orthank blog

XXXIX.

przez , 12.mar.2013, w Bez kategorii

Cela Taradrila była ciemna i pozbawiona światła. W dodatku brudna i zimna. Nawet nie dali mu koca. Król elfów liczył się z konsekwencjami swoich wybryków, ale nie sądził, że będą tak poważne. GAW tym razem przegiął, podobnie jak rząd. Owszem elf oskarżał ich o różne niecne sprawki, ale nie spodziewał się, że zostanie potraktowany w ten sposób. Liczył na coś bardziej zgodnego z prawem, jakiś proces, którym można było przyciągnąć uwagę mediów. Ale odmówiono mu tego. Przetrzymywano go nawet nie mówiąc, kiedy go zwolnią. Zrozumiał, że szybko to nie nastąpi. Może chcą mnie złamać?
Próbował zasnąć, gdy usłyszał krzyki. Zarzynają kogoś? Czy straszą mnie w ten sposób? Przybliżył się do ściany, zamknął oczy, nie zwracał uwagę na kroki. Udawał, że śpi, gdy drzwi do celi się otworzyły.
- Pobudka. – Powiedział wchodzący.
- Jeszcze pół godziny. – Rzucił Taradril.
- Za pół godziny to tu będzie afera. Ja już do tego czasu prysnę. Nie radziłbym tu zostawać. Nie tobie.
Zaciekawiony król elfów odwrócił głowę i zamarł. Przy wejściu do celi stał Vark Zatach we własnej osobie.
- To jakiś podstęp? – Zapytał elf.
- Raczej zgrywa. – Odparł czarnoksiężnik. – Bardzo mi się podobało to, co zrobiłeś w mediach i panika jaką wywołałeś.
- Ale my się nie znamy…
- Osobiście nie. Z mediów ja znam ciebie, ty mnie. Nie musimy się przedstawiać. Ale sugerowałbym, byś wstał i wyszedł ze mną…
- Ale… – Zastanawiał się król elfów. I co ja mam teraz zrobić? Wiedziałem, że od kłamstw kiedyś wkręcę się w jakieś wielkie gówno.
- Myślałem, że jesteś bardziej rozgarnięty. – Westchnął Vark. – Dobra, tryb dla debila. Oni to nagrywają. Rozumiesz? Kamerka… filmik… dźwięk mają zwalony, bo to ćwoki. Magowie zaraz tu dotrą. Chcesz, to zostań, ale cię zamęczą. Bo teraz uwierzą, że się znaliśmy.
- Nie sądziłem, że możesz być tak przekonywujący. – Odparł elf wstając. Poprawił się, wyprostował. – Chodźmy.
Szybko wyszli z celi. Wendol podszedł do stolika.
- Jesteś głodny? Mamy siedem do dziesięciu minut.
- Słabo tu karmią.
- Chyba więźniów. – Odparł Zatach.
- Nie. Chcę stąd wyjść.
Vark zrobił sobie kawę z ekspresu, wziął łyczka i wypluł.
- Faktycznie, jakaś niedobra.
Chwilę potem otworzył magiczny portal, przez który przeszli. Znaleźli się na przedmieściach Bereszit, niedaleko domu Taradrila.
- Teraz jesteś wolny. Wykorzystaj to dobrze. – Powiedział Zatach. – Otocz się mediami i nie daj się złapać.
- Dlaczego mi pomagasz? – Zdziwił się król elfów. Nie pojmuję tego.
- Za kogo mnie masz? Za brutalnego terrorystę, jak pokazują mnie media? Czy może za wojownika o sprawę. Walczysz z rządem, tak samo jak ja. Wiesz jacy są zakłamani. Jesteś tego najlepszym przykładem.
- Gdyby za każde kłamstwo wsadzali do więzienia, nie byłoby polityków. – Oznajmił udając opanowanego Taradril.
- Ale za kłamstwa łapią tych, którzy zagrażają rządzącym. Walcz o prawdę, niczego więcej od ciebie nie chcę. Walcz o prawdę.
Zatach rozpłynął się w powietrzu.
Król elfów stał trochę zagubiony. Z jednej strony był głodny, chciałby się też napić i zarzucić jakiś staff. Ale z drugiej, Vark mógł mieć rację. A co jeśli stoimy po niewłaściwej stronie? Nie to, że on jest jakiś dobry, ale może ma dużo więcej racji niż mi się wydawało.

Komentowanie nie jest możliwe więcej...

XXXVIII.

przez , 04.mar.2013, w Bez kategorii

Restauracja „Pod złotym bocianem” należała do tak drogich i wykwintnych miejsc, że Darvid Ikovar w nich nie bywał. Z trudem wiedział jak się zachować, zwłaszcza gdy zobaczył ilość sztućców, która leżała przy jego talerzu.
Severin Anjing spojrzał na niego z pewnym rozbawieniem.
- Myślisz, że ktoś tu zwraca uwagę na te konwenanse? – Zapytał w końcu.
- Zazwyczaj ktoś zwraca.
- Nie, gdy przychodzi do płacenia. To ekskluzywne miejsce, przy dużym napiwku wolno ci naprawdę dużo.
Agent i tak czuł się nieswojo. Severin zaproponował mu wspólny obiad, ale Ikovar nie wiedział, czy chce kontynuować tę znajomość. Liczyło się tylko orypium.
- Pewnie już wiesz kim jestem i czym się zajmuję. – Powiedział Anjing.
- Kim jesteś to tak, ale czym dokładnie się zajmujesz to nie wiem. Wiem, kim jest twoja matka. Główną szychą w Ergonie.
- Główną szychą jest „Puchacz” Jabi. – Poprawił go Severin. – Moja mama jest tylko główną zarządzającą. Ja zaś znajduje sobie tu różne fuchy, nie przemęczam się. Ale nie wiem nic o tobie.
- Jestem agentem operacyjnym GAWu.
- O kurwa. – Przeklął pracownik Ergonu. – Mam nadzieję…
- Jestem tu całkowicie prywatnie. Nie prowadzę, żadnego dochodzenia. Mam kompletnie inną sprawę na głowie. Zresztą teraz GAW nie ma głowy do nar… środków. Jestem też gejem i mam problemy z narkotykami, a orypium to coś, co mi ostatnio nie dawało myśleć.
- Radzisz sobie w GAWie z takimi… wadami? – Zdziwił się Anjing.
Kelner właśnie podał wino, a chwilę później przyniósł przysmażony stek.
- Muszę. Moja orientacja to moja sprawa. A uzależnienia, cóż… Bywa ciężko. Ale póki, wszystko mam pod kontrolą, daję sobie radę.
- To, co ci wtedy dałem to dobry towar, daje niezłego kopa. Ale jak każdy towar uzależnia. Wolniej, ale bardziej niż cokolwiek innego.
- Masz to jeszcze? – Zapytał Ikovar.
- Mam. I rozumiem, że jesteś zainteresowany kupnem.
- Na to wygląda.
- Tak myślałem. – Odparł Severin. – Przecież nie spotykamy się tu na randce.
- To też moglibyśmy spróbować.
- Towar jest efektem ubocznym jednego z tajnych projektów Ergonu. To biosyntetyk, wspomagany jakimiś magicznymi przemianami. Nie produkujemy tego zbyt wiele, właściwie to jesteśmy w fazie testów na zwierzętach. Tyle, że kilku naukowców spróbowało to wciągać… Sam wiesz jakiego to daje kopa. Sam się od tego uzależniłem.
- Rozumiem. – Przyznał Darvid. – Czego chciałbyś w zamian za towar?
- Tu mam największy problem, bo nie wiem. Mam tyle, kasy, że mam wszystko. Byłeś częścią mojego eksperymentu, ale znalazłeś mnie. Więc to, co muszę zrobić, to się zabezpieczyć. Szukałeś towaru? Wie ktoś o tym?
- Wie. Nie jeden. Mogło to dojść nawet do jakiś bonzów półświatka. Pytałem swoich informatorów. – Kłamał Ikovar. Nie chciał wspominać o wizycie u Baragastra. – Myślałem, że to ich towar, że mnie nakierują. Nikt jednak nie wiedział.
- Problem polega na tym, że nie wiedziałem, w co się pakuje. Nabałaganiłem. Matka się wścieknie, jak się dowie. Gorzej, jak jakaś mafia się do mnie przypałęta. Ten projekt jest tajny, rozumiesz?
- Rządowy. – Mruknął Darvid.
Anjing nie potwierdził. Nie musiał.
- Cholera.
- Właśnie. Cholera. – Przytaknął Severin. – Dam ci towar, ale potrzebuję pomocy. Kogoś, kto będzie w stanie mnie zabezpieczyć. Umowa stoi?
- Chcę też seksu. Było nam całkiem dobrze.
Anjing uśmiechnął się.
- Podoba mi się twój tok rozumowania.

Komentowanie nie jest możliwe więcej...

XXXVII.

przez , 03.mar.2013, w Bez kategorii

Ing Kass zdążył się już przyzwyczaić do obecności Darvida Ikovara, ale nadal lubił przebywać sam. Miał wtedy czas na rozmyślania, a także analizowanie wszystkiego. Profesor był typem samotnika, który potrafił się odnaleźć wśród innych, lecz na dłuższą metę nie potrzebował towarzystwa. Natomiast ciągła obecność kogoś irytowała go. Dlatego dogadywali się z Darvidem tak, by obaj mieli trochę czasu dla siebie. Obecnie znów wszyscy inni agenci GAWu byli zajęci, więc Ikovar wykonywał te zadanie sam. Przerwy w pilnowaniu profesora były więc obu na rękę.
Tego dnia Kass postanowił udać się na cmentarz. To było szczególne miejsce, które czasem odwiedzał, nie tyle by zachować kogoś w pamięci, ale ku przestrodze.
Grób Herlaca Gibbsa nie wyglądał okazale. Odkąd pochowano tu także jego żonę, mało kto tu zaglądał. Matematyk nie wiedział wiele o rodzinie Gibbsa, ale wydawało mu się, że miał jakieś dziecko lub dzieci, które mieszkały jednak gdzieś poza Bereszit. Odgarnął więc trochę liści, przeczyścił płytę i myślał.
Nie znał Herlaca osobiście. To była ta sprawa, którą Kass nazywał przestępstwem doskonałym. Pracował nad nią, ale ani on, ani nikt inny, nie potrafili znaleźć logicznego rozwiązania i wyjaśnienia. Zdarzały się takie sprawy, policja najczęściej je zamykała, zwłaszcza gdy, jak ta, były pojedyncze. Istniały oczywiście pewne kapłańskie i magiczne metody dociekania prawdy, które w tym wypadku przewyższały logikę, głównie dlatego, że nie musiały bazować na znanych faktach. Umysł śledczych, czy Estymator przetwarzały tylko to, co udało się dowiedzieć. Szukano motywów, poszlak, analizowano ślady. W przypadku Gibbsa nie znaleziono nic. Najgorsze, że nikt, kogo możnaby podejrzewać, nie miał motywu.
Śledczy postawili jedną hipotezę, którą uznali za najbardziej prawdopodobną. Twierdzili, że to prawdopodobnie przypadkowa ofiara. Być może któraś z organizacji przestępczych, albo jeszcze gorzej GAW, omyłkowo załatwiło Gibbsa. W takim wypadku dotarcie do prawdy przestało się liczyć dla policji. Sprawa mogła być zbyt niebezpieczna. Stchórzyli, nie chcieli mierzyć się z prawdą.
To dało bardzo wiele do myślenia Kassowi. Lubił wspominać tamtą sytuację. Jego samego zawsze coś pchało do tego, by wszystko pojąć i zrozumieć, wyjaśnić. Najlepiej za pomocą logicznych, matematycznych zasad, indukcyjnie bądź dedukcyjnie. Estymator w kryminologii mógł być przełomowym narzędziem. Jednak tamto doświadczenie uzmysłowiło naukowcowi, jak bezużyteczne jest narzędzie, gdy nie ma dobrze zebranych danych. Całe przewidywanie przyszłości, czy wyliczanie jej, nie miało sensu, jeśli nie miało się otwartych oczu. Świat zmiennych był tak ogromny, że zbyt łatwo dało się zgubić coś, co nie jest oczywiste. A to uzmysłowiło profesorowi, że zbrodnia doskonała istnieje, tylko trzeba mieć pewne założenia. Jedno z nich mówiło o tym, że przestępstwo musi być precyzyjnie zaplanowane i przeprowadzone. Nie mogły zostać żadne ślady, odciski, a ewentualna analiza balistyczna nie powinna nic wykazać. To się dało zrobić, zresztą nie raz się zdarzało. Natomiast drugie założenie dotyczyło motywu. Ten nie powinien być łatwy do zgadnięcia. Przestępstwo nie powinno także przynieść korzyści bezpośrednich, ale jeszcze ważniejsze było to, by ten, który dokona takiej zbrodni, się nią nie chełpił. Nie wracał do niej.
Dlatego przypadkowe morderstwo, na nieznanej osobie, dokonane przez jakiegoś zawodowca idealnie pasowało do tej definicji. Nie było logicznej przyczyny, to bardziej wypadek przy pracy. Ale też memento. Estymator, niezależnie jak będzie dobry, nigdy nie będzie w stanie objąć wszystkich możliwości i rozwiązań. Pozostanie tylko narzędziem, nieużytecznym, jeśli ci, którzy go obsługują nie będą mieli otwartych oczu.
Dlatego właśnie cała ta sprawa zamachów Zatacha, była dla Kassa tak intrygująca. Nie potrafił dotrzeć do danych, które mógłby przetworzyć. Nie wiedział nawet jak je zdobyć, nie licząc współpracy z magami, kapłanami, czy bóstwami. Ale jeśli udałoby się odpowiednio nakierować estymację zmiennych, zgadnąć kilka faktów, to byłoby genialne doświadczenie w rozwoju Estymatora. Z pewnością więcej wnoszące niż analiza przestępstwa doskonałego.

Komentowanie nie jest możliwe więcej...

XXXVI.

przez , 01.mar.2013, w Bez kategorii

Vea Tull sprawiała wrażenie zagubionej i zaniepokojonej. Spojrzała na zegarek, jak zwykle, gdy czuła się nieswojo i nie wiedziała, co ma zrobić. Dochodziła jedenasta wieczór. Kolejne dni przynosiły coraz to nowe rewelacje z którymi pani prezydent nie potrafiła sobie poradzić. Tego wieczoru zebrała swoich najbliższych współpracowników w prezydenckim domku letniskowym. O tej porze roku i dnia nie prezentował się on okazale. Lubiła tu przebywać w środku lata, kiedy kwitły wszystkie kwiaty. To miejsce wówczas wyglądało przepięknie, przecież zatrudniano najlepszych ogrodników na całej Mischel. Teraz jednak miało inne plusy. Oryx i Gilhalad grali właśnie w bilard, Undoriel zaś leżała na kanapie sącząc brandy z lodem. Pozornie atmosfera wyglądała na sielankową, ale tak czasem wyglądały spotkania rady prezydenckiej. Tajnej rady. Na tej oficjalnej często bywał też Aham Morsk, jednak on nigdy nie należał do zaufanych współpracowników pani prezydent. W końcu to tylko zwykły urzędnik, oddany, lojalny, ale spoza kliki. Tull nie czuła się za niego odpowiedzialna. Zwłaszcza teraz, gdy ewidentnie sobie nie radził.
- Cały czas męczy mnie ten GAW. – Powiedziała pani prezydent chodząc nerwowo. – Nie wiem, co mam z nim zrobić.
- Kompromitacja Morska jest już całkowita. – Przyznał generał Rwe. – Jego dni są policzone.
- Uciszenie go jednak nie jest dobrym rozwiązaniem. – Zauważył Notluwiń. – Potrzebujemy kozła ofiarnego.
- Potrzebujemy wojny. – Przerwał masud. – GAW i Morsk to przeszłość.
- Wojny? – Zapytała Tull. – Rozmawialiśmy już o tym.
- Ten temat będzie wracał. – Dodał analityk. – Potrzebujemy orichalcosu do zapewnienia sobie bezpiecznych rządów. Nikt nie będzie w stanie się nam zbuntować, gdy będziemy kontrolować podstawowe źródło energii. Ale by produkować orichalcos w dużych ilościach potrzebujemy złóż Wendolii. Korkorot nam ich nie da, to wiemy. Nawet gdybyśmy oferowali duże pieniądze. Bez wojny tego nie zdobędziemy, przynajmniej nie za pani kadencji. Musimy doprowadzić do upadku państwo wendoli.
- Wprowadziłaby pani nas w nową erę. – Dodała elfka. – Globalnego pokoju. Rząd faktycznie byłby globalny. Pani zaś stałaby się symbolem, ikoną. To nam powinno załatwić przynajmniej dwie następne kadencje.
- Pod warunkiem, że wygramy wojnę. – Odparła Vea patrząc na wojskowego.
- Są zacofani względem nas. Nasze latające fortece złamią ich główne siły w przeciągu kilku godzin. Potrzebujemy niecałego tygodnia, by opanować główne miasta Wendolii. Utniemy głowę wrogowi, ten się podda.
- To akurat nie jest takie pewne. – Przerwał Notluwiń. – Zgodzę się, że nasze analizy wskazują, że pozbawieni dowództwa wendole w dużej mierze będą bardziej podatni na współpracę. Pozostaną jednak też tacy, którzy przez lata będą prowadzić walki partyzanckie. To może wyglądać jak kolejne terytorium tych barbarzyńskich reptilionów.
- Główna idea ataku polega na zniszczeniu wszystkich źródeł energii w Wendolii. Ludność cywilna zostanie pozbawiona prądu, wody, sieci czy telefonów. My zaś wkroczymy tam i będziemy inwestować, ale też ich uzależniać. Choćby zbudować sieć energetyczną, ale ciągnąć prąd od nas. Tam nie może powstać żadna elektrownia. Po dwóch, trzech latach okupacji przeprowadzi się referendum. Będą zbyt wygodni, by wybrać wolność. Dołączą do nas.
- A co jeśli ten Kass ma rację i coś pójdzie nie tak? – Dopytywała pani prezydent. – Jeśli przegramy.
- To teoretycznie niemożliwe. – Uśmiechnął się Rwe.
- Teoretycznie właśnie to jest możliwe. – Poprawił go Gilhalad. – Ale to tylko i wyłącznie rozważania teoretyka. Na pewno należy założyć, że wojna może okazać się trudniejsza niż przypuszczamy. Ale taki mały kraj jak Wendolia nie jest w stanie wygrać. To praktycznie nie jest możliwe. Jeśli doszłoby do konwencjonalnego starcia, można ogłosić mobilizację i wysłać tam nawet tysiąc razy więcej żołnierzy niż oni mają obywateli. Zmieciemy ich, choć możemy odnieść duże straty.
- Te straty źle wpłyną na sondaże. – Powiedziała elfka. – Trzeba je zminimalizować.
- Sondaże. – Mruknęła Tull. – Przez GAW pewnie nam spadają.
- Dlatego zgodzę się z tym, że potrzebujemy kozła ofiarnego. – Stwierdziła specjalistka od PR. – Podajmy mediom Morska na tacy.
- On za dużo wie. – Przeciwstawiał się Oryx. – Zresztą GAW należałoby zlikwidować. Dotychczas zamiataliśmy tam wiele spraw pod dywan, ale dziś to jest już nie śmietnik, a bomba. Morsk za dużo wie. Uciszenie go…
- Nam nie pomoże. Nie teraz. – Przerwał mu Notliwiń. – Choć przyznaję, że może być konieczne, w późniejszym stadium.
- Na razie należy rozważyć za i przeciw. – Sugerowała elfka.
- Po wojnie GAW nie będzie nam potrzebny. W trakcie wojny również. – Stwierdził tylko Rwe. – Potrzebujemy tylko i wyłącznie pretekstu, by historia lepiej nas oceniła.
- W takim razie z GAWem poczekamy jeszcze kilka dni. Zobaczymy jak się to odbije na sondażach. – Zadecydowała Tull. – Potrzebuję tylko oświadczenia, które zwala na nich całą winę.
- O to nie będzie trudno. Sprawa z Taradrilem pogrążyła ich kompletnie. – Zaśmiał się Rwe. – Natomiast z Zatachem… Cóż. Powiem tylko tyle, że GAW to nieudacznicy. Nie dość, że nie potrafią złapać Zatacha, to jeszcze nie potrafili dostatecznie zgłębić jego przeszłości. Jest coś, co nie powinno trafić do opinii publicznej. Kilka ładnych lat temu, Vark był naszym agentem. Chcieliśmy go wykorzystać do rozwoju projektu Babel i w sposób pokojowy zdobyć surowce potrzebne do produkcji orichalcosu. Na zasadzie inwestycji join-venture. Zatach jednak się wybił i nas zdradził, zostawił. Obecnie jednak dążąc do wojny, robi dokładnie to, czego oczekujemy po nim najbardziej. GAW jednak do tego jeszcze nie dotarł. Dlatego mam takie a nie inne zdanie o nich.
- To chyba przesądza sprawę. – Powiedział Gilhalad.
- Sugeruję jeszcze poczekać. – Dodała Undoriel. – Kilka dni nas nie uratuje, ale będziemy lepiej przygotowani do odstrzelenia GAWu.
- I Morska. Ale to za jakiś czas. Wpierw niech zmierzy się z porażką. – Uzupełnił Notluwiń.

Komentowanie nie jest możliwe więcej...

XXXV.

przez , 27.lut.2013, w Bez kategorii

Taradrila trzymano w sali przesłuchań, wyglądał na zadowolonego, przynajmniej zza jednostronnego lustra. Aham Morsk mógł go obserwować, no i oczywiście słuchać. Elf zaś wyglądał na pewnego siebie i zadowolonego.
- Nic na mnie nie macie, poza tym, że w demokratyczny sposób rzuciłem wyzwanie obecnej władzy. – Powtarzał wiele razy król elfów.
Dyrektor GAWu mógł się z nim co najwyżej zgodzić. Aresztowanie tego skandalisty i performera było błędem. Nie ja podjąłem tę decyzję, ale ja będę musiał za to zapłacić. Akcja z myszkowaniem w domu Taradrila miała być prosta, szybka i skuteczna. Niestety, okazało się, że król elfów przewidział, takie działanie, wymuszone niejako przez władze wyższe, więc zdążył się do tego przygotować. To, że w mediach pokazano jego aresztowanie spędzało sen z powiek Morska, ale było jeszcze coś gorszego.
Dokumenty, które leżały na stole. Miały dowodzić różnych dziwnych operacji i powiązań GAWu i globalnego rządu. Kto jak kto, ale Morsk doskonale wiedział, że takie dowody istnieją, choć wydawało mu się, że większość z nich ma pod kontrolą. Jednak zawsze mógł gdzieś zdarzyć się wyciek, a podejrzana kreatura jak Taradril, miała różne dziwne koneksje. Szanse na to, że weszła w posiadanie niepożądanych materiałów istniały, ba w tym przypadku były nawet całkiem spore.
Jednak, to, co leżało na biurku przed dyrektorem GAWu przerażało go jeszcze bardziej. To nie żaden wyciek. To nawet nie był stek bzdur! Król elfów sam zrobił sobie jakieś dokumenty, całkowicie fikcyjne. Tyle, że nawet ich nie podrobił porządnie. Użył kredek świecowych, akwarelek. To wyglądało jak efekt zabawy z dziećmi w tworzenie państwowych dokumentów. Z bardzo małymi dziećmi. Tego nie dało się pomylić z falsyfikatem, czy podróbką. To zwykła zabawka i kpina.
A kpiarz siedział po drugiej stronie lustra i mówił, że jest całkowicie niewinny. W dodatku miał rację. Lecz tym ruchem GAW jedynie potwierdził, że pewne rzeczy są ukrywane. Taradril, którego nawet nie dało się skierować na leczenie psychiatryczne, to wiedział i dostał potwierdzenie. GAW nie mógł się wytłumaczyć, że potraktował komediowe wystąpienie poważnie. Elf zaś właśnie miał taką linię obrony. W końcu to telewizja, a tak kłamie i karmi się kłamstwami. Zresztą media nie raz wysysały z palca różne rewelacje i jakoś nikt się tym nie przejmował, a rząd nie reagował.
- Spytajcie go jeszcze raz o Zatacha. – Powiedział przez interkom zrezygnowany Aham. Teraz to już po mnie. Ciekawe, czy mnie odstrzelą przed czy po odwołaniu ze stanowiska.
- Spotkałem go chyba na jakiejś imprezie. – Mówił elf. – Ale byłem tak naćpany, że nie pamiętam nic dokładnie. Mogłem mieć halucynacje. Zresztą wszyscy wendole wyglądają dla mnie tak samo.
Te zeznania także były prawdziwe. Król powtarzał je wielokrotnie. Właściwie nie mieli prawa go przetrzymywać, ale Morsk nie zamierzał go na razie wypuszczać. Jak wyjdzie, to pierwsze, co zrobi, to poleci do mediów. Powie, że był niesprawiedliwie potraktowany. A jak ta sprawa przestanie być interesująca, to z pewnością ujawni dokumenty. Te cholerne malowanki! Dyrektor GAWu oczyma wyobraźni widział Taradrila w programie dla dzieci, gdzie uczyłby jak się robi takie kwity. Najlepiej byłoby, gdyby on zniknął. Tylko, że media wiedzą, że go mamy…
- Zatrzymajcie go ze względu na znajomość z Zatachem, do wyjaśnienia. – Zdecydował w końcu. – Pozostałe zarzuty można oddalić.
Taradril sobie trochę poczeka, ale Aham wiedział, że jedynie przeciąga czas potrzebny na decyzję. I na burzę, która nadejdzie. Cholera, jak ja nienawidzę elfów!

Komentowanie nie jest możliwe więcej...

XXXIV.

przez , 26.lut.2013, w Bez kategorii

Darvid nie potrzebował zatrzymywać się na stacji benzynowej po to, by zatankować swój samochód. Chciał sobie kupić coś do zjedzenia, choćby gorącego hot-doga i może do tego jakiś zimny napój. Nie miał przekonania do sieci fast-foodów, ale na stacji wyglądało to bardziej swojsko, domowo i smaczniej. Zdrowiej pewnie nie. Domyślał się, że to dokładnie ten sam poziom. Zresztą jak prawie każdy trzeźwo myślący obywatel zdawał sobie sprawę, z tego, że obecnie w jedzeniu jest więcej chemii niż wartości odżywczych. Wszystko musiało być tanie, ładnie wyglądać i długo zachowywać smak i wygląd. Efekt był taki, że wszystko szpikowano utrwalaczami i polepszaczami. Czasem nawet zapominano o podstawowych składnikach. Ikovar kiedyś natknął się na sok z truskawek, który w ogóle ich nie zawierał. Smakował dobrze, ale to chyba nie było to.
Agent GAWu uważnie przyjrzał się parówkom, przestudiował menu, a dopiero potem, gdy ślinka mu już ciekła, ustawił się w kolejce. Przed nim stał mężczyzna, na oko gdzieś w jego wieku. Zadbany, doskonale ubrany, elegancki, zapewne zamożny. Darvid spoglądał na jego żółtawą cerę i czarne włosy. Niezłe mięsko.
- Ile płacę? – Zapytał mężczyzna.
Coś agenta tknęło. Znał ten głos. Nie zwrócił uwagi na to, co mówiła ekspedientka, czekał tylko na kolejną wypowiedź nieznajomego, starając się przypomnieć, skąd zna ten głos.
- Proszę bardzo. Reszta dla pani.
- Dziękuję, do widzenia. – Powiedziała, potem spojrzała na Ikovara. – W czym mogę pomóc.
- Hot-doga, z parówką z serem i sosem czosnkowym.
Pani poszła przygotować jedzenie. To zajmowało jej może z pół minuty. W niektórych fastfoodach może byłoby szybciej, ale nie wiele. Wszystkie półprodukty były gotowe, musiała tylko podgrzać i złożyć.
Darvid w tym czasie przyglądał się wychodzącemu mężczyźnie. Nie kojarzył twarzy, ale kojarzył posturę. I ten głos.
- O kurwa… – Mruknął pod nosem.
- Słucham? – Zapytała kobieta.
- Reszty nie trzeba. – Rzucił jej pieniądze na blat i wyrwał hot-doga.
Następnie ruszył za nieznajomym, który właśnie podchodził do swojego samochodu, luksusowego Gertlaya sprzed roku, czy dwóch.
Agent podbiegł do mężczyzny.
- Przepraszam pana bardzo – zatrzymał go.
- Tak? Zgubiłem coś?
- Niezupełnie. Co może mi pan powiedzieć o orypium?
Nieznajomy przez chwilę wyglądał na zakłopotanego. Potem przypatrzył się Darvidowi.
- Czy myśmy nie…
- Też mi się tak wydaje.
- Skoro tak, to może porozmawiajmy w innym miejscu.
- Tam gdzie ostatnio? – Uśmiechnął się agent.
- Znamy już swoje twarze.
- I nie tylko.
- Ale o wiadomych tematach możemy porozmawiać jedynie w bezpiecznym miejscu. – Wyciągnął wizytówkę i podał ją Ikovarowi. – Severin Anjing.
- Darvid Ikovar. – Przedstawił się agent ściskając rękę mężczyzny.
- Spotkajmy się jutro w porze obiadowej. Zadzwoń do mnie koło jedenastej, dogadamy szczegóły. Teraz muszę jechać.

Komentowanie nie jest możliwe więcej...

XXXIII.

przez , 23.lut.2013, w Bez kategorii

- Widzimy państwa po reklamie! Pamiętajcie by dzwonić i wysyłać smsy! – Mówił prowadzący.
Reżyser właśnie dał znak, że zniknęli z wizji.
Prezenter odetchnął z ulgą. Pozostało trzech zawodników, wendol, starsza kobieta ludzka i ork. Prowadzący podszedł do wendola i rzekł:
- Przez tego Zatacha to koleś nie masz szans. Współczucie. Zresztą, ale bez obrazy, mi go bardzo przypominasz.
- Dla mnie ludzie też wyglądają tak samo. – Odparł zirytowany zawodnik.
Dziennikarz nic nie powiedział, odwrócił się na pięcie i podszedł do stołu z wodą.
- Kurwa, czemu ten stół jest tak cholernie upierdolony! Kto go sprzątał?! Ja pierdolę, normalnie same dupki wokół.
- Ciszej! – Upomniał go reżyser.
Publiczność w studiu była trochę zażenowana. Ale oni dość szybko przekonali się jak bardzo różni się telewizyjna wersja „Wiem, więc wygram”, od tej realizowanej naprawdę. Był to oczywiście teleturniej wiedzowy, w którym uczestnicy odpowiadali na pytania, jednak by mogli przejść dalej, musieli zyskać przychylność publiczności i uzyskać przynajmniej średni wynik. Tak więc zwycięzca odcinka, który nie zdobył serc telewidzów, odchodził z maleńką nagrodą. Raz w roku zaś organizowano finał finałów, który był telewizyjnym świętem.
W przeciwieństwie do wielu innych teleturniejów ten był realizowany na żywo. Chodziło głównie o to, by uczestnicy mogli wchodzić w pewną interakcję z widzami. Dlatego zdarzały się tu czasem przedziwne akcje. Kiedyś na wizji jedna z kobiet się rozebrała licząc na głosy męskiej części publiczności. Wiele innych osób grało pod publikę, a to dogryzając swoim konkurentom, albo wypowiadając bardzo kontrowersyjne opinie. Z czasem część turniejowa przestała być ważna, liczyła się interakcja i kupienie przychylności widzów.
- Wchodzimy za 15 sekund! – Krzyknął reżyser.
Wszyscy wrócili na miejsca.
- Już! – Ryknął.
Muzyka zaczęła grać. Światła skierowano na prowadzącego i uczestników.
- Witamy po przerwie. Widzę, że mało głosów oddali państwo przez te pięć minut. – Zwrócił się do graczy. – Zawsze jesteście tacy chujowi, czy tylko dziś?
Prezenter dotychczas nie używał wulgarnego języka na wizji. Ale widział, że wyniki są naprawdę słabe, trzeba było więc je jakoś inaczej zapewnić. To wszystko wina tych zamachów Zatacha i jeszcze aresztowania Taradrila, które stanowiło medialny temat tego dnia. Widzowie woleli oglądać wiadomości niż teleturnieje.
- Za mała oglądalność, co? – Zaśmiał się wendol. – Teraz się rozbierzesz?
- O widzę, że mamy tu twardego zawodnika.
Reżyser patrzył z zadowoleniem. Będzie awantura, będzie oglądalność.
- Jakby zaczęli się bić, nie przerywajcie im przez kilka minut. – Rzucił do pomocników. – Ale chcę by kamery to dobrze uchwyciły.
Tego oczywiście nie słyszał ani prowadzący, ani wendol.
- Skoro już doszedłem do głosu chciałem…
- Zamknij się, ja tu prowadzę program. – Przerwał uczestnikowi prezenter. – Teraz pytanie z serii Podstawy Teorii Magii. Czym zajmuje się nekromancja?
Kiedyś pytania w tym teleturnieju bywały trudne, teraz zostały dostosowane do przeciętnego widza, by nie czuł się kompletnym idiotą. Zresztą dzięki temu, łatwiej było znaleźć kontrowersyjne jednostki, które łapały się w średniej.
Wendol pierwszy nacisnął przycisk.
- O nie… – Mruknął prezenter. – Dlaczego to musiałeś być ty?
- Na wstępnie chciałbym zaprotestować przeciw działaniom globalnego rządu i GAWu.
Dziennikarz już chciał przerwać tę wypowiedź, ale polityczna burza mogła kogoś zainteresować, więc pozwolił wendolowi mówić. Ten zaś kontynuował.
- Aresztowania moich rodaków są oburzające. Ścigacie tylko i wyłącznie jednego osobnika, Varka Zatacha. Czyli mnie, bo ja się tak naprawdę nazywam.
- Genialne! – Krzyknął rozradowany reżyser, który się całkowicie zapomniał.
- O kurwa… kabaret. – Śmiał się prezenter.
Vark Zatach tymczasem wskoczył na stół.
- Faktycznie, upierdolony. – Mruknął pod nosem. – GAW ściga mnie po całej Mischel, a ja siedzę sobie w Bereszit, napadam na spożywczaki i popełniam drobne wykroczenia i nikt mnie nie łapie. Nie rozumiem działań kwoki Tull i jej bandy nieudaczników-popleczników. Zamiast mnie łapać, atakują biednych wendoli… Pierdolmy taki rząd. A jak brzmiało właściwie pytanie?
- Przez chwilę myślałem, że udajesz, ale jak zacząłeś rzucać te same smenty co Zatach to uwierzyłem w twoją historię. – Powiedział prowadzący. – On też miał do dupy przemówienie. Pytanie było, czym zajmuje się nekromancja. Teoretycznie.
- Teoretycznie to nie wiem, ale wiem czym praktycznie. – Uśmiechnął się Vark. – Zaczynamy prawdziwe przedstawienie.
Następnie zeskoczył ze stołu wprost na prowadzącego i przegryzł mu kark.
Publiczność w studiu zaczęła wyć i krzyczeć! Zawodniczka zemdlała, ork zaś dał dyla.
Reżyser wściekł się.
- Czemu tak szybko! Mieli się bić!
- Oglądalność rośnie. – Rzucił jeden z jego pomocników.
- Cudownie! Wystarczy pokazać śmierć na żywo i mamy rekord.
- Śmierć? – Zdziwił się Zatach. – Facet pytał czym zajmuje się nekromancja. Praktycznie tym!
Prezenter wstał ożywiony. Ale to raczej było już zombie, choć w bardzo wczesnym stadium, ciało bowiem jeszcze nie zdążyło nawet wystygnąć. Vark zaś w całości kontrolował sytuację i dobrze się tym bawił. Teraz GAW to już totalnie dostanie po dupie, a Tullowa popuści ze strachu.

Komentowanie nie jest możliwe więcej...

XXXII.

przez , 22.lut.2013, w Bez kategorii

Darvid Ikovar starał się jak mógł najlepiej być dobrym ochroniarzem Inga Kassa, ale profesor nie zawsze życzył sobie cienia. Zwłaszcza, gdy przebywał na uczelni. Wówczas agent najczęściej miał wolne. Zresztą wśród wykładowców było kilku bardzo potężnych kapłanów, więc miejsce wyglądało na bezpieczne.
Najbezpieczniejsza lokacja znajdowała się w gabinecie rektora Prona. Stary Horac był potężnym kapałem Venery, kto wie może właśnie to sprawiło, że pomimo swojego podeszłego wieku, a miał już dziewięćdziesiąt dwa lata, wciąż zachowywał trzeźwość umysłu i sam potrafił zrobić wszystko wokół siebie. Choć oczywiście wymagało to trochę więcej czasu niż kiedyś.
- Wezwałeś mnie. – Zaczął Kass, gdy razem siedzieli przy biurku i znów oddawali się grze. Karty stanowiły oczywiście rozrywkę, głównie intelektualną, ale też wymagały od obu rozmówców podzielności uwagi. – Coś nowego w sprawie Babel?
- Nic. Nie jestem w stanie dowiedzieć się niczego więcej na temat tego projektu. – Odrzekł Horac. – Tym razem mamy inną kwestę do omówienia.
- Dzieje się ostatnio bardzo dużo. Właściwie codziennie media donoszą o nowej dziwnej rzeczy. Ten rok będzie wyjątkowy.
- Wyliczył to Estymator?
- Nie, sam doszedłem do tego wniosku. – Powiedział smutno Ing. – Wyjątkowy, niekoniecznie znaczy dobry, ale z pewnością pamiętny.
- Z pewnością będzie to rok zmian. – Kontynuował rektor. – I o nich właśnie chcę porozmawiać. Wiesz, wiek emerytalny osiągnąłem już dawno temu.
- Chcesz odejść? Trzymasz się jeszcze całkiem dobrze. – Mówił matematyk spoglądając w swoje karty. – Zresztą trudno będzie znaleźć kogoś na twoje miejsce.
- Dlatego pytam ciebie. Chciałbym, byś został rektorem i zadbał o nasz Uniwersytet.
- Wolałbym by potrwało to jeszcze trochę. Daj mi przygotować się do tej myśli. Mogę ci pomóc, ale nie chcę zabierać cię ze stanowiska. Nie chcę też tracić mentora i przyjaciela. Ty jesteś duszą tej uczelni. Ja nigdy nią będę.
- Ale Mischel nie kończy się na Bereszit. – Mówił Pron. – Może nie wiele życia mi pozostało, ale mogę jeszcze pewne rzeczy osiągnąć.
- O, jakiś nowy plan się kroi? – Zaczął zastanawiać się Kass, szybko jednak wrócił do kart.
- Nie plan, a konieczność. Nieoficjalnie mówi się, że Arcykapłan chce podać się do dymisji z powodów zdrowotnych.
- To ci nowina. Abdykacja nie wydarzyła się od stuleci, a wszystkie poprzednie chyba były wymuszone. – Zdziwił się matematyk.
- Pewnie tak. Zresztą ta pewnie też będzie. Zbadałem sprawę. On nie ma jeszcze siedemdziesiątki, na zdrowiu podupada, jak każdy, ale nie jest jeszcze tak źle.
- Więc o co chodzi?
- Sprawa jest skomplikowana. – Zaczął powoli Pron. – Rozmawiałem z Venerą i chyba ona przerasta nas śmiertelników. Bogowie trochę odwracają się od Mischel, zajmują się własnymi sprawami i… konfliktami. Możliwe, że na jakiś czas wyłączą się z wpływania na nasze życie. Odejdą.
- Odejdą? To by była katastrofa.
- To by była rzeczywistość jakiej nie znamy. Chyba nie łatwo byłoby się przystosować.
- Ano właśnie. W tym okresie potrzeba silnego Arcykapłana, który nie tylko będzie działał ponad wyznaniami, ale też i wszelkimi frakcjami. Ktokolwiek nim zostanie, może dużo zyskać. – Kontynuował Horac. – Dlatego będę chciał wystartować. To umocni pozycję naszego Uniwersytetu i wyznawców Venery. Mam o tyle szansę, że wiek jest po mojej stronie. Od ostatniego wyboru Arcykapłana minęło pięć lat, dawne obozy się porozchodziły, a nie powstały jeszcze nowe. Politycznie dobrze jest wybrać kogoś, kto nie pożyje długo.
- Tylko musimy mieć pewność, że obecny Arcykapłan abdykuje.
- Tego jestem pewien. – Uśmiechnął się rektor. – Oficjalnie będą to względy zdrowotne. Nieoficjalnie okazało się, że on ma syna…
- A taki z niego zwolennik celibatu. – Zdziwił się Ing.
- Ta sprawa już zaczęła wychodzić. Dlatego on abdykuje i się zaszyje gdzieś bardzo szybko. Spiski kapłanów będą dla niego nieistotne. Natomiast my potrzebujemy umocnić pozycję naszej uczelni. Dlatego potrzebuję kogoś, kto mnie zastąpi na stanowisku rektora.
- Może poczekajmy jeszcze, aż wszystko zacznie się układać po naszej myśli.
- Nie możemy czekać, profesorze Kass. Musimy działać. Dlatego, chcę byś w trybie natychmiastowym został moim zastępcą. Zaczniesz się wdrażać w obowiązki, a gdy nadejdzie odpowiednia chwila przejmiesz je. Uniwersytet będzie gotowy.
- Rozumiem, że wszystko zostało już postanowione.
- Dla dobra naszego Uniwersystetu.

Komentowanie nie jest możliwe więcej...

XXXI.

przez , 21.lut.2013, w Bez kategorii

Nie dość, że noc była chłodna, to jeszcze zaczęło zbierać się na deszcz. I tak dobrze, że ostatnio zimy w Bereszit były dużo lżejsze, bardzo rzadko padał śnieg. Mężczyzna z aparatem jednak marzł i zaczynał się niecierpliwić. Zwłaszcza, że na dachu odczuwali wiatr. Stojący obok niego Taradril wyczuwał zniecierpliwienie znajomego.
- Spokojnie, daj im trochę czasu.
- Ostatnio bawisz się wszystkimi i mam wrażenie, że tym razem wystrychnąłeś mnie na dudka.
- Nie. Jesteś mi bardzo potrzebny. Dostaniesz materiał roku. Ekskluzywny.
- Po twojemu to chyba znaczy, że jestem jedynym frajerem, który się zgodził na twoje szaleństwo.
- Może tak, może nie. Zobaczymy.
Król elfów spoglądał przez lornetkę i obserwował swój apartament. Agentów GAWu jeszcze nie było, ale spodziewał się, że przyjdą. Taradril nie prowadził jakiegoś zaplanowanego życia, więc agenci mieli problem, by zinfiltrować jego dom, a liczył, że tak właśnie się stanie. Zapowiedziano za to wywiad na żywo, z królem elfów w telewizji, ale akurat tak się złożyło, że nagrano go wcześniej. Elf wiedział, że telewizja kłamie i to wykorzystał. Teraz z dziennikarzem, który z nim rozmawiał stali na dachu i czekali na prawdziwy materiał.
- Dostałem SMSa, licha oglądalność. Lepiej, żebyś mi załatwił porządny materiał.
- Ostatnio wziąłem jakąś mieszankę i po niej mam wielką chęć zostać prezydentem. Zazwyczaj osiągam, to czego pragnę. Więc materiał będzie.
- A co zrobisz, jak już zostaniesz tym prezydentem?
- Cholera wie. Chyba podam się do dymisji.
- Pewnie zaraz po zaprzysiężeniu.
- To jest niezły motyw, podoba mi się to. – Uśmiechnął się Taradril. – Nie będę musiał kompletnie nic robić, a zapiszę się złotymi zgłoskami w historii.
- Prezydent pojeb… Nic nie zrobił, bo natychmiast abdykował.
- Podał do dymisji. – Poprawił go elf. – Abdykować mogę jako król, ale po co. To tylko tytuł i nie muszę nic robić.
- Powinienem był zrobić z tobą wywiad w programie kabaretowym.
- To jest właśnie twój błąd. – Znów spojrzał przez lornetkę. – Idą! W końcu!
- Dzwonię po ekipę. Idź tam i wyślę ci SMSa jak będę wiedział, że wszystko działa. – Powiedział dziennikarz.
Taradril miał pewne obawy wracając o domu. Wokół GAWu narosła pewna czarna legenda, której oczywiście nie mógł sprawdzić, ale wolał nie testować tego na własnej skórze. Podobno instytucja ta miała licencję na zabijanie i zdarzało się, że w imię globalnego rządu, potrafiła działać przeciw obywatelom. Eliminować niepożądane jednostki.
SMS przyszedł. Elf podszedł do drzwi, włożył klucz, ale one były otwarte. Wszedł do środka, udając zdziwionego.
- To mój dom? Czyżbym zapomniał zamknąć drzwi na klucz? O nie, to tragedia…
Zaczął się rozglądać. Dwoje agentów myszkowało po jego domu.
- A co państwo tu robią? – Zapytał. – To chyba mój dom.
- Zamknij drzwi. – Rozkazał mężczyzna, kobieta wyciągnęła pistolet. – I wchodź do środka.
- Ręce do góry! – Rzuciła kobieta.
- Bandyci! – Zaczął się wydzierać elf podnosząc ręce. – Terroryści!
- Globalna Agencja Wywiadowcza! – Ryknął mężczyzna. – Stul pysk i słuchaj!
- O nie, polityczni konkurenci! Co ja zrobię? Zadzwonię po wolne media!
- On jest popierdolony, czy udaje? – Zapytała kobieta.
Tymczasem dziennikarz, który tego słuchał śmiał się do rozpuku. Taradril był sztuczny do granic możliwości, ale o to mu właśnie chodziło.
- Wszystkim wszystko rozpowiem, o GAWie, który mnie prześladuje… – Ciągnął.
Kobieta nie wytrzymała podeszła do elfa i ogłuszyła go.
- Mieliśmy go nie zabijać. – Powiedział mężczyzna.
- Ale w razie czego możemy go aresztować. Jak wróci do siebie, do go zgarniemy.
Elf cały czas udawał ogłuszonego. Bardzo szybko zaczął się ruszać, narzekać na ból głowy, robić wszystko, byle tylko go nie przeszukano i nie sprawdzono, że ma mikrofony. Dał nawet grzecznie sobie założyć kajdanki, a w momencie, gdy wyprowadzano go z budynku, jego znajomy dziennikarz zdobył swój materiał. Kamera zaskoczyła agentów GAWu, a niby ledwo przytomny król idealnie to wykorzystał.
- Obywatele, błagam wysłuchajcie mnie. Rzuciłem demokratyczne wyzwanie prezydent Tull i proszę, – podniósł kajdanki do góry. – Chromolę taką demokrację!
- Kurwa! – Agentka GAWu nie wytrzymała i trzasnęła elfa z całej siły. Tym razem ogłuszyła go naprawdę, ale jednocześnie pożałowała swojej decyzji. Te zdjęcia będą wszędzie.

Komentowanie nie jest możliwe więcej...

XXX.

przez , 20.lut.2013, w Bez kategorii

Aham Morsk wydawął się jej ostatnimi czasy nieobecny. Nawet, gdy wracał do domu, to niewiele było z niego pożytku. I wcale nie chodziło o to, by wyrzucił śmieci, czy zrobił cokolwiek innego. Uśmiechał się, tulił ją, sprawiał wrażenie, że jej słucha, ale Savara doskonale wiedziała, że jego myśli są gdzieś indziej. Był człowiekiem wielu tajemnic, więc wiedziała, że nie może go naciskać. Nosił ciężkie brzemię i musiał się z nim mierzyć sam.
W wannie potrafił spędzać nawet i pół godziny. Wchodził do ciepłej wody i rozmyślał. Zawsze tak robił w sytuacjach kryzysowych. On pracował cały czas, nawet gdy spał. Wtedy śniły mu się sny o pracy, czasem faktycznie wpadał na jakieś rozwiązanie, czasem zaś budził się w nocy zalany potem. Było jej go żal, ale nie potrafiła mu pomóc.
- Pomagasz mi tym, że jesteś przy mnie. – Powiedział jej kiedyś.
Ale dla niej to trochę za mało. Dobrze pamiętała, że mógł ją zostawić, na pastwę losu, ale on odmienił jej życie. Wyrwał ją z tamtego światka. Ona oddałaby życie dla niego, ale nie potrafiła mu pomóc.
Morsk teraz szybko szedł do łóżka. Nie miał ochoty na seks. Choć może i ochotę miał, gdyby potrafił się skupić na czymś innym niż rozwiązywanie problemów, ale wtedy opuszczały go wszelkie siły. Był wyczerpany, widziała to w jego podkrążonych oczach. Znajdował się też na skraju załamania nerwowego. Ile jeden człowiek może zdzierżyć?
- Grunt mi się sypie pod nogami. – Wspomniał mimochodem, gdy już zgasili światło. Nie spał. Leżał po ciemku i myślał.
- Co teraz będzie?
- Nie mam zielonego pojęcia. Zgłosiłem Tullowej, że mogę odejść w każdej chwili. – Ale ona czeka na stosowniejszą. Kiedy będzie mogła mnie albo sprzątnąć, albo wykorzystać jako kozła ofiarnego. Wolałbym ten drugi przypadek. – Myślę, że straciłem wszelkie karty przetargowe.
- GAW?
- GAW strzela ślepakami. Nie wiemy w co gramy, o co, a przede wszystkim z kim. Zbieramy poszlaki, ale nie potrafimy z nich nic ułożyć. Jesteśmy skończeni. Rozszarpią nas, gdy to się skończy.
- Może to od początku chodziło o GAW, a nie o ciebie? – Sugerowała Savara.
- Tylko, komu mógłby przeszkadzać GAW?
Spojrzał na ukochaną żonę. GAW nie przeszkadza nikomu, ale te sprawy, w które był zamieszany, to bomba. To chcą sprzątnąć. Wiedzą, że mogą mieć innego dyrektora niż ja, mniej ugodowego. Takiego, który postanowi coś ugrać i mogą nie zdążyć go sprzątnąć. Albo oni sami są ze sobą skłóceni i nie chcą mieć kolejnego gracza w grze.
- Nie wiem, komu. Musiałbym podejrzewać każdego.
- Zacznij ode mnie. Mógłbyś mnie przesłuchać. – Zaczęła figlarnie.
- Chciałbym. – Odparł i westchnął głęboko. – Przesłucham cię dogłębnie, jak to wszystko się skończy.
- Trzymam za słowo.
- Swoją drogą, pamiętasz jak rozmawialiśmy o dziecku?
- Drażliwy temat. Może nie warto go teraz poruszać.
- Warto. – Powiedział Morsk. – Znalazłem coś, pewien precedens…
- Zaczynam się bać.
- Wiesz, on mi uzmysłowił jedno. Ten precedens oczywiście. Nie możemy mieć dzieci, z mojego powodu. Ale chcemy mieć dziecko, chcę mieć twoje dziecko.
Otworzyła szeroko usta. Chyba kpisz!
- Jedyne, co musimy to znaleźć ojca. Nie chcę żadnego cholernego in vitro, czy magicznej interwencji. Znajdę nam zastępczego ojca.
- Nie mówisz poważnie! – Oburzyła się.
- Mówię całkowicie poważnie i w chwili obecnej na tym mi najbardziej zależy! Najbardziej. Chcę mieć wizję przyszłości, dla której muszę żyć, nie tylko dla której pragnę. Chcę mieć twoje dziecko i chce je wychowywać.
- Faktycznie jesteś przemęczony. – Odparła. – Porozmawiamy o tym za jakiś czas, muszę to przemyśleć. – Zwariował.

Komentowanie nie jest możliwe więcej...

stat4u <!-- s4uext=s4upl(); document.write('stat4u') //--> stat4u

Blogroll

Kilka bardzo polecanych stron...