orthank blog

Archiwum dla: Styczeń, 2013

XXIV.

przez , 30.sty.2013, w Bez kategorii

Kass wrócił właśnie do domu, miał zamiar właśnie sprawdzić wiadomości w sieci, gdy z kuchni wyszedł Ikovar.
- Już wróciłem. – Powiedział. – Kupiłem trochę jedzenia.
- Dziękuję. – Odparł naukowiec.
- Moglibyśmy chwilę porozmawiać? – Zapytał agent.
- Dziwi mnie ta prośba, patrząc na to, co akuratnie robimy.
- Chodzi o rozmowę, nie wymianę uprzejmości.
Ing przytaknął. Przeszli do salonu, usiedli na kanapie.
- W sumie to chciałem przeprosić za moje zachowanie. Nie miałem dobrego wejścia, nie mieliśmy też dobrego początku relacji.
- Ja nadal nie wiem, po co mi ochrona rządowa. – Odparł matematyk.
- Ja zaś wiem, coraz bardziej. Myślę, że niebawem, dyrektor Morsk się z panem skontaktuje. I poprosi o pomoc. To logiczny krok.
- Lubię takie stwierdzenia. – Rzucił matematyk. – Logika. Morsk zabezpiecza ewentualności, w momencie gdy wszystko się komplikuje. On już nie panuje nad wydarzeniami, prawda?
- Nie wiem o co chodzi z tymi terrorystami. Mój świat nie jest taki skomplikowany. Byłem agentem, niezła fucha, niezła kasa. Trochę parszywych zadań. Jedziesz gdzieś, mieszkasz z istotami, jesz z nimi, czasem się kochasz, czasem kłócisz. Potem kablujesz na nich, albo okradasz ich. Lub też zabijasz. Tak to działa. Przykra sprawa, ale takie mam obowiązki. Nie wiedziałem, czemu dostałem zadanie ochrony, za przeproszeniem, jakiegoś nadętego kanarka. Był pan dla mnie kimś kogo znam z mediów. Nie sądziłem, że matematyka może być tak użyteczna.
- Bywa. Ale Estymator to nie tylko matematyka.
- Rozumiem. Myślę, że pomieszkamy trochę razem i chciałem uporządkować pewne rzeczy. Przez większość życia byłem zaćpanym chujem, o ponad przeciętnej inteligencji. Mogłem patrzeć na wiele osób z góry. Ale pański sposób przetwarzania danych to dla mnie coś fascynującego. Jestem pod olbrzymim wrażeniem. Naprawdę. Niemniej jednak skoro pomieszkamy razem, moglibyśmy ten apartament uczynić bardziej przyjemnym dla człowieka.
- Chcesz zrobić remont?
- Przede wszystkim chcę ściągnąć swój telewizor. Lubię czasem sobie pooglądać. A teraz będzie co. Dziś wszyscy tylko szukają tego Zatacha.
- Nie ma sprawy, można w salonie postawić. Tylko, żeby nie chodził za głośno.
- Przejrzałem tam rzeczy na szafce. Ma pan w domu porządek, ale zapodziała się tam jedna książka. „Scholastyka” bodajże.
- „Scholastyka”? – Zdziwił się Kass. – Jak to „Scholastyka”.
Darvid wstał i wyciągnął stary, zużyty podręcznik.
- „Stochastyka”! – Wykrzyknął Ing. – Ona musi być w innym miejscu. Ma dla mnie wartość sentymentalną.
- Myślałem, że jest pan chodzącą logiką.
- Znów mi schlebiasz, ale uczucia mam.
- Do książki. – Mruknął pod nosem Darvid.
- Właściwie to podręcznik, do matematyki.
- Wszystko jasne. – Odparł agent. – Nie mam więcej pytań.
- A szkoda, bo to fascynująca przygoda… dobra słowo przygoda w porównaniu z twoimi tu nie jest na miejscu.
- Było jakieś zaklęte działanie?
- Nie. – Kass wziął stary podręcznik do ręki i zaczął go przeglądać. – To był chyba mój drugi rok studiów. Mieliśmy już podstawy prawdopodobieństwa, które mi się nie podobało. Bo wydawało mi się głupie, ograniczone, ale do nauczenia. Potem mieliśmy procesy stochastyczne.
- Nie żebym wiedział, co to.
- Coś, co jest bardzo bliskie mojej wizji prawdopodobieństwa. Chodzi o warunkowanie zmiennych. To mi chodziło po głowie, ale jak zobaczyłem stochastykę, załamałem się. Na egzaminie mnie olśniło i zamiast rozwiązać zadanie klasycznym sposobem, rozwiązałem je po swojemu. Nie mogłem wyprowadzić dokładnie niektórych wzorów, ani ich udowodnić, zabrakło mi na to czasu, ale to było dobrze rozwiązane. No niestety prowadzący wezwał mnie do siebie na dywanik i zrugał. Myślał, że ja nic nie wiem, że sobie zacząłem bzdury wypisywać. Oczywiście dostałem niezaleczenie… Ale te wzory udowodniłem i wyprowadziłem w ramach swojej pracy magisterskiej. Potem zacząłem pracować z profesorem Hixem. Szybko zrobiłem doktorat, potem nawet byłem recenzentem pracy doktorskiej tego kolesia, co mnie oblał. Na żadnym egzaminie u mnie nikt się tak nie stresował jak on. Myślał, że będę się mścił.
- Ja bym patafiana uwalił. – Rzucił Ikovar.
- Mnie bawiła sama sytuacja. Ale jednocześnie udowodniła mi, że procesy stochastyczne są zbyt idealistyczne. Może udaje się dzięki nim wykonać pewne przewidywania giełdowe, ale brakuje bardzo wielu rzeczy, jak choćby coś, co z profesorem Hixem nazwaliśmy funkcją il. Il to od ironia losu, taki nasz żarcik wewnętrzny.
- Jak ta stochastyka ma się do Estymatora?
- Wykonują podobną funkcję. Ale Estymator to coś więcej niż wzory matematyczne, to pewien rodzaj systemu eksperckiego i sztucznej inteligencji. Nie świadomej, ale sztucznej.
- Dobra, starczy mi tej matematyki. Dla mnie to już trochę za dużo.

Komentowanie nie jest możliwe więcej...

XXIII.

przez , 28.sty.2013, w Bez kategorii

Aham Morsk był zmęczony i niedospany, gdy rano pojawił się w biurze GAWu. Właściwie pojechał do domu głównie po to, by zobaczyć Savarę. Gdyby nie ukochana żona, pewnie przenocowałby tutaj.
Taki dni jak ten najbardziej dawały mu w kość, nie psychicznie, ale fizycznie. Czuł, że wiek robi swoje, i że on sam dochodzi do ściany. Emerytura naprawdę by mi się przydała.
Analitycy siedzieli już przy stole.
- Co wiemy o Zachavie… – rzucił.
- Zachavie? – Zdziwił się jeden z oficerów.
- Tym zamachowcu. – Poprawił się Morsk. Jak on się nazywał?
- Vark Zatach. – Zasugerowała analityczka.
Następnie przedstawiła ogólny raport. Zatach był synem jednego z watażków Wendolii, niewiele wiadomo o jego dzieciństwie, czy relacjach z ojcem. Ulv Zatach był przyjacielem poprzedniego szejka, ale służby wówczas nie działały na tyle dobrze, by wszystko wiedzieć o mniej znamienitych osobach na dworze. Ulva próbowano oczywiście przeciągnąć na stronę GAWu, ale się nie dał. Zresztą Wendole na dworze szejka niechętnie dali się kapturować. A nawet jeśli, wielu z nich było podwójnymi agentami.
Młody Vark Zatach został wysłany na stypendium naukowe do Bereszit. Jako student się nie wyróżniał niczym, poza tym, że kombinował i oszukiwał, byle móc się tylko lenić i wałkonić. Nauczyciele i wykładowcy określali go mianem, zdolnego, ale leniwego. Lubił korzystać z życia. Odwiedzał dyskoteki, kluby, bawił się dobrze i zajmował się wszystkim, byle nie studiowaniem.
- I to jest biogram terrorysty!? – Dziwił się Morsk. – Na pewno dobrze sprawdziliście?
- W czasie studiów wydarzyły się w akademiku dwa niewyjaśnione samobójstwa.
- O to mi się podoba. – Mruknął do siebie Aham. W końcu jakieś konkrety.
- Ale nikt nie znalazł żadnego powiązania z Zatachem. Prawdopodobnie był poza listą podejrzanych. Nie znaleziono sierści, a on raczej nie zachowywał się zbyt agresywnie. Ot zalany, imprezujący studencik.
- Jak mniemam nikt też nie sprawdzał go pod kontem szpiegostwa.
- Sprawdzano. To standardowa procedura. Mamy te testy, według nich nie nadawał się na szpiega.
- Albo właśnie nadawał. – Myślał głośno Morsk. – Tylko wykiwał naszych.
Zatach poza językami studiował przede wszystkim socjologię, potem zagadnienia handlowe. Wykorzystał pierwsze zajęcia do wkręcenia się w towarzystwo, co zaowocowało po studiach kontraktami w Wendolii. Wpuścił tam inwestorów, przy okazji nieźle się ustawił. Szejk miał udziały w każdej takiej firmie, podobnie jak Zatach. I obaj nie musieli nic robić.
- Jakie ma relacje z szejkiem?
- Szejk Korkorot z pewnością go zna. Ale w nocy wydał też oświadczenie, że całkowicie odcina się od działalności terrorystycznej Zatach. Dosłaliśmy też list z prośba o natychmiastową deportację Varka Zatacha.
- Chyba kpią. – Wściekł się Aham. – Wiadomo, dlaczego?
- Podobno znalazły się dowody, że Vark mieszał palce w zamordowaniu swojego ojca.
- No to robi się ciekawie.
- Sprawdziliśmy też tego Ulva Zatacha. – Dodała inna analityczka. – Zabicie go nie byłoby takie trudne. On był inwalidą. Uratował poprzedniego szejka, podczas zamachu, stracił dolne pół ciała, dwa lata przed narodzinami Varka. Lewą łapę miał zaś sparaliżowaną do końca życia.
- Jak dużo dolnej części ciała stracił? – Zapytał Morsk.
- Nogi na pewno. Nie mamy dokładnych danych, ale gdzieś koło brzucha.
- Stracił jaja?
Analityczka zarumieniła się.
- Nie zastanawialiśmy się nad takimi szczegółami.
- Vark Zatach ma 47 lat. Musiał być poczęty 48 lat temu, prawda? – Myślał głośno dyrektor GAWu. – Tylko, że jeśli paraliż lub jeszcze gorzej odcięcie uniemożliwiało…
- To zostaje jeszcze in vitro.
- 48 lat temu? I to w Wendolii? Niemożliwe. Zatem, mamy prawdopodobnie motyw. Vark Zatach pewnie nie jest synem swojego ojca. – Tylko czyim.
- To bez sensu. – Stwierdził jeden z oficerów. – To watażka Wendoli. Zabiłby żonę i dzieciaka, gdyby wiedział, że to nie jego.
- Chyba, że kochał tak bardzo swoją żonę, że chciał mieć jej dziecko, nawet jeśli nie byłoby jego biologicznym dzieckiem… – Wymamrotał Aham. Kurwa mać… że też wcześniej na to nie wpadłem. Dokładnie tego chcemy! Dokładnie. Nie chcę mieć swoich dzieci, chcę mieć dziecko Savary! Na jego twarzy pojawił się uśmiech.
- Ale co to nam daje? – Zapytała analityczka.
- Nie rozumiem, czemu szejk chce go ściągnąć do siebie. Pewnie chce załatwić sprawę po cichu. Ale tam, coś jest na rzeczy. Pewnie te kontrakty… Myślę, że szejk ma więcej do ukrycia, niż nam się wydaje. Zatach wyrwał się mu spod kontroli. Wolą byśmy go sprzątnęli, niż przesłuchali.
Do sali wszedł jeszcze jeden oficer.
- Panie dyrektorze, dostaliśmy pilną wiadomość z policji. Podobno Vark Zatach buszuje po Bereszit.
- Jak to buszuje?! – Zdziwił się Morsk.
- Napadł na dwa sklepy spożywcze i jednego jubilera.
- To nie może być on. – Oburzył się analityk. – Jakaś pomyłka. Albo ktoś się pod niego podszywa.
- To on. On się z nami bawi. I będzie się bawił, aż do tego swego pieprzonego zamachu. – On faktycznie ma popieprzone we łbie.

Komentowanie nie jest możliwe więcej...

XXII.

przez , 27.sty.2013, w Bez kategorii

W pomieszczeniu panowała absolutna cisza. Szejk ją bowiem uwielbiał, zwłaszcza gdy jadł. Siedział sam, a na stole leżała klatka z niewielkim, białym królikiem. Zwierzątko odczuwało strach, kuliło się, jakby nie chciało, by ktokolwiek je dostrzegł. Ale wendol nie potrzebował oczu, by je widzieć. Wystarczyło mu powonienie, ale też ciepło. Zwłaszcza Korkorot twierdził, że potrafi wyczuwać istoty stałocieplne, a królik do nich z pewnością należał.
Podniósł wieko klatki i jednym błyskawicznym ruchem złapał zwierzę, wbijając pazury w jego skórę. Nie za mocno, nie chciał go zabić, a przynajmniej jeszcze nie. Królik szarpał się, odczuwał ból, zresztą jego futro pobrudziło się krwią. Wiedział, co go czeka. Szejk jednak jeszcze czekał. Uwielbiał ten moment. Spoglądał w swoją ofiarę. Wsłuchiwał się w nią. W jej bicie serca. Szybsze, paniczne. Adrenalina to najlepsza przyprawa. Zwierzę próbowało się wyrwać, ale im bardziej wierzgało, tym bardziej zaciskała się dłoń, a pazury wbijały w ciało. Stworzenie nie dawało za wygraną. Próbowało się wyślizgnąć, uciec. Było jednak zbyt głupie, by wygrać z wendolem. I to nie byle jakim wendolem, a ich przywódcą.
Korkorot odczuwał głód. Nie chciał dłużej czekać. Błyskawicznie wbił zęby w kark zwierzęcia. Krew trysnęła, a on próbował połknąć życie stworzenia. Głupi stary zwyczaj, który lubił pielęgnować.
Szejk był umorusany krwią, ale nie licząc tego wyglądał dostojnie jak na wendola. Ubrany w śnieżnobiały strój, wyszywany złotem, jego siwe furto zostało ładnie przystrzyżone i wyczesane, a ostre zęby poddawał wybielaniu. Kilka z nich było już sztucznych, ale Korkorot musiał wyglądać na drapieżcę. Poddani tego oczekiwali.
W ciszy i samotności konsumował królika, gdy w komnacie pojawił się jeszcze ktoś. Vark Zatach.
- Smacznego. – Rzucił czarnoksiężnik. – Tyle razy ci mówiłem, że powinieneś mieć także magiczną ochronę. Skoro ja się mogę tu dostać, może każdy.
- Jesteś głodny? – Zapytał Korkorot.
- Mam w głowie inne rzeczy, niż takie trywialne potrzeby. Jutro wydasz oświadczenie w mojej sprawie.
- A coś przeskrobałeś? – Zdziwił się szejk.
- Służby informacyjne zawodzą, czy nie czytasz informacji?
- Może jedno i drugie.
- Przyznałem się do zamachów i zapowiedziałem kolejny. – Odparł Vark. – Teraz jestem pewnie ścigany. Choć mam zamiar sobie z nich zakpić.
- Ostro pogrywasz, dużo ryzykujesz. A co ja mam zrobić?
- Potępić mnie. Odciąć się od zamachów i wydać nakaz aresztowania.
- Ciebie? – Zdziwił się Korkorot. – Ale…
- Nie jesteś od myślenia. Rób, co ci każę. Gdybym chciał, by szejkiem był ktoś samodzielnie myślący, zostałby nim prawowity dziedzic, a nie ty.
- Jak sobie życzysz bracie, powiedz tylko, co mam zrobić.
- Wydasz oświadczenie, że pojmanie mnie jest wewnętrzną sprawą Wendolii. Globalni nie mają u nas żadnych praw i próba zabicia mnie, będzie uznana za pogwałcenie traktatu pokojowego. Wciąż jestem obywatelem Wendolii, więc tylko tu można mnie sądzić. Natomiast ty, jako prawowity szejk brzydzisz się wszelkim terroryzmem.
- Naprawdę? Tego nie wiedziałem. Od kiedy? – Ironizował Korkorot.
- Od zawsze.
- Mam nadzieję, że polować mogę.
- Masz wyglądać na cywilizowanego władcę. – Wściekał się Vark. – I masz zapewnić mi drogę ucieczki, w razie dużej wpadki. Jeśli mój plan się spierdoli, możesz zagrozić użyciem głowic Rahab-2.
- Ostro. To lubię.
- A tak przy okazji, Rahab-3 zostały także uzbrojone. Jak wybuchnie wojna, lepiej siedź w schronie.
- Bracie, ale po co nam ta wojna. Mi jest dobrze, tobie również. Co możemy zyskać?
- Mówiłem ci już, że miałem wizję. Sen o potędze takiej, jakiej nikomu się nie śniło. Ale ta potęga zrodzi się z chaosu. Ja stworzę ten chaos.
Korkorot zapytałby o jedną rzecz, ale się bał. Czy widziałeś, czyja to jest potęga? Bo może w tym chaosie to my przegramy?

Komentowanie nie jest możliwe więcej...

XXI.

przez , 18.sty.2013, w Bez kategorii

Smoki zawsze budziły wiele kontrowersji swoim zachowaniem, a także stały się zarzewiem wieloletnich, nigdy nie rozstrzygniętych dysput historycznych. Masudowie często cierpieli na kompleks związany z tym, że ich cywilizacja nie powstała pierwsza. Jakoś akceptowali pierwsze trzy, czyli zoatów, halflingów i gnolle, problemem jednak było czwarte miejsce. Wielu naukowców twierdziło, że powinny się tam znajdować smoki, ale ich państwa miały zupełnie inny charakter. Przypominały raczej olbrzymie bandy, gdzie herszt był gadem i zarządzał zamkiem, miastem lub całą okolicą. Smoki uwielbiały wysługiwać się innymi, podporządkowywać ich sobie, wykorzystywać, a nader wszystko łupić. Wielu z nich gromadziło skarby, ale miały też wrodzone instynkty przywódcze. Wiele z nich nadal to wykorzystywało, z różnym skutkiem. Smocze banki miały renomę najbezpieczniejszych. Skoro sam właściciel potrafił ruszyć w pogoń za byle złodziejem, rzadko kto je rabował. Gorzej, że czasem nie dało się zerwać lokaty, nawet po terminie. Te potrafiły się rolować automatycznie, a próba wypłacenia czegokolwiek kończyła się karą umowną i przepadem zgromadzonych pieniędzy. Gady te doskonale odnajdywały się także w ubezpieczeniach, funduszach inwestycyjnych, a także w windykacji. Smocze firmy ściągające długi uchodziły za bardzo drogie, ale najskuteczniejsze. Niektóre działały na pograniczu prawa, zresztą jaszczury te nie lubiły specjalnie polityki i ograniczeń. Większość z nich nie głosowało, twierdząc, że nie mają swoich kandydatów, więc czuli się zwolnieni z konieczności przestrzegania praw.
Takim smokiem był srebrnołuski Baragastr. Formalnie pobierał zasiłek dla bezrobotnych, gdyż nie mógł znaleźć pracy, z której by go nie wyrzucono, natomiast poza tym zajmował się handlem narkotykami, prostytucją, wymuszaniem haraczy, a także drobnymi rozbojami. Oczywiście nie robił tego sam, jedynie rozliczał podwładnych, czasem też organizował skoki, w których oczywiście udziału nie brał. Zawsze miał czyste ręce.
Dyskoteka, która do niego należała uchodziła za jedną a najbardziej rozrywkowych i ekskluzywnych w całym Bereszit. Formalnie nie było tu nawet burleski, więc mogła się wydawać nie atrakcyjna, ale na zapleczu działo się wiele rzeczy o których władze nie wiedziały. Bądź udawały, że nie wiedzą.
- Lubię to miejsce. – Stwierdził Taradril. – Można się tu nieźle zabawić.
- Myślisz, że nas przyjmie? – Zapytał Darvid.
- Mnie miałby nie przyjąć? – Uśmiechnął się król elfów, który zaczął obłapywać jakąś panienkę.
Ta szybko go spoliczkowała.
- Za mało wypiła. – Zaśmiał się Ikovar.
- Albo za dużo, i mnie nie rozpoznała.
Obaj przeszli na zaplecze, gdzie zatrzymał ich postawny ork.
- Byłem umówiony. – Rzucił Taradril.
- Każdy tak mówi. – Odparł strażnik.
- Ten też za dużo wypił? – Ironizował agent GAWu.
- Choć kolego, postawię ci jednego. – Sugerował elf.
Ork jednak nie należał do przekupnych i kopnął króla w brzuch. Ten z bólu, aż się przewrócił.
Darvid westchnął i pomógł przyjacielowi wstać.
- Mogę załatwić tego strażnika, ale skończy się rozróbą i nie wejdziemy.
- Spokojnie, coś wymyślę. – Odparł Taradril.
Ponownie podszedł do strażnika.
- Chcesz może mój autograf? Wszyscy go chcą. Powiedz, Baragastrowi, że przyszedłem. Byłem umówiony.
- Kogo mam zapowiedzieć, podstarzałego patafiana? – Odparł ork.
- Ćpuna i bawidamka. – Zasugerował Ikovar. – No i jeszcze alkoholika.
- Nie jestem ćpunem. – Oburzył się król.
- Mówiłem o sobie. Ty tylko ćpasz okazyjnie.
- Powiedz, że król elfów przyszedł.
- Jak ty jesteś królem elfów, to ja jestem królem orków. – Ironizował strażnik.
- Po prostu powiedz to swojemu szefowi. Nie będziemy wchodzić do środka.
Ork zastanawiał się przez chwilę, potem zrobił, o co go poproszono i zaraz potem zaprosił dwójkę do środka.
Baragastr właśnie kończył jeść. Na podłodze leżały jeszcze jakieś kości, a on sam miał ręce i pysk umorusane we krwi. Jego tron wysadzono złotem i drogocennymi kamieniami. Ich ilość aż zniesmaczyła Darvida. To wygląda jarmarcznie. Smok jednak uważał, że musi posiadać jak najwięcej klejnotów i błyskotek, nic więcej się dla niego nie liczyło.
- Taracoś tam… – Mruknął gad. – Miło znów cię widzieć. Jaki towar tym razem potrzebujesz? Dziewczynki? Dragi? Może kogoś sprzątnąć?
- Dragi. – Odparł elf, trochę zirytowany tym, że znów zapomniano jak się nazywa. – Moje imię brzmi Taradril, a nie Taracoś.
- Za krótko żyjecie, by się waszymi imionami przejmować. – Parsknął gad. – Dragi, jakie?
- Orypium. – Wtrącił się Ikovar.
- A co to? – Zdziwił się smok spoglądając na swoich podwładnych. Ci także nie wiedzieli nic o tym narkotyku.
- Dostałem to tylko raz. W „Wilgotnej Ostrydze”.
- Ciul ma innego dostawcę! Robimy nalot! – Wściekł się Baragastr.
- Orypium daje takiego kopa, że chcemy to mieć. – Dodał król elfów. – Chcę to spróbować. Zanim wybijesz konkurencję, zdobądź nam trochę tego staffu. No i dobrze byłobyś sam to gówno sprzedawał.
- Ten twój elfi łeb nie jest tak zaćpany na jaki wygląda. Czasem nawet myślisz, za to cię lubię. – Uśmiechnął się jaszczur, który następnie spojrzał na Ikovara. – Jak dostałeś tam ten towar?
- W ciemnicy. W takim ciemnym pomieszczeniu… od innego faceta.
- O kurwa, pedek! – Zaśmiał się smok.
Jego podwładni także zaczęli się śmiać.
- Dało nam to takiego kopa, że hej.
- Że chuj chyba po waszemu… ale nie będę wnikał. – Odparł smok. – Znaczy, towar spod lady od innego klubowicza. Będzie trudniej. Ale jeśli coś jest na rynku, zajmiemy się tym.
Podziękowali i wyszli.
W samym klubie Taradril zatrzymał jeszcze na chwilę agenta GAWu i powiedział mu na ucho.
- Mam nadzieję, że to orypium istnieje, że to nie jest żadna twoja wizja narkotykowa. Inaczej będziemy mieć nieliche kłopoty.
- Skoro mi nie wierzysz, to czemu ryzykowałeś? – Oburzył się Darvid.
- Nie ma ryzyka, nie ma zabawy. I pieniędzy.

Komentowanie nie jest możliwe więcej...

XX.

przez , 16.sty.2013, w Bez kategorii

Był już wieczór, gdy zmęczony Aham dotarł do budynku GAWu. Pluł sobie w brodę, że akurat wracał samolotem do Bereszit, kiedy media dostały film od Varka Zatacha. W siedzibie wywiadu panowała nerwowa atmosfera, Morsk zdawał sobie sprawę, że jeśli szybko nie opanują sytuacji, ktoś będzie musiał polecieć. I pewnie będę to ja, a wtedy okażę się zbędną istotą, która za dużo wie. Jego śmierć nie przerażała go tak bardzo jak to, co mogliby zrobić Savarze. Dorwę tego Zatacha, choćby to miała być ostatnia rzecz jaką w życiu zrobię. Wiedział, że lepiej byłoby dla niego zginąć w misji.
W pokoju operacyjnym agenci krzątali się, a dyrektor usiadł przy stoliku.
- Dawać mi kawy, tylko nie jakiejś lury. Mogą być same fusy z odrobiną wody.
Agenci sami się nie wypowiadali, czekali tylko na to, aż dyrektor ich o coś zapyta.
- Pewnie nie wiemy nic o tym filmiku?
Nikt jednak nie odpowiedział.
- Słyszeliście w ogóle o nim?
- Puszczają go w mediach na okrągło. – Stwierdził jeden z analityków. – Wyciągnęliśmy kopię z telewizji. Dostali ją na kasecie wideo.
- To sprzęt sprzed trzydziestu lat?
- Albo i starszy. – Potwierdził analityk. – Więcej w tym mechaniki, niż elektroniki. Przez to jest nienamieżalny. Żadnych podejrzanych komponentów.
- Rozumiem, że nie wiemy, gdzie ten film nakręcono?
- Wygląda na jakąś jaskinię. Zatach sprytnie się ukrył, ewentualnie zakamuflował. – Ciągnął analityk. – Zbadaliśmy kasetę, ale nie było na niej żadnych odcisków palców. Natomiast została wysłana z Bereszit zwykłą pocztą.
- Grają nam na nosie. Pani prezydent się wścieka, wolę nie odbierać telefonów od niej.
Znów w sali zapanowała cisza.
- Puśćcie ten film.
Na ekranie pojawił się wendol, Vark Zatach, ubrany w czerwony turban i fioletowy habit.
- Doznałem oświecenia. I teraz będę głosił dobrą nowinę. Jestem prorok Vark Zatach, ten, który poprowadzi Mischel ku nowej erze. Drugiej Erze, w której będzie panowało prawo, rozum i sprawiedliwość.
- Bogowie, co za pierdoły. – Mruknął Morsk.
- Ale by to osiągnąć, musimy doprowadzić do wyzwolenia. Globalny rząd was zniewolił. Kolejne sankcje nakładane na państwo Wendoli, wymuszanie zmiany prawa i tradycji nie będą akceptowane. Wendole może i są pokazywani w mediach jako ci źli, zacofani imbecyle, ale my nie pragniemy nic więcej ponad pokojem. Nawet jeśli nie chcemy być tak cywilizowani jak chce tego globalny rząd, to co w tym złego? Czy trzeba organizować krucjaty przeciw nam. Tym razem chodzi dodatkowo o nasze cenne zasoby. Nasz rząd nie jest w stanie się obronić, ale ja doznałem olśnienia. Nie będę atakował cywili i to przysięgam wszem i wobec. Zorganizowałem zamach na lotnisko w Bereszit, ale tylko na terminal dla elity. Dla rządzących i tych, którzy sprawują władzę nad finansami czy kulturą. Nie może być tak, by mała grupka istot decydowała o wszystkim, w sposób tak perfidny jak to ma miejsce w globalnym rządzie. GAW wiedział o naszym zamachu, zamiast go powstrzymać, pomogli nam. Zamach na terminal dla normalnych istot, to dzieło waszego globalnego rządu i jego kochanej agencji.
- Kurwa, co ten patafian! – Wściekał się Morsk.
- Nie mogę tego udowodnić, ale niebawem zaczniemy grę z rządem. Grę, która ukażę wam prawdę o korupcji, która go zżera. Mamy mnóstwo tajnych dokumentów, operacji o których nie wiecie.
- Zabić! Każdy agent, który tylko znajdzie Zatacha ma go zabić! – Wściekał się Aham. Albo ten kutafon faktycznie coś ma, albo doskonale wie, gdzie należy uderzyć.
- Domagamy się natychmiastowego wycofania wszelkich sankcji wobec państwa Wendoli, a także uznania pełnej jego niezależności od globalnego rządu. Nigdy nie nic nie podpisywaliśmy i nie podpiszemy. Dodatkowo jeśli ktoś może czegoś wymagać, to my. Chcemy przejrzystości działań globalnego rządu i zapewnienia, że nasze zasoby nie będą nam zabierane siłą! Chcemy też uwolnić waszych zniewolonych obywateli, chcemy by rząd upublicznił jakie kontrole są dokonywane i jakie dane są przechowywane. Macie na to tydzień. Potem będziemy działać. Włącznie z kolejnymi zamachami. Zresztą nad jednym już GAW pracuje, ramię z nami. Bo rządowi jest to na rękę.
- To jakiś imbecyl. Czego on w ogóle chce? – Wściekał się Morsk. – Co to za żądania. Jebanego przedszkolaka?
- Naszym zdaniem on sobie z nas wszystkich kpi. Dąży do wojny i eskalacji konfliktu. – Tłumaczył analityk.
- Sporządziliśmy też jego profil osobowościowy. – Dodała młoda pani psycholog. – Istnieje pewne ryzyko, że to rozbrykany dzieciak, który nie chce dorosnąć i bawi się wszystkim i wszystkimi. Bawi się konwencją. Terrorem, rządem, wojną. Prawdopodobnie, poza zrobieniem szumu wokół siebie, w ogóle nie interesuje go żadna idea, a jedynie zbadanie w jaki sposób może zmienić Mischel.
- Może też być pionkiem, który faktycznie pracuje gdzieś na zlecenie naszego rządu. – Dodał analityk. – I przygotowuje wojnę.
- Atakuje rząd prawdą, by wszyscy uznali to za kłamstwa. – Nie ogarniam tego. Najgorsze, że faktycznie mogą mieć rację. Ten Zatach się bawi nami, to nie jest poważny, ideowy terrorysta. To jarmarczny kretyn. Po to ten strój i ta gadka o proroku. – Musimy znaleźć wszystkie powiązania, musicie znaleźć istoty, które z nim współpracują. Macie przesłuchać wszystkich znajomych Zatacha. Każdego kogo znał, kogo minął na ulicy. Chcę też opinię wyroczni. Zrozumiano?
Agenci przytaknęli i wzięli się do roboty.
Morsk szybko poszedł do swojego gabinetu, a tuż przed wejściem czekał na niego Darvid Ikovar.
- Nie powinieneś pilnować Kassa?
- Właśnie w jego sprawie przyszedłem.
- Nie dziś. – Rzucił Aham. – Nie dziś.
- Panie dyrektorze, ale to właśnie ma związek z…
- Słucham? – Morska jakby zamurowało.
- Kass przewidział trzeci zamach.
- Nie trudno to zrobić.
- Zrobił to kilka dni temu. On wszystko sobie rozrysował. On analizuje to bardziej niż nasi analitycy, na zupełnie innym poziomie. W pewien sposób mnie przeraża, ale podziwiam jego umysł. Wiem, że są ze mną problemy. Wiem, że Kassem dostałem szansę na to, by ułożyć sobie życie po śmierci Edrula. Ale wchodząc w świat profesora, zainicjowałem jego ciekawość. Widząc efekty proszę tylko, by go wykorzystać. On nam da przewagę…
- Przemyślę to. – Może uratuje mi dupę.

Komentowanie nie jest możliwe więcej...

XIX.

przez , 15.sty.2013, w Bez kategorii

Tym razem rektor Horac Pron przyjął profesora Kassa na uczelni. Ten gabinet również był prosto urządzony, ale zdecydowanie w mniej ascetyczny sposób. Choćby barek i stół do gier zdecydowanie się wyróżniały.
Pron lubił gry w karty, zwłaszcza takie, które wymagały trochę pomyślunku, zwłaszcza jak most i jego uproszczona, dwuosobowa wersja – pomost. Zazwyczaj przegrywał z Kassem. Stary masud nie miał już takiej głowy jak kiedyś, czasem mu się myliło, które karty zeszły. Ing natomiast doskonale to zawsze zapamiętywał, a to pozwalało mu odpowiednio oceniać ryzyko, blefować i wygrywać.
Gra w karty stanowiła miłe urozmaicenie rozmowy.
- Muszę cię rozczarować, profesorze Kass. – Powiedział rektor tasując karty. – Niewiele się dowiedziałem o Babel.
- Ja wiem, coraz więcej. Ale potrzebuję informacji o obecnym statusie.
- Zawieszony. Utajniony. Zamknięty.
- Niemożliwe. To się kupy nie trzyma. – Zastanawiał się matematyk. Chyba, że brakuje mi jeszcze innego ogniwa.
- Też wyszedłem z takiego założenia. – Przyznał Horac zaczynając rozdawać karty. – Ktoś poświęcił sobie dużo trudu, by projekt zamknięto i posprzątano.
- Posprzątano? Brzmi groźnie.
- A myślisz, że po co przyznali ci tych agentów? Jeśli dotknąłeś Babel, to znajdujesz się po uszy w nawozie naturalnym.
- Gnojówce? – Uśmiechnął się Kass.
- Tak, ale jesteśmy kulturalni, nie będziemy przeklinać.
Pron skończył rozdawać karty, Ing wziął swoje do ręki i zaczął segregować. Rektor nigdy nie układał ich na ręce, twierdził, że przeciwnik może to obserwować i wyciągać wnioski, ale jak sam patrzył na to, co robi Kass, nie potrafił z tego nic wywnioskować.
- Babel nie jest w żaden sposób rozwijane na uczelniach, czy religijnych ośrodkach badawczych. Prawdopodobnie w całości przejęło to wojsko.
- Lub prywatne laboratoria. – Dodał Ing.
- Nawet jeśli, to na zlecenie i pod ścisłą kontrolą wojska.
- Zaczynam?
- Tak. – Przyznał rektor.
- Babel miał stanowić źródło energii, ale jeśli chodzi o wojsko, to sugerowałoby jakąś nową broń energetyczną. – Zastanawiał się matematyk wistując.
- Wojsko wykorzysta każdą energię do niszczenia. Nawet jeśli jest nie ekonomiczna.
- Tyle, że jeśli źródło energii jest nieekonomiczne, to nikt nie będzie próbował tego ukrywać. Musi być tani sposób tworzenia tego orichalcosu, na tyle tani, że kto zdobędzie patent, stanie się monopolistą.
- Tego pewnie pilnuje Ergon. Im na tym zależy. – Stwierdził Horac kładąc swoją kartę. – Nie mam żadnych przesłanek ku temu, by móc potwierdzić ich udział, ale obaj wiemy, że zaczynali ten projekt. Nie ma szans, by go odpuścili.
- Trochę martwi mnie udział wojska. Liczyłem, że będzie to wykorzystane do jakiś bardziej rozwojowych celów. – Ing zebrał pierwszą lewę i wyszedł kolejną kartą.
- Moim zdaniem nie wszystkie właściwości orichalcosu zostały przebadane. Tam musi być jeszcze coś.
- Prawdopodobnie nie potrafią okiełznać tej energii. – Rzucił Kass. – Mają nośnik, ale brakuje im sprawnego silnika. Być może, to co zrobili, wybucha, więc próbują wykorzystać to jako broń.
- Którą kiedyś trzeba przetestować w praktyce. – Dodał Pron, który tym razem zgarnął lewę i od razu zaczął kolejny wist.
- Jeśli moje prognozy są słuszne, to wywołają wojnę, ale ta broń obróci się przeciw nim. Wiedziałem, że kiedyś przegramy wojnę, teraz już wiem, że przez własną pychę i głupotę. – Rzucił kartę na stół i ściągnął lewę.
Grę przeszkodziło im pukanie. Do środka weszła asystentka Horaca.
- Panie rektorze, w telewizji jest coś, co powinien pan zobaczyć.
- Co?
Nie odpowiedziała. Włączyła tylko stojący pod ścianą telewizor. Tam zaś retransmitowano przemówienie Varka Zatacha.

Komentowanie nie jest możliwe więcej...

XVIII.

przez , 14.sty.2013, w Bez kategorii

Kondominium króla elfów znajdowało się w nowym sercu Bereszit, dzielnicy zwanej Arką. Mieszkanie ulokowane na trzydziestym piątym piętrze należało do przestronnych i luksusowych, Darvid rzadko miał okazję tu bywać, ale jak już przychodził to długo wspominał imprezy.
Taradril powoli dobijał do dwustu lat, więc nawet jak na elfa nie należał już do młodziaszków, ale nie przeszkadzało mu tu prowadzić hulaszczy tryb życia. Ubrany w czarną skórę, przypominał trochę awangardowego muzyka albo wielbiciela ciężkich, krasnoludzkich motorów. Włosy miał spięte w kucyk, trochę już posiwiały. Elfy normalnie nie łysiały, ale sposób czesania króla elfów sprawiał wrażenie, że widać było u niego zakola. No i jeszcze ta przepita twarz. Znów coś żuł, a Ikovar wolał nie pytać co to.
- Darvid, mój przyjacielu! – Rzucił się na niego i zaczął go ściskać.
- Liczyłem na to, że pogadamy. – Odparł agent.
- Do gadania zawsze… Ale trzeba coś wciągnąć.
Zostawił go. Król ledwo trzymał się na nogach.
- Dawno, żeśmy się nie widzieli.
- Napijesz się czegoś? – Zapytał Taradril prowadząc gościa do salonu. W środku było już kilka osób, głównie półnagich kobiet, najpewniej wynajętych prostytutek, które zabawiały gości. Z kuchni słychać było zaś głosy małej orgietki.
- Z przyjemnością.
- Dziś impra hetero, więc musisz dużo pić. Potem jakąś dupencję wyrwij. Wszystkie robią, co chcemy.
- Co chcemy?
- Tylko kurwa nie wywalaj ich przez okno.
- Stare dzieję. – Zaśmiał się Ikovar. – A poza tym to były rzeczy, nie istoty.
- Nawet nie wiesz ile te antyki kosztowały. Muszę się napić.
Taradril szybko poszedł do barku. Nalał whiskey do szklanki, a następnie sam zaczął pić z butelki. Kiedyś Darvida zastanawiało, skąd elf brał na to wszystko pieniądze. Formalnie nie utrzymywał się z niczego. Zresztą elfy, dusze artystyczne wolały raczej mieszkać w komunach, oddając się pijackim libacjom i ewentualnie tworzyć sztukę. Śpiewali, malowali, pisali prozę i poezję, kręcili filmy. W ciągu pięciu ostatnich wieków udało im się zbudować drugą, po masudzkiej, najbardziej rozpoznawalną kulturę, choć oczywiście nie potrafili tego sukcesu przekuć na zyski finansowe i polityczne. Do czasu, aż ktoś z nich wpadł na pomysł, by obwołać się królem elfów, to był dziadek Tarandrila. Jeździł on od komuny do komuny, próbował integrować elfy, bawić się i zajął się promowaniem kultury. Jego syn szybko odkrył, że zamiast promować kulturę można promować samego siebie. Tarandril zaś od najmłodszych lat był już celebrytą, sławnym z tego, że jest sławny. Kompletnie nie dbał o kulturę, za to dbał by od czasu do czasu władować się w jakiś skandal, by było o nim głośno. Udzielał kontrowersyjnych wywiadów, ćpał, swego czasu grywał nawet w filmach pornograficznych, oczywiście elfickich i robił wszystko, byle media nie dawały mu spokoju.
Prywatnie oczywiście był zupełnie inny. Darvid bardzo go lubił, a jeszcze bardziej lubił imprezy u niego.
Taradril przyniósł mu szklankę whiskey, usiedli na kanapie.
- Masz jakiś towar? – Zapytał elf.
Rudowłosa kobieta uklękła przed królem i zaczęła majstrować przy jego rozporku.
- Niestety. Nic ciekawego.
- Szkoda. Ale nie jestem tak naćpany, by polecieć na faceta! – Zaśmiał się. – Przynieś towar, jak chcesz mnie mieć.
- A ja? – Zapytała prostytutka.
- Ty skarbie, rób to co umiesz najlepiej.
Nie potrzebowała więcej zachęty.
- Słyszałeś może o czymś, co nazywa się orypium? – Zapytał Ikovar.
- Nie. A co to? – Zdziwił się Taradril.
- Towar, który dał mi takiego kopa…
- Masz to? – Przerwał król.
- Natknąłem się na to gówno przypadkiem. Spróbowałem raz i ciągle mi mało. Myślałem, że ty mi coś na ten temat powiesz.
- Jak to się nazywa?
- Możesz mnie nazywać jak chcesz. – Powiedziała rudowłosa.
- Złociutka, mój ty mały lisi języczku, zabierz się do roboty i nie myśl zbyt wiele.
- Orypium. – Powtórzył Ikovar.
- Serio to tak dobre?
- Gówno nie z tej ziemi. Przysmak bogów.
- Chyba nie kolejna ambrozja? – Parsknął śmiechem. – Ledwo wtedy się wykaraskałem.
- Powiem ci tylko tyle, że po tym orypium miałem taki seks, że teraz chcę się rypać tylko po tym.
- To może nie powinienem próbować. – Śmiał się Taradril. – Co ja bym całymi dniami robił! Tragedia.
- Możesz pić i ćpać. – Zasugerował agent.
- Niezła myśl.
Tymczasem do Ikovara podeszła ponętna brunetka i zaczęła się do niego dobierać.
- Skarbie, ściągnij majtki i wystaw mu tyłeczek, może dopiero mu stanie. – Parsknął król wyjmując z kieszeni skręta. – Zapalisz? – Zapytał Darvida.
- Nie. Ja chcę tylko tego orypium. Zależy mi na tym.
- Jak będę trzeźwy zabiorę cię do mojego dilera. Jeśli on tego nie ma, nikt tego nie ma na rynku.
- To co ja niby ćpałem? – Zapytał Ikovar.
- Wiesz, niektórzy na trzeźwo też mają odpały i to takie, że…
- Wiem coś o tym. – Mruknął agent myśląc o matematycznych fascynacjach Inga Kassa. – I tacy właśnie mnie najbardziej przerażają.
- Mnie też. Mnie też…

Komentowanie nie jest możliwe więcej...

XVII.

przez , 13.sty.2013, w Bez kategorii

Lot samolotem z Bereszit na Vordegardę nie należał do zbytnich wycznów, ale już dotarcie do Salamaris i tajnych baz wojskowych zajęło Ahamowi Morskowi prawie dwa dni. Dyrektor wywiadu był zmęczony, tym bardziej, że poza lotem nie miał zbytnio czasu na odpoczynek. Ciągle do niego dzwoniono. Sytuacja polityczna po zamachu stawała się niestabilna, a dyrektor nie miał pojęcia komu może ufać. Problem nie jest w tym, że rozwiążę sprawę zamachów. Problemem będzie, co z tym zrobię. Znów mam wrażenie, że wszystko jest szyte grubymi nićmi i prawdziwi winni jedynie skorzystają na tym zamieszaniu. A jeśli będzie chciał wrócić i zapewnić bezpieczeństwo Savarze, będzie musiał też zlikwidować tych, którzy znają prawdę, a nie są lojalni.
W takich chwilach jak ta Morsk nienawidził swojej pracy i samego siebie. Gdyby nie Savara, dawno bym pogodził się ze swoim sumieniem. I zginął. Tego jednak nie dodał. Był niewolnikiem, ptaszkiem na uwięzi masudów i innych grubych ryb. Jedną z nielicznych osób, która zdawała sobie sprawę z tego, jak bardzo zgniły i skorumpowany jest globalny rząd, jak fikcyjna jest demokracja.
Jedyne z czego mógł się cieszyć, to fakt, że doktor Kalistra Zun pracowała wciąż dla rządu, choć raczej dla wojska. Formalnie pracowała w Verpanie, mieście nad morzem Żołądkowym, które słynęło ze stoczni wojskowych. Znajdowała się tam także kwatera główna marynarki i kilka ośrodków naukowych, a także słynny ogród zoologiczny, którego doktor Zun była dyrektorem. Część badań jednak prowadziła na innym kontynencie, właśnie w Salamaris, gdzie z dala od cywilizacji mogła prowadzić też badania nad endemicznymi gatunkami zwierząt i roślin. Aham chyba jednak wolał nie wiedzieć, czym się faktycznie zajmowała.
- Pani doktor, przyszedł dyrektor Morsk. – Zapowiedział go asystent.
- Proszę, niech wejdzie.
Halflingka była dość niska, miała jasne włosy spięte w kok. Pyzata, wyglądała trochę jak odmłodzona babcia, zwłaszcza z tymi okularami na nosie.
- Aham Morsk. – Przedstawił się czarnoskóry mężczyzna.
- Tak, słyszałam o panu. Czymś zawiniłam? – Zapytała.
- Nie, ale chciałbym porozmawiać z panią na osobności.
Skinęła ręką na asystenta, a ten zostawił ich samych. Dyrektor GAWu zaś spokojnie rozglądał się po gabinecie. Kilka akwariów z ciekawymi rybkami, trochę wypchanych zwierząt i spreparowanych szkieletów. No i jeszcze duże mrówkarium na środku pomieszczenia. To faktycznie wyglądało na pokój zoologa. Zajrzał do mrówek.
- Gryzą?
- To tutejszy gatunek. Wielce interesujący. Mrówki sprawiają wrażenie, że potrafią się komunikować, że stanowią istoty społeczne. W pewien sposób oczywiście stanowią, ale nie tak jak my, znaczy bardziej zaawansowane gatunki. Te mrówki natomiast mają dziwną skłonność do samorozwoju. Proszę zobaczyć te korytarze.
- Te patyczki wyglądają jak podpory. – Stwierdził tylko zaciekawiony dyrektor.
- Owszem. Same na to wpadły. Wielce interesujące, prawda?
- Zaiste. Może to przypadek?
- To właśnie badam. Kilka egzemplarzy poddałam genetycznym modyfikacjom, może pomogę im się rozwinąć.
- Genetycznym modyfikacjom? Myślałem, że te projekty są… raczej o nich się nie mówi.
- Ach tak. Wie pan, jesteśmy wśród swoich. Ja się nie zajmowałam modyfikowaniem genetycznym żywności. Moje projekty dotyczą przede wszystkim tworzenia jednostek wyszkolonych żołnierzy, łatwo zastępowalnych. Takich, którym można doczepić wyhodowaną nogę, którzy mają tę samą grupę krwi i którzy są mentalnie posłuszni.
- Projekt klonów. Słyszałem o tym, ale nie wiem na jakim jesteście etapie.
- Pokażę coś panu. – Uśmiechnęła się Zun. – To pana zaskoczy i to bardzo.
Kalistra nic nie mówiła, zaprowadziła tylko Ahama do piwnic. Znajdowały się tam duże klatki.
- Co to jest? – Zdziwił się Morsk zaglądając do jednej.
Wyglądało trochę jak człowiek, tylko miało cztery metry wysokości, wyglądało prymitywniej, ale za to było zdecydowanie lepiej zbudowane.
- Nazywam ich gigantami. Ulepszona wersja człowieka. Żołnierze przyszłości, idealni.
- Nie boi się pani, że się wyrwą spod kontroli?
- Nie. Uzależniamy ich od pewnego narkotyku, ale o nim wiele panu nie powiem. Dostałam go z innej instancji. Nie znam nawet dokładnie jego działania.
Zun ewidentnie była dumna z własnego dzieła, co chyba najbardziej przerażało Ahama. Rząd i wojsko zatrudniało wielu szalonych naukowców, a on musiał wszystkich chronić i jeszcze sprzątać. Czasem nie chciał wiedzieć, co się produkuje w takich bazach jak w tej.
Gdy wrócili do gabinetu, usiedli. Kalistra zaproponowała nawet kawę dyrektorowi GAWu.
- Domyślam się, że to nie inspekcja pana tu sprowadza. – Zapytała w końcu.
- Nie. – Odparł. Ale musiałaś się pochwalić swoimi potworami, co? – Pani badania robią wrażenie. Niemniej jednak interesuje mnie pani zaangażowanie w projekt Babel.
- Nic nie robiłam… Byłam tylko konsultantką. Robiliśmy pewne testy… Ten narkotyk? O to chodzi? On jest oparty o Babel, prawda? Kurwa mać, wiedziałam…
Aham wolał słuchać. Czasem taki słowotok dawał mu więcej informacji, niż wypowiedzi. Zwłaszcza te stonowane i przemyślane.
Kalistra jednak zamilkła, patrzyła mu głęboko w oczy i czekała. Była przerażona.
- Profesor Jerghred nie żyje. – Powiedział. – Ta informacja nie została podana do szerokiej wiadomości. Profesor był wielkim umysłem, który potrafił ogarnąć projekt Babel. Wiemy, że pani również w pewnym sensie go konsultowała. Szukamy każdego, kto może mieć wiedzę i może wspomóc projekt.
Projekt, który oficjalnie nie istniał, a który teraz został wstrzymany. Tego jednak wolał nie mówić. Zwłaszcza, że miał wrażenie, że Ergon i tak rozwija go potajemnie.
- Nie jestem ani fizykiem, ani chemikiem. Jestem biologiem. W skrócie mogę powiedzieć tylko tyle, że chodziło o trzeci stop, który zmieni cywilizację. Tak jak graton rozbudował nasze konstrukcje, tak jak luminar zmienił nasze podejście do oświetlenia. Orichalcos miał być stopem energii. Wyobraża pan sobie, małą bateryjkę, która mieści się w ręce, a którą można przez kilka tygodni zasilić wszystkie systemy „Lewiatana”? Wszystkie, włącznie z polem siłowym.
- „Lewiatan” nie ma pola siłowego.
- Już ma. – Odparła.
- Ten orichalcos działa?
- Właśnie z tego, co wiem nie do końca. Próbowano robić z tego też narkotyk, coś co dawałoby niespożytą energię. To był mój udział. – Przyznała. – Testowaliśmy to na zwierzętach. Także na małpach. Efekty początkowe były idealne, jednak gdy następowała faza uzależnienia, a do tej dochodziło dość szybko, wyniszczenie organizmu było praktycznie natychmiastowe. Nie chciałam tego dawać nawet klonom. Ten orichalcos przetworzony to trucizna z opóźnionym zapłonem.
- Z kim pani się kontaktowała w sprawie projektu Babel?
- Z głowy nie powiem, ale chętnie przygotuję listę. Mam panu ją wysłać.
- Raczej podyktować. Będę tu jeszcze jutro. – Ta lista nie może zostać nigdzie zapisana. A ja mam wrażenie, że cały ten Babel to jedna wielka bomba z opóźnionym zapłonem. „Lewiatan” jest wyłączony z użytku, nie działa. Tylko dlaczego komuś tak bardzo zależy na wdrożeniu Babel? – Dziś muszę się wyspać. Chciałbym też zobaczyć kilka tutejszych krajobrazów i porobić kilka zdjęć. Lubię fotografować naturę.
- Naprawdę? – Ucieszyła się Zun. – Chętnie panu pokażę kilka cudownych miejsc. W sumie to mogę nawet tam pana zawieść.
Uśmiechnął się. Była biologiem z zamiłowania. Dzięki temu łatwiej będzie mu do niej dotrzeć.

Komentowanie nie jest możliwe więcej...

XVI.

przez , 04.sty.2013, w Bez kategorii

Darvid wrócił do mieszkania Kassa, wszedł do środka, ale naukowca nigdzie nie widział. Nie było go ani w salonie, ani w kuchni, ani w sypialni. Agent GAW zajrzał nawet do łazienki.
- Kurwa mać. – Przeklął pod nosem. Zostawił wszędzie światła i wyszedł… Lub gorzej.
Wyciągnął komórkę i zadzwonił do naukowca. Telefon leżał na szafce.
- Cholera jasna. – Wściekał się Ikovar.
W tym momencie z szafy wyszedł Ing.
- Rozłączył się? – Zapytał naukowiec.
- A tak… nieznany numer. Pewnie zastrzeżony. – Odparł Darvid. – Będzie chciał, to zadzwoni jeszcze raz.
- O ile jeszcze potrzebuje. – Stwierdził naukowiec.
- Pewnie nie.
Kass na swój sposób uśmiechnął się.
- Pewnie tego kogoś interesowało, co robiłem w szafie. – Rzucił mimochodem.
- Wszystko musisz analizować?
- Taka praca. Analizujesz, a potem próbujesz zapisać to językiem matematyki.
- Niewiele różni się od mojej. Też muszę analizować, a potem napisać notatkę. – Stwierdził Ikovar. – Nie proponowali ci jeszcze pracy dla rządu?
- Zabawne, że o to pytasz. – Odparł naukowiec. – Ty to powinieneś wiedzieć najlepiej.
Darvid poczuł się zmieszany. On mnie wyprzedza, co najmniej o jeden krok.
- Choć, poznasz tajemnicę szafy.
Szafa stanowiła przejście do pomieszczenia, w którym Ing Kass oddawał się modlitwie i rozmyślaniom. Oprócz małej figurki Venery na stole, znajdował się tu komputer, na ścianach zaś znajdowały się białe tablice. Część z nich była pomazana jakimiś wzorami, na niektórych wisiały jakieś wydruki. Wewnątrz pomieszczenia panowała cisza, a luminar gwarantował jasność, pomimo braku okien. Ikovar spojrzał na tablicę naprzeciw wejścia. Znajdował się tam duży napis Babel.
- Niewiele mi mówiłeś o tym, dlaczego mnie chronicie. Musiałem sam dojść do tego.
Darvid rozglądał się, podchodził do tablic, patrzył na wydruki.
- Jeszcze nie przełożyłem tego na język matematyki, jest trochę chaotyczne. Ale moje prawdopodobieństwo jest pewną pochodną teorii chaosu, więc powinno być ok.
- O bogowie… – Wymamrotał agent. – To wszystko jest powiązane?
- Jeszcze nie wiem. Może nie wprost. Będzie trzeba zebrać dużo danych, by móc to przepuścić przez Estymator. Ale potrzebuję kilku odpowiedzi od ciebie.
- Nie wgłębiałem się dokładnie w sprawę…
- Jesteś szefem mojej ochrony, a jednocześnie głównym ochroniarzem. Często jedynym.
- Szef to eufemizm. – Rzucił Darvid. – Mam wsparcie, ale w ograniczonej ilości. Generalnie nie mieli ze mną, co zrobić. Uważają mnie za wrak człowieka. Jeszcze te problemy z moim ojcem… I… Zresztą nie ważne. Chcą mieć cię na oku, bo nie wiedzą, w której drużynie grasz. Nie wiedzą też, czy możesz być im potrzebny, gdy Babel się posypie. Wolą trzymać rękę na pulsie. A ci inni ochroniarze, to mnie pilnują. Mam czasem odpały…
- Odpały? Może przypały? – Zasugerował Kass. – Lub odloty, nie wiem jak to nazywacie.
- Estymator ci powiedział?
- Nie musiał. Sam go stworzyłem, ale też analizuję wiele spraw i zachowań.
- Dobra, – przyznał się Ikovar. – Będziesz pierwszą osobą, której otwarcie to powiem. Mam pewne problemy z narkotykami. Jestem na granicy uzależnienia. Nie mam jeszcze głodu, jakoś to kontroluję. Teraz szukam zaś czegoś, co się nazywa orypium. Raz to ćpałem i dostałem takiego kopa, że chcę jeszcze… To głód psychiczny, jeszcze nie fizyczny, dam radę.
- Zatem dyrektor Morsk wyznaczył ciebie, bo potrzebował wszystkich sprawnych agentów do rozwikłania sprawy zamachów.
- Zamachu.
- Zamachów. – Poprawił Kass. – Pewnie obiecał komuś na górze, że będą mieć na mnie oko.
- I ściemnił mi, że możesz być w to zamieszany. Ale jak widzę ciebie i twoje zajęcia, to sam w to nie wierzę. – Stwierdził tylko Darvid. – Wybacz kanarku, ale jesteś zakichanym naukowcem, który twierdzi, że jego równania zbawią Mischel. Nie będziesz nimi nikogo mordował.
- Zawsze można zwariować, popaść w szaleństwo. – Przyznał Kass. – Ale to, co mi powiedziałeś idealnie pasuje mi do tego, co wiem. Babel jest kluczem. Ten projekt to przyszłość naszej cywilizacji, dobra lub zła. Tego jeszcze nie wiem. Nie rozumiem jeszcze zamachów, przydałby się trzeci, wtedy moglibyśmy odkryć plan działania.
- Odkryć plan działania?
- Znaczy Estymator mógłby go wyliczyć. W pewnym przybliżeniu. Jak z ciągami. Większość standardowych ciągów można rozpoznać po trzech elementach, wtedy mamy wzór.
Darvid usiadł z wrażenia.
- Zamachy terrorystyczne to nie są działania matematyczne.
- Nie. Ale ty je możesz opisać w swojej notatce, a ja spróbuję ująć w swoich równaniach różniczkowo-macierzowych. – Powiedział dumny Kass.
Ikovar patrzył na niego i zastanawiał się, czy naukowiec przypadkiem nie postradał już zmysłów.

Komentowanie nie jest możliwe więcej...

XV.

przez , 03.sty.2013, w Bez kategorii

Darvid nie powinien był zostawiać Inga samego. Owszem miał wsparcie GAWu, ale agent osobiście musiał wykonywać większość roboty. Jednak wspomnienie orypium nie dawało mu spokoju. Jeszcze na takim haju nie byłem, i ten seks… Coś cudownego.
- Pilnie wezwali mnie do centrali. – Powiedział naukowcowi. – Nigdzie nie wychodź. Jakby, co masz numer do mnie?
Kass dał się nabrać. Wielki naukowiec. Może zadanka trzaska jak najety, ale o życiu nie ma pojęcia.
Ikovar wsiadł do swojego samochodu, akurat tego dnia nad Bereszit świeciło Ulos, więc otworzył dach i jechał kabrioletem. Łamał przy tym wszystkie przepisy, mając to całkowicie gdzieś. Zresztą nie po raz pierwszy. Nawet jak go złapią i tak powie, że był na akcji. Plusy pracy dla rządu, zwłaszcza jak wykonuje brudną robotę. Darvid kiedyś się zastanawiał, czy gdyby w ramach akcji musiał przespać się z dzieckiem, to czy to przeszłoby na sucho, potem jednak stwierdził, że jest to na tyle obrzydliwe, że nawet nie chce zakładać takiego scenariusza. Na szczęście zadania wyglądały dość prosto, włam się, zinfiltruj, wyciągnij informację z kogoś, złam go, uwiedź, albo ochroń. Ot cała robota w wywiadzie. Czasem jeszcze sprzątnij. Te były najlepsze, bo nawet jak zostawał brud po zadaniu to i tak było wykonane.
Ikovar jedynie nie przepadał za ochroną. Tak jak teraz, siedzieć z kanarkiem w domu i słuchać jego ekscytacji na temat nowych zadań matematycznych, względnie podniecać się wzorkami, które być może mają niewielkie odniesienie do rzeczywistości. Wolałbym już pilnować wróżki, może byłoby ciekawiej.
Zajechał pod „Wilgotną Ostrygę”, ten sam bar w którym przebywał wczoraj. Zaparkował w miejscu niedozwolonym i wyskoczył. W środku od razu popędził w kierunku miejsc schadzek i po kolei zaglądał do pokoi.
- Byłeś tu wczoraj? – Zapytał.
- Tak. – Odparł głos.
Nie rozpoznał go. Tamten głos pamiętam.
- Wiesz coś o orypium?
- Nie, a co to?
- Narkotyk. – Rzucił Ikovar.
- To nie jest ćpalnia tylko ruchalnia koleś.
- A to spierdalaj.
Wyszedł podirytowany. Sprawdzenie kolejnych izb wyglądało podobnie. Został tylko barman.
- Szukam kolesia z którym się wczoraj rypałem. – Rzucił do niziołka.
- Nie prowadzimy ewidencji klientów. Wchodząc do pokojów schadzek, wszystko zostaje między wami. Nie wiemy, kto z kim.
- Lepiej się dowiedźcie. – Zirytował się Darvid. – Facet oferował mi orypium, jakiś dziwny środek. Nie użyliśmy gumek… Kurwa mać. Poszedłem na badania dziś i się okazało, że mam jednego z tych nieuleczalnych syfów.
- Nie mój problem. – Odparł niziołek. – Ja tu tylko pracuję, mam w domu żonę i dzieci. Prowadzę się całkiem przyzwoicie.
- Kto by się tego spodziewał, po halflingu. – Mruknął Ikovar. – Słuchaj koleś, jebie mnie to, co będzie ze mną. Pójdę do Shlayan, nakłamię im trochę i mnie wyleczą. Może będę musiał przelecieć jedną czy drugą starą prukwę, ale przynajmniej będę wyleczony. Natomiast nie wiem, czy zaraziłem się tu, czy to ja zarażam. Rozumiesz?
- Twój problem.
- W tej ruchalni zaraziłem się syfem! – Ryknął na cały głos.
Kilku mężczyzn od razu spojrzało w kierunku baru. Niziołek wiedział, że zaraz wyjdą.
- Zrobię wszystko, co w mojej mocy, by znaleźć winowajcę! – Krzyczał zdenerwowany. Nie mój problem, zasrany pedale! Dobrze ci tak, obyś do Shlayan nie zdążył. Będziemy pytać wszystkich. Spróbujemy znaleźć…
- Dzięki. – Przerwał mu Ikovar. Nic tu po mnie.
Wyszedł z baru, wyciągnął telefon, wybrał numer króla elfów. Ten niestety nie odbierał. Wysłał mu tylko smsa z prośbą o spotkanie. Może on będzie wiedział, co to jest to orypium.

Komentowanie nie jest możliwe więcej...

stat4u <!-- s4uext=s4upl(); document.write('stat4u') //--> stat4u

Blogroll

Kilka bardzo polecanych stron...