orthank blog

CDXCIV.

przez , 28.sie.2009, w Bez kategorii

            Poranek
był dość ciepły, Ulos grzało chyba mocniej niż zwykle, przez to wewnątrz
Armengeru było bardzo parno i duszno. Plus wszechobecny fetor. Większość tych,
którzy jeszcze pozostali w mieście starała się nosić jakieś materiałowe
przepaski na twarzach i nosach, bez tego nie dało się wytrzymać. Gorm Blåtand
ostatnią noc spędził spokojnie, dopiero po świcie został wezwany z kolejną
zmianą na mury. Nie był w nastroju do walki, sen, który męczył go w nocy wciąż
nie pozwalał o sobie zapomnieć. Sorołgrad, jego rodzinne miasto, teraz
opuszczone, nie został nikt żywy. Tyle, że w śnie wyglądało zupełnie inaczej,
było takie jakie pamiętał z dzieciństwa, z czasów swej młodości, z czasów nim
został burmistrzem. Nie odpowiadam, za
to, co się stało.
Ale sam nie mógł siebie przekonać. Wpierw pomór bydła,
potem wampiry, potem Moredhele. Trzy plagi, których nie udało mu się pokonać.
Owszem, bydło przestało ginąć wraz z wampirami, ale za jaką cenę. Mógł też się
założyć, że obecnie nie było tam Mrocznych Elfów. Jednak nie to go bolało.
Bolały go jeszcze bardziej inne rzeczy, mieszkańcy, którzy stracili do niego
zaufanie, którzy widzieli jak nie radził sobie z trudnościami. Można to było zrobić lepiej, szybciej dorwać
wampira, przecież to było logiczne, że to był wampir, tylko woleliśmy pomór
bydła. Woleliśmy spokojną chorobę, niż prawdę.
Ile osób straciło przez to
życie? Ile osób straciło życie przez jego podejście do Mroczniaków? Czy oni mi kiedykolwiek wybaczą? Inne
myśli były podobne, żona zmarła nim zdążył powiedzieć jej jak bardzo była dla
niego ważna, co do niej czuł. Mogła myśleć, że jest tylko jego pomocnicą,
służącą, nie życiową miłością. Nigdy nie dał jej tego odczuć. Podobnie było z
synem, z którym nie rozmawiał od piętnastu lat. Chłopak jedynie uważał, że
ojciec źle traktował matkę. I został wyrzucony z domu, wymazany z ksiąg
Sorołgradu. Chciałbym by mi to
wybaczył… Jak zmarła mi żona, nie wiedziałem, co czynię.
Dopiero gdy
został burmistrzem zaczął wychodzić na prostą, ustatkował się ponownie, ale
nawet potem nigdy nie zdradził swych uczuć. Zawsze był starszym panem,
uśmiechniętym, kulturalnym, acz zamkniętym w sobie.


            Tu
jednak było inaczej. Był tylko poślednim strażnikiem, któremu akuratnie
przypadło patrolowanie murów. Bramy miejskie były zamknięte, Gaupewulf nawet
kazał je zamurować. Jeśli kiedyś będą przydatne, przebije się je na nowo, jeśli
nie, nie ma, co ułatwiać zdobycia Armengeru wrogom.


            Gdy Gorm
po odprawie wspiął się na mur, dostał jedynie garść strzał.


- To wszystko, co mamy. – Powiedział żołnierz, który je
rozdawał. – Następny.


            Blåtand
poszedł dalej, dopiero wtedy ujrzał przerażający widok. Droga do zamku została
usypana, tylko miejscami spod piachu, który znajdował się w miejscu przepaści,
widać było wystające gruzy bądź ciała. Wszystkie sojusznicze armie doprowadzono
do jakiegoś porządku, a z portali korzystali nie tylko Moredhele.


            Trzech
gnomów podsadziło czwartego, by wyjrzał zza mur i zdał im relację. Farfel,
który był zawodowym opowiadaczem, bardzo cieszył się ze swojej roli.


- Setki tysięcy, a może i milionów… Armia tak wielka,
że Miscle jeszcze takiej nie widziało… A w ich oczach widać nienawiść, gniew
i rządzę naszej krwi. To orki i gobliny, mnóstwo tałatajstwa, które jest tak
dzikie w swojej naturze, że już bardziej nie można. Gdyby nas dopadli,
wyrywaliby sobie…


- Zamknij się! – Zirytował się Gorm. – Nie jest tak
źle…


- Nie jest. – Potwierdził Farfel. – Ale czy to, co mówię
nie brzmi lepiej?


- Brzmi. – Potwierdziły inne gnomy.

- Chyba sobie żartujecie, – denerwował się Blåtand. – To nie
jest czas opowiadania historii…


- Ależ zawsze jest czas opowiadania historii. – Oburzyły się
gnomy. – Nigdy nie można sobie jej odpuścić.


            Gorm
miał już dość. Spojrzał tylko na wrogów.


- Setki goblinów o paszczach tak szkaradnych, że dziurawy
but przy nich to ślicznotka, napięło swoje łuki, tylko po to…


- Padnij! – Ryknął Blåtand.

            I sam
rzucił się na mur. Znów rozpoczął się ostrzał. Dziesiątki tysięcy strzał przelatywały
nad murem, wiele z nich trafiało obrońców, a także tych, którzy krzątali się za
palisadą. Trzeci dzień oblężenia wyglądał prawie jak pierwszy. Znów słychać
było melodię goblinów, która towarzyszyła im w walce.


            Ale to
wszystko był wybieg. Zmasowany atak sprawiał, że siły Sojuszu musiały czekać,
aż strzał będzie trochę mniej, by rozpocząć kontruderzenie. Słabsze, ale
skoncentrowane na małych celach, grupkach, przywódcach i wszystkich tych,
którzy znaleźli się zbyt blisko muru, stając się łatwym obiektem do
odstrzelenia.


            W między
czasie przez portale zaczęły wjeżdżać machiny oblężnicze, głównie wieże i
tarany, które miały stanowić pierwszą linię walki. Dalej ustawiano balisty,
trebusze i katapulty. Moredhele krążyły po polu bitwy, starając się ogarnąć
jednostki sojusznicze tak, by nie ostrzeliwano własnych armii. U goblinów czy
orków spotykało się to z pewnym niezrozumieniem, gdyż zwłaszcza zabicie przy
okazji wojny, kogoś z innego klanu sprawiało im frajdę a także było powodem do
dumy. Mroczne Elfy jednak nie mogły sobie pozwolić na zbyt łatwe wytracenie
sojuszników. Jeszcze nie teraz. Nie przed
Kartltown, tam rozpocznie się właściwa ofensywa.
Neram spoglądał przez
lunetę na pole bitwy, potem wrócił do namiotu, w którym na wielkim stole
znajdowała się makieta Armengeru i rozmieszczone siły.


- Przerwać ostrzał. I wysłać eskadrę bombowców. –
Rozkazał. – Trzeba trochę skruszyć mur.


            Rozkaz
przekazano natychmiast za pomocą telegrafu. Słychać było tylko jak adiutanci
nadają sygnały i rozkazy. Żaden mag nie mógł przechwycić ich informacji,
kamienie dalekowidzenia stawały się zbędne.


            Najtrudniej
było trzymać gobliny w ryzach. Hobgobliny, fimirowie, skaveni czy minotaury potrafiły
się dostosować do rozkazów, orkowie czy trolle może mniej, ale ze względu na ich
wielkość trudniej było nie zauważyć ich niesubordynacji. Goblinów było dużo
więc Neram rozkazał wyznaczyć cały legion Mrocznych Elfów do ich kontrolowania.
Gdy już w końcu przestano strzelać, z zamku rozpoczęto kontrostrzał. Tak, jak
się tego spodziewał arcygenerał. Na murach pojawili się łucznicy i kusznicy
oraz trochę zbrojnych, gotowych podjąć wyzwanie, gdyby ktoś znów napierał na nich
drabinami.


            W tym
czasie gdzieś po drugiej stronie globu, w powietrze wzbiły się amisvony,
wielkie nietoperze Moredheli, wcielone do eskadr bombowców. Na każdym z nich
siedział żołnierz Magistratu uzbrojony jedynie w kilka sztuk bomb zbudowanych
na bazie nitrogliceryny. Kolejny, nowy rodzaj broni, który miał zostać użyty w
czasie tej wojny. Bomby te miały ciekawą właściwość, że wybuchały dzięki
wstrząśnięciu, dzięki temu idealnie nadawały się do zbombardowania terenów
wroga z powietrza. Bombowcy nadlatywali nad miasto i zrzucali bomby, nie myśląc
nawet o ich odpaleniu. Wybuchały same. Owszem Magistrat potrzebował kilka lat,
by móc je ostatecznie wdrożyć do użycia, ale chyba było warto. Nad Armengerem
miano ich użyć po raz pierwszy na szeroką skalę. Amisvony leciały więc dość
wysoko, starając się przebić własne ograniczenia, za to z dala zasięgu strzał i
bełtów obrońców miasta. Potem zostało już tylko zrzucić kolejne bomby, które
spadały na miasto i wybuchały siejąc spustoszenie i panikę.


- Jak to możliwe! – Krzyczeli spanikowani ludzie.

- To deszcz ognia! – Wydzierał się ktoś inny. – Kara bogów!

- To tylko technika, której nie znamy. – Starał się
uspokajać ich Shivan, ale nikt go nie słuchał.


- Bogowie się od nas odwrócili! – Wydzierali się jeszcze
inni. – Wszyscy! Bogowie sprzyjają Moredhelom!


            Słowa
kapłanów, choć były słyszane, jednak nie docierały do nikogo. Strach był zbyt
wielki, a idea deszczu ognia zbyt realna, by móc z nią polemizować.


            Wybuchy
zbudziły nawet Erlana, który czuł ból głowy, po zmieszaniu kilku różnych
alkoholi poprzedniego dnia. To dowód, że
nie jestem alkoholikiem, gdybym nim był, wiedziałbym, że nie należy mieszać
trunków, a ja ciągle się na to nabieram.
Dopiero potem zauważył, że ten
hałas dochodzi z zewnątrz, machnął ręką i położył się dalej spać. Odpocznę i się stąd wynoszę, co za dziura.


            Gaupewulf
był przerażony, jeszcze nie rozpoczęto na dobre zdobywania miasta, a lista
strat była przerażająca. W ciągu zaledwie godziny zginęło kilka tysięcy
obrońców, tylko przez ostrzał i bombardowanie.


            Dyzio
zaś spoglądał na swoją część muru. Bomby
przestają spadać, znaczy, że szykują coś kolejnego.
Miał rację. Wystarczyło
tylko trochę się rozejrzeć, by zobaczyć, jak wieże i tarany są popychane pod
mur, a za nimi podążają zastępy orków, goblinów i innych sojuszników
Mroczniaków. Wielu z nich nawet nie czekało (zwłaszcza goblinów), aż wieże
znajdą się przy murze, i już zaczęli się wspinać. Któreś z goblinów także
zaczęły włazić na taran, a jeszcze inne nim machać nim, dotarł do muru.


            Na kilku
wieżach znajdowały się jeżozwierze, wielkie kusze przypominające raczej
drewniany kloc z wydrążonymi dziurkami, w które włożono bełty. Setki bełtów.
Jeden strzał z jeżozwierza powalał właściwie wszystkich, którzy stanęli
naprzeciwko. W innych miejscach orkowie mieli olej, gotowy do zrzucenia na
miasto i podpalenia. Trebusze, katapulty i balisty ustawiono tak, by bez
przerwy miotały pociski w Armenger. Stopniowo jednak zostawiano tylko trebusze,
które atakowały najcelniej, resztę odstawiając do tyłu.


            Na
murach trwała już regularna bitwa. W końcu oblężenie wyglądało tak jak powinno,
przynajmniej zdaniem wszystkich taktyków Starego Świata. Gdyby ta wojna
wyglądała tak od początku, kto wie, co udałoby się zdobyć Moredhelom, może
nawet nie zajęliby Braku.

Żołnierze walczyli z orkami.
Miecze krzyżowały się bez przerwy, uderzające metale pękały, krew broczyła w
różnych barwach, zieleni, czerwieni, brązu. Trolle starały się walić łapskami w
mur, zupełnie jakby tłukły tarany. Tysiące goblinów nacierało na miasto, ich
kolejne ciała spadały z wież, inne zaś używały swych martwych i rannych
współbraci jak drabin, do wspinania się.

Blåtand był ranny. Zgubiona
strzała wbiła mu się w nogę, potem na murze pojawiły się orki z toporami.
Pokonał je, właściwie sam, na gnomów nie mógł zbytnio liczyć, zresztą pełnili
oni raczej rolę posłańców, niż obrońców, choć Gorm dziwił się, czy przypadkiem
nie ubarwią rozkazu lub komunikatu zwiadowczego. Ociekał krwią, jego zbroja
była prowizoryczna, więc topory przeciwników pozostawiły nań swe ślady. Gdyby
tylko mógł, zszedłby już z muru i odpoczął gdzieś. Przydaliby się Shlayanie. Niestety, miast nich ujrzał jedynie
minotaura, który zeskoczył z wieży i próbował zabić gnomy.


- Tak wielki i straszny to potwór! – Wydzierał się
Farfel. – A w oczach jego widać śmierć i głęboką, mroczną czeluść, z której
wyszedł!


            Nawet w godzinie śmierci nie przestaje opowiadać
swej historii.
Blåtand podniósł swój miecz i rzucił się na minotaura, ten
zaś natychmiast uznał go za godniejszego przeciwnika, niż cztery piskliwe
gnomy. Ostrze topora zatrzymało się na płazie miecza i zjechało delikatnie.
Gorm podniósł nogę i kopnął wroga z całej siły, choć sam nie wiedział, co było
boleśniejsze, czy uderzenie, czy podniesienie nogi. Rozjuszony minotaur
zaryczał i rzucił się na byłego burmistrza. Znów skrzyżowali swą broń i
siłowali się. W tym momencie, w mur gdzie stali, trafił pocisk z trebusza,
zrzucając obu walczących wprost na domostwa. Nie mieli szansy tego przeżyć.


- Dzielnie walczył, z bestią rogatą, tak wielką, że jej
ogon zasłaniał połowę Ulos. – Powiedział smutno Farfel. – Dzielny był, zginął
od zdradzieckiego pocisku, wystrzelonego przez kierowanych żółcią i goryczą
Mroczniaków. Prawdziwy bohater, oby jego historia nie została nigdy zapomniana.


            Pozostałe gnomy nawet
uroniły łezkę, a potem wszystkie uciekły w bezpieczniejsze miejsce. Bitwa
jednak dopiero się zaczynała.

:,

Komentowanie nieaktywne.

stat4u <!-- s4uext=s4upl(); document.write('stat4u') //--> stat4u

Blogroll

Kilka bardzo polecanych stron...