orthank blog

CCCLXXXIX.

przez , 21.sie.2011, w Bez kategorii

Białe światło
rozbłysło się nad górą z której wylatywały kolejne sikeujłany. Wywołało to
radość w nielicznych już szeregach żołnierzy Starego Świata znajdujących się w
zrujnowanych częściach miasta ximów. Owady czasem wspomagały ich w walce z
duchami, jednak wojacy najczęściej byli zdani tylko i wyłącznie na siebie. I
nie mieli żadnych szans by zadać wrogom jakikolwiek cios. Dobrze, że stwory
LeFevre’a nie zajmowały się wybijaniem pozostałych przy życiu.

Przez
pewien czas do walki dołączyli się Moredhele na smokach, lecz pokonanie choćby
jednego sikeujłana również znajdowało się poza ich możliwościami.

Teraz
gdy wybuchła bomba ximów w walczących znów zaczęła odradzać się powolutku
nadzieja. Może jednak jakoś da się pokonać wroga. Lecz gdy tylko światło bomby
z antymaterii zgasło, pozostawiając w tamtym miejscu jeszcze większą wyrwę,
kolejne zastępy sikeujłanów zaczęły wylewać się w powietrze.

Generał
Gnop obserwował to przez lornetkę. I schylił głowę. Nadzieja umierała. Ale nie
cała. Podniósł rękę. Armia szybko wyruszyła, biegli wprost do miasta ximów.
Mieli atakować duchy, przeszkadzać im w dotarciu do Sanacjum. Na tym polegała
kolejna dywersja. Celem pierwszej było umożliwienie ximom przeprowadzenie ataku
bezpośrednio skierowanego przeciw LeFevre’owi. Niestety musiało to zwieźć. Albo
mag zmienił swą lokację w ostatniej chwili, czego nie dało się wykluczyć, albo
proces uwalniania tych stworów był już tak zaawansowany, że on nie był do tego
potrzebny. Moredhel zastanawiał się chwilę, kto w tym drugim przypadku
kontrolowałby tę przedziwną armię. Jeśli ktokolwiek to robił.

Teraz
najważniejsze było, by piątka śmiałków ze Starego Świata dotarła do Pierwszego
i wspomogła go w walce. Mieli wiedzę, która mogła przydać się ostatniemu Tkaczowi
Magii. Nikt w to nie wątpił. Ani Gnop, ani książę Sirtet ani przez chwilę nie
zamierzali ich wyręczać. Obaj zrozumieli tylko, że jeśli chcą ocalić swój lud,
muszą jak najdłużej zająć armię LeFevre’a. Nawet za cenę własnego życia.

W
mieście ximów nadal trwały walki. Już nie tak liczne, nie tak widowiskowe, ale
wciąż pozostały punkty stawiające opór. Znajdowały się głównie tam, gdzie owady
chciały dokonać kolejnych eksplozji, choć nawet i oni już doskonale rozumieli,
że nie przynosi to żadnych skutków.

Gnop
słyszał o tym, co wydarzyło się po wojnie ximów i Moredheli. Podobno ci pierwsi
zniszczyli całe swe państwo i zakopali głęboko pod ziemią, by przeczekać
kilkadziesiąt a może kilkaset lat. Zniknęli, a potem odrodzili się, w lepszych
czasach. Czy i teraz planują to samo? Nie
używali tych swoich bomb, gdy zrozumieli, że te nie działają, z wyjątkiem tego
drobnego polowania.


Wiedział,
że w mieście walczą też gdzieś przedstawiciele Starego Świata. Głównie ludzie,
i pewnie nieliczni przedstawiciele innych ras. Od razu przypominał sobie bitwę
o Wayland. Tam widział olbrzymie zjednoczenie ras, które nigdy wcześniej nie
koegzystowały w takim spokoju ze sobą. I one wszystkie, z małymi wyjątkami,
stanęły przeciw Moredhelom. Pozornie nie mieli szans. Gnop nadal nie rozumiał
przyczyny porażki tamtej bitwy, choć miał dwa prawdopodobne wytłumaczenia. Z
jednej strony pycha Mrocznych Elfów, z drugiej wiara w siłę tego zbiorowiska.
Oni się napędzili. Mieli olbrzymią motywację, dla nich to była bitwa ostatniej
szansy.

Dlatego
tak bardzo zależało mu dotrzeć do tych ludzi. Nawet jeśli miałby zginąć przy
nich, chciał choć przez chwilę stanowić siłę, która rzuciła na kolana dawne
królestwo. I która je rozbiła.

Przez
wiek ledwo nadążał za swoimi żołnierzami. Powoli wkraczali do miasta, ale droga
wciąż była daleka.

Tylko,
że nagle niektóre budynki zaczęły się ruszać.

-
Lustrzeńcy. – Przeklął pod nosem.

Zmiennokształtni
okrążyli Moredhele i zatrzymali ich.

Gnop
zezłościł się. Powinienem się domyśleć.

Ale zmienni nie
zaatakowali. Jeden z nich przybrał humanoidalną postać i przemówił w języku
elfów.

-
Wrogowie naszych wrogów są naszymi naturalnymi sojusznikami. – Powiedział. – A my
i wy mamy ze sobą duże rachunki do wyrównania. I nie zapomnimy o nich. Możecie
być pewni, że pewnego dnia się odpłacimy. Teraz jednak doktryna musi zostać
zmodyfikowana. Gdy wrogowie naszych wrogów są także naszymi wrogami musimy
poprzeć tych, którzy mniej nam zagrażają.

-
Też nie macie pomysłu jak walczyć z tym czymś? – Zapytał bez ogródek Gnop. Ten ich stary kapłan ma rację. Pytanie
wprost przyśpiesza wiele rzeczy.


Zmienny
wyglądał na zaintrygowanego.

-
Dlaczego zatem walczycie?

-
Jedyne, co możemy zrobić to zyskać czas, dla tych którzy zostali z tyłu. –
Odparł generał. – Nie liczymy na nic więcej.

-
A oni mają jakąś szansę? – Dopytywał zmienny.

-
Jeśli nie oni, to nie mamy już na nikogo liczyć. – Rzucił smutno Mroczny Elf.

Przez
chwilę zastanawiał się czy sam w to wierzy. Podniósł jednak głowę. Jeśli
ktokolwiek mógł pomóc, to musiał być Pierwszy.

-
Zatem wasza sytuacja nie wygląda aż tak źle jak nasza. My już nie mamy na kogo
liczyć.

I
rozpłynął się.

Nie
zawierali sojuszu. Puścili Mrocznych Elfów wolno, poczekali chwilę a potem
zamienili się w ptaki i zaatakowali w powietrzu sikeujłany, doskonale wiedząc,
że nie mają z nimi szans.

Gnop
poczuł lekkie zdziwienie i wzruszeni w sercu. W tym miejscu to Tiaras miał swój
Wayland. I tym razem to Moredhele stanęły po tej stronie, która wydawała się
znajdować na straconej pozycji.

Przyśpieszył swoich
podwładnych. Musieli jak najszybciej odnaleźć walczących ludzi i wspomóc ich.
By i wśród nich narodziła się nowa nadzieja.


1 Komentarz dla wpisu

stat4u <!-- s4uext=s4upl(); document.write('stat4u') //--> stat4u

Blogroll

Kilka bardzo polecanych stron...