orthank blog

D.

przez , 31.sie.2009, w Bez kategorii

- Wysadzić mur. – Rozkazał Neram, który nie przestawał
spoglądać na Armenger przez lunetę. Większość jego sojuszników już się wycofała
z miasta, nie wszyscy, niektórzy okazali się zbyt mało karni, by posłuchać tego
rozkazu. Głupcy. Wybrali śmierć.


            Chwilę
potem rozkaz przekazano dalej. Wszystko za pomocą elektrycznych impulsów,
podobnie zresztą sterowano wysadzeniem. Arcygenerał nie musiał czekać długo,
gdy ładunki wybuchowe zaczynały eksplodować. Jeden po drugim. Mur, w którym
były dotychczas jedynie wyrwy, zaczął się przechylać, kamienie latały we
wszystkich kierunkach. Gruz zasypywał tak miasto, jak i okoliczne pole. Te
gobliny, które się nie wycofały nie miały szans na przeżycie.


- Trebusze ognia. – Wydał kolejny rozkaz.

            Tym
razem trzeba było go przekazać sojusznikom w bardziej klasyczny sposób, za
pomocą systemu ustalonych chorągwi. Na szczęście, dla Moredheli, jedynie
fimirowie i hobgobliny operowały bronią miotającą, więc nie było problemów ze
zrozumieniem i wykonaniem rozkazu. Wcześniej dostarczono im specjalne beczki,
którymi mieli miotać, nowy rodzaj bomb, które zawierały ostre odłamki. Nie
miały one na celu zniszczenie budowli, ale pokaleczenie przeciwników. Nie
wszyscy opuścili miasto, to było jasne. Niektórzy nadal chcieli stawiać opór,
inni nie zdążyli się ewakuować. Tyle, że walka w zabudowaniach nie należała do
najłatwiejszych, Mroczne Elfy z pewnością mogły rzucić swe siły, by
spacyfikować wroga, ale po co. Neram wolał rozwiązania, w których nie tracił
zbyt dużo swoich podwładnych, nawet jeśli byli tylko goblinami.


            Inne
bomby, które spadały na miasto, miały na celu zniszczenie budynków. Wszystko to
wymieszano, tak, by przeciwnicy obserwujący spadający ładunek, nie mieli
pojęcia, w jaki sposób wybuchnie. Dzięki temu nie wiedzieli jak się chronić. To
była sprawdzona taktyka. Trzeba było tylko wpierw zrzucić kilka bomb takich, a
potem kilka takich. Dopiero potem mieszać. Ci, którzy ukrywali się w mieście,
czuli się zagubieni, widząc nadlatującą bombę. Część z nich starała się kryć,
część uciec jak najdalej. Najgorsza jednak była ta chwila niepewności, gdy nie wiedzieli
jak wybuchnie dany ładunek i czy przypadkiem się nie wystawią. Arcygenerał
uwielbiał tak niszczyć wroga.


            Gdy pył,
który wzniósł się w powietrze po upadku muru już opadł na ziemię, a cały
Armengar znajdował się w objęciach kurzu z rozpadających się budynków, dowódca
Moredheli nakazał przerwać ostrzał.


- Wysłać bombowców. Trzeba dostarczyć obrońcom trochę
rozrywki.


            Wielkie
nietoperze, których dosiadali żołnierze Magistratu przelatywały przez portal i
kierowały się nad miasto, by zrzucać tam bomby, nie tylko te oparte na nitroglicerynie,
ale też zwykłe oleiste-zapalające. Prawdę
mówiąc, to nie chciałbym być w skórze tego, kto dowodził obroną miasta. Z
wiekiem stałem się kawałem drania, jeśli chodzi o bitwy, ale cóż, żadnej nie
przegrałem od dawien dawna. Chyba od czasu wojen na Tiarasie, ale wtedy byłem
zupełnie innym Moredhelem. Jedno się wszak nie zmieniło, już wtedy kochałem
wyzwania. Wojna, każda bitwa to wyzwanie. I nie można nawet teraz lekceważyć
wroga.


            Gdy
tylko bombowcy wrócili, znów rozpoczęto atak z trebuszy. Dodatkowo miasto
ostrzeliwano z dział, choć głównie chodziło o huk, który sprawiał, że
nielicznych obrońców paraliżował strach. Nikt w końcu nie zwyciężył z
moredhelską bronią palną, a skoro zaczęto jej używać, upadek Armengeru wydawał
się bliski. W tym czasie zaczęto też szykować siły sojusznicze do szturmu na
miasto. Gobliny, orki, fimirowie, skaveni i inni gotowali się już do ataku, a
raczej zajmowania, szabrowania i dobijania tych, którzy przypadkiem przeżyli.


            Gdy
ostrzał się skończył, Gaupewulf i jego wojownicy wyszli razem z podniesionymi
mieczami. Pozostało ich zaledwie siedemdziesięciu dwóch. Budynki wokół nich
poprzewracały się, wszędzie leżały ruiny, które utrudniały otwartą walkę, ale z
drugiej strony, gdy dzielni wojownicy byli zbici razem, mogli wykorzystać teren
jako obronę.


            Niebawem
zostali otoczeni przez setki orków i goblinów. Tysiące wrogów rządnych ludzkiej
krwi i ludzkiego mięsa, którzy nie mieli żadnych zasad. W końcu sprzymierzyli
się z Mrocznymi Elfami. Gaupewulf kazał swoim żołnierzom zbić się w gromadkę.
Musieli walczyć do ostatniego, do upadłego. Ci, którzy znajdowali się wewnątrz
wykorzystywali kusze i łuki, by strzelać we wroga, a ci na zewnątrz starali się
pilnować odległości za pomocą mieczy.


            Przeciwnicy
nie używali łuków. Rasy goblinoidalne nigdy nie były dobrymi strzelcami, to raz,
a dwa przy ich ilości zabiliby więcej swoich, niż przeciwników, a mieli na tyle
intelektu, by tego nie robić.


            W innych
miejscach miasta, czasem jeszcze znalazł się zagubiony obrońca. Bynajmniej nie
członek honorowej kompanii Gaupewulfa, ale zagubiony żołnierz, który nie zdążył
wycofać się w trakcie ewakuacji. Żaden z nich nie miał szans na przeżycie.
Orkowie potrafili wytropić ludzi nawet za pomocą węchu, nie było więc
możliwości, by skryć się gdzieś i czekać aż wrogowie przejdą.


            Tymczasem
Gaupewulf wszedł wewnątrz kręgu swych żołnierzy, tylko po to, by przez chwilę
porozmawiać z Biglafem.


- Jak oceniasz nasze szanse? – Zapytał dysząc przywódca.

- Wytrzymamy tak kilka godzin, nie więcej, ale nie
pociągniemy wielu ze sobą.


- Zatem trzeba przyśpieszyć rozwój wypadków. – Uśmiechnął
się dowódca obrony Armengeru. – Wycofujemy się!


            Poddanym
nie podobało się to zbytnio, ale wierzyli swemu zwierzchnikowi tak bardzo, że
nie wahali się zaryzykować honoru, w imię rozkazu jaki im wydał. Wiedzieli, że
coś planuje. Skoro już tu zostali, nie mogli stchórzyć, gotowi byli jedynie
zginąć.


            Im dalej
wycofywali się, tym więcej orków i goblinów znajdowało się na miejscu bitwy,
która jeszcze przed chwilą się tu toczyła.


- Teraz! – Ryknął Gaupewulf. – Frontalny atak.

            To
zaskoczyło przeciwników. Północni wojownicy jak jeden mąż rzucili się na wrogów,
wbijając w nich niczym klin. Wygłodzeni orkowie i słabowite gobliny nie były w
stanie powstrzymać ataku dumnych i wojowniczych ludzi. I choć na jednego
człowieka, przypadało z czterdziestu przeciwników, liczba ta drastycznie malała
z minuty na minutę. Nie wszyscy obrońcy przeżyli ten atak. Biglaf, który
nadział się na orkijski miecz, krwawił, złapał się lewą ręką za brzuch,
starając zatrzymać wypływające ze środka organy, ale wiedział, że to walka bez
celu. Drugą ręką jednak nieustannie atakował. Odrąbał głowę orka, który go
sieknął. Dopiero potem puścił swój brzuch. Czuł się lepiej, nie fizycznie, ale
psychicznie. Ten, który zadał mu śmiertelny cios, pierwszy znalazł się w
zaświatach. Niebawem do niego dołączę.
Czuł się coraz słabiej. Gdyby mógł, położyłby się, ale nie było tu nikogo, kto
mógłby go uzdrowić. Szkoda, że nie został
z nami jakiś Shl…
Coraz trudniej mu się myślało, przed oczami robiło się
ciemno. Wykrwawiał się. Nie trafiał już w kolejnych przeciwników, którzy byli
najbliżej niego. Nie panował już nad swym ciałem, w końcu runął na ziemię.
Dopiero wtedy obskoczyły go gobliny, tylko po to, by go zasztyletować na
śmierć. Cieszyły się przy tym i wrzeszczały, niektóre z nich nawet śpiewały swe
wojenne pieśni. Inne już sławiły ten czyn. W końcu pokonały jednego z dzikich olbrzymów,
jak nazywały swych wrogów.


            I pomimo
przewagi liczebnej, frontalny atak okazał się być dobrym rozwiązaniem. Orkowie
i gobliny przegrywały w tym miejscu. Gdy zaczęły to zauważać, przerażone
rozpoczęły wycofywanie. Tylko wtedy jedynie się odsłaniały. Trupów było coraz
więcej, zaledwie kilku ludzi zginęło, resztą byli goblinoidzi.


            Jedyne,
czego Moredhele mogły żałować to brak komunikacji między poszczególnymi
oddziałami w mieście. Wtedy szybciej rozprawiliby się z Gaupewulfem, ale na
szczęście inni sojusznicy mieli głowy na karku. Fimirowie widząc wycofujących
się orków zainteresowali się przyczyną. Gdy ujrzeli kilkudziesięciu mężczyzn, którzy
nie zważają na własne rany i ból, a walczą do ostatniej kropli krwi, przerazili
się początkowo. Bali się stanąć z nimi do równej walki, dopiero potem któryś z
ich przywódców uznał, że można ich się pozbyć nie zbliżając się do nich.
Fimirowie wyciągnęli swe łuki i swe magiczne strzały. Wystrzelili je w
powietrze, kierując je tak wysoko jak tylko mogli. Znajdowali się blisko, więc
łatwo było im celować, ale wtedy strzały nie zdążały się mnożyć. Za to lecąc w
górę i spadając, co chwile dzieliły się na trzy i jeszcze raz na trzy i jeszcze
raz i jeszcze raz. Na ziemię spadał deszcz, przed którym trudno było się
bronić. Niektórzy z obrońców starali się zakrywać tarczami, ale nie wszyscy je
mieli. Ostrzeliwanie nie ustawało. Fimirowie wiedzieli, że ta taktyka jest
najlepsza. W końcu więc nawet ci, którzy chronili się tarczami tracili siły.
Strzały przebijały czasem i metal, raniąc ich w nogi, ręce. Pozwalając choć na
chwilę się odsłonić. To wystarczało, by kolejne strzały wbiły się w ciało
obrońcy. Wystarczyła chwila nieuwagi, a już człowiek tracił siły. Potem już
było tylko łatwiej. Leżał w bólu, a kolejne strzały przebijały go na wylot,
rozdrabniały na miazgę.


            W ciągu
dziesięciu minut wszyscy obrońcy, włącznie z Gaupewulfem leżeli na ziemi
poprzebijani. Niektórzy jeszcze dyszeli, wszyscy zaś broczyli krwią, która
czasem już krzepła, czasem już stygła.


            Armenger
padł. Ale Gaupewulf dopełnił swej obietnicy. Póki pozostał żywy miasto się
broniło.


            Gdy
walki zelżały, Neram rozkazał Moredhelom uzbrojonym w karabiny oraz wężowe
ogary jeszcze raz dokładnie obejrzeć ruiny, by upewnić się, że nikt nie
przeżył.


            Nikt nie
miał prawa przeżyć.


            Następne będzie Kartltown. Ta bitwa została
wygrana, trzeba przyznać, że użycie zacofanej technologii sprawiło, że była
większym wyzwaniem niż ostatnie.


- Proszę przygotować mi raport o strach. – Rozkazał arcygenerał.
– Wieczorem mam audiencję u króla. Kampania arabska została prawie zakończona.

:,

Komentowanie nieaktywne.

stat4u <!-- s4uext=s4upl(); document.write('stat4u') //--> stat4u

Blogroll

Kilka bardzo polecanych stron...