orthank blog

CCCXXX.

przez , 05.cze.2011, w Bez kategorii

Punkt
zborny dawno został gdzieś w tyle. Pozostałe okręty odesłano, nie chciano
narażać się na kolejne straty, a ocean przy koloniach nie był narażony na ruchy
tektoniczne. Armia poruszała się blisko brzegu, ale coraz częściej wchodziła w
dżunglę. Z dwóch powodów. Po pierwsze na plażach leżało mnóstwo martwych
zwierząt, które się rozkładały. Niby te tereny zostały zniszczone przez jakieś
wielkie tsunami, przez co poruszanie się mogło być łatwiejsze, ale potencjalne
choroby sprawiały, że nie miało to większego sensu. Nawet wytrawni zwiadowcy
chorowali, więc co tu mówić o regularnej armii. Drugim problemem okazało się
być Ulos i gorąc jaki tu panował. Lepiej było mieć nad sobą dach z drzew, nawet
jeśli było tam wilgotno, to wojacy tak nie odwadniali się. Może w dżungli o
wiele bardziej narzekali, ale przynajmniej byli żywi.

Przedzierając
się przez zarośnięty teren szybko wykorzystano dawną linię kolejową. Właściwie
nikt z obecnych nie potrafił sobie wyobrazić, do czego służyła, zwłaszcza gdy
mijali starą, zardzewiałą lokomotywę, ale uznano, że tory wytyczały drogi.
Zresztą trasa była wyrównana i nawet nie zarosła tak bardzo wysokimi roślinami,
przez co dało się po niej bez problemu przejść.

-
Uważać na siebie. – Rozkazał swoim podwładnym Gustav. – Minęliśmy krematorium
Mroczniaków, ale tu mogą być gdzieś pułapki na tych, którzy pouciekali.

Wersja
o krematorium szybko się przyjęła. Zresztą wszystkim, zwłaszcza tym, którzy
nasłuchali się historyjek o zbrodniach Rodryka, ta wydawała się najbardziej
oczywista.

Dopiero,
gdy dotarli do wielkiej rzeki ich marsz się zatrzymał.

Larandar,
Mirak, Brig, Ishet no i oczywiście Gustav znajdowali się na przedzie tej
międzynarodowej kolumny wojsk, więc to im przyszło rozprawić się z nurtem.

-
Ostatnio już wypróbowaliśmy sposób na przeprawę. – Stwierdził pułkownik. –
Postuluję zrobić to tak jak wtedy.

Nikt
się z nim nie kłócił. Wtedy przeszło to bez problemów, a żołnierzy dopiero
zabili blemmjowie, więc nie mogło to być powiązane.

Gdy
pierwsi żołnierze z linami weszli do wody, szybko okazało się, że ma trochę
spokojniejszy nurt, ale jednocześnie jest głębsza. Powoli zmierzali ku drugiemu
brzegowi, gdy nagle zaczęli znikać. Krzyczeli coś! Rzucało nimi trochę, w
wodzie zaczęła pojawiać się krew. W końcu jeden po drugim poszli na dno.

-
O kurwa! – Krzyknął pułkownik. – Mieliście pływać! Na dnie muszą być jakieś
ostre kamienie! I pułapki Mroczniaków!

Zastanawiał
się chwilę, czy nie posłać kolejnej ekipy. Oczywiście mógł posłać dwóch czy
czterech kolejnych, lecz uznał, że wysłanie ich na pewną śmierć jest bez sensu.
Zwłaszcza, że zniszczy mój starannie
budowany wizerunek.


-
Może pomóc? – Zapytał Brig.

-
Spalisz okolicę i woda wyschnie? – Ironizował Gustav.

-
Mówiłem, że mogę chodzić po wodzie. – Oznajmił. – Dzięki wierze w mojego pana,
Marenama.

-
Nie uwierzę dopóki nie zobaczę. – Mruknął pod nosem pułkownik. Kapłańskie gadki, będzie jak z Shivanem, że
kipnie w kalendarz. LeFevre pewnie by mógł, ale ty.


- Marenam da mi
siłę. To pan mórz i oceanów, i bóg wszelkich wód.

-
To ten od jeziora? – Zapytał Van Halen.

-
Nie, mówisz pewnie o jego córce, Jeanny, pani Jeziora, i tej historii, którą
wszyscy znają. Jest pewna różnica między nimi, on jest bardziej bogiem
słonych…

-
Oszczędź mi tego religijnego bełkotu. – Rzucił Gustav. – Pokaż co potrafisz.

Krasnolud
sam nie był pewien, czy to mu się uda. Pomodlił się, a potem zrobił pierwszy
krok. I drugi. I trzeci. I kolejne. Cały czas jego stopy znajdowały się nad
wodą. Z czasem szedł pewniej, a wszyscy, którzy to widzieli otwierali oczy ze
zdumienia.

-
Zaiste, Marenam to pan wód! – Mówili niektórzy.

-
Niesamowity mag. – Dodawali inni.

Tymczasem
zbliżając się do środka rzeki, Brig zauważył jedną rzecz. Ryby. Niezbyt duże,
może wielkości dłoni, ale zachowujące się agresywnie. Szybko go wyczuły i
zbliżały się w jego kierunku. Jedna czy dwie nawet go ugryzły.

Kapłan
trochę stracił wiarę w siebie i moc pana, szybko więc odwrócił się na pięcie i
pobiegł w kierunku brzegu. Dopiero gdy ochłonął, ubrał metalowe obuwie od
ciężkiej zbroi, wziął też wiadro by złapać jedną z tych ryb i ponownie wszedł
na taflę wody. Nie musiał martwić, że się wywali, ale te małe rybki go
przerażały. Krwiożercze piranie uzbrojone w ostre zębiska.

Gdy
jedną udało mu się złowić i dowieść na brzeg, wszyscy z zaciekawieniem patrzyli
jak rzuca się na mięso.

-
Nigdy jeszcze nie wiedziałem takich ryb. – Rzucił Larandar. – To przeczy
naturze i wszelkiej logice. Ona jest bardzo agresywna.

-
Jak wszystko tutaj. – Dodał Mirak. – Powoli przestaje mnie dziwić zachowanie
Moredheli. Oni zostali ukształtowani przez to miejsce.

-
To co zbudujemy most? – Zapytała Ishet.

-
To na nic. – Odpowiedział mag. – Pamiętajcie, że w innych rzekach też możemy
się na nie natknąć, nie mamy czasu by wszędzie budować mosty.

-
Więc? – Zapytał Gustav. – Co robimy? Wracamy?

-
Nie. Jesteśmy już blisko celu. – Chciał w to wierzyć fechmistrz. – Tu mamy
słodką wodę, spróbujmy skierować się ku brzegowi morskiemu, gdzie jest bardziej
słona.

- I zatruta. – Dodał
czarodziej. – Tam powinniśmy mieć spokój od tych małych drapieżników.


1 Komentarz dla wpisu

stat4u <!-- s4uext=s4upl(); document.write('stat4u') //--> stat4u

Blogroll

Kilka bardzo polecanych stron...