Arcykapłana minęło pięć lat, dawne obozy się porozchodziły, a nie powstały jeszcze nowe. Politycznie dobrze jest wybrać kogoś, kto nie pożyje długo.
- Tylko musimy mieć pewność, że obecny Arcykapłan abdykuje.
- Tego jestem pewien. – Uśmiechnął się rektor. – Oficjalnie będą to względy zdrowotne. Nieoficjalnie okazało się, że on ma syna…
- A taki z niego zwolennik celibatu. – Zdziwił się Ing.
- Ta sprawa już zaczęła wychodzić. Dlatego on abdykuje i się zaszyje gdzieś bardzo szybko. Spiski kapłanów będą dla niego nieistotne. Natomiast my potrzebujemy umocnić pozycję naszej uczelni. Dlatego potrzebuję kogoś, kto mnie zastąpi na stanowisku rektora.
- Może poczekajmy jeszcze, aż wszystko zacznie się układać po naszej myśli.
- Nie możemy czekać, profesorze Kass. Musimy działać. Dlatego, chcę byś w trybie natychmiastowym został moim zastępcą. Zaczniesz się wdrażać w obowiązki, a gdy nadejdzie odpowiednia chwila przejmiesz je. Uniwersytet będzie gotowy.
- Rozumiem, że wszystko zostało już postanowione.
- Dla dobra naszego Uniwersystetu.

Komentowanie nie jest możliwe więcej...

XXXI.

przez , 21.lut.2013, w Bez kategorii

Nie dość, że noc była chłodna, to jeszcze zaczęło zbierać się na deszcz. I tak dobrze, że ostatnio zimy w Bereszit były dużo lżejsze, bardzo rzadko padał śnieg. Mężczyzna z aparatem jednak marzł i zaczynał się niecierpliwić. Zwłaszcza, że na dachu odczuwali wiatr. Stojący obok niego Taradril wyczuwał zniecierpliwienie znajomego.
- Spokojnie, daj im trochę czasu.
- Ostatnio bawisz się wszystkimi i mam wrażenie, że tym razem wystrychnąłeś mnie na dudka.
- Nie. Jesteś mi bardzo potrzebny. Dostaniesz materiał roku. Ekskluzywny.
- Po twojemu to chyba znaczy, że jestem jedynym frajerem, który się zgodził na twoje szaleństwo.
- Może tak, może nie. Zobaczymy.
Król elfów spoglądał przez lornetkę i obserwował swój apartament. Agentów GAWu jeszcze nie było, ale spodziewał się, że przyjdą. Taradril nie prowadził jakiegoś zaplanowanego życia, więc agenci mieli problem, by zinfiltrować jego dom, a liczył, że tak właśnie się stanie. Zapowiedziano za to wywiad na żywo, z królem elfów w telewizji, ale akurat tak się złożyło, że nagrano go wcześniej. Elf wiedział, że telewizja kłamie i to wykorzystał. Teraz z dziennikarzem, który z nim rozmawiał stali na dachu i czekali na prawdziwy materiał.
- Dostałem SMSa, licha oglądalność. Lepiej, żebyś mi załatwił porządny materiał.
- Ostatnio wziąłem jakąś mieszankę i po niej mam wielką chęć zostać prezydentem. Zazwyczaj osiągam, to czego pragnę. Więc materiał będzie.
- A co zrobisz, jak już zostaniesz tym prezydentem?
- Cholera wie. Chyba podam się do dymisji.
- Pewnie zaraz po zaprzysiężeniu.
- To jest niezły motyw, podoba mi się to. – Uśmiechnął się Taradril. – Nie będę musiał kompletnie nic robić, a zapiszę się złotymi zgłoskami w historii.
- Prezydent pojeb… Nic nie zrobił, bo natychmiast abdykował.
- Podał do dymisji. – Poprawił go elf. – Abdykować mogę jako król, ale po co. To tylko tytuł i nie muszę nic robić.
- Powinienem był zrobić z tobą wywiad w programie kabaretowym.
- To jest właśnie twój błąd. – Znów spojrzał przez lornetkę. – Idą! W końcu!
- Dzwonię po ekipę. Idź tam i wyślę ci SMSa jak będę wiedział, że wszystko działa. – Powiedział dziennikarz.
Taradril miał pewne obawy wracając o domu. Wokół GAWu narosła pewna czarna legenda, której oczywiście nie mógł sprawdzić, ale wolał nie testować tego na własnej skórze. Podobno instytucja ta miała licencję na zabijanie i zdarzało się, że w imię globalnego rządu, potrafiła działać przeciw obywatelom. Eliminować niepożądane jednostki.
SMS przyszedł. Elf podszedł do drzwi, włożył klucz, ale one były otwarte. Wszedł do środka, udając zdziwionego.
- To mój dom? Czyżbym zapomniał zamknąć drzwi na klucz? O nie, to tragedia…
Zaczął się rozglądać. Dwoje agentów myszkowało po jego domu.
- A co państwo tu robią? – Zapytał. – To chyba mój dom.
- Zamknij drzwi. – Rozkazał mężczyzna, kobieta wyciągnęła pistolet. – I wchodź do środka.
- Ręce do góry! – Rzuciła kobieta.
- Bandyci! – Zaczął się wydzierać elf podnosząc ręce. – Terroryści!
- Globalna Agencja Wywiadowcza! – Ryknął mężczyzna. – Stul pysk i słuchaj!
- O nie, polityczni konkurenci! Co ja zrobię? Zadzwonię po wolne media!
- On jest popierdolony, czy udaje? – Zapytała kobieta.
Tymczasem dziennikarz, który tego słuchał śmiał się do rozpuku. Taradril był sztuczny do granic możliwości, ale o to mu właśnie chodziło.
- Wszystkim wszystko rozpowiem, o GAWie, który mnie prześladuje… – Ciągnął.
Kobieta nie wytrzymała podeszła do elfa i ogłuszyła go.
- Mieliśmy go nie zabijać. – Powiedział mężczyzna.
- Ale w razie czego możemy go aresztować. Jak wróci do siebie, do go zgarniemy.
Elf cały czas udawał ogłuszonego. Bardzo szybko zaczął się ruszać, narzekać na ból głowy, robić wszystko, byle tylko go nie przeszukano i nie sprawdzono, że ma mikrofony. Dał nawet grzecznie sobie założyć kajdanki, a w momencie, gdy wyprowadzano go z budynku, jego znajomy dziennikarz zdobył swój materiał. Kamera zaskoczyła agentów GAWu, a niby ledwo przytomny król idealnie to wykorzystał.
- Obywatele, błagam wysłuchajcie mnie. Rzuciłem demokratyczne wyzwanie prezydent Tull i proszę, – podniósł kajdanki do góry. – Chromolę taką demokrację!
- Kurwa! – Agentka GAWu nie wytrzymała i trzasnęła elfa z całej siły. Tym razem ogłuszyła go naprawdę, ale jednocześnie pożałowała swojej decyzji. Te zdjęcia będą wszędzie.

Komentowanie nie jest możliwe więcej...

XXX.

przez , 20.lut.2013, w Bez kategorii

Aham Morsk wydawął się jej ostatnimi czasy nieobecny. Nawet, gdy wracał do domu, to niewiele było z niego pożytku. I wcale nie chodziło o to, by wyrzucił śmieci, czy zrobił cokolwiek innego. Uśmiechał się, tulił ją, sprawiał wrażenie, że jej słucha, ale Savara doskonale wiedziała, że jego myśli są gdzieś indziej. Był człowiekiem wielu tajemnic, więc wiedziała, że nie może go naciskać. Nosił ciężkie brzemię i musiał się z nim mierzyć sam.
W wannie potrafił spędzać nawet i pół godziny. Wchodził do ciepłej wody i rozmyślał. Zawsze tak robił w sytuacjach kryzysowych. On pracował cały czas, nawet gdy spał. Wtedy śniły mu się sny o pracy, czasem faktycznie wpadał na jakieś rozwiązanie, czasem zaś budził się w nocy zalany potem. Było jej go żal, ale nie potrafiła mu pomóc.
- Pomagasz mi tym, że jesteś przy mnie. – Powiedział jej kiedyś.
Ale dla niej to trochę za mało. Dobrze pamiętała, że mógł ją zostawić, na pastwę losu, ale on odmienił jej życie. Wyrwał ją z tamtego światka. Ona oddałaby życie dla niego, ale nie potrafiła mu pomóc.
Morsk teraz szybko szedł do łóżka. Nie miał ochoty na seks. Choć może i ochotę miał, gdyby potrafił się skupić na czymś innym niż rozwiązywanie problemów, ale wtedy opuszczały go wszelkie siły. Był wyczerpany, widziała to w jego podkrążonych oczach. Znajdował się też na skraju załamania nerwowego. Ile jeden człowiek może zdzierżyć?
- Grunt mi się sypie pod nogami. – Wspomniał mimochodem, gdy już zgasili światło. Nie spał. Leżał po ciemku i myślał.
- Co teraz będzie?
- Nie mam zielonego pojęcia. Zgłosiłem Tullowej, że mogę odejść w każdej chwili. – Ale ona czeka na stosowniejszą. Kiedy będzie mogła mnie albo sprzątnąć, albo wykorzystać jako kozła ofiarnego. Wolałbym ten drugi przypadek. – Myślę, że straciłem wszelkie karty przetargowe.
- GAW?
- GAW strzela ślepakami. Nie wiemy w co gramy, o co, a przede wszystkim z kim. Zbieramy poszlaki, ale nie potrafimy z nich nic ułożyć. Jesteśmy skończeni. Rozszarpią nas, gdy to się skończy.
- Może to od początku chodziło o GAW, a nie o ciebie? – Sugerowała Savara.
- Tylko, komu mógłby przeszkadzać GAW?
Spojrzał na ukochaną żonę. GAW nie przeszkadza nikomu, ale te sprawy, w które był zamieszany, to bomba. To chcą sprzątnąć. Wiedzą, że mogą mieć innego dyrektora niż ja, mniej ugodowego. Takiego, który postanowi coś ugrać i mogą nie zdążyć go sprzątnąć. Albo oni sami są ze sobą skłóceni i nie chcą mieć kolejnego gracza w grze.
- Nie wiem, komu. Musiałbym podejrzewać każdego.
- Zacznij ode mnie. Mógłbyś mnie przesłuchać. – Zaczęła figlarnie.
- Chciałbym. – Odparł i westchnął głęboko. – Przesłucham cię dogłębnie, jak to wszystko się skończy.
- Trzymam za słowo.
- Swoją drogą, pamiętasz jak rozmawialiśmy o dziecku?
- Drażliwy temat. Może nie warto go teraz poruszać.
- Warto. – Powiedział Morsk. – Znalazłem coś, pewien precedens…
- Zaczynam się bać.
- Wiesz, on mi uzmysłowił jedno. Ten precedens oczywiście. Nie możemy mieć dzieci, z mojego powodu. Ale chcemy mieć dziecko, chcę mieć twoje dziecko.
Otworzyła szeroko usta. Chyba kpisz!
- Jedyne, co musimy to znaleźć ojca. Nie chcę żadnego cholernego in vitro, czy magicznej interwencji. Znajdę nam zastępczego ojca.
- Nie mówisz poważnie! – Oburzyła się.
- Mówię całkowicie poważnie i w chwili obecnej na tym mi najbardziej zależy! Najbardziej. Chcę mieć wizję przyszłości, dla której muszę żyć, nie tylko dla której pragnę. Chcę mieć twoje dziecko i chce je wychowywać.
- Faktycznie jesteś przemęczony. – Odparła. – Porozmawiamy o tym za jakiś czas, muszę to przemyśleć. – Zwariował.

Komentowanie nie jest możliwe więcej...

XXIX.

przez , 19.lut.2013, w Bez kategorii

Telewizor nie grał może zbyt głośno, ale dźwięki które wydawał brzmiały dość jednoznacznie. Kass nie musiał patrzeć na ekran, by wiedzieć, co jego ochroniarz ogląda.
- To nie są wiadomości. – Powiedział tylko naukowiec.
- A rzeczywiście… – Ikovar starał się zachowywać cicho, nie sądził, że masud tak szybko wstanie. – Telewizja edukacyjna… film przyrodniczy… rytuały godowe i takie tam.
Ing tylko rzucił okiem na płaski ekran.
- Ale tam są sami mężczyźni.
- No i raczej to już nie są gody. Ale ta telewizja kłamie. – Mieszał się Darvid.
- Wiesz, nie jestem jakiś pruderyjny, czy coś, ale jestem masudem. Nie rozumiem waszego ssaczego pociągu do czynności rozrodczych.
- Seksualnych, miłości, pierdolenia, jest wiele słów by to określić. Ale nam naprawdę rzadko chodzi o rozmnażanie się. – Przyznał agent. – Raczej o zabawę i orgazm.
- Bezproduktywną zabawę. – Dodał Kass.
Masudowie na te sprawy mieli zupełnie inny pogląd. Zapłodnienie samicy uznawali, za prokreacyjny obowiązek, który nie sprawiał żadnej ze stron przyjemności. Zresztą ich rasa bardzo rzadko tworzyła związki rodzinne. Większość matek wychowywała pisklaki samotnie. Relacje ważniejsze były w ramach klanów, ale to się z czasem zmieniło. W obecnych czasach masudowie raczej przywiązywali się do pracy, byli oddanymi i lojalnymi pracownikami, na których można było polegać. Wspierali swoich współpracowników i w ten sposób budowali związki odpowiadające rodzinie. Ikovar słyszał o tym, ale dopóki nie miał dużo wspólnego z masudami, nie zdawał sobie sprawy z tego jak to wygląda naprawdę. Teraz rozumiał tę przyjacielską relację Kassa z Pronem, oraz to czemu się nie mścił na swoim dawnym wykładowcy. Byli w końcu w jednym „klanie” uczelnianym, a dobro klanu przekładali nad dobro jednostki. Dla innych ras takie zachowanie było nie pojęte, choć Darvid zdawał sobie sprawę, że niektóre inne jednostki czasem je przejmują. Choćby dyrektor Morsk, który zawsze dbał o swoich pracowników.
- Widzę to inaczej, ale żaden z nas nie przekona drugiego do swoich racji.
- Słuszna uwaga. – Potwierdził Ing. – Wyłącz to, dokończysz później, skoro taką masz potrzebę. Niekoniecznie chcę to oglądać.
Darvid nic nie powiedział. Wziął pilota i wykonał polecenie.
- Nie mogę spać, myślę ciągle i intensywnie nad tym, co się dzieje. Wciąż brakuje mi kilku zmiennych, może ty będziesz w stanie mi pomóc. Może w GAWie coś wiedzą?
- Mam szpiegować GAW? – Parsknął śmiechem Ikovar.
- Doniesiesz im potem o moich wyliczeniach, może się przydadzą.
- Wiesz, że rozmawiałem o tym z dyrektorem Morskiem?
- Właściwie to tak.
- Właściwie? – Zdziwił się agent lekko powstając z fotela. – Co rozumiesz przez słowo właściwie?
- Że potrzebowałem potwierdzenia. Ale dokładnie tego się spodziewałem. Dokładnie to wyliczyłem.
- Jest coś, czego nie testujesz Estymatorem? – Znów rozsiadł się wygodnie.
- Wiele rzeczy. Bardzo wiele rzeczy. – Kass zamyślił się. – Chciałbym wszystko, ale wiesz, nie da się. Estymator nie pomieści wszystkiego. Zresztą najważniejsze jest to, by mu dać dane źródłowe, a zbieranie ich to największa zabawa. Estymator zaś należy traktować jako pomoc, sugestię, nic więcej. To nie jest druga Wyrocznia Zelotańska. I nigdy nie będzie. Tego akurat jestem świadom. Zresztą wcale się nie zdziwię, jak za sto lat, Estymator zostanie zastąpiony czymś innym. On jest tylko pewnym stadium ewolucji. Sprawia, że czysto teoretyczne równania można wyliczać w błyskawicznym tempie i dowolnie modyfikować. Ale to wciąż głupi program. Za sto lat, będą mnie pamiętać ze względu na matrycę Hixa-Kassa, niezależnie do czego ją wykorzystają.
- Ale Estymator to twój konik. On cię nakręca, czyż nie?
- Nakręcają mnie równania i zrozumienie świata. Estymator zaś jest narzędziem do osiągnięcia mojego celu.
- Ciekawe, ciekawe… ale jednocześnie jesteś od niego uzależniony, że tak powiem.
- Jestem też świadom jego słabości. Opowiem ci pewną historyjkę, prawdziwą. Pewnego czasu postanowiłem wykorzystać Estymator, jeszcze w dużo wcześniejszym stadium, do rozwiązywania zagadek kryminalnych. Rozwikływania przestępstw. Przetestowałem go na 11 przypadkach. W siedmiu policjanci sami doszli do rozwiązania. W trzech, nie doszli, Estymator doszedł, acz tylko w jednym z nich udało nam się znaleźć materiał dowodowy. Dwa pozostałe uznaję za potwierdzone, gdyż wskazane osoby potem dokonały innych przestępstw, dość podobnych. Pozostał jeden przypadek, tak zwana zbrodnia doskonała. Tam nawet Estymator nie pomógł. Sprawy nie rozwikłano, aż do dziś.
- Nawet ty jej nie rozwikłałeś? – Dziwił się Ikovar.
- Było za mało danych. Zgubiliśmy gdzieś ważną zmienną, która nie jest związana z tymi, które ustaliliśmy. Ale jak się ją odszyfruje, to wprowadzi zmiany do równań. Dlatego tak bardzo interesuje mnie teraz sprawa Zatacha.
- Nie wiesz jak skonstruować równania?
- Właśnie. – Przyznał naukowiec. – I to nie daje mi spać. Gdybym wiedział, czego chce Zatach i o co w tym wszystkim chodzi? Mógłbym wtedy spokojnie podać twojemu dyrektorowi Morskowi, gdzie uderzą następnym razem. Może nawet udałoby się ustalić godzinę. Estymator to wspaniałe narzędzie, ale potrzebuje dobrze zdefiniowanych zmiennych, by działało. Tylko ty możesz mi ich dostarczyć.
- My zaś potrzebujemy tego wyniku jeszcze bardziej, niż możesz sobie tego wyobrazić.
- Nie muszę sobie wyobrażać. – Pouczył go Kass. – Wystarczy, że to wyliczę.

Komentowanie nie jest możliwe więcej...

XXVIII.

przez , 18.lut.2013, w Bez kategorii

Daleko na zachód od Bereszit znajdowało się dawne państwo gnolli, obecnie jedna z biedniejszych i bardziej zapuszczonych prowincji. Mieszkańcy tego obszaru żyli głównie z rolnictwa, ale także z lasów. Tu znajdowały się obszary wyrębowe, tartaki, ale także tereny łowne. Większość bogaczy raczej tu nie bywała, wybierali oni bliższe lub wygodniejsze w dojeździe tereny. Tu zaś hodowano zwierzęta, które potem wypuszczano w innych lasach, by zapewnić myśliwym o zasobnych portfelach wyśmienitą zwierzynę. Ta głusza bardzo podobała się Varkowi, tak mocno kontrastowała z przepychem i zepsuciem stolicy. Zresztą, podobnie jak jego gospodarze, wendol czuł się urodzonym myśliwym. Nie potrzebował nawet broni, ani magii, by pogonić za jeleniem. Najchętniej złapałby go sam w swoje szpony i zabił gołymi łapami.
Ta puszcza miała jeszcze jedną zaletę. Nie była objęta żadną jurysdykcją rządu, ani GAWu. Zresztą gnolle trzymały się same, we własnym towarzystwie. Nie lubiły obcych, zwłaszcza tych związanych z rządem.
- Państwo może i jest jedno, ale na pewno nie jest nasze. – Rzucił tylko Sarguson, wysoki gnoll o srebrnej grzywie. Trudno było go nazwać przywódcą, ale poniekąd właśnie taką rolę pełnił. Paramilitarne bojówki udające hufce myśliwskie, były bardzo dobrze zorganizowane. Zatach dopiero teraz to zauważył.
Siedzieli razem przy ognisku, piekli upolowanego dzika i rozmawiali.
- Świta już. – Rzucił wendol.
- Spokojnie, jesteśmy tu całkowicie bezpieczni.
I byli. Gdyby wtargnął tu ktoś obcy, ktoś podejrzany, nagle okazałoby się, że ci spokojni z natury myśliwi, dysponują bronią automatyczną i granatnikami. Z pewnością nie do polowania na grubego zwierza.
- Gnolle muszą walczyć. – Tłumaczył Sarguson. – Jesteśmy wojownikami.
Dlatego bojówki walczyły ze sobą. Całkowicie nielegalnie, ale na ustalonych zasadach. Organizowano raz na kilka miesięcy bitwę. Potem tylko przez kilka tygodni w różnych miejscach pozostawiano ciała, rozszarpane przez zwierzęta, tak oto narosły mity o groźnej puszczy. Zatachowi jednak się to podobało.
- Wiem, że musicie walczyć. Dlatego tu jestem.
- Wojowanie czyni gnolle.
I czyniło. Uznawano ich za trzecią cywilizację, właśnie tą która wniosła hierarchiczne społeczeństwo, monarchię i przede wszystkim metody wojskowe, jako swój wkład w rozwój Mischel. Swego czasu ich państwo stanowiło nawet największe imperium na całej planecie. Ostatecznie jednak upadli pod naporem masudów. Dziś stanowili jedynie pozostałość po swym wielkim i dumnym dziedzictwie, choć nie pozbawionym czarnych kart. Okrutne mordy i niewolnictwo również kojarzono z gnollami. Teraz jednak nie było już o czym mówić.
- Zamiast mordować się między sobą, moglibyście mordować ze mną. Masudów.
- To gra na krótką metę. Powstanie nie ma szans. Nie przy fortecach i ich arsenale atomowym.
- Nie mówię o powstaniu. – Powiedział Zatach. – Powstanie musi być powiązane z miejscem, powstanie uderzy w ludność cywilną. Waszą ludność cywilną. Róbcie to co ja.
- Terror? Teraz cię ścigają na całej Mischel.
- No to co? – Parsknął śmiechem Vark. – Ja sobie podróżuję po całej planecie, wkurzam GAW i jakoś daję radę.
- Jesteś magiem.
- Wolę słowo czarnoksiężnik. Jestem tak bardzo czarnoksiężnikiem, że wszystkie okładki moich ksiąg pomalowałem na czarno. W słowie czarnoksiężnik kryje się coś takiego złowieszczego, chaotycznego, ale też od razu wiadomo, że to nie jest jakiś tam czarodziej. Jak dla ciebie brzmi słowo czarodziej?
- Jak pizda.
- No właśnie, lepiej bym tego nie ujął. Czarnoksiężnik, to budzi respekt. GAW jednak ściga mnie jak zwykłego terrorystę. Wy moglibyście nam pomóc. Potrzebuję burd, krwawych burd na całej planecie. Pojeździcie trochę. Możecie najechać komisariat, albo koszary. Spalicie kilka wiosek, jeśli będzie trzeba.
- Przed chwilą mówiłeś, że nie chcesz ofiar w cywilach.
- W sumie racja. Kłamałem, ale nie do końca. – Tłumaczył Vark. – Nie chcę bezsensownych ofiar cywilnych. Nie chcę by ginęli, ci którzy są przekonani do naszej sprawy.
- Twojej sprawy. – Poprawił Sarguson. – Nam poza walką z ze znienawidzonym rządem, nie proponujesz nic.
- Zemstę. Masudowie doprowadzili do upadku wasz lud, mój zresztą też.
- Chcesz odtworzyć Imperium Wendoli?
- Chcę odtworzyć status quo. Chcę społeczeństw bardziej homogenicznych, które lepiej się rozumieją. Zobacz sobie jak wygląda Bereszit, to jest jedno wielkie gówno. Konglomerat ras, wierzeń i wszystkiego. Masz gównianą kulturę, gównianą naukę, a przede wszystkim durne społeczeństwo, które się rozkłada. Potrzebujemy konkurencji by się rozwijać. My to czujemy, my wendole i wy gnolle. Masudowie lubią dominować, ale czas, by ustawić ich w szeregu. Niech wracają na swoją wyspę. Nie chcę ich zabijać, chcę tylko żyć w świecie, w którym mogę się realizować.
- Realizujesz się doprowadzając do wojny.
- Jedyny sposób samorealizacji, na jaki mnie stać. Mógłbym oczywiście spróbować swoich sił w teleturnieju, ale wiesz, to nie ta skala.
- Nadal nie rozumiem, o co ci chodzi. – Odparł Sarguson zdejmując dzika z ognia. – Pyszne.
Oparł swój automatyczny karabin o drzewo i zaczął odkrajać kończynę zwierzęcia.
- Cóż. – Chyba też nie wiem. Zastanawiał się Vark. – Wszystko przemija. Nie zbudujesz nic, co nie przeminie. Imperium gnolli przeminęło, Wendolia jest marną namiastką tego, czym była. Czas także na państwo masudów, które formalnie nie jest państwem masudów, a globalnym, wspólnym rządem. Skoro nie zbuduję, to mogę coś zniszczyć, a ktoś na ruinach zbuduje nowy porządek. Mam nadzieję, że sprawiedliwszy.
- Jesteś szalony. Nie ma siły, by rząd globalny upadł.
- Ja w to wierzę. Profesor Kass także.
- Ten matematyk? Nikt nie traktuje go poważnie.
- Bo to prorok, nie matematyk. – Odparł Vark. – Prorok, który wyprzedza swoją epokę, umysł niesamowity. Byłem kiedyś na jego wykładzie, oczarował mnie. A przede wszystkim wierzy, w to co mówi i to co robi. Nie lubię masudów, ale takich jak on szanuję. Chciałbym, by to oni rządzili.
- Mielibyśmy rząd technokratów, którzy zamiast patrzeć na to, co się dzieje, rządzili na podstawie analiz, wyliczeń i wzorów. – Rzucił gnoll, podając gościowi przypieczony udziec.
- Ale przewiduje upadek. Ja w niego wierzę. Upadek masudów to szansa dla nas wszystkich. Sam wiesz, że powstanie się nie uda. Ani wasze, ani nasze. Możemy pozostać jak reptilioni, ale to nam nie odpowiada.
Tereny reptilionów właściwie znajdowały się pod jurysdykcją rządu, ale oni nie tylko nie uznawali żadnej władzy zwierzchniej, to jeszcze odcięli się prawie całkowicie od reszty Mischel. Mieszkali w swoich głębokich jaskiniach, z nikim się nie kontaktowali, a jedynie czasem organizowali rajdy na pobliskie osady. Powszechnie uznawano ich za plemię prymitywnych barbarzyńców, których nie da się ucywilizować. A ponieważ nie stanowili zbytniego zagrożenia, rząd nigdy nie zajął się nimi na poważnie.
- Państwo masudów trzeba rozsadzić od środka. – Kontynuował Zatach robiąc przerwy na odgryzanie kolejnych kawałków mięsa i połykanie ich. – A żeby to zrobić, trzeba skonfliktować rząd z obywatelami. Poważnie skonfliktować.
- Po to ci wojna na dwóch frontach. Chcesz, by Tull zaatakowała Wendolię, a ty tymczasem zaatakujesz ją, ukazując jej bezsilność.
- I głupotę. Wojna z Wendolią nikomu nie jest potrzebna. Z wyjątkiem rządu. Oni mają swoje cele, które trzymają w ukryciu. – Ale nie wiedzą, ile ja wiem o projekcie Babel. – Obywatele nie chcą wojny, chcą spokoju i bezpieczeństwa.
- Chcesz by wojna wybuchła wtedy, gdy my będziemy siać terror.
- Chcę by państwo masudów się skompromitowało. By upadło szybciej, niż to przewidział Kass. I chcę mieć w tym swój udział.
- Jak każdy normalnie myślący obywatel. – Zaśmiał się Sarguson.
Vark też był zadowolony. Wiedział, że właśnie zyskał potężnego sojusznika. Szkoda, że reptilioni nie są w ogóle skłonni do rozmów. Ale dobrze, że działają na własną rękę.

Komentowanie nie jest możliwe więcej...

XXVII.

przez , 16.lut.2013, w Bez kategorii

Baragastr umiał zarobić właściwie na wszystkim, więc nic dziwnego, że nawet poszukiwania orypium okazały się dla niego opłacalne, a przy tym dostarczyły mu trochę rozrywki. Przepytywanie istot o to, czy wiedzą, co to jest nie miało żadnego sensu. Ściągnął więc kilku nowych zbirów, nie znanych w okolicy i kazał im udawać dilerów. Twierdzili, że posiadają w swojej ofercie to orypium i szybko okazało się, że znalazło się kilku chętnych na ten narkotyk.
Ci wszyscy chętni zostali pojmani i czekali na swoje przesłuchanie. Smok nie zamierzał ich puszczać wolno. Skoro kupowali narkotyki u innych dilerów, których nie kontrolował, nie byli jego klientami, więc zabicie ich nie uderzało w jego interesy. Za to gwarantowało pewien zysk.
Pomieszczenie, w którym się znajdował formalnie nie istniało. Znajdowało się poniżej jednej z komend policji w Bereszit, ale pod ziemią. Najciemniej pod latarnią, śmiał się czasem smok i to właśnie w tym miejscu przeprowadzał najgorsze ze zbrodni. Tak jak i w tego wieczoru.
Siedział w loży, wraz z kilkoma innymi gangsterami i swoimi porucznikami, gdzie kwiat półświatka mógł sobie spokojnie ucztować, pić, ale co najważniejsze obstawiać. Ściągnięcie tu innych przestępczych bonzów miało także na celu uświadomienie im, kto jest właścicielem orypium. Jeśli któryś z nich spróbuje sięgnąć po skarb Baragastra, szybko spotka go zasłużona kara.
Zresztą zakłady również nie były do końca uczciwe, bo to jaszczur był krupierem, więc zasady skonstruował tak, by nic nie stracić. Prowizje wyrównywały mu wszelkie przegrane. Mógł za to wygrać, co czasem się zdarzało, tak więc w najgorszym przypadku nic nie zarobił. Tym razem jednak chodziło głównie o informację.
- Obstawiamy. – Rzucił smok. – Będzie coś wiedział, czy nie?
Gangsterzy obstawili.
- Szybko zacznie gadać, czy będzie butny?
I znów to samo.
- Będzie próbował się bronić, czy nie.
Trzy kolejki i wystarczy. Następnie podniósł swą łapę i chwilę później wprowadzono do sali kolejnego zakneblowanego mężczyznę, ściągnięto mu opaskę z oczu, wyzwolono z kajdan.
- Orypium. – Ryknął smok. – Wiesz coś o tym?
Mężczyzna zaczął się rozglądać. Dopiero wówczas uświadomił sobie, że stoi w ludzkich szczątkach.
- O kurwa… – Spanikował. – Gdzie ja jestem.
Barczysty ork podszedł do niego i walnął go maczugą w kolano. Facet przewrócił się w bólu.
- Moja rzepka! Zmiażdżyłeś ją chuju pierdolony! Zabiję!
Ork nie czekał na reakcję. Zamachnął się i rozwalił mężczyźnie drugie kolano.
- Co wiesz o orypium! – Krzyknął smok.
- Boli! – Wydzierał się i wrzeszczał.
- Łydka. – Zaśmiał się jaszczur. – Ale wpierw palce.
Ork podszedł pod ścianę, zostawił tam maczugę i wziął potężny, dwudziestokilowy młot. Podszedł do leżącego, ściągnął mu buta i skarpetę, a następnie zmiażdżył palce.
- Twardy jesteś. – Uśmiechnął się jaszczur. – Powiesz nam coś o orypium?
Facet zwijał się z bólu. Ledwo mógł cokolwiek mówić. Jednak silna sytuacja stresowa pomogła mu się opanować.
- Tylko raz… przez przypadek… nie znam kolesia… Nigdy później… nie widziałem. Litości…
- Niewiele wiedział, butny, nie bronił się. Koniec zakładów.
Mężczyzna wstrzymał oddech. Puszczą mnie? Ork jednak podszedł do niego i skręcił mu kark. Ciało zaciągnął w kąt, gdzie leżały już trzy inne.
- Obstawiamy. – Zaśmiał się jaszczur. – Zasady te same. Wie? Butny? Obrona?
Gangsterzy obstawili, a potem wprowadzono kolejnego mężczyznę. Ten był trochę starszy niż poprzedni, ale również był człowiekiem. Zachował jednak zimną krew, gdy zobaczył gdzie się znalazł.
- Orypium, co o tym wiesz? – Zapytał Baragastr.
- To narkotyk, który daje niezłego kopa, ale mniemam, że to już wiecie.
- Gada. – Rzucił smok do swoich towarzyszy.
- Raz to spróbowałem i potem szukałem tego gówna, domyślam, się, że nie ja jeden. Myślę, że możemy pójść na współpracę.
- Współpracę!? – Zaśmiał się gad. – A to dobre…
- Nie lekceważ mnie. Jestem słaby fizycznie i rozumiem sytuację, w której się znalazłem. Natomiast jestem bogaty i wpływowy. Jeśli zginę, będą mnie szukać, także wymiar sprawiedliwości.
Wszyscy kryminaliści popatrzyli tylko na sufit i zaczęli się śmiać.
- Zacznij, w końcu mówić. – Powiedział gad.
- Możecie mnie zabić, ale musicie wiedzieć, że sam zacząłem szukać na własną rękę orypium. Jak zginę, te dokumenty wpadną w ręce władz. Znalazłem coś, co powinno was zainteresować. Oczywiście zaraz wam to powiem, bez niepotrzebnej przemocy, ale musimy zabezpieczyć swoją przyszłość. Wy swoją, ja swoją.
- Dobra, co proponujesz?
- Po pierwsze puszczacie mnie wolno, jak skończymy dyskusje i się dogadamy. Po drugie milczycie w sprawie moich kontaktów seksualnych i zdrad, oraz narkotyków. Moja żona jest dość majętna, rozwód bardzo dużo by mnie kosztował. Źle zniosłaby informacje o zdradach, a już o tym, że sypiam z mężczyznami jeszcze gorzej. Więc macie mnie na widelcu. Ja natomiast chciałbym mieć tylko dostęp do towaru, po rozsądnych cenach. Nic więcej. Cała reszta jest wasza. Zresztą pewnie będziecie potrzebowali moich kontaktów, bo Severina Anjinga tak łatwo nie dostaniecie.
- Anjinga? – Zdziwił się Baragastr. – Skądś znam to nazwisko.
- To syn Elviry Anjing, CEO Ergonu. – Powiedział mężczyzna. – Jak mniemam ten syntetyk, orypium to ich dzieło, a tak się składa, że ja zajmuję się innym rodzajem przestępstw, których wy nie tykacie. Inside tradingiem. By dorwać się do składów Ergonu potrzebujecie mnie, a ja potrzebuję was, by zaspokoić swój głód. Więc jak, dogadamy się?
- Cały handel orypium będzie mój? – Upewnił się gad.
- Ja nie mam zasobów, by się tym zajmować. Zresztą jeśli chodzi o pieniądze, szczerze to ja już nie muszę pracować do końca mych dni. Chcę sobie tylko pohulać. Do tego potrzebuję spokoju i życia, narkotyk zaś będzie wasz.
- Zgoda. – Oznajmił smok. – Podejdź do nas. Skoro masz tyle kasy, to może poobstawiasz przesłuchania kolejnych delikwentów. Jeszcze ich paru zostało.

Komentowanie nie jest możliwe więcej...

XXVI.

przez , 01.lut.2013, w Bez kategorii

Morsk nie miał dobrego poranka. Został wezwany w trybie pilnym do pani prezydent. Oczywiście w gabinecie czekała na niego nie tylko wyraźnie poirytowana Vea Tull, ale także trójka jej doradców, doświadczony analityk Gilhalad Notluwiń, elfka Undoriel zajmująca się PRem, a także Oryx Rwe, masudzki generał sztabu. Aham miał wrażenie, że trafił na własną egzekucję. Śledztwo nie ruszało się zbytnio, nie miał punktu zaczepienia, nie licząc oczywiście ataków kryminalnych wendoli, z których część przedstawiała się jako Vark Zatach. No i jeszcze piękne, starannie przygotowane przemówienie prezydent Tull zostało w mediach pominięte, wszyscy komentowali wystąpienie króla Elfów. Ja nie jestem temu winien. Nie kontroluję wszystkiego.
- Witam. – Rzucił zamykając drzwi. Specjalnie unikał formułki „dzień dobry”, by nikogo nie drażnić. Nikt mu jednak nie odpowiedział. Aham zasiadł przy stoliku. – Rozumiem, że mam zdać sprawozdanie. Nadal nie mamy pojęcia, gdzie znajduje się Zatach i co dokładnie planuje.
- To czym się pan kurwa zajmuje. – Wściekł się Rwe.
- Mogę złożyć dymisję w każdym momencie.
- To dobrze, możemy potrzebować kozła ofiarnego. – Dodała Undoriel. – Jeśli te rewelacje tego Taradrila się potwierdzą, będziemy musieli wystawić pana mediom. Lepiej niech pan zacznie już porządkować swoje sprawy.
- Służę jak najlepiej potrafię, na pewno ktoś sobie lepiej z tym poradzi. Może faktycznie za długo już siedzę w tym miejscu. – Przyznał Aham. Ukrywał swoje uczucia. Dziwka. Może i jestem najemnikiem, ale w takim gównie jakie zrobiliście, to mało kto będzie chciał pływać. Tak, żeby was przy tym nie potopić.
- Może ochłońmy trochę. – Powiedziała pani prezydent. – Potrzebujemy rozwiązań, nie kłótni.
- Musimy złapać Zatacha, za wszelką cenę. – Tłumaczył Notluwiń. – I trzeba też uspokoić Bereszit. Te kryminalne ataki muszą się skończyć.
- Tym powinna zająć się policja. – Odrzekł Morsk wzruszając ramionami. – GAW…
- GAW musi działać. – Przerwał mu Gilhalad. – Nawet jeśli mielibyśmy zamknąć wszystkich wendoli w mieście.
Aham wstrzymał oddech. Popierdoliło go.
- Pan poważnie? – Wycedził.
- Tak, przeanalizowaliśmy to. – Stwierdziła elfka zajmująca się PRem. – Oburzenie w mediach będzie, ale nasze służby przedstawią to inaczej. Musi pan zorganizować akcję za dwa dni. My w tym czasie nagłośnimy ilość napadów. Miasto musi zacząć drżeć ze strachu. Potem będzie łatwiej.
- Proszę w tym czasie także zamknąć tego Tarandrila. – Dodał Notluwiń.
- Taradrila. – Poprawił Aham. – Ale mu na tym zależy. On chce być aresztowany. To dziwka medialna. Prawdopodobnie nie ma nic wspólnego z Zatachem.
- Dobrze byłoby to stwierdzić. Włamcie mu się do domu i sprawdźcie te dokumenty. – Zasugerował Rwe. – Jeśli tam faktycznie coś jest, to dostarczcie go mnie. Już ja się zajmę nieopierzonym pisklakiem. A jeśli to zwykła kurwa, oddajcie go mediom, jako zdrajcę.
- Oczywiście. – Przytaknął Morsk. – Mam pytanie, czy kwestia aresztowań wendoli nie zaszkodzi naszym relacjom z Wendolią?
- Zaszkodzi. To pewne. – Przyznał Gilhalad. – Te stosunki i tak słabe. Wojna w końcu będzie nam potrzebna. To już ustaliliśmy. Igranie z Wendolią jest nam na rękę.
- A złapanie Zatacha? – Zapytał Aham.
- Nie wierzymy, że szybko się wam to uda. – Odpowiedział wojskowy. – Nie liczymy na to. Gdybyśmy zakładali, że GAW sobie poradzi z tą sprawą, pewnie byśmy ją przeanalizowali. Tymczasem wojsko zabezpieczy koszary i panią prezydent przed ewentualnymi zamachami. GAW nie będzie się tym zajmował.
- Oczywiście. – Wspaniale, teraz jestem już tylko kmiotkiem do pomiatania. Kurwa, wywalcie mnie już, a nie, rozkazujecie, a potem ja mam przed mediami być waszą kukłą, którą wystawicie, jak się wam grunt pod nogami zawali. – Rozumiem, że to wszystko, co mam zrobić.
- Śledźcie też tego Zatacha. Jak będzie coś ważnego, dajcie nam znać. – Oznajmiła pani prezydent. – Jestem bardzo wstrząśnięta tym, co się dzieje i tym, co czują nasi obywatele. Musimy ich chronić.
- Tak jest. – Kłamiąc, wywołując wojny i karmiąc ich PRem. – Zrobię wszystko, co w mojej mocy, by to właśnie uczynić.

Komentowanie nie jest możliwe więcej...

stat4u <!-- s4uext=s4upl(); document.write('stat4u') //--> stat4u

Blogroll

Kilka bardzo polecanych stron...