orthank blog

XXXIII.

przez , 01.cze.2010, w Bez kategorii

            Shivan
i Erlan nie byli jedynymi elfami, którzy wpłynęli na młodzieńcze życie
Larandara. Istniał jeszcze jeden, o którym jednak nie należało wspominać.
Historia się go wyparła, dużo bardziej niż Rodryka. Ebedriel zapisałby się w
historii, gdyby tylko jego imię nie było zakazane. Jeszcze pięćdziesiąt lat
temu obowiązywał edykt cesarski, który nakazywał śmierć tym, którzy o nim mówią
lub się na niego powołują. A najgorsze
jest to, że on nic złego właściwie nie zrobił.
Upomniał się o prawa elfów,
o to, że nie są winne Wojny. Miał rację, ale wszystko wymknęło mu się spod
kontroli. Wielu jego rodaków stanęło za nim, zaczęło się organizować wokół
niego. I tak powstała elfia enklawa w Imperium. Gorzej, że cesarz kazał ją
spacyfikować. Elfowie uciekli, rozpierzchli się, ale też zaczęli walczyć.
Zorganizowali powstanie, które ostatecznie upadło. Niestety. Jednak nie przegrana najbardziej bolała Larandara, a to,
że ten ruch zatracił to, o co walczył. Może nie wprowadzono na nowo niewolnictwa
dla tej rasy, czy nie propagowano łowów, ale to i tak istniało już bez
Ebedriela. Za to na nowo odżyła nieufność i nienawiść, zwłaszcza do tych z
elfów, którzy przypadkiem znajdowali się na wyższym stanowisku. Nie słuchano
ich, często nawet specjalnie degradowano, a inni nie mieli szans na awans.

            Ebedriela
skazano na śmierć, przypisując mu czyny których nie popełnił. Wycięto go także
z historii i niewiele o nim mówiono. Większość elfów już o nim zapomniała, albo
nie chciała pamiętać. W końcu wszystko o co walczył, przegrał. Ale dla
Larandara ta historia miała jeszcze jedno dno. I chyba więcej niż jedno. Po pierwsze jego wuj brał udział w
powstaniu. Oczywiście zginął. Po drugie, te wszystkie elfy, które walczyły,
miały nadzieję mówić o lepszym jutrze i poświęcić się dla niego. Przestały
uciekać. Stawiały czoła rzeczywistości. Miały odwagę. Jak mało kto. A po trzecie pozostał jeszcze ten nieszczęsny Janus. On idealnie wpasowuje się w tę historię.
Zwłaszcza to, że ukrywa swe elfie korzenie. W dodatku moredhelskie. Czy tylko
tą drogą można podnieść czoło i nie wstydzić się tego kim się jest, niezależnie
od rasy?


            Musieli
odnaleźć Gűnthera i przekonać go, by pozwolił im wrócić do pokoju, gdzie
znajdowały się ich rzeczy. Cała trójka miała już serdecznie dość Miersdorfu.
Najchętniej nawialiby stąd. Znów
uciekać… Chciałbym stanąć i stawić czoła przeciwnością, ale gdy patrzę na to
wszystko, ręce mi opadają. Czuję jedynie odrazę wobec tej wioski i tych
degeneratów. Mam wrażenie, że oni sobie na to zasłużyli. I jeszcze wkurzają
mnie tym, że muszę udowadniać, że czegoś nie zrobiłem.


            Dopiero
wtedy zauważyli przechadzającego się przez osadę starego elfa, podpierającego
się laską. Larandar zauważył, że inni nie reagują na starca jakoś nerwowo czy
pogardliwie. Znali go. Podświadomie
zapragnął z nim porozmawiać. Dawno nie widział nikogo ze swojej rasy. Z wyjątkiem tego Jargusa.

            -
Nowi? – Zapytał ich. – Czy przejezdni?

            -
Przymusowo zatrzymani. – Odparł Mirak.

            -
Niech Shlaya ma was w swojej opiece. Dawno przybyliście? Z północy? Czy z
południa? – Dopytywał Koradiel.

            -
 Dwa dni temu. – Odpowiedział Larandar. –
Z południa.

            -
Uciekacie przed Drugim Imperium?

            -
Czym? – Zdziwił się elf.

            -
Chyba chodzi mu o czarnych. – Dodała Ishet.

            -
Możliwe. Dopiero dziś dostałem informację. – Mówił starzec. – Dzieje się i to
dużo. Na południu jacyś najemnicy i renegaci połączyli swe siły i ogłosili
powstanie Drugiego Imperium. Myślałem, że może coś wiecie. Niebawem mają
koronować namiestnika, tylko tyle słyszałem.

            -
Mówiłeś coś o północy. – Dopytywał mag. – Czy król wysyła armię przeciw tym
powstańcom?

            -
Tego się spodziewam. Słyszałem tylko, że książę Ferdynand II zmobilizował swoje
siły i jest gotowy w każdej chwili wyruszyć…

            -
Ale on nie jest przypadkiem szefem tych Separatystów? – Zdziwił się Larandar.

            -
Dlatego młodzieńcze czasem warto dać komuś skończyć. – Pouczył go Koradiel. – Ferdynand
szykuje się na Altburg. Czeka nas wojna, może nie na dniach, ale wisi już w
powietrzu.

            -
Jak na Shlayanina nie wydajesz się tym poruszony. – Zauważył czarodziej.

            -
Widzę, żeś spostrzegawczy młodzieńcze. Jesteś kapłanem albo jakimś alchemikiem?

            -
Magiem. – Odparł.

            -
Początkującym. – Wymsknęło się Larandarowi.

            -
To i tak był komplement. – Dodała Ishet.

            -
Widzę, że nie doceniają jeszcze twojej wiedzy. Pewnie brakuje ci ksiąg. Mam
jakąś starą, mnie już nie będzie potrzebna. – Kontynuował starzec. – Przyniosę ci
ją, jak tylko przyjdę tu jeszcze raz. Pewnie jutro albo pojutrze.

            -
Dziękuję. Ale nie skończyłeś z tymi Shlayanami. – Przypomniał się Mirak.

            -
Ach tak. Wiecie, pamięć nie ta. Ach tak. Nie zawsze byłem Shlayaninem. Kiedyś
wyznawałem innego boga. Nie mówię tu o potędze czy prestiżu, ale innym
podejściu do życia. I do walki. Urlyka. Jednego z dwóch bogów wojny. Wiecie
czym się różnią dowódcy walczący w imię Urlyka od tych, którzy walczą w imię
Myrnamen? – Zapytał.

            -
Nie. – Odpowiedzieli mu chóralnie.

- Wyznawca
Myrnamen stanie do walki w pierwszym szeregu. Odda z siebie wszystko. Jeśli
trzeba przeleje swą krew. Będzie dzielnym i bohaterskim wojem, ale wierzy w to,
że bogini doda mu sił. Natomiast ci, którzy walczą w imię Urlyka, nie zawsze
podnoszą broń. Nie prowadzą żołnierzy do boju w pierwszej linii, ale też nie
wymagają od nich takiego bohaterstwa i poświęcenia. No może z wyjątkiem
krasnoludów, ale to inna sprawa. Wyznawca Urlyka przede wszystkim koncentruje
się na strategii. Nie prosi boga o siłę dla siebie, ale o ocalenie swej
jednostki, o zminimalizowanie strat. Ale co to ma do mnie? Ja byłem wyznawcą Urlyka.
I w trakcie Wojny zrozumiałem. Widziałem jak upada Armenger. Walczyłem tam. Ani
bohaterstwo, ani strategia nie zdały egzaminu. Miasto było nie do uratowania. Podobnie
z Waylandem. Obie te filozofie padły, choć bogowie podarowali nam zwycięstwo.
Wtedy zrozumiałem, że wyznając swoją religię będę musiał walczyć dalej, ale to
nie jest minimalizowanie strat. By je zminimalizować muszę służyć innym, a kto
służy lepiej niż wyznawca bogini miłosierdzia?

            Cała
trójka nie wiedziała, co odpowiedzieć.

            -
Cóż, dziękuję wam za rozmowę. – Pożegnał się. – Dziś mam jeszcze kilka spraw do
załatwienia, ale jak wrócę, mam nadzieję, że znajdziecie chwilę by porozmawiać
jeszcze ze starym Koradielem.

            Uśmiechnął się do nich
i poszedł swoją drogą. W całej tej wiosce sprawiał wrażenie obcego. Nie
dlatego, że był elefem, ale dlatego, że emanowała z jego twarzy dziwna radość i
spokój.

:

Komentowanie nieaktywne.

stat4u <!-- s4uext=s4upl(); document.write('stat4u') //--> stat4u

Blogroll

Kilka bardzo polecanych stron...