orthank blog

Archiwum dla: Grudzień, 2012

XIV.

przez , 23.gru.2012, w Bez kategorii

Ikovar nie pamiętał, kiedy ostatni raz był w szkole, czy innej typowej sali wykładowej. Kształcił się na agenta, w wojskowym ośrodku szkoleniowym, tam jednak wszystko wyglądało inaczej niż na Uniwersytecie w Bereszit. Prawdopodobnie omijałby takie placówki tak szerokim łukiem, jak tylko można, gdyby nie to, że Ing Kass tu wykładał.
Profesor lubił zajęcia ze studentami, choć jak sam twierdził, trochę mu przeszkadzają w pracy. Studenci do niego lgnęli jak tylko mogli, bo raz, że sławna osobistość, wielu z nim robiło sobie zdjęcia i wrzucało je potem na portale społecznościowe, czy swoje blogi, ale jeszcze ważniejsze okazało się to, że masud należał do osób mocno zapracowanych. Często wyjeżdżał, więc wiele zajęć się nie odwoływało, zwłaszcza, że potrafił się zamyślić też nad jakimś problemem i zapomnieć o całej Mischel. Piętnaście minut, profesora nie ma, więc wolne. Najlepsze jednak było to, że Kass nie miał czasu robić egzaminów, a tym bardziej ich sprawdzać. Puszczał więc listę obecności, na której należało zaznaczyć krzyżyk obok swojego nazwiska i na jej podstawie wystawiał oceny. Otwierało to drogę do przekrętów, ale Ing nie miał czasu się tym zajmować. Jak ktoś miał wszystkie krzyżyki, dostawał bardzo dobrą ocenę, jak mniej, to Ing jakoś to stopniował.
Zdarzali się tacy studenci, którzy jednak chcieli pisać egzamin. Ing ich osobiście nie lubił, zajmowali mu w końcu jego cenny czas. By szybciej ich spławić, na takim egzaminie zawsze pojawiały się zadania, które omawiał na wykładach.
Właśnie na taki wykład załapał się Darvid. Prawdopodobieństwo, to mi się nigdy w życiu nie przyda!
- Nie do końca jestem wam w stanie wyłożyć matematyczne różnice między prawdopodobieństwem klasycznym, a warunkowym, ale mam was nauczyć klasycznego, więc na nim się skoncentrujemy. Można się zastanawiać na ile to klasyczne prawdopodobieństwo jest życiowe, a na ile nie. Z pewnością jest łatwiejsze.
Podszedł do kartki. Zadania sobie przygotował parę lat temu. Właściwie znał je na pamięć, ale wolał je przepisywać z kartki, bo jak jeszcze coś pomyli, a któryś ze studentów się tego z tablicy nauczy na pamięć i przyjdzie na egzamin…
- Wyobraźmy sobie sklep w galerii handlowej. Albo dobra, dla was to niech będzie bar z piwem.
Niektórzy zaczęli się uśmiechać. Lubili go za takie życiowe zadania.
- Co jest w każdym barze z piwem?
- Ubikacja? – Zapytała jakaś studentka.
- To też…
- Stoliki! – Wykrzyknął ktoś z sali.
- Krzesła. – Dodał jeszcze ktoś.
Kass zachęcał ich gestem, by mówili dalej.
- Mało w barach chyba bywacie? – Zapytał ironicznie.
- Narkotyki. – Wyrwało się Darvidowi. – I automat z prezerwatywami.
- Chodzi o coś bardziej przyziemnego. – Zasugerował profesor.
- Kasa? – Rzucił jeszcze jeden student.
- To też. Zawsze jest, ale kasa stoi na barze. I załóżmy sobie, że do takiej naszej spelunki, w której można kupić narkotyki, tego miejsca z krzesłami, stolikami, ubikacją, automatem z prezerwatywami, wchodzi sobie trzech studentów. Krasnolud – oznaczymy go sobie jako K, elf – E i ork – O. Wszyscy trzej podchodzą do baru i ustawiają się w kolejce. Wiecie jak wygląda kolejka?
- Nie. – Ktoś rzucił.
- A potem się dziwie, czemu chmarą wchodzicie po wpisy. Cóż, kolejka to takie ustawienie, jeden za drugim. A nasze zadanie brzmi jakie jest prawdopodobieństwo, że jak już ci studenci się ustawią w kolejce, to krasnolud nie będzie stał obok orka. Jakieś pomysły? – Zapytał profesor.
- Jeśli elf nie wyprzedzi krasnoluda to żadne, jeśli wyprzedzi to pewne. – Rzucił żartobliwie jeden ze studentów.
- To jedno z rozwiązań. Poniekąd może być słuszne, ale niekoniecznie o to chodziło w klasycznym rachunku prawdopodobieństwa.
Darvid położył głowę na ławkę. Za co!? Za co muszę tego wysłuchiwać. Ten towar wczoraj był niezły… Muszę go znaleźć. Muszę… I to ruchanie.
- Klasycznie mamy dokładnie sześć możliwych kombinacji ustawienia kolejki. KEO, KOE, EKO, EOK, OEK i OKE. Tylko w dwóch – KEO i OEK, krasnolud nie stoi obok orka. Dwa do sześciu. Jakie jest prawdopodobieństwo?
- Dwie szóste? – Zapytała studentka.
- W sumie tak. Ale uprośćmy ten wynik, skróćmy go.
- O ja pierdole… – Wyrwało się Ikovarowi. – Przepraszam, po co mamy go skracać?
- Bo pewnie część z was nie zdaje sobie sprawy ile to jest? No ile? – Dopytywał Kass.
- Jedna druga! – Ryknął jakiś ork, który zaraz się zaczerwienił. – Znaczy jedna trzecia.
- Dokładnie. Takie jest prawdopodobieństwo wyliczone w sposób klasyczny. Możecie to sobie łatwo zapamiętać, to stosunek…
Darvid podniósł głowę. Coś straciłem?
- Znaczy iloraz liczby pasujących kombinacji do liczby wszystkich kombinacji. W tym przypadku to faktycznie jedna trzecia. Gdybyśmy jednak przeszli na prawdopodobieństwo warunkowe, musielibyśmy znaleźć wpierw odpowiedzi na szereg zmiennych. To równania różniczkowe, matryce, które wcale nie jest tak łatwo określić. Specjalnie wybrałem krasnoluda, orka i elfa, bo jak wiemy te trzy rasy specjalnie za sobą nie przepadają. Pytanie tylko, czy dany elf woli stać obok orka i krasnoluda, czy ma jakieś preferencje. Tego typu pytania należałoby zadać w przypadku każdego z tych studentów. Jednak skoro przychodzą do baru istnieje pewne prawdopodobieństwo, że są kumplami, albo są już tak spragnieni, że im wszystko jedno. Powiedzmy sobie wprost, to zadanie doskonale obrazuje nam, że sposób nauki prawdopodobieństwa jest niestety bzdurny. To, że jeden student nie będzie stał obok drugiego, nie ma dla nas znaczenia. A już tym bardziej wynik jedna trzecia. Prawdopodobieństwo warunkowe różni się tym, od klasycznego, że stara się nam podać najbardziej prawdopodobny wynik, wraz z warunkami, które muszą być spełnione, by zaistniał. W tym prostym przypadku zrobienie takiej symulacji zajmuje więcej czasu niż to warte.
Ikovar znów opuścił głowę. I weź tu chłopie płać podatki. Tak się moje pieniądze marnują. Już lepiej byłoby je wydać na narkotyki.
- Najgorsze jednak w tym wszystkim jest to, że w przypadku prawdopodobieństwa warunkowego, jeśli nie przewidzimy wszystkich zmiennych, wychodzą nam przedziwne wyniki.
- Jak ten, w którym pan twierdził, że przegramy następną wojnę? – Zapytała jakaś studentka.
- Pewnie tak. – Zażartował sobie Ing Kass. – Jestem trochę roztrzepany, musiałem zgubić jakąś zmienną. – I to coś grubego, bo im bardziej się nad tym zastanawiam, to wychodzi, że chyba jednak mam rację.

Komentowanie nie jest możliwe więcej...

XIII.

przez , 22.gru.2012, w Bez kategorii

Savara była dwanaście lat młodsza od swojego męża, co sprawiało, że ich relacja wyglądała dość nietypowo. Aham kochał ją z całego serca, ale nie tylko jak żonę, trochę też jak córkę. Dbał o nią i rozpieszczał. Inna kobieta mogłaby już całkowicie dać się rozpuścić, bądź zepsuć. Savara jednak miała swój silny charakter, wynikający z jej przeżyć. Potrzebowała opiekuna, lepiej się z nim czuła i robiła wszystko, by jej mąż był z niej zadowolony. Żyła dla niego, a on dla niej. Stanowili zgodne, zapatrzone w siebie małżeństwo, które najchętniej uciekłoby od reszty rozbestwionego świata.
Leżeli w łóżku, wtuleni w siebie, nadzy, rozprężeni i zadowoleni. Ostatnio Morsk nie miał wiele wolnego czasu, praca go przygniatała i odciągała, dlatego pragnął cieszyć się chwilą taką jak ta, zatrzymać ją jak najdłużej można i przeciągać w nieskończoność.
Ręką dotknął jej jędrnej piersi, a potem przyłożył do niej ucho, by słuchać bicia serca. Spokojnego. Odprężonego i odprężającego. W takich chwilach wiedział, że zostawili przeszłość.
Spotkali się podczas jednej z ostatnich misji Ahama, jakieś siedem lat temu. Savara wówczas była młodą kobietą, zbyt młoda by myśleć rozsądnie, w sumie to dziewczyną pragnącą zabawy, lekkomyślnie pakującą się w kłopoty. Morsk zaś powoli zamykał swą karierę agenta polowego. Cały czas tylko obiecywał sobie, że to ostatnie zadanie i notorycznie je przekładał. Gdy ich drogi się przecięły po raz pierwszy nawet nie zwrócili na siebie uwagi. Pijana dziewczyna była gotowa zrobić wszystko, byle dostać narkotyki, od których się uzależniła. On zaś musiał dorwać buntowników, wykazać się nawet bardziej przed samym sobą, niż kimkolwiek innym. Postanowił ją wykorzystać, omamić, ale wszystko się posypało. GAW i rząd mieli własne plany wobec powstańców. Potrzebowali „ochotników”, których można było poddać testowemu praniu mózgu, które wypaczało osobowość. Dzięki Savarze, która czasem zachowywała przytomność, Aham zrozumiał, jak niewiele trzeba do zawarcia pokoju. Buntownicy nie chcieli walczyć, a rozmawiać. Rząd w Bereszit, który publicznie deklarował wolę do rozmów, potrzebował zagrożenia, by usprawiedliwić swoją nieudolność, swoje eksperymenty, a w końcu je ukryć przed opinią publiczną.
Savara zostałaby poddana eksperymentowi, ale w Morsku zaczęło coś pękać. Zwłaszcza, gdy oboje zobaczyli, co się stało z tymi, na których eksperymenty nie wyszły. Ginęli w męczarniach, ich mózgi nie kontrolowały ciał. Posiniaczeni, głodni, poobijani i powykręcani błagali o śmierć. Okropny widok. I jeszcze ci naukowcy, którzy bezdusznie zapisywali wyniki. Gdyby to wyszło na jaw…
Aham nie po raz pierwszy miał wątpliwości, czy dobrze zrobił wstępując na służbę. Nienawidził takich misji. Brzydził się nimi. Potem nie mógł patrzeć, gdy ówczesny prezydent uskarżał się na buntowników i na to, że nie chcieli rozmawiać. Tłumacząc przy tym, że ofiary były konieczne dla dobra demokracji. Jakiej kurwa demokracji.
- Spokojnie. – Rzuciła żona. – Spokojnie, zapomnij o pracy.
Uśmiechnął się i słuchał dalej jej bicia serca. Ale nie myślał o pracy. A o przeszłości. Widział jak ją zaciągano pod maszynę przetwarzającą umysł. Nie raz słyszał jej krzyk. Ponownie i ponownie. I zadziałał. Niezgodnie z regulaminem. Raz w życiu podążył za sumieniem.
Uratował ją. Ochronił. Wyciągnął z nałogu. I się zakochał. Wpadł po uszy. Kochał każdy kawałek jej ciała. Jej wydatne usta, jej kręcone włosy, jej brązowe oczy, pulchne policzki, czy tę przecudowną hebanową skórę. Savara była najpiękniejszą kobietą jaką znał. Mądrą życiowo. Wyciągnęła wnioski, z tego co ich spotkało. Kochał ją.
- Chyba będę musiał wyjechać na jakiś czas. – Rzucił tylko.
- Mam nadzieję, że nie na misję. – Powiedziała. Słyszał, że jej serce bije szybciej.
- Tamte misje już nie wrócą. Teraz mam inny problem, z zamachami.
Bał się, że odkryje prawdę. Że to kolejny z elementów zarządzania bezwiednym społeczeństwem. Kolejne oblicze fasadowej demokracji. Nie chciał, by żaden z agentów to odkrył. Musiałby go zlikwidować. Zresztą sam zdawał sobie sprawę, że prawda może i mu zagrażać. Ale miał układ z rządem. Układ o którym nie wiedziała nawet Savara. I nie chciał, by się kiedykolwiek dowiedziała, choć z pewnością się domyślała czegoś. Po jego akcji, oboje powinni nie żyć. Powinni zostać zlikwidowani, ale jakimś cudem Aham awansował, w krótkim czasie nawet został dyrektorem GAWu. Ceniono jego dyskrecję i lojalność. Miał nie zadawać niewygodnych pytań.
- Marzę już o emeryturze. – Powiedział. – Kiedy moglibyśmy być razem. Tylko w dwójkę.
Przytuliła go do siebie.
- Tylko w dwójkę. – Powtórzyła niczym mantrę.
Ale też przekleństwo. Tylko dwójkę, choć oboje bardzo pragnęli dziecka. Starali się o nie długo, bez skutku. Dopiero badania wykazały, że Aham jest bezpłodny. A raczej został, bo rząd w jakiś sposób szpikował też agentów pewnymi chemikaliami, które miały oczywiście skutki uboczne. Owszem istniały inne metody, nienaturalne. In vitro jednak nie wchodziło w grę. Każdy zabieg, nawet zwykła wizyta u dentysty, przypominały Savarze tamten eksperyment. Zawsze musiał przy niej być, bolało go jak ona to przeżywa. Dlatego sztuczne zapłodnienie nie wchodziło w grę. Zresztą nie chciał, by jakaś agencja o tym wiedziała, bo nie wątpił, że i w medycynie dzieją się różne dziwne rzeczy. Magów prosić o pomoc w walce z bezpłodnością nie chciał. Nie ufał ich zdolnością. Zostawała Shlaya, ale bogini doskonale wiedziała, czym się zajmował. Nie mógłby jej okłamać.
- Może na emeryturze. – Skłamał. Nie jej, ale sobie samemu. – Dobrze, że mamy siebie.
Odwrócił trochę głowę i zaczął całować jej pierś, i pieścić jej ciało, które tak bardzo kochał.

Komentowanie nie jest możliwe więcej...

XII.

przez , 21.gru.2012, w Bez kategorii

Boczne ulice w centrum Bereszit nie wyglądały okazale. Piętrzyły się tu śmieci wysypujące się z kontenerów, a na dodatek ten smród. Fasada od strony głównej alei wyglądała nieźle, przyciągała, ale zaplecze odrzucało. Mało kto się tu zapuszczał, co oczywiście Ikovarowi odpowiadało.
Czasem nawet on miał wolne, wtedy mógł zaszaleć, a to wymagało zdobycia pewnych środków, które wciąż pozostawały nielegalne. Jednak nawet stróże prawa, nie próbowali go respektować. Handel narkotykami kwitł w najlepsze.
Kilku orków, ubranych w czarne skóry przechwalało się pokazując swoje potężne, krasnoludzkie motocykle. Dla Darvida za dużo w nich było bebechów i silników, wyglądały jakby ktoś poskąpił na karoserii. Ale taki właśnie był styl krasnoludów. Im coś wyglądało bardziej maszynowo, tym lepiej.
Minął orków, nie chciał wdawać się w żadne rozróby. Dalej zaś dostrzegł elfiego dealera.
- Chcę to, co król elfów. – Rzucił do niego agent GAWu.
- Król elfów? – Zapytał zdziwiony handlarz. – Mamy globalny rząd, nie mamy już króla.
- Wiesz o kim mówię. I wiesz o jaki towar mi chodzi. Nie pierdol tylko dawaj.
Wyciągnął banknot pięćdziesięcio gaukowy. Znał cenę. Król elfów nigdy nie kłamał jeśli chodzi o towar, choć Ikovar uważał go za nałogowego łgarza.
Agent dostał swój biały proszek i szybko wrócił do samochodu. Zamierzał się przemieścić do innej dzielnicy, na przedmieścia równie podejrzane i równie zepsute. Tam też sprzedawano towar, zresztą jak prawie w każdej szkole i innych miejscach, ale Darvidowi nie zależało na byle gównie. Chciał mieć odlot, ale się nie uzależniać, a to kosztowało.
Bar do którego wszedł tylko z pozoru wyglądał normalnie. Wewnątrz znajdowali się sami faceci, różnych ras, ale najwięcej było ludzi i elfów, czasem zdarzył się też krasnolud czy niziołek. Siedzieli, rozmawiali, tańczyli, pili, oczywiście też ćpali. W głównej sali panował półmrok. Darvid zamówił jeden kieliszek wina na rozluźnienie. Szybko go wypił siedząc przy barze patrząc na obściskujących się facetów.
Serce cały czas mu kołatało. Czuł się trochę zagubiony. Nie raz bywał w takich miejscach, ale odkąd związał się z innym, zaczął patrzeć na świat inaczej. Skończyły się wizyty w klubach, których podczas jednej nocy potrafił zaliczyć kilka. Skończyły się też eskapady. Ale teraz, gdy jego druga połówka zginęła, Ikovar dusił w sobie popęd. Uciekał w narkotyki, czasem też alkohol. Ale wiedział, że już nie może dłużej. Nie chciał się z nikim wiązać. Chciał tylko się kochać.
- Jeszcze jednego? – Zapytał barman.
Darvid spojrzał na niego. Potężny muskularny mężczyzna w typie misia. Podziwiał jego mięśnie, które przebijały przez zdecydowanie za małą koszulę.
- Na razie nie.
Szybko dopił i wstał. Przeszedł do końca sali, tam znajdowały się dwa korytarze prowadzące dalej. Dotychczas korzystał z tego z lewej strony. Można było się zamknąć w kabinie i obserwować tańczącego nago mężczyznę. Można było też go kusić, by wykonywał jakieś akcje. Można było sobie też samemu ulżyć, z czego Ikovar nie raz skorzystał.
Ale był też prawy korytarz. Ciemny. Mroczny. Przy wejściu znajdowała się tylko maszyna z prezerwatywami. Darvid wrzucił monetę i wyciągnął gumkę. Wiedział, że musi w końcu podążyć ciemnym korytarzem. Doskonale wiedział, co tam znajdzie. Wszedł. Potem wszedł do jednego z pokojów, w których panował prawie całkowity mrok. Wiedział, że ktoś tam jest, ale nie widział jego twarzy. O to właśnie chodziło. Podszedł do osoby i zaczął ją dotykać. Ona natychmiast to odwzajemniła. W takim miejscu jak to właśnie chodzi o dotyk, o budowanie podniecenia, bez zbędnych słów, bez wzroku. Mógł zamknąć oczy i wejść w krainę fantazji. Zaczął rozbierać drugiego mężczyznę i delikatnie pieścić jego ciało.
- Mam staff, który da nam kopa. – Rzucił nieznajomy.
- Mam swój. – Odparł Ikovar.
Mężczyzna zaczął go całować, tulić i szeptać do ucha.
- Słyszałeś o orypium?
Darvid zaczął się zastanawiać. Nie chcę dziwnego staffu. Jego ręce powędrowały ku przyrodzeniu nieznajomego. Napęczniało, stało. Chcę go!
- Spróbuj, po tym seks nie będzie tym samym.
Ikovar schylił się i zaczął się ocierać o genitalia nieznajomego. Brakowało mi tego.
- Dawaj. – Rzucił od niechcenia. – A potem odlecimy razem…

Komentowanie nie jest możliwe więcej...

XI.

przez , 20.gru.2012, w Bez kategorii

Już po pierwszym dniu Ikovar dostał wolne. Był w końcu szefem ochrony Kassa, a nie jedynym agentem przydzielonym do tego zadania. Pozostali starali się zachować jednak większą ostrożność i nie ingerować w życie profesora. Trzymali się z daleka, właściwie nie wchodzili nawet do domu. Darvid rządził się innymi zasadami i Ing szybko do tego przywyknął. Nawet się cieszył, że nie będzie cały czas pod nadzorem.
Ale podczas gdy Ikovar wolał odpoczywać, Kass cały czas przeznaczał na pracę, z jednym małym wyjątkiem, wizytą w świątyni Venery, bogini wiedzy, mądrości i sprawiedliwości.
Oczywiście agent GAWu, który go pilnował, nie widział problemu, by zawieść tam naukowca.
Przed samą świątynią protestowali bezrobotni magowie.
- Precz z nauką! – Krzyczeli. – Powstrzymać technologiczny postęp!
Mieli też transparenty, które solennie rozbawiły masuda. „Nie uczcie dzieci fizyki, ani matematyki” albo „Kto ułamki dodaje, ten potworem się staje”, czy „Nie potrzebujemy techniki, wystarczy nam igła i guziki”. Kass po części rozumiał problemy czarodziei, którzy nie potrafili nadążyć za rzeczywistością. Kiedyś może nadawali większy ton Mischel, stanowili elitę, teraz jednak jak mieli szczęście, to dostawali zadania, których technologicznie nie dało się jeszcze wykonać. Przede wszystkim dotyczące ochrony przeciwmagicznej, szpiegowania magicznego, no i ewentualnego sprzątania wszelkiej maści substancji niebezpiecznych. Robotyka nie była jeszcze na tyle zaawansowana, by i z tej dziedziny magów wyrugować. Oni jednak wiedzieli, że z czasem będą coraz mniej potrzebni. Próbowano nawet tworzyć różne teorie magiczne, by udowodnić, że jest to nauka jak każda inna, jednak cały czas przypominała jeden wielki eksperyment. Kapłani czy alchemicy również korzystali z pewnych nadprzyrodzonych właściwości, ale zazwyczaj w sposób o wiele bardziej uporządkowany i przewidywalny. Może dlatego potrafili się jakoś odnaleźć w nowej, nieustannie zmieniającej się rzeczywistości.
Kass tylko uśmiechał się w duchu widząc ten protest. Niektórzy z magów wyglądali na bezdomnych. Nie potrafili wykorzystać swojego daru, zresztą w kręgach naukowych najczęściej źle na nich patrzono. Dwadzieścia lat temu pewien czarodziej, który dorobił się wówczas już tytułu profesorskiego pochwalił się, że skonstruował reaktor zimnej fuzji. Niestety okazało się, że to fałszerstwo, a całość działała dzięki jego zaklęciom. Takie sprawy spowodowały, że środowisko naukowe źle patrzyło na magów. Mieli bowiem zbyt dużą pokusę, by oszukiwać w ważnych dla rozwoju sprawach. Ing jednak zdawał sobie sprawę, że z pewnością w gronie najważniejszych naukowców znajdzie się kilku czarodziei, acz ci nigdy się do tego nie przyznawali. Właściwości magiczne nie należały do powszechnych, ale zdarzały się na tyle często, że zwykły rachunek prawdopodobieństwa tego wymagał. Nie mówiąc już o prawdopodobieństwie warunkowym.
Minął ich. Nie zamierzał się z nimi wdawać w dyskusję. Jeszcze go w coś zamienią. Zresztą całkiem niedawno jakiś mag przygotował zaklęcie, które miało zamieniać dzieci dodające ułamki w potwory. GAW się nim zajął, a czarodzieje się od tego odcięli, starając wmówić ludziom, że takie mogą być nieprzewidywalne skutki matematyki.
Szybko wszedł do środka. Na zewnątrz budynek nie wyglądał zbyt okazale, w środku jednak, był przestronny i pełnił bardziej rolę mediateki, niż świątyni. Zresztą większość kompleksów czczących Venerę sponsorowały uniwersytety, bądź inne placówki badawcze. W Bereszit zaś, rektor Horac Pron, stary szacowny masud, od lat pełnił też rolę najwyższego kapłana Venery na Hildegardzie. Struktury zakonne zaś w całości powiązano z placówkami edukacyjnymi. Religijnie odpowiadał jedynie przed Venerą, no i arcykapłanem Księgi Makr w Zelotan, który sprawował najwyższą władzę religijną na całej Mischel. Przede wszystkim zaś utrzymywał przenajświętszą księgę i wyrocznię.
Kass rozejrzał się po izbie. Wokół komputerów siedziały dzieci, które przychodziły tu na korepetycje i zajęcia dodatkowe, różnej maści kółka zainteresowań. Gdzieniegdzie byli też dorośli. W atrium znajdowało się miejsce skupienia z małą figurką Venery. Tam przebywała obecnie tylko jedna osoba, rektor Horac Pron.
Siwiuteńki masud poruszał się o lasce, którą ledwo trzymał w dłoni. Trzęsące się skrzydło jedynie utrudniało mu ruchy. Umysł jednak pozostawał sprawny, a jako kapłan posiadał też dodatkowe zmysły. Gdy tylko Ing wszedł do środka, Pron wiedział o jego obecności. Wstał i powoli zszedł schodami na dół.
Ing szybko go odnalazł.
- Wiedza uczy nas mądrości. – Pozdrowił w tradycyjny sposób rektora.
- A mądrość sprawiedliwości. – Odrzekł staruszek.
Przywitanie to odnosiło się bezpośrednio do przymiotów Venery, i było powszechnie stosowane przez naukowców.
- Wybacz, ale chyba potrzebuję gdzieś usiąść. – Powiedział Horac. – Przejdźmy do mojego gabinetu.
Właściwie nie był to gabinet, co kolejne miejsce skupienia. Na ścianie znajdował się olbrzymi obraz Venery sprawiedliwej, a w środku znajdowały się jedynie fotele. Rektor miał już chore kości, więc także lubił pewien luksus. Poza tym nie znajdowały się tu żadne przedmioty. Nic. To miejsce na rozmowy i samotną kompletację.
- Domyślam się, że nie przyszedłeś się tu tylko pomodlić. – Rzucił Pron, gdy już siedzieli we dwójkę.
- Nie. Jak zwykle mam pytania. Zamachy. Wiemy, że był jeden w Bereszit. Media niewiele mówią, oficjalni jeszcze mniej, ale byli tam magowie. Usuwali odpady radioaktywne. – Mówił Ing. – Brudne bomby. Wniosek jest prosty, w Tesolii wydarzyło się więcej niż mówią. Owszem, brzmi głupio, wręcz spiskowo, ale nagle GAW się mną zainteresował i przyznali mi jakąś ochronę. Poddałem wnioskowaniu wszystko, co mi powiedział agent, który mnie pilnuje. Łącząc fakty dochodzę do jednego wniosku, chodzi o projekt Babel. To coś, czym parę lat temu zajmował się Ergon. Nie wiem, na czym się to skończyło, nie byłem zainteresowany rozwojem projektu, ale dwie katastrofy nuklearne w ciągu kilku tygodni, to nie brzmi dobrze. Moim zdaniem czeka nas jeszcze jedna, co najmniej. Jeśli Babel nadaje się do wdrożenia, być może ktoś chce zmusić nas do zaprzestania używania energii nuklearnej. To oczywiście teoria. Rozumiesz moją motywację. Pytanie brzmi, jak wygląda obecnie projekt Babel i w jakim jest stanie.
- Spróbuję wysondować. – Odparł Horac. – Mniemam, że w nie najlepszym.
- Inaczej byśmy o nim usłyszeli. Babel ewidentnie nie jest ani tańszy, ani efektywniejszy, ani nawet bezpieczniejszy niż obecnie używana technologia. Inaczej Ergon odtrąbiłby sukces. Natomiast od paru miesięcy w ogóle milczą na ten temat. Sam próbowałem wyszukać w sieci informacji, wiem tylko, że projekt został utajniony. Niewiele się o nim mówi, ale toczy się jeszcze dalej. Najwięcej danych jednak zniknęło w ciągu ostatnich dwóch tygodni. Ktoś to sprząta. Znalazłem wszystko w archiwach sieci. – Zrobił pauzę Ing i zamyślił się chwilę. – Próbowałem przepisać to na język Estymatora, ale mam za mało danych. Muszę znać więcej zmiennych, bo moim zdaniem GAW strzela ślepakami.
- Nie wiem na ile będę mógł ci pomóc. Ergon nie dzieli się z nami wiedzą. Z wojskowymi jest podobnie.
- A Venera? Może ona jest w stanie pomóc.
- CIERPLIWOŚCI. – Usłyszeli głos bogini. – CHCECIE POJĄĆ TAK DUŻO, A ROZUMIECIE TAK MAŁO. MUSICIE ZACZĄĆ OD PODSTAW.
- Dziękuję, pani. – Kass ukłonił się nisko. Zabawne, a w tym miejscu zawsze mam wrażenie, że nas słyszy.
- Widzisz jak jest. – Rzucił Horac. – Bogini oczekuje od nas cierpliwości. Ostatnio niewiele mówi, jeszcze rzadziej się pokazuje. Zresztą nie tylko ona. Arcykapłan mówił, że to dotyczy także innych bogów.
- Mam nadzieję, że nic złego się nie dzieje. – Rzucił Ing. Ale kto mógłby zagrozić bogom!?
- NIKT NAM NIE ZAGRAŻA. MAMY JEDNAK SWOJE SPRAWY I SPORY, KTÓRE NAS ODCIĄGAJĄ OD MISCHEL. CIERPLIWOŚCI.
- Tak, jak mówiłem. – Dodał Pron. – Niewiele jesteśmy w stanie zdziałać. Przynajmniej na razie. Chociaż dobrze, że miraż nauki i wiary nam wszystkim dobrze służy. Dzięki temu można też dowiadywać się pewnych rzeczy w sposób konwencjonalny. Spróbuję dotrzeć do statusu projektu Babel, tak szybko jak będę mógł.
- Dziękuję. – Odparł Kass. – I tobie pani także.
Ale Venera już nie odpowiedziała.

Komentowanie nie jest możliwe więcej...

X.

przez , 17.gru.2012, w Bez kategorii

Obraz przedstawiający rzut miasta zoatów miał przypominać Ahamowi o tym, że to jego błędy mogą doprowadzić do końca cywilizacji. Zwykli obywatele dawno już nie mieli wpływu na otaczający ich świat. Wielu twierdziło, że powołanie globalnego rządu spowodowało nową erę demokracji na całej Mischel, ale dyrektor GAWu doskonale zdawał sobie sprawę, że to było morderstwo wolności. Obecnie pozostała wydmuszka demokracji, w której fasadowe wybory właściwie nie miały już wpływu na nic. Najpierw wybierano kandydatów, a dopiero potem organizowano ogólne wybory. Głosy się nie liczyło. Podobnie było z obietnicami i prawami. Nawet parlamentarzyści nie wiedzieli już nad czym pracują i głosują. Niektóre ustawy zawierały tajne klauzule, skrzętnie ukrywane przed społeczeństwem. Tak było choćby, gdy ograniczono dostęp do globalnej sieci, pod pretekstem walki z treściami niebezpiecznymi i nielegalnymi. Morsk wiedział, że nadal można było tam to znaleźć, ale wyrugowano praktycznie całą prawdziwą opozycję. Panował pokój i spokój, przynajmniej oficjalnie. Przecież walki z barbarzyńskimi plemionami reptilionów nie miały prawa dotrzeć do mediów.
Gorzej było z zamachem w Bereszit. To było prawdziwe zaskoczenie, ale Aham zdawał sobie sprawę, czym się to odbije. Już zastanawiano się nad zwiększeniem rygoru na lotniskach i nie tylko w nich. Ogólne powiększenie bezpieczeństwa dawało GAWowi coraz to nowe uprawnienia. Pewnego dnia będziemy mogli obserwować poczynania wszystkich obywateli i tych, którzy tylko coś złego pomyślą, będziemy likwidować.
Ciemna strona roboty w GAWie to morderstwa na zlecenie. Tych naprawdę było sporo. Aham starał się ograniczać, ale doskonale wiedział, że jeśli on tego nie wykona, przyjdzie ktoś inny na jego miejsce. Morsk wolał więc ograniczać straty w cywilach. Organizacja, która miała strzec Mischel stała się największą organizacją terrorystyczną. Tak przynajmniej myślał, do czasu. Teraz gdy pojawił się Vark Zatach istniała szansa, że wszystko wróci do normy. Chyba jestem debilem, licząc, że wróci. Nie wróci. A najgorszy możliwy scenariusz jest taki, że Zatach wcale nie jest jakimś zwykłym terrorystą, a kimś kto działa na nasze zlecenie. Może zrobili jeszcze jeden, tajny, wewnętrzny GAW?
To było możliwe. Nawet miejscami się składało. Owszem, Zatach mógł być fanatykiem, choć to nie do końca pasowało Morskowi, mógł też działać dla rządu, bądź jakiegoś konsorcjum. I jedyne, co przychodziło dyrektorowi GAW do głowy to Ergon. Wielkie konsorcjum energetyczne.
Siedział w swoim gabinecie i wyciągnął jedną kartkę, którą wyjął z teczki Inga Kassa. Nie chciał, by Ikovar o tym przeczytał. Musi do tego dojść sam, jeśli faktycznie coś jest na rzeczy.
Dwa lata temu Kass spotkał się z Jerghredem i Zatachem na konferencji organizowanej przez Ergon, dotyczącej prac nad projektem Babel. Ta trójka spotkała się tam. Oczywiście mogła to być koincydencja, ale dziwnie się to wszystko składało. Był tam jeszcze ktoś, czwarty wielki umysł. Ówczesna doktor Kalistra Zun, halfingka, obecna dyrektor Wojskowego Instytutu Biologii i Genetyki Eksperymentalnej. Nie znalazła się na liście osób pod specjalnym nadzorem, tylko dlatego, że cały czas pod nim była. Ale jednocześnie brała udział tamtej konferencji. W dodatku kamery zarejestrowały, że ta czwórka zamknęła się w jednym pokoju. Więcej informacji Morsk nie miał.
Odłożył dokument. Spojrzał znów na obraz i znów pomyślał o zoatach. Oni pragnęli poznać świat, odkryć jak najwięcej. Byli rasą pokojową i taka właśnie była ich cywilizacja. Początkowo spotykali głównie plemiona, ale z czasem na Mischel pojawiły się i inne cywilizacje. Drugą najstarszą były osady niziołków, które podobnie jak zoatowie, zajmowali się rozwojem i pokojową ekspansją, a przede wszystkim rozwiniętym rolnictwem, które idealnie wpasowało się w handel, rozwój nauki, kultury i religii, który cechował zoatów. Jednak trzecią zorganizowaną strukturą państwową, było królestwo gnolli. Charakteryzowało się ono hierarchiczną strukturą władzy, monarchią, oraz rozbudowanym wojskiem. Zoatowie mogli górować nad gnollami w wielu dziedzinach, ale nie na polu bitwy. Co gorsza, podobny rozwój do gnolli cechował też państwa-miasta smoków, czy wendoli. I oczywiście najgorszych z nich, czyli masudów, którzy potrafili doskonale połączyć rozwój wojskowości i technologii. Zoatowie odkrywali Mischel, ale tym samym przynieśli na siebie zgubę.
Tego właśnie się bał Morsk najbardziej. Że dokopie się do czegoś, czego nie chciał odkryć.

Komentowanie nie jest możliwe więcej...

IX.

przez , 16.gru.2012, w Bez kategorii

- Darvid Ikovar. – Przedstawił się biały, trochę zaniedbany mężczyzna wstając z kanapy. Marynarkę rzucił na podłogę, dzięki czemu Kass zauważył broń w jego kaburze.
- Nic mi to nie mówi. – Ćwierknął Ing. – I nie tłumaczy to, co pan tu robi?
- Zdrzemnąłem się…
- Fascynuje mnie tylko dlaczego akurat u mnie w domu. Nie żeby mnie to jakoś przeszkadzało, ale zazwyczaj mi się coś takiego nie zdarza. – Chyba, że pomyliłem mieszkania.
Kass rozejrzał się. Wyglądało jak jego. Nawet rzeczy leżały tam, gdzie je zostawił.
- Nie było pana w domu, skorzystałem z lodówki i przysnąłem.
- Gdyby pan nie przysnął, zniknąłby pan zanim ja bym się pojawił, tak? – Zastanawiał się profesor. To się kupy nie trzyma, ale trzeba być do kolesia pokojowo nastawionym. Nie wiadomo, co to za typ.
- Nie. Wtedy bym zapukał. Lać mi się chciało, więc miałem wybór, albo pod wycieraczkę, albo mogłem wejść do środka i skorzystać z łazienki. Wie pan, tak kulturalnie.
- W sumie, niegłupi pomysł. Mógł pan oczywiście nalać na tą wycieraczkę, ale wątpię bym był zadowolony.
- No gdybym miał umysł plugawego niziołka, to bym tak zrobił. Kto wie, może przez dziurkę od klucza… A zresztą, głupoty jakieś. Musimy porozmawiać.
- Na razie konwersacja nam idzie całkiem sprawnie. Wszedł pan do mnie do domu, by się odlać. Drzwi były zamknięte, więc włamał się pan. Nie mam zamiaru dzwonić na policję, ale…
- O policja i tak nic nie zrobi. – Rzucił Ikovar i zaczął grzebać ręką w okolicach kabury.
- Spokojnie, załatwmy to jak cywilizowane istoty. Bez użycia broni.
- Na pana miejscu broni bym nie wyciągał. Pytałem się, czy mam pana zabić, powiedzieli, że nie. Szkoda, dawno nikogo… ale wie pan, jak się zacznie strzelanina, to ja się na rozkazy nie oglądam, a w taki żółty łepek łatwo trafić. W GAWie nie takie szkolenia przechodziliśmy.
Ing napuszył trochę pióra i lekko się wycofał.
- GAW? Ale ja nic nie zrobiłem…
- Wyciągasz pochopne wnioski. Zresztą nie wiem, co dokładnie mam robić. Wpoili mi do głowy, żebym cię nie zabijał. Czyli chyba nie sądzą, że jesteś szpiegiem. Gdybyś był, kazaliby mi się z tobą przespać.
- Ze mną? – Zdziwił się Kass.
- A tak, wy masudzi macie w dupie pociąg…
- Wolę samoloty. – Przyznał profesor. – Szybsze i latają.
- Profesorek, kurwa jego mać. Seksualny…
- Ach tak. Nie jesteśmy ssakami. Raz czy dwa w życiu wystarczy.
- No to się chyba nie dogadamy. – Pokręcił głową Darvid siadając na kanapie. – Ćpasz?
- A skąd. – Wystraszył się Ing. – Żadnych narkotyków.
Ikovar wyglądał na zniesmaczonego. Poprawił ręką włosy.
- Może chociaż alkohol?
Kass zaprzeczył.
- Jak ja mam z tobą wytrzymać? Najnudniejsze zadanie jakie mi się w życiu trafiło! – Wściekał Darvid. – A mogłem sobie w łeb palnąć… Kurwa, idę do łazienki… – Zaczął wstawać.
- Może lepiej nie. – Nie potrzebuję trupa w łazience. – Nudne zadanie to nie jest jakaś tragedia życiowa.
- Co ty mi jeszcze kurwa powiesz?
- Możemy porozmawiać, ale mam gorącą prośbę, nie zabijaj się u mnie w domu, ani na klatce schodowej, ani w okolicy. Wolałbym byś się nie zabijał, ale…
- Muszę się odlać. Miałem być wczoraj, ale kanarku musiałem się doprowadzić do stanu używalności.
- A, to widać. – Skłamał Kass.
- Nie, wczoraj byłem na fazie. – Zaraz wracam.
I faktycznie, wrócił kilka chwil później.
- Dobry pęcherz to pusty pęcherz. – Mruknął siadając na kanapie. – Profesorze Kass, stoi pan jakby była pan w gościach. To pański dom, proszę się czuć swobodnie.
- Spróbuję. – Odparł Ing stojąc w miejscu. – To trochę nowa sytuacja dla mnie.
- Tak, rozumiem. Jak się nie ćpa, to się nie wie. Ja ćpam i czasem muszę zapić, by się wyrwać z cugu. Potem latam do kibelka. Matematycznie to można wytłumaczyć tak ile się wlewa, tyle musi się wylać. Dużo się wlało, więc trzeba więcej latać i wylewać.
- Cieszę się, że nie na kanapę czy wycieraczkę. Cóż, przywyknę.
- To dobrze, bo teraz u pana na trochę zostanę. Zostałem szefem pańskiej ochrony. Pozostali agenci…
- Są w kibelku? – Zapytał Kass.
- Nie, są na moje zawołanie. Zawsze ktoś z panem będzie, przynajmniej na razie. Proszę się nic nie bać, może pan się zachowywać zupełnie jakby mnie nie było.
- A co mi w sumie grozi? Czemu dostałem ochronę?
- Mnie pan pyta? – Zdziwił się Darvid. – Myślałem, że pan mi to powie. Niby coś było w aktach, ale nie wiem gdzie je zapodziałem. No nic, pozostaniemy razem dopóki szef mnie nie odwoła. Chyba, że sprawa się wyjaśni.
- Spróbuję pomoc. – Przyznał Ing. A to ci dopiero zagadka. – A mógłbym zobaczyć tę legitymację?
- Nie wierzy mi pan?
- Nie, zapomniałem jak się pan nazywa. Muszę sobie zapisać.
- Dobra. – Powiedział Ikovar szukając legitymacji. Nie pamiętał, gdzie ją zapodział. – A i jeszcze jedno, do listy zakupów dopisałem ci popielniczkę. Przyda się.

Komentowanie nie jest możliwe więcej...

VIII.

przez , 14.gru.2012, w Bez kategorii

Gabinet Morska należał do skromnych i niewielkich. Biurko, na nim komputer, telefon, dwa krzesła dla gości i jedna szafa na ubrania. Nie było wieszaków, ani szafki na dokumenty. Nie miał tu nawet drukarki, więcej tego typu rzeczy trzymał u swojej sekretarki. Zresztą dużo czasu spędzał w salach konferencyjnych i miejscach, gdzie mógł spokojnie rozmawiać. W tej kanciapie zajmował się szybką pracą, ewentualnie czytaniem jakiś raportów.
Jedynym ozdobnikiem na jaki sobie pozwolił, był mały abstrakcyjny obraz przedstawiający okrągły labirynt. Tak przynajmniej miało to wyglądać. Stanowiło to też swoisty test tych, którzy to oglądali. Niektórzy nie zwracali na malunek żadnej uwagi. Inni się zastanawiali, co to może przedstawiać. Mało kto jednak zdawał sobie sprawę z historii tego dzieła. To był przerobiony plan jednego z starożytnych miast zoatów i jego okolic. Zaotowie znani byli jako ci, którzy pierwszy rozwinęli swoją cywilizację na Mischel, którzy wymyślili irygację, dzięki której mogli tworzyć całkiem spore ośrodki handlowe i miejskie. Mogli produkować żywność dla większej społeczności. Samo koło było dla nich bardzo ważne, właśnie dlatego cała struktura miejsko-wiejska, wyglądała z góry jak okrągły labirynt.
Ale dziś już mało kto o tym pamiętał.
Kiedyś zoatowie rozwijali się bardzo dynamicznie, ich kupcy przemierzali prawie całą Hildegardę, a inne rasy mogły od nich się uczyć. Z czasem jednak uczniowie przerośli mistrzów, a zoatowie, którzy nie potrafili się szybko dostosować, ani co gorsza przewidzieć trendów zmian, stracili na znaczeniu. Mało brakowało, a trafiliby na śmietnik historii. Stracili nawet własną państwowość. Obecnie owszem uzyskali pewną autonomię w ramach światowego rządu, ale to był zaledwie cień dawnej potęgi.
Aham doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że wszystko przemija, no może z wyjątkiem bogów. Mischel się zmieniała. Niektóre z tych zmian następowały spokojnie i powoli, inne bywały trudne do przewidzenia i następowały dość radykalnie. Często w sposób krwawy i bezlitosny. Zadaniem GAWu było nie dopuszczenie do tych ostatnich zmian. Ilość istot, jakie zasiedlały cała planetę sięgała prawie piętnastu miliardów. Niektórzy już mówili o przeistotnieniu. Każda katastrofalna zmiana przyniosłaby zagładę na niebywała skalę. Obywatele mogli narzekać na rząd, mogli nienawidzić kontroli, wyzywać polityków, ale to właśnie rządzący byli odpowiedzialni za cała planetę. GAW w szczególności. Nie dyktował praw, ale musiał dbać o bezpieczeństwo całej planety z wyjątkiem może państwa Masudów. Sto lat temu, gdy powstawał zjednoczony rząd, wydawać się mogło, że utrzymanie porządku stanie się prostsze, że zniknie część problemów. Nie tylko nie znikła, ale i pojawiły się nowe. W dodatku Morsk doskonale zdawał sobie sprawę z kilku trupów jakie ma poukrywane w szafach. Jeden z nich prawie wyszedł niedawno na jaw, na szczęście sprawa przycichła z powodu zamachów. Dyrektor GAWu jednak wiedział, że to cisza przed burzą. Czterdzieści lat temu, wtedy gdy Aham się dopiero urodził, GAW został zaangażowany w projekt propagowania genetycznie zmodyfikowanej żywności. Sprawa pozornie wyglądała całkowicie uczciwie i dobrze. Nowa żywność, lepszej jakości, tańsza i bardziej dostępna dla wszystkich. W dodatku ze ustandaryzowanymi walorami smakowymi. Ktoś jednak zaczął tam ładować enzymy, mające na celu łatwiejsze zarządzanie społeczeństwem. Uspokojenie go, zmniejszenie poziomu agresji. Morsk już jako agent zajmował się potem tą sprawą, a raczej sprzątaniem po niej. Enzymy wdrożono jako składnik żywności, ale nie przebadano ich dostatecznie. Początkowo efekty wydawały się całkiem dobre, spadła liczba przestępstw, a obywatelom dużo bardziej odpowiadały rządy. Dawały im większą swobodę i większy kredyt zaufania. Tak oto rodziła się ułuda demokracji. Zresztą od prawie dwudziestu lat jakiekolwiek partie przestały się liczyć. Rządził pewien monolit, którego nikt nie mógł ruszyć, a opozycja jedynie zastanawiała się dlaczego.
Tyle, że z czasem pojawiły się pewne nieprawidłowości. Zmodyfikowana genetycznie żywność doprowadziła do osłabienia odporności wielu organizmów. Prawdopodobnie gdyby nie wyznawcy Shlayi, Mischel nawiedziłyby pandemie na nieznaną skalę. Jednak najgorsza z nich wszystkich była tak zwana wściekłość. W niektórych osobnikach uruchamiały się skłonności do nadmiernej agresji. Przemocy może było mniej jeśli chodzi o liczby, ale jak się zdarzała, to przyjmowała dużo gorszą skalę. Naukowcy nie potrafili sobie z tym poradzić, próbowali im pomóc magowie, z jeszcze gorszym skutkiem. Likantropia, która była chorobą magiczną dotykającą wendoli zaczęła się przenosić na inne rasy.
Problemów ze zmodyfikowaną żywnością było dużo więcej, mało kto jednak poza GAWem zdawał sobie z tego sprawę. Morsk zaś wiedział, że jeszcze nie odkryli wszystkiego. Zastanawiał się tylko, czy przypadkiem te zamachy nie wynikają pośrednio z nieprzemyślanych zmian. Tego, czego najbardziej się boję, to że kolejny wspaniały projekt, znów okaże się nieprzemyślanym gównem. Czasem mam wrażenie, że pracuję jako czyściciel szamba.
Telefon zadzwonił. Aham podniósł głowę i od razu widział, że przyszedł do niego agent Darvid Ikovar. Pomachał w jego kierunku, żeby wszedł. Poprawił tylko na biurku zdjęcie żony. Chciał, by było one widoczne.
Ikovar wszedł do środka niepewnym krokiem. Był przybity, właściwie wyłączony z czynnej służby, co dało się dostrzec w jego wyglądzie. Niedogolony, jego blond włosy sprawiały wrażenie nieuczesanych, a miejscami przetłuszczonych. Dobrze, że były w miarę krótkie. Niebieskie oczy sprawiały wrażenie mętnych, jakby przećpanych i nieobecnych. Nawet postura wyglądała na zaniedbaną. Brakowało mu ruchu i ćwiczeń, które jeszcze całkiem niedawno stanowiły nieodłączną część dnia.
Darvid usiadł na krześle, nie pytał o pozwolenie. Próbował spojrzeć w oczy szefowi, ale coś mu nie wychodziło. Sprawiał wrażenie nieobecnego.
- Piłeś? – Zapytał Aham.
- Nie jestem moim pierdolonym ojcem.
Oburzył się. Morsk wiedział, że obaj mężczyźni nie przepadają za sobą. Ćpałeś, ale to widzę.
- Mam dla ciebie zadanie, które nie będzie wymagało zbyt dużej sprawności.
Ikovar w ogóle nie reagował. Miał to gdzieś.
- Rozumiem, że to przez co przechodzisz, jest dla ciebie ciężkie. Dostałeś trochę spokoju, ale czas byś wziął się do roboty.
Darvid nadal milczał.
- Nie spytasz, co to za zadanie?
- Mam to w dupie. – Odparł białoskóry niespełna trzydziestolatek.
- Czasami zastanawiam się, czemu nie udało ci się palnąć w łeb. Chyba, żałujesz tego, co?
Ikovar nie odpowiedział. Choć to pytanie zadawał sobie bardzo często. Nawet wchodząc do gabinetu. Chciałbym zostawić materialny świat za mną.
- W ogóle mnie słuchasz? Co się dzieje? – Wściekał się Aham.
- Wiesz, co się dzieje.
- Wyrzuć to z siebie. – Nalegał szef.
- Wpierw matka, a potem… kurwa nie mogę!
Morsk w duchu się uśmiechnął, choć oczywiście nie dał po sobie nic znać. Dobrze, lepsze są emocje, niż apatia.
- Śmierć to ryzyko w naszej pracy. Sam spowodowałeś ich kilka. Cóż, teraz dotknęły ciebie dwie. Zdarza się. A że blisko siebie?
- To nie jest tak…
- Inaczej wygląda to z tej strony. Wiem, też swoje przeszedłem. – Kontynuował Aham. – I niejedno przejdę. Ale teraz widzisz, jak to wygląda z drugiej strony. Darvid, świętoszkiem to ty nie byłeś. Może zabiłeś kogoś, kogo lubili bogowie. Może chcą byś spokorniał.
- To do ciebie powinni się dobrać, ty to wszystko zlecasz.
- Mi też dają popalić. Żebyś wiedział. Inaczej, ale dla mnie to również tragedia. – Mówił dyrektor. – Więc, co wysłuchasz, co mam do powiedzenia?
- A pierdol se, co chcesz… Może chociaż zasnę jak będzie nudne.
Morsk spojrzał na niego. Wraca ironia. Są przebłyski. Pacjent rokuje.
- Ing Kass, masud, taki znany naukowiec.
- Po cichu, czy w dowolny sposób?
- Nie chcę byś go sprzątnął.
- Mam porwać głuptaka? Wolałbym go sprzątnąć. Nie chcę się z jakimś debilem użerać. Wiesz, niektórzy się w porwania wczuwają za bardzo i ci potem pomagają.
- Masz go chronić i szpiegować. Będziesz jego cieniem.
- O kurwa… To teraz żałuję, że się nie zabiłem. Daj mi kogoś sprzątnąć. Może dam się zabić w akcji, byłoby nieźle.
Morsk spojrzał na Darvida, a potem na obraz żony. Rozgadał się. Wyjdzie z tego. Potrzebuje impulsu. To ten, którego potrzebujemy.
- Może być okazja do zabijania. Mamy podejrzenia, co do kilku profesorków. Jeden już zniknął. Ten drugi musi być pod nadzorem. Albo ktoś na nich poluje, albo są w coś umaczani. To elita. Najlepsi z najlepszych. Sama góra. To będzie trudniejsze zadanie, niż wszystkie twoje poprzednie.
- Jaka ulga, łatwiej będzie spierdolić.
- Zamieszkasz u niego przez jakiś czas. Zaprzyjaźnij się z nim. Musi ci zaufać. To są jego akta.
Aham rzucił teczkę na biurko.
- Dostanę pewnie uczulenia na pióra. Ale widzę, że koleś nieźle przeskrobał.
- Ma swoje teczki, jak każdy kto publicznie szerzy defetyzm, koniec świata lub w inny sposób próbuje przepowiedzieć apokalipsę.
- Po wszystkim będę mógł go sprzątnąć?
- Tylko na moje wyraźne polecenie. Jeśli to agent, to go zwerbuj. Ale pamiętaj oficjalnie to chronimy tego pierzaka.
Ikovar znów sprawiał wrażenie zamyślonego. Ekscytacja przeszła. Dobrze, że choć na trochę wróciła.

Komentowanie nie jest możliwe więcej...

VII.

przez , 10.gru.2012, w Bez kategorii

Wielu masudów nie jadło jajek. Uważali oni, że zjadanie ich jest obrzydliwością. Sami się przecież z nich wykluwali. Ing Kass jednak nie podzielał tych oporów, mało tego czasem lubił sobie ugotować kurze jaja na miękko, zwłaszcza takie by żółtko było nie ścięte, płynne. Wymagało to jednak zgrania czasowego i odpowiedniego doboru samych jaj. Niektóre szkoły mówiły, że po zagotowaniu wody jajo powinno się gotować trzy minuty, inne że dwie i pół. Prawda znajdowała się gdzieś po środku, wiele zależało od jajka.
Kass stał w swojej kuchni, tuż przy garnuszku, który gotował się na kuchence i czekał. Spojrzał na zegarek trzymany w ręce i się zdziwił. Zmienił się w jajko. Jak to możliwe? Nie musiał patrzeć do garnka, tam z pewnością gotował się zegarek.
Wyłączył tylko kuchenkę, schował jajka do lodówki i wyciągnął jakieś płatki, które zalał mlekiem. Prosta potrawa, której nie da się tak łatwo popsuć. Ing czasem tak miał, że jak wchodził w swoje myśli to potrafił zapomnieć o całej Mischel, a przynajmniej tej, która go otaczała.
Gdy usiadł przy stole i jadł płatki, znów się zastanawiał nad złożonością zjawisk przyczynowo-skutkowych. To, że się zagapił i ugotował swój zegarek, który niestety nie był wodoszczelny, powoduje oczywiście całą masę konsekwencji. Jedną z nich jest to, że będzie musiał kupić sobie nowy, a inna, że do póki tego nie zrobi, będzie częściej używał komórki, w efekcie będzie częściej ją ładował. To wpłynie w jakiś przedziwny sposób na inne istoty, zarówno te w sklepie jak i elektrowni. Dla większości z nich, wpływ pozostanie niezauważalny, ale nie można wykluczyć, że ten ugotowany zegarek ostatecznie spowoduje jakieś tsunami gdzieś na północno-wschodniej Vordegardzie. To była złożoność, której Estymator nie potrafił jeszcze pojąć. Za dużo zmiennych. Kass doskonale zdawał sobie sprawę, że każdy taki drobny proces, każda czynność a być może nawet myśl wpływa na rozwój wypadków. Właśnie dlatego wiedział, że Estymator nigdy nie będzie gotowy. Nie ma możliwości uwzględnienia wszystkich zmiennych i wprowadzenia ich do systemu. Do tego właśnie jest potrzebne prawdopodobieństwo warunkowe, które powinno zasymulować zmienne chaotyczne, jak je nazywał.
Czasem się zastanawiał nad jednym, czy starożytne cywilizacje w momencie, gdy powstawały, w ogóle zastanawiały się do jakiego miejsca dojdą? Najstarszą cywilizację na Mischel założyli zoatowie, którzy nadal rządzili się całkiem nieźle w swojej autonomii. Oczywiście koniec końców podporządkowali się rządom masudów. Kassa jednak zawsze interesowały procesy, przemiany, a nie konkretne osiągnięcia. Choć właśnie patrząc na historię, mógł się zastanawiać nad tym, co by było, gdyby. Gdyby przed zoatami ktoś inny wymyślił alfabet? Albo handel? Gdyby to nie halflingowie wymyślili rolnictwo? Gdyby smoki nie wprowadziły niewolnictwa, a gnolle monarchii dziedzicznej? Jakby wówczas wyglądała historia masudów, którzy rozwijali się w izolacji na swojej Azalii.
Pytań było wiele. A stawianie ich było chyba ulubionym zajęciem Kassa. Wyciągnął komórkę, w której miał zegarek i już wiedział, że przez nieugotowane jajko spóźnił się na zajęcia ze studentami. Kolejna przycznowo-skutkowość. Ktoś pewnie nie poczeka piętnastu minut, może pójdzie do baru i spotka tam miłość swojego życia, albo zginie w wypadku. Tyle było dróg przyszłości, tyle możliwych ścieżek. Estymator nigdy tego nie pojmie. Musimy się skupić na ogólnych procesach, a nie życiu jednostek. Jeśli opanujemy procesy to i tak będzie to sukces.
Tak właśnie wyglądało całe życie Kassa, które składało się praktycznie tylko i wyłącznie z pracy. Nie potrafił przestać o niej myśleć, nie potrafił nawet żyć nie analizując wszystkiego. Od lat wiedział, że oglądanie filmów czy czytanie książek beletrystycznych stało się dla niego mordęgą. Każdą opowieść analizował na poziomie logicznym, na poziomie decyzji bohatera. Jaki one mają wpływ na świat przedstawiony, na postaci. Scenarzyści czy pisarze nie przejmowali się tym zbytnio, dlatego szybko to sobie odpuszczał, wolał zająć się czymś, co rozwinie jego umysł.

Komentowanie nie jest możliwe więcej...

VI.

przez , 09.gru.2012, w Bez kategorii

Siedziba prezydenta Mischel znajdowała się godzinę drogi od samego centrum Bereszit w dość spokojnej okolicy, pełnej parków i wolnej przestrzeni. Budynek był dość nowoczesny, miał może z trzydzieści lat, w pełni zaś spełniał wszystkie ekologiczne wymagania. No i nie tylko ekologiczne, GAW też wiedział swoje o bezpieczeństwie.
Aham wjechał na parking swoim samochodem i szybko wszedł do środka. Miał wszystkie potrzebne uprawnienia, mógł się skierować do schronu umieszczonego w piwnicach. Tam właśnie przebywała pani prezydent. Morsk osobiście zarządził jej ewakuację. Agenci GAW nie potrafili określić jaki będzie następny cel terrorystów, a władza wydawać by się mogła całkiem naturalna.
Wszedł do dźwiękoszczelnego pomieszczenia przed którym stali strażnicy a także dwaj magowie. Odpowiadali za to, by nie próbowano zakłócać spokoju pani prezydent w żaden nie technologiczny sposób.
W środku było dość jasno. Oświetlenie z luminaru czasami wydawało się mu już o wiele bardziej naturalne niż promienie Ulos. Przy stole konferencyjnym siedziały cztery osoby, Vea Tull, siedemnasta prezydent Mischel, zwana też czasem kwoką narodu, potężna czerwonopióra masudka po której widać było nadwagę. Ale obywatele ją kochali, gdyby wybory odbyły się dziś, wygrałaby w cuglach. Po jej lewej stronie siedzieli jej dwaj główni doradcy, Gilhalad Notluwiń, człowiek odpowiedzialny za analizy, oraz Undoriel, elfka odpowiedzialna za PR. Po prawej zaś siedział Oryx Rwe, masud będący generałem sztabu. Nazywano go czasem jastrzębiem, może ze względu na posturę, może z powodu brązowego upierzenia, a może ze względu na srogi wzrok i przeżółknięte oczy.
- Witam państwa. – Rzucił szybko Morsk siadając. – Sytuacja jest napięta, wszyscy o tym wiemy. Przyznaję, GAW zupełnie nic nie wiedziało o zamachach. Jeśli taka jest wola pani prezydent, mogę w każdej chwili ustąpić ze stanowiska.
Aham bardzo chciałby to zrobić. Miał już dość. Wiedział jednak, że nie tędy droga. Najpierw trzeba posprzątać.
- Lepiej będzie jeśli ustalimy, jak wygląda dokładnie sytuacja. – Wtrącił się Gilhalad, siwiuteńki staruszek o starannie zadbanej fryzurze. – Potrzebuję wiarygodnych danych.
Morsk spojrzał na niego i zazdrościł mu włosów. Notluwiń był starszy od szefa GAW o prawie trzydzieści lat, ale nie wyglądał dużo starzej. Aham podrapał się po swoim siwym wąsie jedynym widocznym miejscu, w którym włosy jeszcze jakoś się trzymały.
- Analizujemy wszystkie dane, spływają po kolei.
- Przeraża mnie liczba ofiar. – Wyznała pani prezydent.
- To może zaszkodzić naszym planom reelekcji. – Stwierdziła elfka.
- Nasze służby pracują jak mogą. To, że mamy do czynienia z zamachem stwierdzić może każdy. – Tłumaczył dyrektor GAW. – I media to robią. Ale… cholera jasna… za przeproszeniem, GAW dał dupy. Nie wiedzieliśmy, nic o zamachu i nadal bazujemy tylko na poszlakach. Dziś rano przechwyciliśmy wiadomość, która rzuca nowe światło na…
- Jaką wiadomość? – Ożywił się generał Rwe.
- Podsłuchujemy wendoli. Wygląda na to, że za zamachami stoi Vark Zatach.
- A kto to? – Zapytała Tull.
Notluwiń spojrzał na szefa sztabu, ten nie zdradzał po sobie emocji, ale pewnie też nie wiedział kto to.
- Prześwietliliśmy go tak szybko jak mogliśmy. To syn jednego z przedsiębiorców, którym bardzo zależy na zbliżeniu się ze światowym rządem. Zresztą studiował u nas, biegle zna nasze zwyczaje i języki, a co najważniejsze ma mnóstwo kontaktów wśród diaspory wendolskiej.
- Czyli może mieć swoich agentów wszędzie? – Zmartwił się Gilhalad.
- Tylko wendoli. – Sprostował Rwe.
- Czemu to się zdarzyło akurat teraz? – Zapytała Vea. – Niebawem powinnam zająć się przygotowaniem do reelekcji. W tamtym roku świętowaliśmy stulecie istnienia światowego rządu, nowej ery pokoju i sprawiedliwości. Nawet profesor Kass stwierdził, że gdyby w 1910 nie podpisano traktatu przez Mischel przetoczyłby się już dwie lub trzy wojny światowe. Komu zależy na tym, by wprowadzić taką destabilizację?
- Staramy się to zbadać, pani prezydent. – Przyznał Morsk. – Na razie wiemy tylko, że domniemana awaria w Tesoli, prawdopodobnie także była zamachem. Stamtąd Zatach musiał wziąć materiał nuklearny na brudne bomby. Ale jest jedna rzecz, która nie daje nam spokoju. W elektrowni w Tesoli pracował profesor Jerghred, który zaginął.
- Jerghred? – Wyszeptał Oryx Rwe. Widać było, że ta informacja go przeraziła.
- Nie znam. – Odparła pani prezydent. – Kto to?
- Odpowiadał za projekt Babel.
- O kurwa… – Wymsknęło się Notluwiniowi.
- Nie wiemy, czy projekt wpadł w ręce wendoli. – Przyznał Morsk. – A jeśli tak to w jakim stopniu. Co gorsza, nie wiemy, co się stało z Jerghredem.
- Co to za projekt Babel? – Dopytywała pani prezydent.
- To nie jest ten robiony przy współpracy z Ergonem? – Zapytała Undoriel.
- Tak to właśnie to. – Potwierdził Aham.
- Orichalcos? To ten nowy magiczny metal, czy coś w tym stylu. Ten nośnik energii? – Dopytywała Tull.
- Tak, to to. Najgorsze jest w tym wszystkim to, że złoża potrzebne do produkcji orichalcosu znajdują się w kraju wendoli. Ergon wespół z rodziną Zatacha chcieli się do tego dobrać. Wiemy też, że Ergon finansował „demokratyczne” przemiany w państwie wendoli. Finansował rodzinę Zatacha.
- Czyli Ergon odpowiada za zamachy? – Zdziwiła się pani prezydent.
- Nie bezpośrednio. Prawdopodobnie ich wykorzystano. Nie wiemy tylko, co stało się z Jerghredem. Wolałbym, żeby zginął, ale nie znaleźliśmy ciała. Jeśli nie zginął, to zaginął. Skreślając amnezję i tym podobne, mamy dwie podstawowe możliwości, albo pracował dla wendoli, albo został przez nich porwany i mogą zmusić go do współpracy.
- To znaczy, że musimy przyśpieszyć projekt badań nad orichalcosem. – Westchnął Gilhalad. – I to szybko.
- Mnie bardziej martwi ta konfrontacja z wendolami. – Przyznała elfka. – Profesor Kass mówił, że jego zdaniem wojna jest blisko…
- I mówił też, że ją przegramy. – Dodała Vea Tull.
- Jeśli chodzi o Kassa to jest z nim jedna nieczysta rzecz. Był na lotnisku w trakcie zamachu, ale leciał klasą biznes. Dziwnym trafem pasażerowie klasy biznes niewiele ucierpieli. Znów niektórzy będą mieć pożywkę o rozwarstwieniu społeczeństwa, że ponoć nie zapewniamy wszystkim takiego samego bezpieczeństwa. – Kontynuował Aham. – Problem w tym, że tam nie podłożono tylu bomb. Ktoś chciał oszczędzić te istoty.
- Chyba nie podejrzewa pan Kassa? – Zdziwił się Notluwiń. – To wybitny naukowiec…
- Podejrzewam każdego, taki mam zawód. – Uśmiechnął się Morsk.
- Zatem musimy przyjąć założenie wybuchu wojny z wendolami. – Powiedział spokojnie Rwe. – Nasze analizy i symulacje strategiczne są gotowe. Potrzebujemy dwóch tygodni do ogłoszenia pełnej mobilizacji. Plany zakładały użycie wszystkich czterech latających fortec, ale w związku z uczestnictwem „Lewiatana” w projekcie Babel, musimy go wykluczyć. „Rahab”, „Behemot” i „Ziz” powinny dać sobie radę same. Zdobędziemy Varię w ciągu trzech dni.
- Spokojnie, jeszcze nikt nie wypowiedział wojny! – Oburzył się Gilhalad.
- Spadłyby nasze notowania. – Dodała Undoriel.
- Zwłaszcza gdyby Kass zaczął znowu wieszczyć. – Powiedziała Tull. – Wojnę rozważymy, ale musimy mieć pewność, że to słuszne i że się nam opłaca.
- Moglibyśmy przejąć złoża i powstrzymać wendoli przed produkcją orichalcosu. – Rzucił Notluwiń. – To się nam opłaca.
- Lepiej to zrobić w drugiej kadencji. – Stwierdziła elfka. – Nie będziemy musieli martwić się o reelekcję, a tylko o podręczniki historii.
- Pozostaje jeszcze kwestia Kassa. – Wtrącił się Morsk. – Jeśli założymy, że profesor Jerghred faktycznie współpracuje z Zatachem, a Ergon bezwiednie ich finansuje, znaczy to, że siatka terrorystów może nie składać się tylko z wendoli. W takim przypadku Kass świetnie by do nich pasował. Mówi o wojnie, robi z siebie kogoś, kto może odmienić przyszłość. Samozwańczy prorok. Powinniśmy mieć go pod obserwacją.
- Profesor Kass to największy umysł naszych czasów. – Oburzyła się Undoriel. – Nie powinniśmy go tak podejrzewać.
- Ale musimy. Podobnie jak musimy zadbać o jego bezpieczeństwo. Jeśli nie jest umaczany w terroryzm, to może być tym, który pomoże nam doprowadzić Babel do końca. – Tłumaczył Aham.
- W takim razie trzeba przyznać mu ochronę, która przy okazji się mu dobrze przyjrzy. – Dodał Gilhalad.
- A ja się go czasem boję. – Rzuciła smutno pani prezydent. – Co jeśli on miewa rację? I faktycznie przegramy tę wojnę? Może jej nie powinniśmy wywoływać.
- Wtedy ktoś wywoła ją za nas. Lepiej walczyć na naszych warunkach. – Powiedział Rwe. – Te gadania o przyszłości to bełkot.
- Jednak Kass nadal pozostaje jednym z największych naukowców i autorytetów naszych czasów. – Dodała elfka. – Ochronę go można wykorzystać PRowo.

Komentowanie nie jest możliwe więcej...

V.

przez , 09.gru.2012, w Bez kategorii

Sytuacja znajdowała się już pod kontrolą, o ile oczywiście można było tak to nazwać. Policja, strażacy, wojsko i inne służby ratunkowe przeprowadzały ewakuację lotniska, magów ściągnięto do zabezpieczenia odpadów radioaktywnych, natomiast nad wszystkim czuwał GAW, czyli Globalna Agencja Wywiadowcza.
Aham Morsk wyszedł na zewnątrz. Potrzebował chwili przerwy, musiał zebrać myśli i się odstresować.
- Tu nie wolno palić! – Krzyknął do niego jakiś strażnik.
- No to co. – Parsknął Morsk.
Ochroniarz nadal próbował postawić na swoim.
- Albo pan zgasi tego papierosa, albo…
- Spierdalaj! – Przerwał mu Aham wyciągając broń.
- To ja pójdę po popielniczkę.
I uciekł szybciej niż się pojawił. Morsk nawet się nie zastanawiał, czy mężczyzna faktycznie pójdzie na skargę do kogoś, bo osobiście wątpił czy przyniesie popielniczkę. Zresztą Ahamowi nie mogli wiele zrobić. Jako dyrektor GAW podlegał bezpośrednio pod panią prezydent i tylko przed nią musiał się tłumaczyć. Teraz będzie miał z czego. Najgorsze, że powoli sam zaczynał łączyć fakty. Czas wskazywał na powiązanie z wybuchem w elektrowni, a może raczej zamachem. Westchnął głęboko.
- Cholera jasna. – Czemu byliśmy tacy ślepi.
Wypuścił dym i znów się zaciągnął. Jakbym miał mało problemów. Aham miał czterdzieści lat, ale ostatnio mocno się postarzał. Resztki jego włosów posiwiały i tylko gdzieniegdzie zakrywały hebanową łysinę. Człowiek ten coraz częściej myślał o emeryturze, odczuwał zmęczenie robotą. Kiedyś był terenowym agentem GAWu, ale awansował i ostatecznie przejął stery wywiadu. Praca miała być spokojniejsza, ale czasem przychodziły takie dni jak ten, kiedy stres stawał się niewyobrażalny. Większa odpowiedzialność, większe gówno! No i więcej tłumaczeń. Bez wątpienia czeka go dywanik. Nawet ucieszyłby się, gdyby zwolniono go ze stanowiska. Mógłbym zostać doradcą, więcej spokoju by było. Wiedział jednak, że nie będzie tak łatwo. Zresztą nie chciał umywać rąk. Spierdoliliśmy to, musimy posprzątać.
Wypalił papierosa. Wrócił szybko na terminal. Lekarze reanimowali ileś osób, gdzieś pod ścianą trwało odgruzowanie. Agenci GAW krążyli, przepytywali ludzi, a magowie starali się znaleźć jakieś ślady. Będzie trzeba wszystko odtworzyć, cała sytuację.
Aham mógł jedynie nadzorować swoich podwładnych. W tej sytuacji wymagano od niego, by pojawił się na miejscu. Starał się jednak nie przeszkadzać swoim agentom. Ostatni raz byłem na akcji może z dziesięć lat temu. Ale od tego czasu przybyło mu kilogramów, zmarszczek, no i ubyło włosów. Kondycja również nie ta. Zresztą choć ogólnie na zdrowie nie narzekał, stres jednak mocno odbił się na jego organizmie, o czym jednak wolał nie wspominać.
Nawet nie próbował pytać o sytuację. Szkoda czasu, agenci i tak będą musieli napisać raporty, więc spokojnie je przeczyta. Teraz musiał zobaczyć wszystko na własne oczy, potem opisze to pani prezydent. Ta z pewnością będzie zainteresowana.
- Panie dyrektorze. – Zaczepił go jeden z agentów.
- Tak?- Odparł.
- Mamy problem w terminalu… Jeden facet rzuca się na wendoli i obwinia ich o zamach.
To akurat Morska nie zdziwiło. Sam ich podejrzewał, a może chciał by tak było. Rozjaśniłoby to sytuację. Spojrzał na agenta zachęcając by mówił dalej.
- Jednego pobił dość mocno, dwóch pojmał, no i zwerbował kilku innych osobników… Zrobiło się starcie.
- Co to za koleś? Wiecie coś o nim?
- Ktoś tylko krzyknął do niego kapitanie Ednest.
Aham przez chwilę zamyślił się. Ednest? „Lewiatan”?
- Awanturuje się, wyzywa i prowadzi bezmyślną akcję…
- Można to tak określić. – Przyznał oficer GAW.
- Użyć gazu łzawiącego i środków usypiających. Ten kapitan nie żartuje, jeśli trzeba macie go ściągnąć siłą. – Ednest w końcu się doigrasz.
Agent szybko pobiegł przekazać dalej rozkazy, a Morsk został sam. Wyjrzał przez wybite okno. Jakiś samochód wywoził właśnie oficjeli z terminala klasy biznes. Miał wrażenie, że w środku dostrzegł profesora Kassa. Dobrze, że przeżył. Ale dziś tu zbiegowisko! Potem odwrócił się i zamarł na chwilę.
Po terminalu przechadzał się demon. Karath, jeden z dwunastu wielkich demonów Morroua. Przyszedł zbierać żniwo śmierci. Dopiero wtedy dyrektor GAW zdał sobie sprawę z ilości ofiar. Inaczej demon nie zjawiłby się tu osobiście.

Komentowanie nie jest możliwe więcej...

stat4u <!-- s4uext=s4upl(); document.write('stat4u') //--> stat4u

Blogroll

Kilka bardzo polecanych stron...